„Na ratunek historii amerykańskiej”. Polityka a nauczanie historii w USA

Przypinka Teach the Children the Truth, czyli „ucz dzieci prawdy”, z drugiej połowy XX w. z kolekcji National Museum of African American History and Culture (źródło: Smithsonian Institution)

MARTA CIEŚLAK

„Na ratunek historii amerykańskiej”. Polityka a nauczanie historii w USA

Prawdopodobnie większość polskich czytelników nie myśli o południowym stanie Arkansas jako kolebce amerykańskich trendów. A to właśnie od Arkansas warto zacząć dyskusję o aktualnym wpływie polityki na nauczanie historii w Stanach Zjednoczonych. W lipcu 2020 r. senator Tom Cotton, reprezentujący właśnie Arkansas, wprowadził do senatu ustawę zatytułowaną Saving American History Act, czyli w wolnym tłumaczeniu „na ratunek historii amerykańskiej” (U.S. Congress 2020). Ustawa ma na celu blokadę funduszy federalnych dla szkół podstawowych i średnich, w których do nauczania historii wykorzystywano by cykl artykułów opublikowanych przez „New York Times Magazine” pod tytułem The 1619 Project, czyli Projekt 1619.

Niezwykle popularny Projekt 1619 postuluje, by za datę założycielską Stanów Zjednoczonych uznać nie rok 1776, czyli rok podpisania Deklaracji Niepodległości, lecz 1619, czyli rok, gdy na teren angielskiej kolonii Virginia w Ameryce Północnej dotarł statek z grupą Afrykanów, których popularne narracje historyczne uznają za pierwszych niewolników w historii amerykańskiej. Według Nikole Hannah-Jones, pomysłodawczyni i głównej autorki Projektu 1619, kiedy „ponad dwudziestu zniewolonych Afrykanów” dopłynęło do Virginii, „Ameryka nie była jeszcze Ameryką, ale to właśnie w tym momencie rozpoczęła się jej historia” (Hannah-Jones et al. 2019). Dodajmy, że uznanie roku 1619 za symboliczny początek niewolnictwa w historii amerykańskiej jest dość powszechne[1], mimo że badania historyczne skomplikowały tę narrację historyczną. Po pierwsze, historycy mają wątpliwości co do statusu prawnego pierwszych Afrykanów w Virginii i sugerują, że mogli być oni służącymi kontraktowymi, a nie niewolnikami (Irvin Painter 2019). Po drugie, pierwsi zniewoleni Afrykanie pojawili się na terenach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych nie w 1619, ale już w wieku XVI za pośrednictwem Hiszpanów (Weber 1992)[2]. Jak jednak zauważa Nell Irvin Painter, wybitna historyczka, która sama podaje w wątpliwość twierdzenie, że pierwsi Afrykanie w Virginii byli niewolnikami, rok 1619 uważa się za konwencjonalny początek historii i tożsamości czarnych Amerykanów (Irvin Painter 2006, s. 23–24). Natomiast Projekt 1619, opublikowany czterysta lat po przybyciu wspomnianego statku do Virginii, idzie o krok dalej i uznaje 1619 nie tylko za początek niewolnictwa w USA i historii czarnych Amerykanów, lecz przede wszystkim za początek państwa i narodu amerykańskiego oraz historii amerykańskiej. Tym samym sugeruje on, że u podstaw Stanów Zjednoczonych leżą nie wolność i demokracja, ale zniewolenie Afrykanów i ich potomków.

Oceny samego Projektu 1619 są wśród historyków mieszane. Podkreślmy, że cykl jest projektem publicystycznym, a nie pracą naukową, co okazało się zarówno jego wadą, jak i zaletą. Zwolennicy serii twierdzą, że nawet jeśli autorzy pewne fakty uprościli i uogólnili, przystępny język i intrygująca argumentacja sprawiły, iż Projekt 1619 okazał się atrakcyjnym materiałem edukacyjnym w szkołach i na uniwersytetach (Gasman 2021). Niemniej pojawiły się wśród poważnych ekspertów również głosy bardziej krytyczne. Pięcioro szanowanych historyków wystosowało list do „New York Times’a”, w którym skrytykowali pewne zawarte w Projekcie 1619 wnioski jako zbyt ogólnikowe, pozbawione skomplikowanego kontekstu historycznego czy po prostu niezgodne z faktami („New York Times” 2019). Leslie Harris, historyczka specjalizująca się w historii niewolnictwa i jedna z konsultantek merytorycznych projektu, opublikowała artykuł, w którym wyznała, iż autorzy projektu nie posłuchali jej, gdy ostrzegała ich, że niektóre zawarte w nim argumenty są oparte na błędnej ocenie wydarzeń historycznych. Dodała zarazem stwierdzenie, z którym zgadza się wielu historyków (zarówno akademickich, jak i nauczycieli), a mianowicie że Projekt 1619 jest niezwykle cennym głosem w debacie na temat historii amerykańskiej. Harris zauważa, że prominentni krytycy serii, ci, którzy zarzucili jej autorom zbyt uproszczoną wizję historii amerykańskiej, sami są autorami wybiórczych analiz historycznych, a ich uwagi krytyczne wyrządzają więcej szkody, niż wyrządziłoby kilka błędów, które się w projekcie znalazło (Harris 2020).

Wnioski Harris nawiązują do problemu zagorzałych przeciwników Projektu 1619, którzy nieustannie powołują się na głosy ekspertów wytykające autorom błędy, choć tak naprawdę debatują oni nad wartością cyklu nie tyle w kategoriach merytorycznych, ile czysto politycznych (Jackson 2021). Komentatorzy i politycy z prawej strony sceny politycznej nie znoszą Projektu 1619, choć również radykalna lewicowa World Socialist Web Site (WSWS) jest wobec niego krytyczna (Mackaman 2021; Mackaman 2022). WSWS jest jednak organizacją niszową i jej wpływu na debatę publiczną nie da się porównać z wpływem polityków i mediów prawicowych. To, co poważni eksperci uznali za błędy merytoryczne, natychmiast stało się rodzajem amunicji dla konserwatywnych polityków, dziennikarzy, komentatorów i wreszcie rzeszy przeciętnych Amerykanów, dla których Projekt 1619 jest emblematycznym rewizjonistycznym atakiem na historię USA, tożsamość amerykańską i pamięć narodową. O ile pięcioro wspomnianych już ekspertów sugerowało, że błędy merytoryczne powinny być usunięte i poprawione, o tyle nie kwestionowali oni istotnej roli niewolnictwa w historii amerykańskiej i docenili wysiłki wprowadzenia skomplikowanych argumentów do debaty publicznej[3]. Przeciwnicy projektu ignorują jednak subtelniejsze punkty krytyki specjalistów, ponieważ w pełni odrzucają oni wersję historii amerykańskiej, w której niewolnictwo i rasizm odgrywają rolę budulców państwa amerykańskiego i tożsamości amerykańskiej. Jak zauważył Adam Serwer, kłótnia wokół Projektu 1619 nie jest kłótnią o fakty, lecz o wizję historii amerykańskiej (Serwer 2019).

Wspomniany senator Cotton z Arkansas należy do grona zaciekłych wrogów Projektu 1619. Młody (jak na senatora), energiczny i popularny w swym rodzinnym stanie, Cotton nie ukrywa ambicji politycznych, w tym także prezydenckich. W Partii Republikańskiej utożsamiany jest ze skrzydłem oddanych zwolenników byłego prezydenta Donalda Trumpa. Niektórzy uważają go nawet za bardziej niebezpieczną wersję Trumpa, ponieważ o ile reprezentuje on poglądy zbliżone do poglądów byłego prezydenta, o tyle jest on też tradycyjnie wygładzonym i kompetentnym politykiem potrafiącym przekonać również tych konserwatystów, którzy z nieokrzesaniem byłego prezydenta nie chcą mieć nic wspólnego (Tofekci 2020). Reakcje Trumpa i Cottona na Projekt 1619 doskonale obrazują, w jaki sposób politycy i polityka w USA wpływają na nauczanie historii oraz wokół jakich tematów rozgrywa się aktualna walka o wizję historii amerykańskiej.

Zacznijmy od byłego prezydenta. Trump skrytykował w typowym dla siebie stylu cykl „New York Times’a” i 16 września 2020 r., ponad rok po publikacji serii, zwołał konferencję prasową, na której ogłosił powstanie Komisji 1776. Komisja 1776 miała stworzyć i promować „patriotyczny” program nauczania historii amerykańskiej, a sama konferencja odbyła się w siedzibie Archiwów Państwowych, gdzie prezydent stał otoczony flagami amerykańskimi i gdzie znajdują się oryginały dokumentów założycielskich USA, czyli Deklaracji Niepodległości i konstytucji amerykańskiej. Trump stwierdził, że Projekt 1619 jest „całkowicie zdyskredytowany” i że Komisja 1776 zajmie się „pokręconą siecią kłamstw” (twisted web of lies), jakich naucza się w szkołach oraz na uniwersytetach, a przede wszystkim nieprawdziwym według byłego prezydenta twierdzeniem, iż „Ameryka jest podłym i rasistowskim narodem”. Trump dodał: „Jedyną ścieżką do jedności narodowej jest nasza wspólna tożsamość amerykańska. Dlatego właśnie tak pilnym zadaniem jest przywrócenie edukacji patriotycznej w naszych szkołach” (Perez Jr. i Gaudiano 2020).

Przy okazji ataku na Projekt 1619 Trump skrytykował także critical race theory (CRT, w polskim tłumaczeniu krytyczna teoria rasy lub teoria rasy krytycznej). Ta linia argumentacji jest wszechobecna w konserwatywnych środowiskach amerykańskich, i to zarówno w Waszyngtonie i wpływowych mediach, jak i w popularnym dyskursie publicznym. CRT jest znaną od dekad teorią międzydyscyplinarną wywodzącą się z nauk prawnych. Zgodnie z nią rasizm jest zakorzeniony w amerykańskich kodach prawa oraz regułach funkcjonowania instytucji państwowych. Według CRT rasizm kształtuje zatem społeczeństwo amerykańskie na poziomie instytucjonalnym (Delgado i Stefancic 2017). Oznacza to, iż nawet jeśli osoby odpowiedzialne za decyzje dotyczące życia społecznego nie są rasistami, możliwe jest, że ich działania są odbiciem rasizmu zapisanego w zasadach działania danej instytucji. Innymi słowy, CRT, która stała się rodzajem metodologii stosowanej nie tylko w opracowaniach naukowych, lecz także przez organizacje pozarządowe i aktywistów, głosi, że rasizm w USA jest zjawiskiem systemowym i walka z nim musi się odbywać właśnie na poziomie prawno-instytucjonalnym. Co ważne w kontekście dyskusji na temat polityki i nauczania historii, CRT nie jest i nigdy nie była nauczana w amerykańskich szkołach. Jest to teoria złożona (przedstawiam czytelnikom jej niezwykle uproszczoną wersję), która rzadko pojawia się nawet na zajęciach uniwersyteckich. CRT jest zwykle wykładana na amerykańskich wydziałach prawa i choć można ją znaleźć także na wydziałach politologii, filozofii czy socjologii, jej elementy występują głównie na zajęciach specjalistycznych.

To, czym CRT jest i gdzie jest nauczana, nie ma najmniejszego znaczenia dla rzesz jej krytyków w USA. W ich powszechnym użyciu zwrot critical race theory jest kodem skrywającym wszelkie próby nauczania historii rasizmu i innych form dyskryminacji oraz ich wpływu na społeczeństwo amerykańskie. W oczach wrogów CRT oparta na źródłach historycznych lekcja historii na temat niewolnictwa bądź ruchu praw obywatelskich może być uznana za nauczanie CRT. Niewielu przeciwników CRT wie, czym CRT jest, i niewielu jest zainteresowanych tym, żeby się tego dowiedzieć. Obsesja na punkcie CRT doprowadziła do absurdalnej sytuacji, gdy zakazuje się nauczania CRT w szkołach (o czym więcej poniżej), mimo że CRT nigdy w szkołach nie uczono. Kiedy zatem Trump określił CRT jako „toksyczną propagandę” i „ideologiczną truciznę” niszczącą kraj oraz więzi społeczne (Perez Jr. i Gaudiano 2020), jego zwolennicy oraz inni przeciwnicy CRT usłyszeli to, co chcieli usłyszeć, a mianowicie że prezydent krytykuje wszelkie próby dyskusji na temat historii różnych form dyskryminacji, w tym szczególnie rasizmu, i ich wpływu na państwo i społeczeństwo amerykańskie.

Konferencja prasowa Trumpa okazała się głównie spektaklem politycznym. Komisja 1776 powstała, choć wśród jej członków nie znalazł się ani jeden ekspert specjalizujący się w historii Stanów Zjednoczonych lub nauczaniu historii. Komisja wydała raport zawierający wyjątkowo fragmentaryczną interpretację historii amerykańskiej, opartą na doskonale znanych mitach demokracji, wartości republikańskich oraz wolności i równości (The President’s Advisory 1776 Commission 2021). Raport, który zawiera również rekomendacje w kwestiach nauczania historii, został opublikowany 18 stycznia 2021 r., dwa dni przed upływem kadencji Trumpa (The White House 2021). Zaprzysiężony 20 stycznia prezydent Joe Biden komisję rozwiązał, a jej raport spotkał się z miażdżącą krytyką ekspertów i komentatorów. American Historical Association, największa i najstarsza organizacja skupiająca historyków w USA (mająca członków również poza granicami kraju) i jedna z najbardziej prestiżowych organizacji historyków na świecie, oficjalnie potępiła prace komisji i raport, który oceniła jako oparty na „zakłamaniach, nieścisłościach oraz stwierdzeniach mijających się z prawdą i wprowadzających w błąd” (American Historical Association 2021). Inside Higher Ed, popularny serwis śledzący trendy w szkolnictwie, odniósł się do prac komisji znacznie dosadniej i, powołując się na opinie historyków, stwierdził, że miejsce jej sprawozdania jest „na śmietniku” (Flaherty 2021).

Dodajmy, że nawet gdyby Trump wygrał wybory w 2020 r., a sama Komisja 1776 by przetrwała, jej raport i rekomendacje nie miałyby bezpośredniej siły sprawczej z jednego powodu: rząd federalny nie ma bezpośredniego wpływu na programy nauczania w amerykańskich szkołach. Ani prezydent Stanów Zjednoczonych, ani osoba zajmująca stanowisko ministra edukacji, niezależnie od ich przynależności partyjnej i priorytetów, nie kontrolują szkół. Te decyzje są podejmowane na poziomie stanowym oraz na poziomie tzw. dystryktów szkolnych (school districts, więcej o nich poniżej). Nie oznacza to, że odbywające się w atmosferze kluczowych wydarzeń konferencja prasowa oraz powołanie specjalistycznej komisji są bez znaczenia. Tego typu inicjatywy sygnalizują, że debata o wizji historii amerykańskiej jest sprawą wagi narodowej, a sam prezydent wyraźnie określił swoją pozycję w walce o przeszłość i jej wpływ na teraźniejszość i przyszłość. Co ciekawe, kilka dni przed konferencją prasową byłego prezydenta ówczesna minister edukacji (a więc członkini rządu Trumpa) Betsy DeVos chwaliła i promowała projekt 1776 Jednoczy (1776 Unites Curriculum). 1776 Jednoczy to stworzony przez amerykańskich konserwatystów program nauczania historii opracowany w odpowiedzi na Projekt 1619 i promujący wersję historii czarnych Amerykanów pozbawioną kontekstu wykluczenia, dyskryminacji i cierpienia spowodowanych przez wieki rasizmu. Sama minister DeVos, miliarderka i zagorzała konserwatystka bez doświadczenia w kwestiach edukacji w momencie objęcia urzędu, przyznała, że jest przeciwniczką ingerencji rządu federalnego w programy nauczania (Perez Jr. i Gaudiano 2020). Jej poparcie dla projektu 1776 Jednoczy miało zatem znaczenie symboliczne, tak jak symboliczne były działania Trumpa wokół Komisji 1776.

Wróćmy do Arkansas, senatora Cottona i jego Saving American History Act. Przypomnijmy, że jako senator Cotton również reprezentuje rząd federalny i że Saving American History Act ma na celu zablokowanie funduszy federalnych dla szkół podstawowych i średnich, w których nauczano by historii z wykorzystaniem Projektu 1619. W lipcu 2021 r. Cotton wprowadził do senatu pokrewną ustawę zatytułowaną Stop CRT Act, czyli „zatrzymać CRT”. Ten projekt blokuje fundusze federalne dla tych szkół podstawowych i średnich, w których nauczano by „teorii rasowych” (race-based theories), oraz uczelni wyższych, gdzie „zmuszano by” studentów oraz profesorów do promowania lub akceptacji „teorii rasowych”. W tekście ustawy nie pada zwrot critical race theory i zawiera on kilka definicji „teorii rasowych”. Z jednej strony „teorią rasową” jest według ustawy teoria zakładająca wyższość jednej rasy nad innymi rasami lub oceniająca wartość człowieka na podstawie jego rasy. Z drugiej jednak „teorią rasową” jest również „teoria”, która zakłada, że „Stany Zjednoczone są krajem fundamentalnie rasistowskim” albo że „Deklaracja Niepodległości lub Konstytucja USA są fundamentalnie rasistowskimi dokumentami” (U.S. Congress 2021; U.S. Senate 2021a). Tego typu inicjatywy – czyli zagrożenie blokadą funduszy federalnych dla szkół – stanowią rodzaj szantażu. Szkoły amerykańskie są finansowane głównie z budżetów stanowych oraz funduszy lokalnych, a pieniądze od rządu federalnego to jedno z ich najmniej istotnych źródeł utrzymania (U.S. Census Bureau 2020). To samo dotyczy uczelni wyższych, przy czym chodzi tu głównie o publiczne uczelnie stanowe (state colleges/universities), jako że uczelnie prywatne utrzymują się z własnych funduszy, choć ich pracownicy naukowi często otrzymują prestiżowe granty federalne. Tego typu ustawy w teorii dają zatem szkołom i uczelniom wybór, ale nietrudno sobie wyobrazić, że nawet małe cięcia budżetowe mogą być dla nieustannie niedofinansowanych instytucji edukacyjnych zabójcze.

Ani Saving American History Act, ani Stop CRT Act w tym momencie nie mają szans, by wejść w życie jako ustawy. Demokraci kontrolują senat obecnej kadencji (2021–2022), a projekty Cottona są elementem tzw. wojen kulturowych (culture wars) toczonych głównie przez członków Partii Republikańskiej. Nie oznacza to jednak, że propozycje ustaw senatora z Arkansas nie mają wpływu na szkolnictwo amerykańskie. Po pierwsze, Cotton znalazł furtkę, przez którą przepchnął swoje niechętne nastawienie do nauczania historii rasizmu. W sierpniu 2021 r. zaproponował wersję Stop CRT Act jako poprawkę do budżetu. Bez wnikania w arkany procedur budżetowych senatu dodajmy, że poprawka przeszła głosami wszystkich senatorów republikańskich i jednym głosem senatora demokratycznego, Joe’go Manchina (U.S. Senate 2021b)[4]. I choć Cotton nie podjął podobnych manewrów proceduralnych z Saving American History Act, od momentu złożenia projektu ustawy w senacie wywiera ona ogromny wpływ na losy nauczania historii i innych przedmiotów w amerykańskich szkołach. Jak to możliwe, skoro projekt Cottona nie ma na razie szans w senacie? Okazuje się, że tekst i intencje Saving American History Act zainspirowały liczne legislatury stanowe (stanowy odpowiednik sejmu i senatu), które obecnie debatują nad podobnymi ustawami i je przegłosowują. A to właśnie legislatury stanowe mają ogromny wpływ na to, jak naucza się historii w amerykańskich szkołach.

Według raportu PEN America w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy roku 2021 legislatury w 24 stanach wprowadziły 54 projekty ustaw, które miały na celu ograniczyć, czego można nauczać w szkołach podstawowych i średnich, na uniwersytetach, a nawet na szkoleniach oferowanych w instytucjach reprezentujących rządy stanowe (PEN America 2021). PEN America, podobnie jak jej odpowiednik Polski PEN Club, jest organizacją pozarządową skupiającą pisarzy i dziennikarzy, ale za jeden ze swych podstawowych celów uważa ona również ochronę wolności słowa oraz swobody wypowiedzi. Stąd właśnie jej zainteresowanie ustawami, które PEN America nazywa education gag orders, czyli „nakazami kneblowania w edukacji”, i których losy organizacja śledzi i dokumentuje. Każdy ze wspomnianych 54 projektów ustaw zabrania prezentowania wybranych „idei, pojęć oraz materiałów edukacyjnych”, a zdecydowana większość ma na celu wprowadzenie ograniczeń w nauczaniu zagadnień związanych z „rasą, rasizmem, kategorią gender oraz historią amerykańską”. Według PEN America, poza jednym wyjątkiem, wszystkie te projekty były inspirowane trzema konserwatywnymi inicjatywami, w tym szczególnie wspomnianym Saving American History Act Cottona. Dwa pozostałe źródła inspiracji to wydane w 2020 r. zarządzenie byłego prezydenta Trumpa (The White House 2020), zabraniające dyskusji na tematy „sporne”, takie jak rasizm, seksizm, różnice światopoglądowe itp., w instytucjach federalnych (a także przez beneficjentów kontraktów i grantów federalnych), oraz projekt ustawy obywatelskiej Stanleya Kurtza, konserwatywnego prawnika i publicysty, w którym proponuje on absurdalny poziom kontroli nad nauczycielami historii i nauki o społeczeństwie (Kurtz 2021).

Według obliczeń PEN America, 11 spośród 54 projektów ustaw z pierwszych dziewięciu miesięcy 2021 r. zabrania nauczycielom używać Projektu 1619 w szkołach, a dodatkowo sześć blokuje wykorzystywanie funduszy prywatnych w celach kształtowania programów nauczania w szkołach państwowych (czytaj: na przykład szczodry prywatny darczyńca lub sam „New York Times” nie mogą przekazać szkole darmowej wersji Projektu 1619, który doczekał się wersji książkowej, podkastu i innych atrakcyjnych materiałów edukacyjnych stworzonych specjalnie dla szkół). Dziewięć projektów ustaw blokuje nauczanie CRT, choć PEN America podkreśla, że CRT oznacza w nich wszystko, co dotyczy kwestii rasowych i diversity (termin używany w odniesieniu do wszelkiego rodzaju różnorodności społecznej, w tym rasowej, etnicznej, tożsamości płciowej, orientacji seksualnej, wierzeń religijnych itp.). Dziesięć zabrania nauczycielom „narzucania” pojęć, które miałyby prowadzić do sporów czy rozłamu (czytaj: jakakolwiek dyskusja na temat dyskryminacji lub podziałów społecznych, a te pojęcia to rasa, płeć, gender, narodowość itp.). Osiem nakazuje „zbalansowane” nauczanie tematów kontrowersyjnych, co oznacza przedstawienie uczniom „przeciwstawnych poglądów” (opposing views) na kwestie rzekomo kontrowersyjne. Jedna ustawa bezpośrednio zakazuje wykorzystywania w szkołach materiałów sugerujących, że przynależność do społeczności LGBTQ jest czymś naturalnym i normalnym (PEN America 2021). Ta ustawa jest szczególnie interesująca, o ile bowiem politycy zwykle jednak próbują swoje intencje zawoalować pod przykrywką „zbalansowanych” dyskusji, które miałyby zapobiegać „sporom i rozłamom”, o tyle tutaj mamy do czynienia z nieukrywanym przykładem wykluczenia i dyskryminacji. W momencie zakończenia prac nad raportem (1 października 2021 r.) 11 spośród zaproponowanych projektów przeszło przez legislatury stanowe i zostało podpisane przez gubernatorów, a tym samym stały się prawem, 19 poległo, a prace nad resztą (24 projekty) trwały. Dodajmy, że w momencie złożenia tego artykułu do publikacji (kwiecień 2022 r.) uaktualniana na bieżąco lista PEN zawierająca dane z roku 2021 i 2022, liczy 104 podobne projekty ustaw, a ich pomysłodawcami są bez wyjątku politycy Partii Republikańskiej (PEN America 2022).

Na czym miałoby polegać „zbalansowane” nauczanie i przedstawienie uczniom „przeciwstawnych poglądów” na kwestie rzekomo kontrowersyjne lub sporne na lekcjach historii, obrazuje sytuacja w Teksasie, gdzie tego typu ustawa weszła w życie w czerwcu 2021 r. W październiku tegoż roku trafiło do mediów nagranie ze spotkania z nauczycielami w dystrykcie szkolnym Carroll w miejscowości Southlake (przedmieścia Dallas) w Teksasie. W trakcie spotkania Gina Peddy, dyrektorka do spraw programu nauczania i instruktażu dystryktu, tłumaczyła, co nowa ustawa miałaby oznaczać w praktyce. Peddy stwierdziła, że jeśli nauczyciele prowadzą lekcję, na której omawiają książkę na temat Holokaustu, to powinni również omówić książkę przedstawiającą „poglądy przeciwstawne”. Kiedy jeden z nauczycieli spytał, co miałyby oznaczać „poglądy przeciwstawne” w kontekście Holokaustu, Peddy zasugerowała w niejasnych i ogólnikowych słowach, że nauczyciele powinni być w tej kwestii przygotowani (Hixenbaugh i Hylton 2021)[5].

Sprawa przyciągnęła uwagę opinii publicznej i wywołała oburzenie. Szefowa dystryktu przeprosiła za wypowiedź swojej podwładnej, a sam autor teksańskiej ustawy zaklinał się, że nie o to w ustawie chodzi, bo Holokaust to kwestia oczywistego rozdzielenia „dobra od zła”, a tego typu zagadnień ustawa nie reguluje (Pruitt-Young 2021). Sytuacja w Teksasie obrazuje jednak, w jakich warunkach pracują nauczyciele w stanach, gdzie „nakazy kneblowania” weszły w życie. Rickie Farah, nauczycielka w tym samym dystrykcie szkolnym, została poddana procedurze dyscyplinarnej po tym, jak jeden z rodziców poskarżył się, że jego dziecko przyniosło do domu ze szkoły książkę na temat walki z rasizmem. Rodzic twierdził także, jakoby Farah ucznia szykanowała (bullying). Choć Farah walkę o oczyszczenie swego imienia wygrała (ale z powodu błędów proceduralnych popełnionych przez władze szkolne w trakcie postępowania dyscyplinarnego) i choć poparła ją grupa rodziców, atmosfera wśród nauczycieli jest napięta (Lucia 2022). Inny nauczyciel w szkole podstawowej w tym samym dystrykcie przyznał, że nauczyciele boją się kar za posiadanie i wykorzystywanie pewnych książek. Pod warunkiem zachowania anonimowości osoba ta zauważa, że książki dla młodszych czytelników, które miałyby przedstawiać „przeciwstawne poglądy” na Holokaust lub niewolnictwo, zwyczajnie nie istnieją. Pozostaje zatem pytanie, czy oznacza to, że nauczyciele powinni się pozbyć wszystkich książek na te tematy (Hixenbaugh i Hylton 2021).

Nagłośniona przez media sytuacja w dystrykcie Carroll pokazuje, z czym mierzą się dziś amerykańscy nauczyciele oraz kto ma największy wpływ na nauczanie nie tylko historii, lecz także tych przedmiotów, w których trudno elementów historii uniknąć, jak literatura czy wiedza o społeczeństwie. Członkowie legislatur stanowych mają siłę sprawczą tam, gdzie rząd federalny jest jej pozbawiony, gdyż to oni mogą wprowadzić ustawy kształtujące nauczanie w danych stanach i to oni decydują o budżetach stanowych, będących głównym źródłem finansowania szkół państwowych. Do tego musimy dodać stanowe departamenty (ministerstwa) edukacji, bo to w ministerstwach są ustalane oficjalne programy nauczania, tzw. standardy (standards), czyli wymagania skierowane głównie do nauczycieli. I wprawdzie w departamentach edukacji znajdziemy wielu ekspertów oddanych sprawom edukacji, nauczycielom oraz uczniom, pamiętajmy jednak, że są one instytucjami politycznymi. To, kto stoi na ich czele, wynika z nominacji politycznej. Tam, gdzie wybierane w wyborach powszechnych legislatury są zdominowane przez republikanów, teka stanowego ministra edukacji będzie należeć do republikanina, a tam, gdzie dominują demokraci, do demokraty. To z kolei wyznacza ogólny kierunek działań departamentów edukacji. Dodatkowe decyzje co do tego, jak nauczyciele mają wdrażać programy nauczania i z jakich materiałów dydaktycznych mogą korzystać, zapadają także we wspomnianych już dystryktach szkolnych. Spróbujmy zatem rozszyfrować, jak ten system kształtuje wpływ polityki na nauczanie historii (oraz innych przedmiotów).

