Wokół albumu o dowódcy batalionu „Parasol”

WALDEMAR STOPCZYŃSKI

Wokół albumu o dowódcy batalionu „Parasol”

…zajęłam się jednak tym tematem, ponieważ o tej
tragedii napisano wiele ordynarnych i złośliwych kłamstw, czytelnicy zaś
chętnie wierzą byle czemu […]. A skoro dzięki nowym dokumentom, które ostatnio
znów wypłynęły, można zniszczyć to kłamstwo, nie powinniśmy się uchylać od tego
zadania.

Anna Achmatowa o śmierci
Aleksandra Puszkina

„Przy podejściu apologetycznym wszystkie fakty da się
zinterpretować tak, by obraz przeszłości był pozbawiony niepokojących
zarysowań. Historyk staje się »adwokatem«, którego zadaniem jest oddalenie od »klienta«
wszelkich podejrzeń” – Rafał Wnuk pisał tak w odniesieniu do sporu wokół
„ostatniego żołnierza wyklętego” – Józefa Franczaka „Lalka” (Wnuk 2021). Wśród
metod stosowanych, by dezawuować naukowe ustalenia podważające pomnikowość historycznego
bohatera, prof. Wnuk nie wymienił dwóch, moim zdaniem, często wykorzystywanych.
Pierwsza – użyta zresztą w sporze o Franczaka – to zaangażowanie najbliższych
„zaatakowanego”; dzisiaj są to najczęściej dzieci i wnuki. Ich obecność, ich głos
mają wytrącać oręż z rąk „atakujących”, w rozumieniu „adwokatów” uwiarygadniać,
wzmacniać przyjętą „linię obrony”. Druga metoda – przemilczeć to, co godzi w
bohatera. Komentując spór o „wyklętego”, Rafał Wnuk uchwycił mechanizm
uniwersalny, który można odnieść także do tego, co w ostatnich latach dzieje
się wokół historii batalionu „Parasol” – opisanej, zdawało się, kompletnie w
wydanej w 1981 r. monografii Piotra Stachiewicza. Potwierdza to niestety album
o Adamie Borysie „Pługu” autorstwa dyrektora Archiwum Akt Nowych Mariusza
Olczaka i Huberta Borysa – syna dowódcy „Parasola”, który ukazał się w tym roku
(choć z datą wydania 2020). Poniższy tekst odnosi się nie tylko do samej
książki, jej autorów i tytułowego bohatera. „Parasol” w świetle ujawnionych już
i wciąż ujawnianych dokumentów potrzebuje swoistego audytu spetryfikowanej
wiedzy i historyków, którzy nie uchylą się od tego – być może niewdzięcznego –
zadania. Artykuł jest więc z jednej strony głosem w sporze o konkretnego
bohatera, z drugiej zaś apelem o jakość pisania historii.

Pierwsze informacje o pracach nad książką poświęconą
Adamowi Borysowi „Pługowi”, dowódcy batalionu „Parasol”, pojawiły się w grudniu
2017 r. Mariusz Olczak zapowiadał, że „biografia »Pługa«” ukaże się już w roku następnym. Tak się nie stało.
Wcześniej, w 2019 r., premierę miała książka poświęcona Ryszardowi Białousowi
„Jerzemu” – dowódcy batalionu „Zośka”.

Książka o Adamie Borysie to „bliźniaczy album” – ten sam
format i szata graficzna. Są zapowiedzi, że do sprzedaży może trafić wersja
kolekcjonerska w tekturowej oprawie, zawierająca obie pozycje. Słowo wstępu do
albumów napisał minister Mariusz Błaszczak.

Publikacja, której bohaterem jest Ryszard Białous, została
przygotowana samodzielnie przez Mariusza Olczaka. Ma 384 strony, z których 170
to fotografie, 140 – różne teksty i listy „Jerzego” w wyborze i opracowaniu
Olczaka, które poprzedza piętnastostronicowy życiorys dowódcy batalionu
„Zośka”.

Album o „Pługu” został opracowany przez Olczaka z
Hubertem Borysem – profesorem ASP w Warszawie, synem dowódcy „Parasola”. Liczy
479 stron. Aż 280 z nich to fotografie – niewątpliwie w dużej części unikatowe.
46 stron ze 144 przypisami to tekst Olczaka pt. „Adam Borys”; 100 stron zajmuje
tekst Huberta Borysa pt. „Oczami syna. Adam Borys 1909–1986” – także opatrzony
przypisami i wybraną bibliografią. Wreszcie niespełna trzydzieści stron to trzy
wywiady prasowe – dwa z Adamem Borysem (z 1972 i 1984 r.), jeden z Borysem, Piotrem
Stachiewiczem, Zofią Świeszcz-Łazor i Witoldem Florczakiem (z roku 1980).

Mariusz Olczak zapowiadał w 2017 r. „biografię »Pługa«”, ale książka przybrała formę
„albumu” i autorom najwyraźniej zależy na podkreślaniu tego faktu. W krótkim
materiale dołączonym do audycji radiowej z 28 stycznia 2021 r., w której
wystąpili Olczak i Borys, można przeczytać, że wybrano tę formę, ponieważ zarówno
sam batalion, jak i jego dowódca mają już „kompleksowe” opracowanie w postaci
wydanej w 1981 r. monografii „Parasola” autorstwa Piotra Stachiewicza. Jednak w
innej audycji towarzyszącej wydaniu książki (tym razem z udziałem tylko Borysa)
stwierdzono, że dopiero ona jest „pierwszą tak pełną biografią tego wybitnego
Polaka”. Poza tym jako powód albumowego charakteru wydawnictwa podawano
„pozyskane źródła” (Siwek 2021; Truszczak 2021) i wydaje się, że to właśnie ten
fakt wraz z planowaną publikacją książki o Ryszardzie Białousie „Jerzym” wpłynęły
na realizację pomysłu, by wydać dwa „bliźniacze albumy” o dowódcach dwóch „bliźniaczych
batalionów”.

O genezie książki mówił Hubert Borys w audycji
radiowej z 28 stycznia 2021 r.: „Była to inicjatywa pana Mariusza Olczaka,
który zaproponował dwa lata temu w Gdańsku przy okazji jakichś obchodów
kombatanckich, abyśmy taki album, taką książkę wydali” (Siwek 2021). „Jakieś
obchody kombatanckie”, o których mówi prof. Borys, to uroczyste przekazanie przez
niego dokumentów „Parasola” przechowywanych przez „Pługa” do Archiwum Akt Nowych,
które towarzyszyło odsłonięciu w Sopocie w październiku 2017 r. tablicy
pamiątkowej poświęconej Bolesławowi Srockiemu i jego wychowankom z batalionów
„Zośka” i „Parasol”.

Archiwalia przekazane Olczakowi w Sopocie nigdy nie
były dostępne dla badaczy jako spójny zbiór. Adam Borys przechowywał je i
dysponował nimi według uznania. Nie otworzył tego archiwum na oścież dla
nikogo, także dla swego protegowanego – Piotra Stachiewicza, autora rzekomo
„kompleksowego” opracowania historii „Parasola”.

Przeglądałem ten zbiór już w 2017 r., przede wszystkim
pod kątem informacji dotyczących centralnego punktu historii dowodzonego przez
Adama Borysa oddziału – wykonanej 1 lutego 1944 r. akcji przeciwko dowódcy SS i
policji na dystrykt warszawski gen. Franzowi Kutscherze. W ostatnim
ćwierćwieczu zostały opublikowane dwa kluczowe dokumenty z nią związane, o
których istnieniu wiedział i mógł o nich informować tylko Adam Borys. To raport
z akcji napisany przez Stanisława Huskowskiego „Alego”, którego treść podał w
1993 r. dr Henryk Piskunowicz, i opublikowane 23 lata później przez Mariusza
Olczaka pismo przewodnie skierowane do sztabu Kedywu KG AK, dołączone do raportu.
O konsekwencjach pojawienia się w obiegu badawczym raportu „Alego” i problemach
z jego percepcją w świetle spetryfikowanej wiedzy pisałem w kilku tekstach (zob.
bibliografia). Odnalezione przez Olczaka pismo przewodnie Adama Borysa
potwierdza, że dowódca zapoznał się z raportem Huskowskiego i że jest on
wiarygodnym źródłem wiedzy o przebiegu akcji z 1 lutego 1944 r.

Problem w tym, że raport w istotnych sprawach kłóci
się z utrwaloną i zaakceptowaną przez dowódcę wersją przedstawioną w
„kompleksowym” dziele Stachiewicza, w którym na dodatek, powołując się na
relację samego „Pługa”, napisano, że takie dokumenty nigdy nie powstały.

Na początku października 2019 r. w „Przeglądzie
Historyczno-Wojskowym” ukazał się mój artykuł Raport „Alego” z akcji
na Kutscherę, czyli czego nie powiedział dowódca batalionu „Parasol”
. Odsyłając do tej
szczegółowej analizy, odnotuję tutaj najważniejsze wnioski.

Adam Borys miał nieograniczone możliwości
kontrolowania narracji o najsłynniejszej akcji wykonanej przez jego oddział i z
tych możliwości korzystał na pewno od lat pięćdziesiątych XX wieku. Miał
świadomość dokonującej się deformacji tej opowieści, która krzywdziła jego
poległych żołnierzy. Był jednocześnie jedyną osobą mogącą przeciwdziałać tym
zniekształceniom. Zaakceptował jednak i promował własnym autorytetem dopiero
wersję przedstawioną w książce Stachiewicza „Parasol”, w której jest najwięcej
rozbieżności w stosunku do zapisów w dokumentach z okresu konspiracji – także w
tym, który sam sporządził.

Rozbieżności te nie dotyczą rzeczy i spraw błahych,
odnoszą się do okoliczności i powodów śmierci dwóch uczestników akcji oraz
zachowania w jej trakcie zastępcy dowódcy. Przez lata kształtowała się wersja
ostatecznie przypieczętowana przez Borysa, że Kazimierz Sott „Sokół” i Zbigniew
Gęsicki „Juno” zginęli w nurtach Wisły, ponieważ zignorowali wydany im rozkaz
porzucenia ostrzelanego auta. Tymczasem według odnalezionego przez dr.
Piskunowicza raportu zginęli, bo rozkaz odprowadzenia samochodu na lewobrzeżną
stronę Warszawy wykonali. W odniesieniu do zastępcy dowódcy akcji na Kutscherę
Stanisława Huskowskiego „Alego” wersja zapisana w książce Stachiewicza i
afirmowana przez Borysa zawierała wiele odstępstw od zapisów dokumentarnych z
lutego 1944 r. Według tej wersji tuż przed akcją dla „Alego” zabrakło pistoletu
maszynowego oraz broni krótkiej i poszedł do walki uzbrojony jedynie w granaty
zamknięte w teczce. Podczas akcji nie poradził sobie z otwarciem teczki i
„załamany ruszył w kierunku samochodów przeznaczonych do odskoku. Dla niego był
to koniec akcji i początek wielkiej, osobistej tragedii” (Stachiewicz 1981, s.
329). W związku z zachowaniem Huskowskiego 1 lutego 1944 r. Stachiewicz uznał,
że nieodsunięcie go od zadań bojowych i wyznaczenie na stanowisko zastępcy
dowódcy akcji na Wilhelma Koppego w Krakowie było wyrazem źle pojętej
„koleżeńskiej przyjaźni” (tamże, s. 415). Z przemilczanych przez Adama Borysa
dokumentów wyłania się zupełnie inny obraz: dla „Alego” zabrakło pistoletu
maszynowego, ale miał jeden pistolet parabellum, a drugi otrzymał od „Juna” –
ruszył do walki uzbrojony w dwa pistolety i teczkę z filipinkami. W trakcie
akcji nie otworzył teczki, ale wydobył broń i wziął udział w walce. Po południu
tego samego dnia uczestniczył w akcji wyprowadzenia rannych kolegów ze szpitala
Przemienienia Pańskiego i współtworzył ich zbrojną obstawę do rana dnia
następnego, kiedy udał się na odprawę z dowódcą – kpt. Adamem Borysem.

Jest dziś bezspornym faktem, że to Adam Borys
zadecydował o skierowaniu „Alego” do dalszych zadań bojowych po akcji na Kutscherę.
Dowodzi tego dokument podpisany przez Borysa i wysłany do Kedywu KG. Jest to
oczywiste – dowódca skorzystał ze swoich uprawnień do doboru najwłaściwszych w
jego ocenie ludzi. Konsekwencją tej decyzji był udział „Alego” w akcji na
Koppego w lipcu 1944 r. w charakterze zastępcy dowódcy. W jej trakcie zginął.
Czterdzieści lat później w wywiadzie przeprowadzonym przez Małgorzatę Rutkowską
Adam Borys powiedział, że „Alego” nie należało wyznaczać do akcji, a winę za to
ponoszą jego przyjaciele. Niewątpliwie musiało Borysowi chodzić o zmarłego z
powodu ran odniesionych w akcji na Kutscherę Bronisława Pietraszewicza „Lota”
oraz poległych w powstaniu warszawskim Jerzego Zborowskiego „Jeremiego” i
Stanisława Leopolda „Rafała”. Skoro „Pług” wysłał „Alego” do walki, w której
ten zginął, powinien zadbać, aby po wojnie nikt nie szargał pamięci o nim.
Jeżeli uważał, że „Ali” nie nadaje się do walki, to nie powinien go do niej w
1944 r. wysyłać, aby po latach odpowiedzialność za swoją decyzję zrzucać na
poległych podkomendnych.

Adam Borys oraz Piotr Stachiewicz zapewniali o
rzetelności i wszechstronności analizy materiału źródłowego w monografii
„Parasola”. Stachiewicz dopuścił dalsze uzupełnianie bazy źródłowej, ale
wykluczył możliwość pojawienia się archiwaliów, które zburzą „syntetyczną
konstrukcję opracowania”. Okazało się jednak, że ujawnione dokumenty o akcji na
Kutscherę nie wzbogaciły tej konstrukcji, ale ją zburzyły, za co
odpowiedzialność spada na Adama Borysa.

Od odpowiedzi na pytanie, czy uznamy te opublikowane
ustalenia za istotne, czy przyjmiemy za pewnik, że obowiązkiem dowódcy jest
brać odpowiedzialność za podejmowane w czasie walki decyzje i po wojnie zadbać
o pamięć o poległych podkomendnych, zależeć będzie ocena książki Mariusza
Olczaka i Huberta Borysa.

Zanim omówię, w jaki sposób do tej
sprawy odnieśli się autorzy albumu o „Pługu”, odnotujmy, że obu zależy bardzo
na wykazaniu, iż w okresie powojennym dowódca „Parasola” był poddany
szczególnym szykanom i różnym formom represji, zachowując jednocześnie „wyraźną
niechęć do systemu komunistycznego” (Olczak 2020, s. 49) i rzeczywistą od niego
niezależność. Szczególnie ponury obraz powojennej Polski przedstawia Borys:
terror, mordy, prześladowania polityczne, „wyroki śmierci, wieloletniego
więzienia, propagandowa nagonka, degradacje społeczne, zawodowe – wszystkimi
tymi działaniami sterował PPR, potem PZPR, a realizowały organy państwowe
obsadzone w czasach stalinowskich przez doradców z Rosji i często osoby obce
etnicznie, co miało nie dopuścić do jakichś »odruchów patriotycznych« wewnątrz aparatu władzy” (Borys 2020,
s. 89). „Kedyw, cichociemnych – najbardziej bojowe elementy Armii Krajowej
poddano najbardziej brutalnym torturom, perfidnym oskarżeniom, pokazowym
procesom zakończonym wyrokami śmierci lub wieloletniego więzienia” (tamże, s.
115–116). Syn „Pługa” odnotowuje, że „w końcu lutego 1953 r. roku dokonano
sądowego mordu na pułkowniku Emilu Fieldorfie »Nilu«, bezpośrednim zwierzchniku
ojca z czasów okupacji. Do więzień z wieloletnimi wyrokami trafili żołnierze »Parasola«,
między innymi Wojciech Świątkowski »Korczak«,bliski znajomy rodziców” (tamże,
s. 124). Ta opresyjna władza chciała „zniszczyć bandytę z AK i jego rodzinę” (tamże,
s. 118), „Pług” był „więźniem UB w czasach stalinowskich” (informacja na
okładce), „ujawnionym, obserwowanym przez służby cichociemnym z AK” (tamże, s.
88), który podjął „inną, cywilną walkę o kraj […], w czym kryje się chyba
główny wątek życia i działalności Adama Borysa po roku 1945” (Olczak 2020, s.
43). Tak chcieliby widzieć autorzy swojego bohatera i czasy, w których żył.
Przyjrzyjmy się zatem faktom, które ci sami autorzy podają.

Adam Borys został aresztowany w 1945
r. Olczak podaje datę 3 lipca, Borys 28 czerwca (to drugi przykład rozbieżności
w datowaniu, których autorzy nie wyjaśnili między sobą i nie wyjaśniają
czytelnikowi: Olczak napisał, że „Pług” został ranny w czasie powstania
warszawskiego 7 sierpnia, co jest nieprawdą; Hubert Borys podaje właściwą datę
– 6 sierpnia). W areszcie przesiedział trzy miesiące. Po uwolnieniu zrobił to,
czego oczekiwała nowa władza – „przeprowadził wśród żołnierzy »Parasola« akcję
ujawniania się” (tamże, s. 41), a następnie w RKU w Gnieźnie uzyskał zwolnienie
ze służby wojskowej. Wrócił na stanowisko kierownika Pracowni Białek
Zwierzęcych w Państwowym Instytucie Gospodarstwa Wiejskiego w Bydgoszczy, które
objął niedługo przed aresztowaniem („Szybko znalazł pracę”; tamże, s. 43). Od
sierpnia 1946 do kwietnia 1947 r. za zgodą Ministerstwa Rolnictwa i Reform
Rolnych przebywał na stypendium UNRRA w Anglii i USA. Po powrocie został
naczelnikiem Wydziału Naukowo-Laboratoryjnego w Centralnym Zarządzie Przemysłu
Konserwowego, który reprezentował w lipcu i sierpniu 1947 r. na Kongresie
Mikrobiologów w Kopenhadze, a we wrześniu tego roku w podobnym charakterze
wyjechał do Parmy. Awansował, zostając naczelnym inspektorem standaryzacji
Ministerstwa Handlu Zagranicznego. W 1950 r. objął stanowisko starszego
inspektora kontroli technicznej w Poznańskich Zakładach Mięsnych, które stracił
w marcu 1952 r. „na podstawie decyzji Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Poznaniu” (tamże,
s. 44). Przez dwa i pół roku pozostawał bezrobotny. W tym czasie prowadził
swoje gospodarstwo rolne w Witkowie. Do pracy zawodowej wrócił w październiku
1954 r. i przez kolejne niespełna trzy lata był technologiem konserw drobiowych
w Zjednoczeniu Przemysłu Jajczarsko-Drobiarskiego w Prochowicach Śląskich.
Jednocześnie zatroszczył się o karierę naukową – został adiunktem i wykładowcą
w Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie. 1 stycznia 1958 r. objął posadę
dyrektora Instytutu Przemysłu Mięsnego w Warszawie, która m.in. otwierała mu
drogę do zagranicznych podróży – najpierw do Londynu, następnie „tych wyjazdów
było wiele, trudno po latach je wszystkie spisać. Była Dania, Szwecja, Francja,
Niemcy Zachodnie, Francja (sic!), USA, Kanada, Jugosławia, Rosja, Węgry itd.”
(Borys 2020, s. 137–138). Wiele tych eskapad, będących w latach sześćdziesiątych
poza kręgiem marzeń przeciętnego obywatela PRL, wynikało z powierzenia Adamowi
Borysowi – „przez czynniki polityczne wyższe niż minister” (tamże, s. 148–149)
– organizacji Zjazdu Pracowników Naukowych Europejskich Instytutów Przemysłu
Mięsnego, który odbył się w Warszawie w 1966 r. „Jak na warunki komunistycznego
państwa, udało mu się współpracować z szeregiem osób i instytucji
zagranicznych” – Mariusz Olczak nie wdaje się w wyjaśnienia, dlaczego „udało
się” to właśnie Adamowi Borysowi (Olczak 2020, s. 46). Sukces organizacyjny
wzbudzał jednak zazdrość, a na nią nałożyły się antysemickie wydarzenia 1968 r.,
których ofiarą padł m.in. przyjaciel i współpracownik Borysa prof. Damazy
Tilgner. 30 kwietnia 1968 r. Adam Borys stracił posadę dyrektora – został
kierownikiem. W latach siedemdziesiątych przyszło uznanie ze strony rządowej,
która nagrodą doceniła naukowe dokonania Borysa. Wreszcie w listopadzie 1981 r.
major „Pług”, ewidentnie tłumiąc w sobie „wyraźną niechęć do systemu
komunistycznego i angażowania legendy dowodzonego przez siebie oddziału do
akcji propagandowych ludowej władzy” (tamże, s. 49), przyjął awans na stopień
podpułkownika z rąk ówczesnego ministra obrony narodowej gen. Wojciecha
Jaruzelskiego („o którym mówił – ta stupaja”; Borys 2020, s. 160), co
miało związek z uroczystą prezentacją książki Piotra Stachiewicza. Działo się
to miesiąc przed wprowadzeniem stanu wojennego.

„Dla Adama Borysa pracy w
stalinowskim PRL-u nie było” – napisał jednak Hubert Borys o ojcu (tamże, s.
118). Rzeczywiście przez połowę czasu, który syn „Pługa” nazywa „stalinowskim
PRL-em” (zapewne chodzi o lata 1952–1956), były dowódca „Parasola” był
bezrobotny. W tym czasie dokonano mordu sądowego na gen. Fieldorfie, a
wspomniany podkomendny „Pługa” Wojciech Świątkowski „Korczak” odsiadywał
piętnastoletni wyrok. W tych okolicznościach przymus prowadzenia własnego
gospodarstwa rolnego trudno uznać za szczególną represję. Gdy w styczniu 1958 r.
aresztowano i sądzono za kolportaż „Kultury” paryskiej łączniczkę w akcji na
Kutscherę Annę Szarzyńską-Rewską, Adam Borys od miesiąca zasiadał w fotelu
dyrektora Instytutu Przemysłu Mięsnego.

Olczak pisze, że po ujawnieniu w 1945
r. Borys „pozostawał pod obserwacją Urzędu Bezpieczeństwa, który gromadził na
niego wszelkie informacje związane zarówno z okresem wojny, jak i bieżącymi
spotkaniami” (Olczak 2020, s. 43). Nie twierdzę, że tak nie było, jednak jako
jedyny przykład inwigilacji Adama Borysa jako dowódcy „Parasola” dyrektor
Archiwum Akt Nowych podaje fakt, że funkcjonariusze MBP w 1949 r. znali wojenne
pseudonimy Borysa: „Gałecki”, „Pług”, „Kar”, „Pal”. A przecież niewątpliwie
jeszcze więcej o dowódcy „Parasola” wiedziały komunistyczne służby z arkusza
ewidencyjnego wypełnionego dobrowolnie przez samego Borysa podczas procedury
ujawnienia przed Komisją Likwidacyjną b. AK we wrześniu 1945 r., który autorzy
albumu prezentują na stronie 390. Po omówieniu czasów stalinizmu nic w narracji
twórców albumu nie wskazuje na zainteresowanie Służby Bezpieczeństwa Adamem
Borysem jako byłym cichociemnym i dowódcą batalionu „Parasol” – może poza
życzeniowym przekonaniem Huberta Borysa, że „cichociemny i akowiec drażnił
partię” (Borys 2020, s. 146). Inżynier Adam Borys interesował służby jako
„protegowany przez ministra (Feliksa) Pisulę” podróżujący służbowo po całym
świecie dyrektor Instytutu Przemysłu Mięsnego i bliski współpracownik prof.
Damazego Tilgnera. To z jego powodu założono w mieszkaniu Borysa podsłuch
(Olczak 2020, s. 48), a nie ze względu na spotkania kombatanckie, w czasie
których dyskutowano o okupacyjnych i powstańczych sprawach.

Według Huberta Borysa „dziełem życia”
jego ojca był Instytut Przemysłu Mięsnego (Borys 2020, s. 131), ale z
perspektywy badacza trudno się z tym zgodzić – to batalion „Parasol” był
głównym przyczynkiem do sławy „Pługa” (a także powodem wydania albumu). W
szeregach tego oddziału, wykonując rozkazy „Pługa”, walczyli i ginęli ludzie, o
których pamięć dowódca powinien rzetelnie zadbać, czego jednak nie zrobił.
Niestety, autorzy książki Adam Borys „Pług”.
Dowódca batalionu Armii Krajowej „Parasol”
postanowili uniknąć otwartej
konfrontacji z trudnym tematem.

Aby nakreślić portret Adama Borysa
zatroskanego o losy swoich podkomendnych, Olczak na stronie 49 wspomina o
udziale „Pługa” w odbywanych rzekomo tuż po wojnie spotkaniach „grupy
skupiającej dawnych wychowawców środowisk szaroszeregowych”, w których oprócz
byłego dowódcy „Parasola” uczestniczyli „Bolesław Srocki, profesor Józef
Zawadzki, ksiądz Jan Zieja”. W tym miejscu autor odesłał czytelników do mojej
książki W kręgu Bolesława Srockiego.
Ludzie „Petu”. Relacje – wspomnienia – polemiki
(Stopczyński 2016, s. 251).
W rzeczywistości mowa tam jest o powołaniu po akcji na Kutscherę (a zatem w
1944 r.!) Rady Wychowawczej Szarych Szeregów, której działania spotkały się z
obstrukcją dowództwa Kedywu i brakiem realnego zaangażowania samego „Pługa”
(Broniewski 1982, s. 174).

W kolejnym zdaniu Olczak przypisał
Borysowi wyłączną zasługę zbierania relacji żołnierzy „Parasola”, czego nie
jest w stanie udowodnić. Zresztą tego nie robi, każąc czytelnikowi przyjąć
niczym nieuprawnione nadużycie za aksjomat.

„Był w związku z tym – pisze Olczak –
bardzo blisko niemal wszystkich ważniejszych inicjatyw wydawniczych, począwszy
od Kroniki batalionu, a skończywszy na kolejnych wydaniach pracy Piotra
Stachiewicza o »Parasolu«” (Olczak
2020, s. 50). To zdanie autor opatruje przypisem znowu odsyłającym do książki
„W kręgu Bolesława Srockiego…”, ale zapewniam, że nie mógł tam znaleźć
czegokolwiek potwierdzającego wyrażone przez siebie przekonanie. Mowa tam o
powojennych zabiegach Srockiego wokół publikacji opracowań dotyczących
żołnierzy „Parasola”, opartych na relacjach gromadzonych z inicjatywy prof.
Zawadzkiego, Srockiego i Borysa. Redakcja tych opracowań i próby ich wydania
podejmowane przez Srockiego przypadły na przełom 1946 i 1947 r. „Pług”
przebywał wtedy na stypendium w USA i Anglii. Zespół Redakcyjny „Kroniki »Parasola«”
zawiązał się dopiero w 1956, a Piotr Stachiewicz wziął się za pisanie historii
„Parasola” pod koniec lat sześćdziesiątych. Te kwestie wykraczały poza ramy
chronologiczne książki. Stały się natomiast przedmiotem szczegółowej analizy w
tekście „Raport »Alego« z akcji na
Kutscherę, czyli czego nie powiedział dowódca batalionu »Parasol«”,
którego dyrektor AAN nie zdecydował się włączyć do bibliografii.

W artykule szczegółowo przedstawiłem
„ważniejsze inicjatywy wydawnicze” związane z historią „Parasola”, pokazując
stopniową deformację centralnego punktu tej historii: opisu akcji na Kutscherę,
za którą to deformację odpowiadał dowódca. Moja skrupulatność okazała się, jak
widać, przesadną ostrożnością. Olczak nie tylko nie kwestionuje przemożnego
udziału „Pługa” w kształtowaniu narracji o „Parasolu”, ale wręcz go podkreśla, dostrzegając
w tym wielką zasługę dowódcy. Stwierdza, że to dzięki Borysowi powstała książka
Stachiewicza, „jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza monografia oddziału
Armii Krajowej przygotowana w okresie PRL przez żołnierza Armii Krajowej” (tamże,
s. 50). Jedynie do rangi ciekawostki sprowadza Olczak fakt, że „Borys nie
udostępnił autorowi większości posiadanych dokumentów i fotografii, co
zrozumiałe, jeśli weźmie się pod uwagę uwarunkowania wynikające
z okresu PRL
i inwigilację jego osobiście oraz jego rodziny” (tamże, s.
59). To „co zrozumiałe” jest formą nacisku autora na czytelnika, aby cofnął się
przed zadaniem oczywistego pytania: których „dokumentów i fotografii” Borys ze
względu na „uwarunkowania wynikające z okresu PRL” i „inwigilację” nie mógł
udostępnić Stachiewiczowi? W mojej ocenie w zbiorze Adama Borysa nie ma ani jednej
kartki, której wykorzystanie na potrzeby rzetelnego opracowania historii
„Parasola” mogłoby zaszkodzić komukolwiek – zwłaszcza w czasach gdy Piotr
Stachiewicz pisał swoją książkę. Jeżeli dyrektor AAN twierdzi, że takie „fotografie
i dokumenty” w tym zbiorze są, powinien je wskazać.

A
jak sprawy te wyglądają w tekście Huberta Borysa? Najpierw ważna uwaga. Zaangażowanie
(lub zaangażowanie się) Huberta Borysa w przygotowanie książki o ojcu na
prawach współautorstwa wprowadza istotne komplikacje. Jak czytać jego tekst?
Czy jak opracowanie, na co wskazywałyby informacja na stronie tytułowej oraz
przypisy i zamieszczona na końcu bibliografia? Czy jednak jak relację – z
powodu tych przypisów i bibliografii raczej nietypową – którą zamieszczono bez
żadnego naukowego komentarza? Ten zaś w wielu miejscach byłby konieczny, choćby
po to, by sprostować oczywiste błędy, np. gdy autor pisze, że batalion „Zośka”
podlegał Kedywowi Okręgu Warszawskiego AK, a „Parasol” Kedywowi Komendy Głównej
AK (Borys 2020, s. 91). Laik może nie wiedzieć, że obydwa oddziały od początku
były i do końca pozostały w dyspozycji dowódcy Kedywu Komendy Głównej, natomiast
historyk powinien w tym miejscu interweniować. Mariusz Olczak jednak nie
interweniuje – ani w tym miejscu, ani w żadnym innym, dopuszczając do
nieskrępowanego snucia się opowieści, której fragmenty często niewiele mówią o
bohaterze książki, za to całkiem sporo o autorze. Tak jest choćby z historią o
murarzu, który w wyniku zemsty „powiatowego sekretarza partii, pochodzenia
żydowskiego” trafił do katowni UB w Gnieźnie. Swojego oprawcę robotnik, którego
szczęśliwie odratowano, rozpoznał dwadzieścia lat później jako sprzedawcę w
prywatnym sklepiku w Świnoujściu. „Tak rodził się nowy, antykomunistyczny antysemityzm”
– spuentował anegdotę odwołaniem do stereotypu „żydokomuny” prof. Borys (tamże,
s. 121). Niezależnie od tego, czym jest tekst Huberta Borysa – relacją,
opracowaniem, czy trochę jednym, trochę drugim, zasługuje na jedyny właściwy
sposób lektury – krytyczny.

W kontekście dopuszczonego przez
„Pługa” zdeformowania narracji historycznej o akcji na Kutscherę niektóre jego
fragmenty nabierają wręcz karykaturalnego charakteru i są nieuświadamianym
chyba aktem oskarżenia skierowanym przeciwko ojcu – dowódcy „Parasola”, który
sprzeniewierzył się obowiązkowi wobec poległych podkomendnych. Szczególnie
wyraźnie objawia się to we fragmentach poświęconych filmowi „Zamach” Jerzego
Passendorfera z 1959 r., który autor uznał za „zabawną ramotę”: „Dzieło to
miało być filmową rekonstrukcją akcji »Parasola« na generała Kutscherę. Film
niezbyt zgodny z faktami historycznymi, realiami okupacyjnymi, nie pada w nim
nawet nazwa oddziału, pseudonimy i nazwiska uczestników narracji [sic!]
zastąpiono zupełnie innymi. Ta tendencja do podmiany historycznych faktów na
inne, które można było dobrowolnie kształtować czy deformować, to w PRL-u stały
zabieg. Sylwetki bohaterów, potraktowane na modłę nieznośnie psychologizującej
maniery lat pięćdziesiątych, są mało autentyczne i chyba przekonują tylko mniej
wyrobionego odbiorcę. Ojciec pytany o to dzieło tylko się ironicznie
uśmiechał”. I na koniec tych rozważań: „Ojciec historię traktował poważnie.
Piosenki, wiersze, filmy – owszem, proszę bardzo, ale najpierw prawda, i to
cała prawda” (tamże, s. 139–140).

To, co dyskwalifikowało w oczach
Huberta Borysa film Passendorfera z końca lat pięćdziesiątych, tłumaczy błędy i
niedostatki książki Piotra Stachiewicza – „raczej drobne, poprawiane w
kolejnych wydaniach” (tamże, s. 160). Przypomnijmy, że monografia „Parasola”
ukazała się w schyłkowym okresie „karnawału Solidarności”. Jednak zdaniem prof.
Borysa także wtedy „komuniści i ich narzędzia […] nie
zmienili swojego stosunku do akowców, węszyli, zbierali informacje, szkodzili
byłym żołnierzom i ich rodzinom. Zmieniały się tylko metody działania”.
Nastąpiło co prawda „złagodzenie działalności cenzury, ale nie oznaczało to, że
można było pisać całą prawdę. Może więc lepiej było pewne fakty i oceny
zostawić w dyskrecji. O czym konkretnie wiedział Adam Borys – tego już się nie
dowiemy” (tamże, s. 90). Jakie „fakty i oceny” należało „zostawić w dyskrecji”
w książce o oddziale dyspozycyjnym Kedywu, w której czytelnik mógł przeczytać bez
ezopowego kluczenia o „zamordowaniu w wyniku procesu” sądowego gen. Fieldorfa
„Nila”, o „zamordowaniu” Jana Rodowicza „Anody”, o fikcyjnych śledztwach i
potajemnych zabójstwach w latach czterdziestych i pięćdziesiątych (Stachiewicz 1981, s. 630) – tego już
Hubert Borys nie wyjaśnia. Nie wyjaśnia także, że na przykład w odniesieniu do centralnego
punktu okupacyjnej historii „Parasola” dowiedzieliśmy się jednak, „o czym
konkretnie wiedział Adam Borys”, a czego nie chciał powiedzieć, kiedy żył.

Hubert Borys kreuje wizerunek ojca
jako osoby inicjującej gromadzenie relacji, co wynikało z „poczucia obowiązku
dowódcy wobec poległych i żyjących swoich żołnierzy” (Borys 2020, s. 107), jako
naukowiec zaś „dążył przez wiele lat do opracowań spełniających kryteria
naukowe”, które przeciwstawią się „kłamliwej propagandzie”, bo „Parasolowi”
„należał się prawdziwy, zweryfikowany naukowo dokument włączony na stałe w
pamięć narodu” (tamże, s. 89). Dążenia byłego dowódcy znalazły wreszcie
ukoronowanie w dziele autorstwa Piotra Stachiewicza. Ale czy rzeczywiście jest
to książka dająca się naukowo zweryfikować? Na pewno nie w odniesieniu do tego,
co mógł i powinien był zrelacjonować dowódca oddziału. Przyznaje to Hubert
Borys, który jedną z części swojego tekstu zatytułował „Czterdzieści jeden lat
samotności… i milczenia”: „Dlaczego ojciec sam nie pisał, nie zostawił relacji
czy wspomnień? – pyta prof. Borys, świadomy istnienia problemu. – To zagadka,
nie tylko dla mnie. Jako dowódca wiedział więcej niż inni” (tamże 2020, s. 90).
No właśnie – co zatem należy zrobić z faktem, że Stachiewicz w książce odwołuje
się jednak do relacji Adama Borysa, które – jeżeli rzeczywiście były złożone –
nie istnieją w formie weryfikowalnej naukowo? Wielką gratką byłoby sięgnięcie
do relacji „Pługa”, na którą powołuje się Stachiewicz, o nieanalizowaniu
przebiegu akcji na Kutscherę, bo „nie było z kim analizy tej przeprowadzać”, a
wnioski zostały jedynie „zrekapitulowane” przez Borysa na odprawach u płk.
„Nila” (Stachiewicz 1981, s. 346). Jest to niestety niemożliwe – nic o takiej
relacji nie wiadomo. Gdyby jednak istniała i czekała tylko na odkrycie, nie
mogłaby być sprzeczna z tym, co napisał Stachiewicz.

Milczenie ojca syn tłumaczy czytelnikowi
dwojako. Po pierwsze – ujawnienie pełnej wiedzy dowódcy „Parasola” „mogłoby
zaszkodzić innym i ich rodzinom”. O tej przesadnej trosce o bezpieczeństwo
podkomendnych i ich rodzin na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych
pisałem wyżej. Po drugie: „Była także osobista postawa samego Adama Borysa.
Pamięć miał dobrą, na pewno wiele faktów i jego opinii, gdyby je ujawnił,
rzuciłoby ciekawe światło na szereg historycznych zagadnień. Wolał jednak
schować się za relacje i wspomnienia swoich podwładnych. »Parasol« to było
wspólne dzieło, dowódca i jego podkomendni nie byli zantagonizowani, wzajemnie
się uzupełniali i odegrali swoją rolę” (Borys 2020, s. 90). I w innym miejscu:
„Oto dowódca razem ze swoimi podwładnymi opisuje to, co zdziałali, nie narzuca
swoich opinii, »Parasol« był dziełem wspólnym” (tamże, s. 159). Pomińmy
kuriozalną metodologicznie koncepcję „chowania się za relacjami i wspomnieniami
swoich podkomendnych”. Przyjrzyjmy się natomiast kreowanemu przez Huberta
Borysa obrazowi idylli, jaka miała rzekomo towarzyszyć pisaniu historii
„Parasola”. Kilka przykładów spośród wielu, które zadają kłam zaklinaniu mało
chwalebnej rzeczywistości.

Prof. Tomasz Strzembosz w notatkach
do recenzji książki Stachiewicza pisał o osobowości autora i jej wpływie na
kształt dzieła (rezygnując jednocześnie świadomie z wprowadzenia tych
informacji do opublikowanego tekstu): „bardzo pewny siebie i autorytatywny,
mający w środowisku »Parasola« wielbicieli
i przeciwników. Te przyjaźnie i animozje bardzo wyraźnie odzwierciedliły się w
książce […]. Osoby go krytykujące mają mały udział w opisywanej historii »Parasola«” (Strzembosz 1983b, s. 1).

Przykład kolejny. Dr Maria Wiśniewska
„Malina” wchodziła w skład Zespołu Redakcyjnego „Kroniki »Parasola«”, którego
zbiór archiwalny został przez Stachiewicza przejęty, a dorobek był w wydanej
monografii bezpardonowo dezawuowany (Strzembosz 1983a, s. 219). Dwa miesiące po
ukazaniu się książki o „Parasolu” napisała do prof. Tomasza Strzembosza list.
Przytaczam in extenso początek:
„Gdyby ta książka została wydana 100 lat temu, niewątpliwie wezwałabym Piotra
Stachiewicza na pojedynek, a Ciebie Tomaszu poprosiłabym na sekundanta. 50 lat
temu oddałabym sprawę wziętemu adwokatowi, prawa autorskie miały wtedy swoją
wartość, a przecież Piotr Stachiewicz przywłaszczył sobie nie tylko zdjęcia,
które mu rodziny wypożyczyły, ale i relacje, których zebraliśmy kiedyś przeszło
300 i jako materiały archiwalne złożyliśmy chyba w roku 1965 do WIH. Łącznie z
pierwszym opracowaniem zostały one przeliczone na złotówki wpłacone na fundusz
społeczny środowiska »Parasol«.
W jego opracowaniu figurują one często jako jego własne relacje, albo Komisji
Historycznej, której on mieni się Przewodniczącym, a która dalibóg w okresie 12
lat jego pracy nad historią batalionu nie działała, bo kto jak kto, ale on sam
chyba zdaje sobie sprawę najlepiej, że do żadnej pracy zespołowej nie nadaje
się, czego niestety najlepszym przykładem jest jego książka wydana w tej chwili
przez PAX” (Wiśniewska 1982, s. 1).

Zacytuję z tego listu jeszcze jeden
fragment, zapewne znany Hubertowi Borysowi, a niewątpliwie znany Mariuszowi
Olczakowi, który cytował go w audycjach radiowych oraz w jednej z książek jako
dowód miru, jakim były dowódca cieszył się wśród dawnych podkomendnych, i
wsparcia, jakiego im udzielał w pisaniu historii batalionu (Olczak 2019, s.
46). Dyrektor AAN w albumie zrezygnował z jego cytowania – prawdopodobnie dokładniej
przeczytał list „Maliny” i zrozumiał, że on cały, a ten fragment szczególnie,
jest oskarżeniem Adama Borysa o apodyktyczność i nieuznawanie jakiejkolwiek
niezależności od jego woli. A zatem – pisze do prof. Strzembosza dr Wiśniewska
– w trakcie prac nad „Kroniką…” „z wyżyn swego Olimpu (urzędował na 3 piętrze
przy ul. Hożej w Centrali Przemysłu Jajczarskiego-Drobiarskiego) dowodził
batalionem w dalszym ciągu »Dyrektor«-»Pług«-Adam Borys. Jego autorytet był
taki sam jak w czasie okupacji, i tak samo jak wtedy w praktyce wszelka
dyskusja, a co dopiero udzielanie rad »Dyrektorowi« było równoznaczne z
ośmieszeniem się. Przytoczyłam opinię »Maga«, Zdzisława Dobrowolskiego, z jego
ówczesnej relacji, z którą się absolutnie zgadzam w odniesieniu do lat
powojennych” (Wiśniewska 1982, s. 1). Zdzisław Dobrowolski „Mag” był w
„Parasolu” oficerem bezpieczeństwa. We wspomnianej relacji charakteryzował
swoje obowiązki, wskazując, że najważniejszą jego prerogatywą było opiniowanie
opracowania planów akcji pod kątem bezpieczeństwa. W drastycznych sytuacjach
mógł nawet zażądać jej odwołania. Taka była teoria, w rzeczywistości system
bezpieczeństwa nie działał w tym kluczowym zakresie ze względu na sposób dowodzenia
Adama Borysa, który ten system wprowadził – „wszelka dyskusja, a co dopiero
udzielanie rad »Dyrektorowi« było równoznaczne z ośmieszeniem się” (Stopczyński
2019, s. 76).

Na to, że piszący o czasach wojennych
„Mag” i powołująca się na niego, ale pisząca o latach powojennych „Malina” mają
rację, dowodów dostarcza i sam Hubert Borys, który tak charakteryzuje ojca:
„był bardzo, jak to się mówi, podmiotowy, był silną osobowością i nie pozwalał
sobie narzucić poglądów, których nie akceptował” (Borys 2020, s. 87). Opowiada
też anegdotę o rozstrzygnięciu „wewnątrzśrodowiskowego konfliktu”, związanego z
wątpliwościami niektórych byłych podwładnych co do słuszności promowania
monografii „Parasola” w atmosferze „rozprawiania się z Solidarnością, opozycją polityczną, Kościołem, ze wszystkimi”.
Adam Borys „postanowił zakończyć obrady. Wyglądało to tak: krzyknął »Powstań!«. I wstali, stanęli na
baczność i zamilkli” (tamże, s. 160).

I jeszcze jeden dowód na to, że
okoliczności, w jakich pisano historię „Parasola” pod dyktando jego dowódcy,
nie były idylliczne, a efekt musi budzić zastrzeżenia co do rzetelności i
uczciwości.

Wacław Czyszek „Wacek” (1919–2002) formalnie
i faktycznie podlegał służbowo kpt. „Pługowi” tylko przez pierwszych sześć dni
powstania warszawskiego – do momentu zranienia dowódcy, który już do oddziału
nie wrócił. Gdy tuż przed 1 sierpnia 1944 r. wszedł do 2. kompanii „Parasola”
jako zastępca dowódcy drużyny „Andrzeja” (Andrzeja Wojnicza), miał za sobą
przeszkolenie jeszcze w przedwojennej podchorążówce, z której od razu poszedł
na front w 1939 r. Do niewoli dostał się po bitwie pod Kockiem i z tej niewoli
uciekał dwukrotnie w okolicznościach niewątpliwie spektakularnych – w końcu
skutecznie. Po dotarciu do Warszawy w 1942 r. skontaktował się z „Andrzejem”,
który dowodził wtedy kilkunastoosobowym oddziałem osłonowym KG AK. W czasie
powstania warszawskiego w niespełna dwa tygodnie „Wacek” awansował z zastępcy
dowódcy drużyny do zastępcy pełniącego obowiązki dowódcy batalionu „Parasol”
Jerzego Zborowskiego „Jeremiego”. Był oficerem liniowym prowadzącym żołnierzy
do walki, ale brał także udział w odprawach sztabowych. Dowodził batalionem w
trakcie próby przebicia oddziałów staromiejskich do Śródmieścia. Został wtedy
ciężko ranny. Już po wojnie amputowano mu całą lewą nogę. Założył i prowadził
obserwatorium geofizyczne w Helu.

Po powołaniu do życia w 1956 r. Zespołu
Redakcyjnego „Kroniki »Parasola«” jego członkowie zwrócili się do Czyszka w
kwestiach związanych z powstaniem warszawskim, a „Wacek” zaoferował szeroką
pomoc. W liście do Zbigniewa Gąsiora „Garbatego” z 6 sierpnia 1956 pisał:
„Służę wszelkimi wyjaśnieniami odnośnie [do] spraw wątpliwych i niejasnych. […]
Służę wszystkimi materiałami odnośnie [do] udziału »Parasola« w Powstaniu. Podejmę się opracowania, jak również w
wypadku konieczności i czasu [sic!] mogę zająć się stroną techniczną”. 18
stycznia 1957 r. dawał już instrukcje dotyczące sposobu spisywania i
opracowywania relacji, informując, co sam spisał: „Zrobiłem dzień po dniu
działalność bojową baonu z kompaniami i niektórymi plutonami włącznie, a w
niektórych wypadkach mam zespoły drużyn i same drużyny. Umiejscowiłem baon w
ramach obrony i zależności służbowej jednostek nadrzędnych”. W lutym 1957 r. oczekiwał
nadsyłania do konsultacji materiałów, które miały już dotrzeć do Zespołu
Redakcyjnego. W liście z 25 stycznia 1958 r. (prawdopodobnie do Stanisława
Jastrzębskiego „Kopcia”) omawiał kwestię weryfikacji odznaczeń: „Co do obiekcji
»Dyrektora« – wydaje mi się, że
rozumiejąc jego sytuację i skrupulatność, to jednak wiele spraw w związku z
odznaczeniami szczególnie w walkach o Stare Miasto – było poza jego wiedzą i
wielki upór jego byłby zupełnie niezrozumiały”.

Zdecydowanie upraszczając
okoliczności, w jakich Zespół Redakcyjny sprzedał w 1960 r. Wojskowemu
Instytutowi Historycznemu ukończone maszynopisy z historią batalionu
doprowadzoną do dni przedpowstaniowych oraz zgromadzone relacje i archiwalia,
Mariusz Olczak napisał, że mimo fiaska nie zrezygnowano „z opisania historii »Parasola«” (Olczak, s. 50) – i z roku
1960 od razu przeskoczył do 1969, kiedy za pracę tę zabrał się namaszczony
przez Borysa Stachiewicz. Pominięto milczeniem inicjatywę, którą być może
realizowano poza kontrolą „Pługa”, choć zapewne nie bez jego wiedzy. Piszę „być
może”, ponieważ była realizowana pod auspicjami ZBoWiD-u, do którego Borys
„mimo nacisków nie chciał wstąpić” i o którym „pogardliwie mawiał: »To spekulanci i milicjanci«”; choć
„niektórzy akowcy dla »świętego
spokoju« wstępowali do tej organizacji”, to „taki sposób wykazywania
lojalności wobec PRL odrzucał zdecydowanie”, gdyż „w jego pojęciu czerpanie
osobistych zysków z walki o wolność było niemoralne” (Borys 2020, s. 146). Najwyraźniej
wbrew byłemu dowódcy 21 maja 1966 r. zawiązało się Środowisko b. Żołnierzy Batalionu
„Parasol” przy Okręgu Warszawskim ZBoWiD-u, którego przewodniczącym został
„Kopeć”. Powołano grupy i zespoły, m.in. „Zespół Historyczny”, który miał się
zająć „sprawą wydania kroniki 43–44, zbieraniem materiałów dotyczących okresu
Powstania”. W skład tego zespołu weszło dwanaście osób; oprócz członków Zespołu
Redakcyjnego w gronie tym znalazł się m.in. Wacław Czyszek. W „Komunikacie nr
1” Adam Borys nie jest w ogóle wymieniony. W grudniu 1966 r. Czyszek otrzymał
pismo z WIH z „Umową Wydawniczą Nr 16/67/II” na napisanie „Kroniki batalionu »Parasol« cz. III” o „objętości około
2 arkuszy autorskich”. Czyszek zobowiązywał się przesłać maszynopis do 1
kwietnia 1967 r., a WIH, że książka ukaże się drukiem w ciągu dwóch lat od dnia
jego przekazania, czyli w 1969 r. 29 marca 1967 r. „Wacek” zwrócił się z prośbą
do WIH o wydłużenie o dwa tygodnie terminu oddania pracy, ponieważ gotowy
maszynopis chce skonsultować „z gronem Kol. Kol. ze Środowiska »Parasol«”, na co wyrażono zgodę.
Przestrzegając ustalonych terminów, 15 kwietnia 1967 r. Czyszek przesłał trzy
egzemplarze maszynopisu opracowania „Kronika »Parasola« cz. III” ppłk. Tadeuszowi Stępniowskiemu, który odbiór
potwierdził swoim podpisem. Później zdarzył się „cud” i maszynopis w WIH
zaginął bez śladu. W listopadzie 1970 r. na ręce nowego komendanta WIH, płk.
Tadeusza Jędruszczaka, „Wacek” wysłał stosowne wyjaśnienia w ślad za pismami, w
których oskarżano go o niewywiązanie się z umowy. „Dalsze losy mej pracy nie są
mi znane. […] Nie wiem, jaki będzie dalszy epilog mego opracowania, jednak jest
pewne, że jako autor w terminie wywiązałem się z mego zobowiązania zgodnie z
umową. Nie wchodzę w szczegóły, ale dziwi mnie to, że tej pracy nie ma WIH” –
czytamy w tym piśmie. I dalej: „Rozdmuchana historia w pewnych kręgach budziła
mój niesmak do tej całej sprawy. Machnąłem na to ręką”. Być może opracowanie
Czyszka padło ofiarą kadrowych rozgrywek wewnątrz WIH związanych ze zmianą
komendanta i odsunięciem grupy pracowników, w tym ppłk. Stępniowskiego, ale w
korespondencji „Wacka” znajdziemy ślady, że i jego praca, i on sam byli
obiektami mało chwalebnych działań wewnątrz środowiska byłych żołnierzy
„Parasola”. Zacytujmy fragment listu do Eugeniusza Schielberga „Dietricha” z 7
sierpnia 1973 r., w którym znowu poruszył sprawę weryfikacji odznaczeń i
awansów za czas powstania. Stwierdzał, że w tej materii istotne nie powinno być
„stanowisko ludzi, którzy decydując o wnioskach za okres POWSTANIA [sic!], w
Powstaniu tym nie brali czynnego udziału z przyczyn zranienia, względnie
dekowania się, gdyż i tacy byli – względnie byli w tym czasie gdzie indziej.
Nie będę wymieniał z nazwisk, gdyż obydwaj dobrze się orientujemy, o kogo
chodzi. […] Stoję daleko od wszelkich sporów i waśni »naszego«grona – piszę naszego w cudzysłowie, gdyż jak
oświadczył jeden ze chcących być znanym wg mnie i właściwie znanym
parasolarzem, że jeżeli chodzi o mnie, to wg niego nie należę do grupy b.
PARASOLARZY [sic!] – Odpowiedziałem prosto, jeżeli tak, to wykreśl i mój wkład
w Powstanie, jeżeli potrafisz to zrobić”. I jeszcze jeden cytat z późniejszego
o kilka dni listu do niezidentyfikowanego żołnierza „Parasola”: „Co do mnie, do
spraw »Parasola« wrócę i nie
jest wykluczone, że w innej formie moje pamiętniki się ukażą. Naturalnie PO
SMUTNYM DOŚWIADCZENIU [sic!] nie mam zamiaru konsultować mej pracy w gronie
tych AMBICJONALNYCH [sic!] b. parasolarzy”.

Wacława Czyszka „wkładu w Powstanie”
wykreślić się nie dało, ale wkład Wacława Czyszka w opisanie powstania –
owszem. Zerknijmy do bibliografii książki Stachiewicza. Znajdziemy tam jedną
tylko pozycję „Wacka” – podany pod zniekształconym nazwiskiem Cysek krótki
artykuł Bojowy szlak batalionu „Parasol” opublikowany w „Gazecie Ludowej” w 1946 (u Stachiewicza
błędnie podano rok 1947). W książce nie wykorzystano spisanych relacji i opracowań
osoby mającej największe kompetencje do opisu walk „Parasola” w pierwszej
połowie powstania. Nie ma relacji dotyczących żołnierzy z drużyny „Andrzeja”,
nie ma dziesięciostronicowego komentarza do wydanej w 1957 r. książki Adama
Borkiewicza Powstanie Warszawskie 1944,
w których „Wacek” szczegółowo i krytycznie odniósł się do opisu działań
batalionu „Parasol”, nie ma trzeciej części „Kroniki »Parasola«” i wielu innych.

Cytowane powyżej listy Wacława
Czyszka do Zbigniewa Gąsiora pochodzą z Archiwum Ośrodka Karta i są
niewątpliwie znane Mariuszowi Olczakowi, a na pewno znane być powinny.
Pozostałe listy i umowa Czyszka z WIH znajdują się w zbiorze archiwaliów po
majorze „Wacku” przekazanym w zeszłym roku do AAN, którego Olczak jest dyrektorem.

Kim
mógł być „chcący być znanym” i „właściwie znany parasolarz”, który kwestionował
prawa Czyszka do bycia byłym „parasolarzem”? Palce jednej ręki to aż nadto, aby
policzyć tych, którzy przeżyli wojnę i których wojenne dokonania i stanowisko w
batalionie mogłyby ośmielić do usuwania z szeregów „Parasola” właśnie Wacława
Czyszka. Z tych, moim zdaniem, tylko Adam Borys miał realny i przemożny wpływ
na to, jak opisywane były – wtedy już przez Piotra Stachiewicza – dzieje
batalionu. Ktokolwiek to był, przedstawianie przez Huberta Borysa książki Stachiewicza
jako efektu zgodnej i bezkolizyjnej współpracy byłego dowódcy z byłymi
podkomendnymi świadczy o braku świadomości faktów lub świadomej dezinformacji.

Druga po tekstach Mariusza Olczaka i
Huberta Borysa część albumu, „Zdjęcia i dokumenty”, jest niewątpliwie gratką.
To bodaj setki czasami unikatowych fotografii i reprodukcji archiwaliów
konspiracyjnych oraz powstańczych. Szkoda, że temu bogactwu, sprawiającemu
wrażenie wręcz nadmiaru, nie towarzyszy poziom opracowania. Najczęściej podpis
fotografii sprowadza się do prostego opisu tego, co czytelnik i tak widzi. Na
przykład plan akcji na Kretschmanna sporządzony przez „Kopcia”, na którym widać
wielkimi literami i cyframi zapis, że został narysowany w skali 1:2500 ma taki
podpis: „Oryginalny plan akcji w skali 1:2500” (s. 325). Czy nie należało wielu
z tych niewątpliwie ważnych dokumentów pisanych drobnym pismem na bibułkach
zostawić do przygotowywanego pod redakcją Olczaka zbioru wszystkich dokumentów
„Parasola”? Dam jeden przykład. Na stronie 252 prezentowane są cztery
dokumenty, w tym mała żółta karteczka informująca o zmianie kryptonimów
oddziałów dyspozycyjnych Kedywu, opatrzona datą 26 listopada 1943. Niepozorny
skrawek papieru, ale treść doniosła. Według Stachiewicza zmiana kryptonimu
kompanii „Agat” na „Pegaz” nastąpiła w pierwszych dniach stycznia 1944 r. i
miała związek z aresztowaniem kierowcy oddziału Tadeusza Kostrzewskiego
„Niemiry” (Stachiewicz 1981, s. 260–261). W świetle tego i innych zamieszczonych
w albumie dokumentów okazuje się to nieprawdą. Na stronie 280 autorzy pokazują
sporządzone 1 grudnia 1943 r. „Sprawozdanie z działalności oddziału »Pegaz« za listopad 1943”. W nagłówku
ktoś z rozpędu wpisał maszynowo „Agat-Bryl”. Odręcznie zamazano więc stary
kryptonim i nadpisano nowy: „Pegaz”. W spiętrzeniu publikowanych dokumentów
pozbawionych fachowego komentarza takie rzeczy umykają. A jest ich w
prezentowanych dokumentach więcej.

Po raz pierwszy czytelnicy mogą
zobaczyć w jednym tomie wszystkie trzy dokumenty sporządzone po akcji na
Kutscherę. Oczywiście niczego na temat konsekwencji wypływających z faktu, że
Adam Borys o dwóch z tych dokumentach nie mówił, autorzy opracowania nie
podali. W tym miejscu popełnili jednak błąd wynikający z niedochowania
szczególnej staranności tam, gdzie ta staranność jest ze względu na delikatność
sprawy właśnie szczególnie potrzebna. W opisie zdjęć Stanisława Huskowskiego
pomylono z jego bratem, żołnierzem batalionu „Zośka” – Tadeuszem Huskowskim.

Pozbawiona w ogóle opracowania jest
część trzecia, czyli teksty prasowe z wypowiedziami „Pługa”. A ingerencja
autorów opracowania jest nieodzowna co najmniej w dwóch miejscach. Na stronach
473–474 w wywiadzie udzielonym Małgorzacie Rutkowskiej została poruszona sprawa
Stanisława Huskowskiego „Alego”. Odpowiedź Borysa powinna być opatrzona
komentarzem informującym, że w świetle dokumentów prezentowanych na stronach
350–358 albumu były dowódca „Parasola” zrzucił odpowiedzialność za własne
decyzje na poległych podkomendnych.

Drugi fragment domagający się
komentarza to ten z wywiadu, w którym Stefan Smarzyński zapytał Adama Borysa o
dekonspirację oddziału „Osa-Kosa” (s. 454). „Pług” utrzymywał, że za tragiczną
w skutkach wpadkę w kościele św. Aleksandra odpowiada zdrajca Stanisław Jaster
„Hel”, który został za tę rzekomą zdradę stracony w nieustalonych
okolicznościach. Publikowane w ostatnich latach wyniki badań wskazują wyraźnie,
że „Hel” nie zdradził. Zawierają tak wiarygodne ustalenia, że we wrześniu 2019 r.
prezydent RP odznaczył pośmiertnie Stanisława Jastera Krzyżem Kawalerskim
Orderu Odrodzenia Polski.

Informacje prostujące krzywdzące
poległych żołnierzy wypowiedzi Adama Borysa należały się i „Alemu”, i „Helowi”,
ale autorzy albumu nie uznali za stosowne ich podać.

Książka Mariusza Olczaka i Huberta Borysa była okazją
do rozprawienia się z zarzutami stawianymi dowódcy „Parasola”, zarzutami, o
których autorzy wiedzieli. Sądzę, że nad książką zaciążył apologetyczny zamiar.
Album miał być pomnikiem wystawionym legendarnemu dowódcy legendarnego
batalionu i nic nie mogło temu przeszkodzić, nawet oczywiste fakty. Olczak z
Borysem zachowali się jak rzeźbiarze, którzy wybrali blok marmuru na pomnik.
Marmur przywieziono do pracowni i artyści przystąpili do pracy. Nagle okazało
się, że marmur ma skazę, jest pęknięty. Zdecydowali się jednak kuć dalej, rysy
zapowiadające przyszłą katastrofę zapełniając szpachlą i skręcając śrubami.
Pomnik wreszcie osadzili na cokole i odsłonili w myśl zasady „jakoś to będzie”.

Przemilczanie kluczowych faktów niewygodnych dla
kreowanego wizerunku bohatera książki, manipulowanie ustaleniami innych
badaczy, wyrażanie w książce sądów anachronicznych, sprzecznych z publikowanymi
jednocześnie w tej książce dokumentami źródłowymi bez słowa komentarza, wystawiają
niedobre świadectwo autorom. Zwłaszcza Mariuszowi Olczakowi, który w tym
autorskim tandemie jest historykiem – choć bardziej okazał się „adwokatem”.


BIBLIOGRAFIA

Borys
H., Olczak M. (2020), „Pług”. Dowódca batalionu Armii Krajowej „Parasol”,
Warszawa.

Broniewski
S. (Stefan Orsza) (1982), Całym życiem. Szare Szeregi w relacji naczelnika,
Warszawa.

Olczak
M. (2019), Batalion „Parasol” w powstaniu warszawskim, Warszawa.

Siwek
P. (2021), Hubert Borys: ojciec nie starał się wracać do wojennych wspomnień, https://www.polskieradio.pl/8/404/Artykul/2667914,Hubert-Borys-ojciec-nie-staral-sie-wracac-do-wojennych-wspomnien
(dostęp 21 lutego 2021).

Stachiewicz P. (1981),
„Parasol”. Dzieje oddziału do zadań specjalnych Kierownictwa Dywersji Komendy
Głównej Armii Krajowej
, Warszawa.

Stopczyński
W. (2009), Teczka pełna granatów,
„Kombatant”, nr 3.

Stopczyński
W. (2012), O „Raporcie Alego z akcji na Kutscherę” – odpowiedź na polemikę
dr Marii Wiśniewskiej
, „Przegląd
Historyczno-Wojskowy”, nr 2.

Stopczyński
W. (2016), W kręgu Bolesława Srockiego. Ludzie „Petu”. Relacje – wspomnienia
– polemiki
, Gdańsk.

Stopczyński
W. (2018), „Zamach na Kutscherę”, czyli
IPN-u kłopot z raportem „Alego”
,https://histmag.org/Zamach-na-Kutschere-czyli-IPN-u-klopot-z-raportem-Alego-16326/1
(dostęp 28 lutego 2021).

Stopczyński
W. (2019), Raport „Alego” z akcji na
Kutscherę, czyli czego nie powiedział dowódca batalionu „Parasol”
, „Przegląd Historyczno-Wojskowy”, nr 2.

Strzembosz
T. (1983a), „Parasol”, „Kwartalnik Historyczny”, nr 1.

Strzembosz
T. (1983b), AAN, Akta Tomasza Strzembosza, sygn. 566, „»Parasol« Piotra Stachiewicza”, rkps,
b.d., b.p.

Truszczak
D. (2021), Adam Borys ps. Pług. Pierwszy
dowódca batalionu AK „Parasol”
, https://www.polskieradio.pl/7/5098/Artykul/2675896,Adam-Borys-ps-Plug-Pierwszy-dowodca-batalionu-AK-Parasol
(dostęp 21 lutego 2021).

Wiśniewska
M. (1982), AAN, Akta Adama
Borysa, sygn. 1, List do Tomasza Strzembosza w sprawie książki Piotra
Stachiewicza „Parasol” z 7 lutego 1982, mps, b.m., b.p.

Wnuk
R. (2021), Kilka myśli na marginesie medialnego sporu o Józefa Franczaka
„Lalka”
, http://ohistorie.eu/2021/01/09/kilka-mysli-na-marginesie-medialnego-sporu-o-jozefa-franczaka-lalka/
(dostęp 13 czerwca 2021).


Redakcja językowa: Beata Bińko




Holokaust na Węgrzech w świetle procesu Adolfa Eichmanna w Jerozolimie (1961–1962)

Kadr z filmu Lista Schindlera, reż. Steven Spielberg, 1993 (© TM & Universal, https://www.youtube.com/watch?v=j1VL-y9JHuI&list=PL3AD38307A15C3B18&index=3 [Movieclips via Youtube, screencap: 00:46], dostęp 30.11.2020)

SZYMON
PIETRZYKOWSKI

Holokaust na Węgrzech
w świetle procesu Adolfa Eichmanna w Jerozolimie (1961–1962)

Wprowadzenie

W 2021 r. mija okrągła, sześćdziesiąta rocznica procesu
Eichmanna. Od 11 kwietnia do 14 sierpnia 1961 r. toczyło się postępowanie przed
sądem okręgowym w Jerozolimie. Z racji wielkiego zainteresowania tym wydarzeniem
ze strony opinii publicznej obrady zostały przeniesione do wtenczas nowo wybudowanego
jerozolimskiego Domu Ludowego (Beit ha-Am), którego wnętrze przearanżowano na salę sądową;
sąd zebrał się ponownie w połowie grudnia tegoż roku (11–15 grudnia), aby wysłuchać
mów końcowych oskarżenia i obrony oraz głosić wyrok (uznający winę oskarżonego
w odniesieniu do zdecydowanej większości stawianych mu zarzutów – tj. zbrodni przeciwko
ludzkości, zbrodni wojennych, przynależności do organizacji uznanych na zbrodnicze
przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze i nowej kategorii wprowadzonej
przez sądownictwo izraelskie, tj. zbrodni przeciwko narodowi żydowskiemu – oraz
skazujący oskarżonego na karę śmierci) wraz z uzasadnieniem. Eichmann skorzystał
z przysługującego mu prawa do apelacji, co przedłużyło sprawę. W postępowaniu apelacyjnym
Sąd Najwyższy w Izraelu podtrzymał karę śmierci i jeszcze zaostrzył treść wyroku.
Prośba o łaskę skierowana do ówczesnego prezydenta Icchaka Ben Cewiego została odrzucona
(mimo apelów m.in. ze strony Martina Bubera czy Gerszoma Scholema o podjęcie innej
decyzji).

Proces Eichmanna wypełnił również funkcję pozaprawną (extra-legal). W zamierzeniu oskarżenia miał
on posłużyć jako narzędzie legalizmu dydaktycznego (didactic legalism: Douglas 2001, s. 3 i n.) – publiczność zgromadzona
w Beit ha-Aam bądź przed odbiornikami radiowymi (w Izraelu nie funkcjonowała jeszcze
wtedy ogólnodostępna telewizja, głównymi przekaźnikami informacji o procesie, i
nie tylko, były radio i prasa) po raz pierwszy usłyszała o Zagładzie, zapoznając
się z przejmującymi zeznaniami świadków oskarżenia, z których większość (poza kilkoma
wyjątkami) stanowili ocalali/ocaleni. Z perspektywy sześciu dekad można uznać, że
strategia ta odniosła skutek i, nawiązując do słów Davida Cesaraniego, od tego czasu
„Holokaust zastygł i stał się częścią obywatelskiej religii Izraelczyków – z wszystkimi
dobrymi i złymi skutkami tego zjawiska” (Cesarani 2008, s. 425). W niniejszym artykule,
posługując się wybranymi zeznaniami świadków, postaram się zobrazować przebieg Holokaustu
na Węgrzech – w niedługim czasie (maj 1944 – luty 1945 r.) pochłonął on ponad pół
miliona istnień (około 564 tys. osób; Braham 2016, s. 1056). Zeznania te umożliwiają
uchwycenie zróżnicowanej palety zjawisk i postaw (judenraty kolaboracja/opór, działania
ratownicze, krótkotrwałe funkcjonowanie efemerycznych/prowizorycznych gett takich
jak Użhorod, masowe deportacje do Auschwitz-Birkenau). Mając na uwadze, iż transkrypty
z procesu Eichmanna dotychczas nie zostały przetłumaczone na język polski w całości
bądź pokaźnej części (poza cytatami w monografiach), można uznać, że przytaczane
tu obszerne fragmenty wypowiedzi świadków mogą nie być znane polskiemu czytelnikowi.

Endlösung na Węgrzech

Od 14 maja do 9 lipca 1944 r. Żydzi węgierscy zostali poddani
masowym deportacjom z kraju. W stronę Auschwitz-Birkenau wyruszyły wtedy 142 pociągi,
z łączną liczbą wynoszącą 430–440 tysięcy osób – ponad połowa z około 825 tys. Żydów
ujętych w cenzusie z 1941 r. (Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau 2014;
Piper 1992, s. 122). Ponadto tysiące Żydów siłą zaciągnięto do granicy z Austrią
jako przymusową siłę roboczą przy kopaniu rowów fortyfikacyjnych. Stali się oni
tym samym jedną z ostatnich wspólnot wśród ofiar Zagłady (wraz m.in. z pozostającymi
jeszcze przy życiu mieszkańcami getta łódzkiego, którzy nie zostali zgładzeni w
obozach zagłady Kulmhof w Chełmnie nad Nerem i Birkenau, czy Żydami nadal przebywającym
we „wzorcowym getcie” Theresienstadt), pochodzącą z ostatniego państwa, które dostało
się pod okupację niemiecką. Węgry pod autorytarnymi rządami regenta Miklósa Horthyego
(1920–1944) – sprzymierzeniec III Rzeszy na początku wojny, członek sojuszu Osi
od października 1940 r., stały beneficjent licznych przetasowań terytorialnych w
latach 1938–1941 – straciły zaufanie do Hitlera po klęsce pod Stalingradem (w niedługim
czasie strona węgierska usiłowała zawrzeć osobny rozejm z Amerykanami i Brytyjczykami),
jak też zaufanie ze strony samego Hitlera w związku z długotrwałym oporem przed
przekazaniem rodzimych Żydów w ręce nazistów, mimo nacisków również ze strony węgierskiej
radykalnej prawicy (Baron 2020; Romiscs 2016, s. 27–36; Korsai 2014, s. 91–113).
W konsekwencji Niemcy wkroczyli 14 marca 1944 r. i de facto podporządkowali sobie kraj (Cesarani 2008, s. 209–256). Należy
przy tym nadmienić, że rządzący nie odczuwali potrzeby rozciągnięcia protekcji
na Żydów zamieszkujących terytoria anektowane i/lub nieutożsamiającymi się z Węgrami
– w styczniu 1942 r. oddziały węgierskie dokonały masakry 3 tys. Żydów w Nowym Sadzie,
stolicy Wojwodiny, w części przyłączonej do Węgier (von Klimó 2018); latem wywieziono z kolei około 20 tys. Żydów z Rusi
Podkarpackiej do Kamieńca Podolskiego na zajętej przez Niemców Ukrainie, gdzie zostali
rozstrzelani przez oddziały Einsatzgruppen (Mallmann 2001, s. 239–264; Eisen, Stark
2013, s. 207–241). Postawę tę, tj. próbę ochrony „własnych” Żydów i wrogość w stosunku
do „obcych”, powielili też Rumuni i Bułgarzy – pozostali członkowie Osi o podobnym
statusie co Węgry* (Gerlach 2016, s. 368–403). Jedyną społecznością, która uniknęła
wywózek na północ, byli Żydzi budapeszteńscy (około 200 tys. według szacunków przedwojennych).
Deportacje co
prawda objęły także Żydów z przedmieść Budapesztu, lecz oszczędzona została żydowska
społeczność zamieszkała w stolicy (Ungváry
2016, s. 105–146; Piotrkowiak-Junkiert 2016, s. 119–138). Ci zaś po obaleniu
Horthyego w październiku 1944 r. i przejęciu władzy przez Ferenca Szálasiego (1944–1945) – przywódcy faszystowskiego, skrajnie antysemickiego
ugrupowania strzałkokrzyżowców – padli ofiarą pogromów toczących się
w mieście do wejścia Armii Czerwonej 13 lutego 1945 r. (Deák 1965, s. 364–407;
Lackó 1969; Cohen 1987, s. 369–384). Nie
do przecenienia okazała się wówczas działalność Raoula Wallenberga – dyplomaty,
sekretarza ambasady szwedzkiej, Sprawiedliwego wśród Narodów Świata – który współdziałając
m.in. z Czerwonym Krzyżem i nuncjaturą apostolską, doprowadził do ocalenia tysięcy
Żydów poprzez wystawianie im szwedzkich paszportów czy innego rodzaju działania
pomocowe (Bierman 1981; Ben-Tov 1988; Schult 2009; Carlberg 2016). Szacuje się,
że okupację przetrwało ogółem 255,5 tys. węgierskich Żydów, w tym około 119 tys.
Żydów zamieszkałych w stolicy, wtłoczonych od listopada 1944 r. do zamkniętego getta
(Braham 2016, s. 1507). Do 20 tys. budapeszteńskich Żydów zginęło z rąk strzałkokrzyżowców
(tamże, s. 1505), część z nich rozstrzelano przy brzegu Dunaju, a ich ciała wrzucono
do wody (upamiętnia ich odsłonięty w 2005 r. pomnik w postaci rzędu butów porozstawianych
wzdłuż rzeki; w 2019 r. izraelscy płetwonurkowie oczyścili dno Dunaju w poszukiwaniu
szczątków). 8 października 1944 r. z Budapesztu ku zachodowi wyruszył marsz śmierci
składający się z 70 tys. Żydów – część uczestników trafiła do wciąż funkcjonujących
w tym czasie obozów (Dachau, Mauthausen), pozostałych skierowano w stronę Wiednia,
do budowy umocnień. Marsz ten pochłonął tysiące istnień (Lappin 2000, s. 203–242;
Blatman 2011, s. 223–243).

49489143477_9640cd35a8_b

Buty na brzegu Dunaju (budapeszteński pomnik Holokaustu), fot. Luc Coekaerts
(domena publiczna, https://www.flickr.com/photos/luc_coekaerts/49489143477/sizes/l/, dostęp 30.11.2020)

Eichmann i inni

Osobą bezpośrednio nadzorującą realizację „ostatecznego
rozwiązania” (Endlösung] na Węgrzech był
sam Adolf Eichmann – kierownik powołanej w tym celu specjalnej sekcji IV B4 Reichssicherheitshauptamt
(RSHA, tj. Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy), której działalność obejmowała
całą okupowaną przez Niemcy Europę. Do Budapesztu udał się już w dniu wkroczenia
tam wojsk niemieckich, wraz z grupą zaufanych współpracowników (m.in. Dieterem Wislicenym
– świadkiem na procesie przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze,
osądzonym i straconym w 1948 r., i 500–600-osobowym Sondereinsatzkommando Ungarn, składającym się z członków SS, SD (Sicherheitsdienst
– Służba Bezpieczeństwa Reichsführera
SS Heinricha Himmlera) oraz Sipo (Sicherheitspolizei – Policja Bezpieczeństwa) (Cesarani
2008, s. 209–256; Stangneth 2014; Braham 2015). Ten schyłkowy
okres działalności Eichmanna był jednym z najszerzej omówionych zagadnień na procesie.
Poświęcono mu ponad dziesięć z łącznie 121 sesji kolegium sędziowskiego (sesje 51–62,
84–87, 103–104 i następne; 24 maja – 1 czerwca, 3–6 lipca, 19–20 lipca 1961 r. i
później).

Rola
judenratów – casus Kastnera i Freudigera

Oprócz martyrologii Żydów węgierskich poruszona została
budząca kontrowersje kwestia kontaktów pomiędzy oskarżonym oraz jego ludźmi a ukonstytuowaną
z polecenia Niemców Centralną Radą Żydowską w Budapeszcie – kadłubową formą „samorządu”
na podobieństwo rad żydowskich (Judenräte) funkcjonujących w pozostałych
miejscach. W połowie lat pięćdziesiątych w Izraelu toczył się głośny proces o zniesławienie,
jaki ocalałemu z Zagłady węgierskiemu Żydowi, właścicielowi hotelu, dziennikarzowi
amatorowi Malkielowi Gruenwaldowi wytoczył Israel Kastner (wcześniej Rezső Rudolf Kasztner), ówczesny rzecznik prasowy ministerstwa
handlu i przemysłu, za okupacji wiceprzewodniczący powstałego w styczniu 1943 r.
Komitetu Pomocowego z siedzibą w Budapeszcie. Kastner, który doprowadził do ewakuacji
1684 Żydów z Węgier do Szwajcarii w zamian za okup w wysokości tysiąca dolarów od
osoby oraz łapówki wypłacane Niemcom (złoto, diamenty, kosztowne przedmioty), został
oskarżony o to, że wykorzystując bliskie kontakty z Eichmannem i jego ludźmi, w
istocie doprowadził do ocalenia nielicznej elity kosztem „szeregowych”, nieuprzywilejowanych
pobratymców. Sprawa ta miała dość czytelny podtekst polityczny – prawica, z którą
był związany Gruenwald, utożsamiała rządzącą od powstania państwa aż do schyłku
lat siedemdziesiątych lewicową Partię Pracy (Mapai) z kolaborującymi radami, tymczasem
opozycyjny Herut (jego spadkobiercą jest dzisiejszy Likud) i różne inne ugrupowania
z tej strony sceny politycznej odwoływały się do tradycji zbrojnego oporu – w gettach
i obozach podczas wojny czy w jiszuwie (osadnictwo żydowskie na terenie Palestyny/Izraela)
przeciwko Brytyjczykom (Wietz 1994, s. 349–371; Stauber 2007, s. 42–44, 78–96; Segev
2012, s. 179–238). Finałem postępowania przed sądem pierwszej instancji (1954–1955)
było skazanie Grunwalda, orzekający w tej sprawie sędzia Benjamin Halewi ukarał
go jednak symboliczną grzywną w wysokości jednego funta, a prowadzone przez Kastnera
negocjacje z Eichmannem porównał do umowy z diabłem (Halewi zasiadł później w trzyosobowym
kolegium osądzającym Eichmanna). Kastner złożył apelację, która znacząco zweryfikowała
wyrok na jego korzyść. Nie doczekał jej finału – 15 marca 1957 r. zginął blisko
swego domu w zamachu z rąk prawicowych ekstremistów (Moaz 1995, s. 279–289, Weitz
1996, s. 1–26; Bilsky 2001, s. 117–160; Segev 2012, s. 241–300).

File:Rudolf Kastner, 1950s.jpg

Rudolf
Kastner w izraelskiej stacji radiowej Kol Israel, prowadzący audycję po węgiersku,
wczesne lata pięćdziesiąte (domena publiczna https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Rudolf_Kastner,_1950s.jpg,
dostęp 30.11.2020)

Echa
procesu Kastnera rozbrzmiały m.in. w trakcie wystąpienia jako świadka oskarżenia
na sesjach nr 51 i 52 (24 i 25 lipca 1961 r.) Pinchasa Freudigera (wcześniej Fülöp Filip von Freudiger) – byłego barona,
który po emigracji do Izraela po wojnie zhebraizował tożsamość; członka budapeszteńskiego
Judenratu (The
Trial of Adolf Eichmann: Session 51 of 121 [Part 4-6 of 6]; Session 52 of 121 [Part
1-7 of 8]: Testimony of Pinchas Freudiger)
.
Chociaż przedstawił sylwetkę i działalność Eichmanna w jednoznacznie niekorzystnym
świetle, jego opowieść dotycząca tego, jak wyglądała codzienność centralnej rady
m.in. w newralgicznym okresie od maja do lipca 1944 r. – o przekazywaniu nieruchomości
na potrzeby Niemców, dostarczaniu żydowskich robotników do niewolniczej pracy (za
którą nie otrzymywali oni wynagrodzenia), wreszcie o konieczności sporządzania list
i dostarczania deportowanych do Auschwitz-Birkenau – wywołała gwałtowną reakcję.
Jak relacjonowała Hannah Arendt, „podczas zeznań […] doszło
do jedynego poważnego incydentu na sali sądowej: publiczność zaczęła krzyczeć na
świadka po węgiersku i żydowsku, a sąd musiał ogłosić przerwę. Freudiger – ortodoksyjny
Żyd zachowujący się z dużym dostojeństwem – był wstrząśnięty” (Arendt 1998, s. 161).
Oburzenie wywoływała nierówność losu przedstawicieli elit, jak Freudiger, i „zwykłych”
Żydów. Odzwierciedla ją doświadczenie będące udziałem samego zeznającego: po załatwieniu
przez niego sfałszowanych paszportów i otrzymaniu informacji od Wislicenyego o możliwości
przekroczenia granicy węgiersko-rumuńskiej szczęśliwie przedostał się do Rumunii
11 sierpnia 1944 r. – niespełna dwa tygodnie przed wkroczeniem Armii Czerwonej (22
sierpnia). Z jego przypadkiem tragicznie koresponduje sytuacja setek tysięcy węgierskich
Żydów bez środków finansowych i znajomości wśród okupantów, którzy wchodzili do
pociągów z przekonaniem, że udają się do obozów pracy, podczas gdy miejscem ich
przeznaczenia były krematoria Birkenau. Według najnowszych ustaleń z 430–440 tys.
deportowanych życie straciło w ten sposób około 320–325 tys. – 75% wszystkich transportów
z Węgier, jedna trzecia całkowitej liczby ofiar. Wiosną i latem 1944 r. obóz zagłady
osiągnął apogeum śmiercionośnej działalności (Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau
2014) – Randoph L. Braham szacuje, że obozy mogło przeżyć 20 tys. węgierskich Żydów
(Braham 2016, s. 1507). Zarazem należy pamiętać, że żydowskie władze zostały w istocie
postawione w obliczu tego, co amerykański literaturoznawca Lawrence L. Langer określił
mianem choiceless choicess – sytuacji
bez wyjścia, gdy każdy krok/każda decyzja, jakiekolwiek by one były, rodziły tragiczne
konsekwencje, na podobieństwo antycznych tragedii greckich (Langer 1980, s. 53–58;
Langer 1982, s. 72 i n.; Langer 1991, s. 26, 83; Langer 1995, s. 46 i n., 80; Langer
2006, s. 46, 102; Langer 2021, s. 39, 110 i n.). Obecnie postawa judenratów poddawana
jest z tego względu rewaluacji. Choć nierzadkie były przypadki daleko idącej współpracy
z okupantem – jak działo się to w getcie łódzkim pod rządami Chaima Mordechaja Rumkowskiego
czy zarządzanym przez Jakuba Gensa getcie wileńskim – panuje ogólny konsensus, iż
żydowscy decydenci, czyniąc użytek z dramatycznie ograniczonych środków i/lub możliwości,
jakimi wtedy dysponowali, dążyli do maksymalizacji współczynnika przeżycia podległych
im wspólnot. Niektóre podjęte przez nich (i nie tylko) działania mieszczą się w
utworzonej przez izraelskiego historyka Yehudę Bauera kategorii amidy (hebr.
amida – opór)– niezbrojnego oporu (Bauer
2016, s. 164, 183–185 i in.). W innym świetle niż kilka dekad temu postrzegany jest
choćby wspomniany wcześniej Kastner, często nazywany dziś „węgierskim Schindlerem”
(Leclézio 2016).

vlcsnap-2020-11-30-06h07m36s662

vlcsnap-2020-11-30-06h03m40s319

Pinchas
Freudiger zeznający na procesie Eichmanna, 1961 (po prawej stronie obrócony plecami
prokurator posiłkowy Gabriel Bach) (https://www.youtube.com/watch?v=eyL8cVKSR0A&t=1904s [archiwalny
materiał filmowy z większości posiedzeń udostępniony na platformie YouTube przez
Yad Vashem i Archiwum Państwowe Izraela w związku z 50. rocznicą tego wydarzenia,
screencap: 13:12 i 24:16], dostęp 30.11.2020)

Akcja ratownicza Joela Branda

Jako jeden z przykładów amidy czy, w odniesieniu do Niemców,
manifestacji typowej dla schyłku wojny dezorganizacji/odejścia od działalności motywowanej
przede wszystkim założeniami rasowymi na rzecz potrzeb danej chwili, można uznać
transakcję „ciężarówki za krew” (ostatecznie niezrealizowaną), jaką Eichmann miał
zawrzeć z reprezentantem Komitetu Pomocowego, bliskim znajomym Kastnera, Joelem
Brandem, pod koniec kwietnia 1944 r. – jeszcze przed rozpoczęciem fali masowych
deportacji. W niepisanej umowie Niemcy mieli zobowiązać się do uwolnienia miliona
Żydów i zamknięcia Auschwitz w zamian za 10 tys. samochodów ciężarowych wypełnionych
trudno dostępnymi towarami (mydło, kawa, herbata, czekolada; wolfram i pozostałe
materiały do produkcji broni), przystosowanych do trudnych zimowych warunków. Brand,
który wcześniej pośredniczył w przerzucaniu Żydów z innych zagrożonych krajów do
Węgier, kiedy również one przestały być już azylem i po wyczerpaniu się innych strategii,
stanął na stanowisku (wraz z Kastnerem), że jedyną drogą ratunku jest nawiązanie
kontaktów z czołowymi funkcjonariuszami nazistowskimi, co opłacili wysokimi łapówkami
(Friling 1999, s. 405–436; Braham 2004, s. 21–57; Gerlach 2008, s. 217–230). Po
ustaleniu wstępnych warunków i nawiązaniu kontaktów z Agencją Żydowską, która miała
pośredniczyć w negocjacjach między Niemcami a zachodnimi aliantami, Brand udał się
do Stambułu, gdzie dotarł 19 maja (jego żonę Hansi wraz z dziećmi zatrzymano jako
gwarantów umowy; Brand jeszcze nie miał wtedy świadomości, że zaczęły się wywozy
do Auschwitz). Odbył rozczarowujące spotkanie z osobami z Agencji (w tym z Mosze
Szaretem, przyszłym premierem Izraela w latach 1954–1955) – w jego przekonaniu byli
oni nadmiernie skupieni na kwestiach wewnętrznych oraz planach powojennej emigracji
do Erec Israel i nie zdawali sobie sprawy z gehenny, jakiej codziennie doświadczała
europejska diaspora. W monografii o niemiecko-izraelskich kontaktach w okresie 1933–1945
Yehuda Bauer twierdzi, że Brand przecenił stopień sprawczości Agencji, gdyż z samej
istoty tej instytucji nie mógł być zbyt wielki (Bauer 1994, s. 172–195). Niedługo
potem został aresztowany przez Brytyjczyków, przeświadczonych, że jest on niemieckim
szpiegiem. Brand przeżył wojnę (podobnie jak wzięci w niewolę żona i dzieci), zamieszkał
w Izraelu, zeznawał jako świadek oskarżenia w procesie Eichmanna oraz załogi Auschwitz-Birkenau
we Frankfurcie nad Menem (1963–1965). W obu zeznaniach nie ukrywał goryczy w związku
z niepowodzeniem jego misji (zapis zeznań w Jerozolimie: The Trial of Adolf Eichmann:
Session 56 of 121 [Part 1-4 of 4]; Session 57 of 121 [Part 1-4 of 8]; Session 59
of 121 [Part 3-5 of 6]: Testimony of Joel Brand)
. W reportażu Harry’ego
Goldena dla amerykańskiego czasopisma „Life” z 21 kwietnia 1961 r., już w trakcie
trwania procesu Eichmanna, Brand został scharakteryzowany jako „człowiek żyjący
w cieniu, ze złamanym sercem” (Golden 1961, s. 46). W niezbyt licznych rozmowach
opowiadał on o olbrzymiej odpowiedzialności ciążącej na jego barkach. Uczucie to
podzielała jego małżonka, także zeznająca w Jerozolimie, o czym wspomniała jako
świadek (The Testimony of Adolf Eichmann: Session 58 of 121 [Part 15 of
5]; Session 59 of 121 [Part 13 of 6] Testimony of Hansi Brand), później w rozmowach
z reżyserem dokumentu Shoah Claude’m Lanzmannem.
Nie zmieściły się one w trwającej ponad dziewięć godzin wersji kinowej i telewizyjnej
z 1985 r., są do odnalezienia na udostępnionym przez Lanzmanna Muzeum Pamięci Holokaustu
w Waszyngtonie (United States Holocaust Memorial Museum, USHMM) materiale filmowym
(USHMM, Claude
Lanzmann Shoah Collection, Interview with Hansi Brand, 1979 & 1985; Vice 2021).

vlcsnap-2020-11-30-06h36m42s571

vlcsnap-2020-11-30-06h29m03s399

Hansi Brand z d. Hartmann (u góry) i Joel Brand (poniżej) zeznający na procesie Eichmanna, 1961 (https://www.youtube.com/watch?v=w6g3Ax2nYd8&t=1319s [screencap: 01:37 i 23:06], dostęp 30.11.2020)

Banalność zła?