Historia w amerykańskich szkołach jest kategoryzowana jako nauka społeczna, co oznacza, że programy nauczania historii są definiowane w standardach nauk społecznych (social studies standards). Poziom szczegółowości standardów różni się zależnie od stanu, ale zwykle pozostają one dość ogólnikowe. Standardy mogą wymagać od nauczycieli, by omówili na przykład temat wpływu emigracji na społeczeństwo amerykańskie w XIX w. lub polityczne konsekwencje II wojny światowej w USA, ale nie precyzują one szczegółowych wydarzeń, metod nauczania ani materiałów dostępnych nauczycielom. Nie oznacza to, że standardy są politycznie neutralne. W ich formułowaniu i regularnych rewizjach uczestniczą praktykujący nauczyciele i inni eksperci, ale zarówno rodzice, jak i lokalni politycy oraz aktywiści chętnie biorą udział w dyskusjach na temat tego, co powinno się znaleźć w standardach.

W każdym stanie ostateczne wersje standardów są odbiciem aktualnych nastrojów politycznych. Jeden z ostatnich tego przykładów stanowią toczące się właśnie prace nad zmianami standardów w stanie Nowy Meksyk, gdzie niemal połowa mieszkańców identyfikuje się jako Hispanic[6], a kolejne 11% jest kategoryzowane jako rdzenni Amerykanie. W styczniu tego roku stanowy Departament Edukacji przedstawił projekt zmian w przestarzałym programie nauczania nauk społecznych. Zaproponowane rewizje miałyby odzwierciedlać doświadczenia wszystkich uczniów, ich rodzin oraz ich przodków, w tym historię doświadczeń różnych grup etniczno-rasowych i społeczności LGBTQ. Zarówno legislatura, jak i urząd gubernatora Nowego Meksyku są obecnie zdominowane przez demokratów, a w kategoriach politycznych stan definiowany jest jako deep blue (zdecydowanie liberalny lub demokratyczny w sensie poparcia dla Partii Demokratycznej). Nie zmienia to faktu, że skomplikowane i trudne dyskusje na temat tego, jak nauczać historii podboju terenów dzisiejszego Nowego Meksyku przez Europejczyków, ludobójstwa rdzennych Amerykanów i dyskryminacji, trwają. Jednym z punktów zapalnych są niepokoje niektórych mieszkańców Nowego Meksyku, którzy obawiają się, że narracja skupiająca się na tematach kolonizacji, ludobójstwa i dyskryminacji stworzy obraz ich przodków jako uległych ofiar. Z drugiej strony debaty mamy rodziców grożących wypisaniem swoich dzieci ze szkół państwowych, jeśli nowe programy nauczania będą podejmować zagadnienia rasizmu i dyskryminacji. W dyskusjach uczestniczą także rodzice popierający zaproponowane zmiany, którzy jednak zastanawiają się, czy nie powinny być one wprowadzone tylko do programów przeznaczonych dla nieco starszych uczniów, a nie, jak proponują eksperci, już na poziomie zerówki (Associated Press 2022).

O ile standardy nauczania stanowią odbicie stanowych nastrojów politycznych, a wiele decyzji co do wyboru materiałów dydaktycznych (podręczniki, listy lektur, filmy itp.) zapada w upolitycznionych departamentach edukacji, o tyle jednym z najciekawszych źródeł wpływu polityki na nauczanie historii w Stanach Zjednoczonych są obecnie dystrykty szkolne. Dystrykty szkół państwowych (public schools districts) to rodzaj samorządów, które decydują o kwestiach dotyczących szkolnictwa podstawowego i średniego na danym obszarze geograficznym. Każdy stan jest podzielony na wiele dystryktów, a ich rozmiary znacznie się różnią i zależą głównie (choć nie tylko) od zagęszczenia ludności. Największe, takie jak dystrykty miast Nowy Jork czy Los Angeles, skupiają setki szkół, do których uczęszczają setki tysięcy uczniów. Bardziej typowe obejmują kilkadziesiąt szkół, choć istnieją małe dystrykty skupiające kilkanaście lub nawet kilka szkół. W niektórych przypadkach granice dystryktów pokrywają się z granicami hrabstwa (county), w innych z granicami miast, ale nie ma co do tego ścisłych reguł. Według danych z 2019 r., w Stanach Zjednoczonych istnieje około 13 600 dystryktów szkolnych (Center for Education Reform 2019).

Zwykle, choć nie we wszystkich przypadkach, dystrykty nadzorują kilkuosobowe rady szkolne (school boards), ale na co dzień za funkcjonowanie szkół w danych dystrykcie odpowiada rzesza pracowników administracyjnych pod kierownictwem superintendenta[7]. W zależności od praw stanowych członkowie rad szkolnych są wybierani w bezpośrednich wyborach powszechnych (ogromna większość rad w kraju), nominowani przez lokalne władze lub zasiadają w radach z racji pełnienia innej funkcji publicznej. W niektórych stanach rady szkolne skupiają członków wybranych w systemie mieszanym, czyli niektórzy są wybierani demokratycznie, a inni zasiadają w radach w wyniku nominacji politycznej. W całym kraju osoby startujące w wyborach do rad szkolnych nie muszą mieć żadnego doświadczenia w kwestiach edukacji. Nie muszą być one również rodzicami uczniów uczęszczających do szkół w danym dystrykcie. Każda osoba spełniająca podstawowe warunki formalne (np. wiek, miejsce zamieszkania) może startować w wyborach do rad szkolnych. System ten oznacza, że choć w teorii większość rad szkolnych reprezentuje lokalną społeczność, która poprzez demokratyczny wybór członków ma wpływ na edukację, to w praktyce rady szkolne są niezwykle podatne na wpływy polityczne, szczególnie że nieraz składają się one z osób o silnych zapatrywaniach i ambicjach politycznych. Rady szkolne to w USA często tradycyjny pierwszy krok do dalszej kariery politycznej.

Rady szkolne mają prawo podejmować decyzje dotyczące tego, jak szkoły funkcjonują w sensie praktycznym i w jaki sposób na poziomie dystryktów są realizowane stanowe programy nauczania. Podkreślmy raz jeszcze, że rady szkolne zwykle składają się z lokalnych aktywistów, którzy nie muszą być ekspertami ani w sprawach edukacji, ani w kwestiach merytorycznych danych przedmiotów szkolnych. Choć pozbawieni doświadczenia członkowie rad szkolnych mają zwykle sporo do powiedzenia na temat nauczania różnych przedmiotów, w wielu dystryktach są oni obecnie szczególnie zainteresowani nauczaniem historii, literatury oraz wiedzy o społeczeństwie (aczkolwiek jednym z ulubionych przedmiotów niespecjalistów w USA jest od jakiegoś już czasu także biologia). Doskonałym tego przykładem z ostatnich tygodni jest dystrykt McMinn County w stanie Tennessee, gdzie 10 stycznia tego roku rada szkolna usunęła z listy lektur dla klasy ósmej doskonale znaną również polskim czytelnikom powieść graficzną Maus. Opowieść ocalałego autorstwa Arta Spiegelmana (Spiegelman 1997).

Maus to popularna i nagradzana książka oparta na doświadczeniach ojca Spiegelmana, polskiego Żyda ocalałego z Zagłady. Choć Maus to dziś właściwie klasyk literatury Holokaustu, często wykorzystywany w szkołach i na uniwersytetach ze względu na poruszającą treść oraz oryginalną formę przekazu, to jednak właśnie teraz dziesięcioosobowa rada szkolna dystryktu McMinn County jednomyślnie zdecydowała, że książka Spiegelmana jest niewłaściwa dla ósmoklasistów. Oficjalny powód? Pojawiające się w powieści przekleństwa oraz wizerunek nagich ciał (podkreślmy, że w powieści ludzi reprezentują zwierzęta, nagość ma tu zatem wymiar symboliczny). Sprawozdanie ze spotkania rady szkolnej jest dość bolesną lekturą. Jeden z członków rady, Rob Shamblin, twierdzi, że przeprowadził własne badania na temat Maus i wprawdzie dowiedział się, że książka cieszy się popularnością i uznaniem krytyków, ale jest ona również „zakazana w wielu miejscach w Europie”. Stwierdzenie to nie jest prawdą, a jedynym znanym przypadkiem cenzury Maus w Europie jest usunięcie powieści z rosyjskich księgarni w 2015 r., kiedy to władze rosyjskie uznały, że obecność swastyki na okładce może być uznana za propagowanie nazizmu (Roth 2015). Inny członek rady, Mike Cochran, zauważa, że on sam chodził do szkoły w dystrykcie przez trzynaście lat i nigdy nie miał do czynienia z książką, która zawierała obrazy nagich ciał lub „obraźliwy język” (foul language). Cochran jest też zaniepokojony tym, że podczas gdy w szkole dzieci powinny się uczyć etyki, Maus zaczyna się od dyskusji ojca i syna o tym, kiedy ojciec utracił dziewictwo, choć nie jest jasne, co utrata dziewictwa ma wspólnego z etyką. Cochran przyznaje, że książka mu się dość podobała, kiedy ją czytał, ale zmienił zdanie, gdy dotarł do zakończenia. Członek rady szkolnej z Tennessee podsumował swoje doświadczenie z Maus następująco: „Mówiąc szczerze, zakończenie było głupie. Syn klął na ojca, więc nie wiem, jak to ma uczyć nasze dzieci spraw etyki [ethic stuff]. Wręcz przeciwnie, zamiast traktować ojca z szacunkiem, on [syn] traktował ojca, jakby był ofiarą. Nie potrzebujemy czegoś takiego, żeby uczyć dzieci historii. […] Możemy im dokładnie powiedzieć, co się stało, ale nie potrzebujemy całej tej golizny i tego wszystkiego [all the other stuff]”. Julie Goodin, nauczycielka historii pełniąca na spotkaniu funkcję konsultantki, zauważa, że Holokaust to trudny temat i że Spiegelman umiejętnie pokazał horror tych wydarzeń. Argumenty Goodin wyraźnie nie przekonały członków rady szkolnej, którzy jednomyślnie zagłosowali, by Maus z listy lektur usunąć (McMinn County Board of Education 2022).

W odpowiedzi na krytykę tej decyzji rada szkolna McMinn County argumentuje, że nie tyle próbują oni cenzurować Maus, ile uważają, iż książka jest niewłaściwa dla ósmoklasistów (Guzman 2022). Problem w tym, że żaden z decydentów z Tennessee nie ma przygotowania, które pozwoliłoby im to rozstrzygnąć z merytorycznym uzasadnieniem. Sprawozdanie ze spotkania pokazuje, że członkowie rady szkolnej nie rozumieją, w jaki sposób podejmowane są decyzje dotyczące szczegółów programów nauczania i materiałów dydaktycznych, kiedy tłumaczy im to drugi konsultant uczestniczący w spotkaniu. Swoje decyzje w tych kwestiach opierają wyłącznie na subiektywnych poglądach na temat tego, co jest odpowiednie, a co nie jest odpowiednie dla dzieci i młodzieży. Maus znalazła się na liście lektur dla ósmoklasistów w wyniku decyzji ekspertów, ale kiedy Goodin, osoba z doświadczeniem w nauczaniu historii, mówi im, że Maus jest książką odpowiednią dla trzynasto- i czternastolatków, oraz wspomina, że sama jest mamą ósmoklasisty, członkowie rady ignorują jej opinię i podejmują decyzję, kierując się subiektywnym rozumieniem moralności, etyki i tzw. wartości.

Kontrowersje dotyczące wyboru lektur nie są nowe. Listy książek zakazanych na lekcjach historii lub literatury, na półkach bibliotek szkolnych oraz w bibliotekach publicznych istnieją od wielu lat. American Library Association (ALA), najstarsza profesjonalna organizacja zajmująca się ochroną i popularyzacją bibliotek na świecie, co roku publikuje listę książek kwestionowanych (challenged) i regularnie uzupełnia listę książek zakazanych (banned). Książki kwestionowane są uznawane za zawierające treści niewłaściwe lub nawet niebezpieczne. Jeśli debata osiąga skutek zamierzony przez przeciwników danej książki, książka kwestionowana staje się książką zakazaną, czyli usuniętą z listy lektur lub półek bibliotek. Dodajmy, że celem ataków są nie tylko książki, lecz także inne materiały edukacyjne, w tym filmy, magazyny i gazety, a nawet wystawy i lokalne wydarzenia kulturalno-oświatowe.

W ostatnich trzech latach ALA zanotowała ciekawe trendy wskazujące na coraz silniejsze związki między próbami cenzury a szkolnictwem. O ile w roku 2019 z propozycją cenzury (nie tylko książek) wychodzili najczęściej użytkownicy bibliotek publicznych, o tyle w roku 2020 połowa wszystkich inicjatyw wyszła od rodziców. W 2021 r. odsetek rodziców wśród aktywnych zwolenników cenzury był nieco mniejszy i wynosił 39%, ale zwiększyło się zainteresowanie cenzurą wśród członków rad szkolnych i administracji szkół, którzy byli odpowiedzialni za 18% wszystkich inicjatyw (13% w 2019 i 11% w 2020). Przez lata najczęściej atakowane były zbiory bibliotek publicznych. Jeszcze w roku 2020 biblioteki publiczne stanowiły ulubiony cel strażników literatury i historii, choć odsetek ataków na biblioteki spadł z 66% w 2019 do 43% w 2020 r. Dodajmy jednak, że jeśli uznamy ataki na szkoły (w tym listy lektur) i biblioteki szkolne za jedną pokrewną kategorię statystyczną (ALA uznaje je za dwie osobne kategorie), to właśnie szkoły stały się głównym celem ataków zwolenników cenzury w roku 2020 (38% inicjatyw atakowało szkoły i 15% zbiory bibliotek szkolnych). W 2021 r. zwolennicy cenzury zdecydowanie już skupili się na szkołach. Biblioteki szkolne zdominowały statystki miejsc, gdzie najczęściej dochodziło do prób cenzury, a jeśli dodamy do tego ataki na szkoły, 62% wszystkich udokumentowanych przez ALA inicjatyw cenzury w USA wystąpiło właśnie w szkolnictwie (American Library Association 2019; American Library Association 2020; American Library Association 2021).

Sama ALA podkreśla, że jej raporty to kropla w morzu istniejącej cenzury książek. Organizacja szacuje, że przedstawione przez nią liczby to być może nie więcej niż 10% wszystkich prób cenzury, jako że raporty ALA są oparte na informacjach, które trafiają do debaty publicznej, a większość prób usunięcia książek z półek bibliotek i list lektur szkolnych odbywa się bez udziału i wiedzy mediów oraz organizacji zajmujących się obroną swobody wypowiedzi. ALA wskazuje również na zjawisko tzw. cichej cenzury, obejmującej książki, które w niewyjaśnionych okolicznościach znikają szczególnie z półek w bibliotekach. Teoretycznie znajdują się one w katalogach bibliotecznych, ale jeśli czytelnik/czytelniczka jest zainteresowany/a wypożyczeniem książki, nagle nie sposób jej znaleźć na półce (Mazariegos i Collins Sullivan 2022). Co ciekawe, sondaże opinii publicznej przeprowadzone w marcu tego roku przez tę samą organizację pokazują, że zdecydowana większość Amerykanów – niezależnie od poglądów politycznych – opowiada się przeciwko cenzurze książek. Choć liczby inicjatyw cenzury, które dotykają uczniów i użytkowników bibliotek w całym kraju, rosną w szybkim tempie, są one efektem zaangażowania niewielkiej, ale bardzo widocznej i skutecznej mniejszości (American Library Association 2022; Mazariegos i Collins Sullivan 2022).

Listy książek kwestionowanych z ostatnich kilku lat dają nam wyraźny obraz tego, czemu sprzeciwiają się gorliwi strażnicy edukacji w Stanach Zjednoczonych. Przez trzy lata (2018–2020) najczęściej kwestionowaną książką w USA była powieść dla młodszych czytelników oryginalnie wydana w roku 2015 pod tytułem George, a od 2021 r. zatytułowana Melissa, autorstwa Alex Gino (Gino 2021). Zmiana tytułu wiąże się z treścią powieści, która opowiada historię czwartoklasistki Melissy, którą niemal wszyscy postrzegają jako chłopca o imieniu George. Ale Melissa nie jest chłopcem; jest dziewczynką trans, a Gino identyfikuje się jako osoba niebinarna i używa zaimka oni. Przeciwnicy książki twierdzą, że zachęca ona dzieci do zmiany płci za pomocą hormonów oraz podważa wartości rodzinne i religijne (American Library Association b.d.). Krytycy Melissy uznali dyskusje na temat problemów i zmagań osób trans za niewłaściwą, niebezpieczną i godzącą w wartości moralne, a obecność książki na szczycie listy książek kwestionowanych przez trzy lata z rzędu sygnalizowała zwrot zwolenników cenzury w kierunku zagadnień tożsamości płciowej i orientacji seksualnej. Wprawdzie Melissa nie znalazła się na liście dziesięciu najczęściej kwestionowanych książek roku 2021, ale trafiło na nią pięć innych książek podejmujących tematy związane z doświadczeniami osób należących do społeczności LGBTQ, w tym liderka listy ubiegłego roku, autobiograficzna powieść graficzna zatytułowana Gender Queer: A Memoir, autorstwa Mai Kobabe (American Library Association b.d.). Kobabe identyfikuje się jako osoba niebinarna oraz queer.

Choć książki takie jak Melissa czy Gender Queer na pierwszy rzut oka nie mają bezpośredniego związku z nauczaniem historii, ich cenzura jest elementem powszechnego trendu politycznej kontroli programów nauczania oraz zakazów dyskutowania w szkołach zagadnień dotyczących kategorii gender, tożsamości płciowej oraz orientacji seksualnej. Oznacza to również wymazanie wszelkich osiągnięć i walki z dyskryminacją społeczności LGBTQ z historii USA. Eksperci zauważają także, że tego typu zakazy i same dyskusje mają ogromny wpływ na uczniów. Z jednej strony dzieci i młodzież LGBTQ nieustannie słyszą, że odstępują od akceptowalnych norm, że jest z nimi coś nie tak i że właściwie nie powinny istnieć. Z drugiej ich heteronormatywni nie-trans rówieśnicy dostają przyzwolenie społeczne na szykanowanie osób, które nie wpisują się w model społeczeństwa promowany przez zwolenników tego typu zakazów. Wszystko to przekłada się na poważne zagrożenia dla zdrowia oraz bezpieczeństwa dzieci i młodzieży LGBTQ, które i bez tego rodzaju dyskusji w szkołach doświadczają przemocy, cierpią na depresję oraz podejmują próby samobójcze częściej niż ich rówieśnicy nieidentyfikujący się jako LGBTQ (Johns et al. 2020; Lavietes 2022; The Trevor Project 2021)[8].

Niektóre książki, jak Melissa, konsekwentnie wspinają się na szczyt listy książek kwestionowanych od momentu wydania i pozostają tam przez kilka lat, podczas gdy inne, jak Gender Queer, zdobywają listę szturmem. Do tej drugiej kategorii należy także wydana w 2020 r. Stamped: Racism, Antiracism, and You autorstwa Jasona Reynoldsa i Ibrama X. Kendiego (Reynolds i Kendi 2020), która w tym samym roku od razu znalazła się na drugim miejscu dziesięciu najczęściej kwestionowanych książek w USA (American Library Association b.d.). Książka ta natychmiast przyciągnęła uwagę strażników polityki historycznej, ponieważ mieli oni Kendiego na oku od kilku już lat. W 2016 Kendi, historyk i nauczyciel akademicki, wydał książkę, którą nie tak dawno wraz z Anną Müller rekomendowałyśmy czytelnikom portalu Ohistorie w naszym artykule na temat historycznych korzeni ruchu Black Lives Matter (Cieślak i Müller 2020). Stamped from the Beginning: The Definitive History of Racist Ideas in America (Kendi 2016) śledzi historię rasizmu jako ideologii kształtującej historię, politykę i procesy społeczno-ekonomiczne Stanów Zjednoczonych od wczesnych dni epoki kolonialnej. Stamped z roku 2020 to uproszczona wersja książki z 2016, napisana wspólnie z Reynoldsem, który nie jest historykiem, lecz autorem książek dla dzieci. Po wydaniu Stamped w 2016 r. Kendi stał jednym z najbardziej rozchwytywanych i rozpoznawalnych historyków amerykańskich – przebił się do czytelników, widzów i słuchaczy niekoniecznie zainteresowanych badaniami naukowymi i książkami akademickimi. Jego interpretacja historii amerykańskiej, z rasizmem jako fundamentalnym budulcem społeczeństwa amerykańskiego, podzieliła Amerykanów. O ile niektórzy twierdzą, że Stamped pomogła im zrozumieć historię USA i istniejące do dziś problemy rasizmu systemowego, o tyle inni zdecydowanie odrzucili argument Kendiego i poczuli się przez niego atakowani. Nie dziwi zatem, że wersja dla młodszych czytelników przez wielu została uznana za niebezpieczną natychmiast po jej wydaniu.

Przeciwnicy książki Kendiego zarzucają mu, że buduje argumenty, wykorzystując „wybrane incydenty” z historii, i że jego książka nie podejmuje dyskusji na temat rasizmu doświadczanego przez wszystkie grupy dyskryminowane na tle rasowym (Kendi skupia się na doświadczeniach czarnych Amerykanów). Krytykują oni również publiczne wypowiedzi Kendiego (American Library Association b.d.)[9]. W rzeczywistości dyskusja wokół tej książki i jej niemal natychmiastowe pojawienie się w czołówce listy książek kwestionowanych to kolejny przykład, czego zwolennicy ingerencji polityki w programy i metody nauczania obawiają się najbardziej na lekcjach historii, a mianowicie dyskusji o wpływie niewolnictwa, rasizmu i dyskryminacji na proces kształtowania państwa i społeczeństwa amerykańskiego. Dodajmy, że choć książka Kendiego wypadła z listy dziesięciu najczęściej kwestionowanych książek roku 2021, pozostaje ona na celowniku zwolenników wszelkiego rodzaju ustaw i inicjatyw kontrolujących nauczanie historii. Niestające ataki na Kendiego i jego książki obrazują te same problemy, które motywują przeciwników Projektu 1619 oraz critical race theory. Wszystkie te inicjatywy są odbiciem nastrojów sporej grupy Amerykanów, którzy odrzucają dyskusję na temat najtrudniejszych rozdziałów historii amerykańskiej i chętnie podążają za polityczną demagogią „edukacji patriotycznej”, czyli tej wersji historii, w której nie ma miejsca na uczciwą krytykę ani państwa, ani narodu amerykańskiego. Dokładnie tak samo jak w polskiej wersji „edukacji patriotycznej” wszyscy Polacy heroicznie walczyli o wolność naszą i waszą i żaden z pewnością nigdy nie był antysemitą, w jej amerykańskiej wersji wszyscy Amerykanie zawsze cenili wolność i równość, a tych kilku właścicieli niewolników to indywidualne wyjątki od reguły, a nie system ekonomiczny chroniony przez państwo prawa, w tym także Konstytucję USA.

Podobnie jak w Polsce, nauczyciele w USA również czują się sfrustrowani, i to nie tylko tam, gdzie lokalne władze bezpośrednio ingerują w programy nauczania. Doskonałym tego przykładem jest głos Emily Sclafani, nauczycielki historii w szkole średniej w Nowym Jorku, gdzie prawdopodobieństwo wprowadzenia inicjatyw politycznych cenzurujących nauczycieli jest raczej niewielkie. Sclafani postuluje, by dwie rzekomo przeciwstawne narracje historii amerykańskiej, które kształtują obecne debaty na temat nauczania historii – ta o zniewoleniu i rasizmie oraz ta o wolności i równości – znalazły miejsce w programach nauczania historii jako jedna, paradoksalnie spójna i znacznie bardziej skomplikowana wersja historii amerykańskiej. Nauczycielka przypomina argument Edmunda Morgana, znakomitego historyka amerykańskiego, który w latach siedemdziesiątych XX w. ogłosił istnienie „amerykańskiego paradoksu”. Morgan uznał, że wolność jako kategoria dynamiczna, której znaczenie zmieniało się od początku epoki kolonialnej, jest tak samo ważna w historii amerykańskiej jak niezaprzeczalny fakt budowy i rozwoju Stanów Zjednoczonych na podwalinach niewolnictwa. Innymi słowy, nie da się zrozumieć dzisiejszej Ameryki bez zrozumienia skomplikowanej relacji między wolnością i zniewoleniem, kształtującej amerykańską historię. Właśnie dlatego Sclafani krytykuje „fałszywą dychotomię” między rokiem 1619 a rokiem 1776 jako datami rzekomo założycielskimi, bo ani narracja zawarta w Projekcie 1619, ani narracja zaproponowana przez jego przeciwników przywiązanych do symbolicznej wartości roku 1776 nie udzielają jedynej słusznej odpowiedzi na pytanie, jak powinniśmy pisać o historii amerykańskiej i jak ją rozumieć (Sclafani 2022). Jedyna słuszna odpowiedź na to pytanie, rzecz jasna, nie istnieje.

Pomimo sukcesu Projektu 1619 cykl ten nie jest – jak sugerują to konserwatywni politycy i komentatorzy – ani wyrocznią, ani spiskiem amerykańskich liberałów, których celem jest rozprzestrzenianie kłamstw na temat narodu amerykańskiego, ani propagandą akceptowaną przez rzekomo otumanionych nauczycieli. Projekt 1619, mimo błędów i uproszczeń, jest atrakcyjnym materiałem dydaktycznym, gdyż w przystępnej dziennikarskiej formie stawia prowokacyjną tezę, a wszyscy pamiętamy z własnych lat w szkolnych ławach, że nic tak nie pobudza na wpół śpiących uczniów jak odrobina prowokacji. Nie oznacza to jednak, jak obrazuje przykład Sclafani oraz jej wielu kolegów i koleżanek po fachu, że nauczyciele bezkrytycznie przyjęli argumenty serii „New York Times’a” (Erford 2021). Pamiętajmy także, że edukatorzy w USA nie potrzebowali Projektu 1619 ani „New York Times’a”, by dowiedzieć się o centralnej roli niewolnictwa w historii amerykańskiej. Ten argument jest znany od co najmniej XIX w., kiedy pisali o tym czarni aktywiści, intelektualiści i historycy. Dodajmy do tego frustrację nauczycieli, historyków i aktywistów, którzy wskazali na dodatkowy problem merytoryczny Projektu 1619, a mianowicie powierzchowne i fragmentaryczne omówienie doświadczeń rdzennych Amerykanów. Skoro bowiem 1619 to „nowa data założycielska”, to jak w tę narrację kształtowania się narodu i państwa amerykańskiego oraz „początku historii amerykańskiej” wpisują się rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej (Custalow 2020; Wright 2020)?

Z kolei choć nic nie wyszło ani z prac Komisji 1776, ani z programów nauczania stworzonych wokół roku 1776 jako „daty założycielskiej”, nic też nie wskazuje na to, by ataki na Projekt 1619 i critical race theory oraz promocja „edukacji patriotycznej” zniknęły z debaty publicznej. Opisane powyżej inicjatywy, proponowane bezpośrednio w odpowiedzi na Projekt 1619/CRT i wprowadzane obecnie głównie na poziomie stanowym oraz dystryktów szkolnych, mają ogromny wpływ na szkolnictwo amerykańskie. Wprawdzie do niedawna tradycyjnie uproszczona narracja historii amerykańskiej (ta o wolności, równości i demokracji) wydawała się raczej reliktem przeszłości, dziś nauczyciele w wielu stanach budzą się w rzeczywistości, w której to politycy decydują, że jeszcze nie czas, by o niej zapomnieć. Jeśli w jesiennych wyborach parlamentarnych republikanie przejmą Kongres i jeśli w wyborach prezydenckich w 2024 r. wygra kandydat Partii Republikańskiej, możemy być pewni, że projekty typu Saving American History Act i Stop CRT Act senatora Cottona triumfalnie wrócą na salony Waszyngtonu, skąd będą miały bezpośredni i pośredni wpływ na to, czego naucza się w amerykańskich szkołach, tym razem nie tylko w stanach zarządzanych przez lokalnych przedstawicieli Partii Republikańskiej. Mieliśmy tego próbkę 23 marca tego roku, kiedy w trakcie przesłuchań publicznych Ketanji Brown Jackson, kandydatki na nową sędzię Sądu Najwyższego, senator Ted Cruz reprezentujący Teksas obsesyjnie pytał ją o Projekt 1619, critical race theory oraz rolę Jackson w działaniach rady nadzorczej prywatnej szkoły w Waszyngtonie. Cruz jest powszechnie uznawany za jednego z potencjalnych kandydatów do prezydenckiej nominacji republikanów, a zagadnienia nauczane w ramach historii i wiedzy o społeczeństwie w szkołach są obecnie jednym z najbardziej atrakcyjnych elementów republikańskich kampanii wyborczych. Prezydenckie ambicje Cruza ukryte w pytaniach do Brown Jackson, które nie miały nic wspólnego z procesem ustalenia kompetencji prawniczych kandydatki (co jest teoretycznie celem przesłuchań), były tak oczywiste, że nawet jego republikański kolega, senator Ben Sasse z Nebraski, uznał je za „błazenadę”. Sasse zasugerował nawet, że zarówno Cruz, jak i jego inni republikańscy koledzy, których pytania miały charakter czysto polityczny, nie byli w stanie powstrzymać się od spektaklu politycznego w obecności kamer telewizyjnych (Di Placido 2022, Kennedy 2022).

Z perspektywy nauczania historii oraz tworzenia spójnej narodowej narracji historycznej tematy niewolnictwa i rasizmu zdecydowanie dominują zarówno dyskusje publiczne, jak i inicjatywy kontroli programów nauczania w USA. Ale podkreślmy, że rasizm i niewolnictwo nie są w żadnym wypadku jedynym punktem zapalnym w nauczaniu historii i politycznych próbach kreowania w Stanach Zjednoczonych narracji historycznej opartej na nacjonalistycznych mitach narodowych. Niemal wszystkie kwestie związane z problemami wykluczenia i dyskryminacji, w tym historia rdzennych Amerykanów, imigrantów, kobiet, osób LGBTQ czy osób z niepełnosprawnościami, są w tym momencie na celowniku strażników wysterylizowanej wersji historii amerykańskiej, która przedstawia dzieje USA jako kolebki nowoczesnej demokracji i strażnika wolności. Rady szkolne, legislatury oraz rodzice działający indywidualnie lub w zorganizowanych grupach pod przykrywką sloganu o „prawach rodzicielskich” podejmują ciągłe inicjatywy wynikające z poglądów politycznych ich pomysłodawców[10]. Wtórują im politycy na poziomie rządu federalnego, którzy, jak pokazują przykłady Cottona i Trumpa, mają ogromny wpływ na to, co dzieje się w szkołach, nawet jeśli prawo zakazuje im bezpośredniej kontroli szkół i programów nauczania. Dodajmy także, że choć w tym momencie wojny kulturowe wokół nauczania historii inspirują szczególnie najbardziej konserwatywnych polityków Partii Republikańskiej, nie wszyscy republikanie są ich zwolennikami i nie wszyscy demokraci pozostają tutaj bez winy. Ponadto nie tknęliśmy nawet problemów szkół prywatnych, które w USA rządzą się innymi prawami niż szkoły państwowe, oraz uczelni wyższych, a przecież obie te instytucje również zmagają się z próbami nacisków politycznych. Na razie nic nie wskazuje na to, by politycy i aktywiści amerykańscy walczący o politycznie wysterylizowaną i wyidealizowaną wersję historii amerykańskiej mieli zamiar odpuścić. Pozostaje mi tylko skonstatować: Drodzy nauczyciele historii (i nie tylko) w polskich szkołach i na polskich uniwersytetach, nie jesteście sami.


BIBLIOGRAFIA

Książki i artykuły

Delgado R. i Stefancic J. (2017), Critical Race Theory: An Introduction, New York.

Erford A. (2021), The 1619 Project and the Importance of Historical Significance and Argumentation in the History and Social Studies Classroom, „Teaching History: A Journal of Methods”, t. 46, nr 2.

Gino A. (2021), Melissa (Previously Published as George), New York.

Irvin Painter N. (2006), Creating Black Americans, Oxford.

Kendi I.X. (2016), Stamped from the Beginning: The Definitive History of Racist Ideas in America, New York.

Kolchin P. (1993), American Slavery: 1619–1877, New York.

Reynolds J. i Kendi I.X. (2020), Stamped: Racism, Antiracism, and You: A Remix of the National Book Award-Winning Stamped From the Beginning, New York–Boston.

Spiegelman A., (1997), Complete Maus, New York.

Weber D.J. (1992), The Spanish Frontier in North America, New Haven.

Wright M. (2020), 1619: The Danger of a Single Origin Story, „American Literary History”, t 32, nr 4.

Netografia

American Historical Association (2021), AHA Condemns Report of Advisory 1776 Commission, https://www.historians.org/news-and-advocacy/aha-advocacy/aha-statement-condemning-report-of-advisory-1776-commission-(january-2021) (dostęp 8 III 2022).

American Library Association (2019), Censorship by the Numbers, ALA, 2019, https://www.ala.org/advocacy/sites/ala.org.advocacy/files/content/Censorship%20by%20the%20Numbers%202019_0_0.pdf (dostęp 20 II 2022).

American Library Association (2020), Censorship by the Numbers, ALA, 2020, https://alair.ala.org/bitstream/handle/11213/16720/Censorship%20by%20the%20Numbers%202020.pdf?sequence=1&isAllowed=y (dostęp 4 IV 2022).

American Library Association (2021), Censorship by the Numbers, ALA, 2021, https://www.ala.org/advocacy/bbooks/bannedbooksweek/ideasandresources/freedownloads (dostęp 4 IV 2022).

American Library Association (2022), Voters Oppose Book Bans in Libraries, https://www.ala.org/advocacy/voters-oppose-book-bans-libraries (dostęp 4 IV 2022).

American Library Association (b.d.), Top 10 Most Challenged Books Lists, https://www.ala.org/advocacy/bbooks/frequentlychallengedbooks/top10 (dostęp 28 III 2022).

Associated Press (2022), New Mexico Is Pushing to Be a ‚Model’ for How Race Is Taught in U.S. Schools, „NPR”, https://www.npr.org/2022/01/20/1074311649/new-mexico-model-inclusive-race-education (dostęp 10 III 2022).

Center for Education Reform (2019), K-12 Facts, https://edreform.com/2012/04/k-12-facts/ (dostęp 28 III 2022).

Cieślak M. i Müller A. (2020), Black Lives Matter, czyli ile warte jest ludzkie życie, Ohistorie, http://ohistorie.eu/2020/08/11/black-lives-matter-czyli-ile-warte-jest-ludzkie-zycie/ (dostęp 25 III 2022).

Custalow D. (2020), Opinion: Native Americans Still Overlooked in Debates About U.S. History, „The Virginian-Pilot”, https://www.pilotonline.com/opinion/columns/vp-ed-column-custalow-0927-20200926-aof7b2j4brgbzmwbess7ywhirm-story.html (dostęp 28 II 2022).

Dahl R. (2022), Understanding Florida’s ‘Don’t Say Gay’ Bill, https://www.findlaw.com/legalblogs/law-and-life/understanding-floridas-dont-say-gay-bill/ (dostęp 29 III 2022).

Di Placido D. (2022), Ted Cruz’s Bizarre ‘Antiracist Baby’ Tirade Backfires, „Forbes”, https://www.forbes.com/sites/danidiplacido/2022/03/24/ted-cruzs-bizarre-antiracism-baby-tirade-backfires/?sh=196edaea5c10 (dostęp 30 III 2022).

Flaherty C. (2021), A Push for ‘Patriotic Education’, „Inside Higher Ed”, https://www.insidehighered.com/news/2021/01/20/historians-trump-administrations-report-us-history-belongs-trash (dostęp 8 III 2022).

Florida Senate (2022), CS/CS/HB 1557: Parental Rights in Education, https://www.flsenate.gov/Session/Bill/2022/1557 (dostęp 28 III 2022).

Gasman M. (2021), What History Professors Really Think About ‘The 1619 Project’, „Forbes”, https://www.forbes.com/sites/marybethgasman/2021/06/03/what-history-professors-really-think-about-the-1619-project/?sh=4d86f68e7a15 (dostęp 24 II 2022).

Guzman F. (2022), What We Know About the Removal of Holocaust Book ‘Maus’ by a Tennessee School Board, „Nashville Tennessean”, https://www.tennessean.com/story/news/2022/01/27/why-did-tennessee-school-board-remove-maus-art-spiegelman/9244295002/ (dostęp 21 II 2022).

Hannah-Jones N. et al. (2019), The 1619 Project, „New York Times Magazine”, https://www.nytimes.com/interactive/2019/08/14/magazine/1619-america-slavery.html (dostęp 25 III 2022).

Harris L. (2020), I Helped Fact-Check the 1619 Project. The Times Ignored Me, „Politico”, https://www.politico.com/news/magazine/2020/03/06/1619-project-new-york-times-mistake-122248 (dostęp 24 II 2022).

History News Network (2020), Twelve Scholars Critique the 1619 Project and the New York Times Magazine Editor Responds, https://historynewsnetwork.org/article/174140 (dostęp 12 III 2022).

Hixenbaugh M. i Hylton A. (2021), Southlake School Leader Tells Teachers to Balance Holocaust Books With ‘Opposing’ Views, NBC, https://www.nbcnews.com/news/us-news/southlake-texas-holocaust-books-schools-rcna2965 (dostęp 10 III 2022).

Irvin Painter N. (2019), How We Think about the Term ‘Enslaved’ Matters, „The Guardian”, https://www.theguardian.com/us-news/2019/aug/14/slavery-in-america-1619-first-ships-jamestown (dostęp 19 II 2022).

Jackson L.M. (2021), The 1619 Project and the Demands of Public History, „The New Yorker”, https://www.newyorker.com/books/under-review/the-1619-project-and-the-demands-of-public-history (dostęp 20 II 2022).

Johns M.M. et al. (2020), Trends in Violence Victimization and Suicide Risk by Sexual Identity Among High School Students – Youth Risk Behavior Survey, US Department of Health and Human Services, https://www.cdc.gov/mmwr/volumes/69/su/pdfs/su6901a3-H.pdf (dostęp 28 II 2022).

Kennedy B. (2022), Sasse Appears to Subtly Call Out Graham, Cruz for ‘Jackassery’ in Scotus Hearing Remarks, „The Week”, https://theweek.com/supreme-court/1011700/sasse-appears-to-subtly-call-out-graham-cruz-for-jackassery-in-scotus-hearing (dostęp 30 III 2022).

Kurtz S. (2021), The Partisanship Out of Civics Act, National Association of Scholars, https://www.nas.org/blogs/article/the-partisanship-out-of-civics-act (dostęp 8 III 2022).

Lavietes M. (2022), From Book Bans to ‘Don’t Say Gay’ Bill, LGBTQ Kids Feel ’Erased’ in the Classroom, NBC, https://www.nbcnews.com/nbc-out/out-news/book-bans-dont-say-gay-bill-lgbtq-kids-feel-erased-classroom-rcna15819 (dostęp 26 II 2022).

Little O. (2021), Unmasking Moms for Liberty, „Media Matters for America”, https://www.mediamatters.org/critical-race-theory/unmasking-moms-liberty (dostęp 28 II 2022).

Lucia A. (2022), Carroll ISD School Board Appears To Back Down After Reprimanding Teacher, CBS DFW, https://dfw.cbslocal.com/2022/01/24/carroll-isd-school-board-reprimanding-teacher-rickie-farah-book-classroom/ (dostęp 10 III 2022).

Mackaman T. (2021), The New York Times’ Jake Silverstein Concocts ‘A New Origin Story’ For the 1619 Project, „World Socialist Web Site”, https://www.wsws.org/en/articles/2021/11/25/stei-n25.html (dostęp 2 III 2022).

Mackaman T. (2022), The New York Times 1619 Project: A New Origin Story: History as the Emanation of Race, „World Socialist Web Site”, https://www.wsws.org/en/articles/2022/02/21/proj-f21.html (dostęp 2 III 2022).

Mazariegos M. i Collins Sullivan S. (2022), Efforts to Ban Books Jumped an ‘Unprecedented’ Four-Fold in 2021, ALA Report Says, NPR, https://www.npr.org/2022/04/04/1090067026/efforts-to-ban-books-jumped-an-unprecedented-four-fold-in-2021-ala-report-says (dostęp 4 IV 2022).

McMinn County Board of Education (2022), Minutes of a Meeting Called on January 10, 2022, https://core-docs.s3.amazonaws.com/documents/asset/uploaded_file/1818370/Called_Meeting_Minutes_1-10-22.pdf (dostęp 28 III 2022).

„New York Times” (2019), We Respond to the Historians Who Critiqued The 1619 Project, https://www.nytimes.com/2019/12/20/magazine/we-respond-to-the-historians-who-critiqued-the-1619-project.html (dostęp 24 II 2022).

PEN America (2021), Educational Gag Orders, https://pen.org/report/educational-gag-orders/ (dostęp 28 III 2022).

PEN America (2022), Index of Educational Gag Orders as of April 2, 2022, https://docs.google.com/spreadsheets/d/1Tj5WQVBmB6SQg-zP_M8uZsQQGH09TxmBY73v23zpyr0/edit#gid=1518414194 (dostęp 2 IV 2022).

Perez Jr. J. i Gaudiano N. (2020), Trump Blasts 1619 Project as DeVos Praises Alternative Black History Curriculum, „Politico”, https://www.politico.com/news/2020/09/17/devos-black-history-1776-unites-417186 (dostęp 8 III 2022).

The President’s Advisory 1776 Commission (2021), The 1776 Report, https://trumpwhitehouse.archives.gov/wp-content/uploads/2021/01/The-Presidents-Advisory-1776-Commission-Final-Report.pdf (dostęp 25 III 2022).

Pruitt-Young S. (2021), In One Texas District, Teachers Were Told to Give ‘Opposing’ Views of the Holocaust, NPR, https://www.npr.org/2021/10/15/1046389474/texas-holocaust-opposing-critical-race-theory-southlake (dostęp 10 III 2022).

Roth A. (2015), ‘Maus’ Book About Holocaust Is Removed in Russia, „New York Times”, https://www.nytimes.com/2015/04/28/world/europe/maus-book-about-holocaust-is-removed-in-russia.html (dostęp 28 III 2022).

Sclafani E. (2022), The Danger of a Single Origin Story, The 1619 Project and Contested Foundings, „Perspectives on History”, https://www.historians.org/publications-and-directories/perspectives-on-history/march-2022/the-danger-of-a-single-origin-story-the-1619-project-and-contested-foundings?_zs=EpWma&_zl=PfVx2 (dostęp 28 II 2022).

Serwer A. (2019), The Fight Over the 1619 Project Is Not About the Facts, „The Atlantic”, https://www.theatlantic.com/ideas/archive/2019/12/historians-clash-1619-project/604093/ (dostęp 13 III 2022).

The Trevor Project (2021), National Survey on LGBTQ Youth Mental Health 2021, https://www.thetrevorproject.org/survey-2021/?section=Introduction (dostęp 29 III 2022).

The White House (2020), Executive Order on Combating Race and Sex Stereotyping, https://trumpwhitehouse.archives.gov/presidential-actions/executive-order-combating-race-sex-stereotyping/ (dostęp 8 III 2022).

The White House (2021), 1776 Commission Takes Historic and Scholarly Step to Restore Understanding of the Greatness of the American Founding, https://trumpwhitehouse.archives.gov/briefings-statements/1776-commission-takes-historic-scholarly-step-restore-understanding-greatness-american-founding/ (dostęp 25 III 2022).

Thoreson R. (2022), Florida Advances ‘Don’t Say Gay’ Bill, „Human Rights Watch”, https://www.hrw.org/news/2022/02/17/florida-advances-dont-say-gay-bill (dostęp 26 II 2022).

Tofekci Z. (2020), America’s Next Authoritarian Will Be Much More Competent, „The Atlantic”, https://www.theatlantic.com/ideas/archive/2020/11/trump-proved-authoritarians-can-get-elected-america/617023/ (dostęp 13 III 2022).

U.S. Census Bureau (2020), 2020 Public Elementary-Secondary Education Finance Data, https://www.census.gov/data/tables/2020/econ/school-finances/secondary-education-finance.html (dostęp 6 III 2022).

U.S. Congress (2020), Saving American History Act of 2020: S. 4292, https://www.congress.gov/bill/116th-congress/senate-bill/4292/text (dostęp 25 III 2022).

U.S. Congress (2021), Stop CRT Act: S. 2346, https://www.congress.gov/bill/117th-congress/senate-bill/2346/text (dostęp 28 III 2022).

U.S. Senate (2021a), Cotton Introduces Bill to Defund Critical Race Theory, Tom Cotton: Senator for Arkansas, https://www.cotton.senate.gov/news/press-releases/cotton-introduces-bill-to-defund-critical-race-theory (dostęp 28 III 2022).

U.S. Senate (2021b), Roll Call Vote 117th Congress – 1st Session (Cotton Amdt. No. 3680), https://www.senate.gov/legislative/LIS/roll_call_votes/vote1171/vote_117_1_00342.htm (dostęp 28 III 2022).


[1] Jako przykład może posłużyć klasyczne dziś i bardzo popularne opracowanie historii niewolnictwa w USA autorstwa Petera Kolchina zatytułowane American Slavery: 1619–1877 (Kolchin 1993).

[2] O debacie na temat statusu prawnego Afrykanów przetransportowanych do Virginii w 1619 r. pisałam wraz z Anną Müller na łamach portalu Ohistorie w artykule Black Lives Matter, czyli ile warte jest ludzkie życie (Cieślak i Müller 2020).

[3] Pięcioro wspomnianych historyków to niejedyni eksperci krytykujący Projekt 1619. Innym przykładem krytyki jest list do „New York Times’a” podpisany przez dwanaścioro akademików. Choć większość sygnatariuszy tego listu to profesorowie nauk politycznych, pojawiły się pod listem również nazwiska znanych historyków. List ten nie stał się jednak przedmiotem intensywnej debaty publicznej, jakim był oryginalny list wspomnianej piątki (History News Network 2020).

[4] Obecnie w senacie zasiada 50 senatorów z każdej partii, a każdy remis jest według konstytucji rozstrzygany głosem wiceprezydenta, czyli aktualnie wiceprezydent Kamali Harris.

[5] Oryginalne nagranie trafiło do stacji MSNBC.

[6] Hispanic to w USA nieprecyzyjna i problematyczna kategoria demograficzna określająca imigrantów z Ameryki Łacińskiej oraz ich potomków, a także potomków hiszpańskich kolonizatorów oraz hiszpańskich imigrantów i ich potomków. Samo słowo Hispanic nawiązuje do populacji i kultur obszarów, gdzie językiem dominującym jest hiszpański, co oznacza problematyczne włączenie do tej kategorii Hiszpanii (kraju europejskiego) oraz wykluczenie obszarów Ameryki Łacińskiej, gdzie dominują inne języki (np. portugalski). Polskie słowo Latynosi to wyraz pokrewny i bardziej precyzyjny odpowiednik kategorii Latino/Latina/Latinx, która w kontekście amerykańskiej demografii zwykle określa imigrantów z Ameryki Łacińskiej oraz ich potomków. Choć te dwie kategorie są często uznawane za synonimy, ich różne znaczenia nawiązują do istotnych różnic w interpretacji historii związków między dwoma kontynentami amerykańskimi a ich pierwszymi europejskimi kolonizatorami, czyli Hiszpanią i Portugalią.

[7] Superintendenci dystryktów pełnią funkcję CEO. To oni i ich podwładni odpowiadają za wdrażanie praw, programów nauczania oraz reguł ustalanych przez stanowe ministerstwa edukacji, legislatury stanowe oraz rady szkolne.

[8] W tym kontekście warto wspomnieć, jak tego typu zakazy wpływają na nauczycieli. Ci, którzy identyfikują się jako osoby należące do grupy LGBTQ, w wielu stanach znajdują się obecnie pod presją skrywania swojej orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej. Niezależnie od orientacji seksualnej czy tożsamości płciowej nauczyciele obawiają się również, jak prawne ograniczenia nauczania o zagadnieniach dotyczących społeczności LGBTQ wpłyną na ich codzienną pracę. Doskonałym tego przykładem jest ustawa, którą 28 marca 2022 r. podpisał gubernator stanu Floryda Ron DeSantis. Oficjalnie ustawa HB 1557 jest zatytułowana „Parental Rights in Education”, czyli „prawa rodzicielskie w szkolnictwie”. Ustawa zabrania jakichkolwiek dyskusji na tematy związane z orientacją seksualną lub tożsamością płciową w szkołach państwowych od zerówki do trzeciej klasy. Powyżej klasy trzeciej wszystko ma zależeć od tego, czy zaplanowana przez nauczycieli dyskusja jest „stosowna” w danej grupie wiekowej. W teorii ustawa sugeruje, że to rodzice, a nie szkoła, powinni decydować, kiedy i jak uczniowie mają się zaznajomić z zagadnieniami dotyczącymi orientacji seksualnej i tożsamości płciowej. Eksperci zauważają jednak, że w praktyce ustawa daje każdemu rodzicowi prawo, by kwestionować stosowność lekcji, dyskusji czy materiałów dydaktycznych w każdej grupie wiekowej. Nauczyciele argumentują, że ponieważ zasady przyjęte w ustawie dają rodzicom szerokie prawo ingerencji, edukatorzy będą się zwyczajnie obawiać jakichkolwiek dyskusji na tematy związane z orientacją seksualną lub tożsamością płciową. Nauczyciele najmłodszych uczniów zauważają także, że od zerówki do klasy trzeciej nie ma w programach nauczania dyskusji na temat orientacji seksualnej lub tożsamości płciowej, natomiast powszechna jest dyskusja na temat rodziny. Pytają zatem, co z dziećmi, których rodziny nie pasują do politycznego wzoru rodziny heteronormatywnej. Dlatego właśnie krytycy ustawy zatytułowali ją nieoficjalnie „Don’t Say Gay Bill”, czyli „ustawa nie mów gej” (Dahl 2022; Florida Senate 2022; Theroson 2022).

[9] W tym samym źródle czytelnicy mogą znaleźć więcej informacji na temat książek kwestionowanych i zakazanych od 2001 do 2021 r.

[10] Dobrym przykładem organizacji działającej na rzecz kontroli programów nauczania oraz materiałów edukacyjnych pod przykrywką „praw rodzicielskich” jest Moms for Liberty, czyli „mamy za wolnością”. Oficjalnie Moms for Liberty to skupiająca rodziców organizacja pozarządowa założona przez dwie byłe członkinie rad szkolnych. Dzięki pracom dziennikarzy śledczych na jaw wyszły jej związki, w tym także finansowe, z Partią Republikańską i republikańską agendą kontroli szkół (Little 2021).


Korekta językowa: Beata Bińko




Wycinek z życia okupowanej Warszawy

Zbigniew Ścibor-Rylski w mundurze. (lata 30.) Ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego (MPW-IS/1601/73 )

SEBASTIAN PAWLINA

Wycinek z życia okupowanej Warszawy

650 – tyle metrów liczy aleja Jana Chrystiana Szucha. Nazwę wzięła od żyjącego na przełomie XVIII i XIX w. niemieckiego architekta i ogrodnika, autora m.in. projektu ogrodów w pobliskich Łazienkach czy budowy dzisiejszych placów Zbawiciela i Unii Lubelskiej. Piękny to patron, jak i piękne są dzieła, które po sobie pozostawił. Ale ani on, ani niewielkie rozmiary nie uchroniły ulicy od stania się centrum działania niemieckiego aparatu terroru na polskich ziemiach podczas II wojny światowej.

To tutaj pod numerem 25 swoją siedzibę już na początku okupacji znalazła niemiecka Policja Bezpieczeństwa. Prawie trzy piętra gmachu, który przed 1 września 1939 r. należał do polskiego Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, zajęło gestapo. Bardzo szybko w pokojach, w których wcześniej opracowywano programy nauczania polskiej młodzieży, tę samą młodzież, a także jej rodziców, dziadków i sąsiadów, zaczęto bić po twarzach, kopać, miażdżyć ręce, wyrywać paznokcie. Wanda Ossowska, która przeszła tam 57 przesłuchań, wspominała, jak za którymś razem jeden z Niemców groził jej, wywrzaskując, że „ciało od kości będzie mi odpadać, a on nie ustanie, że zgniję w lochu, że szczury będą mnie żywcem jadły” (Ossowska 1990, s. 161).

Zaledwie 400 metrów dalej, pod numerem 2/4, stała kamienica. W niej, w samym środku „dzielnicy niemieckiej”, tuż obok niemieckich oficerów, codziennie rano chodzących do pracy, w której bili, grozili, a często zabijali, aż do jesieni 1943 r. mieszkała rodzina Ścibor-Rylskich. Jej okupacyjna historia, tak niezwykła z racji miejsca, gdzie żyła, jest jednocześnie typowa dla tamtych czasów. Dlatego warto ją opowiedzieć, wykorzystując jako okazję do pokazania kilku ogólniejszych zagadnień dotyczących okupacji Warszawy i czasu wojny.

Uzupełnianie obrazu

Najważniejsze prace poświęcone okupacji Warszawy w latach 1939–1945 powstały jeszcze na przełomie lat sześćdziesiątych. i siedemdziesiątych. Najpierw w 1967 r. Władysław Bartoszewski opublikował Warszawski pierścień śmierci 1939–1944, klasyczne opracowanie poświęcone niemieckim zbrodniom, a w roku 1974 monumentalną kronikę – 1859 dni Warszawy. Dwanaście miesięcy wcześniej, w 1973 r., Tomasz Szarota ogłosił Okupowanej Warszawy dzień powszedni, będące najpełniejszym opisaniem losów ludności miasta w „czasach pogardy”. Od tamtego czasu wszystkie trzy tytuły doczekały się kilku wznowień, w tym także w ostatnich latach. Oba dzieła Bartoszewskiego ponownie wydano w 2008 r., a dwa lata później studium Szaroty.

Oczywiście nie były to jedyne prace dotyczące tej tematyki, o których warto wspomnieć. Wymieńmy tylko opublikowaną w 1984 r. Warszawę w latach 1939–1945 Krzysztofa Dunin-Wąsowicza, który zasiadał również w komitecie redakcyjnym czterotomowej Warszawy w latach wojny i okupacji, publikowanej w latach 1971–1975. Oprócz tego z łatwością można odnaleźć prace dotykające wybranych zagadnień z życia społecznego, kulturalnego czy nawet sportowego miasta i jego mieszkańców, a przede wszystkim dziejów konspiracji warszawskiej. Należy jednak pamiętać, że do dzisiaj Okręg Warszawa ZWZ/AK nie doczekał się całościowego opracowania swojej historii.

Mogłoby się więc wydawać, że o okupacji Warszawy – pomińmy Powstanie Warszawskie – napisano już wszystko. Jednak jeśli przyjrzymy się datom ukazywania się tych najważniejszych dzieł, to okaże się, że od ich pierwszych wydań, a co za tym idzie stworzenia i wyrażenia podstawowych ich założeń, mija już kilkadziesiąt lat. Publikowane obecnie tomy są przeważnie zbiorami artykułów skupiających się na drobnych wycinkach. Być może wobec ogromu pracy, jaką należałoby wykonać, aby napisać nową wersję Okupowanej Warszawy dnia powszedniego, z wykorzystaniem aktualnego stanu badań i zadaniem nowych pytań, właśnie takie wycinki pomogą nam zbudować pełniejszy obraz tamtej Warszawy. Pomoże nam to nie tylko uzupełnić naszą wiedzę, lecz także wskazać nowe perspektywy, co może okazać się pomocne w przyszłości.