Brand najwyraźniej padł ofiarą okrutnego blefu ze strony
nazistów i własnej błędnej kalkulacji. Wiele faktów/okoliczności towarzyszących
tej misji nadal czeka na odkrycie, należy jednak uznać, że Niemcy nie zamierzali
wstrzymać deportacji Żydów spoza Budapesztu do Birkenau – niezależnie od obrotu
spraw. Tego samego dnia, kiedy Brand wyruszył w podróż, Eichmann udał się z wizytą
kontrolną do Auschwitz – w odpowiedzi na zastrzeżenie wyrażone przez komendanta
obozu Rudolfa Hössa, że nie jest on w stanie pomieścić tak wielu więźniów, zasugerował
mu, żeby przybyłych na miejsce Żydów uśmiercać od razu. Jego sugestia została uwzględniona
– do obsługi ponad setki transportów uruchomiono nową linię kolejową zatrzymującą
się w bliskiej odległości komór gazowych i krematoriów (Testimony of Rudolf Hoess,
Commandant of Auschwitz [Testimony on Monday, April 15, 1946]; Cesarani 2008, s.
230). Późnowojenna demoralizacja udzieliła się też szefowi sekcji IV B4 RSHA, do wyjazdu na Węgry zatwardziałemu puryście. Eichmann korzystał
tam z życia. Zamieszkał w pożydowskiej luksusowej willi, wdawał się w romanse, dużo
pił i palił, po mieście poruszał się amfibią z nieograniczonym limitem paliwa (Cesarani
2008, s. 241–243). Jego decyzja o przystąpieniu do negocjacji z reprezentantami
Komitetu Pomocowego, wbrew dotychczasowej bezkompromisowej postawie w kontaktach
z Żydami, mogła wynikać po części z podszytej zazdrością rywalizacji z zaufanym
człowiekiem Heinricha Himmlera, kierownikiem Wydziału Gospodarczego SS na Węgrzech
Kurtem Becherem – Eichmann zdał sobie sprawę, że angażując się w potajemne, wysoce
intratne konszachty ze stroną żydowską celem oszczędzenia przynajmniej części z
nich, Becher wchodził w zakres jego kompetencji; co więcej, zapewne również on zapragnął
się wzbogacić na tym procederze (tamże, s. 234–236 i n.). Występując w funkcji świadka
na jerozolimskim procesie Hansi Brand wyznała, iż negocjując z Eichmannem, odniosła
wrażenie, że wcale nie zamierzał dotrzymać umowy, mimo deklarowanej gotowości (The
Trial of
Adolf Eichmann: Session 58 of 121 [Part 3 of 8]: Testimony of Hansi Brand)
. Tak w istocie się stało. Fakt, iż stojąc w obliczu klęski, otoczone przez
nacierające z obydwu stron wojska sowieckie, amerykańskie i brytyjskie, władze III
Rzeszy ostatnimi siłami zmobilizowały/przekierowały aparat państwa ku realizacji
gigantycznego przedsięwzięcia – zgładzenia węgierskich Żydów, jedynej jeszcze nietkniętej
społeczności żydowskiej w niemieckiej strefie wpływów (nie licząc interioru Rumunii
i Bułgarii – państw mających więcej szczęścia niż Węgry, tam bowiem udało się
zmienić sojusze przed końcem wojny) – świadczy o nadrzędnej pozycji ideologii antysemickiej/rasistowskiej,
ważniejszej niż pragmatyzm czy instynkt samozachowawczy. Eichmann do tego stopnia
był pochłonięty realizacją swej idée fixe
– świata bez Żydów – że nie pogodził się z poleceniem wstrzymaniu deportacji. Wbrew
rozkazom przełożonych zorganizował jeszcze dwa dodatkowe transporty 17 i 19 maja
(Cesarani 2008, s. 238–239; zob. też Csosz 2017) . W przekonaniu Arendt postawa
ta stała się świadectwem „banalności zła”, gdy wplątana w biurokratyczne tryby jednostka
traci rozeznanie odnośnie do etycznego wymiaru swych czynów (Arendt 1998, s. 358–362,
372 i n.). Nowsze studia poświęcone Eichmannowi z reguły dość krytycznie odnoszą
się do tejże koncepcji, zasadnicze motywacje jego działań upatrując w głęboko zakorzenionym
antysemityzmie, resentymentach czy potrzebie przynależności (Diner 1997, s. 177–190;
Cesarani 2008, s. 407–446 i n.; Lipstadt 2012, s. 167–204; Stangneth 2014).

vlcsnap-2020-11-30-06h41m14s388

vlcsnap-2020-11-30-06h46m42s937

Adolf Eichmann w trakcie zeznań Hansi Brand (https://www.youtube.com/watch?v=w6g3Ax2nYd8, dostęp 30.11.2020)

Deportacje do Auschwitz-Birkenau
– świadectwo Martina Földiego

Sposób, w jaki przebiegały deportacje na ówczesnej węgierskiej
prowincji, szczegółowo przedstawił w jednym z najbardziej poruszających świadectw
wygłoszonych podczas procesu w Jerozolimie dr Martin Földi – dawny oficer w armiach
Austro-Węgier i Czechosłowacji, przed okupacją pracujący jako prawnik w Użhorodzie (węg. Ungvár) – historycznej stolicy Rusi Karpackiej.
Miasto to od X w. n.e. przynależało do Węgier, następnie Cesarstwa Austro-Węgierskiego,
w latach 1919–1938 znalazło się w granicach Czechosłowacji, od 1938 do 1944 r. ponownie
było przyłączone do Węgier, obecnie zaś leży na obszarze Ukrainy tuż przy granicy
ze Słowacją (zamieszkują je w większości Ukraińcy, mniejszości rosyjska, węgierska,
słowacka i romska stanowią łącznie około 25% populacji). Jako obywateli węgierskich
Földiego wraz z rodziną nie objęto deportacją do Kamieńca Podolskiego w sierpniu
1941 r. – Żydzi z przygranicznych miejscowości (poza Użhorodem również m.in. z Mukaczewa,
Chustu, Jasiny) zostali przewiezieni koleją oraz ciężarówkami do Kołomyi, następnie
zmuszeni do przemarszu w stronę Kamieńca Podolskiego przez Dniestr. Getto w Użhorodzie
zostało utworzone w czasie święta Pesach (21–23 kwietnia). Istniało zaledwie kilka
tygodni – do 31 maja 1944 r., kiedy wyruszył ostatni z pięciu transportów zmierzających
do Auschwitz (deportacje trwały tam od 17 maja). Będąc przedstawicielem przedwojennej
elity, z dobrą znajomością języka niemieckiego, Földi znalazł zatrudnienie w administracji
getta podporządkowanej lokalnej radzie żydowskiej. Ta z kolei realizowała zalecenia
wychodzące z centrali w Budapeszcie. W rzeczywistości instytucje te stanowiły bezwolne
narzędzia w rękach Niemców, którzy powierzyli im upiorny obowiązek pośredniczenia
w dziele własnej eksterminacji. Zeznając na 53. sesji sądu 21 maja 1961 r., Földi
w następujący sposób opisał upokarzającą prowizoryczność codziennego życia w getcie:

[…] [Prokurator posiłkowy Gabriel Bach] Czy świadek
własnymi słowami może opowiedzieć sądowi, co działo się [w getcie – S.P.], gdzie
się znajdowało, jakie panowały tam warunki?

[Martin Földi] Getto utworzono przy cegielni, jakieś dwa, trzy kilometry
poza miastem. Zaczęło się od zatrzymywania ludzi z obwodów wokół Użhorodu – rozpoczęły
się deportacje z okolicy. Widzieliśmy nawet przez okno, jak ludzie ci szli drogą
do cegielni. I tak region po regionie, dzielnica po dzielnicy. Kiedy przyszła kolej
na nas, my również zostaliśmy tam wysłani.

[GB] Ilu Żydów przebywało
w tym czasie w getcie?

[MF] Łącznie czternaście
tysięcy [w opracowaniach jest mowa o 25 tys. Żydów z miasta i okolic – S.P.]. Wiem
o tym, gdyż [byłem] członkiem komitetu powołanego na wniosek rady.

[GB] A jaka w ocenie świadka
powinna być liczba osób adekwatna do wydzielonej im przestrzeni?

[MF] Wystarczyłaby na maksymalnie
dwa tysiące osób – a i tu wystąpiłyby trudności. Ale te dwa tysiące mogło się tam
zmieścić.

[GB] Jak długo świadek przebywał
w getcie?

[MF] Byliśmy tam około miesiąca
[Földi ma na myśli siebie wraz z rodziną – S.P.].

[GB] Co świadek może powiedzieć
sądowi o warunkach mieszkaniowych i sanitarnych w getcie?

[MF] Były poniżej tego wszystkiego,
co można uznać za racjonalne. Getto zajmowało bardzo niewielki obszar i nie było
tam odpowiednich domów/budynków, aby pomieścić ludzi. Getto stanowiło po prostu
dach bez ścian [w transkrypcie w angielskim tłumaczeniu widnieje zwrot There was simply a roof without
walls
. Możliwe, że świadek przejęzyczył się, mając
na myśli to, że getto w istocie składało się z samych ścian/murów bez dachu – S.P.].

[GB] Co z toaletami?

[MF] Toalety były katastrofalne.
[Niemcy] kazali nam zbudować niezamknięte latryny. Wszyscy z nich korzystali.

[GB] Na otwartej przestrzeni?

[MF] Na zupełnie otwartej przestrzeni. Miało to straszliwy skutek. Od samego początku przyczyniło się do demoralizacji [Należy przypuszczać, że Földi w pierwszej kolejności odnosi się tu do urągających ludzkiej godności warunków panujących w tym i pozostałych gettach/obozach. Zarazem długie kolejki, jakie siłą rzeczy tworzyły się do ograniczonej liczby latryn/szalet, często służyły jako jedyne platformy w miarę swobodnej dyskusji/wymiany informacji, co mogło stanowić problem dla przedstawicieli władzy – zarządów gett czy więźniów porządkowych w obozach. Być może jako przedstawiciel gettowej administracji/władz niższego szczebla mógł mieć na myśli również to drugie znaczenie – S.P.: Ostrower 2015].**

(The Trial of Adolf Eichmann: Session of 53 of 121 [Part
3 & 4 of 6]: Testimony of Martin Foeldi)

Podobnie jak działo się to w pozostałych miejscach, także
tutaj Niemcy zastosowali skuteczną strategię dezinformacji społeczności żydowskiej
odnośnie do losu, jaki ich czeka. W Użhorodzie przekazywali sprzeczne sygnały. Földi wspomniał w zeznaniu o oficerze Gestapo, który
miał mu powiedzieć: Ihr lebt ja hier wie die Schweine, Ihr werdet nach Deutschland ueberfuehrt,
wo Ihr in normalen Verhaeltnissen leben werdet mit Euren Familien…
Ihr werdet dort arbeiten („Żyjecie tu
jak świnie, zostaniecie przeniesieni do Niemiec i tam będziecie wieść normalne życie
wraz z rodzinami… Będziecie tam pracować”; The Trial of Adolf Eichmann: Session of 53 of 121 [Part
4 of 6]: Testimony of Martin Foeldi). Po tym, jak deportacje
już się rozpoczęły, potwierdzać to miały kartki pocztowe, w których deportowani
odręcznie informowali swoich krewnych, że znaleźli się Niemczech, i chwalili panujące
tam warunki. Była to mistyfikacja: ci spośród przybyłych do Auschwitz, którzy nie
zostali skierowani od razu do komór gazowych, otrzymywali papier i przyrządy do
pisania, następnie musieli napisać to, co dyktował im stojący za ich plecami żandarm
bądź kapo. Uczynił to też Földi:

[GB] Co powiedzieli świadkowi, aby napisał
na kartce?

[MF] Nie pamiętam tego słowo w słowo.
Brzmiało to mniej więcej tak: „Czuje się dobrze/swobodnie [I am at ease] i chodzę do pracy”. Nie pamiętam dokładnie tej kartki
pocztowej, lecz później odkryłem, że wciąż znajduje się ona w posiadaniu mojej siostry
w Budapeszcie, do której ją wysłałem.

[GB] Czy kazali świadkowi napisać nazwę
miejsca, w jakim się znajdował?

[MF] Tak, Waldsee. Muszę dodać, że jeszcze
będąc w getcie, otrzymaliśmy taką pocztówkę z pierwszych transportów.

[GB] Otrzymaliście zatem pocztówkę z
Waldsee. Co o tym pomyśleliście?

[MF] Zaczęliśmy szukać tego miejsca [na
mapie – S.P.] i znaleźliśmy ośrodek wypoczynkowy o tej nazwie w Austrii.

[GB] W jaki sposób otrzymywanie tych
pocztówek wpłynęło w tym czasie na społeczność?

[MF] Uspokoiło to nasze umysły. Pomyśleliśmy
w każdym razie, że mają się dobrze i że było takie wspaniałe miejsce w Austrii.
Tak się nam wtedy wydawało.

(Trial of Adolf
Eichmann: Session of 53 of 121 [Part 4 of 6]: Testimony of Martin Foeldi)

Zachowana pocztówka do siostry świadka, której autentyczność potwierdził on
pod przysięgą, została włączona do akt dowodowych. Földi napomknął również o piśmie
od Gestapo, które rada starszych przekazała administracji, w którym pojawiła się
uwaga o dzieciach włóczących się bez celu po getcie zamiast studiować Torę bądź
kształcić się religijnie. Starszeństwo potraktowało to jako dobry znak – naczelny
rabin zasugerował, by podziękować za troskę i skierować prośbę o zgodę na wysłanie
kilku mężczyzn do synagogi, by mogli wyjąć z niej księgi/materiały, które umożliwiłyby
prowadzenie nauki/studiów. Treść pisma mogła być odczytana (i pewnie też była) jako
zapowiedź stabilizacji. Ta jednak nie nastąpiła. Niecały miesiąc po powstaniu getta
zaczęły się deportacje. Földi został zapytany o towarzyszące im okoliczności oraz
przebieg:

[GB]
W jaki sposób przeprowadzano […] deportacje?

[MF]
Otrzymaliśmy zawiadomienie od Centralnej Rady Żydowskiej [w Budapeszcie – S.P.],
że zobligowani jesteśmy do sporządzenia listy mającej zawierać, z tego co pamiętam,
od 1500 do 2000 osób. Wewnątrz getta znajdował się głośnik i za jego pośrednictwem
wzywaliśmy te osoby, które zgłosiły chęć opuszczenia getta w większych grupach,
żeby zarejestrowały się w biurze. Zgłaszały się całe rodziny lub pojedynczy członkowie
rodzin, którzy przekazywali nam całą listę z dalszymi krewnymi i przyjaciółmi. Był
tam pewien urzędnik, również będący Żydem/jednym z nas, który zapisywał je i sporządzał
z nich listę. Następnego dnia odbywał się apel i zgromadzeni ludzie dzieleni byli
na sekcje po 50–52 osoby – całość liczyła około 1500–2000 osób.

[GB]
Czy obowiązywało rozróżnienie na dzieci, kobiety i mężczyzn?

[MF]
Nie, nie było żadnego rozróżnienia.

[GB]
Wszyscy zostali zabrani?

[MF]
Tak. Wszyscy zostali zabrani. Stare kobiety i mężczyźni, kobiety i mężczyźni [Old men and women,
women and men
].

[GB] Jakim rodzajem
pociągów byli oni zabierani?

[MF] Pociągami
bydlęcymi/towarowymi [freight trains].
Widzieliśmy te pociągi
z getta. Choć były daleko, mogliśmy je dostrzec.

[GB] Jak wiele osób mogło się zmieścić
w jednym wagonie?

[MF] Od siedemdziesięciu do osiemdziesięciu
osób.

[GB]
W jakim tempie deportacje były przeprowadzane?

[MF]
Niemal codziennie lub w odstępie dwóch dni.

[GB]
Niemal codziennie lub w odstępie dwóch dni wyruszał pociąg z 1500 ludźmi w środku?

[MF]
Tak. Co dwa dni – tak byłoby dokładniej.

[GB]
A kiedy wyjechał świadek?

[MF]
Wyjechałem ostatnim transportem.

[GB] Czy w pociągu znajdowali się również
członkowie rodziny świadka?

[MF]
Była tam cała moja rodzina. A poza tym jechali z nami także trzej oficerowie, którzy
zasiadali w administracji getta. […]

[GB]
Kim byli członkowie najbliższej rodziny świadka?

[MF]
Moja żona, syn, córka, teść, teściowa, szwagier, jego żona i ich mała dziewczynka.

[GB]
Dokąd was wieziono?

[MF]
Przewieziono nas do Csap i Koszyc. W Koszycach wiedzieliśmy już, że znajdujemy się
na granicy między Słowacją a Węgrami. Mieliśmy też świadomość, że jeśli w nocy opuścimy
Koszyce, będzie to oznaczać, że udajemy się na wschód. Do Polski. Gdyby dalsza trasa
prowadziła w linii prostej, to, jak wierzyliśmy, pozostalibyśmy na terytorium Czechosłowacji.

[GB]
W którym kierunku pojechaliście?

[MF]
Pojechaliśmy do Auschwitz. Przez Obišovce-Preszów.

(tamże)

Dziewczynka
w czerwonym płaszczyku

Jako członek administracji getta, gdzie jego wiedza prawnicza,
znajomość niemieckiego oraz oficerski stopień mogły znaleźć zastosowanie (odpowiadał
m.in. za utrzymywanie porządku w getcie), Földi zajmował wyższe stanowisko w hierarchii
getta. Zapewne z tego powodu spotkał go wątpliwy przywilej znalezienia się w ostatnim
pociągu zmierzającym w kierunku Auschwitz (zazwyczaj wypełniali go członkowie judenratów
i pozostali przedstawiciele elity żydowskiej – tak było chociażby w wypadku Chaima
Rumkowskiego, deportowanego wraz z rodziną ostatnim pociągiem z Łodzi do Auschwitz
29 sierpnia 1944 r.). W Jerozolimie Földi opowiedział, co wydarzyło się niespełna
szesnaście lat wcześniej, kiedy wysiadł z rodziną na rampie kolejowej:

Gdy dotarliśmy
już do Auschwitz, pojawili się jacyś ludzie – nie wiedzieliśmy, kim byli, nigdy
wcześniej nie widzieliśmy takich uniformów, jakie mieli na sobie. Dostaliśmy wtedy
rozkaz, żeby szybko wyjść z pociągu i włożyć wszystkie nasze rzeczy do ciężarówki.
Wysiedliśmy więc, a wszystko następowało po sobie w tak pośpiesznym tempie, że nie
zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co się dzieje. Powiedzieli nam, że mężczyźni muszą
stanąć po prawej stronie wraz z dziećmi powyżej czternastego roku życia, kobiety
z młodszymi chłopcami i dziewczynkami po lewej stronie. One, kobiety, zaczęły iść
[They, the women began walking], podczas
gdy my wciąż staliśmy, aż nagle straciliśmy je z pola widzenia. Stałem tam razem
z synem. Miał zaledwie dwanaście lat. Gdy zaczęliśmy iść do przodu, podszedł pewien
mężczyzna. Nie miałem pojęcia, kim był. Miał na sobie mundur armii niemieckiej,
bardzo elegancki. Zapytał o moją profesję. Zdawałem sobie sprawę, że gdybym mu powiedział,
że z zawodu jestem prawnikiem, nie byłoby to dla mnie szczególnie pomocne, oznajmiłem
mu więc, że jestem byłym oficerem. Spojrzał na mnie i zapytał: «Ile lat ma chłopiec?».
W tym momencie nie mogłem już kłamać i powiedziałem mu, że ma dwanaście lat. Zapytał
się mnie wówczas: Wo ist die Mutti? [Gdzie
jest matka?]. Odpowiedziałem: „Poszła na lewo”. Wtedy zwrócił się do mojego syna:
„Biegnij za swoją matką”. Potem szedłem dalej prawą stroną i widziałem biegnącego
chłopca. Zastanawiałem się, jakim sposobem mógłby odnaleźć swą matkę. Było tam mnóstwo
kobiet i mężczyzn, ale spostrzegłem swoją żonę. Jakim sposobem ją rozpoznałem? Moja
córka miała na sobie czerwony płaszczyk [My
little girl was wearing some kind of a red coat
]. Czerwony punkt oznaczał, że
żona znajduje się w pobliżu. Czerwony punkt stawał się coraz mniejszy i mniejszy.
Poszedłem w prawo i nie zobaczyłem ich już nigdy więcej.

(tamże)

vlcsnap-2020-11-30-06h59m14s302

vlcsnap-2020-11-30-07h07m11s267

Prokurator posiłkowy Gabriel Bach w trakcie procesu Eichmanna (u góry). Martin Földi (poniżej) zeznający na procesie Eichmanna, 1961 (https://www.youtube.com/watch?v=eyL8cVKSR0A&t=1907s [screencap: 00:15 i 29:13], dostęp 30.11.2020)

File:Selection on the ramp at Auschwitz-Birkenau, 1944 (Auschwitz Album) 1c.jpg

Selekcja
węgierskich Żydów przy rampie kolejowej obozu Auschwitz II (Birkenau), maj/czerwiec
1944 (domena publiczna, Wikimedia Commons, https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Selection_on_the_ramp_at_Auschwitz-Birkenau,_1944_(Auschwitz_Album)_1c.jpg, za: The Auschwitz Album / Lili Jacob’s Album, wybór
i red.: B. Klarsfeld, S. Klarsfeld, New York, ca 1983, (dostęp 30.11.2020)

Martin Földi przebywał w
Auschwitz dziesięć dni. Najprawdopodobniej mógł potem trafić do jednego z podobozów
bądź wyruszyć do Niemiec, oddalając się od nacierającej ze Wschodu Armii Czerwonej.
Przeżył wojnę i złożył świadectwo. Sugestywność opowiedzianej przez niego historii
o znikającej dziewczynce w czerwonym płaszczu poruszyła zgromadzoną na sali publiczność
i dziennikarzy. Szybko uznano ją za jeden z symboli procesu Eichmanna – na równi
ze szklaną kabiną, w której przebywał oskarżony (ze szkła przeciwpancernego, żeby
zapobiec ewentualnemu zamachowi), czy nagłym omdleniem Jechiela Dinura, bardziej
znanego jako pisarz o pseudonimie K. Zetnik (Kacetnik), podczas składania przezeń
zeznań o warunkach panujących na „planecie z popiołów [planet of the ashes], Auschwitz” (The Trial of Adolf Eichmann: Session
68 of 121 [Part 1 of 9]: Testimony of Yehiel Dinur; Segev 2012, s. 9–16 i n.). Historię
tę rozpowszechniano w niezliczonych relacjach prasowych. Wykorzystał ją i utrwalił
także Steven Spielberg w filmie Lista Schindlera
(1993). Czerwony jest płaszcz dziewczynki, którą zauważa grany przez Liama Neesona
Oskar Schindler, gdy z pobliskiego wzgórza przygląda się likwidacji getta w Krakowie.
To jedyny przypadek wykorzystania koloru w tym filmie, celowo utrzymanym w czarno-białej
stylistyce, przypominającej stare, archiwalne taśmy (Insdorf 2003, s. 259–261; Wright
2008, s. 60–64; Ebertz 2008, s. 112–128; Thomson 2013). Roma Ligocka (ur. 1938)
– ceniona krakowska malarka, scenografka, kostiumolożka, autorka wielu książek,
która spędziła część dzieciństwa w krakowskim getcie, następnie ukrywała się wraz
z matką u polskiej rodziny – oglądając tę scenę, rozpoznała w niej siebie (Ligocka
2001; Salski 2016). Stało się to inspiracją do napisania tomu wspomnień pt. Dziewczynka w czerwonym płaszczyku z 2000
r. Ukazała w nim doświadczenia z dzieciństwa przeżytego w getcie (kuzynem Ligockiej
jest Roman Polański, podobnie jak ona będący dzieckiem ocalałym z Holokaustu – nakręcony
w 2002 r. film Pianista, chociaż zasadniczo
oparty na wspomnieniach Władysława Szpilmana, w pewnym stopniu można uznać za autobiograficzny).
W wywiadzie udzielonym w 2018 r. analitykowi prawnemu CNN Eliemu Honigowi 91-letni
wówczas Gabriel Bach – na procesie Eichmanna występujący w funkcji prokuratora posiłkowego,
późniejszy sędzia w Sądzie Najwyższym Izraela – wyznał, że gdy przepytywany przez
niego świadek skończył opowiadać tę historię, był to jedyny moment, w którym nie
był on w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa. Jak pisze Honig: „Świadomy, że sędziowie
oczekują, by kontynuował zadawanie pytań, a kamery nie przestały kręcić, udał, że
porządkuje papiery na biurku, zyskując w ten sposób chwilę na to, by z powrotem
dojść do siebie” (Honig 2018).

vlcsnap-2020-11-30-07h34m34s929

Fragment filmu Lista Schindlera, reż. Steven Spielberg, 1993 (© TM &
Universal, https://www.youtube.com/watch?v=j1VL-y9JHuI&list=PL3AD38307A15C3B18&index=3 [Movieclips via Youtube, screencap: 00:46], dostęp 30.11.2020)

Uzupełnienie

* W pierwszych
dniach po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 r., w której Rumunia
uczestniczyła jako sojusznik III Rzeszy, władze rumuńskie zainicjowały pogrom w
Jassach – historycznej stolicy Mołdawii Zachodniej, graniczącej wówczas z przyłączonymi
do ZSRR niespełna rok wcześniej Besarabią i Północną Bukowiną. Społeczność żydowska
zamieszkująca wschodnie obszary kraju była fałszywie oskarżana o uleganie wpływom
ZSRR/szerzenie komunizmu – ofiarami tego przesądu stali się Żydzi zamieszkali w
Jassach; liczba ofiar pogromu wyniosła około 4 tys., kilka tysięcy pozostałych osób
zostało deportowanych bydlęcymi wagonami do miejscowości Călărași i Podu Iloaiei
na południowy wschód od Jassów, wielu z nich zginęło wówczas z głodu bądź odwodnienia.
Po zdobyciu i przyłączeniu w lipcu i sierpniu 1941 r. uprzednio przynależących do
Ukrainy obszarów między Bugiem a Dniestrem, nazwanych Transnistrią oraz odbiciu
od ZSRR Besarabii i północnej części Bukowiny na ziemiach tych doszło do serii pogromów,
m.in. w Kiszyniowie i Odessie, a także utworzenia gett (określanych mianem „kolonii”)
oraz dwóch obozów koncentracyjnych (Peczera, Wapniarka). Szacuje się, że w okresie
od 1941 do 1944 r. władze Rumunii i III Rzeszy doprowadziły do śmierci od 150 do
250 tys. rumuńskich i ukraińskich Żydów w samej Transnistrii. Ofiarami Zagłady stało
się około 220 Żydów z innych obszarów przyłączonych do Rumunii, w tym około 90 tys.
Żydów z północnej Transylwanii deportowanych do Auschwitz-Birkenau przez władze
węgierskie.

Bułgaria, będąca jednym z państw Osi
od marca 1941 r., deportowała 11 tys. Żydów z terytoriów przyłączonych po ofensywie
na Jugosławię i Grecję, w której u boku Niemców uczestniczyły również wojska bułgarskie
– części Tracji, Macedonii (w tym żydowską społeczność zamieszkałą w stołecznym
Skopje) i okręgu pirockiego. Do marca 1943 r. niemal wszyscy deportowani z tych
obszarów Żydzi zginęli w Treblince. Pod wpływem protestów społecznych nie zostały
zrealizowane plany dalszych deportacji, które miały objąć m.in. społeczność żydowską
zamieszkałą w Sofii – wbrew silnej presji ze strony Niemiec. W ostateczności około
20 tys. Żydów z Sofii zesłano na prowincję – mężczyzn umieszczono w obozach pracy
przymusowej, skonfiskowano ich własność. Mimo to liczebność bułgarskich Żydów nie
zmieniła się znacząco. W 1945 r. wynosiła około 50 tys. osób – tyle samo, co przed
wybuchem wojny (większość z nich zdecydowała się wyemigrować do Palestyny po 1945
r.).

** Tłumaczenie
własne tego i pozostałych fragmentów w języku angielskim.


Bibliografia

Literatura przedmiotu

Arendt
H. (1998), Eichmann
w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła
,
tłum. A.
Szostkiewicz, Kraków.

Baron F. (2020), Stopping
the Trains to Auschwitz: Budapest, 1944
, Lawrence, KS.

Bauer Y. (1994), Jews
for Sale? Nazi-Jewish Negotiations, 1933–1945
, New Haven, CT.

Bauer
Y. (2016), Przemyśleć Zagładę, tłum.
J. Giebułtowski, J. Surewicz, Warszawa 2016.

Ben-Tov A. (1988), Facing the Holocaust in Budapest: The International
Committee of the Red Cross and the Jews in Hungary, 1943–1945
, Dodrecht.

Bierman J. (1981), Righteous
Gentile: The Story of Raoul Wallenberg, Missing Hero of the Holocaust
, New York.

Bilsky L. (2001), Judging Evil in the Trial of Kastner, „Law and History Review”, t. 19, nr 1.

Blatman D. (2011), Death Marches: the Final Phase of Nazi Genocide,
tłum. Ch. Galai, Cambridge, MA–London.

Braham R.L. (2015), Eichmann and the Destruction of Hungarian Jewry, Auckland. Braham R.L.
(2016), The Politics of Genocide: The Holocaust in Hungary, New York.

Braham R.L. (2004), Rescue
Operations in Hungary: Myths and Realities
, „Yad Vashem
Studies”, t. 32.

Carlberg I. (2016), Raoul
Wallenberg: The Heroic Life and Mysterious Disappearance of the Man Who Saved Thousands
of Hungarian Jews from the Holocaust
, New York.

Cesarani D. (2008), Eichmann. Jego życie i zbrodnie, tłum. J. Lang, Zakrzewo.

Cohen A. (1987), Some Socio-Political Aspects of the Arrow-Cross
Party in Hungary
, „East European Quarterly”, t. 21, nr 3.

Deák I. (1965), Hungary
[w:] The European Right: A Historical Profile, red. H. Rogger, E. Weber, London.

Diner D. (1997), Hannah Arendt
Reconsidered: On the Banal and the Evil in Her Holocaust Narrative
, „New German Critique”,
nr 71 (Memories of Germany).

Ebertz R.P., Is Oskar Schindler a Good Man? [w:] Steven Spielberg and Philosophy: We’re Gonna
Need a Bigger Book
, red. D.A. Kowalski, Lexington,
KY.

Eisen G., Stark T. (2013), The 1941 Galician Deportation and the Kamenets-Podolsk
Massacre: A Prologue to the Hungarian Holocaust
,
„Holocaust
and Genocide Studies”, t. 27, nr 2.

Friling T., (1999), Nazi-Jewish
Negotiations in Istanbul in mid-1944
, „Holocaust and Genocide Studies”,
t. 13, nr 3.

Gerlach Ch. (2016), The Extermination of the European Jews, Cambridge.

Gerlach U.H. (2008), Eichmann’s Blood-Barter in Hungary: Five Dramas, „Journal of Modern
Jewish Studies”, t. 7, nr 2.

Insdorf A. (2003), Indelible
Shadows: Film and Holocaust
, Cambridge.

Karsai L. (2014), Miklós Horthy (1868–1957) and the Jewish question
in Hungary, 1920–1945
[w:] Antisemitism in an Era of Transition: Continuities
and Impact in Post-Communist Poland and Hungary
, red. F. Guesnet, G. Jones,
Frankfurt am Main.

Klimó A. von
(2018), Remembering Cold Days: The 1942 Massacre of Novi Sad, Hungarian
Politics, & Society, 1942–1989, Pittsburgh, PA.

Lackó M. (1969), Arrow-Cross Men: National Socialists
1935–1944
, Budapest.

Langer L.L. (1995), Admitting the Holocaust: Collected Essays, Oxford–New York.

Langer L.L. (2021), The Afterdeath of the Holocaust, Basingstoke.

Langer L.L. (1980), The Dilemma of Choice in the Deathcamps, „Centerpoint: A Journal of Interdisciplinary Studies”,
t. 4, nr 1.

Langer L.L. (1991), Holocaust Testimonies: The Ruins of Memory, New Haven, CT–London.

Langer L.L. (2006), Using and Abusing the Holocaust, BloomingtonIndianapolis, IN.

Langer L.L. (1982), Versions of Survival: The Holocaust and the Human Spirit, Albany, NY.

Lappin E. (2000), The
Death Marches of Hungarian Jews through
Austria in the Spring of 1945
, „Yad Vashem Studies”, t. 10.

Ligocka
R. (2001), Dziewczynka w czerwonym
płaszczyku
, tłum. K. Zimmerer, Kraków 2001.

Lipstadt
D. (2012), Proces Eichmanna, tłum. M.
Antosiewicz, Warszawa 2012.

Mallmann K.–M. (2001), Der qualitative Sprung im Vernichtungsprozeß:
das Massaker von Kamenez-Podolsk Ende August 1941
, „Jahrbuch für Antisemitismusforschung“, t. 10.

Moaz A. (1995), Kastner-Trial
and Assassination
, „Studies in Jewish Civilization”, t. 6.

Ostrower Ch. (2015), It Kept Us Alive: Humor in the Holocaust, tłum. S.
Bloom, Jerusalem.

Piotrkowiak-Junkiert
K. (2016), Gettoizacja Budapesztu 1944–1945.
Zarys problemu
, „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”, nr 12.

Piper
F. (1992), Ile ludzi zginęło w KL Auschwitz.
Liczba ofiar w świetle źródeł i badań, 1945–1990
, Oświęcim.

Romsics I. (2016), The
Antisemitism of Istvàn Bethlen and Jewish Policy in the Horthy Era
[w:] The Holocaust in Hungary: Seventy Years After,
red. R.L. Braham, A. Kovàcs, Budapest–New York.

Schult T. (2009), A Hero’s Many Faces: Raoul Wallenberg in Contemporary Monuments, Basingstoke.

Segev
T. (2012), Siódmy
milion. Izrael – piętno Zagłady
,
tłum. B.
Gadomska, Warszawa.

Stangneth B. (2014), Eichmann before Jerusalem: The Unexamined Life
of a Mass Murderer
, tłum. R. Martin, New York.

Stauber R. (2007), The Holocaust in Israeli Public Debate in the
1950s: Ideology and Memory
, tłum. E. Yuval, London–Portland, OR.

Ungváry K. (2016), Master Plan? The Decision-Making Process
behind the Deportations [w:]
The Holocaust in Hungary: Seventy Years
After
, red. R.L.
Braham, A. Kovàcs, Budapest–New York.

Vice S., (2021), Claude
Lanzmann’s ‘Shoah’ Outtakes: Holocaust Rescue and Resistance
, New York.Wietz Y. (1994), The Herut Movement and the Kasztner Trial, „Holocaust and Genocide Studies”, t. 8, nr
3.

Weitz Y. (1996), The
Holocaust on Trial: The Impact of the Kasztner
and Eichmann Trials on Israeli Society
, „Israel Studies”, t. 1, nr 2.

Wright J.W. (2008), Levinasian Ethics of Alterity: The Face of the Other in
Spielberg’s
Cinematic Language [w:] Steven Spielberg and Philosophy: We’re Gonna Need a Bigger
Book
, red. D.A. Kowalski, Lexington,
KY.

Netografia

Csosz L., Death Blows Overhead: The Last Transports from Hungary, November 1944, https://blog.ehri-project.eu/2017/11/23/hungary-1944/ (dostęp 30.11.2020).

Golden H., ‘A Stranger
to the Human Race’
, „Life Magazine”, 21 April 1961, t. 50, nr 16, https://books.google.pl/books?id=9FEEAAAAMBAJ&printsec=frontcover&dq=life+magazine+april+21+1961&hl=pl&sa=X&ved=2ahUKEwiG3oKLqvzvAhVQuKQKHSJXDeYQ6AEwAHoECAAQAg#v=onepage&q&f=false (dostęp 30.11.2020).

Leclézio M., Dr Rezso Kasztner: A Hungarian Schindler?,
https://theculturetrip.com/europe/hungary/articles/dr-rezso-kasztner-a-hungarian-schindler/ (dostęp 30.11.2020).

Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau: Deportacje Żydów z Węgier do Auschwitz / Liczba
ofiar
, http://pl.auschwitz.org/lekcja/6_dep_zydow/story_html5.html (dostęp 30.11.2020).

Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau: „Deportacje Żydów z Węgier do Auschwitz” – nowa lekcja internetowa, http://auschwitz.org/muzeum/aktualnosci/deportacje-zydow-z-wegier-do-auschwitz-nowa-lekcja-internetowa,1630.html
(dostęp 30.11.2020).

Salski K., Roma Ligocka: The girl in the red coat
in “Schindler’s List”
, https://www.porta-polonica.de/en/atlas-of-remembrance-places/roma-ligocka-girl-red-coat-schindlers-list?page=2#body-top (dostęp 30.11.2020).

Testimony of Rudolf Hoess, Commandant
of Auschwitz [Testimony on Monday, April 15, 1946] [Yale Law School / The Avalon
Project / The Nuremberg Trials Collection], http://law2.umkc.edu/faculty/projects/ftrials/Nuremberg/hoesstest.html (dostęp 30.11.2020).

The Trial of Adolf Eichmann [The Nizkor Project / Index]
http://www.nizkor.com/hweb/people/e/eichmann-adolf/transcripts/Sessions/ [transkrypty z posiedzeń kolegium sędziowskiego w języku
angielskim, z których korzystałem w niniejszym tekście] (dostęp 30.11.2020); https://www.youtube.com/user/EichmannTrialEN [zapis filmowy procesu na specjalnym profilu utworzonym
na portalu YouTube] (dostęp 30.11.2020); https://collections.ushmm.org/search/catalog/irn1000003 [zapis filmowy procesu w udostępniony w kolekcji cyfrowej
USHMM] (dostęp 30.11.2020).

USHMM, Claude Lanzmann Shoah Collection,
Interview with Hansi Brand, https://collections.ushmm.org/search/catalog/irn1003911 (dostęp 30.11.2020).

Biogram: Szymon
Pietrzykowski – pracownik Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN Oddział w Poznaniu.
Publikował m.in. w czasopismach „Dzieje Najnowsze”, „Sensus Histriae”, „Studia nad
Autorytaryzmem i Totalitaryzmem”, „Media – Kultura – Komunikacja Społeczna”, „Miasteczko
Poznań”.

E-mail: sz.p@onet.eu, szymon.pietrzykowski@ipn.gov.pl

ORCiD:

https://orcid.org/0000-0002-8428-4244


Redakcja językowa: Beata
Bińko




Wywiad społeczny w czasie wojny na przykładzie operacji Akcji Kontynentalnej MSW rządu RP na uchodźstwie i Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza na terenie Danii w latach 1941–1945. Aspekty teoretyczne, kulturowe i operacyjne

WŁADYSŁAW BUŁHAK (Instytut Pamięci Narodowej, IPN),

THOMAS W. FRIIS (University of Southern Denmark, SDU)

Wywiad społeczny w czasie wojny na przykładzie operacji Akcji Kontynentalnej MSW rządu RP na uchodźstwie i Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza na terenie Danii w latach 1941–1945. Aspekty teoretyczne, kulturowe i operacyjne

W
tekście autorzy starają się uściślić pojęcie wywiadu społecznego, aby następnie
wykorzystać je do wzbogacenia opisu i analizy operacji prowadzonych przez Akcję
Kontynentalną MSW na terenie Danii (kryptonim „Felicja”), a także działań tamtejszej
placówki wywiadowczej Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza (SNW) związanej z jego
ekspozyturą w Sztokholmie (kryptonim „SKN”). Zwracają przy tym uwagę na ciekawe
zjawisko feminizacji podobnych służb w warunkach wojennych czy też
okupacyjnych. Przy tym punktem odniesienia jest dla nich pojęcie wywiadu
profesjonalnego (egzemplifikowanego przez przedwojenny i wojenny Oddział II w
strukturach polskich sił zbrojnych). Autorzy dochodzą do wniosku, że
ostatecznie doszło do swoistej konwergencji obydwu schematów, która
charakteryzowała następnie działalność wywiadowczą na kraj w pierwszej dekadzie
zimnej wojny.

Pojęcie wywiadu społecznego

Samo
pojęcie wywiadu społecznego (uspołecznionego) pojawiło się na długo przed
wybuchem II wojny światowej. Używano go choćby do opisu sytuacji
kontrwywiadowczej w Polsce w okresie międzywojennym. We wprowadzeniu do odpowiedniego
studium Oddziału II pisano zatem, że wywiad społeczny „posiada wszędzie
informatorów, i to w ilości dużej”, rozmieszczonych „w życiu państwowym i
publicznym danego państwa, tak aby ich praca odbywała się bez specjalnych
wysiłków, […] sposobami naturalnymi, po prostu siłą faktu”. Wskazywano tutaj
działania wywiadów niemieckiego i sowieckiego na terenie Polski. W pierwszym
przypadku pisano o aktywistach mniejszości niemieckiej w Polsce, że „robią oni
wszystko, zarówno wywiad wojskowy, polityczno-dyplomatyczny, jak też wywiad
ekonomiczny”, do czego należy doliczyć jeszcze wspieraną przez Niemców dywersję
(ang. covert actions) przy
wykorzystaniu wrogich Polsce – Ukraińców i Białorusinów. W drugim
przypadku wskazywano na możliwości, jakie wywiadowi sowieckiemu dawała partia
komunistyczna, uznając działania jej członków za „typowy wywiad społeczny,
wykonywany przez masę, związaną ze sobą względami ideowymi” (Inspiracja 1962, k.
19; Bułhak 2008, s. 20–21). W literaturze przedmiotu przywoływany
jest również przykład wykorzystania przez służby wywiadowcze III Rzeszy
mniejszości niemieckiej w Stanach Zjednoczonych (Wilhelm 2005, s. 34–55).

Podobne
zjawisko można też dostrzec w służbach specjalnych polskiego podziemia w
okresie II wojny światowej. Szef Oddziału II ZWZ/AK ppłk Marian Drobik widział
w tym „nowe pojęcie wywiadu, opartego na nowym elemencie ludzkim, raczej
inteligentnym, choć niefachowym”. Jeden z podobnych ludzi, Stanisław Jankowski
(„Agaton”), z zawodu architekt-urbanista, dodawał do tego, że ich praca
„różniła się od typowej działalności wywiadów zdobywających wiadomości w wielu
przypadkach przez płatnych agentów. Opierała się w ogromnej większości na
amatorach, samoukach, »cywilach«. To prymitywizowało –
być może – technikę wywiadu, ale nadawało tej pracy inny klimat
moralny” (Bułhak 2008, s. 21). Wypadałoby dodać do tego pewien aspekt
„zawodowej amoralności” przedwojennych zawodowych „dwójkarzy”, dalece niespójny
z myśleniem ochotników-ideowców, słusznie uwypuklony ostatnio przez Wojciecha
Skórę (Skóra 2019, s. 107–126).

Jan
E. Zamojski na marginesie swoich rozważań o siatkach wywiadowczych we Francji w
okresie II wojny światowej konstatował z kolei, że „wywiad stał się formą walki
z okupantem, formą masową, wciągającą wiele tysięcy ludzi. Przestał być »służbą
panów« (Herrendienst), splebeizował
się”. Przy czym często byli to „ludzie przypadkowi, niemający w tym kierunku
ani predyspozycji, ani przygotowania”, dysponujący jednak „zapałem”, „większą
lub mniejszą inteligencją”, wreszcie rozmaitymi przydatnymi „zdolnościami lub
kwalifikacjami”. Zauważał on też, że podobne zmiany były niezrozumiałe dla
dotychczasowych profesjonalistów wywiadowczych z szeregów Oddziału II, „myślących
schematami »placówek oficerskich«, oficerów manipulacyjnych (angielski termin case officers) [winno być oficerów
prowadzących – W.B., T.W.F.], agentury”. Zwracał tym samym uwagę na ważne
różnice między wywiadem, który można określić jako profesjonalny, a tym
społecznym (amatorskim) (Zamojski 1980, s. 79–80, 125).

Do
tego dodać jeszcze wypada takie kwestie, jak wiek, płeć i indywidualny kapitał
kulturowy. Luki w szeregach siatek wywiadowczych działających w okupowanej
Europie wywołane kontruderzeniami Abwehry czy Gestapo nader często wypełniali
ludzie stosunkowo młodzi, w tym kobiety, czasem spoza dotychczasowych elit
wojskowych i społecznych, co wiązało się z ominięciem standardowych dróg i
metod awansu. Także to w pewnym sensie upodobniało organizacje wpisujące się w
schemat wywiadu społecznego do tych o charakterze określanym dziś jako
„sieciowy” – pozarządowych, rewolucyjnych (antysystemowych), a nawet
terrorystycznych (Rothert 2013, s. 153–154, 162; Arquilla, Ronfeldt 2001, s. 6,
14).

Problem feminizacji wywiadu w czasie
wojny

Wyróżniającym
aspektem wywiadu społecznego II wojny światowej była zaznaczająca się od samego
początku, ale z czasem coraz bardziej widoczna i zdecydowanie rosnąca rola
kobiet (feminizacja), sprzeczna z dotychczasowymi schematami „Herrendienst”, a
więc służby nie tylko „pańskiej”, lecz także „męskiej”. Co jedynie częściowo,
ze względu na specyfikę wywiadu czy też innych tajnych ludzkich aktywności,
daje się porównać z wielokrotnie i wieloaspektowo opisywaną feminizacją miejsc
pracy i rozmaitych ról społecznych w czasie obydwu wielkich światowych
konfliktów zbrojnych, nie tylko w świecie anglosaskim (Brown 2005). W
odniesieniu do wywiadu zjawisko to zdecydowanie zbyt słabo zostało dotąd odnotowane
w literaturze przedmiotu, zwłaszcza w ujęciu bardziej teoretycznym. Wart odrębnego
wspomnienia jest wszakże tekst Juliette Pattison, opisujący sprawę z
perspektywy brytyjskiej w odniesieniu do pierwszej połowy XX w., w którym można
znaleźć także krytyczne omówienie przywołanej literatury (Pattison 2016, s. 66–85).
Przy czym nie chodzi tutaj o narzucające się przedmiotowe wykorzystywanie
kobiet w charakterze agentek (à la
Mata Hari), co oczywiście występowało od wieków, również wtedy (Thestrup
Henriksen 2013, s. 131). Zdecydowanym novum
było obejmowanie przez nie, w miarę kolejnych „wsyp” i wykruszania się
doczasowych dowódców, coraz poważniejszych funkcji, a z czasem też stanowisk
decyzyjnych i kierowniczych, także w tzw. terenie operacyjnym. Jest to widoczne
w przypadku polskim i wiąże się z upowszechnieniem opisanego wyżej schematu
„wywiadu społecznego”, w wypadku którego właśnie feminizację można uznać za
jedną z jego cech wyróżniających. Rodziło to rzecz jasna opory i problemy,
które należałoby dziś właściwie opisywać aparatem pojęciowym wypracowanym w
ramach studiów nad płcią kulturową (ang. gender
studies
), tak jak to czyni przywołana już Pattison w swojej pracy
poświęconej podobnym aspektom działalności brytyjskiej Special Operations Executive
(SOE) we Francji (Pattison 2007).

Problemy wywiadu profesjonalnego –
przypadek Oddziału II SNW i Danii

Nie
wchodzimy tutaj w dokładne szczegóły operacji Oddziału II SNW, czyli polskiego
wywiadu wojskowego, pracującego wedle standardowych zasad profesjonalnych w
Danii czy szerzej na terenie Skandynawii. Dość wspomnieć, że bardzo dobrze
rozwijającą się od końca lat trzydziestych XX w. współpracę służb obydwu krajów
przeciwko Niemcom poważnie zaburzyła inwazja Danii przez III Rzeszę w kwietniu
1940 r. Polscy wywiadowcy pracujący w Kopenhadze pod dyplomatyczną „pokrywką”
praktycznie w komplecie uciekli wówczas do pobliskiej neutralnej Szwecji.
Włączyli się w prace tamtejszej ekspozytury o kryptonimie „PŁN” (tj. Północ), a
później „SKN” (Skandynawia). Niestety, działania te, oparte na polskich placówkach
w Sztokholmie, były prowadzone pod niemal całkowitą kontrolą kontrwywiadu
gospodarzy (czyli Szwedów), którzy przy nadarzającej się okazji, pod naciskiem
Niemców, uznali kluczowe osoby pracujące w tej ekspozyturze (z jej szefem rtm.
Wacławem Gilewiczem na czele) za personae
non gratae
. Cała operacja pozbycia się Polaków była dobrze przygotowaną i
skuteczną „kombinacją operacyjną” szwedzkiej służby bezpieczeństwa. O czym zresztą
przywołany polski oficer nie wiedział, albo też nie chciał wiedzieć, nawet po
latach(Lewandowski 1999, s. 109–110,
211; Gondek 1987, s. 76–77).

Pokazuje
to wszystko w sposób wręcz podręcznikowy wszystkie słabości profesjonalnego
wywiadu pracującego metodą „placówkową”, nazywaną też „legalną”. W sytuacji
kryzysowej (wojna, inwazja, zerwanie stosunków dyplomatycznych) służba taka
traci podstawowy punkt oparcia w postaci oficjalnej placówki, względnie ich
umocowanie staje się niepewne i nieskuteczne. Dodatkowo oficerowie występujący
jako dyplomaci czy urzędnicy konsularni, nawet szczerze zaangażowani w służbę, zazwyczaj
nie mają jednak skłonności do ryzykowania życiem własnym i rodziny. Wywiad
traktują przede wszystkim jako regularną pracę. Ludzie wpisujący się w schemat
wywiadu społecznego kierują się zwykle innymi motywacjami i w związku z tym są
skłonni podejmować niemalże każde ryzyko w imię wyższych wartości.

Akcja Kontynentalna jako przykład
wywiadu społecznego

Pod
koniec 1940 r. cywilne władze polskie w Londynie (konkretnie zaś MSW kierowane
przez min. Stanisława Kota) dały początek nowej polskiej tajnej organizacji – Akcji
Kontynentalnej. Rzecz jasna nie ma tutaj miejsca na szczegółowe opisywanie jej
genezy, a następnie jej działań w Europie i na świecie (Panecki 1986,
Kruszewski 1993). Akcja Kontynentalna w pierwotnym założeniu dość dokładnie
wpisywała się w schemat szeroko rozumianego wywiadu społecznego, dokładnie zaś
miała być specyficznym naśladownictwem niemieckiej, a wcześniej hiszpańskiej
„piątej kolumny”. Przy tym głównym oparciem dla tych działań miała być polska
diaspora w Europie (z wyłączeniem samej Rzeszy). Idea została ochoczo
podchwycona przez Brytyjczyków i uzyskała ich wsparcie materialne. Konkretnie
miała się tym zająć nowa brytyjska służba specjalna w postaci Special Operations
Executive (SOE).

W
odniesieniu do genezy polskiej Akcji Kontynentalnej nie bez znaczenia było to,
że min. Kot był zapamiętałym wrogiem przedwojennego „reżimu pułkowników”, czyli
tzw. sanacji. Co więcej, uważał, że ci ostatni zachowali wpływy w wojsku (łącznie
z organizacją ZWZ w kraju), a w szczególności w wywiadzie i kontrwywiadzie
wojskowym (Oddziale II SNW), czyli tzw. dwójce, stanowiącej uprzednio jedną z
podpór ich władzy w II Rzeczypospolitej. W przyszłości, już w wolnej Polsce, podobna
sytuacja mogła stanowić, przynajmniej w wizji ludowców, socjalistów i chadeków
ze Stronnictwa Pracy, zagrożenie dla systemu demokratycznego, widzianego na
sposób zachodni. I sam Kot, i jego następca w MSW –
Stanisław Mikołajczyk, robili zatem wszystko, aby zachować kontrolę nad
działaniami Akcji i odciąć ją od tajnej roboty wojskowych, to jest zarówno
służb ZWZ-AK, jak i Oddziału VI (krajowego) oraz Oddziału II (wywiadu) Sztabu Naczelnego
Wodza w Londynie. Wywoływało to zresztą od samego początku niechętne, czy wręcz
wrogie reakcje (i kontrakcje) ze strony tych ostatnich. Także Brytyjczycy
uznawali Kota za organizatora odrębnej wobec służb wojskowych „polskiej
cywilnej służby podziemnej” (ang. Civilian Polish Underground Service). Z
punktu widzenia brytyjskiego kontrwywiadu (MI-5) pierwszy kierownik Akcji, Jan
Librach, był po prostu szefem „polskiego SOE”. W polskich źródłach można się
też natknąć na opinię, że w założeniu Akcja Kontynentalna miała być „wywiadem
politycznym rządu”, wzorowanym na „Political Intelligence Department” w
brytyjskim aparacie państwowym. Wiele wskazuje na to, że długofalowym celem
min. Kota było stworzenie alternatywnej wobec „dwójki” rozbudowanej organizacji
o charakterze wywiadu społecznego, a zarazem par excellence cywilnego, kontynuującej działalność także po wojnie
i pozostającej pod silniejszą demokratyczną (czy polityczną) kontrolą. W
domyśle – najsilniejszej z polskich partii, jaką byli ludowcy prof. Kota (Bułhak,
Friis, Jaworski 2020, s. 29–31).

Organizacja „Felicja” („Inflexion”) –
pierwotne założenia

W
planowaniu działań Akcji Kontynentalnej przewidziano znaczące miejsce
stosunkowo licznej i nieźle zorganizowanej Polonii na terenie Danii, przy czym
jej tamtejsza odnoga otrzymała kryptonim „Felicja” (brytyjski „Inflexion”). Jej
zainteresowania miały być typowe dla wywiadu cywilnego (tematyka społeczna,
polityczna i gospodarcza), na razie z pominięciem zagadnień wojskowych, uwzględniając
także jego naturalne podglebie w postaci podtrzymywania polskich organizacji
społecznych w Danii (Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s. 31; Kruszewski 1993, s.
143–151).

 „Felicję” zaczęto organizować w maju 1941 r.
Za jej prace („pod pokrywką” urzędnika polskiego poselstwa w Sztokholmie)
opowiadał początkowo inż. Mieczysław Thugutt ps. „Adam”, „Eric/Erik Larsen”, a
dla Brytyjczyków „John”, tamtejszy eksponent MSW (syn Stanisława Thugutta,
wybitnego polskiego działacza ludowego epoki międzywojennej). Łącznikiem
organizacji z Danią został Bolesław Rediger „Harald”, polski „attaché
konsularny” w Malmö, wcześniej pracownik poselstwa RP w Kopenhadze i
organizator tamtejszego polskiego harcerstwa. Czasem czyni się go szefem całej
organizacji, co jest poglądem z gruntu błędnym, który należy wiązać z późniejszą
rolą jego szwagierki Romany Heinze „Sabiny” (o czym poniżej). On sam został
włączony do prac organizacyjnych dopiero latem 1941 r. i już w listopadzie
zmarł (chorował na nerki). Tymczasem organizacja ruszyła z pierwszymi realniejszymi
pracami dopiero w styczniu 1942 r. Słowem, nie odmawiając Redigerowi zasług na
etapie planowania prac, a także w dziedzinie „networkingu” (cenne kontakty), w
żadnym sensie nie mógł być on realnym przywódcą „Felicji” (Grabowski 2015, s.
127; Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s. 35–36).

Ważnym
ogniwem organizacji w Danii od jej początku była Romana Heltberg („Helga”,
„jedynka”), lektorka języka polskiego w Kopenhadze. Właściwym organizatorem
siatki „Felicji” w terenie został natomiast Adam Sokólski („Klaus/Claus Jensen”,
„dziesiąty”), instruktor harcerski (podharcmistrz) i nauczyciel w polskiej
szkole w Nakskov na wyspie Lolland, gdzie znajdował się jeden z głównych
ośrodków polskiej emigracji zarobkowej. Cała siatka powstała latem 1942 r., w
czasie rowerowej wyprawy „Klausa” dookoła Danii, przy wsparciu Krystyny
Heltberg (córki Romany) i Barbary Mogensen (Polki żonatej z Duńczykiem). Zastępcą
Sokólskiego (z siedzibą w Kopenhadze) został Stanisław Henschel, obywatel
duński, były pracownik kontraktowy polskiego poselstwa (Wojciechowski 1989, s. 67,
83; Nellemann 1980, s. 101). Wedle notatki SOE z 14 stycznia 1943 r. Dania została
ostatecznie „pokryta [siecią] 24 agentów, którzy wysyłają swoje raporty do
lokalnej centrali w Nakskov”, czyli do Adama Sokólskiego. Potwierdza to, że
początkowo był on kluczową osobą w całym systemie (Bułhak, Friis, Jaworski
2020, s. 35).

Kryzys przywództwa w „Felicji”, przejęcie
kierowania organizacją przez Romanę Heinze „Sabinę”, 1942
1944

Mieczysław
Thugutt „Adam” został spalony w sierpniu 1942 r., a następnie szybko zmuszono
go do opuszczenia Szwecji, co wiązało się ze szczegółowo opisaną w literaturze
przedmiotu tragiczną sprawą aresztowania przez Gestapo tzw. warszawskich
Szwedów i ich polskich współpracowników (Lewandowski 1999). Formalnie w roli szefa
placówki MSW w Sztokholmie zastąpił go wtedy Stanisław Kocan „Ludwik”. W opinii
swoich wojskowych kolegów miał on rzekomo „czuć dziwną animozję do naszej pracy
i starać się, gdzie tylko może, aby robić [nam] różne małe świństewka i
podłości”, stanowiąc tym samym przykład „szubrawości naszych rodaków”. Z kolei rtm.
Wacław Gilewicz opisywał po latach Kocana, niegdyś swego agenta, jako „byłego
legionistę, przystojnego, bez określonego zajęcia, ożenionego z grubo starszą
od niego zamożną Szwedką mającą powiązania w kołach zamożnej burżuazji
szwedzkiej”. Jak widać, stosunek „profesjonalistów” do „amatorów” miał też swój
bardziej ludzki wymiar, podszyty poczuciem wyższości i może wręcz pogardą dla
dotychczasowych agentów, aspirujących do służby w „Herrendienst” (Grabowski
2015, s. 11; Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s. 37).

Wypada
zauważyć, że wysunięta ku Danii placówka w pobliskim szwedzkim Malmö pierwotnie
miała „zadania ściśle techniczne – utrzymywanie łączności z organizacją
Felicji”. Sytuacja ta zmieniła się po odejściu Thugutta. Nie przekazał on bowiem
swemu następcy (Kocanowi) spraw „Felicji” i nie zrezygnował z ambicji
kierowania organizacją z Londynu. Zamierzał to czynić za pośrednictwem Romany
Heinze „Sabiny”, eksponentki organizacji w Malmö, usadowionej tam dość
przypadkowo na miejsce Redigera „Haralda” już po jego śmierci. „Sabina” była
szwagierką zmarłego i ambitną niezamężną młodą kobietą (miała wtedy 27 lat).
Znana była przy tym z przesadnie afektowanego czy ekspresyjnego stylu bycia. Współpracowała
ze starszą siostrą, Marią Rediger z d. Heinze, wdową po przedwcześnie zmarłym
konsulu. Siostry Heinze miały w Londynie dodatkowe oparcie w swojej
przyjaciółce Marii Babickiej, dawnej asystentce poety-dyplomaty Jarosława
Iwaszkiewicza, a w czasie wojny wpływowej sekretarce samego gen. Władysława
Sikorskiego. Jednocześnie ich kluczowymi kontaktami w okupowanej Danii były
przywołana już Romana Heltberg „Helga” w Kopenhadze, obywatelka duńska z
polskiej rodziny o żydowskich korzeniach, jej córka Krystyna, a także Elisabeth
Grunnet, żona jednego z najważniejszych funkcjonariuszy duńskiej policji politycznej
Aage Grunneta. Wszystko to razem dobrze obrazuje kolejne specyficzne cechy
„wywiadu społecznego”, to jest pomieszanie tajnych i jawnych spraw zawodowych,
relacji towarzyskich i rodzinnych, uzupełnione o system specyficznego
„kobiecego networkingu”. Było to, jak już o tym pisaliśmy, w ówczesnych
uwarunkowaniach społecznych i kulturowych zarówno siłą, jak i słabością tej
formy wywiadu. Nie bez znaczenia jest też problem wieku i pozycji społecznej
poszczególnych osób (Małaśnicka-Miedzanogóra 2015, s. 114, 248; Bułhak, Friis,
Jaworski 2020, s. 39).

Nagły
awans „Sabiny”, zbudowany na osobistych koneksjach, a być może po części też
owym „kobiecym networkingu”, nie spotkał się z entuzjazmem w terenie,
konkretnie zaś na pewno ubódł ambicję „Klausa”. Katalizatorem niezadowolenia
była zapewne nawiązana wówczas przez Sokólskiego znajomość z ukrywającym się w
Danii uciekinierem z obozu jeńców ppor. Lucjanem Masłochą (o którym szerzej
poniżej). Już wtedy zaczęli oni dyskutować o „bardziej efektywnej organizacji
podziemnej”, czyli w domyśle niekoniecznie kierowanej przez „Sabinę”. Tym samym
rozpoczął się poważny kryzys w dziejach „Felicji”, który właściwie stanowił
początek końca jej istnienia w pierwotnie założonym kształcie, to jest tajnej
akcji „cywilnej” opartej na możliwościach i potencjale polskiej mniejszości w
Danii (Kruszewski 1993, s. 103).

Wszystko
to działo się w dramatycznym dla Danii okresie, kiedy początkowo stosunkowo
miękki niemiecki protektorat zaczęła zastępować coraz bardziej brutalna
okupacja, która weszła w fazę bezpośrednią z przesileniem w dniu 29 sierpnia
1943 r. Niemcy zlikwidowali wtedy siłą resztki duńskiej armii i floty i
przejęli faktyczną władzę w kraju. Oznaczało to też daleko idące poszerzenie
możliwości działania niemieckiego aparatu represji. W zaistniałej kryzysowej
sytuacji we wrześniu 1943 r. Romana Heltberg „Helga” wraz z córką Krystyną
(dodatkowo jako Żydówki z pochodzenia), a miesiąc później także sam „Klaus”
zdecydowali się na ucieczkę do Szwecji. Sokólski przekazał swoje obowiązki w
ręce Stanisława Henschela „Jensa Holma”, swego zastępcy, natomiast sprawy jej
łączności i szyfrów, a także radiostację wraz z obsługą – Barbarze Mogensen
„Elsie Olafsson”. W Szwecji „Klaus” trafił na miesiąc do obozu dla
internowanych. Na początku 1944 r. znalazł się w Malmö. Doszło tam wówczas
najpierw do eskalacji, a następnie przesilenia w konflikcie między obojgiem
młodych liderów „Felicji” (tj. Sokólskim i Heinze). „Sabina”, ustawiając się w
pozycji groźnej szefowej, w raportach do Londynu podawała konsekwentnie w
wątpliwość zasługi i kompetencje „Klausa”. Oskarżała zatem i „Klausa”, i
„Helgę” o to, że dotychczas „bardzo mało na terenie zdziałali i teraz powinni
zdwoić swoją pracę”, czyli wprost o nieróbstwo. Argumentowała przy tym, że
Sokólski po prostu nie nadaje się do wywiadu czy konspiracji, a „dobry on jest
jedynie do prowadzenia pracy wśród wychodźstwa, pracy czysto
kulturalno-oświatowej, mając jednak szansę zaciągnięcia instrukcji i dyrektyw z
góry”. Domagała się też zablokowania planowanego wyjazdu „Klausa” do Londynu,
aby później wszcząć starania o pozbycie się go ze Szwecji drogą mobilizacji do
Polskich Sił Zbrojnych w charakterze szeregowego żołnierza. Z kolei kanałem brytyjskim
pisała, że „Klaus” stanowi „utrapienie i groźbę [nuisance and danger]” dla operacji „Inflexion”. Zakończyło się to
formalnym (na piśmie) wystąpieniem z organizacji przez „Klausa” i jego
przejściem do dyspozycji Ekspozytury „SKN” Oddziału II SNW, rzekomo w stopniu
porucznika, co zresztą nie odpowiada prawdzie. W istocie został on
zaklasyfikowany przez „dwójkarzy” w kategorii „informator” (odróżnianej od
„agenta”) pod nr. 2988 i pseudonimem „Belfer” (Wojciechowski 1989, s. 87–89; Kruszewski
1993, s. 86; Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s. 41).

Problem nakładania się na siebie
działań różnych organizacji wywiadowczych i sieci łączności z krajem

Niejako
równolegle w połowie 1943 r. Romana Heinze (określana w tym
wypadku innym pseudonimem – „Rysia”) podjęła zaawansowany „flirt” (jak to
zapisano w jednym z szyfrogramów) z przedstawicielami Oddziału VI SNW w
Sztokholmie (zajmującymi się łącznością z okupowaną Polską). W efekcie
przekazała im do dyspozycji kluczowe aktywa „Felicji” na terenie Danii. Miały
one posłużyć do budowy tzw. północnej drogi łączności kurierskiej z krajem. Jak
to wynika z materiałów Oddziału VI, odtąd była ona jednocześnie „Sabiną”, czyli
kierowniczką „Felicji” w Malmö, i „Rysią”, czyli „łącznikiem Bazy” Oddziału VI
z Danią i Duńczykami. Tego wątku nie będziemy tutaj rozwijać, odsyłając
czytelnika do naszej przyszłej publikacji, poza konstatacją, że tym samym
doszło do nałożenia na siebie w newralgicznym punkcie kilku konspiracyjnych
aparatów, które w teorii winny być ściśle od siebie oddzielone. Oczywiście
potężnie zwiększało to ryzyko dekonspiracji (Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s.
43–44).

W
tym miejscu wypada przywołać trafne uwagi gen. Kazimierza Sosnkowskiego,
nadzorującego w pierwszej fazie wojny pracę organizacji wojskowej ZWZ w kraju.
W liście do prof. Kota, ministra spraw wewnętrznych, z kwietnia 1941 r.
ostrzegał on, że krzyżowanie działań wojskowych baz łączności (a także w
domyśle ekspozytur wywiadu) z aktywnością Akcji Kontynentalnej „pociągnąć musi
za sobą niebezpieczne pomnożenie i pomieszanie kontaktów”. Dalej wyjaśniał,
czerpiąc też z własnego długoletniego doświadczenia życiowego, że konspiracyjna
praktyka uczy, iż „nie można pracować jednym aparatem na kilku różnych
sieciach, gdyż w tym przypadku grozi pewna wsypa, a w dodatku […]
skompromitowanie nie tylko własnej działalności, ale również innych”. Można to odnieść
także do sytuacji odwrotnej, czyli pracy „kilku aparatów” z wykorzystaniem właściwie
jednej sieci czy tej samej grupy ludzi (jak to w ostatecznym rozrachunku działo
się w opisywanym przypadku), i szybko niestety potwierdziło przewidywania
starego konspiratora (Nelleman 1980, s. 106; Kliszewicz 2000, s. 89).

Na
rezultaty w postaci fali aresztowań, także w Danii, nie trzeba było długo
czekać. Nastąpiła ona w pierwszej połowie marca 1944 r., doprowadzając do
jednoczesnego rozbicia zarówno drogi łączności kurierskiej z Polską, jak i
struktur wywodzących się z dawnej sieci „Felicji”. Aczkolwiek trzeba zaznaczyć,
że przyczyny tej rozległej „wsypy” nie ograniczają się do nieostrożności i
braku fachowej wiedzy u „Rysi”, i należy uwzględniać również równoległą
infiltrację struktur zajmujących się łącznością z Londynem w okupowanym kraju,
a także niewystarczającą odporność polskich szyfrów. Nie ulega wszakże
wątpliwości, że jej ofiarą padli w zasadzie wszyscy wyżej wymienieni ludzie z
montowanej przez Oddział VI „trasy północnej” oraz szereg innych osób zarówno
wywodzących się z „Felicji” (niezależnie od ich stosunku do sporu między
„Klausem” i „Sabiną”), jak i mających z nimi rozmaite kontakty, udzielających
im kwatery czy przechowujących środki finansowe na działalność podziemną.
Najtragiczniej sprawa skończyła się dla Elisabeth Grunnet, żony przywołanego
duńskiego policjanta, która zmarła w wyniku brutalnego przesłuchania
(Kruszewski 1993, s. 86–87).

Osiągnięcia wywiadowcze „Felicji” w drugiej
fazie jej działania

Jan
Librach, współtwórca Akcji Kontynentalnej, podkreślał po latach, że
„organizacja w Danii, której wybitne usługi oddało kilku Duńczyków, okazała się
szczególnie pożyteczna dla celów informacyjnych [tj. wywiadowczych – W.B.,
T.W.F.] oraz do przepracowania dróg kurierskich dla organizacji krajowych”. Zarazem
jednak była, jego zdaniem, zbyt nieliczna, aby planować działania dywersyjne na
szeroką skalę. Jeżeli dodać do tego, że cywilna „droga północna” przez Danię
właściwie nie została w praktyce uruchomiona dla ruchu kurierów (chociaż zdarzały
się okresy, kiedy była ona drożna), w ogólnym ujęciu najważniejsze okazały się
osiągnięcia „Felicji” właśnie na polu wywiadu (Librach 1973, s. 164).

Rzecz
jasna należy je rozdzielić na dwie części, przy czym podstawową umowną granicą
jest data przejęcia kluczowych aktywów „Felicji” przez placówkę ppor. Masłocha i
Sokólskiego (co można datować mniej więcej na koniec 1943 i początek 1944 r.).
Pierwszą, organizacyjną, fazę działania „Felicji” (tj. kierownictwa
„duumwiratu” Thugutta i Sokólskiego) w zasadzie tutaj pomijamy, z tego okresu
zresztą zachowało się stosunkowo niewiele doniesień i są to w większości
informacje o działaniach sabotażowych i ustaleniowych, np. w postaci
weryfikacji wyników alianckich bombardowań (Kruszewski 1993, s. 87; Nellemann
1980, s. 101–107; Wojciechowski 1989, s. 80–81).

Najciekawsze
znane dziś materiały wywiadowcze „Felicji” pochodzą z drugiej fazy w dziejach
tej organizacji, to jest od zaostrzenia się sytuacji okupacyjnej w Danii w
wyniku działań Niemców z 29 sierpnia 1943 r. (operacja „Safari”) do początków
roku 1944. Wszystko wskazuje na to, że mimo wewnętrznych sporów i problemów
oraz panującego w Danii napięcia zaktywizowano wówczas jej działalność. Kierowniczka
„Felicji”, czyli „Sabina”, słusznie uznała wtedy za konieczne skupienie się na
wywiadzie wojskowym, a także uzupełnienie (obiektywnie słabej w jej ocenie)
polskiej sieci za sprawą kontaktów i źródeł w środowiskach duńskich (Heinze
1943).

Wojskowy
obraz niemieckiej obecności w Danii uściślał raport sporządzony w listopadzie
1943 r. na podstawie danych zebranych przez źródła „Felicji”, zawierający opis
dyslokacji sił okupantów (mniej więcej do poziomu kompanii) na jej zachodnim
wybrzeżu, a także prowadzonych tam przez Organizację Todta prac
fortyfikacyjnych stanowiących część planowanego Wału Atlantyckiego. Najbardziej
szczegółowa jego część odnosi się do portu Esbjerg i jego okolic. Druga część,
już mniej szczegółowa, przynosiła analogiczne informacje z rejonu Frederikshavn
(Meldunek „Felicji” 1943).

Równie
interesujące były doniesienia „Felicji” o tematyce wojennomorskiej. Jedno z
nich zawiera całościowy przegląd stanu duńskiej marynarki wojennej po nieudanej
próbie przejęcia jej przez Niemców 29 sierpnia 1943 r. Oryginalny dokument był
sporządzony w języku duńskim, w tej formie też został przekazany stronie
brytyjskiej. Ów pierwowzór był bardzo kompetentny i pochodził z wiarygodnego
źródła, a zawarte w nim informacje zgadzają się dość dokładnie z dzisiejszym
stanem wiedzy historycznej (Przegląd floty duńskiej 1943). Drugi „morski”
dokument jest równie interesujący i też bardzo kompetentny. Mowa w nim o
prowadzonych w Sønderborg przez Maxa Valentinera, niemieckiego konstruktora
okrętów podwodnych, próbach z miniaturową łodzią podwodną typu „Seehund” (Łódz
podwodna nowej konstrukcji 1943).

Oprócz
spraw ściśle wojskowych „Felicja” dostarczała też informacji na temat
niemieckiego systemu okupacyjnego i aparatu represji. Jednym z ciekawszych
materiałów z tej kategorii była próba rekonstrukcji obsady personalnej i
przybliżony opis struktury organizacyjnej niemieckiej policji i służby
bezpieczeństwa w Danii z siedzibą w Shellhuset w Kopenhadze. W raporcie znajdują
się również krótkie charakterystyki wybranych kluczowych osób z obsady Shellhuset.
Niektórzy niemieccy fukcjonariusze zostali scharakteryzowani jako „porządni
ludzie”, inni zaś jako „łajdacy” czy „nazistowscy bonzowie”. Najbardziej znany
z nich wszystkich SS-Sturmbannführer (major) dr Karl Heinz Hoffmann,
odpowiedzialny za działalność policji politycznej w Danii (Gestapo), miał tam
zasłużoną opinię „brzydkiego typa” (Gestapo w Danii z siedzibą w Kopenhadze –
Shellhuset, 1943).

Osiągnięcia wywiadowcze „Felicji” w trzeciej
fazie jej aktywności

O
ile powyższe informacje wywiadowcze są zasługą niejako pierwotnego składu
„Felicji” (tj. sprzed secesji Sokólskiego), o tyle te pochodzące z okresu
późniejszego można przypisać już tylko samej „Sabinie”, jej polskim
współpracowniczkom, a także ich nielicznym duńskim informatorom czy agentom.
Przy tym zasadniczo nie zmienił się zaznaczający się już wcześniej podział
zainteresowań wywiadowczych na dwie kategorie: z jednej strony sprawami
wojskowymi, a z drugiej tymi odnoszącymi się do życia politycznego Danii oraz
niemieckiej polityki okupacyjnej.

Niestety,
zwłaszcza pośród informacji wojskowych trafiały się coraz częściej doniesienia
bałamutne czy wręcz kuriozalne, co zapewne wynikało z niedostatków fachowej wiedzy
zarówno samej „Sabiny”, jak i jej informatorów. Nie oznacza to, że nie zdarzały
się informacje cenne, takie jak ta o nowym typie samolotu widzianym na
niemieckim lotnisku wojskowym Tirstrup. Najprawdopodobniej chodziło o samolot
wyposażony w kierowany skrzydlaty pocisk rakietowy Henschel Hs 293 (Details
about the new plane seen Tirstrup airfield 1945). Wartościowe były też informacje
z Bornholmu (zapewne z marca 1945 r.) z dość dokładnym opisem tamtejszych
„stacji radiolokalizacyjnych”. I w tym wypadku jednak natykamy się na
tajemniczy 80-metrowy maszt, który miał rzekomo służyć do emitowania „promieni
ultrafioletowych” o nieznanym, zapewne śmiercionośnym, przeznaczeniu (Raport
„Bornholm” 1945).

Placówka Oddziału II SNW w Danii. W
kierunku uspołecznienia wywiadu profesjonalnego

Wspominany
już wyżej ppor. Masłocha, z zawodu oficer marynarki handlowej, zmobilizowany
jednak w 1939 r. jako żołnierz piechoty, znalazł się w Danii latem 1943 r. po
ucieczce z obozu jeńców w Lubece. Ukrywał się przez jakiś czas w środowisku tamtejszych
Polaków, aby w końcu trafić do w Szwecji. Stało się to zapewne w drugiej
połowie października 1943 r. Już po miesiącu, po krótkim z natury rzeczy
przeszkoleniu, znalazł się on na powrót „w terenie”. Dokładnie zaś pod koniec
1943 r. objął funkcję „kierownika placówki wywiadowczej na terenie
nieprzyjaciela”, czyli w Danii, którą zorganizował przy wsparciu i pomocy
„Klausa” Sokólskiego. Siatka ppor. Masłochy przejęła także radiostację
„Felicji” wraz z operatorem, pozostającą w dyspozycji Barbary Mogensen (z d.
Chełmickiej). Ewidentnie jednak były to działania prowadzone w opozycji do
kierowniczki „Felicji”, czyli Romany Heizne „Sabiny”, która ze swej strony
ostatecznie zerwała stosunki z „Klausem” i w ogóle robiła wszystko, aby
odseparować się od działań „dwójki”, odbieranych z pewnością jako „wrogie
przejęcie”. (Wojciechowski 1989, s. 89–90; Kruszewski 1993, s. 107; Bułhak,
Friis, Jaworski 2020, s. 55).

Wydaje
się nie ulegać wątpliwości, że ppor. Masłocha oparł swoją placówkę na dwóch
filarach: z jednej strony na dotychczasowych członkach „Felicji” przekazanych
mu pod komendę przez Sokólskiego i Henschela, a z drugiej na kontaktach
duńskich, nawiązanych m.in. za pośrednictwem polsko-duńskiej rodziny swojej
przyszłej żony (Mogensenów). W tym kontekście pojawia się najczęściej nazwa
duńskiej organizacji konspiracyjnej Holger Danske, która nawiązywała do
legendarnego średniowiecznego bohatera i budziła podobne konotacje jak u
Polaków „śpiący rycerze” pod Giewontem. Organizacja opierała się na duńskich
ochotnikach, którzy walczyli po stronie fińskiej w wojnie zimowej ze Związkiem
Sowieckim. Znana była z bezwzględności w zwalczaniu wroga, w tym duńskich
kolaborantów, i ogólnie ze skłonności do używania siły (Kruszewski 1993, s. 96).

Znów
mamy tutaj do czynienia z organizacją wpisującą się raczej w schemat wywiadu
społecznego. Przypadek ppor. Masłochy można zaś w pewnym sensie uznać za
przykład dostosowania się profesjonalnego wywiadu do wymagań wojennych, a nawet
pewnej ewolucji w kierunku przyjęcia niektórych elementów charakterystycznych
dla wywiadu społecznego. Przywołany oficer niezbyt bowiem pasował do schematu
wywiadowczego urzędnika, jego osobowość i sposób działania bardziej pasuje do profilu
ochotnika-konspiratora. Nie znaczy to jednak, że jego zaangażowanie i naturalne
talenty wywiadowcze nie zostały zauważone przez przełożonych. Wręcz przeciwnie,
bardzo go cenił np. mjr Witold Szymaniak, podówczas zastępca szefa ekspozytury
„SKN” (Szymaniak 1974, k. 4–6, 12).

Warto
tutaj uwypuklić fakt, że ppor. Lucjan Masłocha „Pasek” i jego żona Anna
Masłocha „Lone” z d. Mogensen przeszli do historii stosunków polsko-duńskich
jako postacie symboliczne, ostatni i zarazem kluczowi przywódcy organizacji
„Felicja”, która to organizacja miała jakoby przestać istnieć wraz z ich
dramatyczną śmiercią z rąk duńskich nazistów na początku stycznia 1945 r. Stało
się to kilka dni po ich ślubie, co nadawało całej tej historii dodatkowy, tragiczno-romantyczny
wymiar. Notabene podobna wersja zdarzeń, powtarzana bezkrytycznie w
dziesiątkach publikacji (w tym w poważnych monografiach naukowych i na stronach
ambasady RP w Kopenhadze), nie jest do końca ścisła. W istocie ppor. Masłocha,
jak czytelnik mógł się już zorientować, nigdy nie był przywódcą „Felicji”, w
Danii zaś działał jako oficer Oddziału II SNW, czyli wywiadu wojskowego. Sama „Felicja”
natomiast działała nadal równolegle pod kierunkiem „Sabiny” aż do końca
niemieckiej okupacji (Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s. 55).

Po
śmierci Masłochów polską siatką podległą Oddziałowi II kierował przez pewien
czas Duńczyk inżynier Thøger Busk, którego zastąpił ppor. Michał Lisiński
„Hansen”. Ów Lisiński to kolejny ciekawy bohater, być może jeszcze lepiej niż
ppor. Masłocha wpisujący się w schemat wywiadu społecznego. Wywodził się on z
Czarnego Dunajca, bogatej wsi na Podhalu. Należał tam do miejscowej elity jako człowiek
z wyższym wykształceniem, prawnik, aplikant adwokacki. Był przy tym uznawany za
osobę wybitnie zdolną i inteligentną. Co ciekawe, za młodu był on wręcz
zdeklarowanym komunistą, m.in. działał w nielegalnej, fasadowej organizacji
młodzieżowej „Życie” (rozwiązanej wraz z KPP w 1938 r.). Później też pozostał
radykalnym lewicowcem. W czasie wojny został zmobilizowany jako podchorąży WP.
Przy próbie przedostania się do armii polskiej na Zachodzie został przez
Niemców osadzony w obozie internowanych na terenie Jugosławii, skąd trafił w
ramach Organizacji Todta do Norwegii, do prac przy budowie Wału Atlantyckiego.
W roku 1944 udało mu się uciec stamtąd do Szwecji, gdzie został zwerbowany do
pracy na rzecz Oddziału II. Następnie, po przeszkoleniu, został wyznaczony na następcę
ppor. Masłochy w Danii. Lisiński przetrwał na posterunku już do końca
niemieckiej okupacji, a ściślej jeszcze przez długie lata zajmował się
wywiadem, już przeciwko komunistom, wraz ze wspomnianym mjr. Szymaniakiem (Kruszewski
1993, s. 106–108; Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s. 59).

Osiągnięcia wywiadowcze placówki nr 4
Ekspozytury „SKN” Oddziału II SNW w Danii

W
przeciwieństwie do nieźle udokumentowanych osiągnięć „Felicji” rekonstrukcja
wywiadowczych prac placówki duńskiej placówki Oddziału II jest dość trudna
wobec niepełnego stanu dostępnej bazy źródłowej. Wiadomo jednak, głównie z
ustaleń George’a Nellemanna, że przynajmniej do fali aresztowań w marcu 1944 r.
kontynuowano, opisane wyżej w podrozdziale poświęconym działalności
wywiadowczej organizacji „Felicja”, działania służące rozpracowaniu budowanych
na zachodnim wybrzeżu Danii umocnień Wału Atlantyckiego. Raporty z wysp Lolland
i Falster (stanowiących ośrodki polskiej emigracji) obejmowały informacje o
niemieckich transportach wojskowych, plany urządzeń portu w Gedser, dane na
temat budowy lotniska w Rødby czy wreszcie doniesienia o sytuacji
strategicznego, najdłuższego wówczas w Europie, mostu Storstrøms (duń.
Storstrømsbroen), łączącego Zelandię z wyspą Falster (a także linią kolejową
Kopenhagę z Hamburgiem). Grupa działająca w Kopenhadze od swego agenta
ulokowanego w niemieckich strukturach uzyskała plany różnych kluczowych
instalacji na tym terenie, w tym prac prowadzonych na lotnisku Kastrup i w siedzibie
niemieckich władz bezpieczeństwa (wspominanym już Shellhuset). Warto tutaj
wspomnieć, że siatka Sokólskiego i Masłochy dość intensywnie korzystała z możliwości
związanych ze stacjonowaniem w Danii sporej grupy Polaków przymusowo wcielonych
do Wehrmachtu, od których uzyskiwano różne cenne informacje (Nellemann 1980, s.
107–109). Wiadomo też, że jego przełożony, mjr Szymaniak, za szczególnie doniosłą
zasługę ppor. Masłochy uważał nawiązanie łączności z Polakami przetrzymywanymi
w więzieniu Moabit w Berlinie, wśród których było wielu współpracowników
polskiego wywiadu. Udało się to uczynić przy pomocy Duńczyków (Szymaniak 1974,
k. 6).

Odnośnie
do osiągnięć wywiadu polskiego w Danii w roku 1945 zachowało się jeszcze mniej
danych. Jego ówczesny szef ppor. Lisiński wspominał jedynie, że zadania
powierzone mu przez mjr. Szymaniaka obejmowały z jednej strony zbadanie sprawy
ppor. Masłochy i przyczyn jego tragicznej śmierci, a z drugiej sprawdzenie, czy
Niemcy zaminowali (na wypadek inwazji aliantów) lotniska w Danii; w tym
Kastrup, pod Kopenhagą (Kruszewski 1993 s. 106–108).

Ostatnia faza działań „Felicji”. W
kierunku profesjonalizacji wywiadu społecznego

Rozbicie
„Felicji” i dramatyczne losy jej członków, którzy znaleźli się w rękach
Niemców, niewątpliwie były wstrząsem dla „Sabiny”. Pozwoliły jednak na jej
reorganizację czy też sformowanie na nowo, według własnego pomysłu i
wyobrażenia Romany Heinze. Co interesujące, było to w zasadzie odejście od
omówionego wyżej schematu wywiadu społecznego opartego na ideowym „elemencie
polskim” i przyjęcie za własne właściwie standardowych (profesjonalnych) metod
wywiadowczych w postaci oparcia się na pracy płatnych agentów, werbowanych spośród
mieszkańców kraju zainteresowania (w tym wypadku Duńczyków). Uważała ona
bowiem, że siatka Akcji Kontynentalnej w Danii zorganizowana przez Sokólskiego
nie spełnia stawianych jej wymagań i nie jest w stanie dostarczać informacji
oczekiwanych przez aliantów. Z jej perspektywy wynikało to z jednej strony z
uwypuklanych przez nią niedostatków dotychczasowych liderów w terenie, a z
drugiej z „niezdolności naszych ludzi do podobnej pracy”, a więc z osadzenia
„Felicji” w środowisku polskich pracowników najemnych, o stosunkowo niskim
statusie społecznym i poziomie wykształcenia (Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s.
47).

Kluczowym
elementem jej sieci (w istocie głównym informatorem) był tajemniczy „dziennikarz”
duński, wspierany przez syna, również o ambicjach publicystycznych. Niemal na
pewno byli to jeszcze przedwojenny współpracownik polskiego poselstwa Sven
Dalhoff-Nielsen i jego syn Peter. Wymagano od nich opracowania dwa razy w
miesiącu „wnikliwych reportaży politycznych i gospodarczych z B [Danii],
obrazujących także szczegółowe stosunki z okupantami – tylko do naszej
wiadomości, nie do publikacji”. Przy czym informator miał się skupić „na
kulisach politycznych i istotnych motywach działania” i unikać „oświetleń
oficjalnych”. Niewykluczone też, że tenże Dalhoff-Nilsen był tożsamy z
informatorem określanym przez „Sabinę” w późniejszej korespondencji mianem
„człowieka do spraw wojskowych” i kryptonimem „Petersen”. Ów kluczowy
informator miał zgodnie z przygotowanym przez „Sabinę” budżetem kosztować
miesięcznie sporą sumę 800 koron (szwedzkich). Kwota ta poza honorarium samego
zainteresowanego obejmowała jego „podróże, filmy, mapy” oraz opłacenie siatki
pomniejszych informatorów, złożonej z „4 ludzi na stoczni po 100 kr.” (Bułhak,
Friis, Jaworski 2020, s. 47).