Wróćmy więc do mieszkania, w którym cztery lata spędzili Ścibor-Rylscy.

Przyjacielska prośba

W jaki sposób Maria Ścibor-Rylska poznała się z Zofią Znamięcką, nie wiadomo. Faktem jest, że wiosną 1939 r. córka Zofii, Zosia, razem z synem Marii, Zbigniewem, bawiła się w Zakopanem. Ona – 17-letnia blondwłosa piękność, on przystojny, 22-letni podchorąży lotnictwa. Każdą chwilę spędzali razem. Zarówno chodząc po mieście, jak i w górach, na szlaku. Gdy wieczorami wracali z trasy, pędzili na dancing. Zupełnie jakby czuli, że to ostatnie chwile nie tylko wakacyjnej wolności, ale i szczęścia. We wszystkim towarzyszyła im Maria, która po latach wspominała:

Pamiętam jak beztroskie spędzali chwile w Zakopanem, gdy tam pojechałam ze Zbyszkiem przed samym rozpoczęciem wojny. Wszyscy podchorążowie dostali wtedy dwutygodniowy urlop, a gdy się ten termin zbliżył i Zbyszek szykował się do wyjazdu, przyszła depesza, że urlop przedłużają jeszcze o tydzień. Zosia o tym nic nie wiedziała, po rozstaniu smutna snuła się po mieszkaniu. Zbyszek schował się za drzwiami i raptem, gdy ona myślała, że już jest daleko, wyskoczył ze swej kryjówki, chwytając ją w ramiona. Cóż to była za radość [Ścibor-Rylska VII, k. 14–15].

Ale radość dobiegła końca. Gdy pod koniec maja wrócili do Warszawy, dawało się w niej już wyczuć nerwowość. Jeszcze daleką od tej sierpniowej, wypełnionej unoszącym się w powietrzu lękiem, kopaniem rowów przeciwczołgowych i zaklejaniem okien na wypadek bombardowań, ale już rozbrzmiewającą dyskusjami w kawiarniach i na ulicach. Niektórzy być może zaczęli nawet planować, co zrobią na wypadek wojny.

Wśród nich mógł być Francesco Pietrabisso, attaché handlowy ambasady Włoch w Warszawie. Niedawno wziął ślub z Zofią Znamięcką, mamą Zosi i Andrzeja. Zamieszkali razem w jego luksusowym apartamencie w kamienicy w alei Szucha 2/4. Wybudowana została w 1930 r. w stylu art déco według projektu Adolfa Inatowicza-Łubiańskiego, architekta i malarza, twórcy m.in. obecnej siedziby Ministerstwa Sprawiedliwości. Okna w wysokich i przestronnych pokojach od strony alei Szucha wychodziły na plac Unii Lubelskiej i stojący na nim pomnik Lotnika. Ten sam, na którym Jan Bytnar „Rudy” namaluje znak Polski Walczącej.

Gdy wojna była kwestią dni, w najlepszym razie tygodni, Pietrabisso przygotował wszystko do wyjazdu rodziny. Nie chciał pozbywać się mieszkania, dlatego też, zapewne za namową żony, uczynił Marię Ścibor-Rylską prawną opiekunką lokalu. Jego właściciele mieli już jednak do niego nie wrócić.

To dość oczywista prawda, ale warto te słowa napisać – wojna wytrąciła ludzi z torów ich dawnego życia. Tym, którzy przeżyli, odebrała dom, majątek, rodzinne pamiątki, w końcu – bliskich i zdrowie. Nie tylko fizyczne, lecz także psychiczne. Niepewność co do dnia następnego, strach przed śmiercią, przed wysłaniem do obozu, oderwanie od rodziny i przyjaciół, bezradność wobec najprostszych na co dzień spraw powodowały narastającą złość, a w dalszej kolejności stres. Jędrzej Moraczewski pod datą 16 lutego 1940 r. notował, że „zima ani rusz nie chce popuścić. Ludzie marzną po domach. Nie mają czym palić, nie mają czego jeść. Tylko złość zbiera coraz większa” (Moraczewski 2016, s. 156).

O tym, że stres wpływa destrukcyjnie na ludzki organizm, wiadomo przynajmniej od czasu badań prowadzonych przez Hansa Selyego w latach pięćdziesiątych XX w. Rozwój medycyny jedynie to potwierdza. Jak pisze Robert M. Sapolsky, antropolog, biolog, neurolog, związany m.in. z Uniwersytetem Stanforda, przy przedłużającym się narażeniu na stres „zwiększa się ryzyko, że zachorujesz na wrzody układu trawiennego. U dzieci może dojść do zahamowania procesu wzrostu, aż do rzadkiego, ale rozpoznawanego pediatrycznego zaburzenia endokrynologicznego o nazwie karłowatość deprywacyjna czy psychospołeczna, a u dorosłych do zakłócenia procesów naprawy i przebudowy kości i innych tkanek. Jeśli ciągle jesteś pod wpływem stresu, to mogą się pojawić liczne zaburzenia procesów rozrodczych” (Sapolsky 2012, s. 21). A to jedynie niewielka część chorób i schorzeń, na jakie wpływa stres. Stres, który podczas okupacji był stanem permanentnym. Na jego narastanie i utrzymywanie się wpływało chociażby rozdzielenie z bliskimi. Po wrześniu 1939 r. wiele osób nie wiedziało, co stało się z ich mężami, synami, rodzeństwem, ciotkami. Również Maria Ścibor-Rylska długo nie wiedziała, co po wrześniu 1939 r. działo się z jej synem.

Powrót

Już na początku września 1939 r. przydział mobilizacyjny wyrzucił Zbigniewa w Polskę. Najpierw razem z oddziałem znalazł się niedaleko Mińska Mazowieckiego. Uzbrojeni w pistolety i karabiny, próbowali wyrwać się z okrążenia. To wtedy zabił po raz pierwszy. „Lekko się mówi, ale zabicie człowieka, to jest ogromne przeżycie, zwłaszcza dla młodego człowieka, dwadzieścia dwa lata tylko przecież miałem… I obojętnie, że to wróg, że kierowała mną nienawiść i walka o życie – i tak się to przeżywa” (Ścibor-Rylski 2019, s. 29–30). To częsty wątek we wspomnieniach żołnierzy, konspiratorów – jak poradzić sobie ze świadomością, że zabiło się człowieka.

W końcu dowódca, major Władysław Prohazka, polecił swoim żołnierzom, aby przebijali się dalej w mniejszych grupach – tak być może mieliby większe szanse.

Zbigniew razem z kilkoma towarzyszami trafili do Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” gen. Franciszka Kleeberga, pod którego rozkazami stoczyli ostatnią wielką bitwę tamtej kampanii – bitwę pod Kockiem. Po kapitulacji próbowali przedostać się do Francji, ale szybko dostali się do niewoli. A potem obóz, jeden, drugi. W Kielcach nawet odszukała go matka, która próbowała wykupić swoje najmłodsze dziecko – miała jeszcze trzy córki – ale zanim zdążyła to zrobić, Zbigniew już został przewieziony dalej.

Trafił do niemieckiego gospodarstwa, a potem do kolejnego. Doił krowy, zbierał buraki cukrowe, nosił worki. Gdy okazało się, że jako urodzony na wschodzie – a pochodził z Browek niedaleko Kijowa – zostanie przekazany Sowietom, postanowił uciec. Razem z nim z cegielni w Pyrzycach wiosną 1940 r. uciekło kilkudziesięciu innych jeńców.

Czytając wspomnienia polskich jeńców wojennych, można odnieść wrażenie, że doświadczenie ich codzienności w obozach, na robotach przymusowych, na które wysyłano ich wbrew konwencji, czy podczas ucieczek to ciągle temat nieopisany, a w najlepszym razie – zapomniany. A przecież obozy jenieckie były doświadczeniem powszechnym, wpływającym na życie tysięcy ludzi.

Droga do domu zajęła Zbigniewowi kilka miesięcy. W jej trakcie ukrywał się po polach, lasach, udawał Włocha sprzedającego sery – i zawędrował aż do Wrocławia (Breslau). Do Warszawy wrócił dzięki pomocy pewnego Polaka, który w zamian za pomoc w przeszmuglowaniu mięsa kupił mu bilet na pociąg. Na Dworcu Głównym, wówczas Warschau Hauptbahnhof, wysiadł dokładnie 1 września 1940 r.

Miasto było zniszczone. Wiele domów leżało w gruzach po tym, jak zostały zburzone we wrześniu 1939 r., a Niemcy nie pozwolili ich odbudować. Ten widok na wielu działał deprymująco. We wtorek 19 marca 1940 r. Stanisław Rembek, pisarz, autor m.in. opowiadań i powieści o wojnie polsko-bolszewickiej, notował w dzienniku:

W ogóle Warszawa jak zwykle zrobiła na mnie bardzo przygnębiające wrażenie. Ponieważ rozbierają popalone domu, więc coraz bardziej widać ogrom zniszczenia. Trudno zrozumieć, gdzie się mogą pomieścić w nocy te tłumy ludzi snujących się po jezdniach obok zadrutowanych chodników i piętrowych kup brudnego śniegu […] [Rembek 2000, s. 32].

I o ile z czasem do tych ruin ludzie się przyzwyczaili, o tyle miasto z każdym rokiem stawało się miejscem coraz niebezpieczniejszym. Przyczyniały się do tego łapanki, egzekucje, prawo zezwalające Niemcom na zrobienie z człowiekiem wszystkiego, czy w końcu sama obecność okupantów na ulicach. Wszystko to przekształcało dobrze znane ludziom ulice, place i domy w krajobraz strachu. Wymuszało na nich nieustanną adaptację do nowych, przerażających warunków.

Zanim Zbigniew zaczął tego doświadczać, pojechał pod jedyny pewny adres – do siostry, na Żoliborz. Tam spotkał matkę, która po latach tak pisała o ich spotkaniu:

słyszę dzwonek, biegnę drzwi odemknąć, a tu na progu stoi Zbyszek zmieniony do niepoznania, bo z brodą i baczkami, ale na szczęście wcale nie taki mizerny, jak sobie wyobrażałam. Trudno wprost opisać naszą radość, wzruszenie i szaloną wdzięczność do Stwórcy, który go chronił od złych przygód i doprowadził do mnie szczęśliwie [Ścibor-Rylska VII, k. 28].

Usiedli i zaczęli rozmawiać. A może najpierw się uściskali tak, jak potrafią się ściskać tylko ludzie, którzy przez rok bali się o siebie nawzajem. Ale na pewno rozmawiali. W końcu rozmowa dobiegła końca, pewnie bardziej ze zmęczenia niż braku tematów do dyskusji. Najważniejsze było to, że się odnaleźli.

Więzy rodzinne podczas wojny są prawdopodobnie niedoceniane. Człowiek w naturalny sposób potrzebuje przestrzeni, w której czułby się choćby w niewielkim stopniu bezpiecznie. Jak przekonuje Yi-Fu Tuan, amerykański geograf chińskiego pochodzenia, jeden z twórców geografii humanistycznej, siła człowieka bierze się z liczebności i organizacji. Wspólnie działając, człowiek jest zdolny oswoić środowisko, w którym żyje (Tuan 2013, s. 8). Stąd brała się siła konspiracji, która dawała ludziom poczucie siły, w tym także tkwiła siła rodziny. Więzy rodzinne, jak więź matki z dzieckiem, należą według psychologów do najsilniejszych więzów łączących ludzi. W czasie wojny wiązało się to z oczywistym strachem o członków rodziny. Ale nie tylko. Józef Pieter, psycholog, przekonywał, że troski o „swoich” niosą ze sobą premię w postaci nadania sensu własnym poczynaniom, „biegowi życia w ogóle. Powodują to, że życie – na czas obiektywnego istnienia więzi i subiektywnego trwania danych trosk – jest sensowne i ważne” (Pieter 1971, s. 104). Wydaje się, że w warunkach okupacyjnych taki sens życia mógł mieć kapitalne znaczenie dla samego przeżycia wojny.

„Stanisław”

Podobnego sensu wielu szukało w konspiracji. Zbigniew szybko znalazł do niej dojście. To był całkowity przypadek. Idąc Alejami Ujazdowskimi, natknął się na swojego dawnego dowódcę, majora Prohazkę. Obaj zapewne nie przypuszczali, że po tym, gdy we wrześniu 1939 r. musieli się rozstać, jeszcze się zobaczą. Nietrudno więc sobie wyobrazić, że tamto spotkanie sprawiło jednemu i drugiemu radość. Długo zapewne rozmawiali, wspominając i ciesząc się, że żyją.

W końcu dyskusja zeszła na sprawę tego, co dalej. Dawny dowódca skontaktował go „z punktem konspiracji w Alejach Ujazdowskich – to było ZWZ (Związek Walki Zbrojnej). Fotografię dostarczyłem i po jakichś dwóch, trzech dniach dostałem papiery opiewające na Jankowskiego. I jako Jankowski przeżyłem całą okupację. Takie były moje konspiracyjne początki” (Ścibor-Rylski 2019, s. 41). Otrzymał też pierwszy pseudonim – „Stanisław”.

To pod nim przydzielono go do komórki zajmującej się typowaniem zrzutowisk dla samolotów latających z Anglii. Wybór miejsca miał wielkie znaczenie. Chodziło o to, aby dany obszar był nie tylko łatwy do odnalezienia dla pilota, lecz także bezpieczny. Niewielka odległość od niemieckiego posterunku stanowiła olbrzymie zagrożenie. Obsada lądowiska oraz skoczkowie, cichociemni, musieli mieć czas na zebranie się po zrzucie i opuszczenie okolicy. Za to wszystko, wskazanie miejsca oraz przeszkolenie oddziału opiekującego się zrzutowiskiem, odpowiedzialny był m.in. Ścibor-Rylski. Oczywiście nie wszędzie. Każdy pracownik komórki miał swój rejon. „Stanisław” działał niedaleko Wyszkowa. Tam gdzie nocą z 3 na 4 marca 1942 r. skakali m.in. Stanisław Jankowski „Agaton”, Jan Kochański „Jarma” oraz Bohdan Piątkowski „Mak”. Pierwszy z nich zostanie później jego przyjacielem, drugi będzie ówcześnie mężem jego przyszłej żony, a trzeci ożeni się z jego najmłodszą siostrą, Danutą. Z tej trójki tylko „Agaton” przeżyje wojnę.

Nie wiemy, czy Stanisław i Zbigniew spotkali się już tamtej nocy. Ścibor-Rylski nie pozostawił żadnego wspomnienia na ten temat. Ale obszerna relacja Jankowskiego również nie odpowiada na to pytanie. Opisując spotkanie z obsadą placówki, zanotował: „nie wyglądali ani bohatersko, ani tajemniczo. Zwyczajnie, dosyć biednie. […] Jedyny wśród nich nienaganny cywil to delegat z Warszawy, w mocno sfatygowanym miejskim paletku i granatowej narciarce z opuszczonymi nausznikami” (Jankowski 2019, s. 216).

Opis ten pozostawia spore pole do interpretacji. Wiadomo, że „Agaton” i „Stanisław” (następnie „Motyl”) znali się później. Być może poznali się przez Danutę, siostrę Zbigniewa, może dopiero w Powstaniu Warszawskim, a może właśnie nocą 3 na 4 marca. Tego nie wiemy i już się nie dowiemy. To doskonały przykład na to, że wiele dyskusji o konspiracji jest skazanych na poruszanie się w sferze domysłów. Brak dokumentów, potrzeba zachowania tajemnicy, czyli to, co było podstawą działania podziemia, po latach skutkują pytaniami bez odpowiedzi.

Rykszą do getta

Zbigniew wielokrotnie wyjeżdżał z Warszawy, aby nadzorować odbiór zrzutu bądź wystawić skoczkom odpowiednie dokumenty. Z tego powodu co jakiś czas nie pojawiał się na noc w domu. Musiało to wzbudzać zainteresowanie Marii. Szczególnie gdy Danuta doniosła jej, że widziała brata pewnego wieczoru w kasynie, które Niemcy urządzili w alei Szucha, w dawnym kasynie oficerskim. Polskie Państwo Podziemne wszelkimi sposobami starało się zniechęcić Polaków do uczęszczania tam. Publikowano artykuły w prasie, ujawniano nazwiska bywalców, a nawet wrzucono tam bombę. Nietrudno więc zrozumieć, że dla Marii wiadomość o tym, że Zbigniew bywa w takim miejscu, była szokiem.

Odsłanianie dzisiaj podobnych epizodów z czasów okupacji, szczególnie gdy mowa o kimś, kto zyskał status bohatera, nie jest proste. Łatwo bowiem w ten sposób zrobić człowiekowi krzywdę, rzucając fałszywe oskarżenia. Poza oczywistym zbadaniem sprawy warto pokazać ją w szerszym kontekście, zniuansować, ale należy też pamiętać, jak działa ludzka psychika w warunkach takich jak okupacja. Chcąc przeżyć, trzeba zmienić zasady, jakimi powinno się kierować. To, co przed wojną było moralnie naganne, w jej trakcie mogło się okazać niezbędne do przeżycia.

W tym przypadku nie ma pewności, czy Danuta nie zmyśliła całej historii razem z bratem, aby wyjaśnić jego nocne nieobecności. Być może uznali, że lepiej, by matka nie wiedziała o jego podziemnej działalności. Stosowanie takich legend było w pracy konspiracyjnej normą. W ciągu dnia znakomitą przykrywką i zabezpieczeniem przed niemieckimi kontrolami była dla Zbigniewa z kolei praca zawodowa, którą podjął krótko po powrocie do Warszawy. Zatrudnił się w firmie farmaceutycznej Spiess i Synowie. Po latach wspominał, że „dwaj bracia Krajewscy założyli transportowe przedsiębiorstwo rykszowe, jako usługi dla nich. Spiess robił lekarstwa i ja je do aptek na tej rykszy towarowej rozwoziłem” (Ścibor-Rylski 2019, s. 41). Dzięki temu mógł obserwować okupacyjną Warszawę. Bywał również w getcie. Woził tam leki dla dzieci, a także żywność. Nie opowiadał o tym zbyt wiele. W jednym z wywiadów mówił tylko: „Widziałem tragedię. Niektórzy leżeli na chodnikach albo umierali w rynsztokach. Do dziś mam w oczach potworny widok ludzi szkieletów” (Ścibor-Rylski 2013).

Czasem pomagała mu matka. Sama podczas okupacji podejmowała się różnych dorywczych zajęć. Była m.in. ekspedientką w sklepie spożywczym. Żeby ułatwić synowi pracę, brała mniejsze paczki z lekarstwami i dostarczała je pod wskazane adresy, oszczędzając mu konieczności pokonywania dodatkowych kilometrów. „On biedaczek dostarczał ciężkie butle szklane, olbrzymie blaszane pudła, worki i paki przeróżnych gryzących kwasów i najróżniejszych chemikaliów, które trzeba było b[ardzo] ostrożnie wieźć, aby się nic nie zbiło, nie wybuchło przy wstrząsach lub nie wylało” (Ścibor-Rylska VII, k. 33).

Owo dbanie o to, aby przewożony towar się nie uszkodził, omal nie doprowadziło Ścibor-Rylskiego do śmierci. Sporo miejsca w swoich zapiskach poświęciła tej historii Maria:

Pewnego dnia, w zimie, gdy na jezdni było b[ardzo] ślisko i zwały śniegu piętrzyły się po bokach, trzeba było przeważnie jechać środkiem ulicy i wciąż uważać na niemieckie auta, które pędziły jak zwariowane, nie bacząc na to, że mogą najechać na inny wehikuł. Gdy te inne pojazdy nie zjechały im z drogi dość szybko, wściekali się es[es]mani siedzący wewnątrz i wrzeszczeli jak opętani na tych, którzy im drogę z musu czy niechcący zagrodzili. Gdy Zbyszek jadąc b[ardzo] obciążony, nie mógł zjechać na bok, bo wszędzie pryzmy zlodowaciałego śniegu sterczały koło chodników, niemczury jadący z tyłu zniecierpliwieni, iż ich wrzaski nie odniosły skutku, stanęli i do Zbyszka skoczyli [tamże, k. 33–34].

Szybko zaczęli go popychać, kopać, bić po głowie. Nie przestali, nawet gdy upadł na ziemię. Przed dalszym znęcaniem się uratowała go legitymacja pracownika firmy Spiess i Synowie, firmy produkującej na potrzeby Trzeciej Rzeszy. Ostatecznie skończyło się potłuczeniem całego ciała oraz wstrząsem mózgu. Do domu wrócił o własnych siłach, ale gdy Maria zobaczyła, w jakim jest stanie, zabrała go do lekarza, ten zaś przypisał leki i zalecił dużo odpoczynku.

Szklana kula

Kurację trwającą kilka tygodni odbywał w mieszkaniu w alei Szucha. Żeby miał więcej spokoju, Maria przeniosła go z salonu, gdzie spał na co dzień, do jej sypialni. Kiedy dokładnie cała historia się wydarzyła, nie wiadomo. To, czego jesteśmy pewni, to że latem 1943 r. Zbigniew opuścił Warszawę. Dostał przydział na Wołyniu. Tamtejsza Armia Krajowa potrzebowała specjalisty od zrzutów, a Zbigniew – przypadkowo (sic!) – zgłosił się do tego zadania. Spakował więc walizkę, pożegnał się z matką i poszedł na dworzec. Ten sam, na którym trzy lata wcześniej wysiadał po ucieczce z obozu.

Dla Marii był to kolejny już trudny moment podczas okupacji. Najpierw w 1942 r. zmarła Ewa, jedna z jej córek. Zostawiła męża i dwuletniego synka, Oskara. W grudniu tego samego roku Niemcy aresztowali Bohdana Piątkowskiego, wówczas już męża Danuty. Maria bardzo go polubiła. Kilka miesięcy później zginął. Potem Zbigniew wyjechał, a już jesienią 1943 r. musiała opuścić mieszkanie w alei Szucha. Włoska opieka przestała mieć dla Niemców znaczenie. Wyrzucili Ścibor-Rylskich na ulicę, apartament oddając zapewne jakiemuś oficerowi albo volksdeutschowi. Maria pojechała na Żoliborz, do Kaliny, najstarszej z córek. Tam doczekała powstania.

***

Te kilka dramatów – tak naturalnych dla tamtych lat – jak widać, łatwo opisać na kilku stronach. Ale ogromu emocji towarzyszących wówczas ludziom, które musieli później nieść z sobą, nie sposób ograniczyć nawet do tego jednego tekstu. Wydaje się jednak, że należy próbować o tym opowiadać. Tylko wtedy bowiem mamy szansę dostrzec coś w szklanej kuli polskich losów. Wbrew temu, co pisała Zofia Romanowiczowa (Romanowiczowa 2021, s. 19), zamieć w niej nie trwała tylko jedną noc. Patrząc w tę kulę, można odnieść wrażenie, że płatki śniegu poderwane wstrząsem w roku 1939, do dzisiaj nie opadły i uparcie zasłaniają nam widok.


Bibliografia

Jankowski S. (2019), Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie, Warszawa.

Moraczewski J. (2016), Dziennik wydarzeń 1939–1944, oprac. J. Dufrat, P. Cichoracki, Łomianki.

Ossowska W. (1990), Przeżyłam… Lwów–Warszawa 1939–1946, Warszawa.

Pieter J. (1971), Strach i odwaga, Warszawa.

Rembek S. (2000), Dziennik okupacyjny, Warszawa.

Romanowiczowa Z. (2021), Szklana kula, Warszawa.

Ścibor-Rylska M. (VII), „Pamiętniki No VII Marii Ścibor-Rylskiej”, Biblioteka Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, Dział Rękopisów, nr inw. Akc. 108/09.

Sapolsky R.M. (2012), Dlaczego zebry nie mają wrzodów? Psychofizjologia stresu, tłum. M. Guzowska-Dąbrowska, Warszawa.

Ścibor-Rylski Z. (2013), Pamiętam, jak patrzyłem na getto (rozmawiał T. Urzykowski), „Gazeta Wyborcza”, 17 kwietnia.

Ścibor-Rylski Z. (2019), Szczęście żołnierza, red. i oprac. A. Sańczuk, b.m.w.

Tuan Y.-F. (2013), Landscapes of Fear, Minneapolis.


Korekta językowa: Beata Bińko 




Geneza i rozwój różnych koncepcji państwowości wśród inteligencji łemkowskiej (1918–1921)

ANNA WILK

Geneza i rozwój różnych koncepcji państwowości wśród inteligencji łemkowskiej (1918–1921)

Zakończenie I wojny światowej i znaczące zmiany na mapie Europy Środkowej i Wschodniej doprowadziły do formowania w tym regionie nowych państw. Proces zmian, na kanwie którego narody znajdujące się dotychczas w granicach Austro-Węgier otrzymały prawo do samostanowienia, objął także mniejsze nacje i grupy etniczne, w tym Łemków. Po upadku monarchii habsburskiej zamieszkane przez ludność łemkowską ziemie od rzek Osławy i Laborca po linię Popradu zostały podzielone między Polskę a Czechosłowację. Łemkowszczyzna północna, rozciągająca się od tzw. Rusi Szlachtowskiej oraz rzeki Poprad w Beskidzie Sądeckim po pasmo wielkiego Działu w Bieszczadach, z ponadstutysięczną społecznością rusińską, ponownie została włączona w kształtujące się granice państwa polskiego pod władzą Polskiej Komisji Likwidacyjnej (Reinfuss 1936; Kwilecki 1967, s. 39).

W tej sytuacji politycznie podzielona inteligencja łemkowska, pozostająca pod wpływem działaczy różnych stronnictw politycznych z Galicji Wschodniej, podjęła próby szukania dogodnych dróg przynależności państwowej ich etnicznych ziem. Wpływ na rozwój wydarzeń miała kontynuacja istniejącej przed wojną rywalizacji o Łemków, tj. aktywności obozów rusofilsko-staroruskiego i ukraińskiego mających różne koncepcje przynależności narodowej ludności rusińskiej Galicji Wschodniej i Łemkowszczyzny, na którą za sprawą inteligencji wykształconej we Lwowie od końca XIX w. stopniowo docierały hasła narodowościowe: rusofile dążyli do połączenia z Rosją, starorusini do uznania Rusinów za odrębny naród, Ukraińcy natomiast walczyli o rozwój ukraińskiego ruchu narodowego. Ludność łemkowska, wywodząca się z grupy Słowian wschodnich, stała się w naturalny sposób społecznością, którą włączano do wyżej wymienionych nacji. Rozwój orientacji staroruskiej i rusofilskiej na Łemkowszczyźnie wynikał z konserwatywności Łemków i częściowej izolacji od ludności ukraińskiej. Ponadto otoczeni przez osadnictwo zachodniosłowiańskie Łemkowie wytworzyli swoistą kulturę i tożsamość, u części z nich opartą m.in. na przekonaniu o rosyjskim rodowodzie. Ruchy staroruski i prorosyjski stały się opozycyjne wobec ukraińskiego. Wspólne antagonizmy osiągnęły apogeum podczas I wojny światowej, w trakcie której część staroruskich i rusofilskich działaczy także z terenu Łemkowszczyzny trafiła do obozu w Thalerhofie, za co stronnictwa te oficjalnie oskarżały działaczy ukraińskich (por. J. Moklak 1997).

W pierwszych latach po zakończeniu wojny doświadczona podziałami i zewnętrznymi wpływami inteligencja łemkowska podjęła pierwsze znaczące dla rozwoju grupy działania polityczne z obawy o podział zamieszkiwanego dotychczas terytorium. Niepewna swojego losu w granicach Polski, przedsięwzięła próby utworzenia samodzielnych jednostek administracyjnych. Ich powstanie wiązało się ściśle z oddziaływaniem poszczególnych stronnictw narodowych i ich stopniem popularności w poszczególnych częściach Łemkowszczyzny. W jej wschodniej części większym niż w pozostałych regionach uznaniem cieszyło się stronnictwo ukraińskie, na co wpływały związki polityczne ze Lwowem, skąd przenikały ukraińska myśl narodowa i postulaty utworzenia państwa z Łemkowszczyzną jako częścią składową. W zachodniej części Łemkowszczyzny większą popularność wśród inteligencji łemkowskiej zdobył ruch rusofilski. Na sympatie te mogła rzutować pamięć represji austro-węgierskich i legendy Thalerhofu, umacniające postawę antyukraińską (zob. Moklak 1997, s. 35), umiejętnie podsycaną przez rusofilskich działaczy. Podział wpływów na terenie ziem łemkowskich znalazł oddźwięk w manifestowanej przynależności państwowej i doprowadził do ukształtowania kilku jej koncepcji.

W listopadzie 1918 r. następstwem wieców w Komańczy i Wisłoku stało się powstanie Ukraińskiej Rady Narodowej, tzw. Republiki Wisłockiej. Jej powołanie było odpowiedzią na proklamację we Lwowie Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej (ZURL). Inicjatorzy powstania wisłockiej jednostki administracyjnej – greckokatoliccy księża Pantełejmon Szpylka i Mychajło Tesla – dążyli do połączenia Sanoka z Ukrainą (Moklak 1997, s. 35; Horbal 1997, s. 115; Kokowśkyj 1934, s. 116). Republika Wisłocka była jednak zbyt słaba i dysponowała zbyt małą liczbą ludności, by dokonać skutecznego szturmu na Sanok i doprowadzić do jego oderwania. W styczniu 1919 r. oddziały polskie uderzyły na Komańczę, likwidując Ukraińską Radę Narodową (Moklak 1997, s. 38; 2007, s. 6; Kokowśkyj 1934, s. 117). Polska Komisja Likwidacyjna dostrzegała niebezpieczeństwo dla państwa w Ukraińcach, którzy mogliby być propagatorami zbrojnego ataku na Polskę celem oderwania tegoż obszaru oraz zwrócenia międzynarodowej uwagi na kwestię Ukrainy Zachodniej (Papierzyńska-Turek 1979, s. 36). Podejrzewano ich zwłaszcza o udział w formowaniu zbrojnych oddziałów z uchodźców przebywających w Czechosłowacji (Horbal 1997, s. 66; zob. też ANKr, KWPP, 133, styczeń 1922, k. 89). Doprowadziło to do wzmożonej kontroli środowisk ukraińskich również na terenie Łemkowszczyzny, zwłaszcza ruchów polityczno-społecznych, lecz także kulturalnych oraz oświatowych (ANKr, KPPPG, 72, 30 XI 1921 r., b.p.). Prawdopodobnie też z tych przyczyn zaraz po upadku łemkowskiej Republiki Wisłockiej ruch ukraiński zmniejszył na tym obszarze aktywność polityczną.

Pierwsza jednostka administracyjna powołana na Łemkowszczyźnie powstała z inicjatywy inteligencji łemkowskiej o ukraińskiej tożsamości oraz działaczy ukraińskich; ci drudzy zdaniem PKL mieli być wysłannikami specjalnie w tym celu powołanych ośrodków propagandowych w Tarnopolu i Stanisławowie. Według tej dokumentacji ludność łemkowska na tym obszarze zachowywała się lojalnie wobec władz polskich (ANKr, StPG II, 11, 6 I 1919 r., b.p.). Niezależnie od stopnia zewnętrznych wpływów powstanie i funkcjonowanie Republiki Wisłockiej było punktem zwrotnym, w którego konsekwencji tworzono kolejne manifestacje.

Od opcji prorosyjskiej do autonomii

Powstanie republiki w Wisłoku doprowadziło do zwołania na terenie Łemkowszczyzny zachodniej wieców w celu przeprowadzenia dyskusji o połączeniu ziem łemkowskich z Ukraińską Radą Narodową. Koncepcji tej sprzeciwiali się działacze prorosyjscy, którzy podjęli próbę powołania własnej władzy zwierzchniej. 27 listopada 1918 r. na wiecu w Gładyszowie doszło do utworzenia Ruskiej Rady Ludowej, tzw. Łemkowskiej Republiki Gładyszowskiej (Moklak 1997, s. 38; Horbal 1997, s. 39; Kokowśkyj 1934, s. 117). Jej inicjatorzy manifestowali przynależność Łemków do narodu rosyjskiego, opowiadali się za połączeniem z Rosją, nauką w szkołach języka rosyjskiego, a także za wydaleniem duchownych ukraińskich z Łemkowszczyzny – ponieważ ci uchodzili za krzewiciela ukraińskości (Horbal 1997. s. 38; Moklak 1997, s. 40; Tarnowycz 1936, s. 246). Ruska Rada w Gładyszowie stała się podwaliną powołanej na kolejnym wiecu, 5 grudnia 1918 r. we Florynce, na którym zebrało się 500 osób, Ruskiej Narodowej Republiki Łemków. Republika obejmowała swym zasięgiem Florynkę z przylegającymi do niej wsiami. Jej władze utworzyły Naczelną Radę Łemkowszczyzny (NRŁ), która stała na czele powiatowych ruskich rad powołanych dla powiatu gorlickiego, sądeckiego, jasielskiego i krośnieńskiego. W sprawę byli mocno zaangażowani miejscowi działacze łemkowscy: dr Aleksandr Cichański, adwokat Jarosław Kaczmarczyk, Wasyl Kuryłło, Mykoła Gromosiak z Krynicy, Metody Trochanowski z Krynicy oraz Dmytro Chylak. Naczelna Rada Łemkowszczyzny ogłosiła się jedyną władzą na Łemkowszczyźnie, a przewodził jej proboszcz Czarnego, greckokatolicki ksiądz Mychajło Jurczakiewycz (Horbal 1997, s. 40; Kwilecki 1967, s. 40; Łemkin 1969, s. 154; Olszański 1988, s. 49). Powiatowe ruskie rady, składające się z 12 osób i przedstawiciela, miały się stać naczelną władzą w powiecie, nadzorując wszystkie sprawy administracyjne z wyłączeniem sądownictwa (PAN Kr, RPS, 4177, k. 39; Lasocki 1931, s. 57). W metrykach oraz dokumentach urzędowych wpisywano obywatelstwo Ruskiej Narodowej Republiki (ANKr, KWPP, 133, k. 18).

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Lemko_Republic_in_Poland_cropped.svg

Działacze rusofilscy skupieni wokół Ruskiej Narodowej Republiki w obliczu zdezaktualizowania się koncepcji inkorporacji do Rosji zwrócili się ku orientacji czechofilskiej. Wybór ten był istotny dla inteligencji łemkowskiej, zważywszy na przerwanie kontaktów łemkowskiej północy z południem w konsekwencji kształtowania granic po upadku monarchii habsburskiej. Zmiany te były dotkliwe zwłaszcza dla regionów związanych ekonomicznie z Preszowszczyzną m.in. przez wspólny rynek zbytu, szeroką wymianę handlową czy sezonowe prace rolne (Moklak 1997, s. 40; Kwilecki 1967, s. 40; Tarnowycz 1936, s. 247; Olszański 1988, s. 48). W celu unifikacji Łemkowszczyzny po obu stronach Karpat działały lokalne organizacje i komitety łemkowskie. Po południowej stronie ośrodek tego ruchu znajdował się w Preszowie na Słowacji, gdzie powołano Karpato-Ruską Radę Narodową (KRNR), której przewodniczącym został Antoni Beskyd, były poseł do parlamentu węgierskiego (Mahoczij 1994, s. 57; Kwilecki 1967, s. 41; Łemkin 1969, s. 154; zob. Olszański 1988, s. 49). Sprawę popierał także czołowy rusofilski działacz z terenu byłej Galicji Wschodniej Dmitrij Markow (Horbal 1997, s. 53), co potwierdza, że inteligencja łemkowska w tej kwestii działała w ścisłej współpracy z obozem rusofilskim.

Sprawę połączenia Łemkowszczyzny z Czechosłowacją szczególnie wspierał Antoni Beskyd, współpracujący z Mychajłem Jurczakiewyczem (ANKr, KWPP, 97, 13 V 1919, b.p.). Antoni Beskyd starał się doprowadzić do unifikacji łemkowskich ziem z Rusią Zakarpacką, m.in. szukając poparcia Słowackiej Rady Narodowej, która gwarantowała autonomię Kościołów i szkół rusińskich. Wpływ na powstanie autonomicznej prowincji w ramach Czechosłowacji miała emigracja w Stanach Zjednoczonych, skupiona wokół Kościoła greckokatolickiego i utworzonej w lipcu 1918 r. Amerykańskiej Rady Narodowej Uhro-Rusinów z adwokatem Jerzym Żatkowyczem na czele (Magocsi 1985, s. 32; zob. Olszański 1988, s. 52; Mahoczij 1994, s. 55–56).

We Florynce utworzono Komitet do Współpracy i Ogólnej Organizacji z Rusią Węgierską. 21 grudnia 1918 r. w Koszycach doszło do porozumienia Naczelnej Rady Łemkowszczyzny z Ruską Radą Preszowszczyzny. W obliczu oczywistego fiaska koncepcji przyłączenia ziem zamieszkanych przez Łemków do Rosji działacze rusofilscy rozpoczęli po kongresie w Koszycach poszukiwanie pomocy w granicach Czechosłowacji. 23 stycznia 1919 r. w Krynicy NRŁ przekazała władzę Karpato-Ruskiej Radzie w Preszowie (Moklak 1997, s. 40). 9 lutego 1919 r. w gazecie „Gołos Russkogo Naroda” w Pradze działacze rusofilscy opublikowali proklamację uznającą Łemkowszczyznę za autonomiczną część Republiki Czechosłowackiej. 5 marca na łamach praskiego czasopisma „Morgenzeitung” ukazała się Proklamacja Rusinów podkarpackich za przyłączeniem się do Czecho-Słowaków następującej treści: „Ponieważ widzimy, że połączenie naszego kraju ze zjednoczonym państwem rosyjskim nie może być urzeczywistnione, życzymy sobie ogólnie żyć z naszymi braćmi Czecho-Słowakami. Życzenie to podziela nie tylko 500 000 w naszym kraju żyjącej ludności, ale także nasi w Ameryce przebywający emigranci, którzy w tym względzie swą wolę wynurzyli. Przeto oświadczamy przed całym kulturalnym światem, że od dzisiaj uważamy się jako autonomiczna część Czecho-słowackiej Republiki” (ANKr, StPG II, 11, „Morgenzeitung” nr 64 z 5 III 1919 o proklamacyi ruskiej, b.p.).

Tekst memoriału dotyczącego połączenia Łemkowszczyzny z Preszowszczyzną został przedstawiony rządowi Czechosłowacji (Moklak 1997, s. 41; Magocsi 1985, s. 32; zob. Olszański 1988, s. 52; Mahoczij 1994, s. 55–56; ANKr, StPG II, 11, „Morgenzeitung” nr 64 z 5 III 1919 o proklamacyi ruskiej, b.p.). Władze Czechosłowacji co prawda udzieliły azylu łemkowskim działaczom Aleksandrowi Hassajowi, Dmytrowi Sobinowi oraz Aleksandrowi Cichańskiemu, gdy zagrożeni aresztowaniem udali się na emigrację, ale do kwestii autonomii Rusi Podkarpackiej, w skład której miałaby wejść Łemkowszczyzna, odnosiły się z rezerwą. Prezydent Tomáš Masaryk przyjął łemkowską delegację, nie podjął jednak jakichkolwiek kroków w kwestii łemkowskiej (Horbal 1997, s. 54). Rząd czechosłowacki nie zamierzał wspierać rusofilskich postulatów mimo konfliktu granicznego z Rzecząpospolitą Polską, żywiąc zarazem nadzieję, że strona polska nie poprze starań Węgrów o południową Słowację z Preszowem i Koszycami oraz południowo-zachodnią Ruś Zakarpacką, ziemie zamieszkane przez ludność węgierską (Lewandowski 1974, s. 183; Nowinowski 1997, s. 46). Chociaż premier Karel Kramar przystał na poparcie projektu na konferencji pokojowej w Paryżu, również tam postulaty łemkowskie nie zyskały akceptacji.

Strona polska początkowo nie dostrzegała problemów ludności łemkowskiej i kwestii przynależności terytorialnej Łemkowszczyzny, którą uważała za integralną część państwa polskiego. Dlatego też powstanie Ruskiej Narodowej Republiki zostało zdecydowanie potępione przez lokalne władze: komisarz Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Gorlicach oceniał działalność Ruskiej Rady jako wysoce niebezpieczną dla Polski (PAN Kr, RPS, 4173, k. 72).

Zdaniem ukraińskiego historyka Juliana Tarnowycza przedstawionym w „Ilustrowanej historii Łemkowszczyzny” z 1936 r. początkowe tolerowanie łemkowskich wieców przez władze polskie miało wynikać ze słabości i niestabilności państwa, a także oczekiwania, że konflikt rusofilsko-ukraiński okaże się politycznie korzystny dla strony polskiej (Tarnowycz 1936, s. 246; zob. Olszański 1988, s. 47). Wydaje się jednak, iż władze polskie, zajęte odbudową państwa i narastającym konfliktem z Zachodnioukraińską Republiką Ludową, nie traktowały poważnie łemkowskich postulatów, tym bardziej że te w kwestii inkorporacji Łemkowszczyzny do Rosji były w tym czasie nierealne do spełnienia i nie stanowiły zagrożenia dla granic państwa.

Zważywszy na to, że cała południowa część Łemkowszczyzny graniczyła z Preszowszczyzną, ogłoszone przez rusofilów hasła unifikacji tych ziem wywołały u władz poważnie obawy o zbrojną interwencję strony czechosłowackiej (ANKr, KPPPJ, 97, k. 21). 28 listopada 1918 r. Zygmunt Lasocki, naczelnik Wydziału Administracji PKL, nakazał utworzenie w miastach i wsiach oddziałów straży państwowej. Na teren Łemkowszczyzny wkroczyło wojsko. W odpowiedzi na to działacze rusofilscy odmówili podporządkowania się polskiej administracji, płacenia podatków, składania przysięgi państwu polskiemu przez nauczycieli, noszenia orzełków, a nawet sprzedaży żywności Polakom (PAN Kr, RPS, 4177, k. 17).

Część administracji lokalnej uważała ludność łemkowską za lojalną wobec państwa, dopatrując się zagrożenia ze strony działaczy rusofilskich, którzy mieli podburzać spokojnych dotąd Łemków i wywoływać – w ich ocenie sztucznie – konflikty (PAN Kr, RPS, 4179, k. 37). Władze lokalne PKL starały się doprowadzić do porozumienia, w Grybowie planowano podpisać ugodę z reprezentacją Łemków (Przeniosło 2010, s. 260). Spowodowało to szybką reakcję Wydziału Administracji PKL, który zastrzegł sobie prawo do rozstrzygania sporów na tle narodowym, tym samym odsuwając od decyzji lokalne komitety. Początkowo strona polska zdecydowanie odmówiła zwolnienia ludności łemkowskiej z poboru do wojska, wymagając pełnego podporządkowania w tej kwestii. Łemkowie jako obywatele państwa polskiego mieli podlegać takim samym prawom i obowiązkom jaki inni obywatele. Komisarze lokalni PKL mieli się stosować do tych wytycznych bezwarunkowo, w razie potrzeby wspomagając się interwencją wojskową (PAN Kr, RPS, 4177, k. 17).

Wobec narastającego konfliktu strona polska celem uspokojenia sytuacji tymczasowo zwolniła Łemków ze służby w wojsku. 24 stycznia 1919 r. wykluczono ich z poboru, dzięki czemu nastroje się ustabilizowały (Horbal 1997, s. 65). Napięcie jednak rosło wraz z dalszymi odmowami płacenia podatków na rzecz Polski oraz rusofilskimi zgromadzeniami agitacyjnymi nawołującymi Łemków, by nie stawiali się do poboru do wojska (ANKr, KPPPG, 72, 5 IV 1920 r., b.p.; ANKr, StPG II, 11, 9 III 1919 r., b.p.; Tarnowycz 1936, s. 252; Olszański 1988, s. 48).

Sprawę powołania Ruskiej Rady badał polski wywiad; według jego ustaleń 16 marca 1919 r. działacze łemkowscy na zgromadzeniu w Krynicy podjęli decyzję o oderwania Łemkowszczyzny od Polski (ANKr, StPG II, 11, 9 III 1919 r., b.p.). W związku z tym strona polska wszczęła dochodzenie z zamiarem postawienia inicjatorom powstania Ruskiej Narodowej Republiki zarzutu zdrady stanu (ANKr, StPG II, 11, 13 III 1919 r., b.p.). Przeprowadzono także inwigilację w celu ustalenia, czy antypaństwowa działalność Ruskiej Rady ogranicza się jedynie do granic powiatu gorlickiego, czy objęła całą Łemkowszczyznę (ANKr, StPG II, 11, 26 IV 1919 r., b.p.). Ponadto powołano specjalne służby do pracy wywiadowczej wśród Łemków, a żandarmów Policji Państwowej pochodzenia łemkowskiego przeniesiono do powiatów zamieszkanych przez ludność polską (ANKr, KPPPJ, 97, k. 147).

Na łamach polskiej prasy pojawiały się artykuły poświęcone konfliktowi polsko-łemkowskiemu. „Kurier Polski” donosił o inicjatywach rządu Czechosłowacji, oskarżając go o zwerbowanie przywódców staroruskich i rusofilskich. Jako czołowych zwolenników koncepcji oderwania Łemkowszczyzny od Polski wymieniano w prasie Wasyla Kuryłłę i byłego posła na sejm węgierski Antoniego Beskyda, a także Aleksandra Hassaja, któremu zarzucano, iż pełni funkcję staroruskiego męża zaufania przy rządzie czeskim w Pradze (PAN Kr, RPS, 4179, 1 IV 1919 r., b.p.; Tarnowycz 1936, s. 253; zob. Olszański 1988, s. 48; Z. Lasocki 1931, s. 57; „Gazeta Lwowska” z 3 I 1919, „Goniec Krakowski” z 17 I 1919, „Głos Narodu” z 27 II 1919).

Oddziały polskie rozpoczęły pacyfikację Łemkowszczyzny za „antypaństwową postawę oraz prowokację czeskiego najazdu na Polskę”. W wielu miejscowościach dochodziło do represji, konfiskowano żywność oraz odzież (Horbal 1997, s. 65). W odpowiedzi na wkroczenie wojsk polskich na teren Łemkowszczyzny działacze rusofilscy jeszcze bardziej zdecydowanie postulowali przyłączenie zamieszkiwanych przez Łemków ziem do Czechosłowacji. Dopiero uchwała Wojskowej Komendy Uzupełnień w Krakowie z 26 lipca 1919 r., podtrzymująca w mocy rozporządzenie o zwolnieniu Łemków od poboru do wojska polskiego, spowodowała uspokojenie się antypolskich nastrojów wśród działaczy łemkowskich. Stan ten okazał się chwilowy. Już w listopadzie doszło na terenie Łemkowszczyzny do ponownej mobilizacji (ANKr, KPPPG, 72, 13 IV 1920 r., b.p.; ANKr, StPG II, 45, 21 X 1920 r., b.p.); co doprowadziło do uaktywnienia politycznego działaczy rusofilskich (ANKr, StPG, II, 11, 5 XII 1919 r., b.p.; ibidem, 1 XII 1919 r., b.p.).

W tym czasie na czoło aktywistów wysunął się Wiktor Hładyk, przedstawiciel łemkowskiej delegacji na konferencji pokojowej w Paryżu, który na zgromadzeniach agitacyjnych w pobliżu cerkwi po nabożeństwach przekonywał, aby Łemkowie nie stawiali się do poboru do wojska polskiego (ANKr, KPPPG, 72, 5 IV 1920 r., b.p.; ibidem, 11 IV 1920 r., b.p.; ANKr, StPG II, 11, 9 III 1919 r., b.p.). Hładyk z Zacharym Kopystiańskim doprowadził do spotkania działaczy rusofilskich 12 marca 1920 r. Na zebraniu tym powołano Radę Zwierzchnią Łemkowszczyzny, nową łemkowską reprezentacyjną organizację polityczną. Do Komitetu Wykonawczego weszli Jarosław Kaczmarczyk, Mykoła Gromosiak i Dmytro Chylak. Nowo powstała Rada opracowała memoriał, w którym domagała się wycofania wojsk z terenów zamieszkanych przez Łemków, wyrównania szkód spowodowanych działaniami wojennymi oraz apelowała do delegatów na konferencję pokojową w Paryżu o przeprowadzenie wśród Rusinów plebiscytu decydującego o przynależności państwowej (Horbal 1997, s. 80).

W odpowiedzi na utworzenie Rady Zwierzchniej Łemkowszczyzny władze polskie podjęły interwencję i zlikwidowały tę organizację łemkowską. Dodatkowo ogłosiły przymusowy pobór do wojska (Horbal 1997, s. 80). Namiestnictwo Policji Państwowej we Lwowie zakazało kolportażu rusofilskiego czasopisma „Ruskie Słowo”, wydawanego w Pradze (ANKr, KPPPG, 72, 1 V 1920 r., b.p.). 6 stycznia 1921 r. władze polskie aresztowały łemkowskich przywódców Jarosława Kaczmarczyka, Mykołę Gromosiaka i Dmytra Chylaka (ANKr, KPPPG, 72, 1 V 1920 r., b.p.; Moklak 1997, s. 42; Kokowśkyj 1934, s. 117). 10 czerwca 1921 r. przed Sądem Okręgowym w Nowym Sączu odbyła się rozprawa, podczas której wysunięto wobec nich zarzut wywołania wojny domowej, zdrady stanu na rzecz Czechosłowacji oraz przyczynienia się do zagrożenia agresją obcego państwa. Sąd uniewinnił oskarżonych, uwzględniając „wilsonowską zasadę samostanowienia narodów” (ANKr, KWPP, 133, k. 18). Zygmunt Lasocki wspominał: „Zaaresztowanie kilku prowodyrów i agitatorów doprowadziło ludność – pamiętającą jeszcze dobrze niedawne represje austriackie – do opamiętania” (Lasocki 1931, s. 58). Rzeczywiście antypaństwowe nastroje wśród Łemków wygasły. Pobór do wojska polskiego odbywał się już regularnie, co zakończyło okres konfliktów ze stroną polską (ANKr, KWPP, 133, k. 503). W obozie rusofilskim przyjęto wobec państwa bierną postawę, zaprzestano również oficjalnej agitacji na rzecz odłączenia Łemkowszczyzny od Polski. W ocenie Policji Państwowej Łemkowie mieli się odznaczać lojalnością względem władz (ANKr, KWPP, 133, 22 IV 1922 r., b.p.).

Policja Państwowa prowadziła w dalszym ciągu wzmożoną inwigilację środowiska, śledząc czołowych działaczy, podejrzewanych o agitację antypaństwową. W sprawozdaniach zaznaczano, że mimo oficjalnie biernej postawy politycznej nie zapomnieli oni o „dążnościach separatystycznych. Przebija się to [z] ich działalności dotychczasowej i wrogiego stanowiska względem państwowości”. W raportach donoszono o nieprzychylnym stanowisku księży i nauczycieli, którzy mieli sporządzać metryki w „języku ruskim”, dopisując „Okupacja Polska”. Wspominano także o konspiracji w celu przygotowania powstania, które miało wybuchnąć 1 marca 1921 r.: „W tym celu odbywać się mają po nocach potajemne wiece. Rozrzucane drukowane broszury nawołują do czujności i przygotowań na dzień 1 marca. […] Zauważono, iż wielu osobników w powiecie zajmuje się polityką […] obywatele są przez tut[ejszych] funkcjonariuszy pp inwigilowani i ściśle obserwowani, gdyż są silnie podejrzani o antypaństwową działalność, a nawet szpiegostwo na rzecz Ukrainy”. W związku z tym władze nie zezwoliły na powrót do Polski Aleksandrowi Cichańskiemu, oskarżonemu o konspirowanie z Czechosłowacją. Zebrany materiał archiwalny nie pozwala na jednoznaczne stwierdzenie, czy rzeczywiście planowano owo powstanie. Od 1922 r. środowisko łemkowskie było inwigilowane już tylko pod kątem działalności ukraińskich aktywistów. Z treści raportów 1922–1930 wynika, że strona polska uważała Łemków za lojalnych względem władzy (ANKr, StPNS, 85, k. 1148; ibidem, k. 1318, ibidem, k. 1154). Należy zauważyć, iż Łemkowie w pierwszych latach powojennych znajdowali się w ciężkiej sytuacji materialnej, potęgowanej zacofaniem gospodarczym zamieszkiwanych przez nich obszarów górskich. Położenie ekonomiczne tych terenów do końca lat dwudziestych się nie poprawiło, z tego też powodu w tym okresie nasiliło się zjawisko emigracji zarobkowej do Ameryki Północnej. Do Stanów Zjednoczonych wyjechał chociażby Jarosław Kaczmarczyk, przywoływany w artykule czołowy działacz łemkowski. Prawdopodobnie trudne warunki życiowe Łemków przesądziły, zwłaszcza u ludności mających tożsamość staroruską, o względnym stronieniu od spraw politycznych (ANKr, KWPP, 133, k. 503).

W latach 1918–1920 wzmogła się aktywność polityczna działaczy łemkowskich szczególnie o orientacji rusofilskiej, a przykład powoływania do życia kolejnych republik wskazuje na pogłębiający się rozłam polityczny i ideologiczny na terenie Łemkowszczyzny, przede wszystkim we wschodniej części, gdzie krzyżowały się wpływy stronnictwa rusofilskiego z działalnością ruchu ukraińskiego. Ruska Narodowa Republika powołana we Florynce 5 grudnia 1918 r. była najtrwalszym łemkowskim tworem administracyjnym. W stosunkowo krótkim okresie wśród inteligencji pojawiło się kilka koncepcji państwowości, od autonomii politycznej, przez opcje prorosyjską, czechofilską, po przyłączenia do ZURL. Co interesujące, w obliczu prób utworzenia autonomicznych administracji państwowych nie powstał jeden projekt, wspólny dla całej Łemkowszczyzny. Oznacza to, że miejscowa inteligencja, wykształcona we Lwowie i w Przemyślu, aktywizowała się jedynie w kierunku zgodnym z agitacją działaczy poszczególnych ruchów, opowiadając się zakoncepcjami politycznymi zrodzonymi w tych ośrodkach. Podział na strefy wpływów wschód–zachód zakorzeniał się w świadomości wszystkich działaczy pragnących zaktywizować Łemków. Podjęcie próby połączenia z Preszowszczyzną można interpretować jako manifestację poczucia wspólnoty etnicznej z mieszkańcami południowych stoków Karpat, jednak i w tym przypadku inteligencja łemkowska współpracowała z obozem rusofilskim z terenu byłej Galicji Wschodniej. Należy także zaznaczyć, że według sprawozdań polskich władz lokalnych ruch irredentystyczny nie objął szerszych rzesz chłopskich. Mimo to powstanie republik łemkowskich należy uznać za pierwszą manifestację polityczną działaczy łemkowskich dążących do ochrony interesów tej społeczności.


Bibliografia

Prasa

„Gazeta Lwowska”

„Goniec Krakowski”

„Głos Narodu”

Źródła archiwalne

Archiwum Narodowe w Krakowie (ANKr)

  • Komenda Wojewódzka Policji Państwowej w Krakowie (KWPP)
  • Komenda Powiatowa Policji Państwowej w Gorlicach (KPPPG)
  • Komenda Powiatowa Policji Państwowej w Jaśle (KPPPJ)
  • Starostwo Powiatowe w Grybowie (StPG)
  • Starostwo Powiatowe w Nowym Sączu (StNS)

Biblioteka Polskiej Akademii Nauk w Krakowie, Rękopisy, Zbiory Specjalne, Fragment papierów urzędowych Polskiej Komisji Likwidacyjnej w Krakowie z lat 1918–1919 (PAN Kr, RPS)

Opracowania

Batowski H. (1988), Między dwiema wojnami 1919–1939, Kraków.

Horbal B. (1997), Działalność polityczna Łemków na Łemkowszczyźnie 1918–1921, Wrocław.

Kokowśkyj F. (1934), Łemkiwśki repubłyky w 1918–1919 rokach, „Istorycznyj Kalendar-Almanach Czerwonoji Kałyny na 1935 rik” (Lwiw).

Kwilecki A. (1967), Fragmenty najnowszej historii Łemków, „Rocznik Sądecki”, t. 8.

Lasocki Z. (1931), Wspomnienia szefa administracji PKL i KRZ, Kraków.