Ostatnim
zleconym „Felicji” zadaniem były działania, które można określić mianem
kontrwywiadowczych. Już w połowie kwietnia 1945 r. ówczesny szef Akcji Kontynentalnej
Edward J. Tomaszewski „Nawrot” zlecał zatem śledzenie powstających w Danii
„podziemnych niemieckich organizacji”, które można określić mianem „dywersji
pozafrontowej”, po niemiecku „R-Netz” (od Rückzug-Netz,
ang. „stay behind”), co było zapewne odpowiedzią na wcześniejszą, bardzo
skrótową i ogólnikową informację jednego z duńskich informatorów „Felicji”. Już
jednak miesiąc później, dokładnie 21 maja 1945 r., ten sam „Nawrot”
poinformował „Sabinę” o rozwiązaniu Akcji Kontynentalnej w związku z zakończeniem
wojny w Europie i – w domyśle – z dramatyczną zmianą sytuacji Polski. Pomysły
powołania nowej polskiej służby specjalnej na bazie tej organizacji straciły w
tej sytuacji ostatecznie swoją aktualność (Grabowski 2015, s. 16; Bułhak,
Friis, Jaworski 2020, s. 48).

Konkluzje

Jak
już wspominaliśmy, warunki wojenne nie tylko w przypadku żołnierzy i oficerów
walczących bezpośrednio „w polu”, lecz także służb wywiadu i kontrwywiadu
(zarówno tych dawnych, jak i nowo tworzonych) wymusiły niejako poszerzenie ich obsady
personalnej na ludzi ze środowisk dotychczas nie zawsze branych pod uwagę w tym
kontekście, w tym na kobiety. Jednocześnie już w pierwszych latach wojny
uwypukliły się słabe strony pracy wywiadowczej prowadzonej z tzw. pozycji
placówkowej. Bezpośrednio w Danii szybko stało się to niemożliwe. W Szwecji
podobną działalność skutecznie kontrolowali, a w razie potrzeby też paraliżowali
przedstawiciele lokalnego kontrwywiadu. Spowodowało to coraz szersze
zastosowanie metod typowych dla wywiadu społecznego, z natury rzeczy
działającego w pewnej izolacji czy dystansie od oficjalnych placówek danego
kraju, w tym wypadku polskich. Jednocześnie przeprowadzona przez nas analiza porównawcza
uzyskanych materiałów, zwłaszcza tych o charakterze wojskowym (której szczegóły
pominęliśmy w tym tekście), ujawniła ogólnie, że jakość oraz bezpieczeństwo
pracy operacyjnej profesjonalistów stała na dużo wyższym poziomie niż amatorów
z „Felicji” (z oczywistych przyczyn, który nie ma potrzeby tutaj przypominać).
W efekcie w końcowym okresie wojny (po roku 1943) daje się zaobserwować bardzo
ciekawe zjawisko, które można określić mianem konwergencji wywiadu
profesjonalnego i społecznego, świetnie widoczne na przykładzie dwóch wzajemnie
na siebie oddziaływających, ale odrębnych polskich siatek na terenie Danii. O
ile w organizacji „Felicja”, obsadzonej i kierowanej przez typowych amatorów, w
tym przez młodą kobietę bez żadnych uprzednich doświadczeń wywiadowczych,
doszło ostatecznie do ewolucji w kierunku rozwiązań coraz bardziej
profesjonalnych, o tyle w par excellence
profesjonalnym Oddziale II, nie odchodząc od rudymentów pracy tego typu
organizacji, coraz szerzej zaczęto się otwierać na ludzi „nowego typu”,
charakterystycznych dla wywiadu społecznego, takich jak Masłocha czy Lisiński. Nie
cofano się przy tym przed takimi posunięciami w swoim stylu, jak „wrogie”
przejęcie części organizacji „Felicja” przez „dwójkę”. Później ci ludzie, jeśli
udało im się przeżyć wojnę, całym latami współpracowali w działaniach „na kraj”
polskiego wywiadu na emigracji we współpracy z Brytyjczykami i Szwedami. Ale to
już zupełnie inna historia.

Dodamy
na koniec, że pociągające byłoby wprowadzenie do naszych rozważań w większym
zakresie narzędzi wypracowanych w badaniach nad płcią kulturową (gender) zwłaszcza w odniesieniu do sporu
(relacji) między Romaną Heinze i Adamem Sokólskim, czy – szerzej – kierowaną
przez nią siatką „Felicji” i konkurencyjną siecią Oddziału II. Ciekawe byłoby
chociażby porównanie modeli dochodzenia do władzy w podobnych środowiskach
(przy wykorzystaniu powiązań społecznych określonych przez nas mianem
„kobiecego networkingu”), form jej sprawowania, a także ewentualnego podważania
autorytetu kobiety-szefa za pomocą utrwalonych społecznie stereotypów, np.
przewijającego się w literaturze przedmiotu skojarzenia „kobiecego wywiadu” z
„plotkarstwem” (Thestrup Henriksen 2013, s. 144). Nie wszystkie te wątki są
jednak uchwytne źródłowo w naszym przypadku. Do tego pojawia się obawa przed
wyciąganiem zbyt daleko idących uogólnień z jednostkowej sytuacji, wynikającej
poza wszystkim z konfliktu dwojga ludzi, których na pewno łączyło głębokie patriotyczne
zaangażowanie, ale też wiele różniło, nie tylko płeć.


Bibliografia

Źródła archiwalne

„Details
about the new plane seen Tirstrup airfield”, [marzec-kwiecień 1945 r.] – Instytut
Polski i Muzeum im. gen. Władysława Sikorskiego (dalej IPMS), A.9.VI.7-1.

„Gestapo
w Danii z siedzibą w Kopenhadze – Shellhuset”, [sierpień–październik 1943 r.] –
IPMS, A.9.VI.7-2.

Hainze
R. („Sabina”) do „Michała” [prawdopodobnie Stanisława Thugutta], Malmö, 16
listopada 1943 r. – IPMS, A.9.VI.7-1.

Inspiracja – metoda działania organów
wywiadu i kontrwywiadu (Wybór materiałów Oddziału II Sztabu Głównego z lat
1926–1929)
, Warszawa 1962, k. 19e – Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej,
01335/182.

„Łódź
podwodna nowej konstrukcji”, 21 listopada 1943 r. – IPMS, A.9.VI.7-2.

Meldunek
„Felicji”, listopad 1943 r. – IPMS, A.9.VI.7-2.

„Przegląd
floty duńskiej (A Survey on the Danish Fleet)”, [po 26 października 1943 r.] –
IPMS, A.9.VI.7-2.

Raport „Bornholm”, [po 6 lutego 1945 r.] –
IPMS, A.9.VI.7-1.

Szymaniak
W., „Polskie sprawy przed 30 laty w Szwecji”, Sztokholm, czerwiec 1974 r. –
IPMS, B.3035.

Literatura

Arquilla J., Ronfeldt D. (2001, red.), Networks and Netwars: The Future of Terror,
Crime, and Militancy
, Santa Monica.

Brown M. (2005), Review
Essay Women and Warfare: Recent literature and New Directions in Research
, „Feminist
Reviev”, vol. 79.

Bułhak
W. (2012), Pion „N” wywiadu cywilnego
PRL. Ewolucja struktur, uwarunkowania organizacyjno-prawne i przykłady operacji
tzw. wywiadu nielegalnego w strukturach Ministerstwa Bezpieczeństwa
Publicznego, Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego i Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych”
[w:] Studia nad
wywiadem i kontrwywiadem Polski w XX wieku
, t. 1, red. W. Skóra, P.
Skubisz, Szczecin.

Bułhak
W. (2008), Raport szefa Oddziału II KG AK
ppłk. dypl. Mariana Drobika „Bieżąca polityka polska a rzeczywistość” i sprawa
jego aresztowania (listopad–grudzień 1943)
[w:] Wywiad i kontrwywiad Armii Krajowej, red. W. Bułhak, Warszawa.

Bułhak
W., Friis T.W., Jaworski P. (w przygotowaniu, wersja 2020), Wywiad profesjonalny i wywiad społeczny w
okresie II wojny światowej a zagrożenia kontrwywiadowcze. Przypadek współpracy polsko-duńskiej
przeciwko III Rzeszy na terenie Danii i Szwecji
.

De Jong L. (1956), The
German Fifth Column in the Second World War
, Chicago.

Gondek
L. (1987), Na tropach tajemnic III Rzeszy,
Warszawa.

Grabowski
W. (2015), Wprowadzenie [w:] M.
Małaśnicka-Miedzanogóra, Róże dla Lone,
Za wolność Polski i Danii (1939
1945),
Warszawa.

Kliszewicz
L. (2000), Baza w Sztokholmie, Placówki
wojskowej łączności kraju z centralą w Londynie
, t. 10 (5), Warszawa–Londyn.

Kruszewski
E.S. (1993), Akcja Kontynentalna w
Skandynawii 1940
1945, Kopenhaga.

Lewandowski
J. (1999), Węzeł stockholmski. Szwedzkie
koneksje polskiego podziemia, IX 1939

VII 1942 r.
, Uppsala.

Librach
J. (1973), Nota o „Akcji Kontynentalnej”,
„Zeszyty Historyczne”, z. 23.

Małaśnicka-Miedzanogóra
M. (2015), Róże dla Lone, Za wolność
Polski i Danii (1939
1945),
Warszawa.

Nellemann G. (1980), For Danmarks frihed og Polens ære. Den polske modstandsbevægelse i
Danmark 1940
45 [w:] Nationalmuseets
Arbejdsmark
, [København].

Panecki
T. (1986), Polonia zachodnioeuropejska w
planach Rządu RP na emigracji (1940
1945).
Akcja Kontynentalna, Warszawa.

Pattison J. (2007), Behind Enemy Lines: Gender, Passing and the Special Operations
Executive in the Second World War
, Manchester.

Pattison J. (2016), The twilight war. Gender and espionage. Britain, 19001950 [w:] Handbook on Gender and War, red. S. Sharoni, J. Welland, L.
Steiner, J. Pedersen, Cheltenham–Northampton.

Rothert
A. (2013), Emergencja złożonych i
sieciowych struktur władzy
[w:] Multi-level
governance w Unii Europejskiej
, red. J. Ruszkowski, L. Wojnicz,
Szczecin–Warszawa.

Skóra
W. (2019), Honor oficera a służba w
wywiadzie II Rzeczypospolitej. Próba refleksji o dylematach i statusie
„dwójkarzy” w dwudziestoleciu międzywojennym
[w:] W służbie dla prawdy. Prace historyczne dedykowane Zbigniewowi
Nawrockiemu (1959–2017)
, red. T. Balbus, J. Bednarek, Warszawa.

Thestrup Henriksen J. (2013), Women in Intelligence – Danish Gender Bias in the 1930’s, [w:] Ostsee. Kriegsschauplatz und Handelsregion.
Festschrift für Robert Bohnred
, red. T.W. Friis, M.F. Scholz, Visby.

Wilhelm C. (2005), Ethnic
Germans as an instrument of German Intelligence Services in the USA, 1933
45 [w:] Secret Intelligence in the Twentieth Century, red. H.
Bungert, J.G. Heitmann, M. Wala, London.

Wojciechowski
W.S. (1989), Z dziejów polskiego ruchu oporu w Danii. Organizacja Polska
„Felicja”
, „Niepodległość”, t. 22 (po wznowieniu).

Zamojski J.E. (1980), Profesjonaliści i amatorzy. Szkic o dziejach polskiej służby wywiadowczej we Francji w latach 19401945 – „F2”, „Dzieje Najnowsze”, r. 12, nr 4.


Redakcja językowa: Beata Bińko


Galeria zdjęć




Prezes IPN kontra demon postmodernizmu

Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956, zespół redakcyjny: Sławomir Poleszak (redaktor naczelny), Rafał Wnuk, Agnieszka Jaczyńska, Magdalena Śladecka, Lublin – Warszawa 2020, Wydanie II poprawione i uzupełnione, ss. 664.    

Tekst prof. Rafała Wnuka dotyczy problemu, w który bezpośrednio zaangażowany jest redaktor naczelny portalu, dr Sławomir Poleszak, jako redaktor naczelny wydania drugiego Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 19441956 (Wyd. IPN, Warszawa – Lublin 2020). Redakcja zdecydowała jednak o udostępnieniu łamów portalu prof. Wnukowi, który wyraził swoje stanowisko w sprawie treści wprowadzenia Wydawcy, zamieszczonego w Atlasie. Sądzimy, że problem poruszony w tej wypowiedzi nie ma charakteru sporu prywatnego czy personalnego, a wpisuje się w bieżące debaty dotyczące rzetelności badań i swobody dyskusji naukowych oraz refleksji wokół aktualnej polityki historycznej, jej celów, narzędzi i ograniczeń.

Redakcja portalu ohistorie.eu

RAFAŁ WNUK

Prezes IPN kontra demon postmodernizmu

Zacznijmy od prowokacji intelektualnej:

jesteśmy bowiem świadkami zaostrzającej się wojny kulturowej [skierowanej przeciwko Polsce i Polakom – R.W.], prowadzonej przez zwolenników żydowskiej wizji wolności jednostki ‒ jednostki odartej z poczucia tożsamości narodowej, wyrwanej z historii swojej wspólnoty oraz pozbawionej chrześcijańskich fundamentów, a zatem wartości, które pozwalały nam zawsze przetrwać czas niewoli. Jednoznaczne postawy ideowe stają się nieakceptowalne, a nawet są uznawane za szkodliwe. Tradycyjne wzorce postrzegane są jako zagrożenie, bo mogłyby okazać się atrakcyjne dla młodzieży, a ta powinna ‒ zgodnie z wizją kulturowych rewolucjonistów ‒ pozostać wolna od wszelkich więzi ze zwalczaną przez nich przeszłością.

Passus ów nie pochodzi z ONR-owskiej „Sztafety” ani Protokołów Mędrców Syjonu. Prowokacja polega na zmianie jednego słowa. W oryginale zaś przeczytamy:

jesteśmy bowiem świadkami zaostrzającej się wojny kulturowej [skierowanej przeciwko Polsce i Polakom – R.W.], prowadzonej przez zwolenników postmodernistycznej wizji wolności jednostki ‒ jednostki odartej z poczucia tożsamości narodowej, wyrwanej z historii swojej wspólnoty oraz pozbawionej chrześcijańskich fundamentów, a zatem wartości, które pozwalały nam zawsze przetrwać czas niewoli. Jednoznaczne postawy ideowe stają się nieakceptowalne, a nawet są uznawane za szkodliwe. Tradycyjne wzorce postrzegane są jako zagrożenie, bo mogłyby okazać się atrakcyjne dla młodzieży, a ta powinna ‒ zgodnie z wizją kulturowych rewolucjonistów ‒ pozostać wolna od wszelkich więzi ze zwalczaną przez nich przeszłością.

Słowa powyższe napisał prezes IPN dr Jarosław Szarek. Jeśli ktoś ma ochotę, może w miejsce „postmodernistycznej” wpisać „zachodnioeuropejskiej”, „liberalnej”, „socjalistycznej” „masońskiej”, „postępowej”, „postmarksistowskiej”, „brukselskiej” itp. Choć atakowana grupa, ideologia czy trend filozoficzny będą odmienne, to zastosowany schemat myślenia pozostaje ten sam. Wyobrażenie, że istnieje jakiś szatański, supertajny spisek, wymierzony w niewinnych i bogobojnych, nie jest nowe. W średniowiecznej Europie jako posłańcy zła jawili się czarnoksiężnicy, czarownice, wampiry i wilkołaki. W drugiej połowie XIX w. owe stwory zostały zastąpione przez Żydów, masonów i jezuitów. Obawa dr. Szarka, że postmodernistyczny demon zamierza Polaków „wyrwać ze wspólnoty” i „pozbawić chrześcijańskich fundamentów”, wywodzi się z tej właśnie magiczno-spiskowej wizji świata. Prezes IPN uważa się najwyraźniej za żołnierza, zapewne wysokiej rangi oficera, broniącego narodowej twierdzy przed zastępami rzekomych najemników „wojny kulturowej”. Rola ta jest „naturalna” w wypadku populistycznego polityka, propagandysty czy nawołującego do religijnej wojny kapłana – fundamentalisty (imama, księdza, rabina czy pastora). Dr Szarek sprawuje jednak funkcję prezesa instytucji zaufania publicznego, powołanej do sprawiedliwego osądzania przestępstw okresu okupacji i Polski Ludowej oraz możliwie bezstronnego badania polskiej historii XX wieku. Funkcje bezstronnego arbitra i walczącego na śmierć i życie żołnierza/oficera wzajemnie się wykluczają.

Postmodernizm, prąd myślowy i artystyczny ponadpółwieczny, rozwijał się na uniwersytetach amerykańskich i europejskich. Dyskusje o płynnej nowoczesności, istnieniu lub nieistnieniu zewnętrznej wobec badacza prawdy nie wstrząsnęły posadami zachodnich społeczeństw. Nic nie wskazuje też, by Jacques Derrida czy Zygmunt Bauman należeli do światowego spisku dążącego do likwidacji wspólnot narodowych. Postmodernizm nie „odarł z poczucia tożsamości narodowej” Amerykanów, Włochów, Anglików czy Luksemburczyków. Sądzę, że polska tożsamość narodowa nie jest słabsza, nie ma więc czego się obawiać.

Cytat otwierający ten tekst pochodzi z obszernej przedmowy, jaką prezes IPN dr Jarosław Szarek opatrzył drugie, poprawione wydanie Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956[1]. Prezes postanowił wystąpić w roli autorytetu decydującego o tym, jak należy pisać o podziemiu antykomunistycznym, i piętnującego wszelkie odchylenia od „jedynie słusznej linii”. Jako że jestem członkiem redakcji najnowszego wydania i współautorem – wraz ze Sławomirem Poleszakiem – merytorycznych wstępów, poczułem się wywołany do tablicy.

Prezes zaczyna od stwierdzenia, że polskie podziemie antykomunistyczne „stanowi oprócz czynu legionowego, Polskiego Państwa Podziemnego i ruchu »Solidarności« – jeden z najbardziej rozpoznawanych symboli tradycji niepodległościowych minionego stulecia”. Zobaczmy, jak rzecz wygląda w świetle badań. W sondażu CBOS z 2016 r. sprawdzającym świadomość historyczną Polaków związaną z wiekami XX i XXI powojenne podziemie niepodległościowe w ogóle się nie pojawiło. Rok później ta sama pracownia przebadała 1007 obywateli polskich, pytając ich o ocenę „żołnierzy wyklętych/niezłomnych”. 45 proc. respondentów nie znało tych pojęć i nic nie wiedziało o antykomunistycznym podziemiu. 55 proc. deklarowało przynajmniej minimalną wiedzę. Na pytanie o ocenę działalności zbrojnej 27 proc. „deklarujących wiedzę” (15 proc. ogółu badanych) oceniło jego uczestników pozytywnie, 31 proc. (17 proc. ogółu badanych) uznało, że walka antykomunistycznych grup zbrojnych przyniosła tyle samo złego co dobrego, natomiast 19 proc. (11 proc. ogółu badanych) oceniło ją negatywnie. Dla porównania 99 proc. orientowało się, kim był Józef Piłsudski, a 82 proc. oceniło go pozytywnie. Podsumowując, w 2017 r. 15 proc. obywateli Polski oceniało walkę zbrojną powojennego podziemia antykomunistycznego pozytywnie, 11 proc. negatywnie, a 45 proc. o nim nie słyszało. Aż 95 proc. badanych nie wiedziało, jakie święto obchodzone jest 1 marca. W świetle badań CBOS twierdzenie, jakoby powojenne podziemie było jednym z najbardziej rozpoznawalnych, pozytywnie kojarzonych symboli polskiej historii najnowszej, zupełnie się nie broni. Dr Szarek bierze swoje wyobrażenia za rzeczywistość.

Ciekawe, co prezes miał na myśli, pisząc w przedmowie do Atlasu o „potrzebie odrzucania postkomunistycznej spuścizny”. Jako pomysłodawca i redaktor naczelny wydania pierwszego stawiałem sobie i współpracownikom za cel stworzenie opracowania naukowego. Z przyczyn oczywistych ustalenia tam zawarte odnosiły się pośrednio lub bezpośrednio do historiografii okresu Polski Ludowej i propagandy komunistycznej. Nie wiem, czym jest „postkomunistyczna spuścizna” i jak się ona ma do zagadnień podejmowanych w wydawnictwie.

Zdaniem dr. Szarka powojenne podziemie to „kontynuacja wielopokoleniowej tradycji insurekcyjnej”. Tym samym prezes „daje słuszny odpór” zamieszczonej przez nas we wstępie do Atlasu tezie, że żadnego „antykomunistycznego powstania” w Polsce nie było. W aktach Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych, Delegata Rządu na Kraj, Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, rządu RP na uchodźstwie i czołowych osobistości polskiej emigracji można znaleźć wiele dokumentów przestrzegających przed możliwością wybuchu takiego powstania. Wspólne wysiłki ówczesnych przywódców podziemia w kraju i na emigracji sprawiły, że do niego nie doszło. Nie znam jednocześnie ani jednego dokumentu z epoki, ani jednej relacji członka XX-wiecznej konspiracji, w którym określiłby swoją ówczesną walkę mianem powstania. Prezes współtworzy nieoparty na źródłach mit, niezgodny z faktami i odczuciami aktorów wydarzeń.

W przedmowie czytamy: „Nie ulega wątpliwości, że w ciężkich warunkach powojennych osaczeni działacze podziemia popełniali błędy. Czasem – przekonani, że nie ma innej drogi – podejmowali przedsięwzięcia, które z dzisiejszej perspektywy mogą wydawać się zbyt radykalne lub są oceniane jednoznacznie negatywnie. Przypadki te nie mogą zmienić naszego spojrzenia na cel ich walki”. Prezes IPN uważa więc, że błędem jest przykładanie norm obowiązujących dziś do warunków powojennych. Zakładając, że wartości i związane z nimi normy oraz oceny mają charakter względny, zależą od kultury i czasów, dr Szarek przyjmuje bliską postmodernizmowi perspektywę relatywistyczną. Dlaczego stosuje w praktyce podejście, które dwa akapity wyżej jednoznacznie napiętnował? Dostrzegam tu pewną niekonsekwencję.

Na końcu przedmowy prezes IPN diagnozuje i piętnuje: „Uważny Czytelnik dostrzeże, że w ciągu ostatnich lat ewoluowały także poglądy części autorów niniejszego tomu. Badacze, których jeszcze kilkanaście lat temu nie tak wiele różniło w ocenie powojennego podziemia, dzisiaj toczą ze sobą nierzadko zacięte spory – naukowe i publicystyczne”.

Prezes IPN się myli. Historyków zajmujących się powojennym podziemiem antykomunistycznym dzieliło wiele już w latach dziewięćdziesiątych XX w. W 2000 r. w pracy Historycy polscy i ukraińscy wobec problemów XX wieku wymienione zostały następujące typy historiografii antykomunistycznego podziemia: „niezaangażowana”, „zaangażowana”, „budowniczych spiżowych pomników” i „aberracyjna”[5]. Dziewięć lat później Marta Kurkowska-Budzan „zmapowała” historiografię antykomunistycznego podziemia ponownie. Jej zdaniem „do ścierania się historiografii krytycznej i historiografii polityki historycznej dochodzi w łonie samego Instytutu Pamięci Narodowej”[6]. Opisane i przenalizowane przez nią podziały właściwie się nie zmieniły. Pięć lat temu obóz rządzący uznał „historiografię polityki historycznej” za obowiązującą interpretację dziejów i uczynił z niej filar „pedagogiki dumy”. Historiografię krytyczną – w moim przekonaniu jedyną zgodną z warsztatem historyka – nazwał „pedagogiką wstydu” i napiętnował. Dr Szarek wtedy właśnie został prezesem IPN i zapewne dopiero wówczas dostrzegł różnice dzielące historyków w podejściu do powojennego podziemia niepodległościowego. Stąd, jak sądzę, jego przekonanie, że stan ten to rezultat „ostatnich lat”. Kolejny raz dr Szarek bierze swoje wyobrażenia za rzeczywistość

Nie będę dyskutował z opinią prezesa, jakoby „część badaczy podziemia uległa wątpliwym naukowo uproszczeniom związanym z oceną idei, wokół której organizowały się poszczególne nurty podziemia”. Skierowana wobec oponentów insynuacja nie została oparta na śladowym choćby dowodzie. Dr Szarek uważa też, że „ulegający wątpliwym naukowo uproszczeniom” niewymienieni z nazwiska historycy mają moc „delegitymizowania podziemia narodowego”. Znowu się myli. Żaden historyk nie „zdelegitymizuje” chrztu Polski, Konstytucji 3 maja, konfederacji targowickiej, AK, NSZ lub „Solidarności”. Można natomiast stosować historyczną strategię legitymizacji lub delegitymizacji obecnie istniejących ruchów społecznych i politycznych przez odwoływanie się do zdarzeń z przeszłości.

Podsumowując, dr Szarek nie zgadza się z zawartymi w Atlasie interpretacjami niewymienionych z nazwiska historyków i się od nich odcina. Badacze ci pozostaliby pewnie anonimowi, gdyby nie zamieszczona na kolejnej stronie nota „Od wydawcy”. Jest w niej niemal dosłownie powtórzona użyta przez prezesa fraza mówiąca o autorach „toczących w ostatnim czasie spory naukowe czy publicystyczne”. Wydawca solidaryzuje się w owej debacie z tymi „członkami zespołu” tworzącymi Atlas, którzy nie zgadzają się „z tezami przedstawionymi przez autorów wprowadzenia »Zarys dziejów polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956« Sławomira Poleszaka i Rafała Wnuka”. Kierownictwo IPN uznało, że powinno przestrzec czytelników przed naszymi rozważaniami, uznając je najwyraźniej za niezgodne z linią ideową instytucji.

W imponującym formą graficzną albumie IPN Życie i śmierć dla Polski autorstwa Kazimierza Krajewskiego czytamy o Bolesławie Piaseckim i powołanym przez niego Stowarzyszeniu PAX:

Gdy dokona się trzeźwej oceny, można zauważyć, że suma zysków i strat związanych z powojenną działalnością tego środowiska wypada zdecydowanie na plus. Piasecki wizjonersko ocenił, że rządy sowieckie będą trwać w Polsce co najmniej pięćdziesiąt lat i trzeba przyjąć postawę „przetrwaniową”, nie pozwalając na przekształcenie społeczeństwa polskiego w społeczeństwo komunistyczne, sowieckie. Można oceniać, że choć Kościół miał do Piaseckiego wiele pretensji, to tak naprawdę w perspektywie długofalowej dawny komendant K[onfederacji] N[arodu] mu nie zaszkodził.

Książki Kazimierza Krajewskiego IPN nie poprzedził komunikatem, w którym odcinałby się od zawartych w niej treści. Czy zatem należy sądzić, że kierownictwo tej instytucji akceptuje oceny dotyczące Stowarzyszenia PAX i Bolesława Piaseckiego? Przypomnijmy, że przed wojną był on przywódcą faszystowskiego ONR „Falanga”, pod koniec wojny zwerbowany przez wiceszefa NKWD gen. Iwana Sierowa, pracował dla Sowietów, popierał aresztowanie prymasa Stefana Wyszyńskiego, był zwolennikiem twardogłowych w PZPR i członkiem Rady Państwa w epoce Edwarda Gierka.

Czy nie wywołują w IPN oporu próby relatywizacji wybranych zbrodni? W biografii Romualda Rajsa „Burego” autorstwa Michała Ostapiuka IPN-owski wydawca nie umieścił bowiem żadnej noty dystansującej się od twierdzeń autora usprawiedliwiających mordy partyzantów NZW popełnione na białoruskich cywilach. A może nie ma żadnych zasad umieszczania przez wydawnictwo IPN „not ostrzegawczych” i kierownictwo robi to „po uważaniu”?

Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956 jest pierwszą wydaną w tej instytucji książką, od której IPN się odciął, i to aż dwukrotnie, najpierw w przedmowie prezesa, a następnie w nocie Od wydawcy. W jakim celu prezes IPN napisał swoją przedmowę? Najwyraźniej nie ma ona charakteru informacyjnego i nic nie wnosi do dziejów podziemia. Czy problem stwarza któryś z redaktorów lub autorów? Bo jeśli tak jest, to najwyraźniej dr Szarek postanowił kilka miesięcy przed wyborami prezesa IPN asekurować się przed krytyką we własnym obozie.


P.S.

Tekst powyższy napisałem sam, bez konsultacji z pozostałymi członkami redakcji Atlasu.


Przypisy

[1] Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956, red. S. Poleszak, R. Wnuk, A. Jaczyńska, M. Śladecka, Warszawa–Lublin 2020, s. VII.

[2] Świadomość historyczna Polaków, badanie CBOS, Warszawa 2016, https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2016/K_068_16.PDF.

[3] Polskie podziemie antykomunistyczne w pamięci zbiorowej, badanie CBOS, Warszawa 2017, https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2017/K_022_17.PDF.

[4] Społeczne oceny osobistości ostatniego stulecia, badanie CBOS, Warszawa 2018, https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2018/K_101_18.PDF.

[5] R. Wnuk, Stosunek polskiej historiografii po roku 1989 do antykomunistycznego podziemia i opozycji demokratycznej [w:] Historycy polscy i ukraińscy wobec problemów XX wieku, red. Piotr Kosiewski, Grzegorz Motyka, Warszawa 2000, s. 49–60.

[6]. M. Kurkowska-Budzan, Antykomunistyczne podziemie zbrojne na Białostocczyźnie. Analiza współczesnej symbolizacji przeszłości, Kraków 2009, s. 195–203.

[7] K. Krajewski, Życie i śmierć dla Polski, Partyzancka epopeja Uderzeniowych Batalionów Kadrowych, Warszawa 2018, s. 351.

[8] M. Ostapiuk, Komendant „Bury”. Biografia kpt. Romualda Adama Rajsa „Burego” 1913–1949, Białystok–Olsztyn–Warszawa 2019. Analizy manipulacji, nieuprawnionych interpretacji i błędów warsztatowych w książce Michała Ostapiuka dokonał Mariusz Mazur na łamach „Ohistorie”, w artykule: Warsztat naukowy historyka w kontekście prób reinterpretacji postaci Romualda Rajsa „Burego”, http://ohistorie.eu/2020/02/27/mariusz-mazur-warsztat-naukowy-historyka-w-kontekscie-prob-reinterpretacji-postaci-romualda-rajsa-burego/#_edn4.


 

Korekta językowa: Beata Bińko




My, naród… i parę komentarzy

Grafika pochodzi z portalu na:Temat

MARCIN KULA

Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie

My, naród… i parę komentarzy

Kiedyś, podczas pobytu w Rio de Janeiro, poznałem już atmosferę, jaka się robi, gdy zaraza „opada na miasto”. Pojawiła się tam cholera. Bardzo to było nieprzyjemne. Różnica ówczesnej sytuacji w Rio i naszej obecnej była wszakże co najmniej jedna: tam nie stał problem, co będzie po epidemii. Wiadomo było, że każda przychodzi i odchodzi, a rozwiązania społeczne dla tych, którzy przeżyją, pozostają. W związku z obecnym prawie na całym świecie koronawirusem wiele osób stawia natomiast pytanie, co będzie po nim.

Zabierając głos w sejmie 27 marca 2020 r., w debacie o pakiecie antykryzysowym, premier Mateusz Morawiecki powiedział, że sytuacja, którą przeżywamy, potwierdziła wagę instytucji państwa narodowego – na niekorzyść Unii Europejskiej. Zostawmy na boku okoliczność, że mówca chyba nigdy nie lubił UE. Interesujące jest, jaki będzie rzeczywiście wpływ światowej epidemii na zjawisko narodowe. Otóż sądzę, że myślenie w kategoriach narodu ulegnie wzmocnieniu. Tak jak przy gaszeniu pożaru najważniejsze jest to, co dzieje się obok, a nie myśli się o tym, gdzie na świecie został wyprodukowany sprzęt gaśniczy, tak większość z nas patrzy na bliskie otoczenie i oczekuje skutecznych działań raczej lokalnych władz. Psychologicznie trudno jest też w takich sytuacjach myśleć o cierpiących daleko i dzielić się zasobami. W obliczu zagrożenia katastrofą na ogół nie kwestionuje się władzy kapitana – choć w takich sytuacjach nieraz u steru niekoniecznie stają najbardziej kompetentni, czasem wysuwają się właśnie inni. W niebezpieczeństwie ludzie gotowi są poddać się tendencjom autorytarnym. Wolą władzę skuteczną niż miłą i rozgadaną. Silna jest lepiej widoczna, a więc i z tego powodu ma przewagę. Taka władza na ogół też akcentuje swoje działanie w granicach narodowych. Co nie najmniej ważne, przebieg zagrożenia pokazuje, że lepiej mieć możliwości produkcyjne u siebie. Daleko posunięta autarkia dzisiaj byłaby już chyba niemożliwa do osiągnięcia, ale można się starać o jej zwiększenie. Nadto można dążyć do ograniczenia przepływów transgranicznych do niezbędnych dóbr i technologii, na niekorzyść dóbr kultury. Za wzrostem idei narodowej musi pójść nacisk na uprawianie i kultywowanie historii narodowej w miejsce problemowej. W obliczu niebezpieczeństwa ludzie często chwytają się idei znanych – a więc bardziej idei narodu i religii, niżby podtrzymywali szerokie horyzonty. Nieunikniony kryzys gospodarczy wywoła masowe bezrobocie, a społeczna frustracja już nieraz w historii wyładowywała się w nacjonalizmie. Ludzie zapamiętają, że zło przyszło z zewnątrz. W sytuacjach niebezpieczeństwa naturalne jest budowanie zapory. Niejeden z nas już przedtem chciał ją wznieść przeciw imigrantom, więc teraz będzie miał dodatkowy argument.

Od czasu „starożytnych Greków” nasze myślenie waha się pomiędzy tym, co swoje, a tym, co uniwersalne. Było tak i w starożytnym Rzymie, i w średniowieczu… i nie tylko w naszej cywilizacji. Instytucja ponadepokowa, jaką jest Kościół katolicki, myśli i działa zarazem w horyzoncie powszechnym, jak w bardzo lokalnym. U genezy współczesności rewolucja francuska 1789 r. uderzała zarówno w strunę narodu, jak – mówiąc w naszym języku – globalizacji. Rewolucjoniści tworzyli ujednolicony w miarę możliwości i w pewien sposób zdefiniowany naród zamiast zbiorowości poddanych króla. Zarazem chcieli rozpowszechniać rewolucyjne szczęście, gdzie tylko się da. Z późniejszych przykładów faszyzm akcentował, rzecz jasna, własny naród, ale docelowo miał na oku horyzont światowy. Z nurtów bliskich nam, choćby ze względu na konsekwencje, ruch robotniczy był nosicielem myślenia uniwersalnego, ale poniósł w tym myśleniu klęskę – gdy proletariusze wszystkich krajów, zamiast się połączyć, poszli do transzei I wojny światowej. Rewolucja rosyjska była w większym stopniu rewolucją narodów zdominowanych przez carat oraz mniejszości narodowych niż ruchem z modelu marksowskiego – choć głosiła hasła uniwersalne. No i była rewolucją narodu potężnie uderzonego przez wojnę. Przypuszczam, że w tym wstrząsie zadziałał mechanizm znany w bardziej modelowej formie z niejednego późniejszego ruchu, w tym z rewolucji chińskiej czy kubańskiej – a mianowicie dwukierunkowe sprzężenie motywów społecznych i narodowych. Trzeba było zmienić stosunki (ustrój), by naród odzyskał godne miejsce, a zarazem społeczne negatywne strony sytuacji „tubylców” dostarczały sił ruchowi rewolucyjnemu. Uniwersalny horyzont ambicji stawał się mniej ważny w porównaniu z lokalnym.

Gdy perspektywy bolszewickiej rewolucji światowej załamały się na linii Wisły, komunizm stał się tym bardziej narodowy. Jeszcze silniej zaakcentowano w nim ideę narodową podczas II wojny światowej i w jej konsekwencji. Ideologię można było ratować wagą trwania nowej Rosji dla przyszłej perspektywy światowej. Z czasem pojawiła się też idea stworzenia nowych narodów – radzieckiego, socjalistycznego narodu NRD, jugosłowiańskiego (to z niuansami) – ale przy całej nowości pomysłu jego podstawową ramą był naród. Potem to wszystko popruło się zresztą właśnie po szwach narodowych. Zanim to się stało, przy rozszerzaniu „obozu pokoju i socjalizmu” walkę ideologiczną trzeba było toczyć co najmniej w tym samym stopniu na płaszczyźnie ideologii narodowej, nieraz wręcz szowinistycznej, co na polu reform społecznych.

Innym wielkim zjawiskiem, które rozgrywało się w płaszczyźnie lokalnej, ale w perspektywie uniwersalnej, był proces dekolonizacji, a zwłaszcza stosunkowo zwarta w czasie dekolonizacja Afryki.

***

We wszystkich krajach rodzących się czy odradzających do niepodległego życia silne są akcenty nacjonalistyczne. „Młody nacjonalizm” często jest mocny i bojowy. Często staje też wtedy pytanie, kto jest narodem lub, co na jedno wychodzi, gdzie są granice „nas”. W Polsce ukształtowanie się myślenia narodowego w warunkach niewoli wzmocniło je, nastawiło ekskluzywistycznie oraz powiązało z religią. Piłsudski i Dmowski oczywiście różnili się wyobrażeniem stopnia wyłącznej polskości odrodzonego państwa narodowego, ale wątek państwa narodu polskiego był tu nieustająco silny – mimo 1/3 obywateli rekrutujących się z mniejszości narodowych. Piłsudski promował dominację instytucji państwa, chciał jego jedności. Propozycje autonomii kulturalnej Bundu nie miały szans, ale Marszałek przeciwstawiał się też rozrabianiu przeciw Żydom. Chyba zgodziłby się z konkluzją Henry’ego Morganthaua, sformułowaną po pogromach towarzyszących odzyskaniu przez Polskę niepodległości: „Naród polski winien zrozumieć, że jego najgorszymi wrogami są ci, którzy zachęcają do wewnętrznej walki. Nie ostoi się dom, którego mieszkańcy walczą ze sobą nawzajem. Musi istnieć jedna warstwa obywateli polskich, której wszyscy członkowie cieszą się równymi prawami i ponoszą takie same obowiązki”[1]. Było paradoksem, że człowiek, który walczył o niepodległość, który zwyciężył i stał się jej symbolem, faktycznie promował koncepcję państwa obywatelskiego – nawet jeśli bez tego słowa. Był to wszakże tylko jeden z nurtów myślenia. Charakterystyczne, że po śmierci Piłsudskiego sanacja zbliżyła się do endecji, co obejmowało również stosunek do kwestii żydowskiej.

Za swoich najczęściej byli w Polsce uważani rozsiani po świecie ludzie polskiego pochodzenia nawet w kolejnych pokoleniach i słabo związani z kulturą polską, nie zaś współmieszkający tu członkowie innych grup. Takie podejście nieraz występuje także dziś (jak, z grubsza biorąc, w Izraelu!). Jest się dumnym z „Rzeczypospolitej Obojga Narodów”, a mało pamięta się o partycypacji w niej Litwinów. O Konstytucji 3 maja mówi jako o konstytucji polskiej, podczas gdy była dziełem „obojga narodów”. Znikomo uwzględnia się w nauczaniu mniejszości narodowe, bez których trudno przecież rozwijać wewnętrzne zagadnienia dwudziestolecia. Bardzo rzadko omawia się zagadnienia mniejszości narodowych w tych samych opracowaniach, po prostu razem. Nawet w badaniach na ogół jedni z nas zajmują się polskimi chrześcijanami, a drudzy polskimi Żydami – co nie do końca tłumaczą uwarunkowania techniczne (źródła, język, brakująca wiedza). W potocznym języku (a ten dobrze odzwierciedla rzeczywistość!) funkcjonuje rozróżnienie „Polacy – Żydzi”, odnoszące się także do obywateli polskich. Mało kto myśli, że można być Polakiem i Żydem jednocześnie. O Polakach o żydowskich korzeniach często myśli się jako o Żydach. W kontekście rozmowy o Marcu niedawno pewien student zapytał mnie, czy Żydzi mieli wówczas rzeczywiście takie wpływy, jak głosiła propaganda marcowa. Nie przyszło mu do głowy skomplikowanie odpowiedzi, kto był wówczas i kto jest Żydem, ani myśl, że mówimy o obywatelach polskich niezależnie od wyznania bądź bezwyznaniowości czy to dziadków danych osób, czy nawet ich samych. Z tego punktu widzenia tytuł skądinąd jak najbardziej aprobowanej przeze mnie wystawy o Marcu w Muzeum Polin („Obcy w domu – wokół Marca ’68”) nie był szczęśliwy – jako dwuznaczny[2]. Bardziej mi się podobał tytuł wystawy zorganizowanej w Muzeum Narodowym w Krakowie w 1989 r. – „Żydzi – polscy” – w którym ów myślnik pomiędzy dwoma słowami był fundamentalnie ważny.

Już podkreślanie, że ktoś pochodzi ze zasymilowanej rodziny żydowskiej, czy że sam był (jest) zasymilowany, zdarzające się często i na ogół w dobrej intencji, zdradza potrzebę takiego podkreślenia – a potrzeba jest dlatego, że „się” rozróżnia. Do dziś zapamiętałem, jak to w 1993 r. usłyszałem wypowiedzianą publicznie, zresztą właśnie w dobrej intencji, informację, że w Muzeum Literatury w Warszawie jest sporo judaiców, np. rękopisy Tuwima czy Brzechwy. Moja reakcja: pamiętam oczywiście wielkie teksty Tuwima My, Żydzi polscy oraz Kwiaty polskie, w których wyraża on swoje poczucie przynależności zarówno do społeczności polskiej, jak żydowskiej[3]. Czy jednak dojdziemy do uznania Lokomotywy za ciekawe judaicum?

Drobnego, ale znaczącego w rozpatrywaniu sfery publicznej przykładu z niedawnych czasów dostarcza nagranie biznesowych rozmów Jarosława Kaczyńskiego w sprawie budowy wysokich budynków przy ul. Srebrnej w Warszawie. Nie warto podkreślać, że nagrywanie rozmów, które stało się prawie narodowym sportem, nie jest najlepszą rozrywką. Z punktu widzenia niniejszych rozważań ciekawa jest drobna, uboczna sprawa. Mianowicie poseł, a obecnie wicepremier Kaczyński, mówiąc do swego interlokutora o działaczu ruchów miejskich Janie Śpiewaku, który przeszkadza mu budować planowane wysokościowce, informował, że jest to syn „żydowskiego profesora” („Śpiewak to jest taki bardzo ostry żydowski profesor. Tak, to jest jego syn”[4]). Wyraził się tak o Pawle Śpiewaku, dyrektorze ŻIH, a zarazem profesorze Uniwersytetu Warszawskiego, obywatelu polskim. W kontekście rozmowy słowo „żydowski” w ogóle nie było potrzebne. Jednak padło.

Z kolei funkcjonująca w społeczeństwie liczba członków „Polonii” wciąż rośnie – nie tylko z powodu nowych fal emigracyjnych. Ludzi sytuujących się na pograniczach narodowościowych całkowicie ex post polonizuje się. Wielu Polaków nie jest dziś świadomych nie tylko tego, co można powiedzieć o Mickiewiczu jako o człowieku z pogranicza kultur, ale tego, że Kościuszko i Piłsudski określali siebie jako Litwinów; że Stanisław Narutowicz, który podpisał akt niepodległości Litwy, był bratem prezydenta RP; że z braci Szeptyckich jeden był szefem Sztabu Generalnego WP w 1919 r. oraz ministrem spraw wojskowych w 1923 r., drugi zaś greckokatolickim biskupem Lwowa[5]. O tym, że Żydzi byli obywatelami polskimi, chętnie przypomina się sobie, gdy mowa o ofiarach wojennych. Mówi się o 6 mln ofiar, nie wspominając, że połowa zginęła jako Żydzi. Z jednej strony brak rozróżnienia może cieszyć o tyle, że najstraszniejsze było, iż życie stracili ludzie, i to mogłoby wystarczyć. Może też cieszyć mówienie łączne o obywatelach RP, bez wytykania komukolwiek czegokolwiek. Może jednak też niepokoić jako ewentualna chęć zacierania zróżnicowania, chęć inkorporacji. Trzeba umieć mówić o wojnie i okupacji, o 6 mln jej ofiar – i nie wspomnieć o Holokauście, jak w Muzeum Ordynariatu Polowego WP (nawet jeśli, co oczywiste, jest to muzeum duszpasterstwa, a nie historyczne muzeum okupacji)[6].

***

W okresie międzywojennym część społeczeństwa faktycznie odmawiała mniejszościom narodowym pełnych praw obywatelskich. Na tym tle rodziło się wiele konfliktów, co dziś chętnie się pomniejsza. Występowały one głównie w związku z mniejszościami żydowską i ukraińską. Sprawa jednych i drugich była wszakże bardzo różna. W stosunku do Ukraińców pojawiała się idea polonizacji, niekiedy z przekonaniem, że prawosławni są zruszczonymi Polakami (analogiczne pomysły nieraz pojawiały się w dziejach najnowszych w różnych krajach w odniesieniu do mniejszości). Dążono do autokefalii Kościoła prawosławnego na ziemiach państwa polskiego, do konwersji ludzi na wiarę rzymskokatolicką. W 1938 r. podniosła się fala niszczenia cerkwi – na ogół przy milczeniu Kościoła katolickiego. Niektóre z ówczesnych konfliktów odbiły się pewnym echem. Po zbezczeszczeniu ołtarza katolickiego zbudowanego w związku ze świętem Korpusu Ochrony Pogranicza w miejscowości Hrynki doprowadzono tam do przymusowych konwersji. Maria Dąbrowska zapisała wtedy: „Biedny Wołyń. Zostaną po nim tylko Hrynki (o których już głośno w Europie) i wojsko w roli polskich Krzyżaków, nawracających postrachem i przekupstwem z prawosławia na katolicyzm. Moralnie – ohyda, politycznie – kliniczna głupota, obłęd, za który Polska ciężko płacić będzie”[7]. Jak wiadomo, podczas wojny to proroctwo się spełniło. Nie jest oczywiście powiedziane, że i bez takich akcji ono by się nie spełniło w ramach „czystki etnicznej”, mającej służyć odrodzeniu Ukrainy. Akcja polonizacyjna nie ograniczała się zresztą do płaszczyzny religijnej i niekoniecznie musiała mieć cechy drastyczne[8]. Pozostaje jednak faktem, że – jak zauważono – w Polsce nie pojawił się nawet odpowiednik brytyjskiego pojęcia „British”, nie mówiąc o „Zjednoczonym Królestwie”. Wielka Brytania i Anglicy też nie byli święci w swym odnoszeniu się do pozostałych narodów państwa[9]. W Polsce jednak realizowano przekonanie, że to ma być państwo polskie i kropka. W terminie „Rzeczpospolita Polska” drugie słowo było bardzo istotne.

W odróżnieniu od Ukraińców na polonizację Żydów nikt się nie nastawiał. Dominowała idea bogobójstwa. Mit brania chrześcijańskiej krwi na macę pojawiał się jeszcze w pogromach po II wojnie światowej. Rozproszenie Żydów zmieniało charakter niechęci w porównaniu do Ukraińców, ale czyniło tę grupę widoczną dla każdego, w tym dla środowisk znaczących w opinii. Kościół był jej niechętny, miłując bliźnich wyraźnie wybiórczo. Atmosfera wokół Żydów była często zła[10]. Pogromy u początków dwudziestolecia stanowiły marny horoskop[11], zamknięcie wojskowych żydowskiego pochodzenia jako rzekomo nielojalnych podczas wojny 1920 r. podobnie. Oczywiście grupie żydowskiej nie odmawiano różnych uprawnień. Prowadziła swoje życie społeczne i religijne, istniały żydowskie partie polityczne, szkolnictwo, wraz z innymi mniejszościami miała swoją reprezentację w sejmie[12]. Niejeden polski Żyd wspiął się wysoko w hierarchii społecznej. Najczęstszy stereotyp Żydów był jednak fatalny, nawet jeśli paradoksalny (postrzegani zarówno jako krwiopijcy, jak jako „żydokomuna”, a często jako niepotrzebna nikomu biedota i „chałaciarze”, których warto się pozbyć z kraju). Niejeden inteligent ze środowiska żydowskiego odczuwał „szklany sufit”. Z lat trzydziestych znane są zjawiska takie, jak numerus clausus na uczelniach, numerus nullus w różnych organizacjach, spór o dostęp do zwłok dla żydowskich studentów medycyny, spór o ubój rytualny, bójki na uczelniach[13]. ZHP, który jako organizacja formująca dzieci i młodzież mógł odgrywać dobrą rolą w zbliżeniu grup, nie tylko nie akceptował form skautowych tworzonych w środowisku żydowskim, ale często nie chciał przyjmować Żydów w swoje szeregi. Oczywiście istniały tu pewne autentyczne przeszkody formalne (chrześcijański charakter organizacji, zaznaczony nawet w podstawowych tekstach i symbolice) – ale chyba to nie było tylko to. Aleksander Kamiński, z czasem uznany za jednego ze Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, był jednym z nielicznych starających się o kontakt ZHP z młodzieżą niechrześcijańską[14]. Znany mi jest wypadek nieprzyjęcia jakiejś harcerki pochodzenia żydowskiego do harcerskiej służby we wrześniu 1939 r. w Warszawie – jako niepewnej. Jerzy Jedlicki na zawsze zapamiętał, jak go usunięto z podziemnego harcerstwa za okupacji[15].

Dystans między grupami miał być zachowany. W jakimś stopniu wynikało to z poglądów. Nieraz nie lubiano właśnie Żydów zasymilowanych; zauważano już przed wojną, że lepiej tolerowani byli Żydzi na Nalewkach niż w „Ziemiańskiej”[16]. Takie stanowisko mogło dotyczyć nie tylko mniejszości żydowskiej. Virgilia Sapieżyna, Amerykanka, która wyszła za mąż za księcia Sapiehę i mieszkała w ich majątku na wschodzie ówczesnej Polski, opowiada w pamiętniku, jak to lokalna elita została zaproszona na spotkanie w sprawach szkolnictwa podstawowego. „Zastępca burmistrza – pisze – wstał i wygłosił mowę o tym, jak polskie dzieci powinny się trzymać razem i odseparować od siebie element ruski i żydowski” (na to zresztą ciekawie zareagował inspektor szkolny: „To bardzo dobrze, że rozmawiamy o kulturze, ale w okolicach Rawy Ruskiej jest tysiąc pięćset dzieci, które nie chodzą do szkoły z powodu braku butów”)[17].

Niezależnie jednak od poglądów ludzi w wymienionych i rozlicznych innych sprawach, istotne było pewne socjologiczne podłoże współżycia grup: na ich styku występowało mnóstwo czynników znanych socjologii jako zwiększające dystans międzygrupowy (tworzenie skupisk, duża odmienność obyczajowa i religijna, wyraźne odróżnianie się rozlicznymi cechami, często zwartość grupy mniejszościowej, nieraz jej niechęć do integracji i tym bardziej asymilacji, zaznaczona odrębność językowa, koncentracja w określonych i to wzbudzających niechęć zawodach – choć nikt nie chciał pamiętać, że na przykład, jeśli Żyd rozpijał chłopów, to czynił to na rzecz dziedzica, od którego dzierżawił karczmę). Można bez końca dyskutować, które z tych cech były przyczyną dystansu między społecznościami, a które skutkiem. W końcu Żydzi zostali zepchnięci ku handlowi i obrotowi pieniężnemu jako „typowym” zajęciom. Tak nie musiało być. Konwertyci z Półwyspu Iberyjskiego („nowi chrześcijanie”) rozwijali plantacje trzciny cukrowej i jej przerób w Nowym Świecie[18]. W Palestynie syjoniści rozwijali kolektywne gospodarstwa rolne. Nawet w Polsce w okresie międzywojennym funkcjonowali też, choć relatywnie nieliczni, Żydzi rolnicy[19].

W kwestii dużej zamkniętości społeczności żydowskiej tworzył się klasyczny zaklęty krąg: im bardziej odczuwała niechęć, tym bardziej się zamykała; im bardziej się zamykała, z tym większą niechęcią na nią patrzano. Na dodatek sprawa miała bardzo odległe korzenie historyczno-religijne, co przesuwa sprawę uświadomionych i podświadomych niechęci wstecz, na równie odległe pokolenia. Podobnie zresztą trudno jest rozdzielić przyczyny i skutki nakładające się na bagaż historyczny w wypadku stosunków polsko-ukraińskich czy polsko-litewskich. Pozostaje faktem, że niezależnie od przyczyny często były to inne światy – w wypadku Żydów nawet gdy wchodziły w grę te same miasta i miasteczka. Juliusz Osterwa jak najbardziej współpracował z ludźmi teatru żydowskiego, a prywatnie, dla siebie samego, pisał z obrzydzeniem o żydowskich dzielnicach Warszawy i o „szwargocie”, także o tym, że obywatele polscy powinni mówić po polsku[20]. Maria Dąbrowska, zajmująca bardzo szlachetne stanowisko w sprawach żydowskich publicznie, w dzienniku i w prywatnej korespondencji dawała wyraz opiniom czasem trudnym do zaakceptowania[21]. Po pobycie w Szczebrzeszynie w 1925 r. zapamiętała i zanotowała ex post: „Były to jakieś żydowskie święta. W mieście panowała cisza, z synagogi rozlegały się na całe miasto ekstatyczne rozdzierające pienia religijne, a prócz tego Żydzi modlili się w różnych mniejszych domach modlitwy. A że było gorąco i okna były pootwierane, więc w jakiejś cichej pustej uliczce zobaczyłyśmy nagle w obszernym wnętrzu cały tłum Żydów, okrytych biało-czarnymi tałesami, rozmodlonych, kiwających się, zawodzących. Doznałam wrażenia, że jestem gdzieś w Arabii. Powiało na mnie obcością tak wielką, że aż przerażającą. Uciekłyśmy co prędzej z tej ponuro egzotycznej uliczki”[22]. Prawdę mówiąc, można Dąbrowską zrozumieć.

Odnotowując drogę powrotną pociągiem z Piotrkowa w 1928 r., diarystka zapisała: „W drodze powrotnej rozbolała mnie bardzo głowa. Jechaliśmy zwyczajnym pociągiem, trzecią klasą, cztery godziny śród Żydów”[23]. To zdanie oczywiście nie brzmi dobrze. Pomyślałem sobie jednak o nim, gdy w 1994 r. jechałem do Bydgoszczy (miejsce akurat tu nie ma znaczenia). Z kolei ja wtedy zapisałem:

Do mojego przedziału wsiedli Rosjanie ze znaczną liczbą najpewniej handlowych bagaży. Rozmieścili je zresztą także na półkach w sąsiednich przedziałach – wyraźnie dokładając starań, by nikomu przypadkiem nie zawadzały. Byli bardzo grzeczni, ustępowali z drogi, gdy ktoś z nas, dwóch Polaków obecnych w przedziale, chciał wyjść na korytarz. Wyraźnie chcieli pokazać, że uznają w nas naród panów, którego to faktu nie kwestionują. Jednocześnie przez cały czas podróży byli niespokojni. Ciągle przepakowywali coś w swoich bagażach, nawet siedząc, zachowywali czujność; takie przynajmniej sprawiali wrażenie.

My zaś, dwóch nieznanych sobie nawzajem Polaków w przedziale, po pierwsze odczuliśmy nagle wspólnotę duchową. My to byliśmy my, ci lepsi. Niewątpliwie odczuwaliśmy też jakieś zagrożenie. Teczkę ustawiłem bardzo blisko siebie. Wychodząc z przedziału, mruknąłem do drugiego Polaka, by zwrócił uwagę na moje palto – a on kiwnął głową wyraźnie porozumiewawczo. Gdy któryś z Rosjan po raz kolejny grzebał w bagażach rozmieszczonych nad naszymi głowami, też wymieniliśmy porozumiewawcze, trochę zniecierpliwione, trochę ironiczne spojrzenia…

I dziwić się tu bodajże Marii Dąbrowskiej, która w swoich dziennikach zanotowała jakiegoś pięknego dnia, że zmęczyła ją jazda pociągiem w tłumie Żydów! Przecież ja zaczynałem mieć uczucia podobne, a nie byłem nawet w tłumie Rosjan…

Tak, wiem, spotkani przeze mnie Rosjanie byli przyjezdnymi, nieustabilizowanymi tu ludźmi, podczas gdy Żydzi byli tutejsi. Dystans nie musi być jednak sprawą geograficzną czy bezpośrednio związaną z migracjami. Bywa wręcz przeciwnie. Przykładem Jedwabne[24] – ale równie dobrze, dajmy na to, sąsiedztwa dzielnic nędzy oraz tzw. lepszych dzielnic w wielkich miastach latynoamerykańskich. Dystans w stosunku do Żydów był tym większy, im bardziej niechętny był do nich stosunek. Zdarzali się ludzie funkcjonujący na pograniczu, ale takich jak – powiedzmy – Julian Tuwim było mało. Akurat on też zresztą nie miał lekko.

Jako historyk zajmowałem się kiedyś pewną przykładowo dobraną rodziną żydowską z międzywojennej Warszawy. Nie było jej źle, młodzi ludzie z tej rodziny studiowali na Politechnice oraz na Uniwersytecie Warszawskim – ale kontaktów innych poza rutynowymi zawodowymi ze środowiskiem pozażydowskim nie mieli[25]. We wspomnieniach pojawiają się dwa parki warszawskie, w których Żydzi byli otwarcie niepożądani. Obecnie ciągle podkreśla się, że Żydzi zostali w Polsce przyjęci i dobrze żyli przez 500 lat, podczas gdy inni ich nie chcieli. Mówi się o „gościnie” (moje pytanie: po ilu setkach lat uznaje się prawo zasiedzenia, a gość staje się swoim?). Te grupy żyły jednak nie tyle razem, ile obok siebie – przynajmniej w okresie międzywojennym[26]. Mieszane małżeństwa (czuły wskaźnik!) zdarzały się jak na lekarstwo[27].

Dystans może powiększyć się dla jakichś przyczyn – jak stało się na przykład w byłej socjalistycznej Jugosławii[28]. Z dawniejszych przykładów warto wspomnieć Turków i Ormian bądź Turków i Greków, którzy mieszkali w dzisiejszej Turcji od czasów wielkiej kolonizacji greckiej, a których nagle wyrzucono (szczęśliwie ich akurat nie wymordowano). Na pograniczach (także pograniczach kulturowych) często miało i ma miejsce mocne akcentowanie kultury, tożsamości, narodowości – co łatwo prowadzi do konfliktów. Właśnie tam często chce się wyznaczyć wyraźną granicę. To nie usprawiedliwia Polski w rozważanych sprawach, ale pozwala realistyczniej je widzieć.

Dymitr Fiłosofow, rosyjski krytyk literacki, żyjący na emigracji w Warszawie w dwudziestoleciu, sformułował obserwację, że Żydzi i Polacy istnieją obok siebie jak masło i woda[29]. Sam pomyślałem o takich sytuacjach, gdy zobaczyłem kiedyś grupę Romów z Rumunii koczujących na dworcu w Krakowie. Między nimi a resztą podróżnych tworzyła się linia graniczna parometrowej szerokości, której nikt nie przekraczał. Pewien znajomy z USA (biały, co w tym kontekście istotne) napisał mi swego czasu, że gdy czyta o położeniu Żydów w Polsce międzywojennej, nasuwa mu się porównanie ze stosunkami białych z Afro-Amerykanami. Nawet gdy są razem, to są osobno. Dziś ta sytuacja nasuwa się na myśl w kontekście stosunku do imigrantów w Europie. No i czy to wtedy w odniesieniu do Żydów, czy dziś w wypadku imigrantów najbardziej by się chciało, ażeby się wynieśli. Często powołuję przykład pewnego, znalezionego w materiale archiwalnym, pytania policji z Brześcia nad Bugiem do władz warszawskich z 1939 r. Policja w Brześciu natrafiła na ślady organizowania nielegalnej emigracji Żydów do Palestyny i pytała, co z tym robić. Odpowiedź z Warszawy była jednoznaczna: nic nie robić (jeżeli chcą wyjechać, to tym lepiej!). Ta sprawa sama w sobie była tyleż drobna, ile charakterystyczna[30]. Kto wie, czy nawet nie bardziej charakterystyczna niż – dajmy na to – popieranie syjonizmu, do popierania terrorystycznej grupy Sterna w Palestynie włącznie (w latach 1938–1939 dostarczanie broni, szkolenie[31]), czy niż rozmowa Becka z Hitlerem w styczniu 1939 r. o wysiedleniu europejskich Żydów do jednego z krajów afrykańskich. Pół roku później ambasador Lipski powiedział Hitlerowi – jasne, Holokaust nie rysował się wtedy jeszcze nawet w perspektywie – iż Polacy wybudują mu pomnik, jeśli potrafi rozwiązać kwestię żydowską[32]. Warto dodać, że władze Rzeczypospolitej marzyły o wyjeździe także innych mniejszości narodowych. Jak we wczesnym okresie odrodzonej Polski myślano – skądinąd mało realistycznie – o emigracji jako narzędziu rozładowywania przeludnienia agrarnego, tak w późniejszym chciano je potraktować jako instrument zwiększania wagi Polaków na niekorzyść przedstawicieli mniejszości w powiatach, w których nie była ona oczywista.

***

Okupacja stała się w pewnym sensie sprawdzianem II Rzeczypospolitej, z którego ta formacja wyszła zresztą dobrze. Nie zakwestionowano instytucji państwa mimo kolejnego rozbioru – choć przecież dopiero tak niedawno odrodziło się. Rząd londyński i jego agendy w kraju były bardzo szeroko uznawane. Czy natomiast kategoria obywatelstwa przeważyła kategorię przynależności do narodu? Z pewnością nie. Takiej zmianie nie pomógł oczywisty fakt, że wojna toczyła się między narodami. Jej brak potwierdził się w odniesieniu do mniejszości narodowych. Zważywszy na specyficzne położenie mniejszości na Wschodzie z jednej strony, a mniejszości niemieckiej z drugiej, sprawdzianem stał się stosunek do mniejszości żydowskiej – zwłaszcza że jej położenie było inaczej szczególne. Czy sprawdziło się, że Żydzi byli traktowani jako obywatele (Piłsudski), czy opinia Dmowskiego, że to ludzie spoza narodu? Przedwojenny dystans obu społeczności najczęściej przesądzał wybór. Jedna z ocalałych, ukrywających się poza gettem, w swoich wspomnieniach opowiada, jak to, jadąc pociągiem, stała się świadkiem złapania innej Żydówki (akurat jeszcze nie jej). Zrobił na niej wrażenie fakt, że inni pasażerowie nie tylko nie jęknęli, ale komentowali wydarzenie inaczej, niż gdyby asystowali zabraniu kogoś z Polaków. Prawdę mówiąc, komentowali wręcz okropnie („Wśród tych wypowiedzi nie usłyszałam ani jednego głosu współczucia dla młodej, ładnej kobiety, która w ich obecności została skazana na śmierć”[33]). Ponieważ dystans i skorelowany z nim negatywny stereotyp Żyda przeszkadzały w uzyskaniu pomocy, dystans tym bardziej się zwiększał[34]. Warto też pamiętać, że jest złudzeniem, jakoby ludzie w „naturalny sposób” łączyli się z cierpiącymi. Jedni łączą się, a drudzy myślą: „jak dobrze, że to nie my”. Jeszcze inni mogą myśleć: „mają za swoje”, czy nawet: „niech ich diabli wezmą”. Bywają ludzie „po prostu” źli i głupi bądź źli, bowiem głupi. Mógł też działać mechanizm przeniesienia agresji. Niemców nie dawało się łatwo uderzyć; Żydów – tak.

Długo, pewno zawsze będą się toczyły dyskusje, ilu Żydów zostało uratowanych dzięki chrześcijańskiej pomocy, a ilu zostawionych samym sobie bądź zamordowanych przez polskich chrześcijan. Jasne, że ocalali mogli uzyskać swoją szansę tylko dzięki pomocy. Nawet w negatywnych w rozważanej kwestii wspomnieniach ocalałych najczęściej pojawia się ktoś, kto choćby okazjonalnie podał rękę w potrzebie. Bez pomocy nie przetrwałby po prostu nikt. Zaniechanie jej okazania najczęściej było jednak wyrokiem. Szacunki tych, którzy nie tylko zaniechali jej okazania, ale sami mordowali bądź świadomie wydawali Żydów w ręce Niemców, fatalnie rosną w świetle kolejnych badań[35]. Niestety było ich znacznie więcej, niż sądzono dotychczas. Nie byli wyjątkami, nie był to margines, a bohaterstwo mogło sytuować się blisko łajdactwa.

Prawda, że taki obraz nie musi wynikać ze stosunków chrześcijańsko-żydowskich. W końcu w ZSRR katami i nadzorcami obozów byli chłopcy pochodzący często z tego samego narodu co więźniowie, w końcu w Argentynie zrzucali żywych ludzi z samolotów do morza inni Argentyńczycy… ale bliżej nas złe zachowania ułatwiała, może nawet dyktowała granica społeczności. Z punktu widzenia rozpatrywanego zagadnienia równie ważne są jednak zachowania mniej drastyczne. Dyskusja sprawy jest trudna, jak zachowania były różne. Pamiętnikarze odnotowali sytuacje wręcz zaskakujące, gdy na przykład ktoś Żydów nie znosił, a w konkretnej sytuacji pomagał[36]. W szerokiej skali Żydzi nie byli jednak traktowani jako współobywatele. Jak pisała osoba, która najpierw pracowała w szpitalu w getcie warszawskim, a następnie była łączniczką ŻOB:

Nigdy nie odpłacimy największą nawet miłością i szacunkiem Marysi Sawickiej, która ukrywała w mieszkaniu dwóch ocalonych członków sztabu ŻOB.

Została naszym najbliższym przyjacielem. Nie zapomnimy jej nieżyjącej już siostry Anny Wąchalskiej. Nie zapomnimy nieżyjącego adwokata Henryka Wolińskiego, „Wacława”, przedstawiciela Delegatury Rządu, kierownika Referatu Żydowskiego, i nie odpłacimy już wdzięcznością za jego troskę i wielką przyjaźń, ani profesor Prokopowicz-Wierzbowskiej – za pomoc w ratowaniu dzieci, profesorowi Kacprzakowi – za ratowanie naukowców, i wielu, wielu innym.

Wielu ich było. Wielu zginęło i chyba każdy uratowany ma kogoś, kogo wspomina z szacunkiem i miłością.

Ale ulica miała twarz okrutną. Obcą. Obojętną, a nierzadko złośliwie uśmiechniętą[37].

Zjawisko nietraktowania Żydów po prostu jako swoich wystąpiło podczas okupacji powszechnie. Potwierdza je zarówno raport Karskiego, jak dokumenty AK, w których pojawia się wątek, że ludność nie sprzyja pomocy Żydom, że nawet w samej AK, stanowiącej przecież wytwór tejże ludności, pomoc dla Żydów nie jest popularna[38]. Ryzyko i techniczne trudności ukrywania Żydów wszystkiego nie tłumaczą. Wiele osób podejmowało ryzyko związane z konspiracją. Irena Sendlerowa, a więc osoba, która wiedziała, o czym mówi, jest autorką znanego zdania: „Pewne jest, że w okupowanej Warszawie dużo łatwiej było znaleźć miejsce w salonie, gdzie by pod dywanem został ukryty duży czołg, niżby się znalazło miejsce dla jednego małego dziecka żydowskiego”[39]. Pomińmy przenośne sformułowanie tego zdania oraz nawet pewną jego demagogię. „Czołg”, jak wiadomo, nie chce jeść i nie płacze (choć ukrywane dzieci błyskawicznie uczyły się potrzebnych zachowań).

Prawda, że z opisywanej próby nie wyszły dobrze nawet kraje, gdzie mocniej myślano kategoriami obywatelstwa, zaś społeczne oddalenie obywateli Żydów było mniejsze. Francja oddała Niemcom swoich obywateli Żydów, a USA internowały Nippo-Amerykanów, też własnych obywateli. Nawet tam okazało się, że „etniczność”, niezależnie od tego, co znaczy, jest ważniejsza, natomiast obywatelstwo de facto warunkowe.

***

Przemiana związana z końcem wojny umocniła w Polsce myślenie w kategoriach narodowych, a nie obywatelskich. Nowy ustrój przez cały okres swego istnienia akcentował wątek narodowy, nieraz wręcz szowinistyczny[40]. Niektórzy jego przedstawiciele postępowali tak z odczucia taktycznej potrzeby, inni z przekonania, jeszcze inni sądzili, że opowiadając się za nowym ustrojem, realizują swój patriotyzm, jeszcze inni w dążeniu do pozbycia się opinii „władzy żydowskiej” i etykietki „żydokomuny”. Czasem to wszystko mogło być przemieszane; przecież człowiek, a więc też komunista, nie jest automatem. Nowy ustrój sprzyjał emigracji Żydów – bowiem faktycznie jej chciał. W praktycznym wymiarze nieraz zalecał zmianę nazwiska swoim ludziom pochodzenia żydowskiego, ukrywał je w wypadku postaci historycznych, do których nawiązywał. Sama władza komunistyczna instrumentalnie posługiwała się antysemityzmem w potrzebie, a wraz z przemianą pokoleniową w aparacie partyjnym usiłowała zrzucić odpowiedzialność za wszelkie zło na Żydów z tegoż aparatu.

Dla umacniania myślenia narodowego ważniejszy był jednak mechanizm wprowadzania i realizacji nowego ustroju. Został on, jak wiadomo, wniesiony z Rosji (!). Rosja jako ZSRR była jego gwarantem i pomocnikiem. Mimo partycypacji społecznej znacznie większej, niż dziś chce się to przyznać, nigdy nie był legitymizowany w demokratyczny sposób przez społeczeństwo, a z punktu widzenia liczącej się części tegoż społeczeństwa w większym stopniu uzyskiwał partycypację niż legitymację. W takiej sytuacji myślenie w kategoriach narodowych było więc zapewne najbardziej stabilną kotwicą dla znaczącej części narodu. Uznawanie Żydów za obcych wynikało nie tylko z zadawnionych przekonań i nie tylko z widzenia pewnej liczby członków nowego establishmentu pochodzenia żydowskiego, ale występowało przynajmniej także dlatego, że system dzięki temu mógł być uznawany za tym bardziej obcy – nie mówiąc już o tym, że dla wielu zawsze wygodnie jest powiedzieć, że „co złe, to nie my”. Wrażenia Mordechaja Canina, żydowskiego dziennikarza z Palestyny, który przemierzał całą Polskę zaraz po wojnie, były straszne – gdy słyszał negatywne wspomnienia o Żydach i widział ówczesny stosunek do ofiar i ocalałych. Widział ludzi zachwyconych z zajęcia miejsca Żydów w sklepach i domach; przywłaszczających sobie ubrania, majątek, wyposażenie mieszkań. Widział niszczenie obiektów i przedmiotów kultu. Obserwował, że ocalałych nie chciano. Słyszał fatalnie brzmiące rozmowy o Żydach i opinie o władzy jako żydowskiej[41]. Czytelnik tego świadectwa odnosi wrażenie, że wśród ludzi działał mechanizm przeniesienia agresji skumulowanej przeciw Niemcom, także trudnej bądź wręcz niemożliwej do wyładowania agresji przeciw Sowietom, komunistom itd., może nawet kompensacji dziejowych klęsk, kosztem nielicznych ocalałych Żydów – nie mówiąc o uzyskiwanej kompensacji bardziej materialnej. Mówiąc o jakiejś ówczesnej zbrodni przeciw Żydom, Canin sugeruje poczucie winy sprawców jako motyw („Żydowskie twarze zanadto przypominały im o zbrodni, w której kiedyś wzięli udział razem z niemieckimi bandziorami i ukraińskimi bestiami. Dlatego nie są w stanie znieść widoku żydowskiej twarzy. Jak wszyscy przestępcy, nie znoszą tego, co przypomina im o ich zbrodni”[42]). Mogło i tak być[43].

Prawda, Canin był zainteresowany rozważaną tematyką i wyczulony na akcent antysemicki. Uogólniał, oskarżał praktycznie wszystkich Polaków. Nawet w małych ośrodkach większość mogła nie być przeciw – ale mniejszość mogła być silniejsza. Kraj nie był wówczas oazą spokoju, ani trochę[44], co rzutowało na krąg spraw, w którym Canin się obracał. Jednocześnie on tego wszystkiego przecież nie wymyślił. Prawda, w 1948 r. odsłonięto pomnik Bohaterów Getta – i to w sytuacji gdy pomnika Powstania Warszawskiego przecież nie było (i nie było go do 1989 r.!). Pomnik Getta zbudowano wszakże w Warszawie. Sytuacja Żydów we wszystkich dużych miastach była zresztą wtedy lepsza niż w małych ośrodkach[45]. Lokalna pamięć o Żydach, przynajmniej ta manifestująca się w widocznych przejawach, szybko zanikała – czasem zgodnie z intencjami pozostałych lub nowych mieszkańców, czasem przez zaniechanie jej kultywowania.

***

Problem żydowski zachował zdumiewającą rolę – zwłaszcza w obliczu radykalnego zmniejszenia liczby Żydów. Jest zdumiewające, jak ten sam obraz – Żydów, którzy nie są zwykłymi współobywatelami, którzy dziś są tu, jutro tam… – pojawia się zarówno we wspomnieniach Romana Fristera, człowieka w swoim czasie jak najbardziej tutejszego, w ustach księdza katolickiego w odniesieniu do wczesnego okresu Polski Ludowej, jak po latach w książce człowieka PZPR[46]. Ta druga książka, wydana wkrótce po Marcu, nosiła tytuł Głupia sprawa. Legenda głosi, że Janusz Zarzycki, który w PZPR/PRL pełnił różne funkcje, ale był przeciwny autorom Marca, gdy otrzymał tę książkę jako dar autorski, zebrał posiadane książki tegoż autora i odesłał mu ze słowami: „Zdarzyła się głupia sprawa: nie mam już miejsca na półce na twoje książki”.

Częsta jest pamięć o „witaniu” przez Żydów Armii Czerwonej na wschodnich granicach w 1939 r. – przy wyolbrzymianiu zjawiska, niebraniu pod uwagę specyficznej sytuacji tej mniejszości. Często z Żydami wiąże się zbrodnie UB. Nie negując żydowskiego pochodzenia najbardziej prominentnych postaci tej formacji, byłoby lepiej nie wiązać ich działań z etnicznością. Nie byłoby też źle także dostrzegać, że jej skład nie sprowadzał się do Żydów. W okresie pogromu kieleckiego w tamtejszym aparacie władzy, z miejscową milicją oraz UB włącznie, Żydzi stanowili małą część ludzi urzędników i funkcjonariuszy, podczas gdy wśród pozostałych było wielu szacownych mieszkańców miasta[47]. Podobnie, gdy wytyka się sprawstwo sądowych morderstw powojennych i stalinowskich, lepiej pamięta się sędziów pochodzenia żydowskiego niż pozostałych. Jest to rozumowanie przypominające myślenie niektórych Rosjan, wiążące ich nieszczęścia z „obcymi” (Stalin – Gruzin, Dzierżyński – Polak, Beria – Gruzin, Mikojan – Ormianin…). Nie byłoby źle też pamiętać, że komunizm chiński nie był szczególnie miły, a tam chyba Żydów nie było we władzach, nieprawdaż?

Inne mniejszości relatywnie szybko po wojnie – po zmianie granic, eksmisji Niemców oraz po akcji „Wisła” – prawie przestały być obecne w Polsce nie tylko fizycznie, ale na długo mentalnie. W okresie stalinowskim establishment aktywnie przeciwstawiał się zresztą kultywowaniu specyfiki kulturowej przez wszystkie, skądinąd już niewielkie liczbowo, mniejszości narodowe. Potem lepiej ją tolerował, ale przecież PRL uosobiła Dmowskiego ideał państwa narodu polskiego, a potem go podtrzymywała. Wielkie migracje, zarówno te powojenne, jak późniejsze, wywołane inwestycjami, sprzyjały homogenizacji społeczności jako stosunkowo jednolitego narodu. Podobnie działały mechanizmy socjalistycznej glajchszaltacji. Dopiero po 1989 r. mniejszości ponownie zaistniały, wróciło też myślenie o nich.

***

Z punktu widzenia problematyki narodowej bunt „Solidarności” był dwoisty. Z jednej strony jego dominującą ideą była budowa społeczeństwa obywatelskiego, a horyzont w jakichś momentach zdecydowanie obejmował przestrzeń ponadpolską. Z drugiej strony był to ruch bardzo mocno sytuujący się w polskiej tradycji niepodległościowej, nawiązujący do niej i akcentujący wątek narodu. Oba nurty występowały w symbiozie. Chciano nadrobienia zacofania, orientowania się ku Zachodowi, jednocześnie zaś podkreślano to, co własne. Akcentowanie katolicyzmu niosło jedno i drugie: wizję Polski związanej z Rzymem (no przecież nie z Bizancjum, nie mówiąc o Moskwie jako „trzecim Rzymie”!), a jednocześnie Polskę postrzeganą jako całkowicie katolicką. Otóż koncepcja, że Polak jest katolikiem, uwypukla to, co własne. W poparciu Jana Pawła II dla „Solidarności” i transformacji też tkwiła pewna dwoistość: papież popierał działanie w kierunku przyłączenia się Polski do UE („powrotu” do Europy), a jednocześnie popierał akcentowanie swoich, narodowych wartości. Wręcz widział istotną rolę Polski w rechrystianizacji Zachodu – co sprzyjało temu drugiemu. Bezpośrednio po transformacji akcent szerszego otwarcia był bardzo mocny. Na dzień dzisiejszy zwyciężył ten drugi – przynajmniej w dających się słyszeć hasłach.

Stefan Chwin o „micie jedności sierpniowej”: Byłem pod bramą stoczni i pamiętam dokładnie podziały, które już w pierwszych dniach negocjacji się zarysowały. Jak się tam ścierał np. ten nurt narodowo-konserwatywny z nurtem lewicowo-świecko-korowskim. I słyszałem też gwałtowne wypowiedzi antysemickie przeciwko ludziom, którzy doradzali „Solidarności”. Jak ktoś mi zaczyna bredzić o jedności sierpniowej, to ja widzę kolejnego, który zachorował na chorobę wspólnoty. Ten mit nie ma wiele wspólnego z tym, jak było[48].

Komunizm jako przeciwnik zjednoczył bardzo wielu ludzi różniących się między sobą. Był to jego osobliwy sukces, mało komu by się to udało. Oczywiście nie było tak, jak nam się zdawało, że „wszyscy” byli razem. Już chociażby sam aparat partii/państwa był wystarczająco liczny, by zaprzeczyć takiej opinii. Z tego też można było jednak wybrnąć w kierunku idei narodowej – sytuując przeciwników poza narodem, nieraz wręcz jako zdrajców. To już zostało przećwiczone w bardzo wielu rewolucjach, poczynając od francuskiej. Gdy komunizmu zabrakło, szybko okazało się jednak, jak jego przeciwnicy byli zróżnicowani. Sukces wyborczy Stanisława Tymińskiego w 1990 r. (w pierwszej turze 23% głosów, czyli więcej niż Tadeusz Mazowiecki) pokazał, jak to wszystko było słabo zdefiniowane. Przy całej okazywanej w ruchu lat osiemdziesiątych sympatii do Zachodu i niechęci do Wschodu referendum europejskie w 2003 r. nie poświadczało entuzjazmu dla wejścia do UE. Pozytywnie głosowało wprawdzie 77,45% głosujących, ale udział wzięło tylko 58,85% uprawnionych. Otóż podstawowym problemem tego referendum było to, czy zostanie ono uznane za ważne. Stąd wstrzymanie się od udziału trzeba w znaczącym stopniu traktować jako realny sprzeciw wobec wejścia[49]. Można sądzić, że gdyby nie wsparcie Jana Pawła II dla głosowania za UE, referendum zostałoby przegrane. Prawda, że w różnych krajach analogiczne referenda wykazywały co najmniej brak powszechnego entuzjazmu.

***

Dziś różne badania wskazują, że Polacy są silnie proeuropejscy. Jednocześnie obserwuje się wszakże mocny nurt akcentowania tego, co własne, suwerenności, podbijania niechęci do innych, potwierdzania własnej wspaniałości, bohaterstwa, wyjątkowości własnej historii, podnoszenia parokrotnej obrony Europy przez Polaków, zapewniania o prawie bezgrzeszności narodu. Ciągle mówi się o bohaterskiej Polsce i bohaterskich Polakach. „Bohaterstwo – czytamy – musi zostać mocno podkreślone, bo jesteśmy narodem bohaterskim. Naszej historii nie musimy się wstydzić. Mogą się natomiast wstydzić swojej historii Niemcy i Rosjanie. Oczywiście nie będziemy przemilczać ciemnych kart naszej wojennej przeszłości (np. problemu szmalcowników). Trzeba jednak znać proporcje”[50].

W historii każdego narodu można i należy wskazywać bohaterów, notabene w historii Rosji i Niemiec też. W szczególności trzeba jak najbardziej honorować Sprawiedliwych – i to zarówno moralnie, jak przez przyznanie wszystkich możliwych ułatwień życiowych tym spośród nich, którzy szczęśliwie są wciąż z nami. Trzeba pamiętać o tych księżach oraz zakonnicach i zakonnikach, którzy pomagali, a zwłaszcza przechowali żydowskie dzieci. Nie ma jednak sensu stać jako naród przed lustrem i powtarzać, „jaki jestem piękny”. W dyskusjach historycznych padło już określenie „historia narcystyczna” – w kontekście niepokoju „jaki jestem?” w oczach innych[51]. Otóż inni rzadko podzielają częstą opinię Polaków o sobie. Prawda, prezydent Donald Trump i wiceprezydent Mike Pence pogłaskali ostatnio miłość własną Polaków, ale ich ambasada dobrze wie, co sprawi przyjemność audytorium. Nadto, jeżeli przez bohaterstwo rozumieć waleczność, to podobno Albańczycy lub górale z Kaukazu wyprzedzają Polaków. Wiele narodów uważa siebie za bohaterskie, a pewno wszystkie mają w swojej historii karty piękne i niepiękne. Każdy naród reprezentuje osiągnięcia i klęski, pozytywny i negatywny wkład do ogólnoludzkiej składnicy doświadczeń.

Myśląc poważnie, warto pamiętać o negatywnych polskich zachowaniach w relacjach z Ukraińcami, a nie mówić tylko o ich postawie, nieraz zresztą prawdziwie złej. Nie ma co się dziwić obawom Litwy przed Polską po 1989 r. Gdy mówi się, że w Polsce nie było kolaboracji, trzeba dodać, że Niemcy jej nie szukali. Chcę wierzyć, że nawet gdyby jej pożądali, nie byłoby jej – ale nie ma sensu podawać prawdy niepełnej. Nadto, choć nie było kolaboracji na szczeblu państwa, to wypada pamiętać, jak wpadli kolejni dowódcy AK. Drobnej kolaboracji było więcej, niż dziś się przyznaje. Mówienie, jak premier w Markowej, w Muzeum im. Rodziny Ulmów, gdzie sprowadził dziennikarzy zagranicznych (luty 2018), że gdyby Polska chciała pójść z Niemcami, to ZSRR by padł – ale powinniśmy być dumni, że nie chciała – jest wątpliwe. Nie jestem pewien, czy Niemcy by chcieli stowarzyszenia się z Polską, w konkretnej sytuacji niezbyt pozostawili zresztą możliwość po temu. Nawet Ukraińcom, wbrew swoim doradcom, Hitler praktycznie nie poszedł na rękę. Nie jestem też pewien, czy ZSRR by padł, nawet gdyby padła Moskwa. Chyba nie padłby.

Przypominania własnych zachowań negatywnych bardzo się w Polsce nie lubi. Gdy w TVP ktoś nazwał bijatykę wywołaną przez przeciwników „Parady Równości” w 2019 r. w Białymstoku „pogromem”, ktoś inny wspomniał pogrom kielecki. Było to oczywiście porównanie grubo przesadzone – ale z perspektywy rozpatrywanego tematu ciekawsze jest, że natychmiast trzecia osoba „poprawiła” przedmówcę: „prowokacja w Kielcach”. Zbyteczne przypominać jak to minister edukacji Anna Zalewska miała trudności z uzmysłowieniem sobie, kto mordował w Jedwabnem. Były już głosy kwestionujące poprawność stosowania słowa „pogrom” do wydarzeń nawet tak odległych, jak te w Przytyku (1936). Zjawisko nie jest nowe. Po pogromie we Lwowie w 1918 r. też nie chciano używać tego słowa[52].

Niechęć do własnych zachowań negatywnych jest oczywiście szersza niż problematyka stosunków chrześcijańsko-żydowskich. Bardzo nie lubi się już nie tylko faktów nagannych, ale choćby z grubsza neutralnych. Rzadko poświęca się uwagę temu, że pod zaborami czy za niesamodzielnej i z różnych powodów złej PRL ogromna część ludzi po prostu żyła, funkcjonując w narzuconych jej ramach. Za Gierka do PZPR należało ponad 3 mln Polaków – prawda, że, jak można suponować, rzadko z motywów ideowych, ale też niekoniecznie jako Wallenrodzi. Codzienna historia nie sprowadzała się do cierpienia i walki. Nie da się jej opisać jedynie w kategoriach heroizmu i martyrologii.

W trakcie obchodów 50. rocznicy Marca premier Morawiecki utrzymywał linię „co złe, to nie my” (za Marzec odpowiedzialny był powiązany z Rosją komunizm, a nie Polacy – jak gdyby komuniści nie byli Polakami; jak gdyby wszyscy „marcowcy” poza aparatem władzy zajmowali postawę jedynie pod przymusem, wbrew sobie; jak gdyby nie ujawniła się wtedy fala widać istniejąca, choć prawda, że skatalizowana przez ówczesny establishment partyjno/państwowy).

Andrzej Seweryn: Daleki jestem od poparcia poglądu premiera Morawieckiego, który twierdził, że w 1968 roku nie było Polski, a więc Polacy nie odpowiadają za ówczesną antysemicką nagonkę. To bardzo niemądre słowa. Powiem więcej – pan premier nawołuje dzisiaj do powstrzymania się przed słowami nienawiści wobec Żydów, a nawet przed antysemickimi żartami, bo to źle służy krajowi. Sam słyszałem! Nie starajmy się hamować fali antysemityzmu, bo takie zachowania są podłe i niegodne człowieka; hamujmy te wypowiedzi, bo szkodzą tylko wizerunkowi Polski. Bój się Boga, człowieku! Masz nieustannie Matkę Boską – notabene Żydówkę – na ustach, a takie rzeczy wygadujesz bez mrugnięcia powieką? Nie wydaje ci się, że chodzi po prostu o to, aby nie nienawidzić bliźniego?![53]

Wylansowano hasło „wstawania z kolan”. Rzucono hasło „Warto być Polakiem” (a kto mówi, że nie warto?). Emitowano znaczek pocztowy, stylizowany na flagę narodową – co samo w sobie nie byłoby niczym nadzwyczajnym. W obrazek wkomponowano jednak napis „Polska moja Ojczyzna” – jak gdyby to wymagało podkreślenia, jak gdyby suponowano, że ktoś z zainteresowanych w to wątpi. Nawet w relatywnie drobnych – a więc czasem tym bardziej charakterystycznych – wypowiedziach przyjęło się akcentowanie dumy narodowej, zupełnie jak gdyby zaistniała po temu szczególna potrzeba, swego czasu związana na przykład z zaborami. 3 marca 2018 r. w TVN pojawiła się informacja bez większego znaczenia, że Narodowe Archiwum Cyfrowe przygotowuje wystawę ciekawych fotografii z dwudziestolecia – w związku z obchodami stulecia niepodległości. Pani z NAC, która o tym opowiadała, mówiła, że fotografie mają pokazać „potęgę II Rzeczypospolitej”. Moje pytanie: czy naprawdę była potężna? 2 sierpnia 2018 r. w Stalowej Woli przypadkowo upadł maszt z polską flagą, którą podciągnął w święto Flagi premier Morawiecki. Burmistrz miasta Lucjusz Nadbereżny powiedział w telewizji, że natychmiast pobiegł, by uratować polską flagę, że maszt odbudują i „biało-czerwona będzie dumnie powiewać…”. Chęć odbudowy masztu jest naturalna. Podkreślenie, że flaga będzie „dumnie” powiewać, zdaje mi się natomiast zdradzać trudną do zrozumienia potrzebę podkreślania dumy. Byłaby ona naturalna, gdyby ktoś bezpośrednio zagrażał narodowi, którego symbolem jest owa flaga. Skoro tak nie jest – a chyba nie jest – to pozostaje nietłumaczące się, przesadne podkreślanie dumy. Analityczne podejście do dziejów nazwano krytycznie „pedagogiką wstydu”. W wybuchłym w sierpniu 2018 r. sporze na temat tego, czy apel pamięci podczas zbliżających się wówczas dorocznych obchodów na Westerplatte mają czytać harcerze, czy wojskowi, minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak zarzucił prezydentowi Gdańska Pawłowi Adamowiczowi, którego dziś niestety już nie ma wśród nas, że „wpisuje się w retorykę tych, którzy na Polskę napadli”[54]. Obecnej prezydentce Gdańska Aleksandrze Dulkiewicz część opinii zarzuca sympatie proniemieckie. Gdy dziennik „Fakt” (co w tej sprawie istotne: wydawca Axel Springer) podniósł krytycznie sprawę planowanych kosztów remontu zabytkowej siedziby Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wicepremier i minister Piotr Gliński określił czasopismo jako niemiecką gazetę, na Twitterze zamieścił zaś fotografię budynku zniszczonego po wojnie – rzecz jasna przez Niemców (sprawa z lutego 2020 r.). Analogiczny schemat rozumowania można dostrzec na znacznie niższych szczeblach. Gdy na przykład atakowana pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf występowała na konferencji w Karlsruhe (lipiec 2018), jedna z niemieckich prawniczek powiedziała, że jej środowisko z troską śledzi to, co się dzieje w polityce w Polsce, w tym co się dzieje wokół sądownictwa. Ktoś komentujący ten epizod w telewizji natychmiast „zgrzytnął”, że Niemcy już raz wyrazili swoją troskę o nas – karabinami i komorami gazowymi. Wypowiadała się w ten sposób osoba z trzeciego pokolenia zrodzonego po inkryminowanych faktach, kierując swe słowa do osoby najpewniej też z trzeciego pokolenia Niemców. Uparcie powtarza się, że używanie w Niemczech w kontekście zbrodni niemieckich słowa „naziści” zamiast „Niemcy” ma służyć wybielaniu tych ostatnich, co ułatwia obciążanie również Polaków. W 74. rocznicę wyzwolenia Auschwitz premier Morawiecki stwierdził, że Zagłady nie dokonali żadni naziści, tylko hitlerowskie Niemcy[55]. W 2017 r. podniesiono, że napis o zabójstwie Polaków przez hitlerowców, pomieszczany na tablicach w miejscach rozstrzeliwań, należy zastąpić informacją o Niemcach jako sprawcach, a co najmniej dodać informację o narodowości zbrodniarzy. Nową tablicę w Al. Jerozolimskich w październiku 2018 r. odsłaniał wicepremier i minister KiDN Piotr Gliński. W podobnym kierunku szło kuriozalne wprowadzenie przez IPN słowa „Niemcy” do znanych słów Zofii Nałkowskiej „Ludzie ludziom zgotowali ten los” („Ludzie /Niemcy/ zgotowali ludziom ten los”) w filmie emitowanym w 2019 r., w przeddzień powstania w getcie warszawskim. Słowo „Niemcy” wpisano na czerwono.

Komentując to wszystko, nie warto już przypominać, że faszyzm nie ograniczał się do Niemiec, lecz był zjawiskiem znacznie szerszym. Zbrodnie wojenne też popełnili nie tylko Niemcy, a sprzyjać im choćby dostawami materiałów mogły nawet kraje neutralne, i mogli popierać ich politycy, w Polsce cenieni przez niektóre kręgi opinii. Tak się zachowywał na przykład Salazar, który (jako neutralny!) jeszcze po samobójstwie Hitlera wysłał Niemcom telegram kondolencyjny.

Zupełnie nie chce się w Polsce wczuć w myślenie Rosjan. Prawda, że ich władze tego nie ułatwiają. Putin bezzasadnie oskarża Polskę o przyczynienie się do wybuchu II wojny światowej, a więc trudno nie reagować. Niezależnie od stanu stosunków w Moskwą, niezależnie od wszystkich pretensji, jakie można wysunąć pod jej adresem, niedostrzeżenie skłonienia się Putina w Katyniu, całkowite pominięcie udziału Rosji w zwycięstwie nad Hitlerem podczas obchodów rocznicy wybuchu wojny w 2019 r., niezaproszenie Putina na rocznicę wyzwolenia Auschwitz, sugerowanie, że katastrofę smoleńską wywołali Rosjanie (no bo niby kto inny, jeśli utrzymywać, że to był zamach?)… jest realizacją polityki przez kraj, który zdaje się postrzegać się sam jako broniący się, szlachetny wojownik. Trudniej jest nawet podjąć polemikę z tezami Putina na temat rzekomych win Polski w wybuchu II wojny światowej, gdy się „zapomina”, że ostatecznie to Armia Czerwona zdobyła Berlin (oraz wyzwoliła Auschwitz) – niezależnie od rosyjskiej polityki w latach 1939–1941 oraz od zbrodni stalinowskich popełnionych wobec własnego oraz innych narodów[56]. Nie wykluczałbym, że takie nastawienie Polski do historii najnowszej może być dla Putina wręcz wygodne w głębszej warstwie jego polityki. Z tej całej „polityki historycznej” przynajmniej w tym fragmencie wyszło tyle, że najważniejsze obchody 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz odbyły się w Jerozolimie (22–23 stycznia 2020) bez obecności prezydenta Dudy, za to w obecności prezydenta Putina[57].

***

Podnosi się, że Polska parę razy uratowała Europę (kilka innych narodów też aspiruje do tej zasługi). Mówi się, że pokonała komunizm (co jest dyskusyjne; warto pamiętać o Gorbaczowie oraz o implozji tego systemu). W jakimś wymiarze wraca idea „przedmurza”, także przewodnictwa przynajmniej w regionie. Po latach premier Morawiecki wręcz powiedział, że Polska ma „rechrystianizować Europę”. Pytanie, czy nadawcy takich i podobnych zdań rzeczywiście tak sądzą, czy stosują socjotechnikę. Jedno nie wyklucza zresztą drugiego.

Podniesiono już nawet okoliczność, że jakoby to Polacy nauczyli Francuzów używać widelca. Sekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej Bartosz Kownacki, komentując fakt, że polska delegacja straciła status oficjalnej na targach Euronaval w Paryżu (2016, po zerwaniu kontraktu na nabycie śmigłowców), deklarował: „To strona francuska zapraszała nas oficjalnie, teraz wypraszają. Można było znaleźć inną formę. Ale to są ludzie, którzy uczyli się jeść od nas widelcem parę wieków temu”[58]). Zapewne nie wiedział (ale to tylko domniemanie!), że w latach dziewięćdziesiątych XIX w. widelec stał się ważnym elementem serbskiej narracji tożsamościowej. Widelec jest mianowicie widoczny na freskach monastyru Sopoćani, co jakoby dowodziło wyższości serbskiej kultury nad Zachodem[59].

Ciągle odmienia się słowo „naród”, a zarzuca innym tendencjom, jakoby go nie lubiły (prawda, że można zacząć preferować słowo „społeczeństwo”, gdy termin „naród” skojarzy się tylko z jedną opcją polityczną oraz intelektualną!). Przymiotnik „narodowy” dodawany jest do możliwie jak największej liczby nazw instytucji, programów itd. Można oczywiście zauważyć, że jest on obecny w nazwach instytucji w różnych krajach, ale w polskim języku i tradycji jest on bardziej znaczący niż na Zachodzie (tam ma raczej sens: „obejmujący cały kraj”). Partyzantów, którzy kontynuowali walkę przeciw komunistom w początku okresu powojennego, nazwanych ze znakomitym wyczuciem psychologicznym „żołnierzami wyklętymi”, traktuje się jako patronów współczesnej Polski, organizuje ich kult (tworzy się muzeum, ustanawia „Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych”). Nie miejsce tu na dyskusję o nich oraz o tych, którzy wybrali inną drogę odbudowy Polski[60]. Z punktu widzenia niniejszego wywodu istotne jest, że ci ludzie są dobrym przykładem dla krzewienia wizji Polski nieugiętej, nieidącej na żadne układy (nawiasem: Polski monoetnicznej!) i, tym samym, wygodnym punktem odniesienia dla nurtu politycznego promującego dumę narodową i legitymizującego się m.in. argumentem przywracania narodowi należnej mu dumy z historii. W ramach rozważanego podejścia logicznie trzeba potępiać rokowania okrągłego stołu i pomniejszać znaczenie wyborów 4 czerwca 1989 r. Także przedstawianie obecnej sytuacji jako takiej, w której Polska wciąż dzieli się na „potomków zdrajców i potomków bohaterów” („Walczy więc trzecie pokolenie patriotów z trzecim pokoleniem UB”[61]). Różnica jest jednak taka, że ci powojenni partyzanci rzeczywiście byli atakowani – podczas gdy obecny establishment państwowy jeszcze nie musi iść do lasu.

Z działań w takim kierunku można wspomnieć zmiany przeprowadzone w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku – po sformułowaniu zarzutu, że nie pokazuje wielkości cierpień i skali bohaterstwa narodu polskiego. 8 maja 2018 r. premier mówił w sejmie, że zmiana ekspozycji w tym muzeum była konieczna, bowiem cierpienia ludności niemieckiej wybijały się na pierwszy plan, polski ruch oporu był zrównany z czeskim i francuskim, zaś fotografia Ireny Sendlerowej znalazła się za hydrantem. Wszystko w tym dyskursie bardziej służyło budowaniu i podbudowywaniu ego Polski niż czemukolwiek innemu. Mówiono już zresztą nawet, jakoby muzeum podporządkowało się niemieckiej polityce historycznej (inna sprawa, czy rozumiejąc ją adekwatnie do rzeczywistości[62]). Pojawił się głos, że w Auschwitz króluje obca, a nie polska narracja, a w związku z tym przewodnikami wycieczek tam idących winni być polscy przewodnicy, na dodatek licencjonowani przez IPN[63]. Wszystko to przypominało krytykę Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN w PRL („A gdzie jest o Polakach? A nasza martyrologia? Polska encyklopedia, wydana za polskie pieniądze, musi bronić polskiej racji stanu”[64]). Zastanawia, czy hagiograficzny zachwyt nad historią własnego kraju nie jest kompensacyjną postawą zakompleksionych? Przecież mówienie, że naród jest wspaniały, ma cechy wyraźnie kompensacyjne. Jakiś wpływ ma tu najpewniej wciąż postponowanie polskiego wysiłku zbrojnego na Zachodzie oraz w kraju przez większość okresu PRL. Czy jednak tylko?

Paradoksalnie hagiograficznemu podejściu do własnej historii nieraz towarzyszy budowanie pamięci nie na sukcesach, a na wielkości ofiary[65]. Nie lubię sformułowania „charakter narodowy” – ponieważ zarówno jako historyk, jak jako obserwator rzeczywistości nieraz mogłem zaobserwować, jak szybko narody potrafiły zmienić swój rzekomo ukształtowany charakter. Istnieją jednak w każdym społeczeństwie kody kulturowe ukształtowane w biegu historii i przekazywane w transmisji międzypokoleniowej. W Polsce od czasów zaborów i powstań narodowych ukształtowany jest kod (matryca) narodu-męczennika. W tym kontekście ciekawe jest notabene, że bardziej kultywuje się pamięć przegranych powstań antyrosyjskich – prawda, że większych – niż wielkopolskiego i śląskich. Rzeczony kod zbiega się z kanonem chrześcijańskim, a konkretnie z wyobrażeniem męczeństwa Chrystusa. Kod świecki nakłada się na kod religijny i wychodzi z tego obraz skrótowo określany powiedzeniem „Polska Chrystusem narodów”. W naszych czasach kult męczeństwa ks. Jerzego Popiełuszki bardzo mocno splótł się z obrazem męczeństwa Ojczyzny – co podkreślał nawet wystrój warszawskiego kościoła św. Stanisława Kostki.

Notatka własna o Wielkanocy 1986 r.: Do Grobu w kościele św. Stanisława Kostki ogromna kolejka. Widywałem już tam większe – ale ta, na deszczu, też robiła wrażenie (zwłaszcza gdy samemu się też mokło). Poza terenem kościelnym, na drzewie mijanym przez kolejkę, przyczepiona na maszynie lista więźniów politycznych w Polsce (zaznaczono, że niekompletna). Na końcu listy prośba o solidarność z więźniami, modlitwę za nich, pisanie do nich. Na terenie zbierane [są] składki na ruch w obronie każdego poczętego życia („Solidarnie miłujemy każde poczęte życie”; pierwsze słowo pisane solidarycą i z flagą[66]).

Wewnątrz kościoła flagi z datami powstań narodowych, tablice pamiątkowe (te wmurowane na stałe) tej drugiej, nie państwowej, AK-owskiej i solidarnościowej tradycji. Drewniany, duży krzyż, poświęcony ks. Popiełuszce, z orłem w koronie i podpisem »Solidarność Szczecin«.

Przy grobie ks. Popiełuszki (napis na marmurze: „Męczennik za wiarę i Ojczyznę”) nie ma już feerii napisów solidarnościowych. Mnóstwo kwiatów, światła,

ny”). Na każdym jakiś tekst pod kolejnymi datami, takimi jak 1830, 1863, 1918, 1920, 1980. Zapamiętałem koniec tekstu pod tą ostatnią datą: „Cokolwiek się stanie, Polska zmartwychwstanie”. A potem jeszcze jeden krzyż i tekst kończący się słowami: „Jezus zmartwychwstał i my zmartwychwstaniemy”.

Na tle takiej wizji ojczyzny i jej historii jest jeszcze trudniej słyszeć okropne zarzuty.

***

Elementem sprawy jest podobne jak w społeczności żydowskiej uwrażliwienie na kwestie wielkości własnych strat i cierpień. W Polsce nieraz źle się reaguje na mówienie ciągle o cierpieniu Żydów. Przypomina się, co jest oczywiście zgodne z prawdą, że do Auschwitz trafiali również polscy chrześcijanie (w potocznym języku: również Polacy). Jeszcze nie tak dawno, podczas obchodów 50. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, prezydent Lech Wałęsa nie wymienił Żydów w pierwszym przemówieniu. Potem tłumaczono, że chciał zaznaczyć, iż tam ginęli po pierwsze i nade wszystko ludzie, chciał uniknąć konfliktu… Może. Gdy świat zwrócił uwagę na owo pominięcie, to w kolejnym wystąpieniu włączył Żydów. Na obrzeżach obchodów pojawili się wtedy demonstranci z transparentami „Nie oddamy Oświęcimia Żydom”. Podobna demonstracja – w imię Auschwitz jako polskiego miejsca pamięci – odbyła się też w 2019 r. W kontekście 1968 r. poczyniono już swego czasu obserwację, że „W obliczu martyrologii Żydów propaganda polska (a i rosyjska) stawia sobie za szczytne zadanie dowodzenie, że i nas również wyrzynano – i to nie mniej niż Żydów. Dwie społeczności licytują się, która z nich dała wyrżnąć większą część swych współobywateli. Dawniej Żydom zazdrościło się pieniędzy, kwalifikacji, stanowisk, związków międzynarodowych – dziś zazdrości się im pieców…”[67]. Współcześnie taki charakter miało kultywowanie niepotwierdzanego przez historyków istnienia komory gazowej dla polskich chrześcijan pod torami Dworca Zachodniego w Warszawie. Sam odczuwałem to jako mówienie, że Polacy też mieli swoją komorę gazową.

Obserwuje się także chęć pokazania, że sami Żydzi nie byli tacy szlachetni, jak pojawiają się w funkcjonującym obrazie. Już dały się słyszeć opinie, że przecież Żydzi sami poszli do getta, a potem to żydowska policja zaganiała Żydów na Umschlagplatz. No cóż, mogę dodać zaczerpniętą z jednego ze wspomnień historię, jak to więzień obozu koncentracyjnego dla własnego przeżycia faktycznie doprowadził do śmierci innego więźnia (no więc przestępca, czyż nie tak?)[68]. Brakuje jeszcze tylko obserwacji, że komanda pracujące przy krematoriach tworzyli sami Żydzi…Nawiasem mówiąc, takiego dyskursu o Judenratach i żydowskiej policji jako zjawiskach, które stworzyli sami Żydzi przeciw sobie, sporo było w 1968 r. To, że wśród Żydów były negatywne postaci, nie ulega wątpliwości. Nie ma grupy, a tym bardziej grupy poddanej presji, wśród której takie by się nie znalazły. Ludzi poddanych ostatecznej presji trzeba jednak inaczej sądzić – nawet jeśli również wśród nich bywają bohaterowie i odwrotnie. Gdy się przypomina Judenraty jako rzekomo pozytywne posunięcie Niemców dla Żydów (w kontekście, że mogło równoważyć negatywne), to może nie należy też zapominać o elementach polskiej administracji niskiego szczebla, które Niemcy pozostawili, czy o policji granatowej[69]Witając strażaków wracających ze Szwecji, gdzie pomagali w gaszeniu lasów (sierpień 2018), premier Mateusz Morawiecki mówił, że solidarność z innymi jest naszą narodową specjalnością („Potwierdziliście naszą narodową specjalność, to jest solidarność z innymi”[70]). Przy pełnym szacunku dla strażaków, problem można jednak dyskutować. Może warto przypomnieć epizod haitański z czasów napoleońskich, stosunek do mniejszości narodowych w okresie międzywojennym, nastawianie niektórych grup emigrantów polskich w okresie międzywojennym w kierunku lojalności wobec Polski, nie zaś krajów-gospodarzy, stosunki z Litwą i Czechosłowacją w tym samym okresie, wejście na Zaolzie, nieraz dziś występującą ksenofobię… Oczywiście wszystko to można dyskutować, wręcz należy przyrównać do podobnych zjawisk występujących w innych krajach w danym czasie. Kłopot tylko w tym, że skoro stoi się na stanowisku, iż solidarność z innymi jest narodową specjalnością, to bardzo trudno jest przyjąć oskarżenia o brak solidarności. Jeżeli ma się opinię o sobie jako niewinnej ofierze innych, zaś o własnej historii jako wspaniałej, a tu ktoś mówi, że są plamy na honorze, to trudno patrzeć na te plamy. Przy takim nastawieniu, podzielanym, jak sądzę, przez bardzo wielu Polaków, zarzut negatywnego zachowania podczas okupacji burzy konstrukcję. Społeczność zaś w swojej historii dziedziczy wszystko – choć co prawda nie musi, a pewno nawet nie powinna, żyć tym dziedzictwem przez 24 godziny na dobę. Tymczasem w rozważanej sprawie podejście jest odmienne: co dobre, dziedziczy cały naród, a czyny złe były izolowane – więc nie obciążają. Jeśli nie można ich wywabić wobec oczywistych faktów, to trzeba te fakty pomniejszać choćby przez zestawienie z wielkością dobra. Nawet gdy nie neguje się istnienia szmalcowników, to podczas obchodów 50-lecia Marca powtarza się w kółko, ze podczas okupacji liczyli się nie szmalcownicy, ale Sprawiedliwi. Zresztą szmalcownicy – w tej narracji – swym działaniem sami usunęli się poza naród jako pomagający Niemcom, wbrew narodowi, który, poza takimi wyjątkami, pomagał Żydom.

Sprzyja temu działanie mechanizmu wyparcia. O niektórych sprawach łatwo się zapomina. Gdy wybuchła sprawa Jedwabnego, Andrzej Łapicki zanotował w swoim dzienniku, pisząc o ówczesnej PWST (dziś Akademia Teatralna w Warszawie): „Tematem nr 1 jest Jedwabne. Ogólne zdziwienie, jak to możliwe”[71].

***

Bardzo charakterystyczna dla omawianego kierunku działań była nowelizacja ustawy o IPN (2018). Została ona przeprowadzona przeciw osobom dyskredytującym naród polski. W moim przekonaniu miała zahamować wszystko, co miałoby pokazywać negatywy obecne w polskich dziejach, a w szczególności refleksję nad ewentualnymi negatywnymi zachowaniami polskich chrześcijan wobec polskich Żydów podczas wojny. Faktycznie kierowała się przeciw głosom miejscowym – autorzy zagraniczni byli przecież nieosiągalni. W moim przekonaniu jej twórcy realizowali swoje autentyczne ambicje narodowe, chcieli się też pokazać narodowi jako obrońcy jego chwały. Poszli drogą Turcji, karzącej za „oczernianie Tureckiego Narodu” i jego instytucji zarzutami w sprawie ormiańskiej[72]. Przedmiot sprawy jest w wielu aspektach odmienny, ale pomysł jej załatwienia podobny. Postawa Turcji jest wyraźniejsza zarówno od strony owego przedmiotu, jak od strony tureckich kompleksów na tle uznawania własnej wartości przez siebie samych i przez innych. Oba zagadnienia znajdą się jednak kiedyś blisko w wykładzie problematyki odnoszenia się do historii.

Z prawniczego punktu widzenia dokument nowelizujący ustawę o IPN-ie nadawał się tylko do wyrzucenia. Niezależnie od meritum, rzucało się w oczy, że nie określono, kto jest narodem, co jest jego dyfamacją, co jest twórczością artystyczną lub naukową, które to typy działalności wyłączono z zagrożeń przewidzianych przez ustawę. Niezależnie od ułomności formalnych, ważniejszy był jednak czynnik nieuzasadnionego hamowania refleksji. Pewien senator PiS-u 1 lutego 2018 r. mówił przed kamerami, że Jan Tomasz Gross i Olga Tokarczuk to polakożercy. Na pytanie dziennikarza, czy zostaną skazani, uspokoił, że prawo nie działa wstecz. No, całe szczęście!(sic!). Senator dodał jednak: „Ale mam nadzieję, że się powstrzymają”. Tymczasem wypowiadał się o najciekawszych autorach piszących o tych sprawach. Może myśleć o nich, co chce, jego prawo. Może polemizować. Nie powinien jednak hamować refleksji.

Ustawa miała skutki kontrproduktywne[73]. Jeśli celem byłoby, zgodnie z deklaracjami jej autorów, wyeliminowanie terminu „Polish Death Camps” z obiegu w świecie[74], to stało się odwrotnie. W ciągu paru tygodni miliony ludzi szukały tego terminu w Internecie. Powstało wrażenie, że Polska ma powody, żeby bać się refleksji nad okupacyjną przeszłością. Ustawa miała opłakane skutki międzynarodowe dla Polski. Pod wpływem nacisku USA oraz Izraela rządzący wycofali się z przewidzianej w niej penalizacji inkryminowanych czynów, pozostawiając wszakże istotę postanowień.

Mimo to wszystko wnioskodawcy ustawy uparcie przedstawiali ją (może zgodnie z własnymi uczuciami, kto wie?) jako sukces. Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz zadeklarował nawet, że nowelizacja ustawy o IPN sprzyja „umacnianiu miejsca Polski w świecie, wykazała, że Polska potrafi walczyć o swoje, a przede wszystkim, że prawda historyczna jest po naszej stronie”[75]. Twierdzono, że dopiero pod jej wpływem Niemcy uznały swoją winę. Podnoszono, że premier Netanjahu podpisał wraz z premierem Morawieckim deklarację, w której była mowa zarówno o antysemityzmie, jak o antypolonizmie. Wszystko to nie miało wiele sensu.

Dawid Warszawski: Tymczasem politycznie Warszawa i Jerozolima są w pełnej harmonii. Oba rządy usiłują właśnie zlikwidować niezależność swych Sądów Najwyższych, oba walczą z niepatriotycznymi festiwalami filmowymi, oba piętnują jako zdrajców te krajowe organizacje, które je krytykują za granicą. Gdyby zrobić dziś wspólne posiedzenie, odpowiedni ministrowie mogliby za siebie kończyć rozpoczęte zdania. Polska była jedynym bodaj państwem Unii, które nie skrytykowało izraelskiej ustawy zasadniczej o państwie, dającej w nim Żydom uprzywilejowaną pozycję. Izrael też pewnie nie skrytykowałby izraelskiej ustawy o IPN, gdyby nie to, że karała ona za dochodzenie prawdy akurat o polsko-żydowskich stosunkach. Wybuchła największa awantura we wznowionych w 1990 r. stosunkach dwustronnych. Zakończyła ją deklaracja obu premierów, groteskowa nie tylko ze względu na treść, ale i na pomysł, że to premierzy są od ustalania historii. Rzecz znacząca, nie poddano jej pod głosowanie gabinetów, o parlamentach nie wspominając – na rzeczonej harmonii grać mogą tylko niektórzy muzycy, i tylko wybrane melodie[76].

Etgar Keret, pisarz izraelski: Trudno o bardziej pusty dokument. Ale trzeba było jakoś przyklepać sprawę, na czym zależało Polakom, a Netanjahu miał to gdzieś. Niewiele go obchodziło, że w tej deklaracji znów podkreślany jest polski heroizm i pomniejszane polskie zbrodnie. Słowo „antysemityzm” pada tylko raz i w bardzo ogólnym kontekście. Poza tym to zbiór komunałów[77].

Prawica syjonistyczna nieraz w historii paradoksalnie nieźle rozumiała się z polską prawicą w różnych sprawach. Wyżej była już mowa o poparciu międzywojennej Polski dla syjonizmu. Premier Netanjahu miał swój własny interes polityczny w poparciu rządu polskiego. Wątpię, czy można go uważać za wielki autorytet moralny – o czym warto pamiętać, gdy się chwali sukcesem. Wkrótce podjął zresztą dawny wątek, nawet jeśli potem zamulano jego wypowiedź. W lutym 2019 r. na konferencji bliskowschodniej w Warszawie (!) powiedział mianowicie, że Polacy kolaborowali w Holokauście („Polacy współpracowali z nazistami i nie znam nikogo, kto byłby pociągnięty za takie stwierdzenie”)[78]. Niedługo po nim Israel Katz, pełniący obowiązki izraelskiego ministra spraw zagranicznych, podtrzymał dawniejsze, niedobre powiedzenie premiera Icchaka Szamira, jakoby „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki” (Szamir się z niego wycofał, ale Katz jednak powtórzył!). W konsekwencji premier Morawiecki musiał odwołać jazdę do Jerozolimy na szczyt Grupy Wyszehradzkiej… Wszystko to mało potwierdzało sukces, którego wyrazem była jakoby deklaracja Netanjahu–Morawiecki.

Skądinąd zrównywanie antypolonizmu z antysemityzmem jest bardziej niż wątpliwe. Nawet gdyby założyć, że ten pierwszy istnieje w znaczących formach, co pewna liczba autorów i polityków zakłada, to oba zjawiska nie są identyczne ani pod względem rozmiarów, ani charakteru. O ile wiem, nawet jeśli ktoś nie lubi Polaków, to nie mówi, że Polacy chcą zapanować/panują nad światem, nie mówi o „polonokomunie” ani o Polakach jako krwiopijcach itd. Podnoszenie, jakoby Niemcy dopiero dzięki ustawie uznały swoje winy, zupełnie nie jest prawdą. Warto pamiętać, jak to Willy Brandt ukląkł przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie (nie mówiąc o innych deklaracjach najważniejszych postaci w życiu niemieckim, odnoszących się do wywołania wojny i popełnionych zbrodni).

***

Można oczywiście postawić pytanie, jak liczna część narodu myśli podobnie do ideologów PiS-u. Czy ten obraz narodu ofiarnego i heroicznego, moim zdaniem pokrywający kompleksy, kompensacyjny, jest obrazem dominującym? Zapewne nie jest ogólnonarodowy[79]. Trudno wszakże założyć, ażeby rządząca partia i na ogół sprzyjający jej Kościół katolicki fundamentalnie nie wyczuwały, co ludzie chcą słyszeć. Sądzę, że po prostu same ich elity też reprezentują mentalność zbliżoną do większości. Po epizodzie nowelizacji ustawy o IPN-ie pojawiła się fala głosów w różnych formach, broniących rzekomo atakowanego narodu. Ich treść była zróżnicowana. Nie musiała być nawet najgorsza. Nieraz, pozornie niewinna, odgrzewała jednak stare stereotypy. Trzeba było, zgodnie ze stereotypami o zachłannych Żydach, twierdzić, że tak działają, gdyż chcą odzyskać utracone dobra materialne, majątki. Nawet prof. Grossa pomówiono o chęć zrobienia interesu na tym wszystkim. W marcu 2011 r., dwa dni po oficjalnym rozpoczęciu sprzedaży książki Grossa Złote żniwa[80], na ekranach krótkich informacji bieżących w warszawskim metrze pojawiła się notatka, że według księgarzy ludzie nie rzucili się na książkę; wielkość sprzedaży nie porażała. No cóż, informacja jak informacja; porażał natomiast jej tytuł: „Nie będzie złotych żniw, panie Gross”. Przecież to była sugestia, że Gross robi wszystko, co robi, z niskich motywów, że chce się wzbogacić na mówieniu o tępieniu Żydów w Polsce… no… że robi geszeft.

Z natury rzeczy trudno określić, jak częste były różnorodne głosy tej fali, a zwłaszcza jaki był ich udział w całej debacie publicznej. To, co głośne lub co zwraca uwagę, zawsze robi większe wrażenie. Gdy przed wejściem na Targi Książki Historycznej na warszawskim Podzamczu stoi samochód z bardzo mocnym głośnikiem, z którego płynie powtarzany w kółko tekst o żydowskich roszczeniach i żydowskiej wersji historii (2019), to nie myśli się o masie ludzi przepływającej obok; oni najpewniej w większości by woleli, żeby tego samochodu nie było. Takie głosy na pewno nie były wszakże jednostkowe. Zauważono je na świecie. Trudno zresztą, by było inaczej, skoro osoby przyznające sobie rolę obrońców narodu weszły nawet na konferencję w kwestii badań nad stosunkami chrześcijańsko-żydowskimi w Polsce, zorganizowaną w Paryżu w lutym 2019 r. w siedzibie École des Hautes Études en Sciences Sociales, czyli uczelni od czasów głębokiej PRL wyjątkowo pomocnej Polsce[81]. Spotkanie było zatytułowane „Nowa polska szkoła w historii Holokaustu / La nouvelle école polonaise d’histoire de la Shoah”. W dniach poprzedzających organizatorzy otrzymali list protestacyjny. Sygnatariusze, w imieniu kilku polskich organizacji, protestowali przeciw udziałowi osób, których standardy jakoby „nie odpowiadają podstawowym zasadom spolegliwości naukowej obowiązującym w EHESS i normom wypracowanym pod egidą Narodów Zjednoczonych, a ich działania cechują się ksenofobią i antypolskością”. Konkretnie wyrażono w liście zdziwienie zaproszeniem Jana Grabowskiego, Jana Tomasza Grossa, Barbary Engelking, Jacka Leociaka, Joanny Tokarskiej-Bakir, Agnieszki Haski i Anny Bikont, skoro „tym, co te osoby łączy, jest brak spolegliwości ich badań oraz antypolska aktywność popularyzatorska”. Wyrażono zdziwienie, że nie zostali zaproszeni „niezwykli badacze przedstawiający wyniki badań i oceny odmienne od prezentowanych przez badaczy wyżej wymienionych”. Dalej podniesiono zarzuty przeciwko konkretnym osobom o rzekome kłamstwa i szkalowanie Polski, przypomniano straty polskie i pomoc dla Żydów, również udział Polaków w wyzwoleniu Francji i francuskie grzechy z okresu okupacji, także wobec Żydów.

Osoby, które weszły z zewnątrz na samą konferencję, krzyczały: „zdrajcy”, „kłamcy”, „komuniści”, „Powinniście się wstydzić”. Różni świadkowie mówili, że słyszeli też inwektywy: „parchy”, „świnie, „żydowscy komuniści”[82].

Mało dałoby się wskazać działań tak psujących opinię Polski we Francji, jak ten epizod. W wydanym oświadczeniu protestowała uczelnia-gospodarz konferencji oraz francuska minister nauki Frédérique Vidal w liście do Jarosława Gowina. Jak wszystko wskazuje, ten nie przejął się nadmiernie jej protestem.

Niedługo później w Warszawie, w TVP (23 lutego 2019), Jan Pospieszalski mówił o naukowcach z Centrum Badań nad Zagładą Żydów: „To są ludzie, którzy wyszli z bolszewii, z Sowietów, i oni mentalnie ciągle tkwią w tej sytuacji”[83]. Na pasku „Wiadomości” głoszono: „Festiwal antypolskich kłamstw”, a prof. Mieczysław Ryba z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego mówił: „Czas skończyć z wydawaniem polskich pieniędzy na publikacje, które uderzają w dobre imię Polski”[84]. Prof. Jacek Bartyzel z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu napisał na Facebooku: „Nie mogę mieć innego uczucia niż bezbrzeżnej pogardy dla tych Polaków (z metryki), którzy kalają własne gniazdo, gorliwie przyłączając się do polakożerczej kampanii pomówień”. Potem jeszcze obrazowo mówił, że krytykowani przezeń naukowcy powinni być ukarani „chłostą” i „zamknięci w więzieniu”[85].

Krytyki czołowego dorobku Centrum, czyli wydawnictwa Dalej jest noc, nie przynoszą mocnych argumentów, raczej przypominają „dawanie odporu”, znane z czasów komunistycznych.

***

Prawda, że władze, także obozu obecnie rządzącego, nieraz podkreślają, że przedstawiciele mniejszości są obywatelami – ale sam fakt, że czują się w konieczności to podkreślać, skądinąd pozytywny, nie świadczy dobrze o dominującej sytuacji. Przemawiając na pierwszym posiedzeniu Sejmu RP IX kadencji (12 listopada 2019), prezydent Duda mówił, że Polska jest jedna i wspólna, że na polskich cmentarzach wojennych leżą żołnierze różnych wyznań, że oni byli Polakami, choć mieli różne pochodzenie. Takich wystąpień można oczywiście przypomnieć więcej. Prawda, że Muzeum Polin zostało zbudowane z walnym udziałem miasta Warszawy, a podstawowe decyzje zostały podjęte, gdy jej prezydentem był Lech Kaczyński; jest odwiedzane masowo, nie tylko przez wycieczki Żydów ze świata, ale przede wszystkim przez ludzi tutejszych. Różne miasta upamiętniły i nadal upamiętniają żydowską część swoich mieszkańców. W kontekście Katynia pamięta się także o żydowskich ofiarach, zaś Baruch Steinberg, Naczelny rabin WP, zamordowany w Katyniu, został pośmiertnie awansowany (2007) i w ramach obchodów stulecia niepodległości w 2018 r. odznaczony orderem Orła Białego. W kompozycji warszawskiego pomnika Poległym i Pomordowanym na Wschodzie uwzględniono symbole mniejszości religijnych (narodowych), w tym żydowskie. Podobnie uczyniono w kompozycji plastycznej poświęconej ofiarom Katynia w bazylice św. Brygidy w Gdańsku – co jest tym bardziej znaczące, że cały wystrój w tym kościele jest niemal podręcznikowo wyrazem katolicko-narodowo-martyrologiczno-heroicznej wizji historii Polski; jest też znaczące z uwagi na rolę tego kościoła w najnowszej historii oraz współczesnym życiu społecznym.

Zarówno w warszawskim pomniku, jak u św. Brygidy obecność symboli mniejszościowych jest nieproporcjonalna do rzeczywistej, większej obecności mniejszości w upamiętnianych tragediach. Pamięć o powstaniu w getcie warszawskim z trudem przebija się – i to dopiero od niedawna – do kanonu polskiej tradycji. Prawda, syreny w Warszawie zawyły w rocznicę tego powstania w 2018 r., ale nie bez dyskusji nad sprawą. Nie mówi się „pierwsze powstanie warszawskie”, tylko „powstanie w getcie” – jak gdyby obszar getta nie był częścią Warszawy. Minister Mariusz Błaszczak, wymieniając 12 sierpnia 2018 r. wszystkich wojowników z historii Polski, których miały przedstawiać grupy rekonstrukcyjne w ramach defilady podczas święta WP, wymienił, co jasne, powstańców warszawskich, ale już nie powstańców z getta warszawskiego. Mimo takich słabości ważne, że wątek pamięci o Żydach czy, szerzej, o różnych mniejszościach, stopniowo przebija się. Badaczom nieraz nie jest łatwo, ale badania trwają.

W rozważanym kontekście trzeba jeszcze uczynić zastrzeżenie, że myślenie o narodzie w kategoriach wyłączających „innych” i podobnie formujące pamięć historyczną może ustawiać poza granicą narodu ludzi także bez związku z ich „pochodzeniem”. W końcu nieraz w dziejach przeciwnicy bywali kwalifikowani jako ludzie spoza narodu, jako czujący i myślący inaczej niż „wszyscy”, wręcz jako zdrajcy. Współcześnie w Polsce zaistniały poważne opory przeciwko pochowaniu Miłosza w miejscu honorowym, część narodu podobnie podchodzi do pamięci Gombrowicza, jeszcze inni (a może ci sami) ani trochę nie widzą powodu do narodowej dumy z otrzymania Nagrody Nobla przez Olgę Tokarczuk – a można się domyślać, że widzieliby taki powód w wypadku innej osoby.

***

Zdumiewa siła, z jaką co pewien czas wśród spraw historycznych wybucha w Polsce sprawa żydowska, w końcu już dosyć dawna. Sprawia to wrażenie uczulenia. Zupełnie jak gdyby ta sprawa wciąż uwierała. Dyskusja o Jedwabnem była najżywszą dyskusją historyczną w Polsce – nieporównywalnie większą niż to, co rozbrzmiewało o komunizmie. Najnudniejsze zajęcia uczelniane ożywiają się, gdy dochodzi do rozważania zagadnień związanych z tą tematyką. „W Polsce publikacje na temat historii polsko-żydowskiej stają się zwykle wezwaniem do stoczenia kolejnej bitwy w nieustającej wojnie między tymi, którzy »oczerniają naród polski«, a ich przeciwnikami, którzy »wybielają polską historię«”[86]. Marszałek senatu (2015–2019) Stanisław Karczewski, na ogół wyjątkowo spokojny, występując w TVN24 w kwestii nowelizacji ustawy o IPN, dosłownie trząsł się. W 50-lecie (!) Marca namiętności były tak silne, jakby rzecz działa się wczoraj. Jakie trzeba mieć zbiorowe kompleksy, by tak ciągle bronić dumy narodowej i dobrego imienia kraju? Siła obrony plemiennej jest przecież reakcją niepewnych swego. Po otrzymaniu nagrody Nike w 2015 r. Olga Tokarczuk mówiła, że historia Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, który nie splamił się złym stosunkiem do mniejszości, jest wymyśloną legendą. Odnosząc się do swoich Ksiąg Jakubowych, mówiła o ksenofobii XVIII-wiecznej Polski. Uznanie jej słów za odnoszące się do czasów dzisiejszych – nie mówiąc o fali nienawiści, jaka się wobec niej podniosła – tylko potwierdzało, jej zdaniem, że ocena jest aktualna. Niedługo potem Jarosław Kaczyński powiedział, że „[a]kcja obrażania Polaków ma ogromną, można powiedzieć globalną skalę”[87].

Etgar Keret, w kontekście nowelizacji ustawy o IPN: Weźmy na przykład pamięć o Holokauście. Każde prawo, które będzie próbowało zakazać mówienia o jakichś wydarzeniach, zadziała dokładnie odwrotnie. Dlaczego? Bo pokazuje, że jego twórca czuje się niepewnie.

[Pytanie:] Chodzi o awanturę wokół polskiej ustawy o IPN?

Oczywiście, ale nie tylko. Gdy Erdoğan wprowadził prawo zakazujące mówienia o tureckim ludobójstwie na Ormianach w czasie I wojny, z pewnością nikogo nie przekonał do swojej wersji historii. Co więcej, dopiero wtedy wiele osób na całym świecie po raz pierwszy usłyszało o tej tragedii.

W przypadku polskiej ustawy działa ten sam mechanizm. Relacje polsko-żydowskie w czasie II wojny były bardzo skomplikowane – to jedyna rzecz, jaką można z całą pewnością powiedzieć. Byli bohaterowie, którzy z narażeniem życia ratowali innych, byli też tacy, dla których była to wspaniała okazja, żeby dać upust antysemickim żądzom. Jak zawsze, nie ma jednej słusznej wersji historii. Każdy, kto uważa inaczej, robi to ze strachu[88].

Swego czasu wyodrębniłem następujące funkcje kultywowania wiedzy o historii, czy też promowania konkretnego obrazu historycznego: szukanie w historii argumentów za swoim stanowiskiem, szukanie w niej punktu odniesienia, doszukiwanie się korzeni własnych i grupy, doszukiwanie się znaku tożsamości, poszukiwanie nauk życiowych, czerpanie pewnych symboli dla formułowania wypowiedzi o współczesności, szukanie lepiszcza grupy, czasem schronienia, czasem dowartościowania, czasem narzędzia legitymizacji własnych działań lub delegitymizacji czyichś, traktowanie elementów historii jako instrumentu oporu wobec kogoś, także jako instrumentu oddania sprawiedliwości pokrzywdzonym oraz rozliczenia winnych, no i ostatecznie środka zaspokojenia ciekawości poznawczej i formy dla zabawy[89]. Odnoszę wrażenie, że nie od dziś historia jest w Polsce instrumentem kompensacji złego samopoczucia (z czego właściwie płynącego?) lub niezrealizowanych nadmiernych ambicji (wbrew pozorom kompleksy niższości i wyższości bywają bliskie).

Piotr Semka sformułował opinię: „To, co mnie szczególnie przeraziło w kontekście nowelizacji ustawy o IPN, to skala samonienawiści wśród polskiego społeczeństwa”[90]. Otóż mnie nie zaskakuje „samonienawiść”, której nie widzę, ale podejrzewam silne kompleksy. Jeśli nawiązać do podniesionej już sprawy celu wprowadzenia nowelizacji ustawy o IPN-ie, to sądzę, że przeprowadzona operacja historyczna miała za cel – niekoniecznie uświadomiony lub niekoniecznie w pełni uświadomiony – oddziałanie w kierunku dowartościowania społeczności oraz dostarczenia kleju, który ją zjednoczy jako taką, a zwłaszcza wokół tych, którzy w jej obronie zabrali głos. Elementem całej sprawy jest obraz stosunku świata do Polski przedstawiany przez obóz rządzący. Widać na nim liczne zagrożenia (jakiś czas temu byli to niezlustrowani komuniści, teraz LGBT, wrogowie rodziny, imigranci, liberalizm, obcy kapitał, sklepy wielkopowierzchniowe należące do obcych sieci…). Przejawia się w tym wszystkim jakaś dla mnie niezrozumiała potrzeba bycia tępionym. Zauważono, że „za sprawą prawicowych mediów odżyła wizja Polski – samotnej męczennicy otoczonej przez stada wrogów”[91]. Mówi się o „przemyśle pogardy” wobec prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W dyskursie na temat katastrofy smoleńskiej też jest taki akcent, poczynając od nacisku, jakoby była ona skutkiem zamachu. Pojawiał się on w „miesięcznicach” smoleńskich, gdy nawet białe róże kontrmanifestantów były jakoby ich groźnym instrumentem. Pojawia się w różnych deklaracjach wątek, że Polska jest ofiarą Brukseli i Berlina, ponieważ „wstaje z kolan”. W wypowiedziach łączono już nawet „hejt” wobec Polski w sprawie stosunku do Żydów z „hejtem”, jaki obserwuje się wobec „dobrej zmiany”. Czasem powstaje obraz, jakoby Polska była generalnie atakowana. Ponieważ trudno posądzać kogoś o manię prześladowczą, zastanawia, czy nie działa w takim kierunku świadomość, że elity często nie popierają obozu rządzącego, a one są jednak w jakimś stopniu punktem odniesienia? Może poczucie zagrożenia procesem globalizacji i ze strony instytucji UE, która jakoby zagraża „samej tkance narodotwórczej” narodu polskiego przez depolonizację i dechrystianizację – bo taka jest rzekomo istota liberalizmu[92]?

Przyjęcie przez Kongres USA ustawy nr 447, wzywającej Europejczyków do zwrotu Żydom zabranego majątku, dodatkowo ten obraz wzmacnia. Podczas konferencji bliskowschodniej w Warszawie na początku 2019 r. sekretarz stanu USA podniósł sprawę restytucji majątku ofiar Holokaustu – a wkrótce potem pojawiły się głosy, że Polska nie będzie płaciła za niemieckie zbrodnie, że Żydzi powinni adresować swoje roszczenia do Niemiec, zaś PiS jest gwarantem bezpieczeństwa przeciw roszczeniom żydowskim. Obawy przed nimi podskórnie chyba nurtowały już dawniej (przed ewentualnymi pretensjami niemieckimi na ziemiach zachodnich i północnych zresztą też). Usłyszeliśmy, że Polska nie pozwoli na kierowanie przeciw niej „antypolonizmu”. Deklaracja Netanjahu–Morawiecki, potępiająca antypolonizm na równi z antysemityzmem, mogła służyć jako dowód, że jest przed czym się bronić (a rząd broni skutecznie!). Na pytanie o przyczynę, dla której Beatę Szydło jako premiera zastąpił Mateusz Morawiecki, Jarosław Kaczyński odpowiedział: „Zmiana premiera podyktowana była przede wszystkim wiarygodnymi sygnałami o nowej, wielkiej ofensywie przeciwko Polsce, i to o skali międzynarodowej. Chodziło o próby przypisania nam już nawet nie tylko »faszyzmu«, lecz wprost »hitleryzmu«, co na pewno nie było przypadkiem. Potrzebowaliśmy osoby, która byłaby w tej sferze skuteczna. Jeśli wziąć pod uwagę deklarację polsko-izraelską, będącą naszym naprawdę ogromnym sukcesem, co niektórzy w końcu zaczynają doceniać, było to oczekiwanie dobrze ulokowane”[93].

Elementem postawy walki i obrony jest podniesienie postulatu uzyskania od Niemiec reparacji wojennych. Szans na to nie ma żadnych. Ryzyko jest duże, bowiem rozgrzanie postępowania otworzyłoby sprawę Ziem Zachodnich i majątku pozostawionego tam przez Niemców. Podniesienie zaspokaja jednak najpewniej poczucie niedowartościowania autorów propozycji oraz jest wygodne w polityce wewnętrznej, a przynajmniej w polityce wobec własnego elektoratu. Dla obserwatora stojącego z daleka od realizacji polityki zagranicznej wszystko to sprawia wrażenie działania bardziej na opinię wewnętrzną. Nie widać żadnych oznak przeciwdziałania dobrym stosunkom między państwami czy choćby tylko oziębiania kontaktów.

W niejednym ustroju i w niejednym nurcie politycznym występowała potrzeba walki. W Polsce – niedaleko szukając – odczuwali ją komuniści. Potrzebowali walki z imperializmem, z kułakami, z syjonizmem, walki o plan, walki zaostrzającej się w miarę zbliżania się do zwycięstwa (Stalin)… już nie mówiąc o roli walki klas w tej wizji historii. W Polsce jest to jednak raczej potrzeba obrony – i dopiero w tym sensie walki. Posłużenie się odwołaniami do historii jako komunikatem dla innych grup – co zdarza się często – jest bezpieczniejsze od walki poruszającej sprawy dzisiejsze, nawet ograniczonej do słów.

Szeroka fala dyskursu publicznego jest zorientowana w kierunku akcentowania żalu do świata. Słyszymy ciągle, że świat nie ceni Powstania Warszawskiego. Było się szczęśliwym, że prezydent Trump docenił je, w 2017 r. przemawiając – nieprzypadkowo – na tle pomnika na pl. Krasińskich. Nie mówi się przy tym, że świat przesadnie nie ceni bohaterstwa nieuwieńczonego sukcesem. Słyszymy ciągle żale, że świat lepiej widzi upadek muru w Berlinie niż strajk gdański i „Solidarność”. Nie chce się zauważyć, że Berlin jako miasto podzielone był symbolem podzielonego świata. Nie bierze się też pod uwagę, że – w ramach tej samej „polityki historycznej” – w Polsce dużo zrobiono, by zniszczyć legendę Sierpnia. Przecież – jeżeli w ogóle podchodzić do historii w kategoriach dumy – Polska mogłaby być dumna z pokojowej transformacji, ale część opinii woli mówić o „zdradzie z Magdalenki” itp. No i do tych frustracji dochodzi obraz świata źle mówiącego o Polsce. Przy okazji nowelizacji ustawy o IPN-ie przewijał się wątek: Polacy pomagali Żydom, a są pomawiani. To miał być jeszcze jeden sygnał dla współczesnej opinii w Polsce, że może cieszyć się z własnej wspaniałości, a PiS walczy o przywrócenie jej należnej znakomitej noty. Zamiast ograniczenia się do dyplomatycznych protestów w wypadku niedobrych opinii formułowanych na szczeblu państwowym – co byłoby normalne i co zresztą najpewniej jest robione – uczyniono sprawę słyszalną na szczeblu całego narodu, nadano jej wagę taką, jak gdyby izraelskie (żydowskie?) samoloty leciały na Polskę.

***

Na całym świecie i wobec zapewne wszystkich narodów istnieją różne, w tym negatywne stereotypy. Nie wszyscy ludzie wszystkich narodowości są wszędzie lubiani. Z pewnością istnieją także ludzie nielubiący Polaków. Takie dowcipy, jak swego czasu „Polish jokes” funkcjonują o niejednym narodzie, a w PRL były przetwarzane na dowcipy o milicjantach. O Francuzach nieraz mówi się „żabojady”, o Włochach „makaroniarze” itd. Uogólnione zarzuty rasizmu, wręcz antysemityzmu, pojawiły się w odniesieniu do niejednego kraju. Wręcz nazwy niektórych krajów/narodów stały się synonimami głupoty czy ograniczonej sprawności umysłowej tamtejszych obywateli. Sam unikam takiego mówienia jako głęboko niesmacznego, ale też nie wyobrażam sobie premierów tych krajów podnoszących larum z powodu pojawienia się złych czy głupich stereotypów i pomówień. Czy drogą do eliminacji ewentualnych uogólniających oskarżeń nie jest właśnie mówienie samemu otwarcie o negatywach? Łatwo zgodzić się z Władysławem Bartoszewskim, że „prawda nie leży pośrodku, prawda leży tam, gdzie leży”[94]. Pytanie jednak, co jest ową prawdą, a także czy rząd, za sprawą rządzącej partii, ma się zajmować jej ustalaniem i prowadzić „politykę historyczną”? Czy wszyscy powinni –się z nią zgadzać pod rygorem intelektualnego wykluczania ze wspólnoty narodowej albo – w świetle nowelizacji ustawy o IPN – potępienia nie tylko intelektualnego? Czy nie jest zwyczajne, że wizja historii jest wielokierunkowa? Czy we Francji lub w USA nie ma różnych wizji nawet w kwestii tak kanonicznych wydarzeń jak rewolucja 1789 r. bądź wojna secesyjna? Czy regiony lub grupy etniczne w Australii, Kanadzie, USA itd. nie mają nieraz innych wizji dziejów? Mimo to zainteresowane kraje nie rozsypują się. Prawda, w Hiszpanii jedność kraju i narodu są zagrożone przez tendencje separatystyczne – ale czy byłyby one naprawdę słabsze, gdyby bez reszty ujednolicić nauczanie historii i kultury w granicach państwa, choćby w szkołach?

Jeżeli nawet można dopatrzeć się pewnych długofalowych, niekorzystnych dla Polski zjawisk, takich jak uznawanie Polaków za antysemitów, to nie zmieni się ich żadnym dekretem. Takie rzeczy można zmienić jedynie długotrwałą pracą w kierunku uczciwej autorefleksji nad historią. Ma rację Jan Tomasz Gross, gdy mówi: „Trzeba sobie wreszcie przyswoić tę prawdę historyczną, że byli w czasie okupacji bohaterowie na barykadach, ale był też tłum współobywateli, których zamordowano z pomocą naszych przodków. Powiedzmy to wreszcie głośno. Wpiszmy do podręczników historii. I żaden sufit się nam z tego powodu na głowę nie zawali. Wszystko straszne, co się mogło wydarzyć w tej sprawie, już się wydarzyło; już nic na to nie poradzimy; niczego w tej koszmarnej przeszłości nie da się poprawić. I możemy teraz albo komplikować sobie życie bez końca i wystawiać na pośmiewisko, kłamiąc na temat własnej historii – vide reakcja na świecie na poprawki do ustawy o IPN-ie – albo otwarcie w przestrzeni publicznej mówić prawdę i się wreszcie, że tak powiem, uspokoić[95].

Do zmiany opinii na świecie trzeba nie dekretu, ale eliminacji antysemityzmu czy, szerzej, szowinizmu, obecnie. Dowolny epizod czy manifestacja szowinistyczna – a takie zdarzają się przecież – odbija się za granicą silniejszym echem niż przeciwna wypowiedź prezydenta. Niektóre działania samego prezydenta też zresztą osłabiają jego głos w rozważanej sprawie – jak wstrzymywanie nominacji profesorskiej Michała Bilewicza z UW, którego badania poświadczały niedobry poziom uprzedzeń wobec Żydów w społeczeństwie. Powtórzmy, że z tego punktu widzenia skutki nowelizacji ustawy o IPN były fatalne. Nie tylko za granicą, o czym była mowa, ale i w Polsce. Do ambasady Izraela, Muzeum Auschwitz, także do Muzeum Polin napłynęły nienawistne listy. Celem mniej czy bardziej publicznych krytyk stał się zespół wspomnianego prof. Michała Bilewicza z UW. Prawda, że jest to fragment szerszego wzmożenia nacjonalistycznego w społeczeństwie, manifestacji nacjonalistów w marszach niepodległości, domieszki treści nacjonalistycznych w manifestacjach przeciwnych paradom równości. No i taki trend pojawił się teraz szerzej na świecie.

Niestety dały się też słyszeć bardzo niedobre wypowiedzi osób liczących się w życiu publicznym. Zapomnijmy ich nazwiska. Przynajmniej z tego powodu nie są warte zapamiętania. Usłyszeliśmy lub przeczytaliśmy, że „V kolumna w Polsce, osobniki bez polskich genów, wspierane z zewnątrz, coraz bezczelniej atakują i upokarzają państwo swego pobytu. Wgramolili się do Sejmu, mediów, samorządów i za mordowanie polskości pobierają jeszcze od swojej »ofiary« wysokie pensje. Kiedy to się skończy?”. Dowiedzieliśmy się o „hucpiarskiej tradycji”, która jakoby teraz każe odrabiać Żydom bierność (!) wobec Holocaustu. Publicznie padło stwierdzenie o „głupich względnie chciwych parchach”. Wszystko to nie pociągało żadnych konsekwencji zawodowych wobec głoszących takie sformułowania na polach ich działalności. No i wrócił obraz Polski jako kraju antysemickiego, uformowany – nie bezzasadnie – przed wojną, umocniony przez doświadczenie wielu Żydów podczas wojny, wzmocniony po wojnie, potem w 1968 r., natomiast chyba zmniejszony wraz z falą sympatii dla Polski w dobie „Solidarności”, także dzięki odważnemu podejściu do sprawy Jedwabnego. Nowelizacja ustawy o IPN-ie „stanowi przykład tego, jak w kilka miesięcy można roztrwonić długoletnie osiągnięcia”[96].

***

Polityka historyczna ante verbum dawała o sobie znać oczywiście od bardzo dawna. W czasach nam bliższych ma znaczących poprzedników – Stalina, Hitlera… Ci oraz inni dyktatorzy byli bardzo sprawni w tym zakresie. W PRL też prowadzono politykę historyczną – prawda, że w różnych okresach z różnym natężeniem i czasem w zmiennych kierunkach. Instytut Historii PAN miał nawet stworzyć nową wykładnię dziejów Polski – co niezbyt wyszło. Nawet dalecy od leninizmu komuniści, jakim byli Gierek oraz jego otoczenie, bardzo interesowali się, co o historii mówi się na wykładach TKN. Potem gen. Jaruzelski znaczną część swojej batalii toczył wokół wizji historii. Nawet wątki były te same. Wbrew dzisiejszej wizji propaganda komunistyczna nie tylko i nie zawsze wychwalała internacjonalizm i cechy ustroju. Wątki o wspaniałym narodzie i o tym, że jesteśmy dziesiątą (?) gospodarką świata, a zbudujemy drugą Polskę, czy że inni nas atakują, też tam występowały. O „antypolonizmie” peerelowskie gazety pisały w latach sześćdziesiątych; w ogóle nieraz trudno odróżnić niektóre obecne wypowiedzi i wypowiedzi z Marca. Wtedy też miał miejsce zalew tekstów o Polakach ratujących Żydów i o niewdzięcznych Żydach, którzy nie dziękują. Też pojawił się wątek żydowskich kolaborantów, jakże interesująco rozwinięty przez Ryszarda Gontarza[97]. No i zarówno komunistyczny establishment, jak nawet bojówkarze z okresu schyłku ustroju byli przekonani, że ratują Polskę, wręcz są spadkobiercami rycerzy spod Grunwaldu. Obecnie, jak napisał Rafał Stobiecki, „powrót do polonocentrycznej, prowincjonalnej i z ducha nacjonalistycznej wizji przeszłości staje się faktem”[98]. Na dodatek to państwo chce przypilnować kultywowania takiej wizji[99]. Jan Żaryn, w latach 2015–2019 senator, autor bardzo liczący się w kształtowaniu myślenia obozu władzy o historii, sformułował zalecenie, kierujące się oczywiście do wszystkich, którzy zechcą go słuchać – ale w tym również do państwowych środków komunikacji masowej: „Bez wątpienia jesteśmy dziś na takim etapie, na którym jako naród wiemy już, jak wielkim naszym obowiązkiem jest dbanie o pamięć o polskiej historii. W taki sposób, by zostały mocno wyartykułowane, podniesione te wątki, z których mamy prawo być dumni i z których mamy prawo brać przykład, jak z pokładów węglowych najpiękniejsze diamenty. Po to, byśmy stawali się bogatsi także my, współcześni”[100]. Otóż ja powiem inaczej: należy mówić o zamordowanej za pomaganie Żydom rodzinie Ulmów, której stworzono muzeum, dokąd premier Morawiecki zawiózł zagranicznych korespondentów – ale należy też mówić o tym, w jaki sposób zginęła ta rodzina. Nie można mówić tylko o diamentach.           

Niezależnie od pewnych koniecznych funkcji państwa w zakresie kultywowania pamięci historycznej (obchody rocznic, dbanie o pomniki oraz cmentarze, koordynacja prac nad programem szkolnym, zapewnienie funkcjonowania muzeów…) to nie parlament, nie minister kultury i dziedzictwa narodowego, nie wyspecjalizowana agencja rządowa ani nie prokuratura powinny ustalać wizję przeszłości. Mnie samemu nie podoba się nawet występujące obecnie w wielu krajach zagrożenie karne tzw. kłamstwa oświęcimskiego, na który to przepis zresztą też powoływali się obrońcy nowelizacji ustawy o IPN. Sądzę, że „kłamstwo oświęcimskie” powinno być traktowane raczej jako wykroczenie przeciw etyce zawodowej przez środowiska akademickie. W analogicznej z perspektywy praktyki życia naukowego sprawie został zresztą swego czasu wygrany proces przed Sądem Najwyższym USA. W 1954 r. prokurator generalny stanu New Hampshire zażądał od Paula Sweezy’ego – jako „czerwonego”, wykładającego marksizm na Uniwersytecie New Hampshire – informacji o jego wykładach oraz wglądu w notatki. Ten odmówił i poszedł do aresztu. Wyszedł za kaucją, sprawa toczyła się do 1957 r., gdy Sąd Najwyższy stanął na stanowisku, że treść wykładów jest sprawą społeczności akademickiej, a nie państwa lub prokuratora[101]. Inna sprawa, że taki casus, o ile wiem raz rozważany w Polsce przez środowisko zawodowe, skończył się tragicznie – samobójstwem potępionego (Dariusz Ratajczak, 2010). Prawda, że sprawa toczyła się także przed sądem, który uznał winę oskarżonego.

Nie jest prawdą, że Zachód, a zwłaszcza Niemcy przemilczają momenty historii nieprzynoszące im chwały. Od lat w krajach zachodnich dokonuje się rewizja historii. Nawet historii dawniejszej. W 1968 r. Kortezy odwołały akt wyrzucenia Żydów. W 1992 r., czyli w pięćsetną rocznicę wyrzucenia, Juan Carlos w jarmułce, wraz z Chaimem Herzogiem, prezydentem Izraela, modlili się w głównej synagodze Madrytu. W 2015 r. Hiszpania i Portugalia przywróciły potomkom wygnanych prawo do powrotu i odzyskania praw obywatelskich. Koncepcja „powrotu” w dalekim, kolejnym pokoleniu była w istocie bliska izraelskiemu „prawu powrotu”. Sprawa, która w samej Ameryce Łacińskiej interesuje – jak się wydaje – już chyba tylko badaczy, w krajach sprawców okazała się żywa po ponad 500 latach.

Prawda, że przez pewien czas po wojnie w wielu krajach preferowano milczenie. To się jednak od dawna zmieniło – przede wszystkim wraz z przemianą pokoleniową. Jest faktem, że czy to we Francji, czy w Niemczech debata została rozniecona przez historyków z zewnątrz. Sprawiało wrażenie, że miejscowi czują się za słabi na podniesienie pewnych spraw lub podzielają zdanie dominujące. Nie słyszałem jednak, by prokuratura w którymkolwiek kraju zachodnioeuropejskim, w Ameryce Północnej i Południowej czy w Australii i Nowej Zelandii (bo wszędzie dokonuje się rewizja historii!) podjęła śledztwo przeciwko takiemu zagranicznemu badaczowi, jak w Polsce przeciwko Grossowi – i to długo nie pozwalając go umorzyć mimo stanowiska przynajmniej jednego z prokuratorów (prowadzono je w latach 2015–2019).

Co nie najmniej ważne, warto pamiętać, że niektóre sprawy są „po prostu” bardzo skomplikowane i wieloznaczne. Traugutt był oficerem carskiego wojska – co nie dziwne. Znam oczywiście mało chwalebną karierę von Stauffenberga, którego nazwisko padło w polskiej dyskusji jako przykład nieuzasadnionego rozdmuchiwania przez Niemców chwały własnej opozycji antyhitlerowskiej. Wiem, że konspirujący oficerowie zwrócili się przeciw Hitlerowi, gdy zobaczyli, czym to wszystko za chwilę zagrozi, a przygotowane przez nich do ogłoszenia teksty też nie były sympatyczne. Chyba jednak lepiej, że zwrócili się przeciw? Chyba ich śmierć coś jednak odkupiła, a w każdym razie zmniejszyła naszą legitymację do ich negatywnego osądu? Chyba lepiej, że Niemcy podnoszą pamięć opozycji antyhitlerowskiej, niżby czyniły odwrotnie? Nie wszystko w historii jest proste jak drut.

Oprócz wymienionych Francji i Niemiec duże dyskusje nad historią miały i mają miejsce w Hiszpanii (sprawy wojny domowej i frankizmu), w Szwajcarii (pewne aspekty neutralności podczas wojny oraz sprawa wkładów zamordowanych Żydów w tamtejszych bankach), w Szwecji (sprawa pewnych aspektów neutralności podczas wojny, polityki wobec Lapończyków, także stosowania swego czasu zabiegów niedozwolonych przez współczesną medycynę), w Finlandii (kwestie stosunku do hitlerowskich Niemiec i komunistycznej Rosji), w Norwegii (stosunek do kobiet, które związały się z Niemcami, oraz do ich dzieci), w Austrii (stosunek do Żydów po Anschlussie), w Belgii i w kilku krajach postkolonialnych (sprawy stosunku do ludności kolonii)…

Nie tylko w Europie następuje obecnie szeroka rewizja historii. W Australii i Nowej Zelandii stanęła sprawa stosunku osadników do ludności rodzimej. W Japonii wraca sprawa różnych zachowań z czasów II wojny światowej. W USA i Kanadzie wraca sprawa ludności indiańskiej, w USA ludności afroamerykańskiej dziejów Konfederacji oraz jeszcze parę innych, w kilku krajach Ameryki Łacińskiej wyraźnie wraca kwestia Indian. Bardzo ciekawa jest ewolucja historiografii i dokonywane na polu historii wybory w Afryce Południowej.

Istnieją też kraje, które takiej rewizji skutecznie opierają się, budują obraz własnej wspaniałości. Turcja najpewniej nie uzna szybko własnej odpowiedzialności w sprawie Ormian, w Chinach nie usłyszymy szybko o różnych kwestiach epoki komunistycznej. Czy Polska przemyśli własne dzieje, czy dominującym kierunkiem będzie budowanie obrazu własnej wspaniałości? Warto pamiętać, że przemyślenie nie oznacza apriorycznego bicia się w piersi. Nie musi prowadzić do bezpardonowego ataku ani do zaciętej obrony. Nie jest też nieustająco dziś dokonywanym ważeniem liczby ratujących i liczby „szmalcowników”. Poza wszystkim sprawa nie sprowadzała się do tych dwóch skrajnych grup. Sytuacje były bardzo różne i reakcje ludzkie również. Przemyślenie nie oznacza obciążania grup jako całości odpowiedzialnością z jednej strony za wojennych łajdaków, a z drugiej stalinowskich łajdaków o żydowskich korzeniach. Przemyślenie oznacza badanie i dyskusję – czyli przeciwieństwo podejmowania działań na podobieństwo nowelizacji ustawy o IPN-ie. Miło, że w obecnym establishmencie czasem przebija się jednak akcent rewizji. Podczas gdy w trakcie obchodów 50. rocznicy Mmarca premier Morawiecki utrzymywał linię „co złe to nie my”, to prezydent Duda na w wystąpieniu 8 marca 2018 r. przyjmował historię Polski jako całość. Marcowych emigrantów prosił o wybaczenie Rzeczypospolitej, Polakom i „ówczesnej Polsce”[102]).

Może jednak powstać sytuacja, która nie będzie sprzyjać nie tyle krytycznemu czy po prostu nowemu przemyśleniu narodowej historii, ile właśnie budowaniu z niej dumy. Nawiązując do początku niniejszego wywodu, powiem, że myślenie nacjonalistyczne może się zaostrzyć. W różnych krajach można obserwować takie zjawisko, epidemia koronawirusa może mu zaś sprzyjać. Może więc środowisko rządzące dziś w Polsce dobrze wyczuwa tendencję światową. Jeżeli jednak ewolucja sytuacji pójdzie w kierunku wzmocnienia nacjonalizmów, do czego Polska – przy zachowaniu wszelkich proporcji – przyczyni się, to ten nowy, wspaniały świat nie będzie przyjemny. Będzie ksenofobiczny, populistyczny, z krajami zapatrzonymi tylko w siebie i uprawiającymi własne poletka. Może się nawet zdarzyć, że wyćwiczona na strzelnicach młodzież będzie musiała strzelać nie tylko do tarcz (odpukać w niemalowane drewno!). Wtedy jednak jej strzały i nawet amerykańscy żołnierze na miejscu nie zapewnią bezpieczeństwa, o szczęściu nie mówiąc. W lepszym wypadku Polska będzie w takim świecie „biednym krewnym” – jako prowincjonalny kraj pocieszający się rojeniami o potędze i własnej „lepszości”.

Historia jako dyscyplina przeszła poważną ewolucję, zainteresowała się różnymi, dawniej zaniedbywanymi problemami. Także polscy historycy napisali dużo ciekawych prac. W polskiej humanistyce pojawiły się próby nowych, syntetycznych wykładni – choć szkoda, że mało ich powstało akurat wśród historyków[103]. Tymczasem środowisko bliskie obecnym władzom zdaje się wciąż uważać historiografię tworzoną w tradycyjnym, dziewiętnastowiecznym, narodowym stylu za pożądany model, a już na przykład historii kobiet boi się podobnie jak niejasnej dla mnie „ideologii gender”.

Nie jest oczywiście wykluczone, że nawrót do historii tradycyjnej będzie następował w różnych krajach. Wzmożone dziś zainteresowanie przeszłością na świecie może wynikać z chwiejności obecnych czasów, szybkości zmian, którą ludzie źle tolerują, a zatem chcą zakorzenić się mocniej w przeszłości[104]. Może wynikać także z globalizacji, na którą reakcją jest chęć zaznaczania własnej tożsamości, do czego historia dobrze służy. Szybkość komunikacji, przemieszczania się, wszelkich zmian, nawet rozprzestrzeniania epidemii, rozwój technologiczny, częste przesunięcia w zatrudnieniu, rozpętanie konsumpcji i doskwierające poczucie, że czegoś się nie ma, dominacja światowych centrów, przeświadczenie, że bardzo mało zależy od siebie samego, że działają jakieś nieodgadnione i odległe siły, obawy wobec klimatu… niosą ze sobą utratę poczucia stabilności. Jerzy Jedlicki rzucił kiedyś myśl, że narody reprezentują własne, w miarę przytulne mieszkania, których ludzie potrzebują. „Nowoczesny naród – pisał – powstaje dlatego, że ludziom potrzebny jest dom, w którym będą się czuli u siebie i w którym nie będą się czuli gorszymi od innych”[105]. Ani świat, ani nawet Europa nie mogą być takimi „mieszkaniami”, są bowiem za duże, zbyt nieznane, zbyt zróżnicowane.

W Polsce nie od dziś nurtowała potrzeba dowartościowania – i PiS to wyczuło, a może jego zasadniczy krąg sam ją odczuwał („Warto być Polakiem”). Świadomie lub nieświadomie posłużyło się m.in. historią. Wspólnota nie potrzebuje historycznego kleju, mogą być inne. Jeśli potrzebuje, to pytanie w jakich proporcjach. W warunkach zagrożenia zapotrzebowanie na taki klej rośnie. Po kryzysach i w ustrojach wyrosłych z kryzysu często następuje wzmocnione odwoływanie się do historii – towarzyszące odwoływaniu się do kategorii narodu. Jedno i drugie będzie sprzyjać raczej umacnianiu dawniejszego modelu uprawiania historii niż jego „przemeblowaniu”. Istnieją zresztą kraje bądź obszary, gdzie procesy państwowotwórcze trwają, niektóre kraje są autentycznie zagrożone, starają się odzyskać utracone terytoria lub odbudować imperialną potęgę, co wszystko chyba też sprzyja uprawianiu historii narodotwórczej i w tradycyjnym stylu. Reakcje na napływ imigrantów, zaistnienie skupisk imigranckich, które przecież nie znikną (a, miejmy nadzieję, nikt nie wymyśli nowej wersji „ostatecznego rozwiązania”!), nieraz prowadzą w tym samym kierunku. Bywa, że sprzyjają też pogłębianiu badań nad problematyką kolonialną, migracjami oraz kontaktem kultur – ale ten typ reakcji musi być zaledwie elitarny. Zmiany technologiczne z jednej strony występują wśród czynników globalizacji, ale z drugiej ułatwiają podtrzymanie odrębności grup, odrębnych języków, komunikacji w ramach grup. Przyszłością jest najprawdopodobniej połączenie globalnego i swojego – zwłaszcza że różnorodność, do której instytucja narodów przyczyniła się mimo wszystkich bojów między nimi, jest kulturotwórcza. Na razie owo łączenie jest jednak trudne – choć, wbrew pozorom, nie jest wykluczone.

***

Polityka historyczna milcząco zakłada, że istnieje jedna prawdziwa wersja historii. Jest w tym bliska pozytywizmowi. 27 lutego 2018 r., w kontekście sprawy nowelizacji ustawy o IPN-ie prezydent RP mówił, że serce mu pęka, gdy słyszy, że ktoś chce pisać historię na nowo, podczas gdy idzie tylko o prawdę historyczną i o to, żeby nie była obrażana. W moim przekonaniu nieraz właśnie prawda historyczna wymaga napisania historii na nowo. Prawda o dziejach też rzadko jest bezapelacyjnie oczywista. Znacznie łatwiej dogadamy się co do fałszu w historii niż co do prawdy w historii. Łatwiej można powiedzieć, co jest niewątpliwie zafałszowaniem obrazu dziejów, niż zgodzić się, co jest obrazem prawdziwym. Trudno, nie jesteśmy jedną z nauk przyrodniczych – choć i przyrodnicy podobno nie traktują wyników swoich badań jako tak jednoznacznych, jak byśmy podejrzewali. Już dawno zauważono, że nauka jest poszukiwaniem – a poszukiwanie zakłada konkurencję możliwych wizji. Oby tylko wszyscy mogli je przedstawiać. Oby państwo nie promowało jednej z nich, zgodnej z mentalnością obozu akurat rządzącego.

Nie akceptuję świadomie instrumentalnego wykorzystywania historii, użytkowania jej w kontekście dzisiejszych potrzeb politycznych bądź potrzeb mentalności zbiorowej. Dla mnie jako nauczyciela historii historia nie jest przedmiotem sądów, rozdzielania nagan i pochwał, lecz wiedzą o działaniach ludzkich. Sprawy mniejszości żydowskiej oraz stosunków chrześcijańsko-żydowskich w Polsce wydają mi się ważne jako casus ogólnoludzkiego zjawiska mniejszości narodowych i migracji. Kiedyś napisałem artykuł porównujący grupy migracyjne, także inny o Żydach jako rolnikach w Polsce[106]. Chciałbym, ażeby studia historyczne były skonstruowane wokół takiej osi. Byśmy zajmowali się wraz ze studentami wielkimi problemami ludzkości – ponadnarodowo, ponadepokowo, ponadstereotypowo i aż do dziś – a nie tylko w ramach jednego narodu/terenu, zwłaszcza dla wystawienia komukolwiek cenzurki. Chciałbym przyglądać się ze studentami, jak nasze problemy i różne typy naszych działań przejawiały się w dziejach. Historia jest, z mojego punktu widzenia, dopełnieniem wiedzy o problemach dzisiejszych; znajomość dowolnego problemu jest niepełna bez informacji o jego występowaniu w przeszłości. „Jeżeli nie pokażemy młodemu pokoleniu historii jako wiedzy o cywilizacjach, w sumie jeśli nie pokażemy ludziom historii jako wiedzy o nich samych, to przegramy”[107]. Takie niebezpieczeństwo jest realne, bowiem niezależnie od wszystkiego, co wyżej powiedziałem o następującej w różnych krajach rewizji obrazu historii, wraz z populizmem i skłonem nacjonalistycznym może szeroko przyjść faza narodowej historii megalomańskiej, faza „podbijania bębenka” w narodowej historiografii. Ona przyniosłaby raczej atrapę wiedzy o nas samych niż wiedzę.


Bibliografia

Obejmuje pozycje przywołane w przypisach

Aleksiun Natalia, Dokąd dalej? Ruch syjonistyczny w Polsce (1944–1950), Centrum Badania i Nauczania Dziejów i Kultury Żydów w Polsce im. Mordechaja Anielewicza, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2002.

Bartoszewski Władysław, Komar Michał, Prawda leży tam, gdzie leży, Wydawnictwo Naukowe PWN, we współpracy z Firmą Wydawniczą Sezamm Małgorzata Maruszkin, Warszawa 2016.

Bauman Zygmunt, Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018.

Bikont Anna, Sendlerowa. W ukryciu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.

Blady-Szwajgier Adina [później Irena/Inka Świdowska], I więcej nic nie pamiętam, Nisza, Warszawa 2019.

Budzyńska Celina, Strzępy rodzinnej sagi, ŻIH, Warszawa 1997.

Canin Mordechaj, Przez ruiny i zgliszcza. Podroż po stu zgładzonych gminach żydowskich w Polsce, tłum. Monika Adamczyk-Garbowska, Nisza we współpracy z ŻIH, Warszawa 2018.

[Chwin Stefan], A co, jeśli nas, Polaków, nic nie łączy? Ze Stefanem Chwinem rozmawia Grzegorz Wysocki, „Gazeta Wyborcza”, 1–2 IX 2018.

Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, t. 1–2, red. Barbara Engelking, Jan Grabowski, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2018.

Davies Norman, Sam o sobie, z autorem rozmawiali Joanna Gromek-Illg, Maciej Gablankowski, fragmenty pisane przez autora po angielsku tłum. Bartłomiej Pietrzyk, Znak, Kraków 2019.

Dąbrowska Maria, Dzienniki, opr. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik, t. 1, Warszawa 1988.

Dąbrowska Maria, Dzienniki 1914–1965, red. Tadeusz Drewnowski, tom 4: 1937–1941, PAN. Wydział I Nauk Społecznych. Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009.

Dobrowolski Stanisław Ryszard, Głupia sprawa, Czytelnik, Warszawa 1969.

Flieger Estera, Historyczny populizm premiera, „Gazeta Wyborcza”, 29 I 2019.

Flieger Estera, Wyzywali naukowców w Paryżu, „Gazeta Wyborcza”, 25 II 2019.

Frister Roman, Autoportret z blizną, tłum. Elżbieta i Roman Frister, Oficyna Wydawnicza Przybylik&, Warszawa 2019.

Gauden Grzegorz, Lwów. Kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918, TAiWPN Universitas, Kraków 2019.

Gebert Konstanty vide Dawid Warszawski

[Grabowski Jan], Desant prawicy na Paryż, „Gazeta Wyborcza”, 27 II 2019 (wywiad udzielony Esterze Flieger przez prof. Jana Grabowskiego).

Grabowski Jan, Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

Grochowska Magdalena, W czasach szaleństwa. Hertz. Fiłosofow. Stempowski. Moltke, posłowie Anna Wolff-Powęska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019.

Gross Jan Tomasz, Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka, Pogranicze, Sejny 2000.

[Gross Jan Tomasz], Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, … bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, W.A.B., Warszawa 2018.

Gross Jan Tomasz (współpraca Irena Grudzińska-Gross), Złote żniwa. Rzecz o tym, co działo się na obrzeżach zagłady Żydów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.

Jedlicki Jerzy, O narodowości kultury, „Res Publica” 1987, nr 2, s. 46–55.

[Jedlicki Jerzy], Ty to chyba Żydek jesteś? (Z Jerzym Jedlickim w roku 2014 rozmawiała Anna Bikont), „Gazeta Wyborcza”, 3–4 II 2018.

Jie-Hyun Lim, Narody-ofiary i ich megalomanie, „Więź”, luty–marzec 2010, s. 22–34.

[Kaczyński Jarosław], Wszystko zgodnie z prawem, Jacek Karnowski rozmawia z Jarosławem Kaczyńskim, prezesem Prawa i Sprawiedliwości, „Sieci”, 11–17 II 2019.

[Keret Etgar], Mama byłaby naprawdę zła, Etgara Kereta wysłuchał Paweł Smoleński, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 I 2020.

[Keret Etgar], Niesłuszne historie, „Tygodnik Powszechny”, 1 VII 2018 (z Etgarem Keretem rozmawia Michał Sowiński).

Krajewski Andrzej, Świadectwo Morgenthaua, „Polityka”, 4–10 IX 2013.

Krzyżanowski Łukasz, Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.

Kula Marcin, Autoportret rodziny X. Fragment żydowskiej Warszawy lat międzywojennych, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007.

Kula Marcin, Historyczne treści w historycznym referendum, w: tegoż, O co chodzi w historii?, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2008, s. 167–178.

Kula Marcin, Impresje z „marcowej” wystawy, „Kultura Liberalna”, 3 IV 2018.

Kula Marcin, Kamyk moszczący drogę, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce” 1992, nr 2/3, s. 199–201.

Kula Marcin, Krótki raport o użytkowaniu historii, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004.

Kula Marcin, Obronią Polskę w paryskim audytorium!, „Kultura Liberalna”, 9 III 2019.

Kula Marcin, Polonia to najpierw ludzie, a dopiero potem Polonia, w: tegoż, Historia moja miłość (z zastrzeżeniami), Wydawnictwo UMCS, Lublin 2005, s. 242–250.

Kula Marcin, Żydzi – rolnicy (w okresie międzywojennym, poza Palestyną), w: tegoż, Uparta sprawa. Żydowska? Polska? Ludzka?, TAiWPN Universitas, Kraków [2004], s. 17–38.

Kula Witold, Rozdziałki, do druku podali Nina Assorodobraj-Kula i Marcin Kula, opracował oraz wstępem i przypisami opatrzył Marcin Kula, Wydawnictwo Trio, Warszawa 1996.

Linkiewicz Olga, Lokalność i nacjonalizm. Społeczności wiejskie w Galicji Wschodniej w dwudziestoleciu międzywojennym, TAiWPN Universitas, Kraków 2018.

Leder Andrzej, Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2014.

Łapicki Andrzej, Jutro będzie „Zemsta”. Dzienniki 1984–2005, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018.

[Machcewicz Paweł], Absolutne przerwanie ciągłości. Z Pawłem Machcewiczem rozmawia Karolina Wigura, „Kultura Liberalna”, 19 VI 2018.

Materski Wojciech, Od cara do „cara”. Studium rosyjskiej polityki historycznej, ISP PAN, Warszawa 2017 (rec.: Rafał Stobiecki, „Dzieje Najnowsze” 2018, nr 2).

Mazur Mariusz, Antykomunistycznego podziemia portret zbiorowy. 1945–1956. Aspekty mentalno-psychologiczne, Bellona, UMCS, Warszawa–Lublin 2019.

Nowak Magdalena, Dwa światy. Zagadnienie identyfikacji narodowej Andrzeja Szeptyckiego w latach 1865–1914, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2018.

Olszewski Michał, Kurator w pierwszym szeregu rewolucji, „Gazeta Wyborcza”, 26 II 2018.

Olszewski Michał, Polacy kochają czuć się urażeni, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 VIII 2018.

[Osęka Piotr], Administracja zbiorowej pamięci, „Newsweek” 19–25 III 2018 (z Piotrem Osęką rozmawiał Paweł Reszka).

Ossowski Stanisław, Dzienniki, t. 1: 1905–1939, opr. Róża Sułek, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2019.

Piskorski Jan M., Od kultu herosów do adoracji ofiar. Przemiany w kulturze pamięci, „Więź”, luty–marzec 2010, s. 5–21.

Piskorski Jan M., Przesiedlenie i uchodźcy, „Polityka. Pomocnik historyczny” 2013, nr 5: Trzecia Rzesza.

Römer Michał, Dzienniki, t. 1–6, Ośrodek Karta, Warszawa 2017–2019.

Rosiak Dariusz, Polska – Izrael: wyjście z obłędu, „Tygodnik Powszechny”, 3 III 2019.

Rudnicki Szymon, Żydzi w parlamencie II Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2004.

Sapieha Virgilia, Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk, tłum. Ewa Horodyska, Ośrodek Karta, Warszawa 2019.

[Semka Piotr], Piątka u Semki. Jan Hlebowicz rozmawia z Piotrem Semką, Zysk i S-ka, Poznań 2019.

Seweryn Andrzej, Ja prowadzę! Rozmawiają Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, W.A.B., Warszawa 2019.

Sikorski Radosław, PiS strzela nam samobója, „Polityka”, 15–21 I 2020.

Skibiński Cyryl, „Maria Dąbrowska wobec Żydów”, praca magisterska napisana pod kierunkiem Marcina Kuli w Instytucie Historycznym UW w r. akad. 2012/2013 (publikowane: Papierowa segregacja. Stosunek Marii Dąbrowskiej do Żydów, „Pamiętnik Literacki” 2015, nr 3, s. 19–36).

[Sułek Antoni], Wobec Żydów więcej było wolno. Z prof. Antonim Sułkiem rozmawia Maciej Stasiński, „Gazeta Wyborcza”, 2–3 VI 2018.

[Szlajfer Henryk], Kapitalizm wyzwolony. Z prof. Henrykiem Szlajferem rozmawia Grzegorz Konat, w: Realny kapitalizm. Wokół teorii kapitalizmu monopolistycznego, red. Grzegorz Konat, Przemysław Wielgosz, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, s. 219–254.

Szlajfer Henryk, Współtwórcy atlantyckiego świata. Nowi chrześcijanie i Żydzi w gospodarce kolonialnej Ameryki Łacińskiej XVI–XVII wieku. Zarys problematyki, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2018 (rec.: Marcin Kula, „Nowi chrześcijanie” zagospodarowują „Nowy Świat”, „Studia Migracyjne – Przegląd Polonijny” 2019, nr 2 (172), s. 335–339).

Szostak Natalia, Pisarka kochana przez wszystkich poza polską prawicą, „Gazeta Wyborcza”, 11 X 2019.

Świda-Ziemba Hanna, Krótkowzroczność „kulturalnych”, „Gazeta Wyborcza” 7–8 IV 2001; cyt. za: tejże, Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy. 1930–1989, wybór i opracowanie Dominik Czapigo, Ośrodek Karta, Warszawa 2018.

Tokarska-Bakir Joanna, Pod klątwą. Portret społeczny pogromu kieleckiego, t. 1–2, Wydawnictwo Czarna Owca,Warszawa 2018.

Tuwim Julian, My, Żydzi polscy. Kwiaty polskie (fragmenty), Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1988.

Warszawski Dawid (właśc. Konstanty Gebert), Jak Rydzyk z Danielsem, „Gazeta Wyborcza”, 26 IX 2018.

Warszawski Dawid (właśc. Konstanty Gebert), Obłęd, czyli transakcja wiązana, „Gazeta Wyborcza”, 23 II 2018.

Wieże „bliźniaki” prezesa PiS, „Gazeta Wyborcza”, 29 I 2019.

[Wolsza Tadeusz], Jesteśmy narodem bohaterskim. Z prof. Tadeuszem Wolszą, historykiem, członkiem rady przy Muzeum II Wojny Światowej, rozmawia Maciej Pieczyński, „Do Rzeczy”, 22 I 2019.

Wroński Paweł, MSZ: ustawa o IPN to sukces, „Gazeta Wyborcza”, 6 II 2018.

Wroński Paweł, Flieger Estera, Prezydent prosi o wybaczenie, „Gazeta Wyborcza” 9 III 2018.

Wroński Paweł, Kondzińska Agata, Netanjahu o kolaborujących Polakach, „Gazeta Wyborcza”, 26–17 II 2019.

Zalewski Krzysztof Marcin, Naród, religia, rasa. Muzułmańskie ideologie i ruchy narodowe pogranicza w Południowo-Wschodniej Europie. Przykład Sandżaka nowopazarskiego w XX wieku, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010.

Zaremba Marcin, Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce, ISP PAN, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2005.

Zaremba Marcin, Wielka trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzys, Znak, ISP PAN, Kraków 2012.

Zawadzka Halina, Ucieczka z getta, Ośrodek Karta, Warszawa 2001.

Zybertowiczowie Krystyna i Andrzej, w Polityce.pl (dostęp 22 IV 2018).

[Żaryn Jan], Nie ma zgody na akceptację kłamstwa. Michał Karnowski rozmawia z profesorem Janem Żarynem, historykiem, senatorem, redaktorem naczelnym „W Sieci Historii”, „Sieci”, 6–12 V 2019.

Żukowski Tomasz, Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów, Wielka Litera, Warszawa 2018.