Lewandowski K. (1974), Sprawa ukraińska w polityce zagranicznej Czechosłowacji w latach 1918–1932, Wrocław.

Łemkin I. (1969), Istoryja Łemkowyny, Jonkers.

Magocsi P.R. (1985), The Rusyn-Ukrainians in Czechoslovakia, Vienna.

Mahoczij P.R. (1994), Formuwannja nacionalnoji samoswidomosti: Pidkarpatśka Ruś (1848–1948), Użhorod.

Moklak J. (1997), Łemkowszczyzna w Drugiej Rzeczypospolitej. Zagadnienia polityczne i wyznaniowe, Kraków.

Moklak J. (2007), Tożsamość Łemków – uwarunkowania historyczne (XIX–XX w.), w: Odkrywcy i budziciele Łemkowszczyzny, red. A. Strzelecka, Sanok 2007.

Nowinowski S. (1997), Powstanie małej ententy – narodziny czechosłowackiego systemu bezpieczeństwa regionalnego (1920–1921), „Acta Universitatis Lodziensis” t. 59.

Olszański T.A. (1988), Ruska Ludowa Republika Łemków, „Magury”.

Papierzyńska-Turek M. (1979), Sprawa ukraińska w Drugiej Rzeczypospolitej 1922–1926, Kraków.

Przeniosło M. (2010), Polska Komisja Likwidacyjna 1918–1919, Kielce.

Reinfuss R. (1936), Etnograficzne granice Łemkowszczyzny. Próba wytyczenia granicy Łemkowszczyzny na podstawie zasięgu łemkowskiego stroju, „Ziemia. Ilustrowany miesięcznik krajoznawczy”.

Tarnowycz J. (1936), Ilustrowana istorija Łemkiwszczyny, Lwiw.

Wereszycki H. (1986), Pod berłem Habsburgów. Zagadnienia narodowościowe, Kraków.


Korekta językowa: Beata Bińko




Stanisław Lem (1921–2006). Umysł fantastyczny

KAROL KASPROWICZ

Stanisław Lem (1921–2006). Umysł fantastyczny

 

„Jest czwarta rano, a właściwie w nocy. Do świtu pozostało jeszcze kilka długich godzin. Kliny, dalekie przedmieście Krakowa, bardziej wieś niż miasto, jeszcze śpią. Żaden pies nie szczeka, żaden kogut nie pieje, żadna krowa nie ryczy. Żaden samochód nie jedzie. Dopóki nie ruszy poranne sąsiedzkie machanie łopatami, żaden zresztą nie przejedzie, bo w nocy spadł śnieg. Jedyna trasa łącząca te kilka domków z cywilizacją – na planie miasta szumnie nazywana ulicą, ale na razie to po prostu polna droga odbijająca od szosy zakopiańskiej – w tej chwili jest nieprzejezdna. Stanisławowi Lemowi to akurat nie przeszkadza. Nigdzie się nie wybiera, przynajmniej w sensie fizycznym. Ale za chwilę będzie szybować wyobraźnią ku gwiazdom, bo te kilka godzin przed świtem, kiedy wszyscy domownicy jeszcze śpią, to jego ulubiona pora na pisanie. Wyobraźnia nie potrzebuje odśnieżonych dróg” (Orliński 2017, s. 7). Pierwsze zdania Prologu zatytułowanego Feci, quod potui z biografii Stanisława Lema Lem. Życie nie z tej ziemi (2017) autorstwa Wojciecha Orlińskiego trafnie opisują fenomen potęgi wyobraźni krakowskiego pisarza. Ten fantastyczny umysł nie znał granic przestrzennych ani czasowych dla swoich wyobrażeń mimo czasów i zawirowań dziejowych, w jakich przyszło mu funkcjonować. Kim zaś był ten wyjątkowy człowiek, potrafiący wyjrzeć poza kurtynę przeszłości i teraźniejszości?

Prolog. Młody Lem

Stanisław Lem urodził się najprawdopodobniej 13 września 1921 r. we Lwowie w rodzinnym mieszkaniu znajdującym się w kamienicy przy ulicy Brajerowskiej 4 jako jedyne dziecko Samuela Lema (inna forma – Lehm, 1879–1954), lwowskiego lekarza, i Sabiny z domu Woller (1892–1979). Do aktu urodzenia wpisano jednak datę 12 września, aby zgodnie z przesądem uniknąć pecha. Nie udało się jednak go uniknąć – Lem i jego rodzina ze względu na żydowskie pochodzenie w czasie II wojny światowej przeżyli koszmar okupacji sowieckiej, niemieckiej i powtórnie sowieckiej. Mimo to w eseju autobiograficznym zatytułowanym Chance and Order, który ukazał się na łamach magazynu „The New Yorker” w 1984 r., Lem wspomina dorastanie we Lwowie pełne dziecięcych i młodzieńczych zabaw. Jako jedynak bawił się w tworzenie paszportów, certyfikatów, pozwoleń, notatek rządowych i innych dokumentów. Ze swymi ekscentrycznymi pomysłami ciekał w fikcyjne miejsca niedostępne na mapie oraz w czasy nieobecne w kalendarzu dla nikogo poza nim samym. Przedwojenny okres lwowski zapisał się w pamięci pisarza jako wyjątkowy okres stabilizacji. Później w początkach walk o Lwów balkon w mieszkaniu na Brajerowskiej był wspominany niczym bezpieczny azyl, z którego młody Stanisław Lem obserwował grozę wojny.

Jeszcze przed wybuchem wojny Lem zdał maturę. Marzył o podjęciu studiów na Politechnice Lwowskiej i zostaniu uczonym. Gdyby nie wybuch wojny, nic nie stałoby na przeszkodzie, aby wyjątkowo utalentowany młodzieniec osiągnął swoje cele. Jednak los i przypadek – będące jakże częstym aspektem i aktorem tworzonych przez Lema światów – chciały inaczej. Jak sam wspominał: „W kilka lat po drugiej wojnie światowej od pewnego starszego człowieka zajmującego jakieś stanowisko w przedwojennym szkolnictwie dowiedziałem się, że kiedy zbadano iloraz inteligencji wszystkich uczniów gimnazjów – musiało być to w roku 1936 lub 1937 – uzyskałem 180 punktów i – wedle słów tego człowieka – byłem najinteligentniejszym dzieckiem w całej południowej Polsce. Przed wojną nie miałem o tym pojęcia, wyników badań nie ujawniono. W każdym razie w tym sensie stanowiłem już jakiś wyjątek od powszechnej przeciętnej. Jednak w żadnej mierze wysoki iloraz inteligencji nie mógł okazać się pomocny w przeżyciu niemieckiej okupacji na terenie Generalnej Guberni”[1]. Ostatecznie w świetle nadzwyczajnej sytuacji postanawia odłożyć na bok marzenia i pójść w ślady ojca. W 1940 r. rozpoczyna studia na lwowskim Uniwersytecie Medycznym, które przerywa rok później. Wojenne doświadczenia rzadko rozwijano w dotychczasowych biografiach Lema, mimo że są one kluczowe dla zrozumienia zarówno jego twórczości, jak i obrazu świata zawartego w kreowanych uniwersach.

Bez wątpienia okupacja niemiecka z lat 1941–1944 odcisnęła na Lemie znaczące piętno, widoczne nie tylko w prozie realistycznej (Szpitalu Przemienienia), lecz także w Głosie Pana (wspomnienia Rapaporta) czy Edenie. Oddajmy głos twórcy Cyberiady: „W tym okresie w sposób bardzo bezpośredni i «praktyczny» dowiedziałem się, że nie jestem «Aryjczykiem». Moi przodkowie byli Żydami, jednak ja nie miałem pojęcia o judaizmie ani, niestety, o żydowskiej kulturze. Właściwie dopiero nazistowskiemu ustawodawstwu zawdzięczam świadomość, że w moich żyłach płynie żydowska krew. Udało nam się jednak uniknąć uwięzienia w getcie – dzięki fałszywym dokumentom wraz z rodzicami zdołałem przetrwać ten czas”[2]. We Lwowie przeżył okupację niemiecką, pracując jako pomocnik mechanika i spawacz w garażach firmy zajmującej się odzyskiwaniem surowców. Gdy w 1944 r. miasto zostało odbite przez wojska radzieckie, Lem relacjonował: „Kiedy podczas walk o Lwów siedzieliśmy w piwnicy, nagle strasznie jakoś zachciało mi się napić zimnego barszczu, który stał w kuchni, w baniaku. Bohatersko udałem się na górę. Miałem, pamiętam, garnuszek porcelanowy z uszkiem. Kiedy zaczerpnąłem nim barszczu – nagle zrobiło się biało i rozległ się taki huk, że zupełnie ogłuchłem. Jak się potem dowiedziałem, przy naszym domu od strony ulicy stały czołgi sowieckie i samolot niemiecki zrzucił na nie bomby przeciwpancerne. Odłamki tych bomb trafiły w ścianę wewnętrzną kuchni; gdybym stał metr dalej, to bym zginął. Z garnuszka zostało mi tylko uszko na palcu, na ramionach miałem okienną ramę od kuchennego lufcika, a po czole ciekła mi krew, bo wypadająca szyba trochę mnie pokrajała. Straciłem apetyt na barszcz… i zakrwawiony wróciłem do piwnicy” (Fiałkowski 2000, s. 46).

Gdy koszmar wojny się skończył, rodzina Lemów jednym z pierwszych transportów przeniosła się do Krakowa już latem 1945 r. Lem – młody emigrant ze Lwowa, przejętego w powojennych rozstrzygnięć przez „radzieckiego przyjaciela ze wschodu” – podjął przerwane studia medyczne. Ponieważ jednak w tamtym czasie każdy absolwent medycyny musiał odbyć obowiązkową służbę wojskową, Lem w 1948 r. postanowił zakończyć swoją przygodę uniwersytecką oraz ostatecznie porzucił myśl o karierze lekarskiej, by zająć się wyłącznie pisaniem. Doświadczenia wojenne – ciągłe balansowanie na granicy życia i śmierci – bez wątpienia leżą u podstaw wielu Lemowskich opowieści. Dla twórcy Cyberiady fantastyka naukowa była „dźwignią wyobraźni”, ucieczką ku wolności w okolicznościach, w jakich przyszło mu żyć. Pierwszymi utworami Lema, które publikował jeszcze jako student medycyny, były jednak opowiadania o tematyce okupacyjnej drukowane w latach 1946–1948 na łamach „Kuźnicy”, „Żołnierza Polskiego”, „Odry” i „Co Tydzień Powieść”. Napisał w tamtym okresie także swoją pierwszą powieść Szpital Przemienienia (1948), realistyczną historię szpitala psychiatrycznego w czasach wojny, która została pozytywnie oceniona przez krytyków.

Interludium. Światy Lema

W latach 1948–1950 pracował jako młodszy asystent w Konwersatorium Naukoznawczym Asystentów Uniwersytetu Jagiellońskiego prowadzonym przez dr. Mieczysława Choynowskiego, który stał się naukowym mentorem Lema. Jak wspominał po latach w wywiadach: „Choynowski wywarł wpływ na całe moje życie” oraz „Choynowskiemu zawdzięczam najważniejsze moje naukowe lektury”. Udział w konwersatorium pozwolił Lemowi zrozumieć, jak działa nauka, i właśnie ta wiedza odróżniała go wśród pisarzy science fiction od innych kolegów po fachu. Bez niej trudno wyobrazić sobie arcydzieła gatunku, w których Lem wytrawnym okiem przygląda się zmaganiom człowieka ze wszechświatem i z granicami własnej wiedzy, co widać szczególnie w Głosie Pana. Choynowski pomógł Lemowi zrozumieć naukę, Jerzy Turowicz, legendarny redaktor „Tygodnika Powszechnego” – paradoksy ludzkiej natury. Tym samym odnalazł dwóch nauczycieli, którzy go uformowali i ukierunkowali intelektualnie w stronę niezależnych poszukiwań i krytycznego myślenia.

Przykładem niech będzie najsłynniejsza jego powieść Solaris (1961), w której idea światów fikcyjnych przeplata się ze światem realnym i leży u podstaw historii o samoświadomym oceanie-planecie. Jak mówił Salman Rushdie, Solaris ma moc „wnikania w najgłębsze zakamarki ludzkich umysłów, a następnie materializowania ich wspomnień”[3]. Kluczowym wątkiem tej opowieści jest jednak spotkanie czy też kontakt z Innym/Obcym, a właściwie jego niemożliwość. „Jestem rozpalony ideą poznania. Przejawia się to u mnie jako fascynacja granicami możliwości ludzkiego rozumu poznającego. Cała moja literatura jest o tym” – mówił Stanisław Lem w jednym z wywiadów[4]. Biblioteka w Solaris jest jądrem poznania wszechświata. To miejsce świadczy o ułomności ludzkiej wiedzy. Takie biblioteki są alegorią poznania, ale wcale mu nie służą, świadczą wręcz o niepoznawalności rzeczywistości. Podobnie jak u Jorge Luisa Borgesa jest to biblioteka labiryntu, symbolu impasu poznawczego, gdzie dzieł jest nieskończona liczba, a nadmiar informacji nie prowadzi ku wiedzy. W obu przypadkach mamy do czynienia z figurą wielkiego paradoksu i zarazem absurdu. W Solaris i innych dziełach Lem stawia nam fundamentalne pytanie: W jaki sposób ludzie konfrontują się z tajemniczym Obcym? Robimy to, jak przekonuje autor, z nieuchronnie antropocentrycznej perspektywy, mierząc tego Obcego wedle naszych ludzkich, przyziemnych standardów – naszych skal i miar (Tambor 2021, s. 70–74).

Proza Lema jest pełna neologizmów i charakterystycznych zwrotów oraz określeń. Wiele z nich okazało się swoistymi proroctwami wynalazków przyszłości, choć istnieją obecnie pod innymi nazwami[5]. Wymyślił narzędzia, które dziś, pięćdziesiąt lat później, są naszą codziennością: tablety, e-booki czy smartfony. Na kartach jego książek pojawiły się wyszukiwarki i rzeczywistość wirtualna, nazwana chyba lepiej przez Lema – fantomatyką. Bibliotekę Trionów możemy odczytywać jako Internet. Triony funkcjonowały w twórczości Lema jak współczesne pendrive’y, które połączone falami radiowymi, tworzyły ogromną bazę wiedzy. Tak Lem opisuje to zjawisko w Obłoku Magellana z 1955 r.: „Trion może magazynować nie tylko obrazy świetlne, sprowadzone do zmian jego struktury krystalicznej, a więc podobizny stronic książkowych, nie tylko wszelkiego rodzaju fotografie, mapy, obrazy, wykresy czy tablice, jednym słowem wszystko, co można przedstawić w sposób dostępny odczytaniu wzrokiem. Trion może magazynować równie łatwo dźwięki, a więc głos ludzki, jak i muzykę, istnieje też metoda «zapisu woni»” (Lem 2005, s. 174). „Ariadnologia” zaś do złudzenia przypomina sposób działania wyszukiwarki Google, niczym śledzenie nici Ariadny, by w labiryncie informacji odszukać tę jedną, która nas interesuje.

W większości wyliczanek wynalazków Lema bywa jednak pomijane to, że pisarz nie tylko przewidział pewne odkrycia naukowe, lecz także ich konsekwencje społeczne. W wykreowanych przez Lema światach takich jak Kongres futurologiczny (1971), wypełnionych technologią, wynalazkami i hipotezami naukowymi, możemy dostrzec wizję społeczeństw, które farmakologicznie poprawiają rzeczywistość. W Powrocie z gwiazd (1961), pisząc o „betryzacji” tworzącej człowieka pozbawionego podstawowych instynktów, Lem ostrzega przed eksperymentami społecznymi (można w tym zobaczyć analogię do dzisiejszych możliwości edycji genów metodą CRISPR Cas-9). Pod powierzchnią fabuły kryją się pytania tak obecnie ważkie jak to, czym jest prawda i czy należy do niej dążyć za wszelką cenę.

Nic dziwnego, że tak wyrafinowana uczta intelektualna znalazła zwolenników ponad granicami dwubiegunowego świata okresu zimnej wojny. Stanisław Lem cieszy(ł) się ogromną popularnością w Europie Środkowej i ZSRR. Jego twórczość, opowiadająca o uniwersalnych i kluczowych problemach ludzkości, przekraczała granice. Pisanie o Lemie, czyli „lemologia”: tłumaczenia, interpretacje dzieł, idei czy pomysłów, to od wielu lat nie lokalna awangarda, lecz dziedzina ogólnoświatowa. Wokół Ziemi krąży satelita jego imienia, jest patronem wielu ulic w Polsce, w przestrzeni kosmicznej między Marsem a Jupiterem orbituje asteroida Lema. Powstają adaptacje jego dzieł w postaci inscenizacji teatralnych, a nawet operowych. Już w 1970 r. awangardowa opera Krzysztofa Meyera oparta na motywach z Cyberiady, pełna neologizmów i specyficznych dla Lema zwrotów – zaczynająca się od „Dawno, dawno temu był sobie inżynier-kosmolog” – zdobyła Grand Prix of the Prince Pierre of Monaco. Powstały adaptacje filmowe najbardziej znanych utworów i opowiadań. Najgłośniejsza z nich, Solaris w reżyserii Andrieja Tarkowskiego, została wyróżniona na festiwalu w Cannes w 1972 r. Trzydzieści lat później, tym razem w hollywoodzkiej obsadzie i stylu, ukazała się adaptacja Stevena Soderbergha (2002) z George’em Clooneyem w roli Kelvina. Andrzej Wajda sięgnął zaś po opowiadanie Czy Pan istnieje, Mr Jones? i zekranizował je pod tytułem Przekładaniec (1968). Nie sposób wymienić choćby fragmentu artefaktów kulturowych, które wyrosły dzięki fantastycznemu umysłowi Lema. O żywotności jego wyobrażeń niech świadczy to, że jego twórczość jest przekładana na nowe nośniki i języki komunikacji, które tak trafnie przewidział. Na przykład na podstawie powieści Niezwyciężony powstaje obecnie gra komputerowa, a ostatnio doczekała się ona świetnej adaptacji komiksowej.

Epilog

W połowie lat siedemdziesiątych XX w. problemy zdrowotne pisarza spowodowały stopniowe zakończenie złotego okresu twórczości. Pogarszający się stan zdrowia autora Cyberiady był jedną z istotniejszych przyczyn odejścia od konwencji powieści i skupienia się na krótszych formach. Lem pisał w czasie pobytu („emigracji”) w Berlinie w 1983 r.: „Przypuszczam, że jestem równocześnie niezadowolony i zarazem dumny z tego, co napisałem – zapewne w jakimś stopniu cechuje mnie arogancja, nie mam jednak tej świadomości. Dostrzegam ją tylko «behawiorystycznie», na przykład w tym, że zniszczyłem wszystkie rękopisy pomimo rozlicznych próśb o złożenie ich dla potomności w archiwach jakiejś instytucji. Dla wyjaśnienia mego postępowania stworzyłem takie oto obrazowe uzasadnienie: piramidy były jednym z cudów świata dopóty, dopóki nie wiadomo było, jak je zbudowano. Długie równie pochyłe, po których niewolnicy wciągali toczone na drewnianych walcach kamienne bloki, zostały rozebrane po skończonej pracy i dziś pośród pustynnych piaskowych wydm samotne piramidy tajemniczo górują nad pustynią. Ja także zabieram moją równię pochyłą, rusztowania i inne narzędzia, i pozostawiam tylko to, czego nie muszę się wstydzić”[6]. Ostatecznie w latach osiemdziesiątych Stanisław Lem zdecydował się także zakończyć budowę swoich piramid. Po powrocie do kraju w 1989 r. zadeklarował zaprzestanie pisania beletrystyki.

Od lat dziewięćdziesiątych Lem dał się poznać jako płodny felietonista „Tygodnika Powszechnego”, twórca opowiadań oraz Kasandra w okresie powszechnego technooptymizmu. Jego wnikliwe analizy współczesności wskazywały na zagrożenia płynące z zauroczenia nowymi sposobami komunikacji oraz odkryciami naukowymi. Przykładem „bomby megabitowe” przypominające współczesne zjawisko fake newsów czy sceptycyzm wobec biologicznych ingerencji w ciało człowieka. Pisał wówczas: „Co będzie możliwe za lat dwa tysiące – tego oczywiście nie wiem. Natomiast miraż, jakim mydli nam się dzisiaj oczy – człowiek dobrze poskładany, dobrze połatany, trochę jak ubranie, które już właściwie świeciło na tyłku i było w wielu miejscach przetarte, ale je przenicowano i uzupełniono rozmaitymi wstawkami czy łatami – nie wygląda najbardziej zachęcająco”[7]. Lem wielokrotnie wyliczał wyzwania stojące przed cywilizacją i wyrażał zwątpienie czy ludzkości uda się wznieść na wysokość zadań, przed którymi przyjdzie jej stanąć. Rozwijał tym samym myśli zawarte w jednym z najważniejszych dzieł, Summa technologiae, opisującym wyzwania przyszłości, „których materialnego charakteru, uwarunkowanego technologią przyszłości, nie możemy przewidzieć, ale których psychologiczne efekty potrafimy choć w drobnej mierze pojąć, ponieważ sami jesteśmy ludźmi” (Lem 1995, s. 52).

Stanisław Lem zmarł w Krakowie 27 marca 2006 r. Trafniej jednak moglibyśmy powiedzieć, że uległ przemianie i istnieje w innym, fantastycznym wszechświecie. Według jednej z alegorycznych interpretacji Solaris – której sam Lem nie zaprzeczał (co, dodajmy, zdarzało się nader rzadko w wypadku cudzych odczytań) – pod oceanem tytułowej planety kryje się ludzki mózg powiększony do skali planetarnej, co podkreślałoby tym samym jego niewyobrażalną złożoność[8]. Mózg będący tajemnicą zaś to swoisty lejtmotyw twórczości Lema. Skoro nie znamy samych siebie, jak możemy poznać nieskończony Wszechświat? Podobnie jak w przypadku planety mózg jest koloidalny i niesamowicie pomarszczony – niczym powierzchnia oceanu Solaris. Będący siedzibą świadomej myśli i nieświadomej fantazji, ludzki mózg/umysł jest w stanie tworzyć, wymyślać czy symulować najbardziej zdumiewające kreacje (np. twory „F”). Równocześnie jednak jest bardzo odporny na rozumienie – prawdopodobnie dlatego, jak często zaznaczał Lem, że sam musi jednocześnie służyć zarówno jako podmiot, jak i przedmiot poznania. Analogicznie mózg Lema był niczym wszechświat. Niezgłębiony, pełny tajemnic, paradoksów – będący siedzibą zdumiewających myśli i wizji, przekraczających granice ludzkiej wyobraźni.

Autorowi Solaris bardzo podobał się napis na budynku Politechniki Lwowskiej: Hic mortui vivunt (łac. Tu umarli żyją). Łacińskie motto widniejące na grobie Lema: Feci, quod potui, faciant meliora potentes, czyli Zrobiłem, co umiałem. Niech więcej zrobią zdolniejsi, jest zaś skierowane ku odbiorcom jego dziedzictwa – miejmy nadzieję, że tradycja jego pięknej myśli, fantazji i wyobraźni będzie kontynuowana.


Bibliografia

Fiałkowski Tomasz (2000), Świat na krawędzi, Kraków.

Orliński Wojciech (2017), Lem. Życie nie z tej ziemi, Kraków.

Lem Stanisław (2003), O przyszłości, „Tygodnik Powszechny” nr 50, https://www.tygodnikpowszechny.pl/o-przyszlosci-lem-163374 (dostęp 2 IX 2021).

Lem Stanisław (2005), Obłok Magellana, Kraków.

Lem Stanisław (1996), Summa technologiae, t. 1, Warszawa.

Tambor Jolanta (2021), Czy możliwy jest kontakt między światami? Mistrzostwo Stanisława Lem, „Forum Akademickie” nr 7/8.


Netografia

Gliński Mikołaj, 13 przepowiedni Lema, które się sprawdziły, https://culture.pl/pl/artykul/13-przepowiedni-lema-ktore-sie-sprawdzily (dostęp 2 IX 2021).

Grimstad Paul, The Beautiful Mind-Bending of Stanislaw Lem, https://www.newyorker.com/culture/culture-desk/the-beautiful-mind-bending-of-stanislaw-lem (dostęp 2 IX 2021).

Lem Stanisław, Przypadek i ład, https://solaris.lem.pl/home/biografia/przypadek-i-lad (dostęp 2 IX 2021).

Ruddick Nicholas, Solaris. Geniusz Lema w świetle arcydzieła, https://wszystkoconajwazniejsze.pl/nicholas-ruddick-solaris-geniusz-lema-w-swietle-arcydziela/ (dostęp 2 IX 2021).


Chcesz wiedzieć więcej? Przed podróżą do gwiazd spójrz do poniższych propozycji:

Wybrane publikacje

Dajnowski Maciej, Groteska w twórczości Stanisława Lema, Gdańsk 2005.

Gajewska Agnieszka, Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema, Poznań 2017.

Filozoficzny Lem. Wybór tekstów Stanisława Lema i opracowania, t. 1, Warszawa 2021.

Jarzębski Jerzy, Wszechświat Lema, Kraków 2003.

Lem w oczach krytyki światowej, oprac. Jerzy Jarzębski, Kraków 1989.

Lem Stanisław, Muth Jon J., Podróż siódma. Opowieść graficzna, Kraków 2021 (komiks).

Lem Tomasz, Awantury na tle powszechnego ciążenia, Kraków 2009.

Majewski Paweł, Między zwierzęciem a maszyną. Utopia technologiczna Stanisława Lema, Wrocław 2007.

Michera Wojciech, Piękna jako bestia. Przyczynek do teorii obrazu, Wrocław 2010.

Mikołajczyk Rafał, Niezwyciężony. Na podstawie powieści Stanisława Lema, Warszawa 2019 (komiks).

Okołowski Paweł, Głos Pana Lema. Szkice z filozofii człowieka, wartości i kosmosu. W stulecie urodzin autora Summy, Kraków 2021.

Okołowski Paweł, Materia i wartości. Neolukrecjanizm Stanisława Lema, Warszawa 2010.

Orliński Wojciech, Co to są sepulki? Wszystko o Lemie, Kraków 2007.

Orliński Wojciech, Lem. Życie nie z tej ziemi, Wołowiec 2017.

Orliński Wojciech, Lem w PRL-u, czyli nieco prawdy w zwiększonej objętości, Kraków 2021.

Płaza Maciej, O poznaniu w twórczości Stanisława Lema, Wrocław 2006.

Stanisław Lem. Pisarz, myśliciel, człowiek, red. Jerzy Jarzębski, Andrzej Sulikowski, Kraków 2003.

Stoff Andrzej, Powieści fantastyczno-naukowe Stanisława Lema, Warszawa 1983.

Szpakowska Małgorzata, Dyskusje ze Stanisławem Lemem, Warszawa 1996.

Wasilewski Andrzej, Teoria literatury Stanisława Lema, Szczecin 2017.

 

Wywiady i rozmowy ze Stanisławem Lemem

Bereś Stanisław, Rozmowy ze Stanisławem Lemem, Kraków 1987.

Bereś Stanisław, Tako rzecze… Lem, Kraków 2002.

Fiałkowski Tomasz, Świat na krawędzi, Kraków 2000.

Swirski Peter, Świat według Lema, tłum. Paweł Powolny, Małgorzata Wojtunik-Ricketts, Katowice 2016.

 

Strony internetowe o Stanisławie Lemie

https://lem.pl/

https://solaris.lem.pl/

Rok Lema

 

Aplikacja Lemologia

Firma iSource wydała Lemologię – pierwszą polską interaktywną app-książkę na iPada. Jest to cyfrowa edycja książki Wojciecha Orlińskiego Co to są sepulki? Wszystko o Lemie. Aplikacja, będąca kompendium wiedzy na temat Stanisława Lema i jego twórczości, zawiera ponad 130 rozdziałów. Znajduje się w niej blisko 200 ilustracji. Bezpośrednio z aplikacji można rozwinąć niektóre hasła w Wikipedii, zobaczyć filmy nakręcone na podstawie „Lemowskich” scenariuszy na YouTube oraz kupić online książki Lema w tradycyjnej, papierowej postaci.