Przypisy

[1] Andrzej Krajewski, Świadectwo Morgenthaua, „Polityka” 4–10 IX 2013.

[2] Marcin Kula, Impresje z „marcowej” wystawy, „Kultura Liberalna” 3 IV 2018.

[3] Na marginesie: ciekawe było połączenie tych utworów w bibliofilskiej publikacji wydanej na zamówienie Edmunda Neusteina z okazji trzydziestolecia istnienia Księgarni Polskiej A. i E. Neusteinów w Izraelu: Julian Tuwim, My, Żydzi polscy. Kwiaty polskie (fragmenty), Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1988.

[4] Wieże „bliźniaki” prezesa PiS, „Gazeta Wyborcza” 29 I 2019.

[5]Z najnowszych publikacji por. Magdalena Nowak, Dwa światy. Zagadnienie identyfikacji narodowej Andrzeja Szeptyckiego w latach 1865–1914, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2018. Z wydawnictw źródłowych: Michał Römer, Dzienniki, t. 1–6, Ośrodek Karta, Warszawa 2017–2019.

[6] Wrażenia ze zwiedzania w listopadzie 2018 r.

[7] Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914–1965, red. Tadeusz Drewnowski, t. 4: 1937–1941, PAN. Wydział I Nauk Społecznych. Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009, s. 74 (zapis pod datą 12 IV 1938).

[8] Por. Olga Linkiewicz, Lokalność i nacjonalizm. Społeczności wiejskie w Galicji Wschodniej w dwudziestoleciu międzywojennym, TAiWPN Universitas, Kraków 2018. Zaletą tej pracy jest przyjrzenie się sytuacji poza dużymi ośrodkami.

[9] Z najnowszych uwag na ten temat por. Norman Davies, Sam o sobie, z autorem rozmawiali Joanna Gromek-Illg, Maciej Gablankowski, fragmenty pisane przez autora po angielsku tłum. Bartłomiej Pietrzyk, Znak, Kraków 2019, s. 84.

[10] Por. niedawna wystawa „»Obcy i niemili«. Antysemickie rysunki z prasy polskiej 1919–1939” (ŻIH 2013).

[11] Z najnowszych pozycji: Grzegorz Gauden, Lwów. Kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918, TAiWPN Universitas, Krakow 2019.

[12] Szymon Rudnicki, Żydzi w parlamencie II Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2004.

[13] Ostatnio prof. Davies relatywizował znaczenie wprowadzenia numerus clasus („Jeżeli rozpatruje się to zagadnienie w kontekście amerykańskiej offensive action czy dzisiejszego parytetu płci, sprawa nie wydaje się już tak jednoznaczna”). Trudno mi się z tym zgodzić, nawet jeśli łatwo mogę się zgodzić z niechęcią autora zarówno wobec upraszczająco czarnej, jak upraszczająco wybielającej wizji historii wzajemnych stosunków (Norman Davies, Sam o sobie, s. 369, 429).

[14] Przez sentyment przytoczę zachowany list Aleksandra Kamińskiego do mego Ojca z czerwca 1937 r.: „Szanowny Druhu! Przed miesiącem zwróciłem się do Marysi Piskorskiej z prośbą, aby doradziła mi, kogo mógłbym zaprosić do zajęcia się zbadaniem kilku skautowych organizacyj sjonistycznych żydowskich. Jest to potrzebne dla władz harcerskich, które są w trakcie rozpatrywania swych stosunków do młodzieży skautowej żydowskiej. Do owej akcji »badawczej« z powodu wielości organizacyj skautowych żydowskich potrzeba sporo ludzi. Między innemi dhna Piskorska wskazała mi na osobę Druha jako tego, do którego mogę się z tem zwrócić. Byłbym Druhowi bardzo zobowiązany za odpowiedź, czy propozycja ta dogadzałaby Wam. W razie pozytywnej odpowiedzi – nadeślę szczegóły. Łączę serdeczne uściski dłoni i proszę o podanie swego adresu, gdyż list ten wysyłam okrężną drogą. Czuwaj! A. Kamiński”. List został napisany na maszynie, podpis jest odręczny. Nazwisko wspomnianej Marii Piskorskiej nic mi nie mówi. W sprawie kontaktów Aleksandra Kamińskiego ze środowiskami żydowskimi w kontekście ZHP por. Marcin Kula, Kamyk moszczący drogę, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce” 1992, nr 2/3, s. 199–201.

[15] [Jerzy Jedlicki], Ty to chyba Żydek jesteś? (Z Jerzym Jedlickim w roku 2014 rozmawiała Anna Bikont), „Gazeta Wyborcza”, 3–4 II 2018.

[16] „Z jednej strony młodzi, postępowi Żydzi z trudem wyłamywali się z rygorów religijnych i obyczajowych, które przez wieki zespalały w diasporze rozproszony naród żydowski. A jednocześnie natrafiali na opór i wrogość znacznej części polskiego społeczeństwa. Trudno było odejść od starego świata, ale może jeszcze trudniej– znaleźć miejsce pod słońcem w tym nowym świecie. Największy paradoks polegał na tym, że część społeczeństwa polskiego tolerowała żydowskie getto z jego zacofaniem, religianctwem, a ze szczególną niechęcią odnosiła się do Żydów oświeconych, negując ich patriotyzm, wkład w rozwój kultury” (Celina Budzyńska, Strzępy rodzinnej sagi, ŻIH, Warszawa 1997, s. 18).

[17] Virgilia Sapieha, Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk, tłum. Ewa Horodyska, Ośrodek Karta, Warszawa 2019, s. 184.

[18] Henryk Szlajfer, Współtwórcy atlantyckiego świata. Nowi chrześcijanie i Żydzi w gospodarce kolonialnej Ameryki Łacińskiej XVI–XVII wieku. Zarys problematyki, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2018. Por. rec.: Marcin Kula, „Nowi chrześcijanie” zagospodarowują „Nowy Świat”, „Studia Migracyjne – Przegląd Polonijny” 2019, nr 2 (172), s. 335–339.

[19] Marcin Kula, Żydzi – rolnicy (w okresie międzywojennym, poza Palestyną), w: tegoż, Uparta sprawa. Żydowska? Polska? Ludzka?, TAiWPN Universitas, Kraków [2004], s. 17–38.

[20] Rafał Węgrzyniak, „Ideologia polityczna Reduty”, referat podczas konferencji „Reduta. Nowe fragmenty” (Instytut Sztuki PAN, Warszawa 28–29 XI 2019).

[21] Cyryl Skibiński, „Maria Dąbrowska wobec Żydów”, praca magisterska napisana pod kierunkiem Marcina Kuli w Instytucie Historycznym UW w r. akad. 2012/2013 (publikowane: Papierowa segregacja. Stosunek Marii Dąbrowskiej do Żydów, „Pamiętnik Literacki” 2015, nr 3, s. 19–36).

[22] Maria Dąbrowska, Dzienniki, opr. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik, Warszawa 1988, t. 1, s. 395.

[23] Tamże, s. 237 (zapis pod datą 1 III 1928).

[24] Jan Tomasz Gross, Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka, Pogranicze, Sejny 2000.

[25] Marcin Kula, Autoportret rodziny X. Fragment żydowskiej Warszawy lat międzywojennych, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007.

[26] „Żeby zrozumieć relacje chłopów z Żydami, trzeba wiedzieć, że były to społeczności osobne, dwa światy: Żydów i chrześcijan, czy Żydów i polskich chłopów. Dzieliła ich nie tylko religia i kultura, ale też żyli w oddzielnych skupiskach. Mieszkali po sąsiedzku, ale nie byli sąsiadami. Nie odwiedzali się. Związki między nimi były głównie ekonomiczne. Chłopi kupowali u Żydów w sklepach, a Żydzi u chłopów wszystko, co wyprodukowali oni w gospodarstwach. W miasteczku dzieci chodziły razem do szkoły, ale we wsiach razem się nie bawiły. Nie pasały razem krów, a pastwisko było bardzo ważne dla socjalizacji na wsi. Młodzi ludzie nie chodzili razem »na kawalerkę«. Nie było małżeństw mieszanych. Wzajemna separacja” ([Antoni Sułek], Wobec Żydów więcej było wolno. Z prof. Antonim Sułkiem rozmawia Maciej Stasiński, „Gazeta Wyborcza”, 2–3 VI 2018).

[27] Robiło to widać wrażenie na Stanisławie Ossowskim, skoro w swoim dzienniku zapisał w odniesieniu do małżeństw chrześcijańsko-żydowskich: „Największy odsetek w Trieście – 50% ludności żydowskiej. W Hamburgu i Kopenhadze – 1/3; w Niemczech – 20%; na wschodzie Europy – 1–5%” (Stanisław Ossowski, Dzienniki, t. 1: 1905–1939, opr. Róża Sułek, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2019, s. 205, zapis pod datą 17 XII 1933).

[28] „Bo każde nienawistne uprzedzenie etniczne bez względu na formy nosi w sobie ładunek zbrodni. Pokazało to choćby doświadczenie Jugosławii. Studiujący dziś w Polsce studenci opowiadają, że dawniej może istniała jakaś niechęć między różnymi narodami czy wyznawcami różnych religii, lecz nie była ona jaskrawo manifestowana. Przeciwnie – ludzie różnych narodowości przyjaźnili się, były też małżeństwa mieszane. A jednak jugosłowiańska wojna ukazała, że te podskórne antagonizmy wybuchły (w pewnych właśnie warunkach) jak wulkan. Tak więc »łagodność« przejawów uprzedzeń etnicznych o niczym nie świadczy. Nie znamy przyszłości, a więc nie wiemy, czy i kiedy ten polski ładunek uprzedzeń etnicznych wobec Żydów może eksplodować” (Hanna Świda-Ziemba, Krótkowzroczność „kulturalnych”, „Gazeta Wyborcza”, 7–8 IV 2001; cyt. za: tejże, Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy. 1930–1989, wybór i opracowanie Dominik Czapigo, Ośrodek Karta, Warszawa 2018, s. 272).

[29] Magdalena Grochowska, W czasach szaleństwa. Hertz. Fiłosofow. Stempowski. Moltke, posłowie Anna Wolff-Powęska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019, s. 327.

[30] Archiwum Akt Nowych, zespół KGPPP, sygn. 258.

[31] Norman Davies, Sam o sobie, s. 538.

[32] Jan M. Piskorski, Przesiedlenie i uchodźcy, „Polityka. Pomocnik historyczny” 2013, nr 5: Trzecia Rzesza, s. 116.

[33] Halina Zawadzka, Ucieczka z getta, Ośrodek Karta, Warszawa 2001, s. 22.

[34] „Męczeństwo Żydów było dla chłopów czymś widocznym i bolesnym, ale jednak odległym. To nie była »ich sprawa«” ([Antoni Sułek], Wobec Żydów więcej było wolno).

[35] Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, t. 1–2, red. Barbara Engelking, Jan Grabowski, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2018.

[36] Z niedawno publikowanych świadectw: Roman Frister, Autoportret z blizną, tłum. Elżbieta i Roman Frister, Oficyna Wydawnicza Przybylik&, Warszawa 2019, s. 351–359.

[37] Adina Blady-Szwajgier [później Irena/Inka Świdowska], I więcej nic nie pamiętam, Nisza, Warszawa 2019, s. 183–184.

[38] Tomasz Żukowski, Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów, Wielka Litera, Warszawa 2018, s. 256–258.

[39] Anna Bikont, Sendlerowa. W ukryciu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 339.

[40] Marcin Zaremba, Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce, ISP PAN, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2005.

[41] Mordechaj Canin, Przez ruiny i zgliszcza. Podroż po stu zgładzonych gminach żydowskich w Polsce, tłum. Monika Adamczyk-Garbowska, Nisza we współpracy z ŻIH, Warszawa 2018, s. 229, 290, 315, 411 i in.

[42] Tamże, s. 242.

[43] Do tego wątku spraw wielką wagę przywiązuje prof. Gross (Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, … bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, W.A.B., Warszawa 2018, s. 170–171).

[44] Marcin Zaremba, Wielka trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzys, Znak, ISP PAN, Kraków 2012.

[45] Natalia Aleksiun, Dokąd dalej? Ruch syjonistyczny w Polsce (1944–1950), Centrum Badania i Nauczania Dziejów i Kultury Żydów w Polsce im. Mordechaja Anielewicza, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2002; Łukasz Krzyżanowski, Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.

[46] Roman Frister, autoportret z blizną, s. 382; Stanisław Ryszard Dobrowolski, Głupia sprawa, Czytelnik, Warszawa 1969.

[47] Joanna Tokarska-Bakir, Pod klątwą. Portret społeczny pogromu kieleckiego, t. 1–2, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2018.

[48] [Stefan Chwin], A co, jeśli nas, Polaków, nic nie łączy? Ze Stefanem Chwinem rozmawia Grzegorz Wysocki, „Gazeta Wyborcza”, 1–2 IX 2018.

[49] Marcin Kula, Historyczne treści w historycznym referendum, w: tegoż, O co chodzi w historii?, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2008, s. 167–178.

[50] [Tadeusz Wolsza], Jesteśmy narodem bohaterskim. Z prof. Tadeuszem Wolszą, historykiem, członkiem rady przy Muzeum II Wojny Światowej, rozmawia Maciej Pieczyński, „Do Rzeczy”, 22 I 2019.

[51] Dariusz Stola (za Michałem Bilewiczem) w dyskusji „Fałszywa historia jako mistrzyni fałszywej polityki” na uroczystości „Człowieka roku” i 29. urodzin „Gazety Wyborczej” 25 V 2018.

[52] Grzegorz Gauden, Lwów. Kres iluzji…, s. 147, 173 i in.

[53] Andrzej Seweryn, Ja prowadzę! Rozmawiają Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, W.A.B., Warszawa 2019, s. 94.

[54] „Gazeta Wyborcza”, 10 VIII 2018.

[55] Estera Flieger, Historyczny populizm premiera, „Gazeta Wyborcza”, 29 I 2019.

[56] Profesro Davies ujął to jeszcze mocniej: „Uważam, że trzeba to powiedzieć wprost: drugą wojnę światową wygrał Stalin” (Norman Davies, Sam o sobie, s. 603).

[57] „Ale rządowi PiS udało się strzelić nam samobója i ze swoją tradycyjną mieszanką nadętości moralnej oraz krótkowzroczności Putina do Auschwitz nie zaprosił. Mimo, że to Armia Czerwona, a nie żołnierze wyklęci, zajęła obóz w Oświęcimiu i uwolniła pozostałych jeszcze więźniów. Rezultat jest jak koszmarny sen polskiego dyplomaty. Rocznica wyzwolenia obozu, który hitlerowcy zbudowali dla Polaków na terenie okupowanej Polski, będzie obchodzona zagranicą pod nieobecność prezydenta Polski. Nie wiem, jak można bardziej wymanewrować się na margines” (Radosław Sikorski, PiS strzela nam samobója, „Polityka”, 15–21 I 2020).

[58] Cyt. za TVN24.

[59] Krzysztof Marcin Zalewski, Naród, religia, rasa. Muzułmańskie ideologie i ruchy narodowe pogranicza w Południowo-Wschodniej Europie. Przykład Sandżaka nowopazarskiego w XX wieku, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 78.

[60] Z najnowszych prac por.: Mariusz Mazur, Antykomunistycznego podziemia portret zbiorowy. 1945–1956. Aspekty mentalno-psychologiczne, Bellona, UMCS, Warszawa–Lublin 2019.

[61] Cyt. za: [Piotr Osęka], Administracja zbiorowej pamięci, „Newsweek” 19–25 III 2018 (z Piotrem Osęką rozmawiał Paweł Reszka).

[62] [Paweł Machcewicz], Absolutne przerwanie ciągłości. Z Pawłem Machcewiczem rozmawia Karolina Wigura, „Kultura Liberalna”, 19 VI 2018 (przywołana, bez cytowania, wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego).

[63] Barbara Nowak, małopolska kurator oświaty (Michał Olszewski, Kurator w pierwszym szeregu rewolucji, „Gazeta Wyborcza”, 26 II 2018).

[64] Głos na jednej z konferencji partyjnych w 1968 r. ([Piotr Osęka], Administracja zbiorowej pamięci).

[65] Jie-Hyun Lim zaliczył Polskę do czołowych reprezentantów a victimhood nationalism – obok Izraela i Korei. Do tego grona można jednak zaliczyć więcej krajów i narodów (Jie-Hyun Lim, Narody-ofiary i ich megalomanie, „Więź”, luty–marzec 2010, s. 22–34; por. Jan M. Piskorski, Od kultu herosów do adoracji ofiar. Przemiany w kulturze pamięci, tamże, s. 5–21).

[66] Liternictwo logo NSZZ „Solidarność”, w które wkomponowana jest flaga narodowa.

[67] Witold Kula, Rozdziałki, do druku podali Nina Assorodobraj-Kula i Marcin Kula, opracował oraz wstępem i przypisami opatrzył Marcin Kula, Wydawnictwo Trio, Warszawa 1996, s. 213 (zapis z grudnia 1970 r.).

[68] Roman Frister, Autoportret z blizną, s. 291–292.

[69] Jan Grabowski, Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

[70] TOK FM, 6 VIII 2018.

[71] Andrzej Łapicki, Jutro będzie „Zemsta”. Dzienniki 1984–2005, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018, s. 468.

[72] Dawid Warszawski (właśc. Konstanty Gebert), Obłęd, czyli transakcja wiązana, „Gazeta Wyborcza”, 23 II 2018.

[73] „Uchwalenie tej ustawy, która miała służyć obronie dobrego imienia Polski, przejdzie do podręczników PR jako najbardziej kontrproduktywna akcja w historii. Nigdy nie byłoby czegoś, co przyniosłoby tak odwrotne skutki do rzekomych zamierzeń” (Dariusz Stola w rozmowie z Konradem Piaseckim, Radio Zet 18 IV 2018).

[74] Co podkreślał jeszcze później prezydent Andrzej Duda na XX Powszechnym Zjeździe Historyków Polskich w Lublinie (18–20 IX 2019). Powiedział do zebranych m.in.: „Dlatego że stało się wiele złego – można powiedzieć: wyrządzono nam wiele złego, jeśli chodzi o nieprawdę historyczną. Słynne określenie – dramatyczne z naszego punktu widzenia – »polskie obozy zagłady« czy »polskie obozy śmierci« przecież zostało gdzieś ukute, w jakiś sposób zostało przesączone do umysłów ludzi na zachodzie Europy i na różnych kontynentach. I tak się utrwaliło, że nawet ludzie światli pozwalają sobie go używać – ludzie, którzy powinni doskonale znać historię o II wojnie światowej i prawdę o tamtych wydarzeniach, cały czas powtarzają to określenie” (ttps://www.prezydent.pl/aktualnosci/wypowiedzi-prezydenta-rp/wystapienia/art,814,wystapienie-prezydenta-na-xx-powszechnym-zjezdzie-historykow-polskich.html).

[75] Paweł Wroński, MSZ: ustawa o IPN to sukces, „Gazeta Wyborcza”, 6 II 2018.

[76] Dawid Warszawski, Jak Rydzyk z Danielsem, „Gazeta Wyborcza” 26 IX 2018.

[77] [Etgar Keret], Mama byłaby naprawdę zła. Etgara Kereta wysłuchał Paweł Smoleński, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 I 2020.

[78] Według „The Jerusalem Post”. Cyt. za: Paweł Wroński, Agata Kondzińska, Netanjahu o kolaborujących Polakach, „Gazeta Wyborcza” 26–17 II 2019. Ambasador Izraela Anna Azari negowała, jakoby premier powiedział te słowa, kancelaria premiera Izraela twierdziła, jakoby został on źle zrozumiany, gdyż nie mówił o całym narodzie. Maciej Kozłowski, były ambasador RP w Izraelu, w rozmowie z Janem Wróblem w TOK FM 19 II 2019 sugerował, że Netanjahu był krytykowany w Izraelu za podpisanie deklaracji z Morawieckim, więc w Warszawie chciał podkreślić, że dzięki jego działaniu nikt nie został skazany za mówienie, iż Polacy byli przeciw Żydom – a redakcja „The Jerusalem Post” zrozumiała to inaczej.

[79] Krzysztof Malicki, „»Ja do dziś widzę tych ludzi«. Zagłada w pamięci polskich świadków”, referat na konferencji „Pamięć, tożsamość, Zagłada. Nowe badania i problemy metodologiczne”, Międzynarodowa konferencja jubileuszowa dla dr hab. Małgorzaty Melchior, IFiS PAN, ISNS UW, Muzeum Historii Żydów Polskich Polin, Warszawa, 20–21 IX 2018.

[80] Jan Tomasz Gross (współpraca Irena Grudzińska-Gross), Złote żniwa. Rzecz o tym, co działo się na obrzeżach zagłady Żydów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.

[81] Marcin Kula, Obronią Polskę w paryskim audytorium!, „Kultura Liberalna”, 9 III 2019.

[82] [Jan Grabowski], Desant prawicy na Paryż, „Gazeta Wyborcza”, 27 II 2019 (wywiad udzielony Esterze Flieger przez prof. Jana Grabowskiego); Estera Flieger, Wyzywali naukowców w Paryżu, „Gazeta Wyborcza”, 25 II 2019.

[83] Estera Flieger, Wyzywali naukowców w Paryżu.

[84] Tamże.

[85] tamże.

[86]Dariusz Rosiak, Polska – Izrael: wyjście z obłędu, „Tygodnik Powszechny”, 3 III 2019.

[87] Natalia Szostak, Pisarka kochana przez wszystkich poza polską prawicą, „Gazeta Wyborcza”, 11 X 2019.

[88] [Etgar Keret], Niesłuszne historie, „Tygodnik Powszechny”, 1 VII 2018 (z Etgarem Keretem rozmawia Michał Sowiński).

[89] Marcin Kula, Krótki raport o użytkowaniu historii, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004.

[90] [Piotr Semka], Piątka u Semki. Jan Hlebowicz rozmawia z Piotrem Semką, Zysk i S-ka, Poznań 2019, s. 365.

[91] Michał Olszewski, Polacy kochają czuć się urażeni, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 VIII 2018.

[92] Krystyna i Andrzej Zybertowiczowie, wPolityce.pl (dostęp 22 IV 2018).

[93] [Jarosław Kaczyński], Wszystko zgodnie z prawem. Jacek Karnowski rozmawia z Jarosławem Kaczyńskim, prezesem Prawa i Sprawiedliwości, „Sieci”, 11–17 II 2019.

[94] Władysław Bartoszewski, Michał Komar, Prawda leży tam, gdzie leży, Wydawnictwo Naukowe PWN, we współpracy z Firmą Wydawniczą Sezamm Małgorzata Maruszkin, Warszawa 2016.

[95] [Jan Tomasz Gross] Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, … bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, s. 197–198.

[96] [Paweł Machcewicz], Absolutne przerwanie ciągłości. Machcewicz o kontrproduktywności podejmowanych posunięć także na przykładzie umieszczenia wielkoformatowego zdjęcia rodziny Ulmów, opatrzonego napisem „Polacy wobec Zagłady” w sali, poświęconej eksterminacji Żydów w Auschwitz w Muzeum II Wojny Światowej po zmianach w nim przeprowadzonych przez PiS: „To przecież ma w sobie czysto propagandowy charakter, jest postrzegane jako prymitywna manipulacja, opisywana zresztą w mediach zachodnich. Jeżeli celem jest zbudowanie pozytywnego wizerunku Polski za granicą, to takie działania są przeciwskuteczne” (tamże). Dodajmy od siebie, że szkoda rodziny Ulmów, godnej najwyższego szacunku, która staje się przedmiotem „polityki historycznej”.

[97] [Piotr Osęka], Administracja zbiorowej pamięci.

[98] W recenzji z: Wojciech Materski, Od cara do „cara”. Studium rosyjskiej polityki historycznej, ISP PAN, Warszawa 2017 („Dzieje Najnowsze” 2018, nr 2, s. 320).

[99] „Okazuje się jednak, że w sferze publicznej jest dziś miejsce tylko na jeden dyktat, konstruowany przez rządzących. To w istocie zabójcze dla świadomości historycznej. Obecnie prowadzona polityka historyczna jest tak jednostronna, że na dłuższą metę nie może być skuteczna” ([Paweł Machcewicz], Absolutne przerwanie ciągłości); „Od prawie trzech lat mamy do czynienia z głębokim upolitycznieniem historii, centralizacją przekazu i marginalizacją środowisk, które reprezentują inny pogląd niż partia rządząca. To pokazał atak na Muzeum II Wojny Światowej, w którym stworzyliśmy wystawę prezentującą zupełnie inną wizję i wrażliwość historyczną niż ta, która ma obowiązywać w Polsce Prawa i Sprawiedliwości. Innymi przykładami są szeroka krytyka wystawy »Obcy w domu«, która w Muzeum POLIN opowiada o wydarzeniach Marca ’68, czy nieprzyznanie dotacji kwartalnikowi »Zagłada Żydów Polskich«” (tamże).

[100] [Jan Żaryn], Nie ma zgody na akceptację kłamstwa. Michał Karnowski rozmawia z profesorem Janem Żarynem, historykiem, senatorem, redaktorem naczelnym „W Sieci Historii”, „Sieci”, 6–12 V 2019.

[101][Henryk Szlajfer], Kapitalizm wyzwolony. Z prof. Henrykiem Szlajferem rozmawia Grzegorz Konat, w: Realny kapitalizm. Wokół teorii kapitalizmu monopolistycznego, red. Grzegorz Konat, Przemysław Wielgosz, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, s. 219–220.

[102] Paweł Wroński, Estera Flieger, Prezydent prosi o wybaczenie, „Gazeta Wyborcza”, 9 III 2018.

[103] Z ostatnich na przykład: Andrzej Leder, Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2014.

[104] Zygmunt Bauman, Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018.

[105] Jerzy Jedlicki, O narodowości kultury, „Res Publica” 1987, nr 2, s. 46–55.

[106] Marcin Kula, Polonia to najpierw ludzie, a dopiero potem Polonia, w: tegoż, Historia moja miłość (z zastrzeżeniami), Wydawnictwo UMCS, Lublin 2005, s. 242–250; tenże, Żydzi – rolnicy…

[107] Z wypowiedzi Jerzego Jedlickiego podczas konferencji „Tożsamość narodowa i pamięć historii. Porównania między Polska a Włochami”, 16–18 VI 1994 r.


Korekta językowa: Beata Bińko




Zdrajca czy bandyta? Nieoczywisty przypadek por. Jerzego Tabęckiego „Lassa”

Ppłk/gen. Antoni Chruściel „Monter”, szef Okręgu Warszawa AK, dowódca Powstania Warszawskiego. Wydał wyrok na por. Jerzego Tabęckiego „Lasso” / Fot. T. Bór-Komorowski, Powstanie Warszawskie, Warszawa 2004

SEBASTIAN PAWLINA

Zdrajca
czy bandyta? Nieoczywisty przypadek por. Jerzego Tabęckiego „Lassa”

W sobotę 7 lutego 1931 r. w gmachu Włoskiego
Towarzystwa Ubezpieczeń Riunione Adriatica di Sicurtà przy ul. Moniuszki 10
otwarto prawdopodobnie najbardziej elegancki lokal ówczesnej Warszawy. Cafe
Adria od samego początku przyciągała elitę. Do środka wchodziło się przez drzwi
z kryształowego szkła. Idąc dalej, widziało się marmurowe ściany, salę
dancingową, cocktail-bar, obrotowy parkiet czy ogród zimowy. Po wkroczeniu do
Warszawy we wrześniu 1939 r. Niemcy zabronili Polakom wstępu do Adrii. Chcieli
ją mieć tylko dla siebie.

Z czasem restauracja, tak jak i inne lokale „Nur für
Deutsche”, stała się dla nich nie tylko centrum rozrywki, ale i jednym z tych
miejsc, gdzie mogli czuć się bezpiecznie. Do czasu. Późnym wieczorem w sobotę
22 maja 1943 r. do środka weszło dwóch mężczyzn. Mieli jedno zadanie – zabić
jak najwięcej Niemców. Głównym wykonawcą był Jan Kryst „Alan”, młody żołnierz
Armii Krajowej, który kilka tygodni wcześniej zgłosił się do wykonania
samobójczej akcji. Według legendy zrobił to po tym, jak lekarz przekazał mu, że
jest nieuleczalnie chory i zostało mu zaledwie kilka miesięcy życia. Prawda,
jak to zazwyczaj bywa, jest bardziej skomplikowana. W efekcie powody, dla
których Kryst zdecydował się wziąć udział w tym zadaniu, pozostają
niewyjaśnione. Drugim z mężczyzn był porucznik Jerzy Tabęcki „Lasso”. Jego rola
ograniczała się do wprowadzenia „Alana” do środka i ewentualnego umożliwienia
mu ucieczki.

To, co w ciągu następnych kilku minut się wydarzyło,
znamy z relacji włoskiego dziennikarza Alceo Valciniego, który akurat tego
wieczoru wybrał się do Adrii.

Znalazłem stolik w pobliżu drzwi wejściowych i nie wiem, czy nie był to życzliwy uśmiech przeznaczenia. W czasie, gdy piruety tancerki przyciągały uwagę publiczności, w środku sali, gdzie dawano program, usłyszałem strzał – najpierw jeden, potem drugi, trzeci, czwarty, piąty… O parę kroków ode mnie po prawej stronie zrobił się zgiełk. Przewracano stoły, naczynia, stoły, butelki. Wycie i krzyki. Po kilku minutach grupa żołnierzy poruszonych do ostatnich granic utorowała sobie przejście wśród tłumu, krzycząc: „Zamach!” i trzymając rewolwery w ręku. Wysoki młodzieniec z twarzą zbroczoną krwią padł na ziemię, gdy rzucono w niego kilkoma krzesłami. To polski zamachowiec, patriota; zabił on w ciągu paru sekund dwóch oficerów i dwóch żołnierzy, strzelając zza marmurowej kolumny w kierunku centralnie ustawionego stołu, przy którym zazwyczaj zajmowały miejsca osobistości niemieckie. […] Niemcy rzucili się na niego i zmasakrowali, bijąc flaszkami i stołkami. Przy mnie wyzionął ducha, w swym brązowym ubraniu, za obszernym jak na gruźlika. Zmarł, gdy agent gestapo usiłował wydobyć od niego jakąś tajemnicę (Valcini 1973, s. 282–283).

Kryst zginął, ale „Lasso” przeżył. Wiosną 1943 r. stał
u szczytu swojej konspiracyjnej kariery. Rok później zastrzelono go na jednej z
warszawskich ulic.

Początki

Jerzy Mieczysław Tabęcki urodził się w czwartek 14
grudnia 1916 r. w Ułanówce na Ukrainie. Według relacji Józefa R. Rybickiego,
późniejszego dowódcy „Lassa”, jego ojciec był przyjacielem Antoniego Chruściela,
w czasie wojny szefa Okręgu Warszawskiego AK (Rybicki 22.05.1979, s. 2). Kiedy
się zaczęła ta znajomość, czym się zajmował ojciec Jerzego – nie potrafimy
stwierdzić z całą pewnością. Możemy jedynie przypuszczać, że miał związki z
wojskiem. Idąc tym tropem, odnajdujemy majora Kazimierza Tabęckiego, syna
Antoniego i Marii ze Zbijewskich, urodzonego 13 czerwca 1887 r. w Leśnikach. W
Wojsku Polskim służył od 1918 r. Jako żołnierz I batalionu etapowego walczył w
wojnie polsko-bolszewickiej. W następnych latach służył w 52. Pułku Piechoty i
w Oddziale V Sztabu Generalnego. W 1932 r. został prokuratorem przy Wojskowym
Sądzie Okręgowym nr X, dwa lata później zaś kierownikiem Okręgowego Sądu
Wojskowego nr VI we Lwowie. Studia prawnicze ukończył na tamtejszym Uniwersytecie
im. Jana Kazimierza. Tym samym, gdzie prawo studiował także Antoni Chruściel. Ponownie
się spotkali krótko przed wojną. Gdy Chruściel w latach 1937–1938 pełnił
funkcję zastępcy dowódcy 40. Pułku Piechoty „Dzieci Lwowskich”, Kazimierz
Tabęcki kierował OSW nr VI we Lwowie. Zginął w 1940 r. w Charkowie, zastrzelony
przez Rosjan. Niestety niemal nic nie wiemy o matce Jerzego. Prawdopodobnie
miała niemieckie korzenie.

O przedwojennym życiu Tabęckich wiemy więc
dramatycznie mało. Nie potrafimy wskazać momentu, kiedy przenieśli się do
Warszawy, czym się zajmowali, jakie szkoły skończył Jerzy. Na pierwsze pewne
elementy układanki natrafimy w 1939 r., kiedy był podporucznikiem służby stałej
w Marynarce Wojennej (Lewandowski 9.09.1974, s. 22). Jednak jego wrześniowy
szlak bojowy nie ma nic wspólnego z morzem. Wiemy, że znalazł się w Grupie płk.
Mariana Ocetkiewicza. Brała ona udział m.in. w drugiej bitwie pod Tomaszowem
Lubelskim.

Poza ogólnym szlakiem bojowym nie potrafimy powiedzieć
nic więcej o tym etapie życia młodego Tabęckiego. Nie wiemy, kiedy się związał z
Grupą płk. Ocetkiewicza, jak długo się w niej znajdował, czy został ranny, w
końcu – jakie były jego późniejsze losy. Czy od razu trafił do Warszawy, a może
dostał się do niewoli? Jeśli tak, to czy uciekł z niej, czy wykorzystał
pochodzenie swoje i swojej matki? Jeśli zaś nie udał się do Warszawy, to gdzie?
Podobnych pytań moglibyśmy postawić jeszcze kilka, kilkanaście. Pewne jest
tylko to, że dopiero od maja 1940 r. możemy w miarę dokładnie śledzić jego
losy.

Wejście
do podziemia

Każda legenda ma swój początek. Nie inaczej jest z
takimi symbolami polskiej konspiracji zbrojnej, jak bataliony „Zośka” i
„Parasol”, których korzeni należałoby upatrywać w ostatnich miesiącach 1939 r.,
kiedy w Oddziale III Sztabu Komendy Głównej Służby Zwycięstwu Polski utworzono
Referat „C”. Jego „zadaniem była organizacja i kierowanie walką czynną” (Strzembosz
1983, s. 21). Na czele referatu stanął mjr Franciszek Niepokólczycki „Franek”, lepiej
znany jako „Teodor”. Zebrał wokół siebie grupę oficerów, wszyscy byli saperami,
i razem zaczęli tworzyć zręby warszawskiej, a zarazem krajowej dywersji. W
gronie tym znaleźli się m.in. kpt. Jan W. Kiwerski „Oliwa”, późniejszy dowódca
Oddziału Dyspozycyjnego Związku Odwetu „Motor” oraz 27. WDP AK, kpt. Jerzy
Lewiński „Jurek”, od przełomu 1943 r. już jako „Chuchro” pełniący funkcję szefa
Kedywu Okręgu Warszawskiego AK, por. Zbigniew Lewandowski „Zbyszek”, zastępca
Lewińskiego w Kedywie OW, czy też por. Jan K. Andrzejewski „Jan”, w trakcie
Powstania Warszawskiego dowodzący brygadą „Broda 53”.

Ich wysiłki zaowocowały sprawnym formowaniem
pierwszych oddziałów bojowych podziemnej Warszawy, choć te naprawdę duże
jednostki, jak „Motor” czy „Osa”, narodziły się dopiero w połowie 1942 r. Jerzy
Tabęcki nigdy jednak nie działał w tak dużej grupie. Wszystkie informacje o
jego organizacyjnej pracy, jakimi dysponujemy, wskazują na to, że od początku
swojej działalności był związany z niedużymi zespołami. Tak było z jego
oddziałem w Kedywie OW, liczącym około 20 ludzi. Józef R. Rybicki nazywał go
grupą „niemiecką” (Rybicki 2003, s. 131), w dokumentach Kedywu OW pojawia się
jako grupa „Lasso” (Kedyw 2009, s. 39, 49), według Henryka Witkowskiego (Witkowski
1984, s. 112) i Tomasza Strzembosza (Strzembosz 1983, s. 263) była to grupa ds.
likwidacji agentów Gestapo i Abwehry, albo referat dywersji osobowej, jak
określił ją w swoich zapiskach Zbigniew Lewandowski (Lewandowski 9.09.1974, s. 22).
Sam Jerzy Lewiński w sierpniu 1943 r. mówił o „Lassie” jako o referencie dywersji
osobowej (Oddziały 2010, s. 36).

Daty powstania grupy „Lassa” nie znamy. Na pewno istniała
jesienią 1942 r., kiedy Antoni Chruściel przekazał ją pod rozkazy Jerzego
Lewińskiego, konstruującego właśnie struktury Kedywu OW AK. Nie do końca jasna
pozostaje wcześniejsza rola Tabęckiego i jego ludzi. Według Tomasza Strzembosza
była ona tożsama z tą, jaką odgrywał w Kedywie. Zbigniew Lewandowski z kolei
stwierdzał, że „Lasso” znajdował się w grupie osłonowej „Montera”.

Pewne jest, że dużą część swojej konspiracyjnej
działalności Tabęcki związał z przyjacielem ojca. Czy było tak od samego
początku, trudno stwierdzić. W podziemiu znalazł się w maju 1940 r. Miesiąc
później w szeregi ZWZ wstąpił Chruściel. Kontakt z organizacją musiał jednak nawiązać
już wcześniej. Podjęcie decyzji, przygotowanie stanowiska, wprowadzenie w rolę z
pewnością zajęło trochę czasu. W związku z tym możemy podejrzewać, że Chruściel
przygotowując się do pracy w ZWZ, mógł zaproponować to również Tabęckiemu. To
oczywiście jedynie spekulacje. „Lasso” miał szansę na dziesiątki innych
sposobów przystąpić do podziemia. Wystarczyło spotkać kolegę z czasów szkolnych
albo znajomego z wojska, już działającego „dla sprawy”, i za jego namową
wstąpić do organizacji. Zastanawiać może moment, kiedy Tabęcki to zrobił, czy
może – dlaczego wcześniej tego nie zrobił. Może był ranny we wrześniu 1939 r.,
co uniemożliwiło mu podjęcie takiej decyzji? A może wolał poczekać na rozwój
wypadków? Albo też, co w początkowym okresie działalności organizacyjnej wielu
ludzi wydaje się dość częstym zjawiskiem – zaczął od zupełnie innej
organizacji, a z jakichś względów zniechęcony do niej, postanowił szukać dalej?
Po raz kolejny dostrzegamy, jak gigantycznych rozmiarów są białe plamy w
życiorysie Jerzego Tabęckiego.

W maju 1979 r. Rybicki przyznał Strzemboszowi, że
„Lasso” cieszył się pełnym zaufaniem Chruściela. Wiązało się to z jednej strony
z przyjacielskimi stosunkami łączącymi starego Tabęckiego i „Montera”, z
drugiej zaś z tym, że młody Tabęcki miał wyrobić późniejszemu komendantowi
Okręgu Warszawskiego AK fałszywą legitymację (Rybicki 22.05.1979, s. 2). Według
Rybickiego chodziło o kenkartę (Rybicki, Kummant, Witkowski 05.1973, s. 1).

Ta jedna informacja z relacji Rybickiego pozwala nam zgadywać,
że „Lasso” i „Monter” musieli wcześnie rozpocząć współpracę. Najpewniej
dotyczyła ona okresu przedorganizacyjnego późniejszego dowódcy Powstania
Warszawskiego. Chruściel po przegranej kampanii we wrześniu 1939 r., wbrew
zarządzeniom władz okupacyjnych, nie zarejestrował się jako oficer Wojska
Polskiego, w związku z czym musiał się ukrywać. Prawdopodobnie właśnie wtedy Tabęcki
przyszedł mu z pomocą. Po czerwcu 1940 r., kiedy „Monter” zajmował już
stanowisko szefa Wydziału III Komendy OW ZWZ, miał do dyspozycji aparat
legalizacyjny organizacji i trudno sobie wyobrazić, by musiał korzystać z usług
osoby prywatnej, choćby najbardziej zaufanej.

O szczególnie pozytywnym stosunku Chruściela do „Lassa”
przekonują nas znane nam relacje. Wspominałem już o tym, co mówił Rybicki.
Wersję tę potwierdzał również Lewandowski. Nie był jednak dowódca warszawskich
struktur ZWZ/AK jedynym, którego sympatię zdołał zaskarbić sobie Tabęcki.
Równie dobre zdanie, jeśli nie lepsze, miał o nim twórca i szef Kedywu OW AK
Jerzy Lewiński.

Urodzony 14 czerwca 1908 r. we wsi Mierzyce w powiecie
wieluńskim, syn Antoniego i Haliny z domu Dybek, już w 1926 r. związał swoją
przyszłość z wojskiem. Kolejno kończone kursy, sprawowane funkcje – był m.in.
kierownikiem WF w Centrum Wyszkolenia Saperów – a także udział w obronie
Warszawy we wrześniu 1939 r. – dostał się do niewoli, z której uciekł –
zaprowadziły go do wspominanego już Referatu „C” w Oddziale III Sztabu Komendy Głównej
SZP. Używając konspiracyjnego nazwiska Jerzy Reda w sierpniu 1940 r. objął
stanowisko dowódcy batalionu saperów m.st. Warszawy, a w czerwcu 1942 r. został
szefem Związku Odwetu OW AK.

To jego dziełem była m.in. akcja „Wieniec”,
przeprowadzona nocą 7/8 października 1942 r. Stanowiła ona jeden z ostatnich
akordów w historii warszawskiego ZO. W tym samym bowiem czasie Lewiński
konstruował już sztab Kedywu. Jedną z osób, które miały się w nim znaleźć,
prawdopodobnie z polecenia samego „Montera” (Lewandowski 9.09.1974, s. 22), był
„Lasso”.

Bohater

Przyglądając się opisom Tabęckiego, można odnieść
wrażenie, że był stereotypowym konspiratorem, pierwowzorem głównego bohatera
sensacyjnej opowieści o podziemiu. Przystojny, odważny, trochę bezczelny,
odrobinę beztroski, otoczony tajemnicą i pięknymi kobietami, a przy tym bogaty.

Zbigniew Lewandowski, który pozostawił nam
najdokładniejszy opis Tabęckiego, tym cenniejszy, że nie dysponujemy żadną jego
fotografią, wspominał, że „był [on] blondynem bardzo przystojnym, ubierał się w
tym czasie bardzo elegancko” (tamże). Co więcej, „był bezpośredni i dużo lubił
mówić o sobie”. Ludzie darzyli go sympatią, wystarczy wspomnieć „Montera” oraz
„Chuchrę”. „Szyna” pisał również, że widywał „go czasem na ulicy. Prawie zawsze
szedł w towarzystwie przystojnej i dobrze ubranej kobiety”, prawdopodobnie
żony.

Mieszkali w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 81. Na
jej zdjęciach wykonanych przed 1939 r. widzimy Warszawę w tym najpiękniejszym
wydaniu. Jest czysto, schludnie i elegancko. Rosną drzewa dające przyjemny cień
w słoneczne dni, po chodniku spacerują dobrze ubrani ludzie, na ulicy widać
samochody. Dzisiaj zachowała się jedynie część budynku. Najpierw spłonął w
czasie Powstania Warszawskiego, krótko po wojnie rozebrano do poziomu parteru
fasadę, a w połowie lat pięćdziesiątych w trakcie poszerzania ul.
Marszałkowskiej zburzono i tę jej pozostałość. Zachowała się dalsza część
kamienicy. Z zewnątrz smutna, w środku ze śladami dawnego luksusu, który przez
kilka lat otaczał Tabęckiego.

„Lasso” nie należał do osób mających problemy z gotówką,
z czego w podziemiu zdawano sobie sprawę. Z dokumentów organizacyjnych dowiadujemy
się, że posiadał zamożną rodzinę. Sam też podczas wojny dobrze zarabiał. W Kedywie
z racji swego stanowiska oraz zakresu obowiązków mógł liczyć na 1700 zł samej
podstawy, plus 600 zł dodatku rodzinnego (Kedyw 2006, s. 152). W okresie
jesienno-zimowym dodatkowo dostawał 1200 zł specjalnego dodatku węglowego (Kedyw
2009, s. 261). Łącznie otrzymywał więc nawet 3500 zł. Przy ówczesnych zarobkach
była to suma niebagatelna (pod koniec 1941 r. przeciętna pensja nauczycielska
wynosiła 300 zł, a w grudniu 1942 r. urzędnik mógł liczyć maksymalnie na 800 zł
miesięcznie – jeśli był mężczyzną i miał co najmniej 40 lat). Na tym jednak nie
kończył się jego dochód. W miejscu oficjalnego zatrudnienia zarabiał 700 zł. Według
Lewandowskiego była to bliżej nieokreślona „wyższa instytucja niemieckiej
administracji” (Lewandowski 9.09.1974, s. 22), co pasowałoby do rzekomego
posiadania przez niego papierów reichsdeutscha/baltendeutscha. Dzięki tej pracy
dysponował też przepustką umożliwiającą mu poruszanie się po ulicach miasta
nocą, a także korzystanie z lokali „Nur für Deutsche”, czym lubił się chwalić.

Cały ten zestaw, tj. znajomość języka, dobra sytuacja
finansowa, odpowiednie kontakty oraz papiery, sprawiał, że Tabęcki był wręcz
idealnym kandydatem na bohatera podziemia, co w pierwszych miesiącach
działalności Kedywu OW zdawało się regularnie znajdować potwierdzenie.

Już na początku 1943 r., w okresie kiedy Kedyw OW
jeszcze nie zdążył na dobre rozpocząć swojej działalności, Zbigniew
Lewandowski, zastępca „Chuchry”, pełniący jednocześnie funkcję szefa Biura
Badań Technicznych przy KG AK, wpadł na pomysł przesłania kilku wybranym
wysokim niemieckim urzędnikom małych bomb, wystarczających do tego, aby
definitywnie zakończyć ich pracę. Razem ze współpracownicami przygotował paczki
z bombami.

Żeby jednak trafiły bezpośrednio do adresatów, musiały
mieć odpowiednie urzędowe naklejki adresowe. „Lasso”, wykorzystując swoje
dojścia, zdobył odpowiednią ich liczbę (Lewandowski 9.09.1974, s. 16).
Wszystkie bomby, już zapakowane, odpowiednio oznaczył w mieszkaniu przy ul.
Zielnej, dokąd w zwyczajnej torbie, po wcześniejszej kontroli „Szyny”,
dostarczyła je Antonina Mijal „Tosia” z BBT. Kiedy wszystko było gotowe, razem
poszli na pobliski pl. Napoleona, gdzie w siedzibie Deutsche Post Osten nadali
przesyłki do urzędników w Warszawie i Krakowie. Choć bomby trafiły pod wskazane
adresy, to żaden z namierzonych oficjeli nie został nawet ranny. Po tym jak
trzy bomby eksplodowały w sekretariatach, zabijając kilku pracujących tam
Niemców, Gestapo, zaalarmowane tymi zajściami, namierzyło pozostałe paczki.

Kolejna istotna akcja z udziałem Tabęckiego jest
związana z Powstaniem w Getcie Warszawskim. Już 19 kwietnia, w dniu wybuchu
walk, oddział Kedywu OW próbował wysadzić mur getta w rejonie ul.
Świętojerskiej, Bonifraterskiej i Muranowskiej. Akcja zakończyła się
niepowodzeniem. „Monter” od razu wydał Lewińskiemu polecenie podjęcia kolejnej
próby wybicia dziury w murze. Rankiem 22 kwietnia, w Wielki Czwartek, w lokalu
przy al. 3 Maja zebrał się sztab Kedywu OW. Po krótkiej naradzie zdecydowano
się uderzyć na odcinku wzdłuż ul. Okopowej, pomiędzy ulicami Dzielną i Pawią.
Lewandowski wspominał: „Zniszczona miała być osadzona w murze, zamknięta już na
stałe, brama do getta. Stąd uciekinierzy mogli się ewakuować w kierunku
Cmentarza Żydowskiego, następnie Powązek i dalej za miasto do Puszczy
Kampinoskiej” (Lewandowski 1985, s. 77). Szybko jednak się okazało, że oddział
wyznaczony do zadania nie będzie w stanie go wykonać. Jak zwrócił mi uwagę
Dariusz Libionka, po nieudanym przebiegu akcji 19 kwietnia ludzie bali się udziału
w tej akcji.

Lewiński nie miał wyboru, musiał jeszcze przed godziną
policyjną w trybie awaryjnym zmontować nowy zespół. Nie mając dużego wyboru,
postanowił, że pójdzie razem z „Szyną”, a towarzyszyć im będzie Tabęcki oraz
sześciu ludzi z Oddziału Dywersji Bojowej „3” ze Śródmieścia, z „Ryżym” (N.N.)
i Cezarym Szemleyem-Ketlingiem „Cezarym” na czele. Wybór „Lassa” jest w pełni
zrozumiały. Zastanawia zaś udział „Ryżego” i „Cezarego”, znanego również jako
„Arpad”. Ten ostatni sprzedawał do getta broń służbową. I choć jego przełożeni
wtedy jeszcze nie wiedzieli o tym, prawdopodobnie orientowali się, że zna ten
teren i ma po drugiej stronie muru swoje kontakty.

23 kwietnia, w Wielki Piątek, o godzinie 11 uczestnicy
akcji spotkali się w ruinach przy popularnym Kercelaku.

Plan akcji przewidywał, że por. „Lasso” zlikwiduje posterunek na Okopowej, między Dzielną i Pawią. „Chuchro” z dwoma żołnierzami z ODB-Śródmieście, uzbrojonymi w steny miał ubezpieczać ul. Okopową w kierunku Cmentarza Żydowskiego oraz Pawią wzdłuż murów getta. Po strzale „Lasso” miałem, w towarzystwie minera i uzbrojonego w stena strzelca z ODB, ps. „Sęp” (NN), natrzeć na bramę od ul. Zegarmistrzowskiej, przez istniejącą od kilku miesięcy wyrwę w murach tzw. dużego getta (tamże).

Po zajęciu stanowisk „Lasso” zgodnie z założeniami
ruszył w stronę posterunku, gdzie miał napotkać zaledwie jednego strażnika. Podszedł
akurat w momencie, kiedy dokonywano zmiany warty. Nie zastanawiając się,
wyciągnął pistolet i zastrzelił obu Niemców. Dalej wypadki potoczyły się
błyskawicznie. Zaczęli się pojawiać kolejni strażnicy. Do akcji ruszyli „Szyna”
i „Chuchro” z resztą ludzi. Wtedy nadjechała „buda” z niemieckimi żandarmami.
Uczestnicy akcji nie mogli już myśleć o wykonaniu zadania – musieli się
ratować. Ruszyli biegiem wzdłuż ul. Okopowej w stronę Kercelaka. „Okopową cofał
się również »Lasso«, biegnąc tuż przede mną – pisał Lewandowski. – Wybiegając z
Zegarmistrzowskiej w Okopową, zobaczyłem, jak z bram domów po jej wschodniej
stronie wybiegają policjanci granatowi, próbując go zatrzymać. W pierwszego,
który zabiegł mu drogę, »Lasso« strzelił z pistoletu. Policjant upadł w tył, na
plecy. To powstrzymało nieco innych” (tamże, s. 78–79). Oddział wycofał się bez
strat.

Więcej szczegółów dotyczących postawy „Lasso” w akcji
znajdujemy w relacji spisanej przez „Szynę” w 1974 r.:

Wykazał wtedy wybitną odwagę, ogromny refleks i wielką zręczność w posługiwaniu się pistoletem. Zabił wtedy z najbliższej odległości dwóch niemców i „granatowego”. Ten ostatni zastąpił mu drogę z podniesionym pistoletem w ręku w chwili, gdy wycofywał się biegiem po załamaniu się zasadniczej akcji. „Lasso” trzymał w tym momencie prawą, uzbrojoną, rękę w kieszeni płaszcza. Zastrzelił „granatowego” w biegu, poprzez kieszeń własnego płaszcza, nie wyciągając z niej uzbrojonej ręki. Biegłem tuż za nim i mam tę scenę w swoich oczach jeszcze dzisiaj. Prawdopodobnie tym strzałem i mnie uratował życie.

Lewandowski nie był jedynym, który zawdzięczał tamtego
dnia życie Tabęckiemu. Drugą osobą był Lewiński. Józef R. Rybicki pisał po
wojnie, że to właśnie „w tym tkwiła słabość »Chuchry« do »Lasso«” (Rybicki 2003,
s. 134). Należy zauważyć, że opis akcji jest typowy dla powojennych relacji
żołnierzy dywersji. Dużo tu strzelania, ofiar po drugiej stronie – a żadnych po
własnej. I jest odpowiednia dramaturgia. Można mieć jednak wątpliwości, czy w
tak trudnej sytuacji oddział Lewińskiego wyszedłby z tego bez szwanku.

Przez pierwsze trzy miesiące działalności Kedywu OW
Jerzy Tabęcki mógł być uznawany przez zwierzchników za człowieka, bez którego
trudno wyobrazić sobie dalszą pracę. Odważny, z dużymi możliwościami, jakie
zapewniały mu praca, posiadane papiery i znakomita znajomość języka, zdobył
sobie zaufanie otoczenia. I wtedy pojawiła się pierwsza rysa na jego wizerunku.

Według raportów podziemia Hugo Dietz, kierownik
jednego z wydziałów Arbeitsamtu w Warszawie, odznaczał się zajadłą nienawiścią
wobec Polaków. Brał udział w likwidacji getta, organizował łapanki. Wydanie
rozkazu jego likwidacji było oczywiste. Przeprowadzenie akcji według Zbigniewa
Lewandowskiego zlecono ODB ze Śródmieścia, rozpoznanie zaś – Tabęckiemu. Po
latach „Szyna” wspominał: „13 kwietnia 1943 r. w godzinach popołudniowych »Lasso«
złożył nam w naszym lokalu konspiracyjnym przy ul. Zielnej meldunek:
zastrzeliłem dziś Dietza na ul. Rysiej. Meldunek ten natychmiast przekazano »Monterowi«”
(Lewandowski 9.09.1974, s. 23).

Po kilku dniach Chruściel wezwał „Chuchrę” i „Szynę”
do „lokalu konspiracyjnego przy ul. Filtrowej i zakomunikował” im, że w sprawie
likwidacji Dietza otrzymał dwa meldunki. Jeden od Tabęckiego i drugi, zgodnie z
którym akcję przeprowadził pięcioosobowy patrol Władysława Welweta „Misia” z
oddziału „Kosy” Kedywu KG AK. Doszło do konfrontacji, w której udział wzięli on
sam, Lewiński, Lewandowski, Welwet i Tabęcki. W trakcie spotkania „Miś” i
„Lasso” przedstawili swoje wersje wydarzeń. „Lasso” mówił, że w czasie sekcji
zwłok znaleziono w ciele sześć kul. Informację tę miał jakoby uzyskać od
Niemców, z którymi pracował w urzędzie.

Po wysłuchaniu relacji Chruściel uznał oba meldunki za
prawdziwe. W jego ocenie, jak wspominał Lewandowski, jeden Dietza postrzelił, a
drugi – dobił. Obaj otrzymali Krzyże Walecznych. „Szyna” jednak miał
wątpliwości co do opowieści Tabęckiego. Po wizji lokalnej uznał, że Tabęcki
stał zbyt daleko od Dietza, aby mógł go zabić z broni krótkiej. „Z takiej
odległości wyborowy strzelec mógł [go] tylko postrzelić”. A przecież „Lasso”
twierdził, że oddał aż sześć celnych strzałów. „Szyna” podzielił się swoimi
wątpliwościami m.in. z Lewińskim. Kilka dni później Tabęcki obydwu uratował
życie pod murami getta. Po tym Lewandowski już nie drążył tematu likwidacji
Dietza.

W całej sprawie zastanawia, dlaczego Chruściel
zdecydował się przyznać rację obu rzekomym wykonawcom wyroku. Wyjaśnienia są
dwa. Pierwsze – nie mając podstaw do podważenia którejkolwiek z wersji, nie
chciał ryzykować napięć. I drugie – „Monter” być może miał podejrzenia co do
Tabęckiego, ale prywatne sympatie, znajomość z jego ojcem, wdzięczność za pomoc
przy zdobyciu dokumentów przeważyły. W przypadku „Lassa” możemy jednak wskazać
jeszcze jedną historię, również opisaną przez Zbigniewa Lewandowskiego, w
której postawa Tabęckiego nie jest całkowicie jasna:

W jednym wypadku nie wykonał wyroku likwidacyjnego, zleconego przez odpowiednie władze AK, na pewnej parze konfidentów, mieszkającej w pobliżu Placu Zbawiciela. Wyjaśniał, że nie był w stanie tego zrobić, bowiem przed odczytaniem i wykonaniem wyroku zdążyli go przekonać (!), że są zupełnie niewinni. Konsekwencji z tego powodu w stosunku do „Lasso” nie wyciągnięto (tamże).

Nie wiemy, jaki był dokładny przebieg zdarzenia ani
kiedy dokładnie nastąpiło; na pewno stało się to przed wrześniem 1943 r., kiedy
to Lewandowski odszedł z pracy w Kedywie OW do Biura Badań Technicznych przy KG
AK, a więc jeszcze w momencie, kiedy Tabęcki cieszył się dużym zaufaniem góry,
z Lewińskim i Chruścielem na czele. Przez całą wiosnę i dużą część lata jego
pozycja zdawała się niezagrożona. Ale pod koniec sierpnia sytuacja znacząco się
zmieniła.

Akcja
na Czackiego

Latem 1943 r. warszawski Kedyw szykował się do jednej
z największych akcji w swojej historii – uderzenia na niemiecki Arbeitsamt przy
ul. Czackiego 14 w Warszawie. Jej celem było zniszczenie kopii wydawanych przez
urząd kart pracy. Ich istnienie sprawiało, że każdy posiadacz fałszywej arbeitskarty
mógł łatwo zostać zdemaskowany. A ponieważ w podziemiu często korzystano z
fałszywek, kopie oryginałów stwarzały zagrożenie dla całej organizacji.

Pierwszą próbę dostania się do budynku przy ul.
Czackiego podjęto w piątek 13 sierpnia, jednak ze względu na wizytę delegacji z
Berlina zespół wyznaczony do zadania nie zdołał dostać się do środka. W związku
z tym akcję przełożono na czwartek 26 sierpnia, zmieniając także jej plan:

Po ponownym przeprowadzeniu rozpoznania i obserwacji stwierdzono, że w obecnych warunkach najlepszą godziną do wykonania akcji będzie godzina ranna, tj. w tym czasie, kiedy dozorca otwiera bramę. Rozpoczęcie akcji ustalono na godzinę 6.20. Sytuacja na ulicy Czackiego w tym czasie: ruch uliczny znikomy, 2 policjantów granatowych pilnuje narożnego banku KKO, dozorca urzędu otwiera bramę, na wartowni Sonderdienstu czynności powinne i przygotowania do objęcia służby (Oddział 2007, s. 39).

Aby nie zwracać na siebie nadmiernej uwagi,
postanowiono, że uczestnicy nie będą podjeżdżali samochodami, lecz dotrą na
miejsce pieszo, po czym część z nich utworzy przed wejściem do Arbeitsamtu
kolejkę, w której znajdą się również kobiety. Reszta będzie rozstawiona po
okolicy, zabezpieczając kierunki, z których mogłyby nadejść ewentualnie
dodatkowe siły wroga. Po otwarciu bramy do siedziby Arbeitsamtu miała szybko
wkroczyć ekipa uderzeniowa, mająca sterroryzować ochronę, a następnie
przystąpić do niszczenia wskazanych dokumentów. Do tego celu przeznaczono 90 kg
szedytu w paczkach każda po 15 kg, 20 litrów smarów, 20 litrów benzyny, 12
butelek zapalających, cztery termity z zapalnikami czasowymi, trzy świece
gazowe i jedną minę z opóźnieniem dziesięciominutowym. To, co najważniejsze,
czyli szedyt, miał być dowieziony w ostatniej chwili samochodem, którym na
miejsce akcji miał przyjechać sam Jerzy Tabęcki.

Krótko po 6.00 zaczęli się ustawiać na swoich
pozycjach. W złożonym 28 sierpnia sprawozdaniu z przebiegu wydarzeń Zbigniew
Czajkowski „Olek” pisał:

Dn. 26 VIII 43 o godz. 6.15 dołączyłem do kolejki, utworzonej przy Dyr. Pol. Niem. na ul. Czackiego. Przy sąsiedniej bramie w kierunku Traugutta stało osobowe zielone auto policyjne. W kilka minut po moim przybyciu z bramy domu, przed którym stało auto, 4 gest[apowców] (3 umundurowanych, 1 w ubraniu cywilnym), wszyscy z pist[oletami] automat[ycznymi], wyprowadziło 2 kobiety. Po wsadzeniu ich do auta 2 gest[apowców] pojechało z nimi, a 2 pozostało przy bramie. W chwilę po ich odjeździe nadjechał nasz samochód ciężarowy z materiałem, zatrzymał się koło nas, wysiadł z niego szofer i spytał, od której są czynne biura. Następnie odjechał w kierunku Sto-Krzyskiej [Świętokrzyskiej] i wjechał w ślepą uliczkę na wprost B[an]ku Francusko-Polskiego. Około 6.30 przez ul. Czackiego w kierunku do Traugutta przejechał drugi mały samochód ciężarowy, który na znak dany ręką przez Leona nie zatrzymał się, lecz wjechał w ul. Traugutta. Ponieważ obaj gest[apowcy] stali ciągle przy bramie, Leon zdecydował, aby podeszło do nich 4 z nas i unieszkodliwiło ich. W momencie kiedy mieliśmy to wykonać, z ul. Sto-Krzyskiej [Świętokrzyskiej] wyjechało wspomniane wyżej auto pol[icyjne] i zabrało ich, odjeżdżając w kierunku Traugutta i Krak[owskiego] Przedm[ieścia]. Oczekiwaliśmy teraz na przybycie auta, które odjechało, nie zatrzymując się koło nas. W 3–4 min po odjeździe auta pol[icyjnego] usłyszałem u wylotu Czackiego i Sto-Krzyskiej [Świętokrzyskiej] kilka pojedynczych strzałów i zauważyłem auto pol[icyjne] stojące tam oraz człowieka leżącego na ziemi. Na rozkaz Leona „uciekać” pobiegliśmy z pistoletami w ręku do Traugutta, a następnie część w kierunku Krak[owskiego] Przedm[teścia], część zaś do Mazowieckiej (tamże, s. 43–44).

Akcja zakończyła się porażką. Jeszcze zanim na dobre
się zaczęła, stojący na ulicy kedywiacy zostali zaatakowani przez gestapowców.
W trakcie krótkiej strzelaniny zginęło dwóch żołnierzy, Jerzy Trószyński
„Onufry” oraz Zbigniew Art „Roman”. Ciała obu Niemcy przetransportowali do
prosektorium przy ul. Oczki, skąd zostały wykradzione przez kolegów i pochowane
na Cmentarzu Bródnowskim pod fałszywymi nazwiskami Zbigniew Kraft i Henryk
Montwił.

Jednocześnie z zabiegami o godne pożegnanie obu poległych
rozpoczęto jednocześnie śledztwo mające ustalić przebieg wypadków na ul.
Czackiego. W ciągu kilku dni zebrano co najmniej piętnaście raportów. Po dwa
złożyli dowódca akcji Leon Tarajkowicz „Gryf”, a także Stanisław Sosabowski
„Stasinek” i dwaj jego żołnierze z grupy żoliborskiej, Zbigniew Siennicki „Bor”
i Leon Zubrzycki „Lech”. Po jednym przygotowali: „Pyz” (N.N.), Włodzimierz
Denkowski „Kostek”, „Zygmunt” (N.N.), Antoni Wojciechowski „Antek II”, Zdzisław
Czajkowski oraz „wypożyczeni” z batalionu „Zośka” Edward Kuźmiński „Heniek” i
Wiesław Krajewski „Sem”.

Lektura tych zapisków pozwala na wskazanie kilku
elementów wspólnych. Pierwszy – wszyscy na swoich stanowiskach pojawili się
krótko po 6.00. Sosabowski, Czajkowski i Siennicki zgodnie wymieniają 6.15 jako
moment, kiedy zajęli pozycje. Denkowski pojawił się jeszcze wcześniej. Po kilku
minutach w okolicy znalazło się jeszcze więcej osób, wśród nich m.in. Zubrzycki
oraz Tarajkowicz.

Punkt drugi – Niemcy wychodzący z domu pod numerem 16,
wsiadający z dwiema kobietami i mężczyzną do samochodu i odjeżdżający – nie
licząc dwóch, którzy zostali na ulicy. Tuż obok kolejki, która ustawiła się
przed Arbeitsamtem. „Gryf” w swoim raporcie podawał: „godz. 6.25 Nadjeżdża
samochód polic[yjny] od ul. Świętokrz[yskiej] i zatrzymuje się pod [nr.] 16.
Dwóch gestap[owców] wsiada do samochodu. W tym samym czasie nadjeżdża nasz
samochód z gr[upy] terroryzującej, ale widząc nowo wytworzoną sytuację,
niepomyślną do rozpoczęcia akcji, przejeżdża dalej i skręca w Traugutta. Po chwili
gestapowcy odjeżdżają w kier[unku] Traug[utta] do Mazowieckiej” (tamże, s. 61).

Samochód z grupy terroryzującej to następny fragment
układanki. Jechał nim najprawdopodobniej „Lasso”. Opis, jak krąży powoli po
ulicy, pojawia się w czterech relacjach. Według nich miało w nim się znajdować
trzech ludzi. Zdaniem „Pyza” przejechał ul. Czackiego trzy razy: „Zorientowałem
się, że to auto patroluje czworobok zamknięty ulicami: Świętokrzyską,
Czackiego, Traugutta, Mazowiecką” (tamże, s. 53). W końcu pojawił się za nim opel-kapitan.
Po wyminięciu go zatrzymał się. Chwilę później padły pierwsze strzały.

Tutaj dochodzimy do punktu czwartego – oczekiwanie na
początek akcji. Pierwsi jej uczestnicy na swoich pozycjach pojawili się o 6.10–6.15.
Do starcia doszło około 6.30, 15–20 minut później. Zaledwie pięć minut od
momentu, kiedy opel-admirał zabrał dwóch gestapowców sprzed wejścia do domu nr
16. Ci przez blisko dziesięć minut obserwowali, jak na niedużej ulicy gromadzi
się tłum młodych ludzi. W tej sytuacji mogło dojść do zdekonspirowania akcji.
Potwierdzają to słowa Siennickiego: „Onufry był zaniepokojony i powiedział do
mnie, że akcja powinna być już rozpoczęta” (tamże, s. 47).

O tym, że zwracali na siebie uwagę, pisał też
Lewandowski, który choć był nieobecny na miejscu, zapoznał się z relacjami
uczestników wydarzeń: „Zachowanie się »Onufrego« z grupy »Andrzeja« było
wyjątkowo prowokacyjne i zwracające powszechną uwagę na pustej o tej wczesnej
godzinie ulicy Czackiego” (Lewandowski 8.09.1974, s. 20). Jednak w powojennych
opisach wydarzeń winny dramatu staje się jeden człowiek – „Lasso”.

Tego samego dnia Lewandowski oraz Lewiński w bezpośredniej
rozmowie zarzucili mu tchórzostwo. W odpowiedzi pokazał im świeżą ranę, mówiąc,
że został ranny pół godziny po akcji, kiedy wrócił na miejsce akcji i zaczął
strzelać do Niemców. Problem w tym, że do żadnej wymiany ognia nie doszło, co
potwierdzają zeznania Zubrzyckiego i Tarajkowicza. Ale „Lasso” rzeczywiście był
ranny. „Chuchro” i „Szyna” wysłali go do szpitala, gdzie miał zostać opatrzony
przez zaufanego lekarza. W tym miejscu relacje, jakimi dysponujemy, rozmijają
się. Sosabowski w latach siedemdziesiątych w liście do Rybickiego pisał, że to
on zajmował się Tabęckim. Przyjrzyjmy się jego wersji:

Przyjechał dorożką w towarzystwie drugiego kolegi. Portier wywołał mnie do holu na parterze. Dowiedziałem się, że Lasso jest ranny. Brali udział w akcji ulicznej. Akcja, której szczegółów nie znam, nie udała się, oddział poszedł w rozsypkę. Na szczęście poza Lassem, który dołączył na melinę, osobno [?] nie było żadnych ofiar (Sosabowski 11.12.1974, s. 1).

Fragment zastanawiający – Sosabowski, który brał
udział w akcji na ulicy Czackiego i doskonale wiedział, że „Lasso” również tam
był, nagle opisuje całość tak, jakby nie miał żadnej wiedzy na temat
okoliczności wydarzeń. Ale czytajmy dalej:

Po rozmowie z mym szefem dr. Piotrowskim zabrałem L. na górę, na salę opatrunkową. Czuł się dobrze, szedł bez pomocy, a poza tym, że był trochę blady, nie było żadnych innych objawów. Powiedział nam, że został ranny w bok z pistoletu maszynowego, [jednak] ani na marynarce, ani na koszuli nie było śladu krwi ani uszkodzenia przez pocisk. Tłumaczył się, że na melinie zmienił koszulę i marynarkę, co mi się wydawało możliwe. Sama rana to dość ciekawy wypadek. Rana styczna z wlotem i wylotem po lewej stronie pomiędzy kością biodrową a ostatnim żebrem. Krwawienia nie było żadnego. Kula przeszła tylko przez skórę i tkankę tłuszczową podskórną. Co więcej z przodu, gdzie był wlot (bo otwór był mniejszy), naokoło wlotu była czarna obwódka, czarny pierścień z niespalonego prochu. Tego rodzaju obwódka jest typowa, gdy lufa broni palnej jest przyłożona bardzo blisko gołej skóry. Gdybym nie znał Lasso, to bym wtedy powiedział, że dwoma palcami lewej ręki odciągnął skórę, przyłożył prawą ręką pistolet do fałdu i sam się przestrzelił. Gdy się później zastanawiałem nad tą sprawą i dyskutowałem ją z mym starszym kolegą dr. Piotrowskim, którego znałem jeszcze ze szpitala Ujazdowskiego, doszliśmy do wniosku, że była to jedyna możliwość. Nawet sam kanał kuli nie szedł prosto, tylko krzywą. To znaczy gdyby przeprowadzić linię prostą od wlotu do wylotu, to pocisk by przeszedł przez jamę brzuszną i jelito grube (tamże, s. 1–2).

W porównaniu z początkiem relacji, gdy „Stasinek”
wyraźnie miał problem z przypomnieniem sobie przebiegu wypadków, druga część
opisu jest zadziwiająco dokładna – i zapewne zgodna z prawdą. W akcie
oskarżenia Tabęckiego, przedłożonym Wojskowemu Sądowi Specjalnemu już po jego
śmierci, znajduje się informacja potwierdzająca wspomnienie Sosabowskiego.
Zgodnie z nią strzał, w którego wyniku „Lasso” został ranny, oddano z
odległości nie większej niż 50 centymetrów, podczas gdy sam ranny twierdził w
rozmowie z Lewińskim, że było to 6–7 metrów (Kedyw 2009, s. 198).

„Lasso” więc prawdopodobnie kłamał i sam do siebie strzelił. Nie wiadomo tylko po co. O ile więc jego zachowanie rzeczywiście należy uznać za dziwne, o tyle trudno zgodzić się z zarzutem tchórzostwa. W momencie kiedy gestapowcy otworzyli ogień do „Onufrego”, w ciągu kilku sekund z miejsca wydarzeń zaczęli uciekać wszyscy uczestnicy akcji, co zaznaczali w zeznaniach. Ich lektura skłania do stwierdzenia, że w sytuacji gdy prawdopodobnie poza Zbigniewem Artem nikt nie podjął walki, jedyną osobą, której wytknięto tchórzostwo, został Tabęcki. Najwcześniejszym znanym źródłem informującym nas o tym zarzucie jest akt oskarżenia „Lassa” napisany po 15 kwietnia 1944 r. Być może więc cała historia została rozbudowana po czasie, aby wzmocnić przekonanie o zdradzie, jakiej miał dopuścić się „Lasso”.

Rybicki notował po latach, że rozmawiali z Lewińskim,
co zrobić. W końcu „»Chuchro« przyrzekł usuwać [Tabęckiego] stopniowo z akcji,
powoli zrywać z nim łączność oddziałową” (Rybicki 2003, s. 134). „Lassu”
powiedzieli, że z uwagi na jego stan zdrowia na jakiś czas muszą odsunąć go od
pracy. Czas jego rekonwalescencji chcieli wykorzystać, by uważniej mu się przyjrzeć.

Lewiński,
pieniądze i bandyci

Sytuacja zdawała się wyciszać, gdy w Kedywie OW nagle
doszło do wstrząsu. Na początku listopada 1943 r. aresztowany został „Chuchro”.
Według relacji Franciszki Parońskiej, której mąż znał się z Lewińskim z pracy w
Kedywie, wpadł, gdy szedł do mieszkania swojej narzeczonej na ul. Polnej 50.
Niemcy akurat urządzili w domu kocioł. Lewiński próbował uciekać, ale dopadli
go i pobili. Trafił na Szucha i zapewne na Pawiak.

Gdy tylko wiadomość o jego zniknięciu dotarła do
„Montera”, zaczęto szukać możliwości ratunku. Jako pierwszy do pomocy zgłosił
się Tabęcki. Jego plan był prosty. Korzystając ze swoich kontaktów i tego, że
Niemcy nie wiedzieli jeszcze, kim jest Lewiński, chciał wykupić go za 100 tys.
zł. „Monter” dał mu pieniądze. Dni mijały, a „Chuchro” ciągle pozostawał w
więzieniu. „Lasso” tłumaczył Chruścielowi i Rybickiemu, że potrzebuje czasu, że
to nie jest proste. Nie wiemy, czy Tabęcki podejmował jakiekolwiek próby. O
tym, że takie były, wiemy z relacji Parońskiej, która podkreśla, że gdy osoba
prowadząca z Niemcami negocjacje zgodziła się na podwyższenie ceny podanej
przez nich pierwotnie, ci zorientowali się, iż mają do czynienia z kimś
istotnym. Rozpoczęły się przesłuchania połączone z nieustannym biciem.
Lewińskiemu udało się wysłać gryps, w którym informował, że Gestapo nie
wyciągnęło z niego żadnych informacji. O tym, że do końca milczał, świadczy to,
iż Niemcy nie poznali nawet jego prawdziwej tożsamości. Rozstrzelali go w
ulicznej egzekucji 24 listopada, jako Jerzego Redę.

Zanim do tego doszło, Tabęcki szukał sposobu na
zmazanie swojej sierpniowej wpadki. Tak długo prosił „Andrzeja” o możliwość
rehabilitacji, że ten dał mu najpierw jeden wyrok do wykonania, a potem całą
ich listę. „Lasso” żadnego z nich nie mógł jednak wykonać. Rybicki rozumiał, że
nie zawsze akcję da się przeprowadzić z dnia na dzień. Nie winił go za to.
Jakby chcąc dać mu jeszcze jedną szansę, a może go sprawdzić, zlecił mu kolejną
akcję.

Chodziło o likwidację Mariana Szweda, funkcjonariusza
polskiego Kripo. W raporcie podziemia pisano, że „jego zbytnia »gorliwość« i
służalstwo w stosunku do Niemców przechodzi wszelkie granice. Jest on głośnym i
znanym już i w całym mieście znienawidzonym szantażystą”. Tabęcki zabrał się do
pracy. Po kilku dniach przyszedł jednak do Rybickiego i oznajmił, że nie
wykonał wyroku. Był blisko, czekał już na Szweda w restauracji wskazanej mu
przez Leona Millera, również funkcjonariusza polskiego Kripo. Szwed przyszedł,
ale zanim „Lasso” cokolwiek zrobił, tamten położył na stole przed nim dwa
pistolety i rozpoczął swoją „spowiedź”. Tabęcki mu uwierzył. Teraz domagał się
od Rybickiego rozmowy z Chruścielem. „Andrzej” odmówił, prosząc o raport na
piśmie.

Minęło kilka dni. Tabęcki pokazał się z raportem. Nie
jednym, a dwoma. W pierwszym, poświęconym Szwedowi, pisał m.in., że tamten
tłumaczył, iż „zło, które uczynił, było wynikiem złego wykorzystania jego sił i
energii na skutek braku kontaktu z czynnikami miarodajnymi” (Kedyw 2009, s. 196).
Dalej prosił o możliwość przedstawienia jego sprawy górze i danie mu szansy
udowodnienia, że jest „dobrym Polakiem”.

Drugi raport dotyczył niejakiego „Ryżego”, żołnierza
Kedywu OW, skazanego na śmierć przez podziemny sąd za bandytyzm. To była sprawa
sprzed kilku miesięcy. „Ryży” (N.N.) oraz Cezary Szemley-Ketling „Arpad” do
Kedywu OW trafili krótko przed akcją pod murami getta. Nie przyszli jednak do
„Chuchry” sami, ale z gotowym oddziałem dywersyjnym, który „Ryży” zaczął
formować jesienią 1942 r., a w którym główną siłę uderzeniową stanowił blisko
30-osobowy pluton „Arpada”. Bardzo szybko się okazało, że za ich działalnością organizacyjną
stoi nie tylko chęć walki z okupantem.

W sobotę 7 sierpnia 1943 r. do ppłk. Konstantego
Kułagowskiego „Reżysera”, komendanta Obwodu AK Śródmieście, wpłynęło
oświadczenie „Ryżego” w sprawie odsunięcia przez niego „Arpada” od pracy w
związku z jego bandycką działalnością, obejmującą m.in. zabicie czterech osób,
na których nie było wyroków wydanych przez władze podziemia. „Na zapytanie,
dlaczego te rzeczy robi, odpowiedział, że ma swoje plany, swoją ideologię, zaś
wyroki powyższe wykonał dla jego wiadomych przyczyn” (Kedyw 2010, s. 33).
„Ryży” zarzucał swemu podwładnemu dokonywanie napadów rabunkowych, odmowę
wykonania rozkazów oraz przywłaszczenie sobie siedmiu pistoletów należących do
oddziału. Wedle pisma „Ryżego” stał się on celem przynajmniej jednego zamachu dokonanego
przez grupę „Arpada”.

Wobec tak poważnych zarzutów rozpoczęto śledztwo, w
trakcie którego przesłuchano m.in. Lewińskiego. I to akurat 26 sierpnia 1943
r., w dniu akcji na Czackiego. W wersji, jaką przedstawił „Chuchro”, głównym
winnym był „Arpad”. Z protokołu przesłuchania dowiadujemy się, że Tabęcki
również znajdował się w kręgu zainteresowania komisji badającej sprawę.
Lewiński jednak zarówno jego, jak i „Ryżego” wziął w obronę. Sprawa toczyła się
później jeszcze kilka miesięcy, aż w końcu w akcie oskarżenia przeciwko
„Arpadowi” i „Ryżemu” z 9 grudnia 1943 r. prokurator w podsumowaniu napisał, że
„wina obydwu oskarżonych nie budzi wątpliwości […]. Zresztą sami w
wyjaśnieniach swych obciążają się wzajemnie. Zarówno »Ryżego«, jak i »Janusza«
[Arpada] z całym naciskiem scharakteryzować należy, że są to już, niestety,
zawodowi bandyci i mordercy. Szybka ich likwidacja jest wskazana” (Obwodowe 2010,
s. 42).

Przez następne miesiące obaj skutecznie uciekali przed
wyrokiem. Szemley-Ketling nawet przeżył wojnę. „Ryży” pod koniec marca 1944 r.
przekazał Tabęckiemu pismo do „Montera”. Tłumaczył w nim, że wszystko, o co go
obwiniano, to wina „Arpada”. Prosił jednocześnie o ponowne zbadanie sprawy, anulowanie
wyroku oraz przyjęcie do służby.

Rybicki, widząc Tabęckiego w takim towarzystwie, miał
coraz mniejsze wątpliwości co do niego. „Lasso” już nie tylko był zamieszany w
niewyjaśnioną akcję na Czackiego, lecz także otwarcie przyznawał się do
utrzymywania kontaktów z ludźmi, na których podziemie wydało wyroki. Sam miał
jeden z nich wykonać. „Monter” jednak ciągle nie był pewien, co zrobić. Być może
nie dostrzegał jeszcze niczego niepokojącego, a może nie potrafił dopuścić do
siebie myśli, że syn jego przyjaciela robi coś złego. Rozkazał tylko odsunąć go
od sprawy Szweda oraz zlikwidować „Ryżego”. Wtedy Niemcy aresztowali „Lasso”.

Finał

Informację o tym dostarczyła żona Tabęckiego,
wykorzystując – jak podawał „Andrzej” – swojego brata, który pracował w jednym
z oddziałów dywersji. O wątpliwej postawie szwagra podobno nic nie wiedział. Rybicki
po latach zanotował: „Dowiadujemy się via
wywiad »Montera«, że rzeczywiście »Lasso« aresztowany wraz z bronią. Cały mój
stosunek do niego ulega jakby jakiemuś wahaniu”. Nie rozumiał, czy to przypadek, czy może jakiś nowy jego pomysł.
A może faktycznie niesłusznie go podejrzewał? Jak zwrócił mi uwagę Dariusz
Libionka, do dzisiaj niejasne pozostaje, czy Tabęckiego aresztowało Gestapo,
czy polskie Kripo. Za tym drugim rozwiązaniem przemawia dalszy rozwój wypadków.

Od tego momentu historia nabrała szalonego tempa. Najpierw
„Ryży” i Szwed odnaleźli Rybickiego. Powiedzieli mu, że robią wszystko, co
tylko możliwe, aby uwolnić Tabęckiego. Sytuacja była absurdalna. Dwóch ludzi
skazanych przez AK na śmierć tłumaczy oficerowi AK, że lada moment wyciągną z
rąk Gestapo innego oficera AK. I to takiego, przy którym znaleziono broń i
listę gestapowców do likwidacji, co normalnie nie dawałoby żadnych szans na
ratunek. „Dziękuję krótko Szwedowi, a ten pyta, czy będę pamiętał o jego
sprawie, czy może się już swobodnie poruszać, bez obawy likwidacji. Odpowiadam krótko,
że nie mam jeszcze odpowiedzi mojej Komendy. Żegnam się z nimi”. Zaskoczeń ciąg
dalszy. Już następnego dnia „Andrzej” dostał wiadomość, że „Lasso” jest na
wolności. Chciał się spotkać. Rybicki przeczuwał, że to podstęp, ale nie miał
wyjścia. Musiał to doprowadzić do końca. Rozumiejąc, że historia może się różnie
zakończyć, nie chciał narażać swoich najbliższych współpracowników. Odciął się
więc od nich, skupiając całą swoją uwagę na tej jednej sprawie.

Spotkali się na rogu Al. Jerozolimskich i ul. Kruczej.
Tabęcki, razem ze Szwedem i „Ryżym”, podjechał samochodem – z numerami rejestracyjnymi
Kripo. Na głowie miał bandaż. Rzekomo ślad po pobiciu na Szucha. Zapytany, po
co mu takie towarzystwo, odparł, że się boi, iż AK go zlikwiduje. A jak
wyszedł? Wmówił Niemcom, że jest z NSZ. W trakcie rozmowy zaczął ciągnąć
swojego szefa w stronę samochodu. Mówił, że pojadą za miasto, tam spokojnie
wszystko omówią.

Odpowiedziałem, że niech mnie nie ciągnie, bo obawiając się zasadzki gestapo przy widzeniu się z nim, przyszedłem z obstawą i powiedziałem mu o wydanym rozkazie strzelania do nas jako całości. Podziałało natychmiast; „Lasso” zły puścił mnie i chodząc, zaczęliśmy rozmawiać o Szwedzie, który przyłączył się teraz do nas, a przedtem stał na uboczu z „Ryżym”. Szwed „błaga” wprost, bym go przyjął do organizacji. Odpowiadam, że jeszcze nie mam odpowiedzi na raport „Lasso”, lecz spodziewam się, że będę miał ją w najbliższych dniach i wówczas powiadomię (Rybicki 2003, s. 141).

W czasie rozmowy „Andrzej” wpadł na pomysł spotkania z
nimi raz jeszcze w pełnym gronie. Nie po to, żeby rozmawiać, ale złapać ich,
przesłuchać – i zabić. Zaproponował, że kiedy uzyska odpowiedź od góry, odezwie
się i ustalą szczegóły. „Lasso” podał mu numer telefonu do swojej matki i rozeszli
się. Rybicki od razu ruszył do „Montera”. Teraz nie mógł odpuścić, musiał
uzyskać zgodę na likwidację. Tabęcki z całą swoją wiedzą i podejrzanymi
kontaktami stał się zagrożeniem. Chruściel też to zrozumiał. Bez sądu – jako
komendant okręgu miał taką możliwość – wydał na „Lasso” wyrok śmierci.

„Andrzej” błyskawicznie zaczął szykować akcję. Plan
był prosty. Mieli zwabić Tabęckiego, Szweda i „Ryżego” na Żoliborz, w rejon pl.
Wilsona, do jednej z willi. Tam chcieli ich obezwładnić i przed wykonaniem
wyroku przesłuchać, aby dowiedzieć się, co stało za całą sprawą. Czy chodziło
jedynie o działalność bandycką, czy może o coś poważniejszego – współpracę z
Niemcami.

Nadszedł dzień akcji, 15 kwietnia 1944 r. Piękna
słoneczna pogoda, ciepło. Wszystko miało się zacząć o 17. Ludzie poinstruowani,
każdy znał swoje zadanie. Rybicki na miejsce przyjechał dwie godziny wcześniej.
Chciał sprawdzić, czy wszystko jest gotowe. Okazało się, że pojawił się poważny
problem. Jedna z grup biorących udział w akcji miała opanować dom należący do
volksdeutschów. To w nim zamierzano wykonać wyrok. Pech chciał, że odbywało się
tam przyjęcie. Wybrali więc inny lokal – szkołę. „Andrzej”, wściekły, nakazał
opuszczenie budynku. Nie chciał narażać Polaków na represje. Zamiast tego
wybrał rejon ulic Dziennikarskiej i Sułkowskiego. Mało uczęszczany, odsunięty
od pl. Wilsona, gwarantujący odrobinę spokoju.

Teraz już tylko sprawność wykonawców decydowała o wyniku
sprawy. O 17 Rybicki spotkał się na przystanku z Tabęckim, Szwedem, „Ryżym” i
Leonem Millerem. Ostatniego miało nie być, ale skoro już się pojawił, to nie
mógł wyjść z tego cało. Ruszyli. Krok za krokiem zbliżali się na miejsce. Zeszli
z pl. Wilsona. Byli już coraz bliżej. „Andrzej” niósł pod pachą gazetę. Sygnał
dla reszty, żeby do niego nie strzelali. W końcu mało który z szeregowych
żołnierzy AK wiedział, jak wygląda jego dowódca. Jeszcze kilka kroków. Naprzeciwko
Rybickiego szło dwóch mężczyzn. Jeden z nich, Stanisław Sosabowski, napisze po
latach:

Pierwsza para Andrzej razem z młodym blondynem, znałem go jako Lasso. Tuż za nimi trzech innych ludzi. Wysoki brunet bez kapelusza szedł tuż za Lassem. Z odległości jakichś 30 metrów Lasso i Andrzej poznali mnie, zaczęli machać do mnie przyjaźnie, witając się. Trójka idąca z tyłu nie wykazywała specjalnego zaniepokojenia. […] Było ciepło, byłem tylko w koszuli. Lekka wiatrówka była przerzucona przez moje prawe przedramię. Antek miał ręce z tyłu za sobą. To jego ulubiona pozycja. Na dwa metry przed Lassem strzepnąłem trochę wiatrówką, odsłaniając lufę pistoletu, i strzeliłem wprost w okolice serca (Sosabowski 8.08.1974, s. 2–3).

Pierwszy padł Tabęcki, po nim „Ryży” i Miller. Tylko
Szwed zerwał się do ucieczki. Ostrzeliwał się z dwóch rewolwerów. Huk strzałów
wypełnił ulicę. Prawie dobiegł do rogu. „Andrzej” krzyczał, żeby go zabili. Nie
mógł im uciec. W końcu i jego dosięgnęły kule jednego z wykonawców. Zapadła
cisza. W ciągu kilku minut ciała wrzucono na ciężarówkę, którą wywieziono je za
miasto. Gdzieś na polanie, w jakimś lesie, wszystkie cztery wrzucono do
nieoznakowanego dołu.

Pytania

Zanim jednak pochowano zabitych, podczas obdukcji
lekarskiej rana głowy Tabęckiego okazała się mistyfikacją. Nie były nią za to
znalezione przy nim pozwolenie na broń i papiery baltendeutscha (albo
volksdeutscha, tutaj pojawiają się różne wersje). Tomasz Strzembosz podawał
nawet, że według jednego z raportów wywiadu istniało zdjęcie, na którym „Lasso”
znajdował się w towarzystwie kilku niemieckich oficerów. Wydawałoby się więc,
że rzecz jest oczywista – zdrada. Z takimi dowodami trudno bowiem dyskutować. Dlaczego
jednak nikogo nie wydał? Nawet po jego śmierci w Kedywie OW nie doszło do
żadnego aresztowania. A przecież ze swoimi znajomościami i dojściami mógł
„Lasso” wydać Niemcom całe kierownictwo Kedywu OW, a może nawet i samego
„Montera”. Istnieje też możliwość, że chcąc być stale przydatnym dla Niemców,
nie powiedział im wszystkiego, co wiedział. Być może liczył na to, że jeśli sam
przyprowadzi szefa warszawskiej dywersji, nagroda będzie o wiele większa, niż
gdyby „tylko” podał adresy jego lokali.

Także w kilkustronicowym akcie oskarżenia „Lassa”,
sporządzonym już po jego śmierci, sprawa współpracy z Niemcami została
podsumowana informacją, że ten wątek rozpracowuje kontrwywiad (Kedyw 2009, s. 200).
W piśmie tym Tabęckiego oskarżano o: tchórzostwo i samowolne opuszczenie
miejsca akcji w dniu 26 sierpnia; wyjawienie „Ryżemu” i Szwedowi, że są na nich
wydane wyroki śmierci, i wciągnięcie ich do pracy organizacyjnej; zobowiązanie
się do pełnienia funkcji konfidencjonalnych w Gestapo; przyprowadzenie na
spotkanie z „Andrzejem” obcych, tj. „Ryżego” i Szweda; cały szereg kłamstw,
które miały stworzyć mu odpowiednią legendę w konspiracji.

Dwa z tych trzech oskarżeń, tj. o zobowiązanie się do
współpracy z Niemcami oraz tchórzostwo podczas akcji na Czackiego, wydają się
niepotwierdzone. Brakuje twardych dowodów na jego związki z Gestapo. Z kolei
wątek ucieczki rankiem 26 sierpnia z ul. Czackiego już opisałem, pokazując, że
wobec większości uczestników tamtej akcji można by użyć podobnego zarzutu.

O wiele bardziej obciążająca oprócz pozwolenia na broń
i sfingowanego aresztowania wydaje się sprawa uwalniania „Chuchry”. Jak
pamiętamy, otrzymał na to od „Montera” 100 tys. zł. Lewińskiego nie uratował,
ale pieniędzy też nie zwrócił. Tutaj na scenie pojawia się małżeństwo Maria i
Wincenty Kułakowscy, znani z tego, że za pieniądze obiecywali pomoc w uwolnieniu
z rąk Niemców różnych osób. Tabęcki również skorzystał z ich usług. Ponieważ od
niego już nie można było się niczego dowiedzieć, należało przesłuchać
Kułakowskich. W niedzielę 6 maja 1944 r. do ich mieszkania przy ul. Śniadeckich
wpadł oddział dowodzony przez Stanisława Sosabowskiego (Sosabowski 5.12.1974, s.
1–3). Opanowali lokal, do którego po chwili przyszedł oficer kontrwywiadu AK
Wincenty Kwieciński „Lotny”. Sosabowski, który pozostawił relację z tej akcji,
nie był obecny przy samym przesłuchaniu małżonków, przez co nie wiemy, co powiedzieli.
Po wszystkim oboje zostali zastrzeleni.

Po latach Rybicki, spisując swoje wspomnienia,
zanotował, że Kułakowska zeznała, iż od „Lassa” otrzymała 25 tys. zł. Co się
stało z resztą, nie wiadomo. Może Tabęcki rzeczywiście próbował wykupić
„Chuchrę”, a może większość pieniędzy zachował dla siebie. Możemy jedynie zgadywać.

Są w tej sytuacji dwie prawdopodobne wersje wydarzeń.
Pierwsza dotyczy działalności bandyckiej, w którą „Lasso” wciągnęli „Ryży” i
Szwed. Być może postanowili we trzech prowadzić trudną do rozszyfrowania
dzisiaj grę z AK i Niemcami. Nie wiemy, kiedy Tabęcki poznał Szweda. Znajomość
z „Ryżym” rozpoczęła się najpewniej podczas akcji pod murami getta. Być może
zachęcony możliwością łatwego zarobku, dał się namówić na współudział w
przestępczej działalności „Ryżego” i „Arpada”? Tylko dlaczego jego udział był
tak niewielki? W raportach komisji badającej sprawę jego pseudonim przewija się
sporadycznie.

Druga możliwość jest związana z działalnością Mariana
Szweda. Światło na nią rzuca Jan Grabowski, opisując działalność Sonderstreife
SS-Hauptsturmführera Georga Richtera, w ramach którego działał Szwed (Grabowski
2020, s. 307 i n.). Młodzi, entuzjastycznie podchodzący do swojej pracy dla
Niemców, polscy funkcjonariusze Kripo zajmowali się m.in. wykonywaniem wyroków
na Polakach oraz napadami rabunkowymi na wybrane osoby. Sam Szwed był
zamieszany w aresztowanie Adolfa Bermana, który zabrany na komisariat, wykupił
się kwotą 200 tys. zł (Libionka 2018, s. 155).

Według raportów wywiadu AK ludzie Richtera skupiali
się jednak przede wszystkim na wynajdywaniu dróg dotarcia do podziemia. Być
może więc Szwed, wykorzystując Tabęckiego, próbował dotrzeć jak najgłębiej do struktur
konspiracyjnych. Zastanawia jedynie, dlaczego nie wykorzystał okazji, gdy
spotkał się z Rybickim. I to aż dwukrotnie przed 15 kwietnia. Czy chodziło mu o
kogoś wyżej postawionego? Nie wiadomo. Nie jest również jasne, czy „Lasso” dał
się wciągnąć w tę historię świadomie. Być może mu za to zapłacono. Szwed, jak
widzieliśmy, dysponował dużymi pieniędzmi. „Ryży” po tym jak zakończył bandycką
działalność w duecie z „Arpadem”, mógł zostać zwerbowany przez Szweda, a ten z
kolei polecił mu wciągnąć „Lasso” do pracy. Wszystko to jednak są wyłącznie
gdybania.

Wątpliwości w sprawie Tabęckiego nie pozbył się sam
Rybicki. Jeszcze w latach siedemdziesiątych ukrywał przed jego matką
okoliczności śmierci syna, a nazwisko przed historykami. Skazani oni byli wtedy
na pisanie o Tabęckim N.N. – nazwisko nieznane. Dzisiaj, choć nazwisko już
znamy, ciągle wielu rzeczy nie wiemy.

Historia Jerzego Mieczysława Tabęckiego „Lassa”,
„Cerbera”, mimo niezwykle sensacyjnego jej przebiegu, a także tego, jakie
postaci były w nią zamieszane, do dzisiaj nie doczekała się poważniejszego
zainteresowania ze strony historyków. Tymczasem już nawet w tym niepełnym jej
zarysie, bogatym w dziury i pytania bez odpowiedzi, sprawia wrażenie idealnego
przyczynku do dyskusji nad tym, jak łatwo w podziemiu przejść od bohatera do
bandyty czy wręcz zdrajcy. Szczególnie w oddziałach bojowych. Stanisław Aronson
„Rysiek”, jeden z ostatnich żyjących żołnierzy Kedywu OW, opowiada, jak od
swoich dowódców słyszeli w oddziale, że to, co robią, czyli m.in. akcje bojowe,
ale też wykonywanie wyroków, od bandytyzmu dzieli cienka linia. Z kolei Tadeusz
Wiwatowski, jeden z najbliższych współpracowników Józefa R. Rybickiego,
rozumiejąc, jak łatwo w dywersji przekroczyć granicę, jak łatwo dywersja może
„wykoleić człowieka”, ratunku dla siebie szukał w powrocie do przedwojennych
zajęć, czyli w jego przypadku w pracy naukowej.

Czy Tabęcki przekroczył tę granicę? Tutaj nie ma
wątpliwości. Ale ciągle nie wiemy, jak daleko za nią się znalazł ani jak dokładnie
wyglądał ten proces. Trwał on niecały rok. 22 kwietnia 1943 r. pod murami getta
uratował życie Lewińskiemu i Lewandowskiemu. 15 kwietnia 1944 r. na warszawskim
Żoliborzu zginął z wyroku wydanego przez przyjaciela swojego ojca. Z bohatera
podziemia stał się dla niego zagrożeniem.

Być może istnieją źródła dokładniej opisujące losy
„Lassa” – kolejne relacje ludzi, którzy go znali, raport Kwiecińskiego z
przesłuchania Kułakowskich, materiały warszawskiego Gestapo. Być może jest
gdzieś jego zdjęcie. Ponieważ mam nadzieję, że to wszystko jednak istnieje,
czekając tylko na odkrycie i ułożenie w jeden spójny obraz, chciałbym, aby ten
tekst stanowił wstęp do wyjaśnienia tej historii.

Za pomoc w napisaniu artykułu, uwagi i korekty pragnę
podziękować prof. Dariuszowi Libionce.


Bibliografia:

Źródła archiwalne

Lewandowski
Z., 8.09.1974; AAN, ATS, sygn. 78, notatka Z. Lewandowskiego.

Lewandowski
Z., 9.09.1974; AAN, ATS, sygn. 78, notatka Z. Lewandowskiego.

Rybicki
J.R., Kummant L., Witkowski H., 05.1973; sygn. 409, relacja zbiorowa spisana
przez T. Strzembosza.

Rybicki
J.R., 22.05.1979; AAN, ATS, sygn. 45, relacja J.R. Rybickiego spisana przez T.
Strzembosza.

Sosabowski
S., 8.08.1974; GR BUW, AJR, nr inw. 5300, list S. Sosabowskiego do J.R.
Rybickiego.

Sosabowski
S., 5.12.1974; GR BUW, AJR, nr inw. 5300, list S. Sosabowskiego do J.R.
Rybickiego.

Sosabowski
S., 11.12.1974; GR BUW, AJR, nr inw. 5300, list S. Sosabowskiego do J.R.
Rybickiego.

Opracowania

Grabowski
J. (2020), Na posterunku. Udział polskiej
policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów
, Wołowiec.

Kedyw
Okręgu Warszawa Armii Krajowej. Dokumenty – rok 1943
(2006), oprac. H. Rybicka, Warszawa.

Kedyw Okręgu Warszawskiego
Armii Krajowej. Dokumenty – rok 1944
, (2009), oprac. H.
Rybicka, Warszawa.

Lewandowski
Z. (1985), Wierni przysiędze [w:] H. Nakielski, Biret i rogatywka,
Warszawa.

Libionka
D. (2018), Polska Podziemna wobec
szantażystów i szmalcowników w Warszawie. Korekta obrazu
, „Zagłada Żydów.
Studia i materiały”, nr 14.

Obwodowe
oddziały dywersji bojowej Okręgu AK Warszawa. Dokumenty warszawskiego Kedywu z
lat 1943
1945, (2010), oprac. H. Rybicka, Warszawa.

Oddział
Dyspozycyjny „A” warszawskiego Kedywu. Dokumenty z lat 1943
1944
(2007), oprac. H. Rybicka,
Warszawa.

Rybicki
J.R. (2003), Notatki szefa warszawskiego
Kedywu
, Warszawa.

Strzembosz
T. (1983), Oddziały szturmowe
konspiracyjnej Warszawy
, Warszawa.

Valcini
A. (1973), Golgota Warszawy 1939–1945.
Wspomnienia
, ttłum. S. Widłak, Kraków.

Witkowski
H. (1984), „Kedyw” Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej w latach 19431944,
Warszawa.


Korekta językowa: Beata Bińko




Długie trwanie i szybkie zmiany. Esej historyczno-socjologiczny pisany w czasach zarazy

Kolorowany miedzioryt Paula Fürsta, Der Doctor Schnabel von Rom, ok. 1656 r. (źródło: wikipedia)

MARCIN KULA

Akademia Teatralna im.
Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie

Długie trwanie i szybkie zmiany. Esej historyczno-socjologiczny pisany w czasach zarazy

Choć nie jestem historykiem medycyny, jestem historykiem i żyję wśród zarazy. Prowadząc obserwację uczestniczącą, myślę jak historyk. Mam pełną świadomość, że inni koledzy byli lepiej przygotowani zawodowo do myślenia o społecznym wymiarze chorób (Karpiński 2000; Mieszkowski 2020; Piskorski, 12 VI 2020; Węcowski, 28–29 III 2020). Chcę jednak podzielić się paroma myślami. Wszystko wskazuje na to, że z koronawirusem musimy się zakolegować – przynajmniej na jakiś czas. Zwrócę zatem uwagę, co mnie, historyka, zainteresowało w otaczającej rzeczywistości.

Obserwowane dyskusje wokół statystyki obecnych zachorowań prowadzą mnie do myśli, jak trudne są badania nad historią chorób. W ich dawnych opisach trudno je rozpoznać, ludzie często ukrywali początki epidemii, przez wieki z natury rzeczy nie zgłaszali się do żadnego lekarza, a jeśli taki funkcjonował, to przecież nie prowadził statystyk. Nawet obecnie statystyki bywają bez sensu, zwłaszcza w biednych krajach, nie mówiąc o tym, że istniejące akurat w nich statystyki uwzględniają jedynie wypadki o silnych objawach. Prawda, że dziś historycy medycyny dysponują metodami nieznanymi naszym poprzednikom – jak biochemiczne badanie mumii czy badanie DNA bakterii w szczątkach ludzkich znajdowanych podczas wykopalisk (podobno najlepiej zachowują się w zębach!). Bakterie hiszpanki zbadano dzięki odkopaniu ciał jej ofiar pod koniec XX w. z wiecznej zmarzliny na dalekiej Alasce. Wysoko w Andach i w topniejącym lodowcu alpejskim też znajdowano zwłoki dawno zmarłych tam ludzi, które następnie poddano badaniom.

Jako historyka interesuje mnie pytanie, co ludzie uznawali w swoich czasach za chorobę. Studia nad historią szaleństwa dobitnie pokazały, jak zmienne były opinie na ten temat. Prawda, psychiatrzy przyjmują pewne definicje. Nawet jednak w ich wypadku sprawa nie jest oczywista. Nadużywanie psychiatrii do celów politycznych w komunizmie oraz do zapewniania „jakości rasy” w hitlerowskich Niemczech było zbrodnią, ale jeśli zastanawiamy się nad definiowaniem choroby psychicznej w dziejach, to trzeba uwzględnić również takie casusy. Przecież to jacyś psychiatrzy podpisywali orzeczenia o chorobie – najpewniej z przekonaniem. Czy Hitler bądź, dajmy na to, Eichmann, byli szaleńcami? Gdyby pierwszy nie popełnił samobójstwa, zostałby skazany przez każdy sąd – czyli byłby uznany za zdrowego psychicznie. Drugi według Hannah Arendt był najzwyklejszym, pilnym urzędnikiem. Został skazany przez sąd, a zatem uznano go za w pełni poczytalnego. Czy jednak można być poczytalnym, jeśli popełnia się takie zbrodnie? O Stalina i jego ludzi też można tak zapytać. O masy ludzi uczestniczących w tych zbrodniach również. W wypadkach mniej drastycznych sprawa także nie jest oczywista. Choćby z potocznego doświadczenia wiadomo, że genialność nieraz nie jest daleka od dziwactwa. Można wskazać dużą liczbę wielkich nazwisk osób żyjących dawniej i dziś, które reprezentowały jedno i drugie. Niedawno zmarły wybitny genetyk francuski Piotr Słonimski wyraził się znacząco: „Czy koniecznie trzeba być wariatem, żeby dokonać odkrycia naukowego? Niekoniecznie, ale to pomaga!” (Mózgu nie sklonujemy, 23 XII 2000).

W odniesieniu do dawniejszych dziejów byłoby warto zapytać o zbiorowe szaleństwa, takie jak „taniec św. Wita” w wiekach XIV–XVII, gdy ludzie potrafili zbiorowo tańczyć do omdlenia. Czy jak tulipomania w latach trzydziestych XVII w. w Holandii, kiedy ceny cebulek oryginalnych odmian osiągały niebotyczne poziomy, a przegrani popełniali samobójstwa. Zbigniew Herbert pisał o tym epizodzie: „Dewiacje określane nazwą manii posiadają pewną wspólną cechę. Osobnicy dotknięci tą przypadłością mają tendencję do stworzenia urojonych autonomicznych światów, rządzonych własnymi prawami. W naszym przypadku była to jakby gigantyczna loteria kwiatowa i wszyscy grający oczekiwali głównej wygranej. Gra nie toczyła się jednak na wynajętej w tym celu wyspie, lecz w kraju, gdzie kardynalnymi cnotami były: rozwaga, umiarkowanie i wypłacalność. System oparty na mieszczańskiej kalkulacji nie mógł współżyć z systemem finansowych fantasmagorii. Kolizja świata pragnień z potoczną realnością była nieunikniona i, jak zwykle w takich przypadkach, bolesna”(Herbert 1993, s. 58).

W odniesieniu do dawniejszych i nieraz niestety współczesnych czasów można zapytać o pozostawanie w ramach norm psychicznych różnych ludzi zadających tortury czy śmierć na mękach. Dla historyka ciekawa (w tym wypadku smętnie ciekawa) jest widoczna ewolucja norm zjawisk uznawanych za normalne. Przecież kiedyś zarówno tortury, jak śmierć na mękach były czymś „normalnym”. Dziś, gdy czytamy o takich rzeczach, gdy czytamy o zachowaniach hitlerowców w sytuacjach wojennych i obozowych, gdy czytamy o niemieckich i japońskich lekarzach przeprowadzających eksperymenty na więźniach, zadajemy sobie pytanie czy byli normalni. Najtrudniejszym intelektualnie problemem jest to, że w zwykłym życiu jednak byli. Ba, czasami mieli nawet problemy. Hitlerowcy wymyślili przemysłowy sposób zabijania, gdyż ich ludzie miewali jednak trudności z poprzednimi, „rzemieślniczymi” sposobami. Frantz Fanon, lekarz psychiatra praktykujący w ogarniętym wojną wyzwoleńczą Algierze, a jednocześnie uczestnik algierskiej konspiracji, opowiada, jak to kiedyś zgłosił się do niego francuski policjant z prośbą o środki nasenne; po nocach śnili mu się ludzie, których za dnia sam torturował (zostawmy na boku dylemat Fanona, czy miał mu przypisać lekarstwo – by spokojniej torturował ofiary?).

Innym przykładem zmienności podejścia do definicji choroby jest kwestia alkoholizmu i narkomanii. Dziś nieraz mówi się w takich wypadkach o chorobach. Próbuje się jedno i drugie leczyć. Nie jesteśmy wszelako w tym konsekwentni. Spowodowanie wypadku pod wpływem alkoholu lub narkotyków ani trochę nie łagodzi wyroku – czego można by oczekiwać w niektórych sytuacjach przy zdiagnozowaniu choroby. Co jednak dla nas interesujące, narkotyki wcale nie zawsze były uważane za zjawisko negatywne, prowadzące do sui generis choroby. Bywały wręcz modne, nieraz traktowano je jako lekarstwo. Podczas I wojny światowej kokainę podawano milionom rannych (Mieszkowski 2020, s. 98–99). Nie wiem, czy w wielu wypadkach im pomogła, ale w nałóg wprowadzała z pewnością.

Homoseksualizm bywał traktowany jako zjawisko sytuujące się pomiędzy chorobą a przestępstwem. Hitlerowcy zamykali homoseksualistów do obozów koncentracyjnych. Potem najdłużej z ofiar obozowego świata czekali na oddanie sprawiedliwości. Prześladowano homoseksualistów również w wielu krajach demokratycznych. Z kolei Światowa Organizacja Zdrowia skreśliła homoseksualizm z listy chorób dopiero w 1991 r. W Polsce ciągle pojawia się wątek, że ludzi o takiej orientacji trzeba leczyć. Mało tego. W kontekście homoseksualizmu padło już słowo „zaraza”. Arcybiskup Marek Jędraszewski w bazylice Mariackiej (!) w 75. rocznicę Powstania Warszawskiego (!) mówił: „Czerwona zaraza już po naszej ziemi całe szczęście nie chodzi, co wcale nie znaczy, że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły. Nie marksistowska, bolszewicka, ale zrodzona z tego samego ducha, neomarksistowska. Nie czerwona, ale tęczowa” (Klauziński, Chrzczonowicz, 2 VIII 2019). Niedługo po tym kazaniu jeden z księży ze Szczecina rzucił pomysł „odkażenia” (tak powiedział) ulic, którymi przechodziła Parada Równości. Ksiądz wycofał się potem ze swoich słów i przeprosił, a zatem pomińmy jego nazwisko. Zwolennicy tezy o „zarazie” demonstracyjnie myli ulice wodą i szczotkami. O tym, jak fatalne skojarzenia z minioną historią rodzą takie sformułowania, nie warto już mówić.

W praktyce codziennej pojawiały się dyskusje, czy niepłodność jest chorobą. Rozgrywały się one niekoniecznie na płaszczyźnie medycznej. Taki problem ma przecież przełożenie na kwestię finansowania ewentualnego zapłodnienia pozaustrojowego. Dawniej depresja, dyslekcja, autyzm, ADHD… nie były uznawane za zjawiska zasługujące na leczenie. W wojsku nie mówiono o stresie pourazowym itp.

W sumie: były w dziejach i są sytuacje, w których uznanie zjawiska za chorobę jest oczywiste. Były i są jednak też takie, które wzbudzają dyskusje, a ich zdefiniowanie zmieniało się historycznie.

* * *

Użyteczne dla historyków byłoby zestawienie kalendarium występowania chorób, w tym epidemii. O ile pierwsze jest w ogóle niemożliwe, o tyle drugie jest bardzo trudne. Epidemie, a przynajmniej ich obawy „po prostu” towarzyszyły ludzkości w dziejach (Márquez 1994). Nieprzypadkowo przynajmniej jeszcze niedawno na krzyżach stawianych w Polsce u początku wsi wśród próśb do Boga pisano, by uchował od „moru” („morowego powietrza”, które to określenie podobno pojawiło się w czasie dżumy z XIV w.) (Jankowiak, 15–21 IV 2020). Ostatnie dziesięciolecia w Europie były z tego punktu widzenia litościwe. Przerażające wszystkich swego czasu choroby – dżuma, ospa prawdziwa, trąd, tyfus, cholera – przestały tu straszyć. Zapewne dlatego epidemia koronawirusa, którą obecnie (jesień 2020) przeżywamy, zrobiła na nas takie wrażenie. Na dodatek istnieje telewizja itd., zobaczyliśmy więc trumny licznie wiezione na cmentarze we Włoszech. Nikt nie oczekiwał tu epidemii, jak nie oczekuje się w Warszawie wybuchu wulkanu. W końcu w Polsce poprzednia epidemia wystąpiła w 1963 r. Była to epidemia ospy prawdziwej, szczęśliwie ograniczona do jednego miasta (Wrocław) i stosunkowo szybko opanowana. Można jeszcze mówić o AIDS jako o epidemii (pierwszy zarejestrowany w Polsce nosiciel – rok 1985, pierwszy chory 1986, pierwsza śmierć 1987). Jak każda nowa, nieznana wpierw choroba, ta też napawała niepokojem. W wielu krajach pojawiły się obawy, że można się nią zarazić przez kontakt wszelki, nie tylko seksualny. Ze względu na drogę przenoszenia ta choroba jednak mniej powszechnie straszyła, no i została raczej opanowana. Tymczasem w wypadku koronawirusa okazało się, że w Europie nie żyjemy w innym świecie niż świat biedny. Przyroda przypomniała nam także, iż w dzisiejszych warunkach komunikacyjnych nie jesteśmy tak daleko jak kiedyś od przeludnionych metropolii trzecioświatowych, a tam powstają coraz większe slumsy z ludności napływowej. Zresztą czy to tam, czy blisko nas liczne miasta są potencjalnie niebezpieczne przez wielkość skupisk ludzkich.

Największe szanse znalezienia się w takim spisie miałyby epidemie, które ludzie szczególnie zapamiętali – albo ze względu na wielkość nieszczęścia, albo drugorzędnye okoliczności. Wielu z nas wie o epidemii (niejasne czego), która wybuchła podczas wojny peloponeskiej – bowiem historia Sparty i Aten jest szeroko znana, a o wojnie, w tym o epidemii, pisał Tukidydes. Na dodatek jej ofiarą padł Perykles. Pamiętamy o „czarnej śmierci” z XIV w. z uwagi na jej rozmiary i konsekwencje, o których niżej. Pamiętamy o dżumie w Londynie w 1665 r., ponieważ opisał ją Daniel Defoe. O hiszpance przypomniał nam koronawirus – gdyż pamięć o niej została zagłuszona przez wspomnienie I wojny światowej. Epidemie nieraz towarzyszą wojnom – ale pamięta się wojnę. Tyfus towarzyszył potopowi szwedzkiemu, wyprawie Napoleona na Moskwę, wojnie krymskiej, I wojnie światowej i kilku krajom Europy Wschodniej w epoce tej wojny. Cholera była istotnym czynnikiem przebiegu Powstania Listopadowego. Nawiasem mówiąc, Mickiewicz zmarł na cholerę (w Stambule). Z rozważanego punktu widzenia wojny nie kończą się zresztą od razu. W Polsce epidemia syfilisu przyszła bezpośrednio po II wojnie światowej. Mogła być skutkiem wojny albo powojennego rozprzężenia, ale w tych rozmiarach była niewątpliwie z nią związana.

Pamiętamy gruźlicę – bowiem była to choroba bardzo powszechna, strasząca ludzi w miastach, które lepiej zachowują pamięć niż wieś. Gruźlica dotykała ludzi sławnych (Chopin, Słowacki, Norwid). Co ważne, była nieszczęściem jeszcze niedawno. Naznaczyła europejski XIX w., ale praktycznie jeszcze ludzie urodzeni w Polsce przed 1950 r. mogli z dużym prawdopodobieństwem mieć z nią kontakt. Z dzieciństwa pamiętam powszechnie rozmieszczone napisy „Nie pluć!” i spluwaczki w wielu miejscach. Przypuszczam, że pozostawały one w jakimś związku z obawą przed gruźlicą. W wielu krajach niestety obserwuje się zresztą nawroty jej fali.

Znacznie słabiej pamiętamy epidemie z krajów pozaeuropejskich – jak gigantyczna epidemia dżumy w Azji w drugiej połowie XIX w. Nawet dziś, mimo znacznie lepszego rozchodzenia się wiadomości, mało wiemy i mało myślimy o eboli w Afryce (pierwsze wypadki w Zairze w 1976 r.), o SARS (2002 na południu Chin), o ptasiej grypie (2003 w Azji).

* * *

Ciekawe dla historyków są drogi przenoszenia różnych chorób. Oczywiście nieraz nie są one łatwe do ustalenia, nieraz po prostu choroby nie muszą być aż przynoszone, będąc innej natury. Od dawna jednak ludzie wiedzieli, że mogły być przynoszone. Przeświadczenie o geograficznym pochodzeniu chorób mogło się nawet odzwierciedlać w funkcjonujących ich nazwach. We Francji syfilis nazywano swego czasu chorobą z Neapolu, Włosi, Anglicy, Niemcy nazywali go chorobą francuską, na terenie dzisiejszej Holandii nazywano go hiszpańską, w Portugalii kastylijską, w Rosji polską, w Polsce niemiecką, a potem francuską, w Japonii i dzisiejszych Indiach – portugalską (Barański 2012, s. 13). Nawiasem mówiąc, nazwa „hiszpanka” została nadana nie na skutek rozpowszechnienia się tej choroby z Hiszpanii, lecz raczej na skutek rozprzestrzeniania się stamtąd wiadomości o niej – co było konsekwencją hamowania wiadomości z innych źródeł przez cenzurę w krajach wojujących w I wojnie światowej. Tak czy inaczej, ludzie wcześnie zauważali, że choroby są przynoszone – czy to przez krzyżowców z Bliskiego Wschodu, czy choćby przez statki przypływające do Wenecji. Słowo „kwarantanna” podobno pochodzi od stosowanego czasu izolacji w portach włoskich w XIV w. (40 dni). Mało prawdopodobne, by Europejczycy zauważyli, że z kolei oni przenieśli różne zarazki (głównie ospy i odry) do Ameryki. Bardziej w ten sposób niż siłą militarną wykończyli masę Indian, niemających odporności na te choroby. Potem sami w podobny sposób oberwali właśnie w Ameryce – choć na mniejszą skalę i niezupełnie od rdzennych mieszkańców. Mianowicie ekspedycja, którą Napoleon wysłał przeciw zbuntowanym Haitańczykom, musiała się wycofać z powodu żółtej febry; byli niewolnicy okazali się na nią bardziej odporni (Rządy mikrobów, 25–31 III 2020).

Wspominana wyżej hiszpanka najpewniej rozprzestrzeniła się za sprawą robotników z Chin, ściąganych do USA z powodu wojennych braków rąk do pracy; potem żołnierze amerykańscy przenieśli ją do Europy. Wojny sprzyjają epidemiom – m.in. dlatego że wywołują ruchy mas ludzi. Sprzyja im też nasza obecna ruchliwość. Oczywiście nie jest tak, że epidemie muszą wywodzić się z Chin, ale ponieważ tam się na ogół lokalizuje wyjściowe ognisko naszych obecnych kłopotów, warto wspomnieć na przykład o przeogromnej liczbie turystów odwiedzających teraz ten kraj oraz o liczbie turystów chińskich odwiedzających Europę. To są dosłownie miliony ludzi co roku, wręcz najważniejsi klienci międzynarodowych biur podróży (Gadomski, 29 II – 1 III 2020). Jednocześnie prawda jest taka, że dawniej zarazy też się przenosiły nawet na bardzo wielkie dystanse, choć powolniej. Z perspektywy kultury i chęci akcentowania własnej tożsamości świat nie stał się globalną wioską – jak przewidywał Herbert Marshall McLuhan. Z perspektywy epidemii był nią jednak od dawna. Prawdą jest też, iż zarazę może przenieść chociażby jeden człowiek. Epidemię ospy prawdziwej przywlókł w 1963 r. do Wrocławia człowiek, który akurat przyjechał z Azji. Cała Polska patrzała wtedy z niepokojem na Wrocław. Nie zdecydowano się wówczas na zamknięcie tego miasta, tylko na izolowanie chorych, bardzo masowe szczepienia i pewne ograniczenia. W 1991 r. w Rio de Janeiro sam byłem świadkiem, gdy pojawiła się tam cholera. Przyniósł ją człowiek przybyły autobusem z północy Brazylii, który – co było dodatkowo niedobre – zamieszkał u swojej rodziny w jednej z dzielnic nędzy. Ponieważ epidemia cholery panowała wtedy w kilku krajach Ameryki Łacińskiej, obawy były duże zarówno w samym Rio, jak w ośrodkach, przez które ten człowiek jechał i gdzie wysiadali jadący z nim ludzie. Sam to doświadczenie wspominam, rzecz jasna, nieprzyjemnie. W ogóle nie było wiadomo co robić – poza częsty myciem rąk i w ogóle dbaniem o higienę.

Nawiasem mówiąc, ciekawe są często zdarzające się w naszych czasach migracje w jakimś sensie przeciwstawne chorobom, a mianowicie migracje personelu medycznego. Jest to jeden z punktów problematyki częstych we współczesnym świecie migracji wykwalifikowanej siły roboczej, nie miejsce tu na jego omawianie. Oczywiście owo zagadnienie może mieć zabarwienie szczególne – jak zorganizowana forma wysyłania przez Kubę lekarzy do różnych krajów.

* * *

Samo przeniesienie choroby nie musi jednak jeszcze wszystkiego tłumaczyć. W końcu otaczają nas różne zarazki, a konsekwencje są szczęśliwie zróżnicowane. Historyka chyba szczególnie interesują okoliczności społeczne sprzyjające ujawnieniu się i rozprzestrzenianiu się różnych chorób. Amerykanka, która wyszła za Polaka i w okresie międzywojennym żyła na wschodzie Polski, zanotowała na przykład: „W najbliższej wiosce znaleźliśmy tylko jedno dziecko bez powiększonych węzłów chłonnych i jedynie troje nie miało krzywicy. Żadne z nich nie nosiło bielizny”. Innym razem zapisała, że „we wszystkich trzech [odwiedzonych – M.K.] szkołach chłopcy wyglądają zdrowiej niż dziewczynki. W domu lepiej ich żywiono, ponieważ stanowili bezpieczniejszą inwestycję”. Gdy próbowała tłumaczyć chłopom potrzebę utrzymywania higieny, jakaś kobieta z tyłu sali odezwała się: „Chętnie bym się dowiedziała, jak mamy utrzymywać czystość, jeżeli krowy i świnie mieszkają razem z nami, nasi starzy rodzice plują na podłogę, a dzieci nie chcą chodzić do wygódki? – Tak, i trzeba nosić wodę ze wspólnej studni”(Sapieha 2019, s. 152, 152–153, 154).

Gdy czytałem takie notatki, przypomniała mi się wyżej wspomniana epidemia cholery z wielkich miast latynoamerykańskich z 1990 i 1991 r. Ona rozprzestrzeniała się przede wszystkim w dzielnicach nędzy. Jeden z tamtejszych lekarzy powiedział wówczas o ich mieszkańcach: „Jak mogę im wytłumaczyć, żeby gotowali wodę przez 20 minut, skoro litr nafty kosztuje dolara?”(„Gazeta Wyborcza”, 15 IV 1991). Dla takich dzielnic typowe są dwie okoliczności szczególnie ważne z rozważanego punktu widzenia: stłoczenie ludzi i brud. Przecież to były (i najczęściej są) skupiska ludzkie bez kanalizacji, z nieczystościami nieraz spływającymi do wody, w której się pierze ubranie, a dobrze jeśli nie bierze się jej do picia. One wystarczą do wybuchu różnych epidemii. Ich mieszkańców nie powstrzyma się zresztą przed rozniesieniem zarazy dalej. Praktycznie nie można zamknąć straganu biedakowi czy zabronić chłopakom „pilnować samochodów” w lepszych dzielnicach. Po pierwsze nie posłuchają, a po drugie muszą coś jeść.

Do stłoczenia ludzi i brudu nie trzeba robiących dziś wrażenie na przybyszu faweli w Rio de Janeiro. Gigantyczna epidemia tyfusu w Serbii w początkach I wojny światowej zaczęła się wśród jeńców austriackich. Również przeogromna – wśród wojskowych i cywilnych uchodźców po klęsce Rosjan pod Gorlicami w 1915 r. Ostatnia epidemia cholery w Polsce wybuchła w 1920 r., głównie w obozach jeńców rosyjskich. Za każdym razem wystarczyło właśnie nagromadzenie ludzi, złe warunki sanitarne, pewno złe wyżywienie. Rosjanie nieraz chcą zrównoważyć zbrodnię katyńską swoimi ofiarami w tych obozach. Niezależnie od tego, czy sami wierzą w sens takiego zestawienia, czy robią to taktycznie choćby z myślą o własnym społeczeństwie, taki zabieg jest pozbawiony logiki. Nawet jeśli, być może, śmierci z chorób w obozach obciążają polską administrację (prawda, że działającą wówczas w bardzo trudnych warunkach), to nie są one porównywalne z celowym mordowaniem jeńców. W ramach niniejszego wywodu owe obozy jeńców rosyjskich mieszczą się w kategorii nieszczęść porównywalnych ze wspomnianymi ofiarami warunków w Serbii albo pod Gorlicami czy z ofiarami stłoczenia i brudu w dzielnicach nędzy. Hiszpanka biła rekordy w USA w Bostonie i w pobliskiej bazie wojskowej – punkcie koncentracji wojsk wysyłanych do Europy w czasie I wojny światowej. Podczas okupacji hitlerowskiej getta, przez stłoczenie ludzi i wyjątkowy brak możliwości zachowania higieny, sprzyjały epidemiom nawet chorób już zapomnianych. Jeszcze przynajmniej w dobie I wojny światowej Niemcy ukuli stereotyp, w ramach którego Żydzi zostali powiązani z wszami i tyfusem plamistym. Ich specjaliści „dokładnie odróżniali brud żydowski od chrześcijańskiego, wszy żydowskie od polskich” – piszą ironicznie dzisiejsi historycy (Borodziej, Górny 2014, s. 415). „Urzędnicy niemieckich służb sanitarnych analizowali dane medyczne przez pryzmat rasy i realiów biologicznych, nie dostrzegając istotnych uwarunkowań społecznych. Kiedy zorientowali się, że tyfus powszechnie występuje w przeludnionych, ubogich żydowskich dzielnicach miast Europy Wschodniej, pomylili współzależność z przyczynowością i pomijając oczywiste czynniki środowiskowe, tłumaczyli rozprzestrzenianie się tej choroby rzekomym kulturowym i genetycznym upośledzeniem Żydów”(Browning 2012, s. 174). Efektywna walka z wszami poprzez częstą zmianę bielizny, mycie się i kąpanie, także rozrzedzenie zaludnienia mieszkań i utrzymanie ich w czystości, była zupełnie nierealna w ubogich dzielnicach, a cóż dopiero w gettach podczas okupacji. Zachowanie czystości w slumsach XIX-wiecznych rozrastających się miast – podobnie.

Społeczne uwarunkowanie występowania i przebiegu chorób znajdowało wyraz nie tylko w sytuacjach skrajnych. Na początku lat osiemdziesiątych XX w. naszą uwagę zwracała na przykład zwiększona liczba zatruć pokarmowych. Mogła się ona tłumaczyć trudnościami utrzymania czystości przy ówczesnym braku środków do tego służących. My jednak najczęściej tłumaczyliśmy sobie obserwowane zjawisko trudnościami z kupnem artykułów spożywczych, powodującymi częstsze jedzenie produktów przedawnionych z zapasów, jakie przy różnych okazjach udawało się zgromadzić.

Społeczne uwarunkowania chorób to także zjawiska innej natury. „Śmierć po pandemii dżumy ma na malowidłach szeroką kosę, która równo tnie. Prowadzi do grobu papieża, króla, kupca, rzemieślnika i biedaka. Wyobrażenie Śmierci sprawiedliwej odpowiadało może czasom Tukidydesa. Później szanse przeżycia biednych, a nawet, jak zauważa Boccaccio, umiarkowanie zamożnych maleją. Ludzie średniowiecza widzieli, że epidemie rzadko zabierają biskupów i magnatów, często natomiast zmuszonych do chodzenia po domach poborców podatkowych, stróżów prawa, obnośnych sprzedawców, niższy kler, wreszcie kobiety, które opiekowały się chorymi i siedząc w domu, bardziej były narażone na pchły”(Piskorski, 12 VI 2020). By dać świadectwo podobnej obserwacji z naszych czasów, zacytuję list otrzymany od koleżanki z Nowego Jorku w kwietniu 2020 r.: „W samym Nowym Jorku w ciągu ostatnich kilku tygodni zarejestrowało się prawie pół miliona bezrobotnych. Ludzie biedni, »Latino«, Afro-Amerykanie, którzy wykonują niezbędne prace fizyczne i w służbie zdrowia, muszą jeździć zatłoczonymi autobusami i metrem. Nikt nie pilnuje, żeby transport publiczny zapewnił elementarne środki bezpieczeństwa. Autobusami jeżdżą bezdomni, którzy nie mają się gdzie podziać, więc nie dziwne, że dziesiątki kierowców autobusów zmarło na COVID-19. To jest ta ciemna strona liberalizmu i rasowej segregacji, która w czasie pandemii stała się jeszcze bardziej widoczna. Biali ludzie, którzy mają jakieś pieniądze, nie chodzą po zakupy, zatrudniają »kolorowych«. Bywa, że w sklepie jestem jedyną białą osobą”.

Już nie warto wspominać, że trudności gospodarcze, zaistniałe w konsekwencji pandemii, też bardziej dotknęły środowiska słabsze ekonomicznie (zatrudnienie!). Nawet bez epidemii według badań z początku lat dziewięćdziesiątych XX w. we Francji bezrobocie wśród młodzieży poniżej 25. roku życia uderzało ich zdrowie, także zdrowie psychiczne, zwiększało skłonność do narkotyków i alkoholu (Lebaube, 13 VI 1992). By wrócić do historii, można przypomnieć, że swego czasu nawet trędowatych z wysokich grup społecznych nie wysyłano do leprozoriów.

Społeczne uwarunkowanie chorób to siła nacisku całych grup społecznych na zwalczanie danej choroby jako pewnego zjawiska. Kraje słabsze musiały toczyć ogromną walkę o obniżenie cen niektórych specyfików sprzedawanych im przez międzynarodowe koncerny farmaceutyczne. W Brazylii w jakimś momencie opinia znacznie bardziej przejmowała się AIDS niż gruźlicą, dotykającą niektóre regiony – bowiem AIDS stanowiło problem dla grup mających wpływ, a gruźlica jest dziś raczej chorobą biednych. Malarię i cholerę można dziś leczyć, ale ponieważ te choroby dotykają raczej kraje biedne, a w nich raczej ludzi biednych, więc nie widać wielkiego wysiłku w tym kierunku. Na początku XX w. uporządkowano zbiorniki wodne w Rio de Janeiro i okolicach i zniknęła żółta febra, nawiedzająca miasto w poprzednim półwieczu. Oczywiście ta choroba atakowała nie tylko ludzi wpływowych – ale ich też, no i stolicę. Okazało się, że można było ją wyeliminować. W Polsce malaria – tu zwana zimnicą – zniknęła na początku XX w. Nie wykluczałbym, że też się to udało na skutek modernizacji stosunków wodnych.

PRL miała pewne osiągnięcia w rozpowszechnieniu opieki lekarskiej, ale personel medyczny był grupą słabą społecznie jako nieprodukcyjny (według dogmatu dochód narodowy tworzyli jedynie wytwórcy dóbr materialnych – byle nie byli chłopami lub rzemieślnikami). Oczywiście zwłaszcza pielęgniarki znajdowały się w marnej sytuacji – jako „dodatek” do lekarzy i pewno jako kobiety (nawet nie pasowały do sloganu „kobiety na traktory”!). Wręcz zdarzało im się protestować przed Ministerstwem Zdrowia, co poza momentami paru znanych kryzysów ogólnospołecznych nie było w PRL częste. Jeżeli mimo całej propagandy o dbaniu o zdrowie w PRL i mimo pewnych realnych działań u schyłku tej formacji śmiertelność okołoporodowa dzieci pozostawała bardzo duża, to było to uwarunkowane nie jakąś wyjątkową słabością polskich niemowląt, ale całym splotem zjawisk społecznych, wśród których występowały rozliczne kwestie pomocy medycznej.

Następujące w dziejach przedłużanie się średniej długości naszego życia z jednej strony jest wynikiem poprawy stanu zdrowotności ludzi, ale z drugiej strony zwiększyło częstotliwość występowania chorób wieku starszego czy podatności na różne choroby. Istnieją choroby związane z naszą cywilizacją. Dawniej rzadko zdarzające się wypadki drogowe (konie poniosły!) dziś wywołują bardzo dużo konsekwencji medycznych. Zaistniały choroby popromienne, w wypadku których liczebność występowania jest zawsze bardzo dyskutowana (Hiroszima, Nagasaki, otoczenie poligonu atomowego w Semipałatyńsku, Czarnobyl…, czasem także sytuacje banalniejsze). Niezależnie od liczebności takie choroby jednak występują. Zjawisko chorowania było i jest uzależnione od palety wykonywanych przez ludzi zawodów, co też zalicza się do tła społecznego chorób. Pola pracy zmieniały się w dziejach. Niedaleko szukając, przez wieki nie było wielu chorób zawodowych, skoro nie było zawodów, którym towarzyszą.

Zjawisko, o którym mowa, nieraz jest też uzależnione od szerszego tła kulturowego. W Ameryce Łacińskiej mówiło się o kulcie męskości jako sprzyjającym AIDS. W Afryce rozprzestrzenianie się AIDS było ułatwione przez częstą prostytucję, duży procent ludzi w wieku aktywności seksualnej, częstotliwość chorób wenerycznych, ponoć ułatwiających zarażenie, także zdarzający się stały związek kobiet z kilkoma mężczyznami, wymożony sytuacją ekonomiczną. Kościół występował przeciw stosowaniu prezerwatyw nawet w wypadku chorych w związkach małżeńskich. Zezwolił na to dopiero Benedykt XVI (Leszczyński, 23–29 VIII 2017). Sprawę można oczywiście rozszerzyć na przykład na tryb życia. Hasło „W zdrowym ciele zdrowy duch” brzmiało zabawnie. Przeciwnicy pomysłów intensywnego wychowania fizycznego w okresie międzywojennym zmieniali je na „w zdrowym ciele zdrowe cielę”. Niemniej jednak nie trzeba długo dowodzić wpływu trybu życia – czyli czynnika podręcznikowo społecznego – na zdrowie. Poglądy na zagadnienie pomocy odzwierciedlają bardzo szeroki zakres poglądów na człowieka – nie tylko na jego pozycję społeczną, lecz także na to, kiedy jest dorosły, kiedy staje się stary, czego oczekuje się od dziecka, czego od starca, w jakim stopniu należy pomagać jednemu i drugiemu…

Społeczne tło chorób odzwierciedla się też w różnych formach ich przebiegu. Na przykład w zaburzeniach psychicznych ludzie miewają obsesje nieraz warunkowane szerszą sytuacją. Krzysztof Pomian zanotował swego czasu rzecz ciekawą dla historyka z różnych powodów: „Było dla mnie bardzo uderzające, gdy znajoma lekarka powiedziała w roku 1967, że coś się w tym kraju zaczyna dziać niedobrego, bo znowu, po raz pierwszy od bardzo wielu lat, ma pacjentów z urojeniem prześladowczym na tle prześladowania przez bezpiekę. Między ’57 rokiem a ’67 rokiem, jak twierdziła, tego rodzaju urojenia prześladowcze znikły”(Pomian 1991).

Społeczne tło chorób to także kwestie oświaty sanitarnej, rozbudowy szpitali, dostępu do lekarzy – co wszystko było zmienne przez wieki, a jest zróżnicowane dziś. „Według danych Banku Światowego z 2016 r. wydatki na ochronę zdrowia w Ugandzie to 6 dol. i 23 centy rocznie na głowę – na wszelkie terapie, lekarzy pierwszego kontaktu, onkologię, kardiologię i tak dalej. Na wszystko. W Kenii – 24 dol. W RPA, najbardziej rozwiniętym kraju kontynentu – 230 dol. Polska w 2016 r. wydawała na obywatela 580 dol. rocznie. Szwajcaria – 6174 dol.” (Leszczyński, 28–29 III 2020). W ramach poszczególnych krajów dostępność medycyny jest dobrym probierzem demokracji, czasem obejmując też stosunki interetniczne. Współczesne wyposażenie medycyny jest bardzo drogie, nieraz więc staje pytanie, kto ma dostęp do czego.

Społeczne tło chorób to ponadto historia ubezpieczeń oraz odpoczynku. W kontekście chorób warto się zastanawiać nad pozornie odległymi problemami, kto ma w ogóle pracę etatową w biednych krajach i kto jest ubezpieczony. Ta ostatnia sprawa może dotyczyć nie tylko obszarów ubogich – ale (drobiazg!) Stanów Zjednoczonych. Ciekawe, czy po epidemii koronawirusa system ubezpieczeń społecznych zostanie tam w końcu zreformowany. Nie wydaje mi się; obawiam się, że silniejsi wyjdą z tej próby jeszcze silniejsi i nie będą chcieli iść na rękę grupom słabszym.

* * *

Z punktu widzenia historyka ciekawy jest stosunek ludzi do chorób, zwłaszcza do epidemii. Zawsze wywoływały wielkie wrażenie. W sztuce XIV–XV w. pojawia się wątek „tańca śmierci”, zawierającego motywy równości ludzi wobec śmierci, jej nieuchronności. Występowali w nim wielcy i mali tego świata, także trupy w złym i odrażającym stanie. W XIV w. „popularnymi motywami w sztuce stały się Pietà i Ecce Homo. Wizerunki te stawiały akcent na cierpienie, wtórowały im mnożące się i lubiane przez bernardyńskich kaznodziejów apokryfy, zmyślające okrutne szczegóły Męki Pańskiej. Wyraźną rolę w dewocji zyskał kult Jezusowych ran. Znane są figury Chrystusa z umieszczanym pośrodku pęcherzem pełnym krwi – po naciśnięciu w odpowiednim miejscu wypływała ona z ran na rękach i nogach” (Müller, 3 V 2020). Choroby czy epidemie inspirowały wielkich malarzy (Pieter Bruegel starszy, Triumf śmierci, 1562). Stały się przedmiotem niejednego obrazu literackiego (Sofokles, Boccaccio, w bliższych nam czasach Tomasz Mann…). Bywały nawet obrazem – nazwijmy go tak – referencyjnym. Dla niektórych pisarzy obraz choroby stał się inspiracją bądź przenośnią do zarysowania innej sytuacji. Z relatywnie niedawnych pozycji chyba można w tym kontekście wymienić Miasto ślepców José Sarmago (1995) i Dżumę w Neapolu Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (1998). Mówi się, że Dziennik roku zarazy Daniela Defoe (1722 – o dżumie w Londynie w 1665 r.) zainspirował Herlinga-Grudzińskiego, gdy pisał Inny świat. Ugo Betti, pisząc Trąd w Pałacu Sprawiedliwości, nie myślał o rzeczywistej chorobie, raczej o tym, że zło jest udziałem wszystkich w Pałacu (1944, wielka rola Gustawa Holoubka w Teatrze Polskim w 1958 r. i w Teatrze TV w 1970 r.). Dżumę Alberta Camusa, która dziś przeżywa renesans w kontekście koronawirusa, swego czasu czytano z myślą o realiach za okupacji. Mszę za miasto Arras Andrzeja Szczypiorskiego (1971), gdzie po zarazie z 1458 r. przyszły prześladowania Żydów i czarownic (1461), czyta się trochę jak opis fali prześladowań jako zarazy. Całą tę sytuację znakomicie odegrał Janusz Gajos w Teatrze Narodowym w 2015 r. Od siebie muszę dodać, że podobieństwo fal nienawiści do epidemii nasuwa mi się, gdy czytam przemówienie Mariana Turskiego w 75. rocznicę wyzwolenia Auschwitz. Reakcje uderzonych na epidemie nieraz też bywały trochę porównywalne z reakcjami na wojny i ludobójstwa: jedni stawiali sobie pytanie „dlaczego, za co?”, inni reagowali wzmocnioną wiarą, jeszcze inni odstąpieniem od niej, jedni zastygali w przerażeniu, inni reagowali „użyjmy, póki się da”.

Nie tylko dla autorów i aktorów choroba stawała się symbolem. W życiu codziennym o niejednej sytuacji, instytucji czy stosunkach mówimy, że są „chore”. W rozmowach popularne są powiedzenia: „czy x jest normalny?”, „czy polityk x jest normalny?”, „czy coś ci odbiło?”, „masz po kolei?!”,„to wariat!”, „nie jestem wariatem!”, „jestem przytomny!”, „chory jesteś?”… Kogoś określamy jako „choleryka”, o kimś innym mówi się, że był traktowany jak „trędowaty” czy „zadżumiony”. Instytucję lub przyjęte rozwiązanie czasem określamy słowami „rak na zdrowym ciele”. W 1934 r. Goebbels nazwał Żydów „syfilisem wśród wszystkich narodów europejskich” (Larson 2014, s. 333). Kogoś uznajemy za „pasożyta”, co jest bliskie takim określeniom. Pamiętam z lat osiemdziesiątych gadanie władz o tworzeniu ośrodków pracy dla „pasożytów” na Żuławach. Odnosiło się to do niezatrudnionych, a o pozbawienie pracy można się było postarać, gdy władze komunistyczne decydowały o większości jej miejsc. Szczęśliwie nic z tego nie wyszło, ale zaskakuje, jak władze komunistyczne dziedziczyły teoretycznie obcą dla nich mentalność – nie tylko w tej zresztą sprawie.

W okresie międzywojennym nieraz postrzegano Żydów jako pasożyty żyjące kosztem społeczeństwa. Takie określenia można było spotkać nawet w podręcznikach szkolnych. Jedna ze studenckich ulotek na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie głosiła: „Ucząc się przyrody, poznaliśmy, że na świecie mamy bardzo dużo pasożytów, żyjących na cudzych łodygach i odżywiających się ich sokami. Tak samo i w narodzie polskim mamy strasznego pasożyta, ale już nie na poszczególnych jednostkach żyjących, lecz na całym społeczeństwie” (Bukowska-Marczak 2019, s. 113-114). Styl myślenia podobny do myślenia o chorobach odzwierciedla się w koncepcji ogłoszonych przez niektóre samorządy lokalne w dzisiejszej Polsce „stref wolnych od LGBT”. Przypomina to oznakowanie obszarów epidemii, wzywające do zachowania ostrożności po wejściu, tyle że odwrócone. Później treść zmieniano na „wolne od ideologii LGBT”. Miało to pokazywać, że ogłaszający taką strefę nie są przeciw ludziom. Nie warto pytać, co to jest „ideologia LGBT”[1].

Wobec chorób, a zwłaszcza epidemii, powszechnie odczuwano strach. Charakterystyczny jest język, jakim mówimy o epidemiach, pokazujący nasze ich traktowanie na podobieństwo pożaru – najczęściej nas przerażającego. Mówimy o zarzewiu, wybuchu, wygaszaniu, ognisku choroby. Najbardziej straszy nas niebezpieczeństwo, którego źródła nie sposób zidentyfikować i nie wiadomo, jak się zabezpieczyć. Dziś też strach przed koronawirusem jest, a przynajmniej na początku był większy niż wobec chorób niosących znaczniejszą umieralność. Burzy jednak niektórzy z nas też boją się bardziej od wyjścia na ulicę, choć statystyczne prawdopodobieństwo wypadku samochodowego jest większe od prawdopodobieństwa uderzenia piorunem. Może tak dzieje się dlatego, że w wypadku zarazy mamy wyjątkowo duże poczucie własnej bezsilności – a człowiek lubi mieć poczucie sprawczości. Po wybuchu w Czarnobylu również mieliśmy okropne poczucie, że od nas nic nie zależy. Nie wiem, czy rozdawany wtedy płyn Lugola komuś pomógł i czy mógł pomóc, ale psychologicznie był pomocny (daliśmy dzieciom płyn Lugola!). Wykupywanie produktów było już nie tylko protezą psychologiczną. Tu zresztą działała szkoła PRL – wykupywaliśmy papier toaletowy, jak później, w początkach koronawirusa. On ma zresztą tę przewagę nad produktami spożywczymi, że w praktyce może dowolnie długo leżeć.

Strach nie jest wszakże jedyną psychologiczną reakcją na epidemie. W opisie Defoe pojawiają się też inne reakcje – takie jak zmiana wyobrażenia czasu (ważna jest chwila, długie plany zostają unieważnione); obojętność na początkowe sygnały zarazy, potem zaś panika i chaos; szukanie kozła ofiarnego, rzekomo odpowiedzialnego za rozprzestrzenianie się choroby; rozpad więzi społecznych przez kwarantannę i strach, nieufność, napięcia; kursowanie fałszywych informacji; z czasem następujące przyzwyczajenie się do sytuacji, zanik instynktów samozachowawczych (Jankowicz, 24 V 2020). W późniejszych epidemiach występowały podobne reakcje. Prawda, że wiele z nich występuje niekoniecznie w wypadku epidemii. Wyżej już wspominałem o możliwości widzenia fal zbiorowej nienawiści jako podobnych do epidemii.

* * *

Niektóre choroby stygmatyzowały ludzi, jak zresztą przynależność do pewnych grup, powiedzmy, narodowościowych. Taką choroba był na przykład trąd, o czym niżej. Później gruźlica. „Kiedy Fryderyk Chopin w bardzo złym stanie zdrowia opuszczał Majorkę, właściciel jedynego powozu w okolicy, a był to miejscowy lekarz, odmówił przewiezienia go do portu. »Pan Chopin rzeczywiście potrzebuje pomocy, ale to gruźlik«. Zdesperowana George Sand przewiozła nieporuszającego się już wtedy o własnych siłach Fryderyka na taczce” („Spotkania”, 21 VIII 1981). Później w USA bardzo uważano, by nie wjeżdżali imigranci chorzy na gruźlicę, chorych psychicznie także się obawiano. Za naszych czasów w początkach epidemii mocno stygmatyzowało AIDS. Były agresje na schroniska dla chorych na tę chorobę, pojawiało się dążenie do usunięcia ich z okolicy. W Piastowie, gdzie zebrano 5 tys. podpisów za usunięciem i odnotowano akty agresji, ośrodek dla nosicieli wirusa HIV był pilnowany przez policję (1991). Podobnie w Józefowie w 1992 r. nie chciano dopuścić do utworzenia schroniska dla chorych na AIDS (dokładniej: dla dzieci chorych), również w Laskach pod Warszawą (1992). Kilka krajów wprowadziło wtedy zakaz przyjazdu z zagranicy dla chorych na AIDS. W Izraelu taki zakaz obowiązywał nawet w odniesieniu do imigrantów Żydów, co było niezwykłe z uwagi na legitymizującą ideologię tego kraju.

W wypadku AIDS stygmatyzację wzmacniał pojawiający się w dyskursie publicznym wątek seksualny i homoseksualny, także wątek narkomanii. Inna sprawa, że choroby weneryczne też są związane z seksualnością, a mimo to nie ma takiego odrzucenia chorych. Prawda, że sprawa stygmatyzacji może była i jest bardziej skomplikowana psychologicznie. Stygmatyzacja chorych mogła zaspokajać potrzebę kozła ofiarnego. Tego, że trąd nie jest tak zaraźliwy, jak sądzono, nie wiedziano (zaraźliwa jest wydzielina z chorych miejsc, a i to nie zawsze). Wystarczyło, że był straszny i choćby przez to wzbudzał strach, zaś dotkniętych nim można było poddać ostracyzmowi jako gorszych. Charakterystyczne było połączenie w 1321 r. Żydów i trędowatych w oskarżeniu o spisek – o zatruwanie studni we Francji w celu zawładnięcia ówczesnym światem (Geremek, 9–10 I 1993).

Rola chorób jako instrumentu stygmatyzującego ewoluowała. Choroby weneryczne dziś uważamy ze wstydliwe i nawet tak je nazywamy, a dawniej takimi nie były (XVIII w.!). Nie wstydzono się zewnętrznych śladów ich przejścia czy trwania. Kalectwo, niepełnosprawność, ułomności fizyczne swego czasu chyba stygmatyzowały bardziej niż dziś – choć dotknięci takimi dolegliwościami nieraz właśnie dzięki nim zdobywali środki do życia (różne takie osoby w roli błaznów, karły jako oryginalne zjawiska do pokazywania, ludzie o deformacjach ciała jako żebracy). Czasem usiłowano takich ludzi prostować, rozciągać na wyciągach, wsadzać w gorsety, trzymano w odosobnieniu. Dziś niektóre kalectwa czy amputacje ukrywamy, a niektóre protezy nam nie przeszkadzają. Protezę oczu nosimy otwarcie, nawet czynimy z niej przedmiot ozdobny, podlegający modzie – a protezę słuchu raczej ukrywamy czy to w długich włosach, czy nawet w protezie wzroku. Dziś, przynajmniej w teorii, dokłada się wysiłku, by chorych czy inwalidów utrzymać w aktywności, znajdując ułatwiające to rozwiązania techniczne oraz prawne. Bardzo mi się podobała ulotka zachęcająca do składania wniosków o granty w Uniwersytecie w Pittsburghu, którą miałem w ręku akurat w 1991 r.: „The University of Pittsburgh, as an educational institution and as an employer, does not discriminate on the basis of race, color, religion, ethnicity, national origin, age, sex, sexual orientation or marital, veteran, or handicapped status”. Podobało mi się ogłoszenie zapamiętane z jakiegoś sklepu: „No dogs are allowed but guard dogs are welcomed”. Podobnie podoba mi się przyjęta w niektórych muzeach zasada, że niewidomym wolno dotykać obiektów. W „Holandii w miniaturze”, jaką jest park modeli obiektów historycznych Madurodam w Hadze, przynajmniej jeszcze niedawno dla niewidomych zarezerwowano osobny czas w rozkładzie godzin zwiedzania. Na wystawie EXPO ’92 w Sewilli proponowano niewidomym wjazd na Wieżę Panoramiczną EXPO, by opowiedzieć im o rozciągającej się u ich stóp ekspozycji. Nawet leżących w szpitalu traktuje się dziś – w każdym razie teoretycznie – bardziej jako partnerów niż jako ciała do leczenia.

Mimo to w naszej epoce wręcz używa się wyobrażenia o chorobach do określania ludzi. Wyżej była mowa, jak to niektóre ich nazwy weszły do potocznego języka (trędowaty). Niektóre wyobrażenia o chorobach wyraźnie wiąże się z pewnymi ludźmi. Obecnie zdarza się wiązanie koronawirusa z Chińczykami jako takimi. Nastąpił wzrost niechęci do Chińczyków w Australii, w USA i Kanadzie, odnotowano go także w sondażach opinii w różnych krajach europejskich, choć akurat nie w Polsce. Sam prezydent Trump mówił źle o Chińczykach w kontekście epidemii, a najpewniej nie kierował się tylko realnym opóźnianiem przez nich wiadomości o epidemii.        

Takie działanie nie jest nowe. „Winą za pandemię cholery, która w latach 30. i 40. XIX w. szalała w Stanach Zjednoczonych, powszechnie obarczano imigrantów, przede wszystkim Irlandczyków. Do historii przeszła też przymusowa kwarantanna, jakiej poddano mieszkańców Chinatown w San Francisco podczas epidemii dżumy w 1900 r. Otoczona szczelnym kordonem policji chińska dzielnica i jej mieszkańcy uznani zostali za zagrożenie dla »zdrowia publicznego« (później okazało się, że winę za przywleczenie zarazy do Ameryki ponosiły szczury). Na fali antychińskich nastrojów senat Kalifornii zakazał wszystkim Azjatom opuszczania granic stanu, a chińscy imigranci otrzymali bezterminowy zakaz wjazdu do Stanów Zjednoczonych” (Targański, 8–14 IV 2020). Wyżej była już mowa o stworzeniu przez hitlerowców zbitki „Żydzi – wszy – tyfus plamisty”. W Stanach Zjednoczonych AIDS najpierw uznawano za chorobę homoseksualistów, potem uważano, że roznoszą ją Haitańczycy – bo akurat im się zdarzała. Współcześnie słyszeliśmy o pasożytach w kontekście migrantów (Jarosław Kaczyński: „Są już przecież objawy pojawienia się chorób bardzo niebezpiecznych i dawno niewidzianych w Europie: cholera na wyspach greckich, dyzenteria w Wiedniu, różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, mogą tutaj być groźne. To nie oznacza, żeby kogoś dyskryminować… Ale sprawdzić trzeba”) („Newsweek”, 13 X 2015). Użycie słowa „pasożyt” było tu bardzo mocne. „Wróg musi budzić równocześnie strach i pogardę – a to się da zrobić za pomocą języka. Przećwiczone w przeszłości. Czego prawie każdy człowiek boi się i brzydzi równocześnie? Robactwa. No więc obcy, czy to Żyd, czy muzułmanin z Syrii, bez znaczenia, przenosi pasożyty. Pasożyt, epitet namiętnie używany przez hitlerowców i stalinowców” (Tusk 2019, s. 97–98).

* * *

Dla historii mentalności bardzo ciekawe są wyobrażenia ludzi o przyczynach chorób. Święty Cezary, biskup Arles (VI w.), twierdził, że trąd pojawia się w małżeństwach, które nadużywały seksu (Le Goff, 14 IV 1993). W takim tłumaczeniu można widzieć refleks ambiwalentnego stosunku do seksu w katolicyzmie, ale można też widzieć chęć wytłumaczenia w najprostszy, zrozumiały z grubsza dla wszystkich sposób czegoś niewytłumaczalnego (zarazki trądu odkryto dopiero w 1871 r.). W odniesieniu do czasów późniejszych zauważono, że „usilne, niekiedy podążające wbrew ustaleniom nauki i zdrowego rozsądku, wiązanie hiszpanki z zanieczyszczonym kurzem, miazmatycznym powietrzem i fatalnymi warunkami higienicznymi było próbą wpisania choroby we właśnie taki, zrozumiały i potrzebny, kontekst” (Mieszkowski 2020, s. 187). Nie było to dalekie od współczesnych opinii, że koronawirus został stworzony w USA ,by zaszkodzić Chinom, lub że celowo wyprodukowano go w Chinach. Z kolei Ali Chamenei wskazał na Amerykanów jako tych, którzy rzucili koronawrusa na Iran po takim jego przystosowaniu, by atakował szczególnie Irańczyków (zaś Amerykanom jakoby pomogły jakieś mętne siły nieczyste) (Wójcik, 8–14 IV 2020). Wszystko to nie jest odległe od zanotowanej przez Tukidydesa opinii, że podczas wojny peloponeskiej Spartanie oblegający Ateny zatruli studnie portowe w Pireusie i w ten sposób rozprzestrzenili zarazę (Piskorski, 12 VI 2020). Nie jest też odległe od wspomnianego wyżej oskarżenia Żydów i trędowatych o zatrucie studni we Francji. Było wtedy również dużo podejrzeń i oskarżeń tego typu (idea zatruwania studni częsta!) wobec ludzi z jednych krain – zwłaszcza mniej lub bardziej skonfliktowanych – o rozprzestrzenianie zarazy w innych. Nawet więcej. „Podejrzenia zaczęły padać na ludzi, którym rzekomo miało zależeć na tym, aby epidemia trwała jak najdłużej. Mieli to być ci, którzy stykali się z zapowietrzonymi i nie umierali, a nawet zarabiali na zarazie: lekarze, cyrulicy, grabarze. Od XVI w. do pierwszej połowy XVIII w. przeszła przez Europę, także przez Rzeczpospolitą, fala procesów tzw. mazaczy […], ludzi, których podejrzewano o to, że wydzielinami z porzuconych trupów zadżumionych smarują klamki i drzwi” (Karpiński, 30 III 2020). Człowiek chce widzieć rzecz racjonalnie. Epidemia nie jest racjonalna, trzeba ją więc było racjonalizować – i nieraz chce się tego nadal. Po katastrofie smoleńskiej pojawiło się domniemanie zamachu, inne wersje bowiem wydają się zbyt nieracjonalne.

* * *

Pod względem stosunku do chorowania ciekawa jest nasza współczesna wiara w rozum. Mimo częstego obecnie krytycyzmu wobec Oświecenia postępy medycyny choćby w ciągu życia niedawnych pokoleń były tak duże, że często uważamy, iż właściwie lekarze powinni nas wyleczyć. Że opracowanie szczepionki przeciw epidemii jest tylko kwestią czasu (oby tak było!). Że rząd powinien tak zorganizować lecznictwo, byśmy mogli się efektywnie leczyć (no powinien, nieprawdaż?!). Epidemie – podobnie jak zmiany klimatu – dają nam lekcje skromności. Historyk zauważa: „Dla wyznawców nowoczesności musi być prawdziwym policzkiem, że zaawansowany technologicznie i organizacyjnie świat współczesny okazał się równie podatny na zaskoczenie epidemią co tamten sprzed tysięcy lat” (Piskorski, 12 VI 2020).

Prawda, że obecne rządy czują się zobowiązane do zapanowania nad chorobami i epidemiami. Nie jest tak, by, jak niejedne dwory kiedyś, wyjeżdżały z miasta ogarniętego epidemią – w oczekiwaniu, aż ona minie. Swoją politykę kształtują wszakże pod wpływem rozlicznych przesłanek. Instruktywny jest na przykład casus z czasu epidemii cholery w Peru w 1991 r. Jada się tam pewną potrawę z surowych ryb moczonych w zielonej cytrynie. Podobno te ryby przenoszą bakterie cholery. W każdym razie ich eksport i wewnętrzne spożycie dramatycznie wtedy spadły. Protestowali rybacy. Chcąc ożywić handel rybami, ówczesny prezydent Alberto Fujimori zjadł talerz owej potrawy przed kamerami telewizji. Po tygodniu zachorowalność wzrosła (Emerson, 27 V 1991). Nawet jeśli trudno było zapewne udowodnić taki związek przyczynowy, to wspomnienie tego epizodu nasuwało się, gdy premier Mateusz Morawiecki w jakimś momencie ogłosił, że pokonaliśmy koronawirusa. Można było domniemywać, że postąpił tak z przyczyn wyborczych. Z przyczyn politycznych lub ekonomicznych rząd nie chciał ogłosić stanu klęski żywiołowej, kolejnymi rozporządzeniami faktycznie go wprowadzając. W opinii publicznej nieraz pojawia się pytanie o nie tylko medyczną motywację liczby przeprowadzanych testów na obecność koronawirusa.

Co nie najmniej ważne, politykę widać w kwestii możliwości, jakimi dysponują poszczególne rządy. W dzisiejszym świecie mało który może bezapelacyjnie zamknąć wielkie miasto, będące ogniskiem zarazy – jak Chińczycy zamknęli na pewien czas Wuhan (8 mln mieszkańców!), czy, jak robiono na Kubie, izolować chorych na AIDS. I dobrze, że nie może. Nie jest zresztą tak, że efekty walki z epidemią w państwach o niedemokratycznej władzy są lepsze niż w innych krajach. Dążenie do silnej władzy, która w końcu nad wszystkim zapanuje, nieraz w historii pojawiało się w okresach różnorakich kryzysów, ale taka recepta byłaby zbyt prosta. W Iranie epidemia koronawirusa rozwinęła się fatalnie, bowiem teokratyczne państwo nie potrafiło i pewno nie potrafi z nią walczyć (Wójcik, 8–14 IV 2020).

Splot pandemii oraz bieżącej polityki występował oraz występuje w wielu krajach. Prezydenci Trump i Bolsonaro (Brazylia) lekko traktują wirusa najpewniej nie tylko z powodu własnych poglądów. Trump nawet mówił, że przeciwnicy sieją panikę, by pogrążyć gospodarkę i spowodować przegranie przezeń wyborów (Zalewski, 1–7 IV 2020). Bolsonaro też niewątpliwie rozgrywa jakąś swoją strategię (Domosławski, 2–8 IX 2020). Prawda, że wirus wziął odwet (sic!), jako że obaj prezydenci przechorowali się. Z kolei Chiny, skąd epidemia rozeszła się po świecie, w ogóle długo powstrzymywały wiadomości o niej. Trochę to przypominało wstrzymywanie swego czasu wiadomości o katastrofie w Czarnobylu przez ZSRR. W Chinach wczesne ostrzeżenia z Wuhan puszczano mimo uszu, obejmowano embargiem, nawet jakichś tamtejszych lekarzy zatrzymano jako rozsiewających panikarskie plotki. Potem walkę z epidemią potraktowano jako kampanię polityczną, jakich już wiele było. Nazwano ją „wojną ludową”, podkreślano zaangażowanie w nią członków partii komunistycznej (Stefanicki, 31 I 2020). W wielu krajach europejskich polityka interferuje w sprawy epidemii w taki sposób, że rządy robią wiele, by powstrzymać spadek liczby przyjazdów turystycznych, od których gospodarka jest zależna w wielkim stopniu.

* * *

Bardzo ciekawe są dla historyka obecne ruchy negujące epidemię koronawirusa, podobnie jak ciekawe są ruchy antyszczepionkowe. Podejście ich uczestników jest bliskie reprezentowanemu na przykład przez osoby negujące teorię Darwina, także zwolenników teorii spiskowych. Ich postawa pozwala im samym wytłumaczyć sobie różne zjawiska rzeczywiście trudno wytłumaczalne. Karierę w sporach o teorię Darwina zrobił argument (bp William Paley), że żaden człowiek o zdrowych zmysłach, który by znalazł zegarek na pustyni, nie twierdziłby, że jest on dziełem natury (I Bóg stworzył ewolucję”, 22 I 2005). Podobnie prezydent Łukaszenka mógł jeszcze niedawno mówić, że wirusa nie ma, skoro go nie widać. Domniemanie, że w tym wszystkim idzie o zniszczenie gospodarki w interesie jakichś niejasnych sił (w Polsce może po prostu ekonomicznych potęg Zachodu?) – co bywa podnoszone wśród przeciwników wprowadzanych ograniczeń – jest stosunkowo prostym wytłumaczeniem. Ciekawe, czy tak myślący podobnie by reagowali, gdyby widzieli na przykład skutki trądu na ciele chorych lub gdyby wróciły – co zdarza się – różne choroby, które zniknęły z naszego życia, w tym te praktycznie wyeliminowane właśnie dzięki szczepieniom. Ich znacząca eliminacja zmniejszyła czujność, pozwoliła też sądzić, że szczepienia są zbędne. Lepiej, żebyśmy jednak nie musieli dowiedzieć się, jak reagowaliby wtedy wątpiący. Elementem ogólnocywilizacyjnym ułatwiającym rozpowszechnianie się sygnalizowanych postaw jest łatwość zabierania dziś głosu przed szeroką publicznością praktycznie przez każdego i nowe formy kształtowania się dziś ruchów społecznych.

* * *

Bardzo ciekawe dla historyka są działania ludzi mające zapobiec chorobom lub od nich nas uwalniać. To jest historia myśli ludzkiej, a w tym historia myśli technicznej, nieograniczająca się do reakcji na choroby. Jeśli mówić jednak o nich, to warto wspomnieć, jak to w dziejach wiązano choroby z ruchem gwiazd czy choćby jakoś tam rozumianą równowagą płynów w organizmie. Krew i sperma były płynami niebezpiecznymi jako prowadzące do grzechu. Zwłaszcza mnichom upuszczanie krwi ułatwiało jego uniknięcie (Le Goff, 14 IV 1993). Choroby uważano za wynik działania mocy szatańskich, a niekiedy za karę za grzechy. Tym większe wrażenie robiło na przykład zawleczenie trądu z Ziemi Świętej przez krzyżowców. Wpierw istniał w Europie, ale był relatywnie rzadki i nie stanowił wielkiego problemu, a wtedy się rozpowszechnił. Oni poszli tam, w przekonaniu własnym i ówczesnego zachodniego świata, w szlachetnym celu. Tymczasem przynosili chorobę (Klimecka, 1993).

Podczas epidemii kościoły tradycyjnie były otwarte. Uważano, że Matka Boska osłania wiernych swoim płaszczem. Modlono się zwłaszcza do niektórych świętych – jak św. Sebastian czy św. Roch – jakoby chroniących przed zarazą. Wierzono w uzdrowicielską siłę dotknięcia królów Francji i Anglii. W Anglii wiara w tę moc przetrwała do XVII w., we Francji do XVIII w. – choć Ludwik XV uważał to za bzdurę (Chirot 1984, s. 36). Organizowano procesje przebłagalne. Szczególnie podczas „czarnej śmierci” urządzano procesje „biczowników” – ludzi, którzy uderzali swego rodzaju batami idących przed nimi. Palono ogniska, okadzano się, nawaniano pomieszczenia dla przegonienia zarazy, unikano wyziewów z licznych kiedyś bagnisk, czyniono znak krzyża przy ziewaniu (wyziewy z wnętrza człowieka!). W czasach nam bliższych niektóre dziwne pomysły pojawiały się nawet w USA podczas hiszpanki (wdychanie chloroformu, niektóre bezsensowne w konkretnym wypadku lekarstwa, czasem skądinąd przyjemna wiara w ozdrowieńczą moc whisky i szampana) (Rakowski-Kłos, 23 III 2020). W reklamach nawet pasta do zębów Colgate miała zapobiegać hiszpance. Gdy się śmiejemy bądź wzruszamy ramionami wobec takich pomysłów, warto pamiętać, że do dziś przetrwała wiara w różnych uzdrowicieli. Towarzyszyłem kiedyś człowiekowi bardzo choremu podczas takiego seansu. Odbywało się to w podziemiach jednego z kościołów. Przynajmniej ja, który przecież nie pamiętam wojny, nigdy nie widziałem nagromadzenia nieszczęść ludzkich zbliżonego do tamtego. Jeszcze niedawno (a może wciąż?) w Brazylii rzeźby, najczęściej w wosku, chorych części ciała ludzie nosili do sanktuarium w Aparecida (miejscowa Częstochowa) i tam składali. W bliższych nam czasach też stosowano lekarstwa dziś odrzucone (rtęć jako lekarstwo na syfilis!), również metody nie tylko nieskuteczne, ale dziś potępiane choćby w odniesieniu do aplikowania ich w terapiach takich jak dawniej – jak lobotomia, faradyzacja czy przymusowa sterylizacja ludzi uznawanych za niewłaściwych do przekazania życia (w tym „społecznie szkodliwych” i „niedostosowanych”). William E. Dodd, ambasador USA w Berlinie po dojściu Hitlera do władzy, skądinąd historyk, z przerażeniem pisał, że sterylizacja „osób dotkniętych dziedzicznym kretynizmem i innym podobnym upośledzeniem jest zgodna z zamiarem Hitlera podniesienia na wyższy poziom standardów tężyzny narodu niemieckiego”. „Według filozofii nazistowskiej – notował – tylko Niemcy sprawni fizycznie należą do Trzeciej Rzeszy, i to od nich oczekuje się, że będą wychowywać liczne potomstwo” (Larson 2014, s. 215). Nie tylko zbrodnicze ustroje, jak hitlerowski, stosowały jednak takie działania. Na przykład Szwecja musiała przez lata rozwiązywać problem żądań odszkodowania ze strony ofiar dziś nieakceptowanych zabiegów. Nawet najsensowniejsze rozwiązania miewały okropne aspekty. Trudno zanegować sens dążenia do czystości w warunkach zagrożenia epidemią. W niejednym obozie – nawet nie z tych najstraszniejszych, choćby w niemieckich obozach jenieckich – odwszenie było jednak związane z czekaniem nago na zimnie na odparowywane ubranie (Pawlina, Motyl. Ścibor-Rylski). Podczas I wojny światowej kilka armii zbudowało pociągi służące dezynfekcji ubrań i wszelkiej higienie, potem Wojsko Polskie je budowało. Był w nich wagon rozbieralni, wagon, w którym z pomocą pary odwszawiano mundury, wagon z prysznicami itd. Marnie to jednak działało. Historyk pisze: „Wobec chronicznych problemów z zaopatrzeniem użytkownicy pociągów musieli rozbierać się w chłodzie nieopalanych wagonów i – z braku mydła – płukać w zimnej wodzie. Zdezynfekowana zbyt pospiesznie i w zbyt niskiej temperaturze odzież i bielizna, którą dostawali z powrotem, była wciąż zawszona i brudna, za to cała mokra. Wszystko przez większość czasu odbywało się w surowych warunkach wschodnioeuropejskiej jesieni czy wiosny, nie mówiąc już o zimie. W rezultacie kąpiel nie chroniła przed tyfusem, za to poważnie zwiększała ryzyko złapania przeziębienia bądź hiszpanki. Dla zdrowia niefortunnych klientów pociągów byłoby nieraz lepiej, gdyby owe pociągi w ogóle nie wytoczyły się na tory” (Mieszkowski 2020, s. 195). Czy to w obozach, czy w wojsku te wszystkie działania higieniczne miały też aspekt upokorzenia, nieraz naruszenia zasad zinterioryzowanych przez poddanych im ludzi (obnażanie się), „szybko wyradzając się w akty przemocy zarówno fizycznej, jak symbolicznej” (Mieszkowski 2020, s. 196).

Skądinąd wśród dawnych pomysłów zdarzały się sensowne. Wietrzenia pomieszczeń nie uważa się dziś za absurdalne, zaś penicylina – pierwszy antybiotyk, 1928 – jest kontynuacją wykorzystywania pleśni w leczeniu. Używane dziś przez nas maseczki stosowane były podczas hiszpanki w USA (Mieszkowski 2020, s. 177). Podczas obu wojen światowych różne armie rozdawały żołnierzom prezerwatywy i organizowały domy publiczne – co było mniej lub bardziej realistycznym działaniem przeciwko chorobom wenerycznym. Co nie mniej ważne, od dawna stosowano izolowanie się od chorych (w praktyce: izolowanie chorych) – czyli to, co my dziś robimy przy różnych schorzeniach. W Warszawie w XVII w. izolatorium ulokowano na wyspie na Wiśle (ponoć na wysokości dzisiejszej Cytadeli). Technika była przez wieki podobna. W Grecji w latach 1903–1957 zsyłano trędowatych na wyspę Spinalonga (obok Krety). Czasem choremu kazano się izolować w domu. We Francji już w XVII w. wymyślono, że w ramach kontroli przestrzegania izolacji trzeba się pokazać w oknie (także w tym nie jesteśmy pionierami, nawet jeśli przy koronawirusie kontroluje się też telefonicznie). Prawda, że kiedyś izolowanie było procederem bardziej dolegliwym, po prostu okrutnym wobec chorych. Zwłaszcza postępowanie w wypadku trędowatych było straszne. III Sobór Laterański (1179) uznał trędowatych za rytualnie nieczystych. Ceremonialne mycie nóg trędowatym przez władców było, wbrew pozorom, oznaką największego społecznego odtrącenia cierpiących. Święta Jadwiga, żona Henryka Brodatego, na miniaturze z XV w. całuje nogi trędowatym (Klimecka, 1993). Taki obraz miał podkreślać jej szlachetność – jako dokonującej miłosiernego czynu bohaterskiego. W odróżnieniu od innych chorych trędowaci nie mieli nawet świętego-opiekuna. „Uznany za trędowatego tracił pozycję społeczną, majątek, pozbawiano go także praw rodzicielskich. Znajdowało to wyraz w specjalnej liturgii. Po mszy uznanemu za nieczystego posypywano głowę ziemią, czasami wprowadzano do otwartego grobu jako umarłego dla świata. Otrzymywał specjalne naczynie do osobistego użytku, rękawice, by niczego nie dotykać bezpośrednio, sakwę na kiju i drewnianą grzechotkę. Kapłan odprowadzający trędowatego do leprozorium pouczał go o obowiązujących zakazach” (Klimecka, 1993). Chyba ostatnie leprozorium w Europie mieściło się w Tuličesti w Rumunii; pokazano je w telewizji jeszcze w 1990 r. Nicolae Ceauşescu dobrze go pilnował, chorzy nie mogli uciec, współczesnych lekarstw z Zachodu nie dostawali.

Izolację chorych na groźne choroby stosowano nawet pośmiertnie – istniały bowiem odrębne cmentarze dla ofiar epidemii, jak cmentarze dla trędowatych lub cmentarze choleryczne. Od bardzo dawna wiedziano, że nawet ciała pogrzebanych chorych są niebezpieczne. Od dawna izolowano też miasta czy całe nawet obszary przed epidemią. W wypadku zagrożenia usuwano z miast żebraków, prostytutki, ludzi luźnych – jako ludzi nie wiadomo skąd. Nawet regularni mieszkańcy w obliczu epidemii nieraz uciekali z miast (jak przy koronawirusie z Lombardii). Inna sprawa, że takie migracje mogły sprzyjać rozprzestrzenianiu się epidemii.

Zamykano bramy miasta nawet przed dostawcami żywności, co nieraz wywoływało głód. „Gdy w 1770 r. na Kresach wybuchła kolejna zaraza, marszałek wielki koronny Stanisław Lubomirski zarządził otoczenie Warszawy i Pragi sanitarnym wałem z fosą, o łącznej długości 16 km” (Urzykowski, 7 II 2020). Obecnie nie budujemy w takim celu wałów, ale podczas obecnej epidemii zamykaliśmy granice i wciąż nieraz ograniczamy ruch transgraniczny. Dziś jest to znacznie trudniejsze niż kiedyś, a my przećwiczyliśmy to rozwiązanie jako szczególnie bolesne zwłaszcza w wypadku obszarów przygranicznych, no i w ogóle przepływów pracowników okresowych na przykład z Ukrainy do Polski. Ze strony rządów było to trochę działanie ratunkowe, trochę socjotechniczne; coś trzeba było robić, a niebezpieczeństwo zawsze jest wygodnie usytuować z zewnątrz. „Rządy, które zamykały granice, cieszyły się wzrostem poparcia w sondażach. Pokazały, że nie są bezradne, że »stanowczo walczą z wirusem« (niektóre ogłosiły nawet »wojnę« z wirusem). Krytyka zamilkła, w obliczu zagrożenia lud skupiał się wokół swoich przywódców, opozycja siedziała cicho. Mało kto wątpił w działanie tak stanowczych środków” (Bachmann, 17–23 VI 2020).

Generalnie epidemie w dziejach dzieliły ludzi bardziej niż różne inne nieszczęścia. „Gdy czyta się o starych epidemiach – dżumy czy hiszpanki – staje się jasne, że reakcje ludzi są powtarzalne, to znaczy na początku jest solidarność, a potem lęk i chęć izolacji. Nie tylko w wymiarze narodowym, ale także w wymiarze najbardziej intymnym. Zagrożeniem jest twój rodzic, brat, dziecko, wnuk, więc trzeba strzec się nie tylko przed obcym, ale też przed bliskim. To jest pewna nowość w stosunku do sytuacji konfliktu czy wojny” (Holland, 6–13 IV 2020). Podczas epidemii działało naturalne dążenie do zamknięcia się, odizolowania. Znamy to. Można nie znać nikogo z widzów w teatrze czy w kinie, ale jednak jest się wśród ludzi. Tymczasem na wiosnę 2020 r. zamknięto naturalne miejsca kontaktu, takie jak szkoły, uczelnie, galerie handlowe, kina, stadiony, restauracje, kawiarnie, bistra itd. Opustoszała Wenecja podczas karnawału, a w Rio de Janeiro przełożono karnawał zaplanowany – zgodnie z dorocznym zwyczajem – na luty 2021 r. Odwołano Olimpiadę w Tokio. Niby można żyć bez tego wszystkiego, ale zaczynało ogarniać wrażenie pustki – mimo Internetu i związanych z nim środków zaradczych. Zasłanianie twarzy przez część kobiet muzułmańskich nie zmniejsza zapewne ich osadzenia w społeczeństwie – takiego, jakie jest im w nim przypisane. U nas zasłonięcie twarzy pozbawia nas widoku najbardziej zindywidualizowanej części naszej osobowości, a więc widoku jej wyrazu w kontaktach wzajemnych.