[1] Stanisław Lem, Przypadek i ład, https://solaris.lem.pl/home/biografia/przypadek-i-lad (dostęp 2 IX 2021).

[2] Tamże.

[3] Cyt. za: Paul Grimstad, The Beautiful Mind-Bending of Stanislaw Lem, https://www.newyorker.com/culture/culture-desk/the-beautiful-mind-bending-of-stanislaw-lem (dostęp 2 IX 2021).

[4] Audycja Połączyć mikroświaty. Tajniki twórczości Stanisława Lema https://www.polskieradio.pl/9/8995/Artykul/2696855,Polaczyc-mikroswiaty-Tajniki-tworczosci-Stanislawa-Lema (dostęp 2 IX 2021).

[5] Mikołaj Gliński, 13 przepowiedni Lema, które się sprawdziły, https://culture.pl/pl/artykul/13-przepowiedni-lema-ktore-sie-sprawdzily (dostęp 2 IX 2021).

[6] Stanisław Lem, Przypadek i ład…

[7] Stanisław Lem, O przyszłości, „Tygodnik Powszechny” 2003, nr 50, https://www.tygodnikpowszechny.pl/o-przyszlosci-lem-163374 (dostęp 2 IX 2021).

[8] Nicholas Ruddick, Solaris. Geniusz Lema w świetle arcydzieła, https://wszystkoconajwazniejsze.pl/nicholas-ruddick-solaris-geniusz-lema-w-swietle-arcydziela/ (dostęp 2 IX 2021).


Redakcja językowa: Beata Bińko




Wokół albumu o dowódcy batalionu „Parasol”

WALDEMAR STOPCZYŃSKI

Wokół albumu o dowódcy batalionu „Parasol”

…zajęłam się jednak tym tematem, ponieważ o tej
tragedii napisano wiele ordynarnych i złośliwych kłamstw, czytelnicy zaś
chętnie wierzą byle czemu […]. A skoro dzięki nowym dokumentom, które ostatnio
znów wypłynęły, można zniszczyć to kłamstwo, nie powinniśmy się uchylać od tego
zadania.

Anna Achmatowa o śmierci
Aleksandra Puszkina

„Przy podejściu apologetycznym wszystkie fakty da się
zinterpretować tak, by obraz przeszłości był pozbawiony niepokojących
zarysowań. Historyk staje się »adwokatem«, którego zadaniem jest oddalenie od »klienta«
wszelkich podejrzeń” – Rafał Wnuk pisał tak w odniesieniu do sporu wokół
„ostatniego żołnierza wyklętego” – Józefa Franczaka „Lalka” (Wnuk 2021). Wśród
metod stosowanych, by dezawuować naukowe ustalenia podważające pomnikowość historycznego
bohatera, prof. Wnuk nie wymienił dwóch, moim zdaniem, często wykorzystywanych.
Pierwsza – użyta zresztą w sporze o Franczaka – to zaangażowanie najbliższych
„zaatakowanego”; dzisiaj są to najczęściej dzieci i wnuki. Ich obecność, ich głos
mają wytrącać oręż z rąk „atakujących”, w rozumieniu „adwokatów” uwiarygadniać,
wzmacniać przyjętą „linię obrony”. Druga metoda – przemilczeć to, co godzi w
bohatera. Komentując spór o „wyklętego”, Rafał Wnuk uchwycił mechanizm
uniwersalny, który można odnieść także do tego, co w ostatnich latach dzieje
się wokół historii batalionu „Parasol” – opisanej, zdawało się, kompletnie w
wydanej w 1981 r. monografii Piotra Stachiewicza. Potwierdza to niestety album
o Adamie Borysie „Pługu” autorstwa dyrektora Archiwum Akt Nowych Mariusza
Olczaka i Huberta Borysa – syna dowódcy „Parasola”, który ukazał się w tym roku
(choć z datą wydania 2020). Poniższy tekst odnosi się nie tylko do samej
książki, jej autorów i tytułowego bohatera. „Parasol” w świetle ujawnionych już
i wciąż ujawnianych dokumentów potrzebuje swoistego audytu spetryfikowanej
wiedzy i historyków, którzy nie uchylą się od tego – być może niewdzięcznego –
zadania. Artykuł jest więc z jednej strony głosem w sporze o konkretnego
bohatera, z drugiej zaś apelem o jakość pisania historii.

Pierwsze informacje o pracach nad książką poświęconą
Adamowi Borysowi „Pługowi”, dowódcy batalionu „Parasol”, pojawiły się w grudniu
2017 r. Mariusz Olczak zapowiadał, że „biografia »Pługa«” ukaże się już w roku następnym. Tak się nie stało.
Wcześniej, w 2019 r., premierę miała książka poświęcona Ryszardowi Białousowi
„Jerzemu” – dowódcy batalionu „Zośka”.

Książka o Adamie Borysie to „bliźniaczy album” – ten sam
format i szata graficzna. Są zapowiedzi, że do sprzedaży może trafić wersja
kolekcjonerska w tekturowej oprawie, zawierająca obie pozycje. Słowo wstępu do
albumów napisał minister Mariusz Błaszczak.

Publikacja, której bohaterem jest Ryszard Białous, została
przygotowana samodzielnie przez Mariusza Olczaka. Ma 384 strony, z których 170
to fotografie, 140 – różne teksty i listy „Jerzego” w wyborze i opracowaniu
Olczaka, które poprzedza piętnastostronicowy życiorys dowódcy batalionu
„Zośka”.

Album o „Pługu” został opracowany przez Olczaka z
Hubertem Borysem – profesorem ASP w Warszawie, synem dowódcy „Parasola”. Liczy
479 stron. Aż 280 z nich to fotografie – niewątpliwie w dużej części unikatowe.
46 stron ze 144 przypisami to tekst Olczaka pt. „Adam Borys”; 100 stron zajmuje
tekst Huberta Borysa pt. „Oczami syna. Adam Borys 1909–1986” – także opatrzony
przypisami i wybraną bibliografią. Wreszcie niespełna trzydzieści stron to trzy
wywiady prasowe – dwa z Adamem Borysem (z 1972 i 1984 r.), jeden z Borysem, Piotrem
Stachiewiczem, Zofią Świeszcz-Łazor i Witoldem Florczakiem (z roku 1980).

Mariusz Olczak zapowiadał w 2017 r. „biografię »Pługa«”, ale książka przybrała formę
„albumu” i autorom najwyraźniej zależy na podkreślaniu tego faktu. W krótkim
materiale dołączonym do audycji radiowej z 28 stycznia 2021 r., w której
wystąpili Olczak i Borys, można przeczytać, że wybrano tę formę, ponieważ zarówno
sam batalion, jak i jego dowódca mają już „kompleksowe” opracowanie w postaci
wydanej w 1981 r. monografii „Parasola” autorstwa Piotra Stachiewicza. Jednak w
innej audycji towarzyszącej wydaniu książki (tym razem z udziałem tylko Borysa)
stwierdzono, że dopiero ona jest „pierwszą tak pełną biografią tego wybitnego
Polaka”. Poza tym jako powód albumowego charakteru wydawnictwa podawano
„pozyskane źródła” (Siwek 2021; Truszczak 2021) i wydaje się, że to właśnie ten
fakt wraz z planowaną publikacją książki o Ryszardzie Białousie „Jerzym” wpłynęły
na realizację pomysłu, by wydać dwa „bliźniacze albumy” o dowódcach dwóch „bliźniaczych
batalionów”.

O genezie książki mówił Hubert Borys w audycji
radiowej z 28 stycznia 2021 r.: „Była to inicjatywa pana Mariusza Olczaka,
który zaproponował dwa lata temu w Gdańsku przy okazji jakichś obchodów
kombatanckich, abyśmy taki album, taką książkę wydali” (Siwek 2021). „Jakieś
obchody kombatanckie”, o których mówi prof. Borys, to uroczyste przekazanie przez
niego dokumentów „Parasola” przechowywanych przez „Pługa” do Archiwum Akt Nowych,
które towarzyszyło odsłonięciu w Sopocie w październiku 2017 r. tablicy
pamiątkowej poświęconej Bolesławowi Srockiemu i jego wychowankom z batalionów
„Zośka” i „Parasol”.

Archiwalia przekazane Olczakowi w Sopocie nigdy nie
były dostępne dla badaczy jako spójny zbiór. Adam Borys przechowywał je i
dysponował nimi według uznania. Nie otworzył tego archiwum na oścież dla
nikogo, także dla swego protegowanego – Piotra Stachiewicza, autora rzekomo
„kompleksowego” opracowania historii „Parasola”.

Przeglądałem ten zbiór już w 2017 r., przede wszystkim
pod kątem informacji dotyczących centralnego punktu historii dowodzonego przez
Adama Borysa oddziału – wykonanej 1 lutego 1944 r. akcji przeciwko dowódcy SS i
policji na dystrykt warszawski gen. Franzowi Kutscherze. W ostatnim
ćwierćwieczu zostały opublikowane dwa kluczowe dokumenty z nią związane, o
których istnieniu wiedział i mógł o nich informować tylko Adam Borys. To raport
z akcji napisany przez Stanisława Huskowskiego „Alego”, którego treść podał w
1993 r. dr Henryk Piskunowicz, i opublikowane 23 lata później przez Mariusza
Olczaka pismo przewodnie skierowane do sztabu Kedywu KG AK, dołączone do raportu.
O konsekwencjach pojawienia się w obiegu badawczym raportu „Alego” i problemach
z jego percepcją w świetle spetryfikowanej wiedzy pisałem w kilku tekstach (zob.
bibliografia). Odnalezione przez Olczaka pismo przewodnie Adama Borysa
potwierdza, że dowódca zapoznał się z raportem Huskowskiego i że jest on
wiarygodnym źródłem wiedzy o przebiegu akcji z 1 lutego 1944 r.

Problem w tym, że raport w istotnych sprawach kłóci
się z utrwaloną i zaakceptowaną przez dowódcę wersją przedstawioną w
„kompleksowym” dziele Stachiewicza, w którym na dodatek, powołując się na
relację samego „Pługa”, napisano, że takie dokumenty nigdy nie powstały.

Na początku października 2019 r. w „Przeglądzie
Historyczno-Wojskowym” ukazał się mój artykuł Raport „Alego” z akcji
na Kutscherę, czyli czego nie powiedział dowódca batalionu „Parasol”
. Odsyłając do tej
szczegółowej analizy, odnotuję tutaj najważniejsze wnioski.

Adam Borys miał nieograniczone możliwości
kontrolowania narracji o najsłynniejszej akcji wykonanej przez jego oddział i z
tych możliwości korzystał na pewno od lat pięćdziesiątych XX wieku. Miał
świadomość dokonującej się deformacji tej opowieści, która krzywdziła jego
poległych żołnierzy. Był jednocześnie jedyną osobą mogącą przeciwdziałać tym
zniekształceniom. Zaakceptował jednak i promował własnym autorytetem dopiero
wersję przedstawioną w książce Stachiewicza „Parasol”, w której jest najwięcej
rozbieżności w stosunku do zapisów w dokumentach z okresu konspiracji – także w
tym, który sam sporządził.

Rozbieżności te nie dotyczą rzeczy i spraw błahych,
odnoszą się do okoliczności i powodów śmierci dwóch uczestników akcji oraz
zachowania w jej trakcie zastępcy dowódcy. Przez lata kształtowała się wersja
ostatecznie przypieczętowana przez Borysa, że Kazimierz Sott „Sokół” i Zbigniew
Gęsicki „Juno” zginęli w nurtach Wisły, ponieważ zignorowali wydany im rozkaz
porzucenia ostrzelanego auta. Tymczasem według odnalezionego przez dr.
Piskunowicza raportu zginęli, bo rozkaz odprowadzenia samochodu na lewobrzeżną
stronę Warszawy wykonali. W odniesieniu do zastępcy dowódcy akcji na Kutscherę
Stanisława Huskowskiego „Alego” wersja zapisana w książce Stachiewicza i
afirmowana przez Borysa zawierała wiele odstępstw od zapisów dokumentarnych z
lutego 1944 r. Według tej wersji tuż przed akcją dla „Alego” zabrakło pistoletu
maszynowego oraz broni krótkiej i poszedł do walki uzbrojony jedynie w granaty
zamknięte w teczce. Podczas akcji nie poradził sobie z otwarciem teczki i
„załamany ruszył w kierunku samochodów przeznaczonych do odskoku. Dla niego był
to koniec akcji i początek wielkiej, osobistej tragedii” (Stachiewicz 1981, s.
329). W związku z zachowaniem Huskowskiego 1 lutego 1944 r. Stachiewicz uznał,
że nieodsunięcie go od zadań bojowych i wyznaczenie na stanowisko zastępcy
dowódcy akcji na Wilhelma Koppego w Krakowie było wyrazem źle pojętej
„koleżeńskiej przyjaźni” (tamże, s. 415). Z przemilczanych przez Adama Borysa
dokumentów wyłania się zupełnie inny obraz: dla „Alego” zabrakło pistoletu
maszynowego, ale miał jeden pistolet parabellum, a drugi otrzymał od „Juna” –
ruszył do walki uzbrojony w dwa pistolety i teczkę z filipinkami. W trakcie
akcji nie otworzył teczki, ale wydobył broń i wziął udział w walce. Po południu
tego samego dnia uczestniczył w akcji wyprowadzenia rannych kolegów ze szpitala
Przemienienia Pańskiego i współtworzył ich zbrojną obstawę do rana dnia
następnego, kiedy udał się na odprawę z dowódcą – kpt. Adamem Borysem.

Jest dziś bezspornym faktem, że to Adam Borys
zadecydował o skierowaniu „Alego” do dalszych zadań bojowych po akcji na Kutscherę.
Dowodzi tego dokument podpisany przez Borysa i wysłany do Kedywu KG. Jest to
oczywiste – dowódca skorzystał ze swoich uprawnień do doboru najwłaściwszych w
jego ocenie ludzi. Konsekwencją tej decyzji był udział „Alego” w akcji na
Koppego w lipcu 1944 r. w charakterze zastępcy dowódcy. W jej trakcie zginął.
Czterdzieści lat później w wywiadzie przeprowadzonym przez Małgorzatę Rutkowską
Adam Borys powiedział, że „Alego” nie należało wyznaczać do akcji, a winę za to
ponoszą jego przyjaciele. Niewątpliwie musiało Borysowi chodzić o zmarłego z
powodu ran odniesionych w akcji na Kutscherę Bronisława Pietraszewicza „Lota”
oraz poległych w powstaniu warszawskim Jerzego Zborowskiego „Jeremiego” i
Stanisława Leopolda „Rafała”. Skoro „Pług” wysłał „Alego” do walki, w której
ten zginął, powinien zadbać, aby po wojnie nikt nie szargał pamięci o nim.
Jeżeli uważał, że „Ali” nie nadaje się do walki, to nie powinien go do niej w
1944 r. wysyłać, aby po latach odpowiedzialność za swoją decyzję zrzucać na
poległych podkomendnych.

Adam Borys oraz Piotr Stachiewicz zapewniali o
rzetelności i wszechstronności analizy materiału źródłowego w monografii
„Parasola”. Stachiewicz dopuścił dalsze uzupełnianie bazy źródłowej, ale
wykluczył możliwość pojawienia się archiwaliów, które zburzą „syntetyczną
konstrukcję opracowania”. Okazało się jednak, że ujawnione dokumenty o akcji na
Kutscherę nie wzbogaciły tej konstrukcji, ale ją zburzyły, za co
odpowiedzialność spada na Adama Borysa.

Od odpowiedzi na pytanie, czy uznamy te opublikowane
ustalenia za istotne, czy przyjmiemy za pewnik, że obowiązkiem dowódcy jest
brać odpowiedzialność za podejmowane w czasie walki decyzje i po wojnie zadbać
o pamięć o poległych podkomendnych, zależeć będzie ocena książki Mariusza
Olczaka i Huberta Borysa.

Zanim omówię, w jaki sposób do tej
sprawy odnieśli się autorzy albumu o „Pługu”, odnotujmy, że obu zależy bardzo
na wykazaniu, iż w okresie powojennym dowódca „Parasola” był poddany
szczególnym szykanom i różnym formom represji, zachowując jednocześnie „wyraźną
niechęć do systemu komunistycznego” (Olczak 2020, s. 49) i rzeczywistą od niego
niezależność. Szczególnie ponury obraz powojennej Polski przedstawia Borys:
terror, mordy, prześladowania polityczne, „wyroki śmierci, wieloletniego
więzienia, propagandowa nagonka, degradacje społeczne, zawodowe – wszystkimi
tymi działaniami sterował PPR, potem PZPR, a realizowały organy państwowe
obsadzone w czasach stalinowskich przez doradców z Rosji i często osoby obce
etnicznie, co miało nie dopuścić do jakichś »odruchów patriotycznych« wewnątrz aparatu władzy” (Borys 2020,
s. 89). „Kedyw, cichociemnych – najbardziej bojowe elementy Armii Krajowej
poddano najbardziej brutalnym torturom, perfidnym oskarżeniom, pokazowym
procesom zakończonym wyrokami śmierci lub wieloletniego więzienia” (tamże, s.
115–116). Syn „Pługa” odnotowuje, że „w końcu lutego 1953 r. roku dokonano
sądowego mordu na pułkowniku Emilu Fieldorfie »Nilu«, bezpośrednim zwierzchniku
ojca z czasów okupacji. Do więzień z wieloletnimi wyrokami trafili żołnierze »Parasola«,
między innymi Wojciech Świątkowski »Korczak«,bliski znajomy rodziców” (tamże,
s. 124). Ta opresyjna władza chciała „zniszczyć bandytę z AK i jego rodzinę” (tamże,
s. 118), „Pług” był „więźniem UB w czasach stalinowskich” (informacja na
okładce), „ujawnionym, obserwowanym przez służby cichociemnym z AK” (tamże, s.
88), który podjął „inną, cywilną walkę o kraj […], w czym kryje się chyba
główny wątek życia i działalności Adama Borysa po roku 1945” (Olczak 2020, s.
43). Tak chcieliby widzieć autorzy swojego bohatera i czasy, w których żył.
Przyjrzyjmy się zatem faktom, które ci sami autorzy podają.

Adam Borys został aresztowany w 1945
r. Olczak podaje datę 3 lipca, Borys 28 czerwca (to drugi przykład rozbieżności
w datowaniu, których autorzy nie wyjaśnili między sobą i nie wyjaśniają
czytelnikowi: Olczak napisał, że „Pług” został ranny w czasie powstania
warszawskiego 7 sierpnia, co jest nieprawdą; Hubert Borys podaje właściwą datę
– 6 sierpnia). W areszcie przesiedział trzy miesiące. Po uwolnieniu zrobił to,
czego oczekiwała nowa władza – „przeprowadził wśród żołnierzy »Parasola« akcję
ujawniania się” (tamże, s. 41), a następnie w RKU w Gnieźnie uzyskał zwolnienie
ze służby wojskowej. Wrócił na stanowisko kierownika Pracowni Białek
Zwierzęcych w Państwowym Instytucie Gospodarstwa Wiejskiego w Bydgoszczy, które
objął niedługo przed aresztowaniem („Szybko znalazł pracę”; tamże, s. 43). Od
sierpnia 1946 do kwietnia 1947 r. za zgodą Ministerstwa Rolnictwa i Reform
Rolnych przebywał na stypendium UNRRA w Anglii i USA. Po powrocie został
naczelnikiem Wydziału Naukowo-Laboratoryjnego w Centralnym Zarządzie Przemysłu
Konserwowego, który reprezentował w lipcu i sierpniu 1947 r. na Kongresie
Mikrobiologów w Kopenhadze, a we wrześniu tego roku w podobnym charakterze
wyjechał do Parmy. Awansował, zostając naczelnym inspektorem standaryzacji
Ministerstwa Handlu Zagranicznego. W 1950 r. objął stanowisko starszego
inspektora kontroli technicznej w Poznańskich Zakładach Mięsnych, które stracił
w marcu 1952 r. „na podstawie decyzji Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Poznaniu” (tamże,
s. 44). Przez dwa i pół roku pozostawał bezrobotny. W tym czasie prowadził
swoje gospodarstwo rolne w Witkowie. Do pracy zawodowej wrócił w październiku
1954 r. i przez kolejne niespełna trzy lata był technologiem konserw drobiowych
w Zjednoczeniu Przemysłu Jajczarsko-Drobiarskiego w Prochowicach Śląskich.
Jednocześnie zatroszczył się o karierę naukową – został adiunktem i wykładowcą
w Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie. 1 stycznia 1958 r. objął posadę
dyrektora Instytutu Przemysłu Mięsnego w Warszawie, która m.in. otwierała mu
drogę do zagranicznych podróży – najpierw do Londynu, następnie „tych wyjazdów
było wiele, trudno po latach je wszystkie spisać. Była Dania, Szwecja, Francja,
Niemcy Zachodnie, Francja (sic!), USA, Kanada, Jugosławia, Rosja, Węgry itd.”
(Borys 2020, s. 137–138). Wiele tych eskapad, będących w latach sześćdziesiątych
poza kręgiem marzeń przeciętnego obywatela PRL, wynikało z powierzenia Adamowi
Borysowi – „przez czynniki polityczne wyższe niż minister” (tamże, s. 148–149)
– organizacji Zjazdu Pracowników Naukowych Europejskich Instytutów Przemysłu
Mięsnego, który odbył się w Warszawie w 1966 r. „Jak na warunki komunistycznego
państwa, udało mu się współpracować z szeregiem osób i instytucji
zagranicznych” – Mariusz Olczak nie wdaje się w wyjaśnienia, dlaczego „udało
się” to właśnie Adamowi Borysowi (Olczak 2020, s. 46). Sukces organizacyjny
wzbudzał jednak zazdrość, a na nią nałożyły się antysemickie wydarzenia 1968 r.,
których ofiarą padł m.in. przyjaciel i współpracownik Borysa prof. Damazy
Tilgner. 30 kwietnia 1968 r. Adam Borys stracił posadę dyrektora – został
kierownikiem. W latach siedemdziesiątych przyszło uznanie ze strony rządowej,
która nagrodą doceniła naukowe dokonania Borysa. Wreszcie w listopadzie 1981 r.
major „Pług”, ewidentnie tłumiąc w sobie „wyraźną niechęć do systemu
komunistycznego i angażowania legendy dowodzonego przez siebie oddziału do
akcji propagandowych ludowej władzy” (tamże, s. 49), przyjął awans na stopień
podpułkownika z rąk ówczesnego ministra obrony narodowej gen. Wojciecha
Jaruzelskiego („o którym mówił – ta stupaja”; Borys 2020, s. 160), co
miało związek z uroczystą prezentacją książki Piotra Stachiewicza. Działo się
to miesiąc przed wprowadzeniem stanu wojennego.

„Dla Adama Borysa pracy w
stalinowskim PRL-u nie było” – napisał jednak Hubert Borys o ojcu (tamże, s.
118). Rzeczywiście przez połowę czasu, który syn „Pługa” nazywa „stalinowskim
PRL-em” (zapewne chodzi o lata 1952–1956), były dowódca „Parasola” był
bezrobotny. W tym czasie dokonano mordu sądowego na gen. Fieldorfie, a
wspomniany podkomendny „Pługa” Wojciech Świątkowski „Korczak” odsiadywał
piętnastoletni wyrok. W tych okolicznościach przymus prowadzenia własnego
gospodarstwa rolnego trudno uznać za szczególną represję. Gdy w styczniu 1958 r.
aresztowano i sądzono za kolportaż „Kultury” paryskiej łączniczkę w akcji na
Kutscherę Annę Szarzyńską-Rewską, Adam Borys od miesiąca zasiadał w fotelu
dyrektora Instytutu Przemysłu Mięsnego.

Olczak pisze, że po ujawnieniu w 1945
r. Borys „pozostawał pod obserwacją Urzędu Bezpieczeństwa, który gromadził na
niego wszelkie informacje związane zarówno z okresem wojny, jak i bieżącymi
spotkaniami” (Olczak 2020, s. 43). Nie twierdzę, że tak nie było, jednak jako
jedyny przykład inwigilacji Adama Borysa jako dowódcy „Parasola” dyrektor
Archiwum Akt Nowych podaje fakt, że funkcjonariusze MBP w 1949 r. znali wojenne
pseudonimy Borysa: „Gałecki”, „Pług”, „Kar”, „Pal”. A przecież niewątpliwie
jeszcze więcej o dowódcy „Parasola” wiedziały komunistyczne służby z arkusza
ewidencyjnego wypełnionego dobrowolnie przez samego Borysa podczas procedury
ujawnienia przed Komisją Likwidacyjną b. AK we wrześniu 1945 r., który autorzy
albumu prezentują na stronie 390. Po omówieniu czasów stalinizmu nic w narracji
twórców albumu nie wskazuje na zainteresowanie Służby Bezpieczeństwa Adamem
Borysem jako byłym cichociemnym i dowódcą batalionu „Parasol” – może poza
życzeniowym przekonaniem Huberta Borysa, że „cichociemny i akowiec drażnił
partię” (Borys 2020, s. 146). Inżynier Adam Borys interesował służby jako
„protegowany przez ministra (Feliksa) Pisulę” podróżujący służbowo po całym
świecie dyrektor Instytutu Przemysłu Mięsnego i bliski współpracownik prof.
Damazego Tilgnera. To z jego powodu założono w mieszkaniu Borysa podsłuch
(Olczak 2020, s. 48), a nie ze względu na spotkania kombatanckie, w czasie
których dyskutowano o okupacyjnych i powstańczych sprawach.

Według Huberta Borysa „dziełem życia”
jego ojca był Instytut Przemysłu Mięsnego (Borys 2020, s. 131), ale z
perspektywy badacza trudno się z tym zgodzić – to batalion „Parasol” był
głównym przyczynkiem do sławy „Pługa” (a także powodem wydania albumu). W
szeregach tego oddziału, wykonując rozkazy „Pługa”, walczyli i ginęli ludzie, o
których pamięć dowódca powinien rzetelnie zadbać, czego jednak nie zrobił.
Niestety, autorzy książki Adam Borys „Pług”.
Dowódca batalionu Armii Krajowej „Parasol”
postanowili uniknąć otwartej
konfrontacji z trudnym tematem.

Aby nakreślić portret Adama Borysa
zatroskanego o losy swoich podkomendnych, Olczak na stronie 49 wspomina o
udziale „Pługa” w odbywanych rzekomo tuż po wojnie spotkaniach „grupy
skupiającej dawnych wychowawców środowisk szaroszeregowych”, w których oprócz
byłego dowódcy „Parasola” uczestniczyli „Bolesław Srocki, profesor Józef
Zawadzki, ksiądz Jan Zieja”. W tym miejscu autor odesłał czytelników do mojej
książki W kręgu Bolesława Srockiego.
Ludzie „Petu”. Relacje – wspomnienia – polemiki
(Stopczyński 2016, s. 251).
W rzeczywistości mowa tam jest o powołaniu po akcji na Kutscherę (a zatem w
1944 r.!) Rady Wychowawczej Szarych Szeregów, której działania spotkały się z
obstrukcją dowództwa Kedywu i brakiem realnego zaangażowania samego „Pługa”
(Broniewski 1982, s. 174).

W kolejnym zdaniu Olczak przypisał
Borysowi wyłączną zasługę zbierania relacji żołnierzy „Parasola”, czego nie
jest w stanie udowodnić. Zresztą tego nie robi, każąc czytelnikowi przyjąć
niczym nieuprawnione nadużycie za aksjomat.

„Był w związku z tym – pisze Olczak –
bardzo blisko niemal wszystkich ważniejszych inicjatyw wydawniczych, począwszy
od Kroniki batalionu, a skończywszy na kolejnych wydaniach pracy Piotra
Stachiewicza o »Parasolu«” (Olczak
2020, s. 50). To zdanie autor opatruje przypisem znowu odsyłającym do książki
„W kręgu Bolesława Srockiego…”, ale zapewniam, że nie mógł tam znaleźć
czegokolwiek potwierdzającego wyrażone przez siebie przekonanie. Mowa tam o
powojennych zabiegach Srockiego wokół publikacji opracowań dotyczących
żołnierzy „Parasola”, opartych na relacjach gromadzonych z inicjatywy prof.
Zawadzkiego, Srockiego i Borysa. Redakcja tych opracowań i próby ich wydania
podejmowane przez Srockiego przypadły na przełom 1946 i 1947 r. „Pług”
przebywał wtedy na stypendium w USA i Anglii. Zespół Redakcyjny „Kroniki »Parasola«”
zawiązał się dopiero w 1956, a Piotr Stachiewicz wziął się za pisanie historii
„Parasola” pod koniec lat sześćdziesiątych. Te kwestie wykraczały poza ramy
chronologiczne książki. Stały się natomiast przedmiotem szczegółowej analizy w
tekście „Raport »Alego« z akcji na
Kutscherę, czyli czego nie powiedział dowódca batalionu »Parasol«”,
którego dyrektor AAN nie zdecydował się włączyć do bibliografii.