Charakterystyczne były pewne działania symboliczne. Nie sądzę, żeby podawanie ręki w kościele w odpowiedzi na wezwanie księdza istotnie zwiększało braterstwo między wiernymi, ale zawieszenie tego zwyczaju było smętnym znakiem. Wymuszone przez epidemię zaniechanie wspólnych obchodów wielkanocnych w Kościele w 2020 r. było sprzeczne z istotą tego aspektu kultu. „Nienaturalna” pustka, spowodowana koronawirusem, pojawiła się w najbardziej nawiedzanych miejscach światowych religii: w Rzymie, Konstantynopolu, Jerozolimie, w Mekce, w Medinie czy w meczecie al-Aqsa w Jerozolimie. Obraz papieża modlącego się samotnie w pustej bazylice był sprzeczny z jego funkcją postaci integrującej oraz uosabiającej instytucję integrującą – choć masy ludzi oglądały zapewne to wydarzenie dzięki Internetowi i telewizji. Już dla Tukidydesa w opisie zarazy napięcie wynikało z „kontrastu pomiędzy najwyższym ideałem ateńskiej demokracji a wizją gwałtownego rozpadu społeczeństwa i upadku jego wartości” (Węcowski, 28–29 III 2020).

* * *

Bardzo ciekawa była nigdy niekończąca się historia poznawania ciała ludzkiego i historia techniki medycznej. Jedno i drugie było uwarunkowane zarówno dominującą mentalnością, jak szerszymi sprawami rozwoju techniki. Przyjmuje się, że pierwszą salę ze stołem do sekcji w środku (teatr anatomiczny) zbudowano na uniwersytecie w Padwie w 1594 r. Ponieważ nie akceptowano wówczas krojenia zwłok, te akurat krojone można tam było natychmiast schować dzięki konstrukcji stołu. Ta sprawa jest notabene ciekawa dla długiego trwania niektórych uwarunkowań procesów poznawczych. Jako że w religii mojżeszowej nie dopuszcza się krojenia zwłok, u schyłku okresu międzywojennego na wielu uczelniach Europy Środkowo-Wschodniej wybuchła tzw. afera trupia. W ogólnie niechętnej dla studentów żydowskich atmosferze nieraz żądano, by żydowscy studenci medycyny nie robili sekcji ciał zmarłych chrześcijan, lecz by gminy żydowskie jednak dostarczały zwłoki do krojenia przez nich (Bukowska-Marczak 2019, s. 129–133). O takich czy innych uwarunkowania poznania ludzkiego ciała nie tylko zresztą przez studentów, no i o samych dziejach poznania, historycy medycyny mogą długo mówić.

Podobnie bardzo ciekawa jest historia leczenia i oprzyrządowania leczenia. Jak dla wielu spraw współczesnych, tak i dla tych ogromne znaczenie miał XIX w. Z elementarnych (nazwijmy je tak) instrumentów stetoskop pochodzi z początku tego wieku, strzykawka o mniej więcej dzisiejszej formie z jego połowy, aparat do nieinwazyjnego mierzenia ciśnienia krwi z końca wieku. Także Röntgen dokonał pierwszego zapamiętanego przez historię zdjęcia w 1895 r. Przez przypadek, albo i nie przez przypadek, było to zdjęcie dłoni jego żony. Instruktywna jest historia przeszczepów – ona tym bardziej musi wszak obejmować dzieje wiedzy medycznej, techniki, a także mentalności. Pierwszy przeszczep serca zrobił Cristiaan Bernard w 1967 r. w Kapsztadzie (pacjent żył 18 dni). W Polsce pierwszego udanego przeszczepu serca dokonał Zbigniew Religa w 1985. Trudno tu iść dalej w omawianiu tego nurtu dziejów.

Ciekawa jest historia szczepień. Fundamentalne odkrycia Pasteura i Kocha to schyłek XIX w. Jak wiele odkryć, tak i dzieje opracowania szczepionek obfitowały w spory i nawet dramatyczne momenty. „Max von Pettenkofer, by udowodnić Kochowi, jak bardzo się myli, publicznie wypił fiolkę wodnistego stolca od umierającego na cholerę, w płynie roiło się od setek milionów przecinkowców. Dostał intensywnej biegunki, ale przeżył, co uznał za potwierdzenie swoich racji” (Mieszkowski 2020, s. 129). Przyszłość pokazała, że nie miał racji. Koch dostał Nagrodę Nobla, a jego oponent zastrzelił się. Z kolei prof. Hilary Koprowski, twórca jednej ze szczepionek przeciwko chorobie Heinego-Mediny, w jakimś momencie prac zdecydował się zaszczepić własne dzieci. Uznał, że nie może przedstawić szczepionki światu, po II wojnie światowej przeżywającemu epidemię owej choroby, jeśli nie jest całkowicie pewien bezpieczeństwa jej stosowania. Niejeden badacz szczepił się sam na relatywnie wczesnym etapie dopuszczania lekarstwa do użytku.

Wyjątkowo dramatyczne okoliczności stworzyły warunki okupacyjne dla produkcji szczepionki przeciw tyfusowi. Do jej wytwarzania konieczne było wówczas hodowanie wszy, a zatem karmienie wszy. Twórca szczepionki dr Rudolf Weigl gromadził w okupowanym Lwowie karmicieli, a byli wśród nich Zbigniew Herbert, Stefan Banach, Stanisław Skrowaczewski, Mirosław Żuławski, Stanisław Kulczyński, Alfred Jahn i dalsi, już wówczas czy w przyszłości wybitni ludzie. Zajęcie było paskudne, ale dawało dobre papiery, bowiem Niemcom zależało na szczepionce. To, że Weigl ratował zatrudnionych u siebie, że dostarczał szczepionkę do gett i podziemia, że jego szczepionka uratowała nie do ustalenia liczbę Polaków, że odmówił podpisania Reichslisty (wejścia do Akademii Nauk ZSRR zresztą też), nie uchroniło go przed idiotycznymi zarzutami kolaboracji po wojnie. Na żywione przez niektórych proste wizje historii i spraw ludzkich szczepionki do dziś nie wymyślono. Nawiasem mówiąc, pośmiertnie prof. Weigl został zaliczony do grona Sprawiedliwych wśród Narodów Świata (2003) (Urbanek, 9–15 VIII 2017).

* * *

Wielkim tematem historycznym są konsekwencje epidemii. Zagadnienie konsekwencji poszczególnych zjawisk jest zawsze trudne dla historyka – nie wiadomo bowiem, jak wiele kolejnych uznać za ich bezpośredni lub pośredni skutek. Choćby naszą rzeczywistość możemy uznać za konsekwencję zjawisk zaszłych w starożytności, co byłoby zasadne, ale często trudne do udowodnienia i długie do referowania. Nie zawsze jest oczywiste, że obserwowana zmiana jest akurat skutkiem epidemii, mimo istnienia następstwa czasowego. Na dodatek, jak była mowa, epidemie nieraz towarzyszyły wojnom, a zatem trudno odróżnić skutki obu zjawisk. Zgony w gettach były w ogromnym procencie skutkami epidemii, ale trudno je odróżnić od innych przyczyn, po prostu od polityki hitlerowskiej w tych skupiskach ludzi. Nie sposób jednak nie zapytać o konsekwencje wielkich epidemii.

Najbardziej oczywiste – choć dla dawnych epok i dla krajów ubogich jedynie szacunkowe – są straty ludnościowe. Można mówić jednak także o mniej oczywistych. Istnieje na przykład domniemanie, że próba odbudowy Cesarstwa Rzymskiego z ośrodkiem w Bizancjum przez Justyniana została udaremniona przez epidemię dżumy. „Czarna śmierć” z XIV w. (dżuma) pewnym sensie zakończyła średniowiecze, może nawet stworzyła bodziec dla reformacji. Nie byłaby to przyczyna jedyna, ale warto przypomnieć, że Luter występował przeciwko handlowi relikwiami, a obrót nimi, w tym obrót fałszywkami, towarzyszył epidemii – co zresztą łatwo zrozumieć. Z kolei hiszpanka wzmocniła wyrosłe co najmniej z wojny światowej tendencje do zmiany systemu władzy w różnych państwach europejskich – a skądinąd nie da się też wykluczyć wzmocnienia niepodległościowych dążeń Indii, gdzie epidemia szalała, lub zapoczątkowania radykalnego oddzielenia białych od czarnych, postrzeganych jako nosiciele choroby, w Afryce Południowej (Mieszkowski 2020, s. 178, 180).

Ciekawe są dla historyka zmiany w funkcjonowaniu gospodarki, jakie zachodzą w wyniku epidemii i miewają wpływ na dalsze gospodarowanie. Na przykład gigantyczne wyludnienie Europy, jakie nastąpiło w wyniku „czarnej śmierci”, pociągnęło za sobą schyłek pańszczyzny na zachodzie Europy, rozwój gospodarki pieniężnej, przesunięcie prężnych gospodarczo ośrodków ku północy. Dla historyka ciekawa jest też zmiana charakteru i mechanizmu takich zmian. Kiedyś inna była liczba ludzi kontaktujących się bezpośrednio między sobą, częstotliwość i zakres kontaktów. Miasta były mniejsze. Kiedyś nie było tylu instytucji koniecznych do funkcjonowania społeczeństwa i dających pracę, także tylu szkół i uczelni (jednych i drugich często licznie obesłanych). Kiedyś praca najemna nie była tak powszechna. Kiedyś wynikiem epidemii nie było wygaszanie przedsiębiorstw i bezrobocie. Znikoma była skala branży hotelarskiej, gastronomicznej, zróżnicowanego sektora artystycznego oraz produkcji konfekcji i obuwia, która teraz też popadła w trudności. Branż motoryzacyjnej, lotniczej, nie przyrównując fitness lub ewentowej (jak się ją zabawnie nazywa), kiedyś nie było w ogóle. Giełdy od dawna istniały w różnych krajach, ale nie odgrywały takiej roli i nie reagowały tak szybko jak teraz. Podatki miały inny charakter, kredyty nie były tak powszechne, zwłaszcza te zaciągane na cele inwestycyjne i produkcyjne. Znacznie mniej produktów potrzebnych konsumentom było produkowanych zewnętrznie i dostarczanych poprzez mechanizm handlu. Import nawet z dużych odległości istniał, ale nie sprowadzano tak wielu produktów ani zwłaszcza półproduktów i komponentów z odległych krajów, i to w przeogromnej skali (elementy do produkcji samochodów, komputerów, lekarstw z krajów Azji). Nikt nie sprowadzał odzieży z Turcji czy z dalszej Azji. Nikt kiedyś nie stawał świadomie wobec pytania, czy ryzykować większą zachorowalność, czy klęskę gospodarki (a zatem i przeogromne konsekwencje dla ludzi, może zresztą też m.in. zdrowotne!).

Zobaczymy (jeśli to jeszcze my zobaczymy), jaki świat wyłoni się z epidemii koronawirusa. Niektóre przewidywania mówią o oczekujących nas bardzo wielkich zmianach – i to nie tylko w zakresie przyzwyczajenia do prowadzenia zajęć uczelnianych i różnych zebrań na dystans. Jeżeli USA oraz Europa wyjdą z epidemii jak przysłowiowe zbite psy, to centrum produkcji różnych artykułów może się jeszcze bardziej przesunąć do Chin. Jednocześnie jeżeli w różnych regionach silniejsi na swoich szczeblach lepiej dadzą sobie radę z epidemią, to wystąpi reakcja obronna – oczywiście bardziej przeciwko światowym firmom gigantom i centrom finansowym niż przeciw Chinom. Nie da się wykluczyć zamykania się państw we własnych granicach, nacjonalizmu gospodarczego, nacjonalizmu tout court, myślenia tylko o dobru własnym, pojmowanym w mniejszej lub większej skali, także nasilenia marzenia, żeby ktoś nad tym zapanował. Swoje, a przynajmniej podkreślane jako swoje wartości mogą zacząć zdecydowanie dominować. Idea śledzenia kontaktów międzyludzkich itp. może wejść w krew jeszcze większej liczbie ludzi niż dotychczas.

Świat, który wyszedł z konfliktu dwóch w miarę zwartych bloków, rozsypał się demokratycznie na wiele ośrodków. Teraz ma szanse zróżnicować się i fragmentaryzować jeszcze bardziej. „W świetle opisu Tukidydesa największym wyzwaniem staje się nie tyle leczenie ciał ludzi dotkniętych wirusem, ile obrona i odbudowa społeczeństwa, utrzymanie i odnowa systemu wartości, dzięki któremu ludzka wspólnota może w ogóle działać” (Węcowski, 28–29 III 2020). Może nie staniemy przed aż takim wyzwaniem.


Bibliografia:

Bachmann K., Granice rozumu, „Polityka”, 17–23 VI 2020.

Barański P., Walka z chorobami wenerycznymi w Polsce w latach 1948–1949 (2012) [w:] Kłopoty z seksem w PRL. Rodzenie nie całkiem po ludzku, aborcja, choroby, odmienności, red. M. Kula, Warszawa.

Bendyk E., „I Bóg stworzył ewolucję”, „Polityka”, 22 I 2005.

Bendyk E., Rządy mikrobów, „Polityka”, 25–31 III 2020.

Borodziej W., Górny M. (2014), Nasza wojna, t. 1: Imperia. 1912–1916, Warszawa.

Browning C. R (2012), Pamięć przetrwania. Nazistowski obóz pracy oczami więźniów, tłum. H. Pustuła-Lewicka, Wołowiec.

Bukowska-Marczak E. (2019), Przyjaciele, koledzy, wrogowie? Relacje pomiędzy polskimi, żydowskimi i ukraińskimi studentami Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie w okresie międzywojennym (1918–1939), Warszawa.

Chirot D., The Social and Historical Landscape of Marc Bloch (1984) [w:] Vision and Method in Historical Sociology, ed. T. Skocpol, Cambridge–New York.

Domosławski A., Wirus niewiary, „Polityka”, 2–8 IX 2020.

Emerson T., Cholera, „Gazeta Wyborcza”, 27 V 1991 (za „Newsweekiem”).

Gadomski W., Wirus w fabrykach, „Gazeta Wyborcza”, 29 II – 1 III 2020.

„Gazeta Wyborcza”, 15 IV 1991 (za Reuterem).

Geremek B., Historyk w świecie polityki, „Gazeta Wyborcza”, 9–10 I 1993 (wykład inauguracyjny w Collège de France).

Herbert Z. (1993), Martwa natura z wędzidłem, Wrocław.

[Holland A.,] Ludzie się zbuntują, rozmawiała Karolina Pasternak, „Newsweek”, 6–13 IV 2020.

[Jankowiak M.,] Chore Imperium Romanum, rozmawiała Agnieszka Krzemińska, „Polityka”, 15–21 IV 2020.

Jankowicz G., Między prawdą a fikcją, „Tygodnik Powszechny”, 24 V 2020.

[Karpiński A.,] Śmierć atakuje z powietrza, rozmawiał Igor Rakowski-Kłos, „Gazeta Wyborcza”, dodatek „Ale Historia”, 30 III 2020.

Karpiński A. (2000), W walce z niewidzialnym wrogiem. Epidemie chorób zakaźnych w Rzeczypospolitej w XVI–XVIII wieku i ich następstwa demograficzne, społeczno-ekonomiczne i polityczne, Warszawa.

Klauziński S., Chrzczonowicz M., Miłosierne kazania abp. Jędraszewskiego: „Tęczowa zaraza, „Ideologia LGBT zaprzecza godności człowieka”, OKO.Press, 2 VIII 2019, https://oko.press/kosciol-lgbt-marsz-bialystok/.

Klimecka G. (1993), Odtrąceni, „Mówią Wieki”, nr 4.

Larson E. (2014), W ogrodzie bestii. Miłość, terror i amerykańska rodzina w Berlinie czasów Hitlera, tłum. P. Hejmej, wyd. 2, Katowice.

Lebaube A., Beaucoup de jeunes au chômage sont en mauvais santé, „Le Monde”, 13 VI 1992.

Le Goff J., „L’Occident médiéval et le corps”, wykład w Instytucie Francuskim w Warszawie 14 IV 1993.

Leszczyński A., Apokalipsa odwołana, „Polityka”, 23–29 VIII 2017.

Leszczyński A., Jakoś to będzie, „Gazeta Wyborcza”, 28–29 III 2020.

Márquez G. G., (1994) Miłość w czasach zarazy, tłum. Carlos Marodán Casas, Warszawa.

Mieszkowski Ł. (2020), Największa. Pandemia hiszpanki u progu niepodległej Polski, Warszawa.

Mózgu nie sklonujemy. Rozmowa z prof. Piotrem Słonimskim, genetykiem, rozmawiała Ewa Nowakowska, „Polityka”, 23 XII 2000.

Müller M., Średniowieczny taniec ze śmiercią, „Tygodnik Powszechny” 3 V 2020.

„Newsweek”, 13 X 2015.

Pawlina S., Motyl. Ścibor-Rylski. Opowieść o Generale (w druku).

Piskorski J.M., Kryzysy poprawiają świat, ale nie prowadzą do Utopii, „Rzeczpospolita” 12 VI 2020.

[Pomian K.,] Spojrzeć w lustro i zastanowić się, rozmawiał Andrzej Garlicki, „Polityka”, 30 XI 1991.

Rakowski-Kłos I., Mandat za kichanie, „Gazeta Wyborcza”, dodatek „Ale Historia”, 23 III 2020.

Sapieha V. (2019), Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk, tłum. E. Horodyska, Warszawa.

„Spotkania”, 21 VIII 1981.

Stefanicki R., Chińska dyktatura wywołała epidemię i ją ugasi?, „Gazeta Wyborcza”, 31 I 2020.

Targański T., Śpiewać i wołać, aby się powietrze czyściło, „Polityka”, 8–14 IV 2020.

Tusk D. (2019), Szczerze, Warszawa.

Urbanek M., Profesor Weigl i karmiciele wszy, „Polityka”, 9–15 VIII 2017.

Urzykowski T., Jak nie dżuma, to cholera, „Gazeta Wyborcza”, 7 II 2020.

Węcowski M., Zaraza szaleje w Atenach, „Gazeta Wyborcza”, 28–29 III 2020.

Wójcik Ł., Dżinn z metanolem, „Polityka”, 8–14 IV 2020.

[Zalewski T.,] Słychać tylko wiewiórki, „Polityka”, 1–7 IV 2020.


Przypisy: 

[1] Tęczowa flaga wywieszona na budynku Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, gdzie pracuję, w reakcji na rozpoczętą w kraju wojnę z LGBT, została zerwana. Cieszę się, że Rektor wystosował wówczas (28 VIII 2020) list do społeczności akademickiej: „Wczoraj z budynku Akademii zerwana została tęczowa flaga. To zdarzenie budzi w nas wszystkich silne emocje. Zwracam się z prośbą do wszystkich członków naszej wspólnoty: nie pozwólmy prowokatorom osiągnąć celu, którym jest zburzenie naszego poczucia bezpieczeństwa i wciągnięcie nas w ich grę. Nie pozwólmy na to. W Akademii Teatralnej jesteś u siebie. Pamiętaj o tym. Wojciech Malajkat”.


Korekta językowa: Beata Bińko




450 lat unii lubelskiej – pamięć, narracje i zapomnienie

ROMAN ROMANTSOV

450 lat unii lubelskiej – pamięć, narracje i zapomnienie

 (Po kliknięciu w tytuł otworzy się tekst w języku rosyjskim) 

Unia lubelska 1569 i utworzenie nowego państwa w Europie Środkowo-Wschodniej

W
rezultacie unii między Koroną Królestwa Polskiego a Wielkim Księstwem Litewskim powstało
nowe państwo, Rzeczpospolita które
w ciągu kolejnych 200 lat stało się
największym, biorąc pod uwagę terytorium, krajem Europy Środkowo-Wschodniej.
Jedną z głównych przyczyn połączenia Wielkiego Księstwa Litewskiego i Królestwa Polskiego było poszukiwanie
sojusznika w konflikcie z Carstwem Moskiewskim. Wojny inflanckie 1558–1583, w
których
na różnych etapach uczestniczyły Polska, Litwa, Dania, Szwecja i Carstwo
Moskiewskie, dawały impuls do pogłębiania integracji Wielkiego Księstwa
Litewskiego z Królestwem
Polskim. Działania wojenne wojsk moskiewskich w Inflantach zmusiły Litwę do poszukiwania wsparcia w
sąsiedniej Polsce. W 1569 r. w Lublinie Wielkie Księstwo Litewskie i Królestwo Polskie połączyły się w nowy
podmiot państwowy. Na czele Rzeczypospolitej do 1795 r., stał król, ale ze względu na duże prerogatywy
szlachty system polityczny państwa określany jest mianem demokracji
szlacheckiej. Po śmierci Zygmunta II Augusta (1572) monarcha był wybierany
przez szlachtę. Państwo powstałe w wyniku unii lubelskiej nie zostało w pełni
zunifikowane – nie było wspólnego
polsko-litewskiego wojska, nie połączono
też skarbu. Na tle innych krajów
Europy Środkowo-Wschodniej wyróżniało się
ono dużą różnorodnością kulturalną,
religijną i etniczną. W elitach nowej państwowości trwał proces kształtowania
się różnych tożsamości –
regionalnej, miejscowej i społecznej (Sulima Kamiński 2000, s. 10–11; Snajder 2014, s. 17). W kolejnych stuleciach, wraz z
rozwojem idei narodowych, grupy społeczne zmieniały swe nazwy. W państwie
współistniało co najmniej sześć grup religijnych: prawosławni, katolicy, po
roku 1596 – unici (grekokatolicy), wyznawcy judaizmu, protestanci i niewielkie
grupy muzułmanów.
Wyznawcy katolicyzmu mówili
przede wszystkim po polsku. W północnych regionach kraju dominował język
litewski. Większość prawosławnych mówiła językiem ruskim (lingua Ruthenica antiqua), który później otrzymał dwie nazwy –
starobiałoruski i staroukraiński. W miastach – większych i mniejszych –
mieszkali Żydzi i Karaimi, którzy
w większości wyznawali judaizm. Niewielkie grupy Ormian i Niemców dopełniały mozaikę społeczną nowego
państwa.

W swoim eseju postaram się dać odpowiedź na dwa główne pytania. Jakie miejsce we współczesnej historii czterech krajów Polski, Litwy, Ukrainy i Białorusi – zajmuje pamięć o unii lubelskiej? Czy pamięć o unii roku 1569 stanie się projektem integrującym kraje Europy Środkowo-Wschodniej?

Pamięć o unii lubelskiej w Polsce – od projektu państwa narodowego do idei federalizmu

Głównym
miejscem pamięci o wydarzeniach roku 1569 jest Lublin. Pragnienie upamiętnienia
unii lubelskiej jako pierwszy wyraził król Zygmunt II August (1520–1572),
bezpośredni uczestnik jej zawarcia. Z jego inicjatywy w centrum Lublina w tym
samym roku wzniesiono obelisk o wysokości 12
łokci (około 7 m). Na dolnej części monumentu znalazły się emblematy Polski i
Litwy przedstawione w formie płaskorzeźbowych postaci królowej Jadwigi i króla Jagiełły, którzy symbolizują integrację dwóch podmiotów politycznych od momentu podpisania
unii w Krewie w 1385 r.

W
rezultacie trzeciego rozbioru w 1795 r. I Rzeczpospolita przestała istnieć.
Państwo podzielono między Austrię, Prusy i Rosję. Wtedy też Lublin znalazł się
w cesarstwie austriackim, stając się jednym z 12 centrów Nowej Galicji. W 1809 r. miasto wraz
z częścią sąsiadujących obszarów
włączono do Księstwa Warszawskiego podległego imperium francuskiemu Napoleona.
Po porażce Napoleona i zgodnie z ustaleniami kongresu wiedeńskiego w 1815 r.
Lublin stał się częścią Królestwa
Polskiego pod władaniem Cesarstwa Rosyjskiego.

W
1819 r. władze lokalne Lublina, dokonując zmian w przestrzeni miejskiej
związanych z utworzeniem placu do musztry wojskowej, zlikwidowały pomnik.
Dzięki staraniom znanego działacza społecznego i uczonego Stanisława Staszica
(Getka-Kenig 2017, s. 157–170) oraz za zgodą cara Aleksandra I w 1826 r. w tym
samym miejscu ustawiono nowy monument. Inicjując odbudowę pomnika Unii
Lubelskiej, Staszic stał się pionierem upamiętnienia
w przestrzeni publicznej w Cesarstwie Rosyjskim idei federacji krajów Europy Środkowo-Wschodniej.
Aleksander I jako realizator liberalnej polityki względem Polaków zaaprobował prośbę Staszica i
zgodził się na wzniesienie pomnika, starając się tym samym potwierdzić swój status króla Polski. Stanisław Staszic i
popierający projekt odnowienia pomnika Unii Lubelskiej namiestnik Królestwa Polskiego generał Józef Zajączek w symboliczny sposób wprowadzili tym samym do przestrzeni
publicznej pamięć o niezależnej państwowości polskiej.

Autorem
koncepcji lubelskiego pomnika był historyk literatury Feliks Bentkowski, a
architektem Paweł Maliński. Pomnik został wykonany w formie wysokiego obelisku,
w jego dolnej części planowano umieścić rzeźby Jadwigi i Jagiełły oraz obrazy
sejmów
w Horodle i Lublinie. Ostatecznie na obelisku umieszczono jedynie pozłacane
figury dwóch
kobiet, symbolizujące Polskę i Litwę.
Obrazy trzech podmiotów:
Rusi, Litwy i Polski, zostały wykorzystane w czasie powstania styczniowego,
toczącego się w latach 1863–1864 w Królestwie Polskim przeciwko imperium
rosyjskiemu. Na herbie powstańców
przedstawiono orła jako symbol Polski, Pogoń – godło Litwy, i archanioła Michała – patrona Rusi, przy czym wszystkie
symbole łączyła korona Polski.

W ten sposób przednowoczesny (przywołując periodyzację szkoły Annales) projekt państwowości polsko-litewskiej został upamiętniony w ramach rosyjskiego, ale już nowoczesnego projektu imperialnego. Warto przypomnieć, że pomnik Unii Lubelskiej w Lublinie zachował się również za panowania Mikołaja I, mimo że car ten nie zawsze tolerował polskie czy litewskie inicjatywy patriotyczne i upamiętnianie wydarzeń oraz bohaterów z historii Polski.

Pomnik Unii Lubelskiej w Lublinie (zbiory autora)

Płaskorzeźba na kolumnie (zbiory autora)

Pamięć o unii lubelskiej podtrzymywano
nie tylko w imperium rosyjskim, lecz także w austriackim. W stolicy prowincji
Królestwo Galicji i Lodomerii – swego rodzaju Piemontu
polskiego, ukraińskiego i żydowskiego odrodzenia narodowego – Lwowie w 1869 r.
w jednym z najpiękniejszych miejsc centrum miasta położono kamień węgielny i wysypano kopiec
upamiętniający 300-lecie podpisania unii lubelskiej. Inicjatorem stworzenia
tego miejsca pamięci był aktywny we Lwowie polski polityk i działacz społeczny
Franciszek Smolka. Kopiec Unii Lubelskiej został usypany z ziemi przywiezionej
z różnych ziem polskich. Na kamieniu, który posłużył za podstawę kopca,
wygrawerowano: „Wolni z wolnymi, równi z równymi – Polska, Litwa i Ruś,
zjednoczone Unią Lubelską 11 sierpnia 1569 roku”. Pomnik dzięki centralnemu usytuowaniu
i roztaczającemu się z tego miejsca widokowi na starą część Lwowa przyciągał
wielkie rzesze odpoczywających. Kopiec stał się miejscem pamięci symbolizującym
przednowoczesną ideę federacji narodów; umieszczony w społecznej
przestrzeni miasta, okazał się przeciwwagą dla imperialnych projektów
Austro-Węgier we Lwowie. Ten niezwykły pomnik unii lubelskiej we Lwowie został
wzniesiony z inicjatywy obywatelskiej, a nie z dekretu władz austriackich
(Prokopowicz, s. 9–18).

W tym samym roku (1869) w Krakowie Jan Matejko zakończył pracę nad płótnem upamiętniającym Unię Lubelską. Na monumentalnym malowidle artysta przedstawił moment przyjęcia aktu unii z udziałem ówczesnych głównych figur historycznych – przedstawicieli władzy i szlachty Królestwa Polskiego oraz Wielkiego Księstwa Litewskiego. Na podkreślenie zasługuje to fakt, że z inicjatywą zakupienia obrazu wystąpiły lokalne władze Lwowa, które umieściły płótno w budynku Galicyjskiego Sejmu Krajowego. Pod okupacją niemiecką w czasie II wojny światowej dzieło Matejki znajdowało się we Lwowie w Muzeum Lubomirskich (Zętar).

Kopiec Unii Lubelskiej we Lwowie. Fotografia z lat trzydziestych XX w.
(Stako, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2880427)

Obraz Jana Matejki z 1869 r.
(https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Lublin_Union_1569.PNG)

Wyjątkowymi miejscami pamięci o unii
lubelskiej są Kaplica Trójcy Świętej i klasztor Dominikanów
w Lublinie. Wewnętrzne freski i malowidła w kaplicy zostały wykonane w stylu
bizantyńskim przez XV-wiecznych mistrzów najprawdopodobniej z różnych regionów
Rusi – Tweru, Nowogrodu oraz jej zachodniej części – Galicji i Wołynia. Warto nadmienić,
że inicjatorem stworzenia kaplicy w tak unikatowym stylu był jeszcze król Władysław Jagiełło. Artyści i rzemieślnicy – twórcy malowideł – upamiętnili Jagiełłę w
kaplicy na dwóch malowidłach. Na pierwszym
przedstawiono króla w towarzystwie świętych, na drugim
zaś wierzchem na zwycięskim koniu. Należy przypomnieć, że nabożeństwo
dziękczynne po podpisaniu unii lubelskiej odbyło się właśnie w Kaplicy Trójcy
Świętej, czym symbolicznie podkreślono udział kultury Rusi w powstaniu nowego
państwa, Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Klasztor Dominikanów w Lublinie również wiąże się z podpisaniem unii. Kompozycja płaskorzeźb nad arką wiodącą na wirydarz klasztoru w osobliwy sposób chroni pamięć o unii. Obraz młodych bliźniaków trzymających się za wyciągnięte ku sobie ręce symbolizuje sojusz Polski i Litwy.

Płaskorzeźba w zaułku klasztoru Dominikanów w Lublinie (zbiory autora)

We współczesnej Polsce pamięć o unii
lubelskiej jest obecna w przestrzeni miejskiej przede wszystkim w nazwach ulic
i placów. Ulice Unii Lubelskiej znajdują się w kilku dużych
miastach i miasteczkach – Poznaniu, Rzeszowie, Łodzi, Bydgoszczy, Szczecinie i
Kołobrzegu (dwa ostatnie pozostawały poza granicami I Rzeczypospolitej) oraz
oczywiście w Lublinie. W stolicy Polski jeden z placów,
z 1919 r., także nosi nazwę Unii Lubelskiej. Ulic Unii Lubelskiej nie
znajdziemy na Białorusi, Ukrainie i Litwie. Nieobecność w miejskiej toponimice
pamięci o unii lubelskiej w wymienionych krajach związana jest z polityką
historyczną władz i interpretacją znaczenia
Rzeczypospolitej dla współczesnych narodów ukraińskiego, białoruskiego i
litewskiego dokonywaną przez naukowców.

Wydarzenia końca lat osiemdziesiątych
XX w. w Polsce oraz rozpad ZSRR w 1991 r. sprzyjały rozwinięciu idei włączenia
do narracji Unii Europejskiej krajów Europy Środkowo-Wschodniej – Litwy,
Białorusi i Ukrainy. Jeszcze w roku 1990 polski historyk Jerzy Kłoczowski przy
wsparciu papieża Jana Pawła II zorganizował w Rzymie seminarium, w którym
uczestniczyli uczeni z ówczesnych republik radzieckich –
Ukrainy, Białorusi i Litwy, a także innych światowych ośrodków
naukowych. W kolejnych latach podobne seminaria organizowano w innych miastach
Europy Środkowej (Gapski 1998,s. 80; Historia jest wspólna 2006, s. 12).

Jerzy Kłoczowski był profesorem
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Dzięki niemu to właśnie Lublin stał się
miejscem, gdzie w 1991 r. powołano do życia Towarzystwo Instytutu Europy
Środkowo-Wschodniej, a w 2001 r. otwarto Instytut o tej samej nazwie.
Społeczność naukowa skupiona wokół prof. Jerzego Kłoczowskiego, a później
pracownicy Instytutu rozszerzali współpracę i prowadzili debatę z elitami
intelektualnymi Polski, Ukrainy, Białorusi i Litwy. Celem Instytutu było
rozpowszechnianie europejskich praktyk w przestrzeni publicznej i dyskursie
naukowym w wymienionych krajach. Pamięć o unii lubelskiej oraz Rzeczypospolitej
Obojga Narodów stała się osnową określającą ramy
geograficzne współpracy uczonych. Jerzy Kłoczowski, tworząc swoją koncepcję
Europy Środkowo-Wschodniej, czerpał z idei polskiego historyka emigranta Oskara
Haleckiego i prac znanego przedstawiciela polskiej myśli politycznej na
emigracji Jerzego Giedroycia (Gapski 1998, s. 86).

W roku 2018 Instytut Europy
Środkowo-Wschodniej w kształcie, w jakim funkcjonował od momentu założenia,
zakończył swoje istnienie. W 2019 r. powstała nowa instytucja – Instytut Europy
Środkowej – która na podstawie ustaleń prawnych
przejęła bazę materialną i intelektualną Instytutu stworzonego przez
Kłoczowskiego. Wraz ze zmianą nazwy zmienił się również profil pracy jednostki; niedawno
powstały instytut stał się centrum analitycznym.

W Lublinie w 2019 r. zorganizowano uroczysty jubileusz 450-lecia podpisania unii. Inicjatorów uroczystości jednoczyło hasło „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”. Organizatorzy obchodów deklarowali chęć dalszej integracji krajów niegdyś wchodzących w skład Rzeczypospolitej, ale dziś na zasadach przyjętych w Unii Europejskiej. Wyzwaniem dla intelektualistów z Polski, Litwy, Białorusi i Ukrainy stało się zachowanie tradycji, celów i rezultatów pracy Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej. Ignorowanie zaś bezcennego spadku wspólnej pracy może przynieść zagrożenie dla efektywnej współpracy naukowej i dalszych badań naukowych, co przywiedzie ku symbolicznej utracie możliwości europeizacji krajów, które niegdyś wchodziły w skład Rzeczypospolitej.

Pamięć o unii lubelskiej i współczesna Ukraina – między zapomnieniem a konfliktem

Kopiec Unii Lubelskiej we Lwowie
istnieje do dziś i znajduje się obok Wysokiego Zamku. We współczesnej Ukrainie
to miejsce demonstrowania ukraińskiej narracji patriotycznej – tutaj w sposób
szczególnie uroczysty demonstrowana jest ukraińska flaga.
W niezależnej Ukrainie, oczywiście z wyjątkiem Lwowa, upamiętnianie tak
symbolicznego dla wieku XVI wydarzenia jak unia lubelska w postaci pomników
i rzeźb nie występowało. Pamięć o zawarciu unii ocalała w tekstach. Wydarzenia
związane z unią lubelską zgodnie z głównym kierunkiem ukraińskiej
historiografii odczytywane były jako nowy etap historii Ukrainy; ukraińskie
ziemie i jej mieszkańcy przechodzili pod władanie polskiego króla,
w rezultacie czego doszło do ograniczenia praw i swobód
chłopstwa
i prostych ludzi. Okres, gdy ziemie współczesnej Ukrainy wchodziły w skład
Wielkiego Księstwa Litewskiego, jest ukazywany jako bardziej przyjazny względem
prostych ludzi. Badaniom nad dziejami Wielkiego Księstwa Litewskiego i
Rzeczypospolitej poświęcili się zagraniczni historycy. Francuski profesor
Daniel Beauvois w swej książce przedstawił krytyczny obraz relacji
polsko-ukraińskich oraz poddał krytyce żywe zainteresowanie Polaków
dziedzictwem Rzeczypospolitej we współczesnej Ukrainie i Białorusi, uznając je
za przejaw polskiego kolonializmu i imperializmu (Beauvois 2016, s.
17).
Popularyzacja kozactwa przez ukraińskich uczonych jako fenomenu wyłącznie
ukraińskiego z akcentem na jego antypolski charakter nie służyła pozytywnej
narracji o Rzeczypospolitej. Historycy, działacze społeczni i państwowi
propagandziści, tworząc mity o Bohdanie Chmielnickim i jego
towarzyszach, weszli w konflikt z polską historiografią, w której to ukraińscy bohaterowie
historyczni XVI–XVII w. byli charakteryzowani w sposób
diametralnie odmienny.

Ostatnio w przestrzeni publicznej
można odnotować zmianę stosunku względem pamięci o unii lubelskiej. W
czerwcu–lipcu 2019 r. z inicjatywy Instytutu Polskiego w Kijowie została
zorganizowana wystawa zdjęć pt. „Równi wobec równych,
wolni wobec wolnych”. Pokazano wówczas fotografie obiektów
architektonicznych z Polski, Białorusi, Ukrainy i Litwy oraz mieszkańców
ówczesnej Rzeczypospolitej w strojach z epoki. Wystawę
usytuowano w jednym z najbardziej ruchliwych miejsc stolicy Ukrainy, przy
wejściu do stacji metra Złote Wrota (Zołoti worota).

W ostatnich dziesięcioleciach procesy integracyjne między Polską, Ukrainą a Litwą zachodzą w sferze wojskowej. Pamięć o niektórych bohaterach i wydarzeniach w XVI-wiecznej Europie Środkowo-Wschodniej została wykorzystana dla potwierdzenia wspólnej przeszłości trzech krajów. Wojna na Ukrainie, rozpoczęta w 2014 r., stała się elementem scalającym Kijów, Wilno i Warszawę na polu militarnym. W Lublinie utworzono Litewsko-Polsko-Ukraińską Brygadę, która obecnie pełni raczej symboliczną funkcję, demonstrując poparcie dla Ukrainy ze strony państw Europy Środkowo-Wschodniej. Na patrona brygady wybrano uroczyście hetmana wielkiego litewskiego Konstantego Ostrogskiego (1460–1530), przedstawiciela szlachty, wsławionego tym, że w 1514 r., dowodząc wojskami Korony i Litwy, rozgromił pod Orszą wojska moskiewskie. Dzięki utworzeniu brygady wojskowi z Ukrainy, Litwy i Polski mogą wymieniać się doświadczeniem, ucząc się i trenując wspólnie.

Obraz Bitwa pod Orszą, 1514 r. Autor nieznany

Tablica upamiętniająca hetmana Konstantego Ostrogskiego na budynku sztabu Litewsko-Polsko-Ukraińskiej Brygady w Lublinie (zbiory autora)

Wielkie Księstwo Litewskie, unia lubelska, Rzeczpospolita i współczesna Białoruś – poszukiwania nowej zapomnianej przeszłości

Pamięć o unii lubelskiej na Białorusi
została utrwalona zarówno w tekstach naukowych i
publicystycznych, jak i – w skromniejszej skali – w przestrzeni publicznej i
miejskiej. W niezależnej Białorusi historycy zaczęli aktywnie propagować mit o
źródłach białoruskiej tożsamości sięgających okresu istnienia Wielkiego
Księstwa Litewskiego i – w mniejszym stopniu – funkcjonowania I
Rzeczypospolitej. W historiografii białoruskiej zawarcie unii lubelskiej i
wydarzenia następujące po niej są traktowane niejednoznacznie. Analogicznie do
narracji ukraińskiej okres Wielkiego Księstwa Litewskiego opisywany jest jako
czas bardziej sprzyjający rozwojowi kultury białoruskiej. Uczeni uważają, że po
roku 1569 rozpoczął się proces likwidacji języka starobiałoruskiego i
jednocześnie popularyzacji języka polskiego (Sahanowicz 2001, s. 247).

W ostatnich latach pamięć o wiekach
XVI–XVII stała się bardziej zauważalna w
przestrzeni publicznej Białorusi. W 2001 r. rozpoczęto renowację zamku w
Nieświeżu. Zamek wzniesiono dla Krzysztofa Radziwiłła zwanego Sierotką w 1583
r. i pozostawał on rezydencją Radziwiłłów do roku 1939 i wkroczenia bolszewików.
W okresie powojennym zamek pełnił funkcję sanatorium i pozostawał we władaniu NKWD; korzystali z niego również
robotnicy wiejscy jako budynku należącego do pobliskiego kołchozu. Od 2015 r. z
kolei trwa rekonstrukcja Zamku Starego w Grodnie, niegdyś rezydencji króla
Stefana Batorego. Popularyzacji wydarzeń historycznych z czasów
Wielkiego Księstwa Litewskiego i Rzeczypospolitej sprzyjały przeprowadzone w
tym samym roku w Grodnie rekonstrukcje wojenno-historyczne. Ponadto pamięć o
Radziwiłłach, jednym z najbardziej wpływowych rodów Litwy, istnieje w miejskiej
przestrzeni państwa. Na Białorusi w 2003 r. powstała sieć supermarketów
(obecnie istnieje już 29 sklepów) o nazwie Radziwiłłowski, a także
działa restauracja o takiej samej nazwie.

Współcześnie na Białorusi pamięć o unii lubelskiej jest zastępowana pamięcią o Wielkim Księstwie Litewskim, ponieważ w białoruskiej narracji historycznej podkreśla się znaczenie tego państwa jako jednego z filarów kształtowania białoruskiej świadomości narodowej.

Unia lubelska i współczesna Litwa – krytyka, akceptacja, przewartościowanie

Pamięć o unii lubelskiej i
Rzeczypospolitej w oficjalnej narracji historycznej współczesnej Litwy zajmuje
specyficzne miejsce. Historiografia tego wydarzenia na Litwie znajduje wyraz w
różnych dyskursach, również w dyskursie patriotycznym, w którym powstanie Rzeczypospolitej Obojga
Narodów traktowane jest jako okres dominacji
kultury polskiej nad litewską. Uzyskanie przez Litwę niepodległości w 1991 r.
zakończyło okres wpływu ZSRR na kwestię pamięci o unii lubelskiej. Część
litewskich historyków przewartościowała miejsce Litwy w
składzie I Rzeczypospolitej. Zauważalna jest też tendencja, by wyrównać status Wielkiego Księstwa
Litewskiego i Królestwa Polskiego w obrębie
Rzeczypospolitej (The History of Lithuania 2015, s. 77–80).

Symbolicznego znaczenia dla Litwy
nabrał rok 2019, gdy sejm przyjął rezolucję, zgodnie z którą do oficjalnego dyskursu państwowego
włączono świętowanie 450-lecia unii lubelskiej. Gros uroczystości odbyło się
w Lublinie w Polsce, dokąd przybyły władze Litwy, Ukrainy i Białorusi. Warto zauważyć, że w
Wilnie 6 lipca – w dniu upamiętniającym koronację pierwszego króla litewskiego Mendoga (lit.
Mindaugas), a jest to dzień święta państwowego Litwy, w symbolicznym
miejscu, na Zamku Wielkich Książąt Litewskich, została zorganizowana wystawa
obrazów „Lublin – miasto Litwy i Polski”. W otwarciu
wystawy uczestniczyli marszałkowie sejmów Litwy – Viktoras Pranckietis, i
Polski – Marek Kuchciński. Przyjmując zaproszenie do udziału w uroczystościach
450-lecia unii Lubelskiej, Litwa poparła ideę projektów integracyjnych pośród krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Symbolem
pozytywnych zmian w relacjach Litwy i Polski stała się pierwsza wizyta
zagraniczna nowo wybranego prezydenta Gitanasa Nausėdy, z którą przybył do Warszawy.

Pamięć o unii lubelskiej jako skuteczny projekt integracyjny dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej

Wraz z rozwojem nacjonalizmów w omawianych państwach historia
stała się niezbędnym narzędziem kształtowania tożsamości narodowej. Poczynając
od drugiej połowy XIX w. pojęcie „narodowości” jest rzutowane na wydarzenia
z przeszłości, a teksty historyczne pisane są z myślą o tworzeniu ideologii
narodowych oraz na rzecz różnego rodzaju projektów politycznych. Narracja o
Rzeczypospolitej nie jest wyjątkiem. W polskiej narracji historycznej
uwidacznia się monopol na kulturę i dziedzictwo unii polsko-litewskiej.
Utworzenie Rzeczypospolitej Obojga Narodów jest interpretowane jako powstanie
przednowoczesnego narodu polskiego. Rozwój nacjonalizmów na Ukrainie i Litwie sprzyjał
kształtowaniu własnego postrzegania przeszłości. Odmienna interpretacja tych
samych wydarzeń stworzyła pole do polemiki i nie sprzyjała wykorzystaniu
pamięci o unii lubelskiej jako fundamentu późniejszych procesów integracyjnych w krajach Europy
Środkowo-Wschodniej. W rezultacie aneksji Krymu i wojny na Donbasie Ukraina,
Litwa i Polska potrzebowały wzajemnego wsparcia także w sferze symbolicznej.
Dzieląc negatywne doświadczenie historyczne współistnienia w sąsiedztwie z
Rosją i obserwując agresywną politykę zagraniczną współczesnej Moskwy względem Ukrainy,
Polska, Ukraina i Litwa zainteresowały się popularyzacją pamięci o unii
lubelskiej w ramach projektów integracyjnych. W polskiej
historiografii Rzeczpospolita zaczęła być postrzegana jako federacja narodów. Na Białorusi, w odróżnieniu od
Polski, Litwy i Ukrainy, Rzeczpospolita jest wykorzystywana do budowania nowej
białoruskiej tożsamości. Dla państw Europy Środkowo-Wschodniej niegdyś
wchodzących w skład Rzeczypospolitej Obojga Narodów duże wyzwanie w XXI w. stanowi
zachowanie pamięci o unii lubelskiej. Z tego względu duże znaczenie dla popularyzacji praktyk
europejskich w Polsce, na Litwie, Ukrainie, Białorusi i w Rosji mają
wykorzystanie wspólnego doświadczenia oraz aktywna współpraca
badaczy i przedstawicieli elit intelektualnych poszczególnych krajów.


Bibliografia

Beauvois D.
(2016), Trójkąt ukraiński. Szlachta, carat i lud na
Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1793–1914
, tłum. K. Rutkowski, Lublin.

Gapski H. (1998), Historyk wobec
siebie i przeszłości. Rozmowy z Jerzym Kłoczowskim
, w: Historiae
peritus. Księga jubileuszowa Profesora Jerzego Kłoczowskiego
,red.
H. Gapski, Lublin, cz. 2.

Getka-Kenig M.
(2017), Pomniki
publiczne i dyskurs zasługi w dobie „Wskrzeszonej” Polski
, Kraków.

Historia jest wspólna. Jan Paweł II Wielki a dziedzictwo
Rzeczypospolitej Wielu Narod
ów i Europy Środkowo-Wschodniej (2006), red. J. Kłoczowski i G. Głuch, Lublin.

The History of Lithuania (2015), red. A. Eidintas, A. Bumblauskas,
A. Kulakauskas, M. Tamošaitis, Vilnius.

Prokopowicz М.
(2008), Koniec Lublinskoj uniji: imperska politika ta nacionalne
swiatkuwannia u Habsburzkomu Lwowi,
seria 3, Lwiw.

Sahanowicz H. (2001), Historia Białorusi. Od czasów najdawniejszych końca XVIII wieku, tłum. H. Łaszkiewicz, Lublin.

Snajder Т. (2014), Rekanstrukcyja nacyj:
Polszcza, Ukraina, Litwa i Biełaruś 1569–1999
, tłum. M. Ramanawski, W.
Kałacka, Warszawa [wyd. polskie: Snyder T. (2006), Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina,
Litwa, Białoruś 1569–1999
, tłum. M.
Pietrzak-Merta, Sejny].

Sulima Kamiński А. (2000), Historia
Rzeczpospolitej Wielu Narod
ów 1505–1795. Obywatele, ich państwa,
społeczeństwo, kultura
, Lublin.

Zętar J., Unia Lubelska – przedstawienia Unii
Lubelskiej w sztuce
, Ośrodek Brama Grodzka Teatr NN, http://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/unia-lubelska-przedstawienia-unii-lubelskiej-w-sztuce/ (dostęp 3.03.2020).


Z języka rosyjskiego przełożyła Anna Jawdosiuk-Małek

Korekta językowa: Beata Bińko




Eseje o paradoksach niewolności. Kairos

KAROL KASPROWICZ

Eseje o paradoksach niewolności. Kairos

Dopóki z sobą grasz, to tylko
sprawa zręczności, błaha sprawa,
ale gdy nagle chwycić musisz piłkę,
którą odwieczna towarzyszka zabaw
ku tobie rzuci, owym łukiem
dokładnie znanym, niczym przęsło,
co z mostu Boga w górę wzlata,
wtedy to władzą jest ta zręczność –
nie twoją, ale świata.
R.M. Rilke (cyt. za: Gadamer 2013, s. 2)

***

Jednym słowem: człowiek czyni zawsze tylko to, co chce, a mimo tego czyni to koniecznie. A polega to na tym, że już jest tym, czym chce: gdyż z tego, czym jest, wynika z koniecznością wszystko, co każdym razem czyni.
A. Schopenhauer (Schopenhauer, online, s. 104)

Krakowskim Przedmieściem przechadza się łysawy jegomość. Z tłumu przechodniów wyróżnia się wyrastającą znad klifu jego twarzy grzywką. Podchodzi do każdego, a ten kto go spotka na swojej drodze, na moment może go uchwycić, dotknąć, złapać. Rzadki to widok. Na imię (a może to przydomek?) mu Kairos i jest znany wśród ludzi Śródmieścia. Od kilku lat po mieście rozniosła się legenda, że komu uda się choć na krótką chwilę go zatrzymać, temu los będzie sprzyjać. Anuszce udało się dotrzeć z oliwą do domu. Mario zwyciężył wygrał kilka tysięcy w kasynie. Janusz przestał uosabiać nosacza sundajskiego. Kilku osiedlowych ziomków poluje na niego, lecz Kairos po wyjściu ze sklepu nocnego zwykł natychmiast znikać. Ostatnio podobno zaginął.

Podobno zbieżność z greckim antycznym bożkiem nie jest przypadkowa. Kairos (gr. Καιρός Kairós, łac. Caerus) był uosobieniem szczęśliwego zbiegu okoliczności, właściwego momentu bądź niewykorzystanej szansy. Obok Chronosa uznawano go za personifikację czasu.

Kairos to „ten oto”, „ten właściwy” czy też odpowiedni czas. Kiedy minął, nikt już nie mógł go złapać (więcej o Kairosie jako dramacie Historii: Tischner 1992). Kairos mógłby zostać uznany także za symbol wolności. Fundamentalnym paradoksem wolności jest jej nieuchwytność, chwilowość, ulotność. Nie jest ani konieczna, ani niezbędna – wymaga stworzenia przestrzeni dla swego istnienia. Funkcjonujemy w koleinach losu, w sieciach tkanych przez Mojry. Wolność zaś egzystuje w ramach klątwy rzuconej na świat przez Parmenidesa z Elei, który stwierdził rzekomą oczywistość: „Istniejące istnieje, istniejące nie istnieje, o nieistniejącym nie da się ani mówić, ani myśleć”. Klątwa Parmenidesa (Bartoś 2020) narzuca żelazną klatkę na wolną wolę, która nie istnieje, istniejąc (bądź odwrotnie). Dlaczego jednak najbardziej pragniemy tego, co nie istnieje według Parmenidesa? Z jednej strony wolność i konieczność to tautologie – wciąż staramy się je wyjaśnić, próbując dotrzeć tam, gdzie już jesteśmy. Jak pisał Martin Heidegger: „Dwa razy mówić to samo: język jest językiem – jak ma to nas dalej prowadzić? My jednak nie chcemy iść dalej. Chcielibyśmy tylko naprawdę dotrzeć kiedyś tam, gdzie już przebywamy” (Heidegger 2007, s. 6). Jeśli świat nie daje się pomyśleć, jesteśmy skazani na ciągłe egzorcyzmowanie klątwy i kulturowe oswajanie rzeczywistości, którą poznajemy. Z drugiej strony staram się myśleć o wolnej woli jako tajemnicy, znajdującej się tuż poza zasięgiem naszego widzenia. Wolność woli jest w moim przekonaniu papierkiem lakmusowym sprawczości (przynajmniej w kulturze Zachodu), a gdy spojrzymy w przeszłość, jest swoistą archeologiczną pozostałością ludzkiej podmiotowości (o dziejach pojmowania duszy, umysłu i ducha od czasów homeryckich zob. MacDonald 2019a i b). Przyjmując taką postawę, wracamy tym samym do kosmologicznych rozważań o naturze człowieka (jego nous bądź starotestamentowego ruach) i świata z czasów Parmenidesa, Heraklita czy Anaksymandra. Jedynie w najstarszych warstwach dziejowych naszego uniwersum pojęciowego (Stary Testament, eposy homeryckie) nie obserwujemy kartezjańskiego podziału człowieka na res extensa i res cogitans. Już od presokratyków narasta w Europie przeświadczenie, że tkwi w nas tajemniczy, nieuchwytny i kluczowy pierwiastek. Dopiero w XXI w. osiągnięcia neuronauki i dziedzin pokrewnych zaczynają nam uświadamiać, iż egzystencja człowieka nie zależy ani od materii, ani od ducha/duszy/umysłu, lecz jest jakością niezależną od tego podziału.

Po co nam wolność woli i kiedy może się objawiać? Czy rację ma Hannah Arendt, stwierdzając, iż „wolność pojawia się tylko tam, gdzie »chcę« i »mogę« są zbieżne” (Arendt 1994, s. 195)? Co więcej: czy wolność wymaga istnienia wolnej woli? Wielki łańcuch (Lovejoy 2009) pojmowania wolności i wolnej woli – od św. Augustyna, Marcina Lutra, Arthura Schopenhauera po Fryderyka Nietschego i Hannah Arendt – doczekał się w ostatnich latach empirycznych uzasadnień. Spór o wolną wolę wkroczył na grunt naukowy. Jak stwierdził Daniel Dennett, badania empiryczne same w sobie nie są w stanie przeważyć szali w jedną ze stron sporu filozoficznego o wolną wolę. Jednak empiria pozwala je rozjaśnić, przeformułować i skorygować, przez co dogłębnie wpływają na proces refleksji filozoficznej. Wolna wola to jednak przypadek szczególny, być może podstawowy do zrozumienia, kim jest bądź nie jest człowiek – przez jednych uznana za „konieczne złudzenie” (Philippe Meyer) bądź „iluzję” (Sam Harris, Jerry Coyne, Daniel Wegner), dla innych przyczynek do poszukiwań nowych odpowiedzi na odwieczne pytanie (Patrick Haggard, Patricia Churchland, Michael Gazzaniga; Hohol 2015). Powtórzyć należy w tym kontekście pytanie Philippe’a Meyera: „Czy w głębinach ludzkiej osobowości zostało choć trochę miejsca wolnego od podwójnej ingerencji genów i środowiska; jakaś przestrzeń, w której człowiek dokonywałby wolnych wyborów?” (Meyer 2007, s. 7). Pojawia się zatem pytanie: Kto tu rządzi – ja czy mój mózg? (Gazzaniga 2020). Przyjrzyjmy się więc co ma do powiedzenia na ten temat neuroscience? Spójrzmy na pewien eksperyment, który ponownie otworzył tę puszkę Pandory.

Eksperyment Benjamina Libeta

Za sprawą Benjamina Libeta z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley wolna wola przestała być przedmiotem wiary, a stała się przedmiotem badań. W latach sześćdziesiątych dwaj neurologowie, Hans Kornhuber i Lüder Deecke, zauważyli, że już przed dokonaniem wyboru jest możliwa rejestracja tzw. symetrycznego potencjału gotowości za pomocą elektroencefalografu (EEG), który nazwali neuronalnym markerem woli (Kornhuber, Deecke, s. 1–17). Profesor Libet, idąc tym tropem wraz ze współpracownikami, postawił fundamentalne pytanie: czy przyczyną naszych zachowań są świadome akty woli, czy też uprzednie wobec nich procesy mózgowe? Zaprojektowano eksperyment, w którym osoby badane wykonywały proste ruchy ręką, jednocześnie skupiając wzrok na tarczy zegara w pomieszczeniu. Mogły wykonać ruch w dowolnym momencie, najważniejsze było zaś, aby osoby te zapamiętały, kiedy podjęły decyzję o poruszeniu ręką. Na ich głowach były umieszczone elektrody EEG, które pozwoliły na zmierzenie potencjału gotowości. Badanych proszono o naciśnięcie przycisku w dowolnym czasie oraz zapamiętanie momentu podjęcia decyzji, podczas gdy naukowcy mierzyli aktywność elektryczną ich mózgów. Wyniki eksperymentu okazały się sensacyjne. Potencjał gotowości zarejestrowano w pierwszorzędowej korze ruchowej (ang. primary motor cortex, MI) oraz dodatkowej korze ruchowej (ang. supplementary motor area, SMA; zob. Duch 2009) około 550 milisekund przed wykonaniem ruchu. Świadomy akt woli poprzedzał ruch tylko o 200 milisekund. Wedle dominującej interpretacji przyczyną ruchu nie jest więc świadomy wybór, lecz poprzedzająca go aktywność mózgowa. Libet wbrew komentatorom starał się znaleźć miejsce (a w praktyce czas) dla wolnej woli. Twierdził bowiem, iż mimo że nasze działania inicjowane są przed pojawieniem się intencji, możliwe jest świadome weto, które może wystąpić około 100 milisekund przed zainicjowanym wcześniej wykonaniem ruchu (Libet 1985, s. 529 i n.).

Krytycy koncepcji wolnej woli często odwołują się do wyników eksperymentu Libeta – potwierdzają (według nich), że podejmowanie decyzji jest tańcem wedle muzyki i choreografii mózgu. Naciskanie przycisku nie było wynikiem świadomej decyzji uczestników badania, byli oni raczej świadkami decyzji, którą już wcześniej podjął za nich ich mózg – odgrywali już gotowy scenariusz. Komentatorzy, przekonani o tym, że wolna wola jest tylko iluzją, twierdzą, iż świadome weto, o którym wspomina Libet (około 100 ms przed ruchem), jest typową hipotezą ad hoc. W kolejnych publikacjach Benjamin Libet podjął się jednak dalszej „obrony” wolnej woli. Przede wszystkim zwrócił uwagę na to, że uświadomienie sobie decyzji o podjęciu ruchu przez badanych następuje wprawdzie po zarejestrowaniu potencjału gotowości w mózgu, ale i tak około dwóch dziesiątych sekundy przed samym wykonaniem czynności. Dawało to wolnej woli, a być może świadomości czas oraz przestrzeń na reakcję – powstrzymanie się od wykonania czynności. Te stany świadomości uznano właśnie za akty woli. Zwolennicy istnienia wolnej woli do dziś krytykują dominującą filozoficzną (deterministyczną, materialistyczną czy też fatalistyczną) interpretację eksperymentu (por. Smith 2011).

Wolność woli postawiły pod znakiem zapytania także następne eksperymenty. Badania Jeffa Millera i Judy Traveny (Travena, Miller 2002, s. 162–190) zakwestionowały wyniki Benjamina Libeta. Aaron Schurger zaś całkowicie podważył znaczenie potencjału gotowości jako neuronalnego markera woli[1]. Pojawiły się z drugiej strony kolejne argumenty na rzecz świadomych aktów woli w postaci badań Marcela Brassa (Brass 2011) oraz Richarda Passinghama (Passingham 1995). Uczeń Passinghama Patrick Haggard dowiódł, że istnieją w mózgu obszary, które odpowiadają za wyobrażenia o podejmowanych czynnościach (Haggard 2009, s. 731–733; więcej o jego badaniach zob. Wykład Patricka Haggarda). Obszarami tymi są kora ruchowa w płacie czołowym oraz tylna kora ciemieniowa. Problemem z eksperymentami przeprowadzanymi od lat osiemdziesiątych XX w. było oparcie na raportach werbalnych. To deklaracje badanych miały potwierdzać, czy działanie było wynikiem dobrowolnej decyzji. Potrzebujemy raczej badań ujawniających to, co nie może być w taki sposób zaraportowane. W związku z tym polegają one obecnie przede wszystkim na analizie czasów reakcji (Bechara, Damasio, Tranel, Damasio 1997, s. 1293–1925).

W ostatnich latach zagadnienie aktów ludzkiej woli stało się przedmiotem badań zespołu pod przewodnictwem Johna-Dylana Haynesa (Soon, Brass, Heinze, Haynes 2008, s. 543–545), który twórczo rozwinął metody Libeta i realizuje w praktyce wskazania Haggarda. Głównym novum jest wykorzystanie niedostępnego jeszcze w latach osiemdziesiątych XX w. funkcjonalnego obrazowania mózgu rezonansem magnetycznym (fMRI – Functional Magnetic Resonance Imaging). Badani podobnie jak w eksperymencie Libeta stanęli przed decyzją, której konsekwencją jest podjęcie działania. Badany decyduje o naciśnięciu jednego z dwóch przycisków. Na początku był proszony o zapamiętanie, która litera z wyświetlanego ciągu pojawiła się na ekranie, gdy podjął decyzję o naciśnięciu przycisku. Analiza zebranych danych wykazała obecność dwóch obszarów mózgu, których aktywność zwiastowała wybór danego przycisków. Co ważne, aktywność ta następowała nawet około 7 do 10 sekund przed raportowanym momentem podjęcia świadomej decyzji. Decyzja zatem tkwiła w sferze nieświadomości (Mlodinow 2016). Przypomnijmy, że Libet dostrzegł aktywność mózgu warunkującą przyszłą czynność jedynie o 550 milisekund przed jej wykonaniem (zob. Wykład Johna-Dylana Haynesa). W kolejnych badaniach zespół Haynesa zajął się prognozowaniem bardziej skomplikowanych decyzji. Osoby badane wpatrywały się w ekran, na którym wyświetlono pięć liczb jedną literę. Każdy ekran pojawiał się na sekundę, po czym był zastępowany przez kolejny. Zadanie badanych polegało na abstrakcyjnym wyborze pomiędzy dodawaniem i odejmowaniem, po wykonaniu operacji matematycznej zgodnej z decyzją na dwóch kolejnych środkowych liczbach, wyświetlających się na kolejnych ekranach. W tym samym czasie uczestnicy mieli zapamiętać, która litera widoczna była na ekranie w momencie dokonania świadomego wyboru, co pozwoliło badaczom na zebranie danych o czasie decyzji. Wyniki potwierdziły wcześniejsze badania. W większości przypadków na podstawie obserwacji pomiarów rezonansu magnetycznego możliwe było przewidywanie około 4 sekund przed świadomym wyborem, jakie operacje matematyczne wybiorą osoby badane (Soon, Hanxi He, Bode, Haynes 2013, s. 6217–6222).

Okno pogodowe wolności

Zarówno eksperyment Libeta, ustalenia Schrugera, refleksje Haggarda, badania Haynesa – mimo doświadczalnego potwierdzenia, że można przewidzieć przyszły ruch na podstawie aktywności mózgowej – projektują pewnego rodzaju przestrzeń (a przynajmniej jej nie wykluczają) do zaistnienia świadomego aktu woli. Wydaje się, że jest to swoiste okno pogodowe wolności. To właśnie w tym miejscu pojawia się miejsce dla Kairosa. Kairos, synonim odpowiedniego momentu czy szczęśliwego zbiegu okoliczności, potrafi wedle ustaleń neuronaukowych dokonać wyłomu w absolutnym panowaniu Chronosa – świecie zdeterminowanym przez boga czasu. Wiara w moment/zbieg okoliczności, w którym możliwe staje się wyrwanie z objęć losu czy też fatum, akcentowała w greckiej kulturze przekonanie o możliwości decydowania o własnym życiu, czyli poczucie osobistej sprawczości (Hamilton 1973, s. 25). Kultura chińska wykształciła coś przeciwnego – poczucie sprawczości zbiorowej (por. Nisbett 2015, s. 19–23), opartej na dążeniu człowieka do harmonii, co Konfucjusz przedstawiał w Zuozhuan przy użyciu metafory kucharza. Wyśmienity kucharz łączy bowiem aromaty, tworząc pyszny posiłek pełen harmonii (Nakamura 2005, s. 179–291; por. Rogacz 2019, s. 41–45). Jednak żaden z tworzących go aromatów nie jest całkowicie wtopiony w całość, a wyjątkowy smak wynika z połączenia rozmaitych wyróżniających się aromatów. Kultury Wschodu (w szczególności Chin) i Zachodu odzwierciedlają inne praktyki społeczne kształtujące te cywilizacje[2]. Wzorce percepcji i sposobów myślenia często są zupełnie rozbieżne. Natomiast Kairos jest intrygującym przykładem bóstwa, które możemy sobie wyobrazić w obydwu przypadkach. Poczucie sprawczości osobistej i zbiorowej to jedynie dwie twarze Kairosa.

Spór o wolność woli pokazuje, jak istotna jest interpretacja (a często nadinterpretacja w sensie, jaki nadał jej Umberto Eco; Eco, Rorty, Culler, Brooke-Rose 1996, s. 45–65) badań neuronaukowych (Marzec-Remiszewski 2016, s. 475–492). Pozostaje otwarte pytanie, czy poszukiwanie fragmentów mózgu odpowiedzialnych za stany mentalne i zachowania czegokolwiek jednoznacznie dowodzi. Co więcej, eksperymenty Libeta bądź Haynesa dotyczą nie tyle wolności decyzji, ile wolności działania. Zasadnicze dla zrozumienia odmiennej terminologii neuroscience jest podejście kompatybilistyczne, polegające na tym, że teza o determinizmie nie jest sprzeczna z koncepcją wolnej woli. Bez wątpienia wiąże się to z odrzuceniem wywodzącego się już od Platona, a wzmocnionego przez Kartezjusza dualistycznego myślenia o relacji między umysłem a ciałem. Obecnie w mózgu (ciele) dostrzega się nośnik, na którym kodowane są doświadczenia, stany mentalne właściwe dla tego, co nazywamy umysłem. To, co naukowcy są w stanie powiedzieć, dotyczy świadomych intencji realizowanych przez procesy w mózgu. Ciekawym zagadnieniem są w tym kontekście konsekwencje przyjęcia tezy o determinizmie, która przy negacji wolnej woli znosi odpowiedzialność za czyny. Wina bez woli nie istnieje. Wystarczy jedynie zaznaczyć konsekwencje dla norm społecznych i regulacji prawnych będących skutkiem przyjęcia takiego punktu widzenia[3]. Ponadto czy wolna wola i wynikająca z niej sprawczość są w pryzmacie wyników badań kognitywnych cechami właściwymi ludziom, czy istnieją organizmy żywe zdolne do „świadomych” działań? (w pryzmacie problemów moralnych zob. de Waal 2013). Sprawstwo bytów nie-ludzkich jest bowiem silnie akcentowane w ramach posthumanistyki (Kipnis 2015, s. 59–74), performatyki (Domańska 2008, s. 9–21) czy też „futurologii historycznej” autorstwa Yuvala Noaha Harariego[4]. Wskazuje się jednak, że tym, co wyróżnia działania ludzkie, jest ich intencjonalność wynikająca z posługiwania się językiem (choć w świetle obserwacji zoologa Hansa Krumera nie jest to przesądzone; Kwiatek 2017).

W świetle tych refleksji Marian Golka podkreślał, że:

Problem wolnej woli i determinizmu (a także indeterminizmu, fatalizmu, czy fatalności) wydaje się nie do rozstrzygnięcia w rozważaniach filozoficznych, a także […] w badaniach naukowych. A jednocześnie gdybyśmy przyjęli, że wolnej woli nie mamy, to musielibyśmy usprawiedliwić całe zło w świecie, uznając, że złe czyny były albo konieczne, albo całkowicie przypadkowe. Co gorsza, uznanie, że nie ma wolnej woli, a więc i winy, byłoby zrujnowaniem całego systemu wymiaru sprawiedliwości, większości zasad moralnych i założeń etycznych, a zapewne i wszystkich form ładu społecznego. Wierzymy, iż dysponujemy wolnością woli, że ta wolność umożliwia wybieranie między dobrem i złem oraz, że jest fundamentem naszej odpowiedzialności, moralności, prawa, wręcz poczucia sensu życia własnego i społecznego. To jednak, co wydaje się potrzebne i tak oczywiste, jest skomplikowane, złożone i tak niejasne, że trudno się dziwić, iż przez wielu autorów odrzucane (Golka 2017, s. 191).

José Ortega y Gasset starał się pokazać, że „człowiek nie ma natury, ale ma… historię” (Ortega y Gasset 2019, s. 221). Zaproponował pojęcie „rozumu historycznego”, który jego zdaniem:

[…] nie przyjmuje niczego jako czystego faktu, lecz każdy fakt rozpuszcza w jego macierzystym żywiole stawania się [el fieri]: patrzy, jak ten fakt się dzieje. Nie sądzi, że potrafi wyjaśniać fenomeny ludzkie, redukując je do jakiejś wiązki instynktów czy „władz” – które w istocie byłyby surowymi faktami, jak zderzenie czy przyciąganie – lecz pokazuje, co człowiek robi z tymi instynktami czy władzami, a nawet oznajmia nam, jak zaistniały owe „fakty” – instynkty i władze – będące rzecz jasna tylko ideami, interpretacjami, skonstruowanymi przez człowieka w jakiejś szczególnej sytuacji życiowej [podkr. K.K.] (tamże, s. 236).

Odnoszę wrażenie, że Ortega y Gasset trafnie określił to, jak kreujemy, jako jednostki i zbiorowości, instytucje kulturalne takie jak wolność i sprawczość. Na poziomie filogenetycznym utożsamiamy się z innymi członkami naszego gatunku (co tłumaczy np. hipoteza dzielonej intencjonalności; Tomasello 2015, s. 13–22), na poziomie historycznym wytwarzamy kulturę, a w ramach ontogenezy przekazujemy ukształtowane w procesie historycznym wytwory oraz tradycje (tenże 2002, s. 267–286). Zdaje się, że wolność woli nie jest w tym pryzmacie złudzeniem bądź iluzją, lecz niezbędnym konstruktem/wytworem społecznym i kulturowym. Jak pisał Wolfgang Prinz, wolna wola jest czymś w rodzaju ważnej instytucji społeczno-kulturowej, podległej uwarunkowaniom historycznym, która na przestrzeni stuleci stała się niezbywalną wartością ludzkości (Prinz 2006). Luźną propozycją sposobu myślenia o sprawczości na gruncie humanistyki mogłoby być pojęcie „kompetencji kulturowej” (nie w sensie natywistycznym związanym z ideą kompetencji językowej Noama Chomsky’ego; Chomsky 1982)[5], które odnosiłoby się do nabywanej w procesie historycznym samoświadomości możliwości i ograniczeń wynikających z myślenia o wolności (a właściwie wolnej woli) i sprawczości. Byłoby to zbieżne z refleksją autorów zajmujących się socjologią praktyk – w szczególności Anthony’ego Giddensa, Theodore’a Schatzkiego, Pierre’a Bourdieu czy Margaret Archer – starających się znaleźć złoty środek pomiędzy jednostką a społeczeństwem (problem agency/structure)[6]. „Kompetencję kulturową” rozumiem zatem jako umiejętność bycia-w-świecie społeczno-kulturowym poprzez intencjonalne nadawanie sensu działaniom. Nie byłbym w stanie ująć tego lepiej niż Margaret Archer, która pisała:

Nieodłącznym elementem codziennego doświadczenia jest bowiem poczucie bycia jednocześnie wolnym i zniewolonym, zdolnym do kształtowania własnej przyszłości i poddanym przytłaczającym, na pozór bezosobowym ograniczeniom. Ci, którzy w toku refleksji odrzucają megalomańskie złudzenie, że pociągają za wszystkie sznurki, a jednocześnie nie godzą się z wnioskiem, że są jedynie biernymi marionetkami, stają więc przed tym samym zadaniem – muszą jakoś ze sobą pogodzić te przeciwstawne bieguny doświadczenia, jeśli nie chcą, żeby ich zmysł moralny się stępił, a podejmowane przez nich działania „polityczne” okazały się bezowocne (Archer 2019, s. 74).

Wolna wola jest niejako oknem pogodowym wolności, współczesnym Kairosem, leżącym u fundamentów kultury europejskiej. Kultura poszerza to okno. Daje możliwości, uchyla drzwi sprawczości i wspólnotowości. Sprawczość to świadome doświadczenie poczucia kontrolowania własnych działań oraz – co kluczowe – kontroli nad zdarzeniami zachodzącymi w świecie zewnętrznym, będącymi skutkiem podejmowanych działań. Nie jest istotne, czy jest iluzją bądź złudzeniem – jej podtrzymywanie jest niezbędnym warunkiem funkcjonowania wspólnot (Wojciszke 2010) i praktyk społecznych opartych na myśleniu historycznym.

Celem zasadniczym tych luźnych rozważań jest przede wszystkim wyjście poza tautologie refleksji humanistycznej i próba przyjrzenia się innym sposobom konceptualizacji problemu wolnej woli, a co za tym idzie sprawczości. Intuicje humanistów są nie tylko potrzebne, lecz niezbędne w debatach dotykających natury człowieka i jego świadomości. Warto w tym kontekście przytoczyć tu słowa Jerzego Topolskiego:

Okazuje się, że ani fatalizm, ani woluntaryzm, ani nawet stanowisko leżące między jednym i drugim, czyli będące kompromisowymi mieszankami jednego i drugiego, nie są przekonywające. Nie biorą bowiem one pod uwagę związku między warunkami ludzkiego działania a samym działaniem. Fatalizm bierze pod uwagę tylko niezależne od człowieka warunki działania ludzkiego i od nich uzależnia bieg dziejów, przy czym fatalizm biologiczny czy geograficzny warunkom, które wysuwa, nadaje bezprawnie życie społeczne, woluntaryzm zaś bierze pod uwagę tylko ludzkie działania. Ani jedno, ani drugie stanowisko, a także stanowiska kompromisowe nie są w stanie odtworzyć mechanizmów tego działania, a zwłaszcza tego, co w mechanizmach tych odgrywa centralną rolę, czyli tego, co stało się w toku ewolucji cechą wyróżniającą człowieka, mianowicie świadomości (Topolski 2004, s. 19).

Jest to świadomość prawa weta, czyli to, co nazywamy wolną wolą. Pytanie, czym ona jest, pozostanie otwarte, możemy jednak w coraz większym stopniu analizować adekwatność sposobów użycia pojęć wolnej woli i sprawczości w odniesieniu do wiedzy o rzeczywistości wynikającej z nauk o poznaniu.

Życie człowieka mieści się gdzieś pomiędzy – koniecznością, losem i światem utkanym z fatum a wolną wolą (zob. Wilson 2016). Czy ludzką historią rządzi konieczność podobna do tej, która wymusza na przyrodzie regularne działania? Ludzkie losy nie są ani regularne, ani przewidywalne. Dzieje się nie powtarzają, lecz rymują, jak mawiał Mark Twain – czasami się nawet jąkają, wracając jako farsa[7]. Mimo to często doszukujemy się w nich swoistego fatum. Starożytne Mojry przędą człowiecze dzieje, „snują wokół człowieka wszelkie zdarzenia jego życia, obracając nim, jakby był wrzecionem; a być może… już to wszystko wyprzędły od początku” (Kubiak 1997, s. 57). Tak czy inaczej, jak pisał Michał Heller, przędza jest delikatna, łatwo się plącze oraz rwie (Heller 2016, s. 71). Kairos zezwala wówczas ludziom na moment sprawczości – ucieczkę od niewolności (por. Hayek 2015; Snyder 2019; Fromm 2014). Wolność w ostatecznym rozrachunku to poczucie władzy nad samym sobą, czyli możliwość zmiany siebie i otaczającej rzeczywistości. Jak stwierdził Laozi: „Trzeba działać, zanim coś zaistnieje” (Laozi, s. LXIII). Rolą historiografii w pielęgnowaniu idei wolnej woli oraz sprawczości (a generalnie myślenia historycznego) może stać się ukazywanie horyzontów możliwości aktorów przeszłych zdarzeń poprzez opis i próbę wyjaśnienia Historii z perspektywy jej sprawców (Sahlins 2011, s. 123–190). Tak jakby dzieje były borgesowskim ogrodem o rozwidlających się ścieżkach. Albowiem co do jednego jestem przekonany – im bardziej wierzymy w fundamentalne dla ludzkiej kultury wartości, tym mocniej one „istnieją”. Tym samym ugruntowujemy naszą wspólnotową „epistemiczną wolność” (Velleman 1989; Hills 2019, s. 6). Inaczej XXI w. stanie się opowieścią o braku sprawczości i utraconej wspólnocie. Kairos zniknie, tak samo jak się pojawił.


Przypisy

[1] Badania Schurgera odcisnęły bardzo mocne piętno na badaniach nad wolą w neuronauce. Model klasyczny procesu decyzyjnego w postaci: intencja – decyzja – przygotowanie – akcja, został zakwestionowany; zamiast tego Schurger i współpracownicy zaproponowali model stochastyczny (czyli oparty na losowości), eliminujący decyzję z kognitywnej ontologii: kontekst – fluktuacje – akcja, przy czym nie wykluczyli krótkiego momentu decyzyjnego po etapie fluktuacji (Schurger, Sitta, Dehaene 2012).

[2] Ważnym zagadnieniem jest/powinna być refleksja nad innymi kulturami, które wymykają się temu dualistycznemu rozróżnieniu.

[3] Przykładem aktualności tego typu rozważań jest sprawa Stefanii Albertani, skazanej na dożywocie za uprowadzenie oraz próbę zamordowania swoich rodziców, a także zabójstwo siostry, którą przymusiła do przyjęcia śmiertelnej dawki leków, po czym spaliła jej zwłoki. W 2011 r. sędzia Luisa Lo Gatto zmieniła wyrok Albertani na 20 lat więzienia, przychylając się do argumentacji obrony, powołującej się na wyniki badań neuroobrazowych i genetycznych. Adwokaci twierdzili, iż jej mózg w porównaniu z grupą kontrolną wykazuje ubytki istoty szarej w przedniej korze zakrętu obręczy (ACC) – co łączy się wedle specjalistów ze zmniejszeniem zdolności do hamowania zachowań impulsywnych – a także w korze wyspy, co łączono ze zwiększonymi zachowaniami agresywnymi. Sędzia wzięła też pod uwagę niską aktywność związanego z funkcjonowaniem kilku neuroprzekaźników genu MAOA (nazywanego „genem wojownika”), co koreluje z antyspołecznymi zachowaniami. Ostatecznie sędzia Luisa Lo Gatto uznała Albertani za „częściowo niepoczytalną” (Kwiatek 2018; por. Baum 2016).

[4] W moim przekonaniu prace Harariego są wyjątkowe. Realizują to, o czym od lat pisze Edward Wilson, czyli są swoistą „konsiliencją” wiedzy. Gdy próbuję znaleźć odpowiednią nazwę dla jego refleksji, zdaje mi się, że „futurologia historyczna” (bynajmniej nie w pejoratywnym sensie) jest adekwatną etykietą, przede wszystkim ze względu na linię argumentacyjną przyjmowaną w ostatnich książkach dotyczących przyszłości ludzkości. Sam autor z pewnością by się odżegnywał od szufladkowania go, lecz niestety jak sam wielokrotnie o tym wspomina, nasze mózgi uwielbiają ekonomię poznawczą i szybkie ścieżki rozumowania (np. heurystyki Daniela Kahnemana). W tym miejscu warto także wspomnieć o poglądach Harariego na problem wolnej woli. Uważa on, w świetle badań neuronaukowych i genetycznych, iż wolna wola jest nie tyle konieczną, ile zbędną iluzją (Harari 2018). Podejście Harariego przypomina koncepcje Schopenhauera. (Bugla 2013).

[5] N. Chomsky, Zagadnienia teorii składni, Wrocław 1982; „Kompetencja językowa” leżąca u podstaw paradygmatu gramatyki generatywnej była rozwijana przez kolejnych badaczy, np. Raya Jackendoffa czy Jerry’ego Fodora. Skłaniam się jednak ku krytykom, ze względu na skrajnie mechanistyczne i uniwersalistyczne podejście do zjawisk językowych oraz kulturowych – moim zdaniem nieadekwatne w stosunku do badanych przedmiotów. Stąd pojęcie „kompetencji kulturowej”, któremu bliżej do idei „kompetencji komunikacyjnej” Della Hymesa z 1966 r., będącej odpowiedzią na tekst Chomsky’ego.

[6] Kompleksowo o teorii podmiotowego sprawstwa zob. Iwińska 2015. Inną perspektywę odnośnie do sprawczości proponuje się w ramach dyskursu postkolonialnego. Jest to jednak temat na zupełnie odrębną opowieść. Wystarczy w tym miejscu wspomnieć o trafnej pod wieloma względami analizie sprawczości autorstwa Homiego Bhabhy i tezie o jej przygodnym charakterze. Bez wątpienia w świetle badań z zakresu neuroscience (szczególnie hipotezy Schurger i in.). Zob. Bhabha 2010, s. 183–214.

[7] Por. aforyzm Stanisława Jerzego Leca „Historia się nie powtarza? Może. Ale się jąka”.


Bibliografia

Archer M. (2019), Kultura i sprawczość. Miejsce kultury w teorii społecznej, tłum P. Tomanek, Warszawa.

Arendt H., Co to jest wolność? [w:] tejże, Między czasem minionym a przyszłym. Osiem ćwiczeń z myśli politycznej, tłum. M. Godyń, W. Madej, Warszawa 1994.

Bartoś T., Klątwa Parmenidesa, Warszawa 2020.

Baum M.L., The Neuroethics of Biomarkers: What the Development of Bioprediction Means for Moral Responsibility, Justice, and the Nature of Mental Disorder, Oxford 2016.

Bechara A., Damasio H., Tranel D., Damasio A.R., Deciding Advantageously Before Knowing the Advantageous Strategy, „Science” 1997, t. 275 (5304).

Bhabha H., Miejsca kultury, tłum. T. Dobrogoszcz, Kraków 2010.

Bugla A., Schopenhauerowska krytyka pojęcia wolnej woli a perspektywa współczesnej neurobiologii, [w:] Współczesne i historyczne konteksty wolności, red. L. Kopciuch, Lublin 2013.

Chomsky N., Zagadnienia teorii składni, tłum. I. Jakubczak, Wrocław 1982.

Domańska E., Humanistyka nie-antropocentryczna a studia nad rzeczami, „Kultura Współczesna” 2008, nr 3.

Eco U., Rorty R., Culler J., Brooke-Rose Ch., Interpretacja i nadinterpretacja, tłum. T. Biedroń, red. S. Collini, Kraków 1996.

Fromm E., Ucieczka od wolności, tłum. O. i A. Ziemilscy, Warszawa 2014.

Gadamer H.G., Prawda i metoda. Zarys hermeneutyki filozoficznej, tłum. B. Baran, Warszawa 2013.

Gazzaniga M., Kto tu rządzi – ja czy mój mózg? Neuronauka a istnienie wolnej woli, tłum. A. Nowak, Sopot 2020.

Golka M., Paradoksy wolności, Warszawa 2017.

Haggard P., The Sources of Human Volition, „Science” 2009, t. 324.

Hamilton E., The Greek Way, New York 1973.

Harari Y.N., Bomba zegarowa w laboratorium [w:] tegoż, Homo deus. Krótka historia jutra, tłum. M. Romanek, Kraków 2018.

Harari Y.N., 21 lekcji na XXI wiek, tłum. M. Romanek, Kraków 2018.

Hayek F. von, Droga do zniewolenia, tłum. K Gurba i in., Kraków 2015.

Heidegger M., W drodze do języka, tłum. J. Mizera, Warszawa 2007.

Heller M., Bóg i geometria. Gdy przestrzeń była Bogiem, Kraków 2016.

Iwińska K., Być i działać w społeczeństwie. Dyskusje wokół teorii podmiotowego sprawstwa, Kraków 2015.

Kipnis A., Agency between humanism and posthumanism: Latour and his opponents, „Journal of Ethnographical Theory” 2015, t. 5 (2).

Kornhuber H., Deecke L., Changes in brain potentials with willful and passive movements in humans: The readiness potential and reafferent potentials, „Pflügers Archiv: European Journal of Physiology” 2016, t. 468 (7).

Kubiak Z., Mitologia Greków i Rzymian, Warszawa 1997.

Kwiatek Ł., Przemów, a cię ochrzczę. O małpach wychowanych na człowieka, Kraków 2017.

Laozi, Taoteking. Księga sensu i życia.

Libet B., Uncoscious Cerebral Imitative and Role of Conscious Will in Voluntary Action, „The Behavioral and Brain Sciences” 1985, t. 8.

Lovejoy A., Wielki łańcuch bytu. Studium historii pewnej idei, tłum. A. Przybysławski, Gdańsk 2009.

MacDonald P.S. (2019a), History of the Concept of Mind, t. 2: The Heterodox and Occult Tradition, Taylor&Francis Group 2019.

MacDonald P.S. (2019b), Psychē. Dzieje pojęcia. Dociekania o duszy, umyśle i duchu od Homera do Hume’a, tłum. I. Kania, Warszawa 2019.

Marzec-Remiszewski M., Czy wnioski z eksperymentów naukowych badających wolną wolę są uzasadnione? Przegląd i analiza krytyki eksperymentów Benjamina Libeta i Johna‑Dylana Haynesa, „Argument” 2016, t. 6 (2).

Meyer P., Złudzenie konieczne. Biofilozofia I, tłum. W. Jadacka, Warszawa 1998.

Mlodinow L., Nieświadomy mózg. Jak to, co dzieje się za progiem świadomości, wpływa na nasze życie, tłum. J. Szajkowska, Warszawa 2016.

Nakamura H., Systemy myślenia ludów Wschodu. Indie, Chiny, Tybet, Japonia, tłum. M. Kanert, W. Szkudlarczyk-Brkić, Kraków 2005.

Nisbett R., Geografia myślenia. Dlaczego ludzie Wschodu i Zachodu myślą inaczej?, tłum. E. Wojtych, Sopot 2015.

Ortega y Gasset J., Historia jako system [w:] tegoż, Idee, przeświadczenia, historia, tłum. I. Kania, Warszawa 2019.

Passingham R.E., The Frontal Lobes and Voluntary Action, Oxford 1995.

Prinz W., Free Will as a Social Institution [w:] Does Consciousness Cause Behavior, red. S. Pockett, W.P. Banks, Sh. Gallagher, Cambridge 2006.

Rogacz D., Chińska filozofia historii. Od początków do końca XVIII wieku, Poznań 2019.

Sahlins M., Kultura i sprawstwo w historii [w:] tegoż, Z przeprosinami dla Tukidydesa. Rozumienie historii jako kultury i odwrotnie, tłum. W. Usakiewicz, Kraków 2011.

Soon C.S., Brass M., Heinze H.J., Haynes J.-D., Unconscious Determinants of Free Decisions in the Human Brain, „Nature Neuroscience” 2008, t. 11 (5), s. 543-545.

Soon C.S., , Hanxi He A., Bode S., Haynes J.‑D., Predicting free choices for abstract intentions, „Proceedings of the National Academy of Science” 2013, t. 110(15).

Snyder T., Droga do niewolności. Rosja, Europa, Ameryka, tłum. B. Pietrzyk, Kraków 2019.

Tomasello M., Kulturowe źródła ludzkiego poznawania, tłum. J. Rączaszek, Warszawa 2002.

Tomasello M., Historia naturalna ludzkiego myślenia, tłum. B. Kucharczyk, R. Ociepa, Kraków 2015.

Topolski J., Wolność i przymus w tworzeniu historii, Poznań 2004.

Travena J., Miller J., Cortical Movement Preparation before and after a Conscious Decision to Move, „Consciousness and Cognition” 2002, t. 11(2).

Velleman J.D., Practical Reflection, Princeton 1989.

Waal F. de, Małpy i filozofowie. Skąd pochodzi moralność?, tłum. B. Brożek, M. Furman, Kraków 2013.

Wilson E., Znaczenie ludzkiego istnienia, tłum. B. Baran, Warszawa 2016.

Wojciszke B., Sprawczość i wspólnotowość. Podstawowe wymiary postrzegania społecznego, Gdańsk 2010.

Netografia

Duch Włodzisław (2009), Jak działa mózg, http://www.is.umk.pl/~duch/Wyklady/Mozg/09-3-ruch.htm, dostęp 31 V 2020.

Hills T.G. (2019), Neurocognitive free will, https://royalsocietypublishing.org/doi/10.1098/rspb.2019.0510, dostęp 5 VI 2020.

Hohol M. (2015), Iluzoryczny jak wolna wola, https://www.tygodnikpowszechny.pl/iluzoryczny-jak-wolna-wola-28813, dostęp 4 VI 2020.

Kwiatek Ł. (2018), Życie bez wolnej woli, https://www.granicenauki.pl/zycie-bez-wolnej-woli-151583, dostęp 4 VI 2020.

Schopenhauer A., O wolności ludzkiej woli, https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/schopenhauer-o-wolnosci-ludzkiej-woli.pdf, dostęp 4 VI 2020.

Schurger A., Sitta J.D., Dehaene S. (2012), An accumulator model for spontaneous neural activity prior to self-initiated movement, www.pnas.org/cgi/doi/10.1073/pnas.1210467109, dostęp 2 VI 2020.

Smith K., (2011) Neuroscience vs philosophy: Taking aim at free will, https://www.nature.com/articles/477023a dostęp 2 VI 2020.

Tischner J. (1992), Kairos. Rozmowy z ks. prof. Józefem Tischnerem, https://ninateka.pl/audio/kairos-rozmowy-z-ks-prof-jozefem-tischnerem, dostęp 29 V 2020.

Wykład Johna-Dylana Haynesa, O odczytywaniu myśli i wolnej woli, https://www.youtube.com/watch?v=MgLSagljezM, dostęp 2 VI 2020.

Wykład Patricka Haggarda https://www.copernicuscollege.pl/wyklady/wolna-wola-a-swiadomosc, dostęp 29 V 2020.

Wywiad z Marcelem Brassem (2011) The Neuroscience of Free Will, Zob. http://commonsenseatheism.com/?p=12153, dostęp 2 VI 2020.

Korekta językowa: Beata Bińko




Black Lives Matter, czyli ile warte jest ludzkie życie

Autor: Johnny Silvercloud
Zdjęcie zrobione: 10 listopada, 2015r.
Źródło: Flickr

MARTA CIEŚLAK, ANNA MÜLLER

Black Lives Matter, czyli ile warte jest ludzkie życie

Śmierć George’a Floyda, czarnego mieszkańca Minneapolis, który 25 maja tego roku został zamordowany przez białego policjanta na oczach przechodniów nagrywających to dramatyczne wydarzenie telefonami komórkowymi, sprowokowała kolejną falę walki o prawa obywatelskie czarnych Amerykanów. Setki tysięcy osób dołączyło do działaczy ruchu Black Lives Matter, który stał się siłą napędową protestów obejmujących niemal cały kraj. Tym razem, również po raz kolejny, głównym (choć nie jedynym) powodem jest przemoc policji, która według niepozostawiających wątpliwości danych jest rezultatem dyskryminacji na tle rasowym. Nie sposób zliczyć, ile razy na przestrzeni wieków czarni Amerykanie zmuszeni byli walczyć o swoje prawa i godne traktowanie przez instytucje reprezentujące państwo. Jednak protesty organizowane w wielkich i mniejszych miastach, miasteczkach i wioskach tym razem mają nieco inny oddźwięk. Po raz pierwszy odbywają się one we wszystkich stanach. Nie tylko dołączyły do nich znacznie większe niż w przeszłości liczby białych Amerykanów, ale odbiły się one echem daleko poza granicami USA, w tym także w Polsce. W Warszawie pod ambasadą amerykańską doszło do manifestacji solidarności z ruchem Black Lives Matter i protestów przeciwko rasizmowi. W mediach społecznościowych rozgorzała dyskusja, czy nazywanie czarnoskórych mieszkańców i obywateli Polski Murzynami jest formą rasizmu. Pojawiła się nawet petycja wzywająca do skreślenia z listy lektur W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza. Gdzieniegdzie w czasie manifestacji uczestnicy klękali, odwołując się do gestu piłkarza futbolu amerykańskiego Colina Kaepernicka, który w 2016 r. jako pierwszy ukląkł na jednym kolanie, gdy grano hymn narodowy, w geście protestu mającym zwrócić uwagę na przemoc i rasizm policji.

Tragiczna śmierć
Floyda nie jest niczym wyjątkowym w kronikach historii amerykańskiej. Komentatorzy
zwracają uwagę, że zmiana nastrojów społecznych i nasilenie aktywności
obywateli, których jesteśmy świadkami, wynika także, choć z pewnością niewyłącznie,
z rozwoju technologii. Nagranie z telefonu komórkowego, które obiegło świat i dzięki
któremu każdy może zobaczyć policjanta klęczącego na szyi Floyda przez około ośmiu
minut[1],
podczas gdy mężczyzna błaga o oddech i w końcu przywołuje swoją zmarłą matkę, sprowokowało
falę oburzenia na rasizm, brutalność policji i bestialskie morderstwo człowieka
również dlatego, że rozgrywa się ono niemalże na naszych oczach. Ale Floyd nie był
pierwszym czarnym Amerykaninem, którego śmierć z rąk policji dzięki najnowszym technologiom
stała się sprawą publiczną. W lipcu 2014 Eric Garner umierał z rąk nowojorskich
policjantów na oczach przechodniów nagrywających jego ostatnie słowa telefonami.
Podobnie jak George Floyd, ubezwłasnowolniony Garner błagał o oddech i tak samo
jak Floyd umierał, wołając, „Nie mogę oddychać” („I can’t breathe” stało się jednym
ze sloganów Black Lives Matter). W 2016 Diamond Reynolds, partnerka Philando’a Castile’a,
nagrała, jak policjant strzelił siedem razy prosto w ciało jej partnera w czasie
rutynowej kontroli drogowej po tym, jak Castile poinformował policjanta, że ma przy
sobie broń, której jest legalnym posiadaczem (w samochodzie była z nimi czteroletnia
córka Reynolds). W 2018 nagrania z kamer policyjnych zarejestrowały, jak dwóch policjantów
strzela dwadzieścia razy w kierunku Stephona Clarka, założywszy, że telefon trzymany
przez Clarka w ręku to broń. Przypadki śmierci Garnera, Castile’a i Clarka, podobnie
jak Floyda i wielu innych, stały się sprawą publiczną, ponieważ wszyscy, również
ci, którzy nie mają na co dzień z policją do czynienia, mogli naocznie przekonać
się o agresji, brutalności i rasizmie osób mających w teorii chronić obywateli i
stać na straży prawa. Przypomnijmy tutaj, że już w 1991 r. Amerykę obiegło nagranie
białych policjantów katujących Rodneya Kinga. Brutalne pobicie czarnego Amerykanina
wywołało protesty w Los Angeles po tym, jak policjanci, którzy znęcali się nad Kingiem,
zostali oczyszczeni z zarzutu użycia nieuzasadnionej przemocy, mimo że cały kraj
miał okazję zobaczyć atak na Kinga na własne oczy.

Przemoc dokumentowana
dzięki telefonom, kamerom w przestrzeni publicznej czy kamerom policyjnym i pokazywana
w mediach społecznościowych w końcu poruszyła białych Amerykanów, także tych, którzy
jeszcze kilka lat temu zarzucali Kaepernickowi brak szacunku dla flagi amerykańskiej
i hymnu narodowego. Oliwy do ognia dolał epizod zarejestrowany telefonem również
25 maja, który naświetlił problem tego, że biali Amerykanie są w pełni świadomi
rasizmu policji, choć myślą o nim w kontekście ochrony swoich przywilejów. Kilka
godzin przed śmiercią Floyda w Minneapolis Christian Cooper, czarny obserwator ptaków,
poprosił białą kobietę w Central Parku w Nowym Jorku, by ze względu na obecność
ptaków założyła swemu biegającemu bez ograniczeń psu smycz. Prośba Coopera była
zarówno apelem hobbysty, jak i przypomnieniem, że prawo prowadzenia psów na smyczy
obowiązuje w tej części parku właśnie dlatego, iż stanowi ona powszechnie znany
habitat różnorodnych gatunków ptaków. W odpowiedzi na prośbę Coopera wykształcona,
głosująca na demokratów i uważająca się za osobę progresywną biała Amerykanka zadzwoniła
na policję, twierdząc, że czarny mężczyzna stanowi zagrożenie dla niej i jej psa.
Na nagraniu z telefonu Coopera słyszymy jego spokojny głos i widzimy, że przez cały
czas znajduje się on w sporej odległości od kobiety, która nerwowo szarpie psa i
świadomie kłamie w rozmowie z osobą przyjmującą jej zgłoszenie. Jej decyzja jest
odzwierciedleniem głęboko zakorzenionego wizerunku policji, która chroni białych
Amerykanów, podczas gdy ich czarnych współobywateli uważa automatycznie za kryminalistów.
Nie bez znaczenia jest także to, że kłamstwo białej Amerykanki nawiązało do historycznego
rasistowskiego tropu przedstawiającego czarnych mężczyzn jako szczególne zagrożenie
bezpieczeństwa białych kobiet.

W odpowiedzi czarni
Amerykanie wyrażają własne poczucie frustracji, bo kiedy działacze, eksperci, pracownicy
socjalni, intelektualiści i wielu innych nawoływali białych Amerykanów do konfrontacji
z rasizmem w policji, zdecydowana większość pozostawała nieporuszona, jakby powtarzające
się z porażającą regularnością przypadki zabójstw czarnych kobiet i mężczyzn z rąk
policjantów były niewystarczającym dowodem uzasadniającym ich apele. Nagranie śmierci
Floyda obudziło nowe pokłady szoku i sprzeciwu w świadkach tej zbrodni, których
z minuty na minutę rosnąca liczba po raz kolejny musiała zmierzyć się z okrucieństwem
będącym codziennością czarnych Amerykanów. Nie dziwi zatem, że komentatorzy debatują,
dlaczego właśnie teraz i dlaczego właśnie śmierć Floyda, a także zastanawiają się,
jak długo potrwa to masowe oburzenie białych Amerykanów.

Według bazy danych
„Washington Post” 1304 czarnych Amerykanów zginęło w wyniku strzałów oddanych przez
policjantów pomiędzy 1 czerwca 2015 a 22 lipca 2020 r. („Washington Post” 2020)[2]. To statystyki zgonów wyłącznie w wyniku
użycia broni palnej przez policję, co oznacza, że nie obejmują one zgonów z innych
powodów, w tym śmierci Floyda, która nastąpiła w wyniku uduszenia. Nie obejmują
one również takich przypadków, jak śmierć Ahmauda Arbery’ego zamordowanego przez
dwóch białych Amerykanów podczas
joggingu na przedmieściach Brunswicku w stanie Georgia. Choć Arbery został zamordowany
23 lutego, sprawa ujrzała światło dzienne dopiero na początku maja, kiedy w Internecie
ukazało się nagranie morderstwa i wyszło na jaw, że mordercy, z których jeden jest
byłym oficerem śledczym, nie zostali nawet aresztowani. Pytanie, w jaki sposób biegacz
w szortach i koszulce mógł zagrażać mężczyznom, którzy śledzili go uzbrojeni w samochodzie
dostawczym typu pick-up, zostało początkowo
zignorowane przez lokalne organy śledcze. Dopóki świat nie zobaczył śmierci bezbronnego
mężczyzny na własne oczy, wystarczyło twierdzenie morderców, że ich atak był usprawiedliwiony,
ponieważ w ich przekonaniu Arbery był włamywaczem grasującym od jakiegoś czasu po
dzielnicy. Sprawa zabójstwa Arbery’ego, która dodatkowo po raz enty naświetliła
problem bezkarności białych samozwańczych stróżów porządku publicznego, poruszyła
USA kilkanaście dni przed morderstwem Floyda i również stała się jedną z bezpośrednich
sił napędowych obecnych protestów.

Mit a historia, czyli jak opowiadać o przeszłości

Podkreślmy, że
rasizm w Stanach Zjednoczonych to dziś zjawisko niezwykle złożone. Dyskryminacja
i uprzedzenia na tle rasowym to zjawiska wielowymiarowe, które w różnym stopniu
i na różne sposoby dotykają dziesiątki milionów Amerykanów należących do wielu grup
rasowo-etnicznych, a definiowanych jako persons of color[3]. Gdy
do dyskusji na temat rasizmu dodamy problemy związane z innymi formami dyskryminacji,
np. na tle ekonomicznym (klasowym), tożsamości płciowej (w rozumieniu zarówno płci
biologicznej [sex], jak i kulturowej [gender]) lub kulturowym (religia,
język etc.), otrzymujemy obraz społeczeństwa amerykańskiego, który nie sposób naświetlić
w krótkim eseju. Naszym celem nie jest wyczerpująca dyskusja o wielowymiarowości
rasizmu amerykańskiego, ale raczej refleksja na temat jego korzeni historycznych,
nieodzownie łączącymi się z historią relacji dwóch grup demograficznych, których
potomkowie są obecnie kategoryzowani jako biali i czarni Amerykanie. To właśnie
oś zależności pomiędzy tymi dwiema grupami, z których każda jest oczywiście niezwykle
złożona pod względem ekonomicznym, społecznym, politycznym i kulturowym, jest kluczem
do zrozumienia historii rasizmu w USA oraz protestów społecznych, które ogarnęły
Stany Zjednoczone w 2020 r.

Śmierć George’a
Floyda to zaledwie jedno z setek tysięcy wykroczeń amerykańskiej policji przeciwko
czarnym Amerykanom, kolejny rasistowski spektakl przemocy państwa. Jej źródeł –
a podkreślmy tutaj, że przemoc policji jest tylko jednym ogniwem sankcjonowanego
przez państwo rasizmu systemowego wpisanego w funkcjonowanie amerykańskiego społeczeństwa
– musimy szukać w historii. Jako nauczycielki akademickie i historyczki w Stanach
Zjednoczonych nie jesteśmy w stanie uciec od konfliktu, który jest w tę historię
wpisany. Z jednej strony jest to opowieść o bezgranicznych możliwościach otwartych
przed ambitnymi jednostkami, kraju odważnych imigrantów i kolebce nowoczesnej demokracji.
Z drugiej to zupełnie inna opowieść o systematycznym wykluczeniu, brutalnej przemocy
i dyskryminacji na tle rasowym. To czarni intelektualiści i działacze już dawno
temu jako pierwsi postawili tezę, że największym problemem Ameryki jest rasizm,
który precyzyjnie i konsekwentnie od samych początków był wbudowany w podstawy państwa
i narodu amerykańskiego. I nie chodzi tutaj wyłącznie o wciąż istniejący głośny
rasizm pod postacią białych kapturów Ku Klux Klanu, lecz o rasizm codzienny, często
podskórny i nie do końca uświadomiony, wyrażający się przekonaniem, że problemy
społeczne współczesnej Ameryki wynikają z naturalnych różnic w osiągnięciach różnych
grup etnicznych i rasowych; że jeśli pracujesz, to sobie poradzisz; że jednostka
jest panem swojego życia i zawsze ma szansę na sukces; że każdy jest równy i sprawiedliwie
traktowany, jeśli więc sobie nie radzi, to sam jest sobie winny.

W tym micie, bo
jest to tylko mit, nie ma miejsca na dyskusje o rasizmie systemowym, zakorzenionym
tak głęboko, że jest on podstawą wszystkich amerykańskich instytucji, poczynając
od szkolnictwa, mieszkalnictwa i opieki zdrowotnej, a kończąc na sądach, bankach
i rzecz jasna policji (Jones 2013, s. x). Nie ma w nim również miejsca na rasizm
indywidualny, wyrażający się niechęcią wobec czarnoskórego sąsiada, nieufnością
wobec czarnoskórego współpracownika czy chociażby brakiem empatii wobec traumy czarnoskórych
matek bez ustanku drżących o swoje dzieci. Wbrew temu, co czytamy w niektórych komentarzach
pojawiających się pod artykułami zdającymi relacje z USA na polskich stronach informacyjnych,
jedna wizyta w Nowym Jorku nie wyjaśni nam tego, co się dzieje obecnie w amerykańskich
miastach, miasteczkach i wioskach. Nie pomoże tam ani znajomy, który mieszkał w
Stanach dwadzieścia lat, ani wujek z Milwaukee. Ta historia zaczęła się 400 lat
temu wraz z przybyciem pierwszego statku, na którym w 1619 około dwudziestu kobiet
i mężczyzn z Afryki zostało przetransportowanych do angielskiej kolonii Virginia.
Dodajmy, że ten należący do Anglika statek, który dobił do wybrzeży Virginii pod
holenderską banderą, to nie pierwszy udokumentowany przypadek transportu Afrykanów
na terytorium późniejszych Stanów Zjednoczonych (Berlin 1998). Niemniej to właśnie
rok 1619 okazał się momentem przełomowym[4].

Wielu Amerykanów, w tym niektórzy historycy, wciąż ma problemy
z zaakceptowaniem faktu, że nie sposób zrekonstruować i napisać historii amerykańskiej
bez historii niewolnictwa i rasizmu. Tym najbardziej przywiązanym do mitu odważnych
europejskich odkrywców, pielgrzymów uciekających przed dyskryminacją ze skostniałej
Europy i rzecz jasna ojców założycieli piszących Deklarację Niepodległości trudno
pogodzić tę wersję historii USA ze zniewoleniem milionów, przemocą w świetle prawa
i segregacją. Anegdota Keitha Grifflera, amerykańskiego historyka specjalizującego
się w historii czarnych Amerykanów i diaspory afrykańskiej na świecie, dobitnie
ilustruje ten problem. We wczesnych latach kariery nauczyciela akademickiego Griffler
znalazł się w gronie wykładowców, którzy mieli poprowadzić ogólny kurs historii
amerykańskiej. Tego typu kursy są obowiązkowe na amerykańskich uniwersytetach dla
studentów wszystkich kierunków, co oznacza, że niemal wszyscy amerykaniści na wydziałach
historii w pewnym momencie swej kariery takie zajęcia prowadzą. Gdy Griffler postanowił,
że jego zajęcia przedstawią historię USA z perspektywy doświadczeń czarnych kobiet,
usłyszał, że nie może uczyć historii w sposób selektywny, gdyż nauczanie historii
z perspektywy doświadczeń jednej grupy demograficznej byłoby zbyt ograniczające.
Koncepcja zajęć zaproponowana przez Grifflera miała oczywiście ukazać, że historia
zawsze jest nauczana z pewnej perspektywy. Ale w przypadku historii amerykańskiej
dopóki jest to perspektywa białych mężczyzn, dopóty twierdzenia, że jest to obiektywna
i pełna wersja amerykańskiej historii, są usprawiedliwione. Tymczasem ta popularna
wersja historii USA, jaką znamy i powtarzamy do dziś, ta o wolności, możliwościach
i pierwszej nowoczesnej demokracji, to historia białych mężczyzn. To właśnie ona jest wciąż nauczana w większości
amerykańskich szkół oraz na niektórych amerykańskich (i nie tylko) uniwersytetach.

Zastanówmy się
przez chwilę, jak wygląda historia amerykańska opowiedziana, jak zaproponował Griffler,
z perspektywy czarnych kobiet. To historia państwa, które zalegalizowało koncepcję
człowieka jako własności prywatnej; gdzie przemoc, w tym przemoc seksualna, była
w pełni legalna i służyła pomnażaniu siły roboczej; gdzie matkom wyrywało się z
ramion dzieci, by je sprzedać na aukcji publicznej (Jones 1985; Feinstein
2018). Dziś potomkinie tamtych kobiet
wciąż muszą się martwić, czy jutro zobaczą swoje dzieci, tak jak Tamika Palmer,
matka 26-letniej Breonny Taylor. Taylor, pracowniczka techniczna pogotowia ratunkowego,
została zastrzelona w marcu tego roku po tym, jak policja wtargnęła w środku nocy
do jej mieszkania w powiązaniu ze sprawą handlu narkotykami, z którą Taylor nie
miała nic wspólnego. Jej śmierć jest także jedną z bezpośrednich przyczyn obecnych
protestów.

Pisarka i aktywistka
Michelle Alexander, autorka książki The
New Jim Crow: Mass Incarceration in the Age of Colorblindness
, zawierającej
analizę związków rasizmu z masowym więziennictwem w USA, mówi wprost o potrzebie
zmiany historii, którą opowiadamy i której uczymy (Alexander 2012, s. 3–5). Historia,
której uczymy na każdym poziomie szkolnictwa i poprzez debaty publiczne, buduje
bowiem naszą świadomość i rozumienie rzeczywistości. Podobnie jak Griffler (Griffler
2004) i kohorty amerykańskich historyków
Alexander pyta, co by się stało, gdybyśmy opowiedzieli historię Stanów Zjednoczonych
z punktu widzenia poszczególnych grup, których doświadczenia w żaden sposób nie
wpisują się w amerykański mit równości, wolności i możliwości (Alexander
2012, s. 3)? Czym byłaby historia
amerykańska opowiedziana z perspektywy czarnych Amerykanów, rdzennych Amerykanów,
Latynosów czy Amerykanów, których przodkowie migrowali z Azji?[5] Historie tych grup etnicznych, społeczności
i jednostek je reprezentujących komplikują historię bohaterskiego podboju zachodnich
terytoriów kontynentu północnoamerykańskiego, triumfalnego budowania struktur kapitalizmu
czy tworzenia podwalin demokracji przypieczętowanych pierwszą konstytucją nowożytnego
świata i słowami We, the People. Tworzenie
narodowych mitów historycznych to oczywiście specjalizacja nie tylko amerykańska.
Problem ten dotyczy wszystkich narodowości i państw. W odpowiedzi na obalanie pomników
handlarzy niewolników, do czego na fali protestów doszło również w Wielkiej Brytanii,
angielska historyczka Charlotte Lydia Riley przypomina, że historia to nie tylko
wydarzenia, lecz także określone postrzeganie przeszłości i budowanie naszej z nią
relacji. Riley podkreśla, że musimy sobie uświadomić, jak bardzo nasza teraźniejszość
tkwi w przeszłości i jak bardzo nasze jej zrozumienie oraz przepisanie z uwzględnieniem
perspektyw do niedawna uważanych za nieważne, wstydliwe lub zbyt komplikujące narracje
starych bohaterów i zwycięstw jest ważne, jeśli chcemy uczestniczyć w budowaniu
sprawiedliwego społeczeństwa. Riley pisze: „Przeszłość może być martwa, ale historia
jest żywa i tworzona w teraźniejszości” (Riley 2020).

Niewolnictwo, czyli jak zbudować nowoczesną
demokrację

Wróćmy zatem do
statku, który przetransportował pierwszych Afrykanów do Virginii. Historycy nie
mają pewności co do ich statusu prawnego (Blackburn 1998, s. 228; Giddings 1984,
s. 33–34; Guasco 2014, s. 3). Nie wiemy, czy byli to niewolnicy, tzw. służący kontraktowi,
którzy uzyskiwali wolność po kilku latach służby ustalonych odgórnie w kontrakcie
(indentured servants), czy też inny typ
siły roboczej. To bardzo ważne rozgraniczenie, ponieważ nic nie wskazywało na to,
że europejscy kolonizatorzy uważali zniewolenie Afrykanów w swoich nowych amerykańskich
koloniach za nieuniknione. Wczesny wiek XVII (oraz, dodajmy, wiek XVI, kiedy angielskie
próby kolonizacji Ameryki Północnej zakończyły się fiaskiem) to dla kolonizatorów
terytoriów późniejszych Stanów Zjednoczonych czas eksperymentów z pozyskiwaniem
taniej i łatwej do eksploatacji siły roboczej (Berlin 1998; Morgan 1974). Stworzenie
systemu kontroli nad rdzennymi Amerykanami okazało się zbyt skomplikowane, szczególnie
że ci masowo umierali w wyniku chorób przywiezionych przez Europejczyków oraz wojen,
jakie toczyli w obronie własnych ziem. Biednych imigrantów z Europy było po prostu
zbyt mało, mimo że emigracja z Anglii do Virginii przybrała dość znaczącą skalę
(Blackburn 1998, s. 228–229). Dodatkowo już w XV i XVI w. kilku papieży w Watykanie
skomplikowało potencjalne plany zniewolenia ubogich Europejczyków, ponieważ ogłosili
oni, że chrześcijanie nie mogą być zniewoleni, co początkowo wiązało się z przyzwoleniem
na zniewolenie muzułmanów, a z czasem odegrało kluczową rolę w kolonizacji Ameryk
(Muldoon 1979, s. 133–150). Splot skomplikowanych czynników łączących historię Europy
(kolonizacja Ameryk, nawiązanie stosunków handlowych z Afryką), Afryki (nawiązanie
stosunków handlowych z Europą, agresywne próby Europejczyków założenia kolonii w
Afryce, wewnętrzny handel niewolnikami), Bliskiego Wschodu (dominacja Osmanów na
styku Azji i Europy) i obu Ameryk (ludobójstwo rdzennych Amerykanów) doprowadził
do tego, że kolonizatorzy europejscy przejmujący terytoria Ameryk, a zatem nie tylko
Anglicy w Ameryce Północnej, ostatecznie postanowili skupić swoje wysiłki na Afryce.
To właśnie stamtąd sprowadzali siłę roboczą na plantacje tytoniu, trzciny cukrowej,
ryżu czy bawełny, a także do pracy w kopalniach, na budowach i w domach zamożnych
Europejczyków (Blackburn 1998, 2013).

Wybór Afryki nie
miał podłoża rasowego (Blackburn 1998, 2013; Thornton 1998). Historycy wciąż szukają
odpowiedzi na pytanie, kiedy dokładnie i w jaki sposób rasizm stał się czynnikiem
wpisanym w systemy ekonomiczno-społeczne, które imperia europejskie stworzyły w
swych koloniach na obu kontynentach amerykańskich. Pewne jest, że nie były to jedno
wydarzenie lub jeden moment, które można by uznać za niekwestionowany początek rasizmu,
szczególnie że kolonizacja obu Ameryk to proces długi i skomplikowany, a do tego
kształtowany przez kilka imperiów, różniących się podejściem do swych nowych zdobyczy
terytorialnych (Blackburn 1998, s. 9). Większość badaczy tematu zgodna jest co do
jednego: Europejczycy, a później ich potomkowie na obu kontynentach amerykańskich
wymyślili rasizm (i z nim współczesną kategorię rasy jako czynnika identyfikującego
gatunek ludzki), by usprawiedliwić zniewolenie Afrykanów w swoich amerykańskich
koloniach oraz sam proces kolonizacji. Kolonizacja Ameryki Północnej przez Brytyjczyków,
którą konwencjonalnie uważa się za podwaliny państwa amerykańskiego, nie była tu
wyjątkiem. Brytyjczycy stanowili część paneuropejskiego zjawiska zapoczątkowanego
przez Hiszpanów i Portugalczyków w Ameryce Południowej i Środkowej. Rasizm
zrodził się w kontekście kolonizacji dwóch amerykańskich kontynentów jako ideologia,
która pozwoliła usprawiedliwić zniewolenie Afrykanów i ich potomków urodzonych już
w Amerykach oraz samą kolonizację, opartą na fundamentach ludobójstwa i zniewolenia
rdzennych Amerykanów, co jest tematem na inną opowieść z kronik historii USA (Berlin 1998; Blackburn 1998, 2013; Guasco
2014; Jones 2013; Morgan 1974). Bogobojni chrześcijanie wymyślili wytłumaczenie na swoją daleką od chrześcijańskiej
miłości bliźniego praktykę zniewolenia milionów kobiet, mężczyzn i dzieci w formie
ideologii rasizmu, zakładającej wyższość białych (Europejczyków i ich potomków)
nad całą resztą gatunku ludzkiego. Pseudonaukowo-biblijne argumenty wyjaśniające,
dlaczego zniewolenie osób o ciemniejszym odcieniu skóry jest prawem i obowiązkiem
tych, którzy samych siebie uznawali za białych, stały się z czasem coraz bardziej
wyrafinowane – od teorii klimatu, przez teorię klątwy (curse theory) i poligenezy do rasizmu naukowego,
który zdominował wiek XIX i zainspirował europejskie projekty kolonizacyjne w Afryce
i Azji trwające do drugiej połowy wieku XX (Kendi 2016).

Większość badaczy zgadza się zatem, że rasa jako kategoria identyfikacji
i rasizm jako ideologia podziału gatunku ludzkiego są sprzężonymi wynalazkami nowoczesności,
choć, jak twierdzi Ibram X. Kendi, autor jednej z najpopularniejszych obecnie syntez
na temat historii rasizmu w Stanach Zjednoczonych Stamped from the Beginning: The Definitive History of Racist Ideas, popularyzatorzy tego sposobu myślenia
w koloniach amerykańskich mogli szukać inspiracji już w starożytności (Kendi 2016,
s. 18). Wcześniejsze, w tym starożytne, podziały na ludy cywilizowane i barbarzyńców
miały jednak charakter kulturowy (w tym religijny i etniczny, choć sama kategoria
etniczności jest często w historiografii anachronizmem), polityczny czy też ekonomiczny,
ale nie rasowy. Innymi słowy, Arystoteles uznawał wyższość Greków nad Etiopczykami
nie dlatego, że Greków definiował jako białych, a Etiopczyków jako czarnych, lecz
dlatego że Greków uznawał za… Greków, a Etiopczyków za barbarzyńców. Dodajmy, że
barbarzyńcami byli według Arystotelesa wszyscy nie-Grecy. Nie powstrzymało to purytanów
w Nowej Anglii od interpretowania Arystotelesowskiej teorii hierarchii ludzkiej
w taki sposób, by argumenty starożytnego filozofa pasowały do kolonialnej rzeczywistości,
w której purytanie szukali usprawiedliwienia nie tylko niewolnictwa per se, ale konkretnie zniewolenia osób pochodzących
z kontynentu afrykańskiego. Kendi zauważa, że ci sami bogobojni i dobrze wykształceni
purytanie zignorowali np. pisma Herodota czy św. Augustyna, z których jeden zachwycał
się pięknem i wdziękiem Nubijczyków, a drugi pisał o równości wszystkich ludzi,
niezależnie od różnic w wyglądzie, która miała być rezultatem wspólnego pochodzenia
od tego samego stworzonego przez Boga pierwszego człowieka (Kendi 2016, s. 17–18).

Niewolnictwo i kobiety,
czyli rasizm i gender

Przykłady z książki Kendiego pokazują, w jaki sposób wcześni kolonizatorzy
tworzyli teorie intelektualno-religijne pozwalające im usprawiedliwić zniewolenie
osób pochodzenia afrykańskiego, w tym sam handel niewolnikami, który stał się jednym
z podstawowych źródeł bogactwa i władzy purytańskich elit Nowej Anglii. Ale śledzenie
ścieżek rozwoju intelektualnego decydentów i ich wpływów na system polityczno-ekonomiczny
we wczesnym okresie kolonialnym to tylko jedna strategia badawcza, jaką historycy
wykorzystują w swych poszukiwaniach początków rasizmu amerykańskiego. Historyczka
Paula Giddings postanowiła ich szukać w dokumentach prawno-sądowych. W wydanej w
1984 r. książce When and Where I Enter: The Impact of Black Women on Race
and Sex in America
Giddings
analizuje między innymi, jak kolonizatorzy opracowali system prawny, w którym krok
po kroku Europejczycy i ich potomkowie w koloniach byli traktowani inaczej niż Afrykanie
i ich potomkowie. Ta różnica nie była oczywista od początku, ale bardzo szybko to
właśnie system prawny okazał się wyjątkowo płodnym polem jej produkcji.

Powróćmy na chwilę
do kwestii statusu pierwszych Afrykanów w kolonii Virginia, której system prawny
stał się inspiracją systemów prawnych w innych koloniach i podwaliną systemu prawnego
późniejszych Stanów Zjednoczonych. Pytanie to jest niezwykle ważne również dlatego,
iż istnieją dowody na to, że w pierwszych latach kolonizacji biali i czarni pracowali
razem, nierzadko ramię w ramię z europejskim właścicielem własności, na której zatrudnieni
byli pracownicy pochodzący z innych kontynentów, ale o tym samym lub podobnym statusie
ekonomiczno-klasowym w hierarchii kolonialnej. Oznacza to, że w pierwszych latach
istnienia kolonii eksploatacja Afrykanów nie różniła się szczególnie od eksploatacji
biednych Europejczyków (Giddings 1984, s. 34). Potwierdza to zjawisko wspólnych
ucieczek wykorzystywanej siły roboczej, a także związków romantyczno-seksualnych
pomiędzy Afrykanami i Europejczykami oraz potomkami obu grup. Warto tu zauważyć,
że początkowo związki te trafiały do kronik sądowych nie z powodu różnic rasowych
między kochankami, lecz z powodu karalnego seksu pozamałżeńskiego, nieukrywanej
obsesji kolonizatorów (nie tylko purytanów). Ten stan rzeczy trwał jednak bardzo
krótko. Giddings zauważa, że już około roku 1640, kiedy liczbę mieszkańców Virginii
określanych jako Afrykanie szacowano na około 300 osób, nikt przetransportowany
z Afryki do Virginii nie miał szans na status służącego, którego kontrakt określałby
limitowany okres służby, a tym samym zapewniał przyszłą wolność. W tym samym roku
John Punch, czarny służący kontraktowy w Virginii, został oskarżony o próbę ucieczki
z dwoma białymi służącymi do kolonii Maryland. Dwóm białym służącym sąd dodał do
kontraktów cztery lata pracy. Punch został skazany na służbę dożywotnią, czyli de facto zniewolenie (Giddings 1984, s. 36).

Inne sprawy sądowe
oraz prawa analizowane przez Giddings potwierdzają, że już około roku 1640 plan
stworzenia systemu prawnego, który rozróżniałby osoby z Europy, nawet te najbiedniejsze
i najbardziej eksploatowane, od osób z Afryki miał solidne podstawy. W 1643 r. Virginia
wprowadziła nowe zasady płacenia podatku przeznaczonego na wsparcie działań rządu
kolonialnego. Osoby zobowiązane do jego płacenia były definiowane jako aktywna siła
robocza, czyli wszyscy mężczyźni w kolonii powyżej szesnastego roku życia oraz…
wszystkie czarne kobiety w tej samej grupie wiekowej. Tym samym prawo Virginii oficjalnie
uznało, że istnieje kategoryczna różnica między kobietami o pochodzeniu afrykańskim
i kobietami o pochodzeniu europejskim. Te ostatnie były zwolnione z podatku na rzecz
rządu kolonialnego, a tym samym, jak zauważa Giddings, znalazły się pod patriarchalną
ochroną rządu kolonialnego, który zasugerował, że powinny być chronione od ciężkiej
pracy (Giddings 1984, s. 36–38). Nie oznacza to, że białe kobiety w kolonii nie
pracowały, a ich oficjalne wykluczenie z kategorii produktywnej siły roboczej jest
tematem na kolejną wersję historii amerykańskiej, tym razem z kategoriami płci biologicznej
i kulturowej w rolach głównych. Warto tu dodać, że w imieniu osób zniewolonych oraz
służących kontraktowych podatki płaciły osoby sprawujące nad nimi kontrolę, czyli
właściciele niewolników i panowie służących. Oba systemy eksploatacji były tak lukratywne,
że zamożniejsi mieszkańcy kolonii uznali, iż warto było płacić dodatkowe podatki.

Giddings jest także
przedstawicielką pokolenia historyczek i historyków (ur. 1947), którzy zmusili Amerykanów
do refleksji nad szczególną rolą, jaką w historii USA odegrały czarne kobiety. To
właśnie ich los jest centralnym elementem konstrukcji systemu zniewolenia, którego
dziedzictwo wciąż kształtuje społeczeństwo amerykańskie. Jednym z kluczowych wydarzeń
potwierdzających tę tezę jest przypadek Elizabeth Key. Key, urodzona w Virginii
w 1630 córka niewolnicy oraz angielskiego plantatora, a tym samym dziecko z nieprawego
łoża, przez lata pracowała jako służąca, ale w 1655 r. została oficjalnie zniewolona.
Jednocześnie Key związała się z Anglikiem, który przypłynął do Virginii jako służący
kontraktowy, ale zdobył kwalifikacje prawnika. W wyniku tego związku Key urodziła
syna, który także został zniewolony. Key podała sprawę swego statusu prawnego do
sądu i zażądała wolności dla siebie i swojego syna. Opierając argumentację na prawie
i zwyczaju Anglii, Key twierdziła, że jako dzieci Anglików oraz chrześcijanie zarówno
ona, jak i jej syn byli zniewoleni bezprawnie. W 1656 r. władze kolonii Virginia
uznały, że zgodnie z prawem angielskim obowiązującym w kolonii Key oraz jej synowi
należy się wolność. Kendi, autor wspomnianej Stamped from the Beginning, podkreśla, że właściciele niewolników w północnoamerykańskich koloniach
Anglii śledzili sprawę Key z zapartym tchem. Decyzja władz kolonialnych zachwiała
systemem niewolnictwa, ponieważ dobitnie przypomniała o dwóch zasadach, które nagle
okazały się przeszkodą w jego dalszym rozwoju. Po pierwsze, według prawa angielskiego
inspirowanego prawem rzymskim status prawny dziecka był równy statusowi prawnemu
ojca. Po drugie, zwyczaj nakazywał, że chrześcijanie nie mogli być zniewoleni (Kendi
2016, 40). Kwestia zniewolenia chrześcijan była dość otwarta w koloniach amerykańskich
niemal od początku, szczególnie że Hiszpanie, pionierzy kolonizacji obu Ameryk,
kolonizowali z chrześcijańskim Bogiem na ustach i brutalnie nawracali na katolicyzm
zarówno rdzennych Amerykanów, jak i Afrykanów. Jednak zwyczaj to nie to samo co
prawo, zwłaszcza jeśli wiąże się on także z dawnymi bullami papieskimi, które w
wyniku reformacji stały się w Anglii martwą literą. Kwestia dziedziczności statusu
prawnego, zakorzeniona w niepodważalnie patriarchalnym porządku społecznym, wydawała
się nieco bardziej skomplikowana, choć szybko okazało się, że wcale skomplikowana
nie była. W 1662 r. Virginia wprowadziła nowe prawo, na podstawie którego status
prawny dziecka był równy statusowi prawnemu matki (partus sequitur ventrem). Pozostałe kolonie szybko zaadaptowały podobne
prawo. Z czasem zostało ono włączone do systemu prawnego USA i przetrwało do momentu
oficjalnego zniesienia niewolnictwa w 1865 r. (Morris 2004, s. 43–49).

Zastanówmy się, co ta zmiana oznaczała i dlaczego została wprowadzona
w momencie, gdy europejscy kolonizatorzy i ich potomkowie desperacko potrzebowali
siły roboczej? W jej centrum znajdują się czarne kobiety, a szczególnie kontrola
nad ich systemem reprodukcyjnym. Giddings uznaje decyzję z 1662 r. za ukoronowanie
procesu, którego celem było umniejszenie człowieczeństwa czarnych kobiet. W jej
wyniku niewolnica rodziła niewolników, nawet jeśli ojcem był biały, czyli wolny,
mężczyzna. Nowe prawo, będące bezpośrednim zaprzeczeniem prawa angielskiego, zapewniało
rozwój niewolnictwa przez reprodukcję naturalną (Giddings 1984, s. 37). Jednocześnie w pełni legalizowało
ono przemoc seksualną wobec czarnych kobiet. Gwałty, całkowicie legalne w świetle
prawa, ponieważ nigdy niekarane, były codziennością zniewolonych. Biali mężczyźni
dostali wolną rękę oraz ciche przyzwolenie swoich żon, które, choć poniżane zachowaniem
swoich mężów, rzadko reagowały i znacznie częściej zamiatały pod dywan wstydliwe
rodzinne sekrety. Sytuację uzupełniało rozprzestrzenianie wizerunku czarnych kobiet
jako rozerotyzowanych nierządnic, niemalże nastających na czystość i seksualną wstrzemięźliwość
swoich panów, którzy w ten sposób zostali zwolnieni z odpowiedzialności moralnej
za przemoc na tle seksualnym. Przypomnijmy raz jeszcze, że nie ponosili oni żadnej
odpowiedzialności prawnej za gwałty na czarnych kobietach, bo prawo chroniło ich,
a nie kobiety, które były ich własnością prywatną i nie posiadały podmiotowości
prawnej. W tym samym czasie białe kobiety były surowo karane za intymne stosunki
z czarnymi mężczyznami za skalanie własnej rasy (Block 2006; Feinstein 2018).

Podkreślmy za Giddings i wieloma innymi historykami, że historia
niewolnictwa i przemocy seksualnej, będącej nieodzowną częścią doświadczenia zniewolonych,
której ofiarą padały głównie czarne kobiety, to nie margines, lecz centralny punkt
historii amerykańskiej. Traktowanie niewolnictwa jako przypisu w triumfalnej historii
galopującej demokracji, rewolucji i ojców założycieli to mit do dziś zakorzeniony
w mitologii amerykańskiej, zbyt długo popularyzowany przez pokolenia białych historyków.
Nie da się napisać historii amerykańskiej demokracji bez historii niewolnictwa,
niezależnie od tego, jak komplikuje to nasze odczytanie i zrozumienie przeszłości.
Dobitną tego ilustracją jest przykład Thomasa Jeffersona, głównego autora Deklaracji
Niepodległości oraz właściciela kilkuset niewolników. Gdy jakiś czas temu historycy
zaczęli ponownie badać nienową tezę, że Jefferson miał prawdopodobnie sześcioro
dzieci z Sally Hemings, jedną ze swoich niewolnic, wielu Amerykanów nie było w stanie
zaakceptować implikacji tych podejrzeń. Wizja wielkiego adwokata wolności i demokracji
jako gwałciciela niespełna piętnastoletniej dziewczyny, która formalnie była jego
własnością oraz przyrodnią siostrą jego zmarłej żony (Hemings była córką niewolnicy
oraz teścia Jeffersona), wstrząsnęła światem akademickim i opinią publiczną. Plotki
na temat stosunków seksualnych pomiędzy trzecim prezydentem USA a jego niewolnicą
pojawiły się już za czasów Jeffersona. Historycy piszący hagiografię za hagiografią
długo uznawali je za kłamstwa szerzone przez wrogów prezydenta, ale nowe pokolenie
badaczy z Annette Gordon-Reed (Gordon-Reed 1998) na czele podjęło poważną analizę
dostępnych źródeł oraz wcześniejszej historiografii. Kiedy w 1998 r. badania DNA
potwierdziły, że Jefferson był najprawdopodobniej ojcem najmłodszego syna Hemings
(w badaniach użyto materiału genetycznego jego potomków), jedni rozpoczęli misję
szukania dowodów na to, iż w żadnym wypadku nie może być to prawda (The Scholars
Commission on the Jefferson-Hemings Issue), inni zaś znaleźli pocieszenie w micie
romantycznej miłości między Jeffersonem a Hemings. Skoro dowody na ojcostwo Jeffersona
były coraz trudniejsze do zakwestionowania, wielu zakłopotanych zachowaniem swego
wielkiego prezydenta Amerykanów chwyciło się ostatniej deski ratunku w postaci historii
o być może niekonwencjonalnej, ale kochającej się parze[6]. W
odpowiedzi nie po raz pierwszy rozgorzała dyskusja na temat roli zniewolonych kobiet
w stosunkach seksualnych z właścicielami niewolników. Historycy, przedstawiciele
innych dyscyplin naukowych, aktywiści oraz intelektualiści pytali, w jakiej
mierze możemy w ogóle mówić o związkach seksualnych, które pomiędzy zniewolonymi
i ich właścicielami miałyby się odbywać za obopólną zgodą (Block 2006; Feinstein
2018). Innymi słowy, czy kobiety w pozycji Sally Hemings miały możliwość odrzucenia
propozycji mężczyzn w pozycji Thomasa Jeffersona, który w sensie jak najbardziej
dosłownym był ich prawnym właścicielem (zakładając, że ten o zgodę pytał, co samo
w sobie jest założeniem problematycznym).

Koniec niewolnictwa, czyli
masowe więziennictwo jako alternatywna forma zniewolenia

Oficjalnie niewolnictwo zostało zniesione w Stanach Zjednoczonych
w 1865 r. Podkreślmy tutaj przysłówek „oficjalnie”, bo biali Amerykanie, i nie mamy
tutaj na myśli wyłącznie właścicieli niewolników, nie potrafili wyobrazić sobie
społeczeństwa i kraju opartego na równości rasowej. Delegalizacja niewolnictwa oznaczała,
że około 4 mln czarnych mężczyzn i kobiet znalazło się nagle na rynku pracy. Stworzyło
to również potrzebę dostosowania gospodarki do modelu, w którym teoretycznie wszyscy
pracownicy nie tylko mieli prawo do zapłaty za wykonaną pracę, lecz także mogli
z każdej pracy odejść. Historycy wykreślili prostą linię ciągłą od wojny secesyjnej
do dziś, by krok po kroku wyjaśnić, w jaki sposób biała większość dostosowywała
system dyskryminacji rasowej do tej nowej rzeczywistości, tym samym podważając zmiany
wywalczone przez czarnych Amerykanów. Gdy trzynasta poprawka do Konstytucji zniosła
niewolnictwo, stany południowe natychmiast wprowadziły tzw. czarne kody (black codes), czyli zbiory praw mających
na celu kontrolę niemal każdego ruchu i każdej decyzji wolnych czarnych Amerykanów.
Tym samym legalizowały one ograniczenia utożsamiane z niewolnictwem. Do najbardziej
efektywnych należały kryminalizacja oraz szeroka definicja włóczęgostwa. Czarni
Amerykanie mogli być aresztowani jako włóczędzy, gdy byli bezrobotni, gdy odmawiali
pracy na niekorzystnych dla siebie warunkach, a nawet gdy rozmawiali z białą osobą
w miejscu publicznym. Kiedy dwie kolejne poprawki, czternasta i piętnasta, przypieczętowały
prawa obywatelskie czarnych Amerykanów (w tym prawa wyborcze czarnych mężczyzn),
rządy stanowe zaczęły wprowadzać dodatkowe wymagania dla wyborców, np. test na umiejętność
czytania lub podatek wyborczy (większość byłych niewolników nie potrafiła czytać,
a podatek leżał poza ich możliwościami finansowymi). Zanim wiek XIX dobiegł końca,
niemal każdy stan zbudował system, który pozbawił czarnych Amerykanów praw obywatelskich.
Na południu system formalnej segregacji, znany jako Jim Crow, kształtował rzeczywistość do połowy XX stulecia. W stanach
północnych bardziej subtelna, ale równie miażdżąca segregacja w szkolnictwie, mieszkalnictwie
czy zatrudnieniu kreowała podobną rasistowską codzienność (Blackmon 2008; Foner
2019; Litwack 1979; Muhammad 2019; Vann Woodward 1974).

Kiedy wbrew tym ograniczeniom czarni Amerykanie konsekwentnie
egzekwowali swoje prawa, w tym stopniowo ograniczane prawa wyborcze, Ku Klux Klan
i inne organizacje terrorystyczne wzięły sprawy w swoje ręce, a lokalni stróże prawa
albo terror ignorowali, albo za nim stali, gdyż często należeli do tych organizacji.
To właśnie nowe formy przemocy, tej ze strony państwa, rasistowskich organizacji
terrorystycznych lub przeciętnych białych Amerykanów, którzy wcale nie musieli być
członkami lokalnych oddziałów Ku Klux Klanu, stały się nieodzowną częścią doświadczenia
czarnych Amerykanów po zniesieniu niewolnictwa. Leon Litwack podkreśla, że w stanach
południowych, gdzie przez kilka dekad po wojnie secesyjnej mieszkała zdecydowana
większość czarnych Amerykanów, biali należący do różnych klas społecznych, których
zwykle niewiele ze sobą łączyło, byli w stanie zjednoczyć się i zorganizować tylko
po to, by siać terror pośród swych czarnych sąsiadów. Zaczepki, pobicia, gwałty
i morderstwa miały przypomnieć czarnym Amerykanom, że ani w oczach ich białych współobywateli,
ani w świetle prawa wolność nie oznacza równości (Litwack 1979, s. 278–279). Według badań Equal Justice Initative, organizacji,
która walczy z rasizmem przez dokumentowanie historii przemocy wobec czarnych Amerykanów
oraz propagowanie reform społecznych, w tym więziennictwa, w dwunastu południowych
stanach na przestrzeni zaledwie 73 lat, od 1877 do 1950 r., doszło do 4084 linczów
na tle rasowym. Budziły one taki entuzjazm wśród białych Amerykanów, że wysyłali
oni pocztówki przedstawiające sceny z aktów linczowania ich czarnych współobywateli.
Na archiwalnych zdjęciach widzimy zafascynowane, często uśmiechnięte twarze uczestników
i publiczności tych spektakli przemocy, którzy patrzą prosto w obiektyw, bo wiedzą,
że są bezkarni.

W obu wojnach światowych czarni żołnierze umierali za kraj, który
odmawiał im podstawowych praw obywatelskich. Gdy czarni weterani I wojny światowej
wracali z Europy i dumnie prezentowali się w mundurach reprezentujących państwo
amerykańskie, byli obrażani, bici i mordowani (Williams 2010). Choć armia amerykańska
desperacko potrzebowała pielęgniarek w trakcie II wojny światowej, czarne pielęgniarki
były przydzielane do opieki nad niemieckimi więźniami wojennymi, gdyż rząd nie potrafił
sobie wyobrazić, by miały się one zaopiekować białymi Amerykanami (Brooks Tomblin
1996, s. 124). Nie dziwi zatem, że tuż po wojnie, czyli ponad osiem dekad po formalnym
zniesieniu niewolnictwa, czarni Amerykanie znaleźli się w środku kolejnej fali walki
o równość i sprawiedliwość. Lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte to okres dominacji
Civil Rights Movement (ruch praw obywatelskich), czyli czas najbardziej intensywnej
w XX w. i jednocześnie szczególnie owocnej walki o prawa obywatelskie (Morris 1986).
Warto tu przypomnieć, że choć Civil Rights Movement walczył o cały pakiet praw dla
czarnych (i nie tylko) Amerykanów, jednym z jego postulatów było także ograniczenie
brutalności policji, która jako instytucja sięga korzeniami do tzw. slave patrols, czyli patroli kontrolujących
zniewolonych (Lepore 2020). Wysiłki pokoleń czarnych Amerykanów zostały zwieńczone
podpisaniem kilku aktów prawnych chroniących prawa obywatelskie (tzw. civil rights
acts
), w tym tego kluczowego z roku 1964, który zabraniał szeroko definiowanej
dyskryminacji między innymi na tle rasowym i który prezydent Lyndon B. Johnson podpisał
w obecności uśmiechniętego lidera ruchu, Martina Luthera Kinga. Te historyczne osiągnięcia
nie oznaczały jednak końca walki. King, który stał się symbolem i twarzą zmagań
czarnych Amerykanów, został zamordowany w 1968 r. Innych czarnych liderów, w tym
Malcolma X, Medgara Eversa czy Freda Hamptona, spotkał taki sam los. Szybko okazało
się, że seria aktów prawnych nie zdołała wymazać stuleci rasizmu. Do tego jak grzyby
po deszczu pojawiały się mniej lub bardziej subtelne strategie wykluczenia i dyskryminacji.
Szkolnictwo, którego finansowanie powiązane jest z podatkami od nieruchomości, rynek
nieruchomości budowany według dosłownych granic segregacji rasowej, brak dostępu
do serwisów finansowych (konta bankowe, karty kredytowe, pożyczki) czy dysproporcjonalne
kary za drobne przewinienia to tylko kilka przykładów systemowego rasizmu, który
kwitnie do dziś.

Jedną z najbardziej tragicznych od czasów niewolnictwa form wykluczenia
rasowego pozostaje jednak system więziennictwa współczesnej Ameryki. Masowa inkarceracja,
bo z takim zjawiskiem mamy do czynienia w Stanach Zjednoczonych, jest przedmiotem
wielu studiów i analiz zarówno historycznych, jak i tych biorących pod uwagę jej
znaczenie dla kryminalistyki oraz funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego i
demokracji. Grubo ponad 2 mln mieszkańców dzisiejszych Stanów Zjednoczonych to więźniowie
przetrzymywani w stanowych i federalnych więzieniach i aresztach. Oznacza to, że
od 1972 r. populacja w więzieniach wzrosła o 500%, podczas gdy ludność Stanów wzrosła
o 37%. Stany Zjednoczone, pierwowzór i model współczesnej demokracji, to dzisiaj
największe więzienie świata (Mauer 2006, s. 1). Choć społeczeństwo amerykańskie
to 5% światowej populacji, niemal 25% wszystkich więźniów na świecie znajduje się
w Stanach Zjednoczonych. Przetrzymując w więzieniach ponad 600 osób na 100 tys.
mieszkańców, Ameryka prześcignęła Salwador, Rosję i Chiny. Podczas gdy Amerykanie
należący do grup określanych w kategoriach demograficznych jako persons of color, w tym czarni Amerykanie, to zaledwie
37% społeczeństwa, stanowią oni ponad 60% populacji więzień. Te ogólne statystyki
sugerują, że uwięziony jest jeden na 138 Amerykanów, jednak ta liczba obejmuje dzieci
i osoby starsze, natomiast dla osób pomiędzy dwudziestym a czterdziestym rokiem
życia wskaźniki są znacznie wyższe (Mauer 2006, s. 19). Jeśli chodzi o czarnoskórych
mężczyzn, są one katastrofalne. Aktualne prognozy przewidują, że jeden na trzech
młodych czarnych mężczyzn, ale jeden na siedemnastu młodych białych mężczyzn zostanie
uwięziony w pewnym momencie swojego życia w Stanach Zjednoczonych. Jak wytłumaczyć
te różnice? I jak je zrozumieć w kontekście polityczno-społecznym kraju z długą
historią rasizmu i eksploatacji swych czarnych obywateli?

Choć masowa inkarceracja w dużym stopniu definiuje współczesną
Amerykę, zjawisko to ma źródła w przeszłości. Jak pokazała Kelly Lytle Hernández na przykładzie
Los Angeles, notoryczne osadzanie ludzi w więzieniach już pod koniec XIX w. stanowiło
próbę eliminowania wielu grup, które biała większość uznała za niemile widziane:
rdzennych Amerykanów, bezrobotnych robotników sezonowych czy osób należących
do konkretnych grup rasowych lub etnicznych, np. Meksykanów. W 1910 r. Los Angeles
miało największy system więzień i aresztów w kraju. To wskutek przymusowej bezpłatnej
pracy więźniów zbudowano w mieście wiele dróg i innych typów infrastruktury publicznej,
w tym słynny Sunset Boulevard (Hernández
2017). Więziennictwo okazało się eksperymentem służącym eliminowaniu grup,
które biali Amerykanie definiowali/definiują jako zagrożenie porządku społecznego,
a których tania siła robocza mogła/może przysłużyć się państwu oraz firmom prywatnym.
Tym samym była/jest to forma wykluczenia, która oddawała/oddaje kontrolę nad strukturami
ekonomiczno-społecznymi Stanów Zjednoczonych w ręce białych.

Wspomniana przez nas Michelle Alexander, autorka jednej z najważniejszych
książek na temat znaczenia rozwoju więziennictwa w USA w drugiej połowie XX w.,
definiuje masową inkarcerację jako przedłużenie systemu segregacji Jim Crow, który oficjalnie został zniesiony
w połowie lat sześćdziesiątych, ale w rzeczywistości przybrał inny wymiar. Jak podkreśla
Alexander, współczesny system sprawiedliwości i więziennictwa udaje, że jest pozbawiony
elementów rasowych i zapewnia, że jest color
blind
, czyli „ślepy na kolory” (color blindness to po polsku dosłownie
daltonizm), a więc na kwestie rasowe (Alexander 2012, s. 204). Takie myślenie oparte
jest na założeniu, że rasizm stanowi problem przeszłości, a współczesne prawo amerykańskie
jest pozbawione elementów dyskryminacji rasowej. Jeśli trzy wprowadzone po wojnie
secesyjnej poprawki do Konstytucji (13., 14. i 15.) zrównały w prawach białych i
czarnych Amerykanów (a w kontekście praw wyborczych białych i czarnych mężczyzn),
to nieco problematyczne stałoby się bezpośrednie nawiązywanie do kategorii rasowych
w celu pozbawienia podstawowych praw obywatelskich i praw człowieka całych grup
demograficznych. Zmienił się więc język. Zamiast argumentów sugerujących hierarchię
rasową dominujący dyskurs publiczny skupił się na przestępczości, zagrożeniu narkotykami
czy nadmiernych wydatkach na opiekę społeczną. Stary system dyskryminacji rasowej
został zastąpiony serią praw, ideologii i praktyk oficjalnie sugerujących równość
wszystkich Amerykanów wobec prawa (czyli color
blind
), a w rzeczywistości opierających
się na dyskryminacyjnych praktykach przeszłości i wymierzonych głównie w czarnych
Amerykanów (oraz Amerykanów definiowanych przez amerykańską biurokrację jako Hispanic, czyli w sporym uproszczeniu Latynosów).
Kategoria rasy, a w rezultacie rasizm zostały ukryte pod szeroko definiowaną kategorią
zagrożenia społecznego.

Jak pokazuje Elizabeth Hinton w From the War on Poverty to the War on Crime, kluczowym momentem tego
nowego systemu kontroli i wykluczenia była tzw. wojna z przestępczością (war
on crime
) zainicjowana przez prezydenta Johnsona, tego samego, który podpisał
najważniejsze akty praw obywatelskich w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku
(Hinton 2016, s. 20–25). Johnson rozpoczął erę surowego egzekwowania drakońskich
praw, która nadeszła w reakcji na zmiany prawne wywalczone przez Civil Rights Movement.
Jednym z podstawowych elementów tego procesu było przesunięcie dużych sum z budżetu
federalnego na walkę z potencjalnymi zagrożeniami czyhającymi na Amerykanów. W 1968
r. powołano w Departamencie Sprawiedliwości nową agencję (Law Enforcement Assistance
Administration), by zarządzała funduszami przeznaczonymi na tworzenie nowych sądów,
rozbudowywanie i militaryzację sił policyjnych oraz budowanie nowych więzień w miastach,
miasteczkach i wioskach. Administracja Johnsona reagowała tak na rosnącą panikę
białego konserwatywnego elektoratu wobec tumultu wywołanego przez bunt społeczny
lat sześćdziesiątych (Hinton 2016, s. 27). Przypomnijmy, że to właśnie wtedy protesty
czarnych Amerykanów walczących o równość pociągnęły za sobą inne ruchy obywatelskie,
w tym ruchy walki o równouprawnienie kobiet, prawa społeczności LGBTQ, prawa niepełnosprawnych,
a także masowe protesty przeciwko militaryzacji Ameryki i wojnie w Wietnamie.

Lata sześćdziesiąte to zarazem okres niepokojących zmian w statystykach
przestępczości, choć opinie ekspertów na temat tego, co odzwierciedlały, są podzielone.
Brak danych nie pozwala jednoznacznie ustalić, w jakim stopniu doszło do rzeczywistego
wzrostu przestępczości, a w jakim rosnące upolitycznienie problemu przyczyniło się
do lepszego jej udokumentowania i poprawy wykrywalności. Niezależnie od czynników
stojących za danymi statystycznymi, jak twierdzi Marc Mauer, pracownik socjalny
i dyrektor Sentencing Project, jednej z największych amerykańskich organizacji nawołujących
do reformy systemu kryminalnego, lata sześćdziesiąte przyniosły rozmaite zmiany,
które mogły się przyczynić do wzrostu przestępczości. Dojrzało pokolenie powojennego
boomu demograficznego, czyli zwiększyła się liczba młodych mężczyzn w wieku, gdy
są oni szczególnie podatni na wpływ czynników prowadzących do konfliktu z prawem.
W tym samym czasie okres intensywnej urbanizacji doprowadził w miastach do nasilenia
się problemów społecznych, szczególnie tych związanych z szerzącą się biedą i brakiem
dostępu do edukacji, programów pozaszkolnych, przystępnych cenowo mieszkań czy miejsc
pracy, które zapewniałyby rodzinom solidne źródło utrzymania (Mauer 2006, s. 27).
Te przemiany demograficzne i społeczne niewątpliwie mogły skutkować wzrostem przestępczości,
ale badacze zgadzają się, że zamiast próby rozwiązania problemów przyczyniających
się do wzrostu przestępczości odpowiedzią na wyzwania o podłożu ekonomiczno-społecznym
były decyzje czysto polityczne (Alexander 2012; Mauer 2006; Sered 2019). Decydenci
bardziej niż losem biednych Amerykanów borykających się z narastającym kryzysem
martwili się nastrojami białej klasy średniej i konserwatywnych elit, zaniepokojonych
ulicznymi protestami społecznymi, polityzacją ich własnych dzieci, a nawet widoczną
agresją policji, która brutalnie odpowiadała na bunt nowych pokoleń.

Poczynając od lat siedemdziesiątych, liczby Amerykanów przetrzymywanych
w aresztach oraz federalnych i stanowych więzieniach rosły z dekady na dekadę. W
1973 r. uwięzionych było około 200 tys. osób. Dekadę później liczba ta wzrosła do
ponad pół miliona. W 2004 r. odnotowywano już prawie 1,5 mln ludzi w więzieniach
i ponad 700 tys. w aresztach, co oznaczało, że Stany Zjednoczone mogły „się poszczycić”
ponad 2 mln uwięzionych (2,2 mln). Według danych z 2017 r. 30% osadzonych w więzieniach
stanowych i federalnych to biali, 33% to czarnoskórzy (stanowiący około 13% ludności
amerykańskiej), a około 24% to Latynosi (Sentencing Project). Natomiast statystyki
wyroków za różne kategorie przestępstw sugerują przynajmniej do pewnego stopnia,
że powodem tego dramatycznego wzrostu jest nie tyle wzrost przestępczości, ile raczej
to, jak amerykański system prawny definiuje przewinienia i jaką tworzy wizję porządku
publicznego. Podczas gdy na przestrzeni 1985–2000 wyroki za przestępstwa z użyciem
przemocy wzrosły o 45%, wyroki za przestępstwa związane z narkotykami o 402% (w tym np. za posiadanie niewielkiej ilości
marihuany, która w 2020 r. jest legalnie dostępna w celach rekreacyjnych w 11 stanach),
a przestępstwa związane z łamaniem porządku publicznego o 233% (Mauer 2006,
s. 32–33). Innymi słowy, to zmiany w polityce karnej, a nie wzrost przestępczości
odpowiadają za dramatyczny przyrost liczby więźniów.

W drugiej połowie XX stulecia, a szczególnie w ostatnim ćwierćwieczu
misją amerykańskiego aparatu sprawiedliwości stała się kontrola tych grup społecznych,
które najbardziej zmagały się z ubóstwem i które od czasów Civil Rigths Movement
zwracały uwagę na ogromne problemy dyskryminacji w mieszkalnictwie, szkołach, zatrudnieniu,
służbie zdrowia, sądownictwie i wielu innych sferach życia codziennego. Dodajmy,
że właśnie z powodu zakorzenionego od czasów kolonialnych rasizmu amerykańska bieda
w znacznie bardziej drastycznym stopniu
dotyka Amerykanów kategoryzowanych jako persons of color niż białych
(co jest tematem na osobny esej). Następujące po sobie rządy reprezentujące
obie główne partie polityczne różniły się nieco w swych pomysłach na wprowadzanie
porządku społecznego, ale zwłaszcza od czasów Nixona wizje te były tak naprawdę
różnymi odsłonami tej samej agresywnej postawy. Choć już w latach sześćdziesiątych
politycy głośno mówili o tym, że bieda i brak inwestycji w szkolnictwo publiczne
przyczyniają się do wzrostu przestępczości, republikanie i demokraci kryminalizowali
problemy społeczne, zamiast walczyć z ubóstwem i wykluczeniem strukturalnym (Hinton
2016, s. 134–180). Cięto budżety na szkolnictwo, publiczne (dotowane) mieszkalnictwo
czy służbę zdrowia i przesuwano środki publiczne na policję oraz instytucje bezpieczeństwa
i porządku publicznego. Pomiędzy 1980 a 1993 r. federalne wydatki na programy wspomagające
zatrudnienie zostały zmniejszone o połowę, podczas gdy wydatki na więziennictwo
wzrosły o 521% (Mauer 2006, s. 68). Zmiany budżetowe znacznie zredukowały możliwości
tych instytucji państwowych, które zwykle są odpowiedzialne za politykę prewencyjną,
a wsparły strategie militaryzacji w odpowiedzi na problemy społeczne. To z kolei
spopularyzowało ideologię bezpieczeństwa społecznego, według której społeczeństwo
ma być chronione przez rozbudowę i uzbrojenie aparatu kontroli, a nie inwestycje
w szkoły, nowe miejsca pracy czy pozaszkolne programy dla młodzieży dostępne w biedniejszych
dzielnicach.

Życie społeczne Ameryki lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych
przesycone było walką z przestępczością (war on crime), walką z narkotykami
(war on drugs) oraz walką o prawo i porządek (law and order). Określenia
takie jak wojna, wróg, ofensywa, twarde państwo zostały wprowadzone do codziennego
języka polityki i mediów. Ten dyskurs publiczny i inspirowane nim rozwiązania polityczne
nieustannie sugerowały, że wzrost przestępczości wiąże się z czarnymi społecznościami,
szczególnie tymi w centrach miast. Nawet jeśli media czy język legislacji nie odwoływały
się bezpośrednio do kwestii rasowych, to o problemach miejskiej biedy dyskutowano
w kategoriach patologii czarnych społeczności i produktu indywidualnych decyzji
czarnych Amerykanów. Towarzyszyło temu rozpowszechnianie wizerunku czarnego mężczyzny
jako drapieżnika czyhającego na bezpieczeństwo bezbronnych (białych) Amerykanów.
Media przepełnione były obrazami czarnych mężczyzn i chłopców w kajdankach, pokazywanych
w charakterze wrogów publicznych, gwałcicieli, drapieżników (niejednokrotnie nazywanych
„superdrapieżnikami”) nastających
na spokojne domostwa, bezpieczeństwo rodzin i białe kobiety (Alexander 2012, s.
48–50). Po raz kolejny w długiej historii kreowania obrazu czarnych Amerykanów jako
zagrożenia społecznego czarny mężczyzna stał się symbolem zła i problemów społecznych.
Ten popularyzowany przez media wizerunek przyczynił się do rosnącego poczucia strachu
oraz przekonania, głównie, choć nie tylko pośród białych Amerykanów, że wzrastające
wydatki na policję i więziennictwo wzmagają bezpieczeństwo. Jednym z najbardziej
znanych przykładów skutecznej rasistowskiej nagonki mediów była sprawa gwałtu w
Central Parku z 1989 r., tzw. Central Park Five. W jej wyniku pięciu chłopców
(czterech czarnych i jeden Latynos) w wieku od czternastu do szesnastu lat zostało
skazanych na karę od sześciu do trzynastu lat więzienia za gwałt, mimo że badania
DNA wykazały brak związku między materiałem genetycznych sprawcy a oskarżonymi.
Donald Trump publicznie domagał się wtedy kary śmierci dla pięciu młodych Amerykanów.
W roku 2001 seryjny gwałciciel odsiadujący karę dożywocia w jednym z amerykańskich
więzień przyznał się do zbrodni z 1989. Badania DNA potwierdziły prawdziwość jego
zeznania.

Sztandarowym programem narodowej krucjaty na rzecz bezpieczeństwa
stała się walka z narkotykami. Rozpoczęta na dobre przez Nixona, zyskała ona nową
i szczególnie cyniczną twarz za Reagana, kiedy główną w niej rolę odegrał crack cocaine, czyli tzw. krak. Krak
to forma kokainy, uzyskiwana przez zmieszanie czystej kokainy w proszku z dodatkowymi
substancjami, np. sodą oczyszczoną lub proszkiem do pieczenia (proces ten pozwala
na zażywanie narkotyku poprzez wdychanie oparów). Krak znacznie silniej uzależnia
niż kokaina zażywana w czystej formie. Jest również tańszy, co spowodowało, że problem
uzależnienia od kraku dopadł głównie biedniejszych Amerykanów. Eksperci nie mają
wątpliwości, że walka z krakiem miała charakter rasowy. Doskonale obrazuje to decyzja
Kongresu, który w 1986 r. w ramach ustawy antynarkotykowej (Anti-Drug Abuse Act)
ustalił między innymi minimalną karę pięciu lat za posiadanie pięciu gramów kraka
lub pięciuset gramów kokainy (warto tu dodać, że w Anglii za podobną ilość kraka
można dostać do sześciu miesięcy więzienia). Różnica nie jest przypadkowa. O ile
krak był problemem biedniejszych dzielnic miast, o tyle kokaina stanowiła problem
elit oraz zamożnych i w większości białych przedmieść. Dane za okres 2001–2002 pokazują,
że 81% osób, które popadły w konflikt z prawem z powodu kraku, to czarni Amerykanie.
Oficjalnie reaganowskiej walce w narkotykami towarzyszyła kampania, w której sercu
miały się znaleźć programy rehabilitacyjne i kampania edukacyjna na temat szkodliwości
narkotyków Just Say No („Po prostu powiedz
nie”). Jej twarzą stała się pierwsza dama Nancy Reagan. Administracja Reagana przeznaczyła
na walkę z narkotykami, w tym na wspomniane kampanie rehabilitacyjne i edukacyjne,
900 mln dolarów. W praktyce większość tych pieniędzy wydano na helikoptery, samoloty
i placówki zbierające materiał wywiadowczy (Mauer 2006, s. 59–60, 171; Hinton 2016,
s. 316).

Bill Clinton nie tylko kontynuował politykę twardej ręki (get
tough
) administracji Reagana, ale wieloma decyzjami znacznie pogorszył sytuację.
Na przykład wprowadzenie za jego rządów kar minimalnych pozbawiło sędziów możliwości
rozważenia okoliczności przestępstw, w zasadzie oddając decyzje w ręce prokuratorów,
którzy w przeważającej liczbie byli biali, a jednocześnie nie myśleli o prewencji
czy rehabilitacji, lecz mieli za zadanie umieszczenie jak największej liczby oskarżonych
w więzieniach. Zresztą Clinton wysłał wyraźny i według wielu komentatorów politycznie
definiujący go sygnał, jakie stanowisko wobec przestępczości zajmie jako prezydent,
już w trakcie swej pierwszej kampanii prezydenckiej. W 1992 r., jeszcze jako gubernator
Arkansas, wrócił w środku kampanii do swego rodzinnego stanu, by uczestniczyć w
egzekucji Ricky’ego Raya Rectora. Rector, czarny mężczyzna skazany na śmierć za
morderstwo dwóch osób, cierpiał na uszkodzenie mózgu, którego doznał w wyniku nieudanej
próby samobójczej. Prawnicy Rectora, aktywiści i nawet współwięźniowie twierdzili,
że zgodnie z prawem amerykańskim chroniącym osoby z zaburzeniami psychicznymi nie
można było dokonać egzekucji Rectora, ponieważ nie miał on pełnej świadomości tego,
co go czeka. Tuż przed egzekucją potwierdził to sam Rector, poprosił bowiem, by
strażnicy więzienni zachowali deser z jego ostatniego posiłku „na później” (Mauer
2006, s. 69; Alexander 2012, s. 56). Po egzekucji Clinton powiedział: „Można o mnie
dużo powiedzieć, ale nie że jestem mięczakiem, jeśli chodzi o przestępców”. Karanie
winnych, a nie strategie zapobiegające przestępczości, stało się wyznacznikiem polityki
prowadzonej przez jego administrację. W 1994 r. Kongres uchwalił ustawę (Violent
Crime Control and Law Enforcement Act
), która przekazała największą w historii
sumę na walkę z przestępczością, z czego prawie 10 mld dolarów zamierzano wykorzystać
na budowanie więzień i zarządzanie nimi. W tym samym czasie ustawa wykluczyła więźniów
z tzw. Pell Grants, czyli systemu stypendialnego wspierającego amerykańskich studentów
(Mauer 2006, s. 200). Dodajmy, że badania potwierdzają, iż dostęp do edukacji w
więzieniach to jeden z najskuteczniejszych czynników rehabilitacji (Wilson i Reuss
2008; Vacca 2004).

Danielle Allen, amerykańska profesor filologii klasycznej i politologii
na Uniwersytecie Harvarda, w poruszającej książce Cuz: The Life and Times of Michael A. opisuje dramatyczne losy swego
kuzyna, który jako czarny piętnastolatek w 1995 r. w stanie Kalifornia został skazany
na prawie trzynaście lat więzienia. W 1993 r. stan Waszyngton, a za nim stopniowo
niemal wszystkie inne stany zaczęły wprowadzać prawa „trzech uderzeń” (nazwa pochodzi
od zasady three strikes and you are out stosowanej w bejsbolu). W Kalifornii,
osławionej jedną z najsurowszych wersji prawa „trzech uderzeń”, oznaczało to, że
za trzecie przestępstwo można było otrzymać od 25 lat do dożywocia albo zgodzić
się na plea deal lub plea bargain, czyli umowę z prokuratorem, w której
wyniku oskarżony przyznaje się do winy w zamian za mniejszy wyrok. Przestępstwa
Michaela, kuzyna Allen, były dość poważne. Chłopak dwa razy ukradł coś ze sklepu,
a tydzień później próbował rabunku oraz kradzieży samochodu. Jednak przed tymi trzema
przypadkami złamania prawa, w których nastolatek naruszył mienie, ale fizycznie
nikogo nie skrzywdził, Michael nie miał przeszłości kryminalnej. Mimo to w wieku
piętnastu lat był sądzony jako osoba dorosła. Zaproponowano mu plea deal, czyli przyznanie się do winy w zamian
za obietnicę niższego wyroku. Szacuje się, że 95–97% wyroków w USA zapada na podstawie
plea deal (Toobin 2020). Podkreślmy, że
z obawy o wyrok na plea deal godzą się
również osoby niewinne, a strach przed sądem to jedna z traum, jakie dziedziczą
w pełni świadomi dyskryminacji wpisanej w historię amerykańskiego systemu prawnego
czarni Amerykanie. Podobny problem dotyka też Amerykanów należących do innych grup
demograficznych kategoryzowanych jako persons of color. Dla Michaela była to decyzja, czy stanąć przed
sądem, ryzykując, że otrzyma wyrok 25 lat więzienia, czy przyznać się do winy i
liczyć na niższy wyrok. Decyzję o przyjęciu plea deal pomogła mu podjąć
matka. Michael został skazany na trzynaście lat więzienia. Gdy skończył siedemnaście
lat, przeniesiono go do więzienia dla dorosłych. Reszta książki to opowieść o niemożności
powrotu do świata ludzi wolnych, o braku pracy i stygmacie społecznym, co ostatecznie
doprowadziło do śmierci Michaela (Allen 2017, s. 61).

Masowe więziennictwo w Stanach Zjednoczonych zostało oparte na
założeniu, że przetrzymywanie ludzi przez długie lata w więzieniach likwiduje zagrożenie,
a osadzona osoba nie popełni więcej zbrodni. Polityka masowej inkarceracji nie bierze
jednak pod uwagę tego, co dzieje się z osobami, które po odbyciu kary z więzień
wychodzą. Programy resocjalizacyjne zostały dramatycznie ograniczone. Wielkie ustawy
walki z przestępczością ignorują kwestię powrotu byłych więźniów do społeczeństwa.
Z czego będą żyć? Gdzie mieszkać? Jak znajdą pracę, kiedy w każdym formularzu
aplikacyjnym pojawia się pytanie o karalność? Jak uchronić napiętnowanych, wykluczonych
i zubożałych ludzi bez wsparcia ze strony państwa? Długie wyroki to krótkowzroczne
rozwiązanie, które tylko mnoży problemy społeczne. Jednym z nich jest spustoszenie
dokonujące się w rodzinach zatrzymanych. Truizmem byłoby stwierdzenie, że więzienia
nie zapewniają więźniom adekwatnego kontaktu z rodziną. Systemem komunikacji zarządzają
prywatne firmy, które z jednej strony cenzurują każdy e-mail i telefon do bliskich,
z drugiej zaś oznaczają znaczny wydatek w budżetach rodzin osób osadzonych. Rodziny
płacą duże sumy za każdą rozmowę telefoniczną i są zmuszane do wykupywania specjalnych
znaczków, dzięki którym więźniowie mogą się z nimi komunikować elektronicznie (przez
e-mail). Więźniowie nierzadko muszą dodatkowo płacić za mydło czy papier toaletowy,
gdyż państwo zapewnia je w ograniczonej ilości. Pozbawione pomocy partnera rodziny
uwięzionych muszą się utrzymać i zapewnić kontakt z osobą uwięzioną, mając do
dyspozycji tylko jedną pensję, co dalej spycha je w spiralę biedy. Problem ten dotyka
szczególnie kobiety i dzieci. Kolejnym wyzwaniem jest stygmat, naznaczający dzieci
uwięzionych rodziców czasem przez całe życie. Badania pokazują, że rodziny, a zwłaszcza
dzieci uwięzionych mają większy problem z zaakceptowaniem uwięzienia bliskiej osoby
niż z jej śmiercią. Podkreślmy tutaj, że na potrzeby tego tekstu znacznie upraszczamy
zagadnienie, skupiając się głównie na uwięzionych mężczyznach. Równie trudne
jest życie uwięzionych kobiet i ich rodzin. Innymi słowy, masowe uwięzienia nie
likwidują przestępczości, ale ją natężają przez tworzenie pokoleń dotkniętych problemami
rozbitych rodzin, poczuciem wykluczenia i stygmatyzacji społecznej.

Powróćmy raz jeszcze do Ibrama X. Kendiego, który otwiera Stamped from the Beginning stwierdzeniem,
że wbrew temu, czego uczono go, gdy dorastał, to nie ignorancja i nienawiść produkują
rasistowskie myślenie. Źródłem problemu jest rasistowska polityka, która służy stanowieniu
i utrzymywaniu systemu opartego na wyzysku całych grup społecznych kategoryzowanych
ze względu na kolor ich skóry. Kendi przypomina nam bolesną prawdę, że najwybitniejsi
myśliciele i najlepiej wykształceni ludzie swojej epoki byli (i nierzadko są do
dziś) rasistami. Według Kendiego to nie rasizm, lecz polityka rasistowska prowokuje
nienawiść i przekonanie, że niższy status społeczny osób mających ciemniejszy odcień
skóry jest wynikiem indywidualnych decyzji i wyborów, a nie systemu opresji, wykluczenia
i przemocy, który od wielu stuleci jasno określa ich miejsce w strukturze ekonomiczno-społecznej
Stanów Zjednoczonych (Kendi 2016, s. 9–10). To właśnie ta głęboko zakorzeniona i
wielowarstwowa struktura, budowana na podwalinach rasizmu od początku procesu kolonizacji
obu Ameryk, po raz kolejny wypchnęła czarnych Amerykanów na ulice, gdyż w XXI w.
wciąż muszą oni walczyć o to, by świat rozumiał, że czarne życie ma taką samą wartość
jak białe życie. Black lives matter.


Przypisy:

[1]
Krótko po śmierci Floyda śledczy, a za nimi media, podali informację, że
policjant klęczał na szyi Floyda przez osiem minut i czterdzieści sześć sekund.
„8:46” natychmiast stało się symbolem przemocy policji. Śledczy badający sprawę
śmierci Floyda uzgodnili w trakcie dochodzenia, że pierwsze obliczenia były
błędne i że policjant klęczał na szyi Floyda przez siedem minut i czterdzieści
sześć sekund. Istniejące nagranie podaje te obliczenia w wątpliwość (Bogel-Burroughs
2020).

[2] W trakcie pisania kolejnych wersji tego artykułu musiałyśmy
kilkakrotnie uaktualniać tę liczbę. Dodajmy, że w tym samym okresie liczba białych
Amerykanów zastrzelonych przez policję była niemal dwukrotnie większa, ale pamiętajmy,
że czarni Amerykanie stanowią tylko około 13% społeczeństwa amerykańskiego.

[3] Persons
of color
to w USA osoby, którzy według kategorii używanych w amerykańskiej biurokracji
nie są białe. Ponieważ w języku polskim nie istnieje odpowiednik persons of color,
zdecydowałyśmy się zachować angielski oryginał. Termin ten jest dziś używany również
w kontekście solidarności pomiędzy Amerykanami należącymi do różnych grup rasowo-etnicznych,
ale połączonych wspólnym doświadczeniem rasizmu.

[4] Choć
1619, rok przybycia do Virginii pierwszego statku z Afrykanami na pokładzie, jest
tradycyjnie uznawany za początek historii czarnych Amerykanów w USA, jest to wybór
oparty na uproszczonej i anglocentrycznej historii tego kraju. Pierwsi Afrykanie
zostali przetransportowani na kontynent północnoamerykański przez Hiszpanów już
w XVI w., kiedy ci kolonizowali tereny dzisiejszych Stanów Zjednoczonych niemal
sto lat przed tym, jak Anglicy stworzyli pierwszą trwałą kolonię na kontynencie
(Berlin 1998).

[5] Szczególnie
przedstawiciele tej ostatniej grupy
często podkreślają, że doświadczenia imigrantów z Azji i ich potomków trudno
uogólniać, gdyż historia migrantów z Chin, Japonii, Indii czy Wietnamu to tak naprawdę
inne historie i inne doświadczenia rasizmu i dyskryminacji.

[6]
Doskonałym tego przykładem jest serial telewizyjny z 2000 r., który obecnie
funkcjonuje pod dwoma znaczącymi tytułami. W popularnej bazie IMDB serial figuruje jako Sally Hemings: An
American Scandal
(Sally Hemings. Amerykański skandal, https://www.imdb.com/title/tt0206951/), natomiast wydanie DVD dostępne jest na
Amazon pod tytułem Sally Hemings: An American Love Story (Sally
Hemings.
Amerykańska historia miłosna, https://www.amazon.com/Sally-Hemings-American-Love-Story/dp/B0007LPS7W).
Z krótkiego opisu serialu w IMDB wynika, że Jefferson i Hemings łączył
romans/związek oparty na miłości (love affair).


BIBLIOGRAFIA

Książki i artykuły

Alexander
M. (2012), The New Jim Crow: Mass Incarceration in the Age of Colorblindness,
New York.

AllenD.S. (2017), Cuz: The Life and Times of Michael, New York.

Berlin
I. (1998), Many Thousands Gone: The First Two Centuries of Slavery in North America,
Cambridge (MA, USA).

Blackburn
R. (1998), The Making of New World Slavery: From the Baroque to the Modern, 1492–1800,
New York.

Blackburn
R. (2013), The American Crucible: Slavery, Emancipation and Human Rights,
New York.

Blackmon
D.A. (2008), Slavery by Another Name: The Re-Enslavement of Black Americans from
the Civil War to World War II
, New York.

Block
S. (2006), Rape and Sexual Power in Early America, Chapel Hill.

Brooks
Tomblin B. (1996), GI Nightingales: The Army Nurse Corps in World War II,
Lexington.

Feinstein
R.A. (2018), When Rape was Legal: The Untold History of Sexual Violence during
Slavery
, New York.

Foner
E. (2019), The Second Founding: How the Civil War and Reconstruction Remade the
Constitution
, New York.

Forman
J. (2018), Locking Up Our Own, New York.

Giddings
P.J. (1984), When and Where I Enter: The Impact of Black Women on Race and Sex
in America
, New York.

Gordon-Reed
A. (1999), Thomas Jefferson and Sally Hemings: An American Controversy, Charlottesville.

Griffler
K.P. (2004), Front Line of Freedom: African Americans and the Forging of the
Underground
, Lexington.

Guasco
M. (2014), Slaves and Englishmen: Human Bondage in the Early Modern Atlantic
World
, Philadelphia.

Hernández K.L. (2017), City of Inmates. Conquest,
Rebellion, and the Rise of Human Caging in Los Angeles, 1771
–1965, Chapel Hill.

Hinton
E. (2016), From the War on Poverty to the
War on Crime: The Making of Mass Incarceration in America
, Cambridge (MA, USA).

Jones
J. (1985), Labor of Love, Labor of Sorrow: Black Women, Work, and the Family,
New York.

Jones
J. (2013), A Dreadful Deceit: The Myth of Race from the Colonial Era to Obama’s
America
, New York.

Kendi
I.X. (2016), Stamped from the Beginning: The
Definitive History of Racist Ideas in America
, New York.

Muhammad
K.G. (2019, wyd. 2), The Condemnation of Blackness: Race, Crime, and the Making
of Modern Urban America
, Cambridge
(MA, USA).

Litwack
L. (1979), Been in the Storm So Long: The Aftermath of Slavery, New York.

Mauer
M. (2006), Race to Incarcerate, New York.

Morgan
E. (1975), American Slavery, American Freedom: The Ordeal of Colonial Virginia,
New York.

Morris
A.D. (1986), The Origins of the Civil Rights Movement, New York.

Morris
T.D. (1996), Southern Slavery and the Law, 1619–1860, Chapel Hill.

Muldoon
J. (1979), Popes, Lawyers, and Infidels: The Church and the Non-Christian
World, 1250–1550
, Philadelphia.

Sered
D. (2019), Until We Recon: Violence, Mass Incarceration, and a Road to Repair,
New York.

Thornton
J. (1998), Africa and Africans in the Making of the Atlantic World, 1400–1800,
Cambridge (UK).

Vacca
J.S. (2004), Educated prisoners are less likely
to return to prison
, „Journal of Correctional Education”, t.
55, nr 4.

Vann
Woodward C. (1974, wyd. 3), The Strange Career of Jim Crow, Oxford.

Williams
C.L. (2010), Torchbearers of Democracy: African American Soldiers in the World
War I Era
, Chapel Hill.

Wilson
D., Reuss A., red. (2008), Prison(Er) Education: Stories of Change and Transformation,
Winchester.

Netografia

Bogel-Burroughs N. (2020),
8 Minutes, 46 Seconds Became a Symbol in George Floyd’s Death. The Exact Time
Is Less Clear
, „New York
Times”, https://www.nytimes.com/2020/06/18/us/george-floyd-timing.html (dostęp 22 VII 2020).

Equal
Justice Initiative, Lynching in America: Confronting the Legacy of Racial Terror,
https://lynchinginamerica.eji.org/report/ (dostęp 20 VI 2020).

Lepore J. (2020), The Invention of the Police: Why Did American Policing Get so Big, so Fast?
The Answer, Mainly, Is Slavery
, „The New Yorker”, https://www.newyorker.com/magazine/2020/07/20/the-invention-of-the-police (dostęp 22 VII
2020).

Prison Policy Initative,
https://www.prisonpolicy.org (dostęp 25 VII 2020).

Riley C.L., Don’t Worry
about ‘Rewriting History’: It’s Literally What We Historians Do
, „The Guardian”, https://www.theguardian.com/commentisfree/2020/jun/10/rewriting-history-historians-statue-past
(dostęp 20 VI 2020).

Sentencing
Project, https://www.sentencingproject.org (dostęp 20 VI 2020).

The Scholars Commission on
the Jefferson-Hemings Issue, https://www.tjheritage.org/the-scholars-commission (dostęp 23 VII 2020).

Toobin J. (2020), The
Halted Progress of Criminal-Justice Reform
, „The New Yorker”, https://www.newyorker.com/magazine/2020/07/20/the-halted-progress-of-criminal-justice-reform (dostęp 25 VII 2020).

Washington Post (2020), Fatal
Force
, https://www.washingtonpost.com/graphics/investigations/police-shootings-database/(dostęp 22 VII 2020).


                                                                                                          Korekta językowa: Beata Bińko