W artykule szczegółowo przedstawiłem
„ważniejsze inicjatywy wydawnicze” związane z historią „Parasola”, pokazując
stopniową deformację centralnego punktu tej historii: opisu akcji na Kutscherę,
za którą to deformację odpowiadał dowódca. Moja skrupulatność okazała się, jak
widać, przesadną ostrożnością. Olczak nie tylko nie kwestionuje przemożnego
udziału „Pługa” w kształtowaniu narracji o „Parasolu”, ale wręcz go podkreśla, dostrzegając
w tym wielką zasługę dowódcy. Stwierdza, że to dzięki Borysowi powstała książka
Stachiewicza, „jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza monografia oddziału
Armii Krajowej przygotowana w okresie PRL przez żołnierza Armii Krajowej” (tamże,
s. 50). Jedynie do rangi ciekawostki sprowadza Olczak fakt, że „Borys nie
udostępnił autorowi większości posiadanych dokumentów i fotografii, co
zrozumiałe, jeśli weźmie się pod uwagę uwarunkowania wynikające
z okresu PRL
i inwigilację jego osobiście oraz jego rodziny” (tamże, s.
59). To „co zrozumiałe” jest formą nacisku autora na czytelnika, aby cofnął się
przed zadaniem oczywistego pytania: których „dokumentów i fotografii” Borys ze
względu na „uwarunkowania wynikające z okresu PRL” i „inwigilację” nie mógł
udostępnić Stachiewiczowi? W mojej ocenie w zbiorze Adama Borysa nie ma ani jednej
kartki, której wykorzystanie na potrzeby rzetelnego opracowania historii
„Parasola” mogłoby zaszkodzić komukolwiek – zwłaszcza w czasach gdy Piotr
Stachiewicz pisał swoją książkę. Jeżeli dyrektor AAN twierdzi, że takie „fotografie
i dokumenty” w tym zbiorze są, powinien je wskazać.

A
jak sprawy te wyglądają w tekście Huberta Borysa? Najpierw ważna uwaga. Zaangażowanie
(lub zaangażowanie się) Huberta Borysa w przygotowanie książki o ojcu na
prawach współautorstwa wprowadza istotne komplikacje. Jak czytać jego tekst?
Czy jak opracowanie, na co wskazywałyby informacja na stronie tytułowej oraz
przypisy i zamieszczona na końcu bibliografia? Czy jednak jak relację – z
powodu tych przypisów i bibliografii raczej nietypową – którą zamieszczono bez
żadnego naukowego komentarza? Ten zaś w wielu miejscach byłby konieczny, choćby
po to, by sprostować oczywiste błędy, np. gdy autor pisze, że batalion „Zośka”
podlegał Kedywowi Okręgu Warszawskiego AK, a „Parasol” Kedywowi Komendy Głównej
AK (Borys 2020, s. 91). Laik może nie wiedzieć, że obydwa oddziały od początku
były i do końca pozostały w dyspozycji dowódcy Kedywu Komendy Głównej, natomiast
historyk powinien w tym miejscu interweniować. Mariusz Olczak jednak nie
interweniuje – ani w tym miejscu, ani w żadnym innym, dopuszczając do
nieskrępowanego snucia się opowieści, której fragmenty często niewiele mówią o
bohaterze książki, za to całkiem sporo o autorze. Tak jest choćby z historią o
murarzu, który w wyniku zemsty „powiatowego sekretarza partii, pochodzenia
żydowskiego” trafił do katowni UB w Gnieźnie. Swojego oprawcę robotnik, którego
szczęśliwie odratowano, rozpoznał dwadzieścia lat później jako sprzedawcę w
prywatnym sklepiku w Świnoujściu. „Tak rodził się nowy, antykomunistyczny antysemityzm”
– spuentował anegdotę odwołaniem do stereotypu „żydokomuny” prof. Borys (tamże,
s. 121). Niezależnie od tego, czym jest tekst Huberta Borysa – relacją,
opracowaniem, czy trochę jednym, trochę drugim, zasługuje na jedyny właściwy
sposób lektury – krytyczny.

W kontekście dopuszczonego przez
„Pługa” zdeformowania narracji historycznej o akcji na Kutscherę niektóre jego
fragmenty nabierają wręcz karykaturalnego charakteru i są nieuświadamianym
chyba aktem oskarżenia skierowanym przeciwko ojcu – dowódcy „Parasola”, który
sprzeniewierzył się obowiązkowi wobec poległych podkomendnych. Szczególnie
wyraźnie objawia się to we fragmentach poświęconych filmowi „Zamach” Jerzego
Passendorfera z 1959 r., który autor uznał za „zabawną ramotę”: „Dzieło to
miało być filmową rekonstrukcją akcji »Parasola« na generała Kutscherę. Film
niezbyt zgodny z faktami historycznymi, realiami okupacyjnymi, nie pada w nim
nawet nazwa oddziału, pseudonimy i nazwiska uczestników narracji [sic!]
zastąpiono zupełnie innymi. Ta tendencja do podmiany historycznych faktów na
inne, które można było dobrowolnie kształtować czy deformować, to w PRL-u stały
zabieg. Sylwetki bohaterów, potraktowane na modłę nieznośnie psychologizującej
maniery lat pięćdziesiątych, są mało autentyczne i chyba przekonują tylko mniej
wyrobionego odbiorcę. Ojciec pytany o to dzieło tylko się ironicznie
uśmiechał”. I na koniec tych rozważań: „Ojciec historię traktował poważnie.
Piosenki, wiersze, filmy – owszem, proszę bardzo, ale najpierw prawda, i to
cała prawda” (tamże, s. 139–140).

To, co dyskwalifikowało w oczach
Huberta Borysa film Passendorfera z końca lat pięćdziesiątych, tłumaczy błędy i
niedostatki książki Piotra Stachiewicza – „raczej drobne, poprawiane w
kolejnych wydaniach” (tamże, s. 160). Przypomnijmy, że monografia „Parasola”
ukazała się w schyłkowym okresie „karnawału Solidarności”. Jednak zdaniem prof.
Borysa także wtedy „komuniści i ich narzędzia […] nie
zmienili swojego stosunku do akowców, węszyli, zbierali informacje, szkodzili
byłym żołnierzom i ich rodzinom. Zmieniały się tylko metody działania”.
Nastąpiło co prawda „złagodzenie działalności cenzury, ale nie oznaczało to, że
można było pisać całą prawdę. Może więc lepiej było pewne fakty i oceny
zostawić w dyskrecji. O czym konkretnie wiedział Adam Borys – tego już się nie
dowiemy” (tamże, s. 90). Jakie „fakty i oceny” należało „zostawić w dyskrecji”
w książce o oddziale dyspozycyjnym Kedywu, w której czytelnik mógł przeczytać bez
ezopowego kluczenia o „zamordowaniu w wyniku procesu” sądowego gen. Fieldorfa
„Nila”, o „zamordowaniu” Jana Rodowicza „Anody”, o fikcyjnych śledztwach i
potajemnych zabójstwach w latach czterdziestych i pięćdziesiątych (Stachiewicz 1981, s. 630) – tego już
Hubert Borys nie wyjaśnia. Nie wyjaśnia także, że na przykład w odniesieniu do centralnego
punktu okupacyjnej historii „Parasola” dowiedzieliśmy się jednak, „o czym
konkretnie wiedział Adam Borys”, a czego nie chciał powiedzieć, kiedy żył.

Hubert Borys kreuje wizerunek ojca
jako osoby inicjującej gromadzenie relacji, co wynikało z „poczucia obowiązku
dowódcy wobec poległych i żyjących swoich żołnierzy” (Borys 2020, s. 107), jako
naukowiec zaś „dążył przez wiele lat do opracowań spełniających kryteria
naukowe”, które przeciwstawią się „kłamliwej propagandzie”, bo „Parasolowi”
„należał się prawdziwy, zweryfikowany naukowo dokument włączony na stałe w
pamięć narodu” (tamże, s. 89). Dążenia byłego dowódcy znalazły wreszcie
ukoronowanie w dziele autorstwa Piotra Stachiewicza. Ale czy rzeczywiście jest
to książka dająca się naukowo zweryfikować? Na pewno nie w odniesieniu do tego,
co mógł i powinien był zrelacjonować dowódca oddziału. Przyznaje to Hubert
Borys, który jedną z części swojego tekstu zatytułował „Czterdzieści jeden lat
samotności… i milczenia”: „Dlaczego ojciec sam nie pisał, nie zostawił relacji
czy wspomnień? – pyta prof. Borys, świadomy istnienia problemu. – To zagadka,
nie tylko dla mnie. Jako dowódca wiedział więcej niż inni” (tamże 2020, s. 90).
No właśnie – co zatem należy zrobić z faktem, że Stachiewicz w książce odwołuje
się jednak do relacji Adama Borysa, które – jeżeli rzeczywiście były złożone –
nie istnieją w formie weryfikowalnej naukowo? Wielką gratką byłoby sięgnięcie
do relacji „Pługa”, na którą powołuje się Stachiewicz, o nieanalizowaniu
przebiegu akcji na Kutscherę, bo „nie było z kim analizy tej przeprowadzać”, a
wnioski zostały jedynie „zrekapitulowane” przez Borysa na odprawach u płk.
„Nila” (Stachiewicz 1981, s. 346). Jest to niestety niemożliwe – nic o takiej
relacji nie wiadomo. Gdyby jednak istniała i czekała tylko na odkrycie, nie
mogłaby być sprzeczna z tym, co napisał Stachiewicz.

Milczenie ojca syn tłumaczy czytelnikowi
dwojako. Po pierwsze – ujawnienie pełnej wiedzy dowódcy „Parasola” „mogłoby
zaszkodzić innym i ich rodzinom”. O tej przesadnej trosce o bezpieczeństwo
podkomendnych i ich rodzin na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych
pisałem wyżej. Po drugie: „Była także osobista postawa samego Adama Borysa.
Pamięć miał dobrą, na pewno wiele faktów i jego opinii, gdyby je ujawnił,
rzuciłoby ciekawe światło na szereg historycznych zagadnień. Wolał jednak
schować się za relacje i wspomnienia swoich podwładnych. »Parasol« to było
wspólne dzieło, dowódca i jego podkomendni nie byli zantagonizowani, wzajemnie
się uzupełniali i odegrali swoją rolę” (Borys 2020, s. 90). I w innym miejscu:
„Oto dowódca razem ze swoimi podwładnymi opisuje to, co zdziałali, nie narzuca
swoich opinii, »Parasol« był dziełem wspólnym” (tamże, s. 159). Pomińmy
kuriozalną metodologicznie koncepcję „chowania się za relacjami i wspomnieniami
swoich podkomendnych”. Przyjrzyjmy się natomiast kreowanemu przez Huberta
Borysa obrazowi idylli, jaka miała rzekomo towarzyszyć pisaniu historii
„Parasola”. Kilka przykładów spośród wielu, które zadają kłam zaklinaniu mało
chwalebnej rzeczywistości.

Prof. Tomasz Strzembosz w notatkach
do recenzji książki Stachiewicza pisał o osobowości autora i jej wpływie na
kształt dzieła (rezygnując jednocześnie świadomie z wprowadzenia tych
informacji do opublikowanego tekstu): „bardzo pewny siebie i autorytatywny,
mający w środowisku »Parasola« wielbicieli
i przeciwników. Te przyjaźnie i animozje bardzo wyraźnie odzwierciedliły się w
książce […]. Osoby go krytykujące mają mały udział w opisywanej historii »Parasola«” (Strzembosz 1983b, s. 1).

Przykład kolejny. Dr Maria Wiśniewska
„Malina” wchodziła w skład Zespołu Redakcyjnego „Kroniki »Parasola«”, którego
zbiór archiwalny został przez Stachiewicza przejęty, a dorobek był w wydanej
monografii bezpardonowo dezawuowany (Strzembosz 1983a, s. 219). Dwa miesiące po
ukazaniu się książki o „Parasolu” napisała do prof. Tomasza Strzembosza list.
Przytaczam in extenso początek:
„Gdyby ta książka została wydana 100 lat temu, niewątpliwie wezwałabym Piotra
Stachiewicza na pojedynek, a Ciebie Tomaszu poprosiłabym na sekundanta. 50 lat
temu oddałabym sprawę wziętemu adwokatowi, prawa autorskie miały wtedy swoją
wartość, a przecież Piotr Stachiewicz przywłaszczył sobie nie tylko zdjęcia,
które mu rodziny wypożyczyły, ale i relacje, których zebraliśmy kiedyś przeszło
300 i jako materiały archiwalne złożyliśmy chyba w roku 1965 do WIH. Łącznie z
pierwszym opracowaniem zostały one przeliczone na złotówki wpłacone na fundusz
społeczny środowiska »Parasol«.
W jego opracowaniu figurują one często jako jego własne relacje, albo Komisji
Historycznej, której on mieni się Przewodniczącym, a która dalibóg w okresie 12
lat jego pracy nad historią batalionu nie działała, bo kto jak kto, ale on sam
chyba zdaje sobie sprawę najlepiej, że do żadnej pracy zespołowej nie nadaje
się, czego niestety najlepszym przykładem jest jego książka wydana w tej chwili
przez PAX” (Wiśniewska 1982, s. 1).

Zacytuję z tego listu jeszcze jeden
fragment, zapewne znany Hubertowi Borysowi, a niewątpliwie znany Mariuszowi
Olczakowi, który cytował go w audycjach radiowych oraz w jednej z książek jako
dowód miru, jakim były dowódca cieszył się wśród dawnych podkomendnych, i
wsparcia, jakiego im udzielał w pisaniu historii batalionu (Olczak 2019, s.
46). Dyrektor AAN w albumie zrezygnował z jego cytowania – prawdopodobnie dokładniej
przeczytał list „Maliny” i zrozumiał, że on cały, a ten fragment szczególnie,
jest oskarżeniem Adama Borysa o apodyktyczność i nieuznawanie jakiejkolwiek
niezależności od jego woli. A zatem – pisze do prof. Strzembosza dr Wiśniewska
– w trakcie prac nad „Kroniką…” „z wyżyn swego Olimpu (urzędował na 3 piętrze
przy ul. Hożej w Centrali Przemysłu Jajczarskiego-Drobiarskiego) dowodził
batalionem w dalszym ciągu »Dyrektor«-»Pług«-Adam Borys. Jego autorytet był
taki sam jak w czasie okupacji, i tak samo jak wtedy w praktyce wszelka
dyskusja, a co dopiero udzielanie rad »Dyrektorowi« było równoznaczne z
ośmieszeniem się. Przytoczyłam opinię »Maga«, Zdzisława Dobrowolskiego, z jego
ówczesnej relacji, z którą się absolutnie zgadzam w odniesieniu do lat
powojennych” (Wiśniewska 1982, s. 1). Zdzisław Dobrowolski „Mag” był w
„Parasolu” oficerem bezpieczeństwa. We wspomnianej relacji charakteryzował
swoje obowiązki, wskazując, że najważniejszą jego prerogatywą było opiniowanie
opracowania planów akcji pod kątem bezpieczeństwa. W drastycznych sytuacjach
mógł nawet zażądać jej odwołania. Taka była teoria, w rzeczywistości system
bezpieczeństwa nie działał w tym kluczowym zakresie ze względu na sposób dowodzenia
Adama Borysa, który ten system wprowadził – „wszelka dyskusja, a co dopiero
udzielanie rad »Dyrektorowi« było równoznaczne z ośmieszeniem się” (Stopczyński
2019, s. 76).

Na to, że piszący o czasach wojennych
„Mag” i powołująca się na niego, ale pisząca o latach powojennych „Malina” mają
rację, dowodów dostarcza i sam Hubert Borys, który tak charakteryzuje ojca:
„był bardzo, jak to się mówi, podmiotowy, był silną osobowością i nie pozwalał
sobie narzucić poglądów, których nie akceptował” (Borys 2020, s. 87). Opowiada
też anegdotę o rozstrzygnięciu „wewnątrzśrodowiskowego konfliktu”, związanego z
wątpliwościami niektórych byłych podwładnych co do słuszności promowania
monografii „Parasola” w atmosferze „rozprawiania się z Solidarnością, opozycją polityczną, Kościołem, ze wszystkimi”.
Adam Borys „postanowił zakończyć obrady. Wyglądało to tak: krzyknął »Powstań!«. I wstali, stanęli na
baczność i zamilkli” (tamże, s. 160).

I jeszcze jeden dowód na to, że
okoliczności, w jakich pisano historię „Parasola” pod dyktando jego dowódcy,
nie były idylliczne, a efekt musi budzić zastrzeżenia co do rzetelności i
uczciwości.

Wacław Czyszek „Wacek” (1919–2002) formalnie
i faktycznie podlegał służbowo kpt. „Pługowi” tylko przez pierwszych sześć dni
powstania warszawskiego – do momentu zranienia dowódcy, który już do oddziału
nie wrócił. Gdy tuż przed 1 sierpnia 1944 r. wszedł do 2. kompanii „Parasola”
jako zastępca dowódcy drużyny „Andrzeja” (Andrzeja Wojnicza), miał za sobą
przeszkolenie jeszcze w przedwojennej podchorążówce, z której od razu poszedł
na front w 1939 r. Do niewoli dostał się po bitwie pod Kockiem i z tej niewoli
uciekał dwukrotnie w okolicznościach niewątpliwie spektakularnych – w końcu
skutecznie. Po dotarciu do Warszawy w 1942 r. skontaktował się z „Andrzejem”,
który dowodził wtedy kilkunastoosobowym oddziałem osłonowym KG AK. W czasie
powstania warszawskiego w niespełna dwa tygodnie „Wacek” awansował z zastępcy
dowódcy drużyny do zastępcy pełniącego obowiązki dowódcy batalionu „Parasol”
Jerzego Zborowskiego „Jeremiego”. Był oficerem liniowym prowadzącym żołnierzy
do walki, ale brał także udział w odprawach sztabowych. Dowodził batalionem w
trakcie próby przebicia oddziałów staromiejskich do Śródmieścia. Został wtedy
ciężko ranny. Już po wojnie amputowano mu całą lewą nogę. Założył i prowadził
obserwatorium geofizyczne w Helu.

Po powołaniu do życia w 1956 r. Zespołu
Redakcyjnego „Kroniki »Parasola«” jego członkowie zwrócili się do Czyszka w
kwestiach związanych z powstaniem warszawskim, a „Wacek” zaoferował szeroką
pomoc. W liście do Zbigniewa Gąsiora „Garbatego” z 6 sierpnia 1956 pisał:
„Służę wszelkimi wyjaśnieniami odnośnie [do] spraw wątpliwych i niejasnych. […]
Służę wszystkimi materiałami odnośnie [do] udziału »Parasola« w Powstaniu. Podejmę się opracowania, jak również w
wypadku konieczności i czasu [sic!] mogę zająć się stroną techniczną”. 18
stycznia 1957 r. dawał już instrukcje dotyczące sposobu spisywania i
opracowywania relacji, informując, co sam spisał: „Zrobiłem dzień po dniu
działalność bojową baonu z kompaniami i niektórymi plutonami włącznie, a w
niektórych wypadkach mam zespoły drużyn i same drużyny. Umiejscowiłem baon w
ramach obrony i zależności służbowej jednostek nadrzędnych”. W lutym 1957 r. oczekiwał
nadsyłania do konsultacji materiałów, które miały już dotrzeć do Zespołu
Redakcyjnego. W liście z 25 stycznia 1958 r. (prawdopodobnie do Stanisława
Jastrzębskiego „Kopcia”) omawiał kwestię weryfikacji odznaczeń: „Co do obiekcji
»Dyrektora« – wydaje mi się, że
rozumiejąc jego sytuację i skrupulatność, to jednak wiele spraw w związku z
odznaczeniami szczególnie w walkach o Stare Miasto – było poza jego wiedzą i
wielki upór jego byłby zupełnie niezrozumiały”.

Zdecydowanie upraszczając
okoliczności, w jakich Zespół Redakcyjny sprzedał w 1960 r. Wojskowemu
Instytutowi Historycznemu ukończone maszynopisy z historią batalionu
doprowadzoną do dni przedpowstaniowych oraz zgromadzone relacje i archiwalia,
Mariusz Olczak napisał, że mimo fiaska nie zrezygnowano „z opisania historii »Parasola«” (Olczak, s. 50) – i z roku
1960 od razu przeskoczył do 1969, kiedy za pracę tę zabrał się namaszczony
przez Borysa Stachiewicz. Pominięto milczeniem inicjatywę, którą być może
realizowano poza kontrolą „Pługa”, choć zapewne nie bez jego wiedzy. Piszę „być
może”, ponieważ była realizowana pod auspicjami ZBoWiD-u, do którego Borys
„mimo nacisków nie chciał wstąpić” i o którym „pogardliwie mawiał: »To spekulanci i milicjanci«”; choć
„niektórzy akowcy dla »świętego
spokoju« wstępowali do tej organizacji”, to „taki sposób wykazywania
lojalności wobec PRL odrzucał zdecydowanie”, gdyż „w jego pojęciu czerpanie
osobistych zysków z walki o wolność było niemoralne” (Borys 2020, s. 146). Najwyraźniej
wbrew byłemu dowódcy 21 maja 1966 r. zawiązało się Środowisko b. Żołnierzy Batalionu
„Parasol” przy Okręgu Warszawskim ZBoWiD-u, którego przewodniczącym został
„Kopeć”. Powołano grupy i zespoły, m.in. „Zespół Historyczny”, który miał się
zająć „sprawą wydania kroniki 43–44, zbieraniem materiałów dotyczących okresu
Powstania”. W skład tego zespołu weszło dwanaście osób; oprócz członków Zespołu
Redakcyjnego w gronie tym znalazł się m.in. Wacław Czyszek. W „Komunikacie nr
1” Adam Borys nie jest w ogóle wymieniony. W grudniu 1966 r. Czyszek otrzymał
pismo z WIH z „Umową Wydawniczą Nr 16/67/II” na napisanie „Kroniki batalionu »Parasol« cz. III” o „objętości około
2 arkuszy autorskich”. Czyszek zobowiązywał się przesłać maszynopis do 1
kwietnia 1967 r., a WIH, że książka ukaże się drukiem w ciągu dwóch lat od dnia
jego przekazania, czyli w 1969 r. 29 marca 1967 r. „Wacek” zwrócił się z prośbą
do WIH o wydłużenie o dwa tygodnie terminu oddania pracy, ponieważ gotowy
maszynopis chce skonsultować „z gronem Kol. Kol. ze Środowiska »Parasol«”, na co wyrażono zgodę.
Przestrzegając ustalonych terminów, 15 kwietnia 1967 r. Czyszek przesłał trzy
egzemplarze maszynopisu opracowania „Kronika »Parasola« cz. III” ppłk. Tadeuszowi Stępniowskiemu, który odbiór
potwierdził swoim podpisem. Później zdarzył się „cud” i maszynopis w WIH
zaginął bez śladu. W listopadzie 1970 r. na ręce nowego komendanta WIH, płk.
Tadeusza Jędruszczaka, „Wacek” wysłał stosowne wyjaśnienia w ślad za pismami, w
których oskarżano go o niewywiązanie się z umowy. „Dalsze losy mej pracy nie są
mi znane. […] Nie wiem, jaki będzie dalszy epilog mego opracowania, jednak jest
pewne, że jako autor w terminie wywiązałem się z mego zobowiązania zgodnie z
umową. Nie wchodzę w szczegóły, ale dziwi mnie to, że tej pracy nie ma WIH” –
czytamy w tym piśmie. I dalej: „Rozdmuchana historia w pewnych kręgach budziła
mój niesmak do tej całej sprawy. Machnąłem na to ręką”. Być może opracowanie
Czyszka padło ofiarą kadrowych rozgrywek wewnątrz WIH związanych ze zmianą
komendanta i odsunięciem grupy pracowników, w tym ppłk. Stępniowskiego, ale w
korespondencji „Wacka” znajdziemy ślady, że i jego praca, i on sam byli
obiektami mało chwalebnych działań wewnątrz środowiska byłych żołnierzy
„Parasola”. Zacytujmy fragment listu do Eugeniusza Schielberga „Dietricha” z 7
sierpnia 1973 r., w którym znowu poruszył sprawę weryfikacji odznaczeń i
awansów za czas powstania. Stwierdzał, że w tej materii istotne nie powinno być
„stanowisko ludzi, którzy decydując o wnioskach za okres POWSTANIA [sic!], w
Powstaniu tym nie brali czynnego udziału z przyczyn zranienia, względnie
dekowania się, gdyż i tacy byli – względnie byli w tym czasie gdzie indziej.
Nie będę wymieniał z nazwisk, gdyż obydwaj dobrze się orientujemy, o kogo
chodzi. […] Stoję daleko od wszelkich sporów i waśni »naszego«grona – piszę naszego w cudzysłowie, gdyż jak
oświadczył jeden ze chcących być znanym wg mnie i właściwie znanym
parasolarzem, że jeżeli chodzi o mnie, to wg niego nie należę do grupy b.
PARASOLARZY [sic!] – Odpowiedziałem prosto, jeżeli tak, to wykreśl i mój wkład
w Powstanie, jeżeli potrafisz to zrobić”. I jeszcze jeden cytat z późniejszego
o kilka dni listu do niezidentyfikowanego żołnierza „Parasola”: „Co do mnie, do
spraw »Parasola« wrócę i nie
jest wykluczone, że w innej formie moje pamiętniki się ukażą. Naturalnie PO
SMUTNYM DOŚWIADCZENIU [sic!] nie mam zamiaru konsultować mej pracy w gronie
tych AMBICJONALNYCH [sic!] b. parasolarzy”.

Wacława Czyszka „wkładu w Powstanie”
wykreślić się nie dało, ale wkład Wacława Czyszka w opisanie powstania –
owszem. Zerknijmy do bibliografii książki Stachiewicza. Znajdziemy tam jedną
tylko pozycję „Wacka” – podany pod zniekształconym nazwiskiem Cysek krótki
artykuł Bojowy szlak batalionu „Parasol” opublikowany w „Gazecie Ludowej” w 1946 (u Stachiewicza
błędnie podano rok 1947). W książce nie wykorzystano spisanych relacji i opracowań
osoby mającej największe kompetencje do opisu walk „Parasola” w pierwszej
połowie powstania. Nie ma relacji dotyczących żołnierzy z drużyny „Andrzeja”,
nie ma dziesięciostronicowego komentarza do wydanej w 1957 r. książki Adama
Borkiewicza Powstanie Warszawskie 1944,
w których „Wacek” szczegółowo i krytycznie odniósł się do opisu działań
batalionu „Parasol”, nie ma trzeciej części „Kroniki »Parasola«” i wielu innych.

Cytowane powyżej listy Wacława
Czyszka do Zbigniewa Gąsiora pochodzą z Archiwum Ośrodka Karta i są
niewątpliwie znane Mariuszowi Olczakowi, a na pewno znane być powinny.
Pozostałe listy i umowa Czyszka z WIH znajdują się w zbiorze archiwaliów po
majorze „Wacku” przekazanym w zeszłym roku do AAN, którego Olczak jest dyrektorem.

Kim
mógł być „chcący być znanym” i „właściwie znany parasolarz”, który kwestionował
prawa Czyszka do bycia byłym „parasolarzem”? Palce jednej ręki to aż nadto, aby
policzyć tych, którzy przeżyli wojnę i których wojenne dokonania i stanowisko w
batalionie mogłyby ośmielić do usuwania z szeregów „Parasola” właśnie Wacława
Czyszka. Z tych, moim zdaniem, tylko Adam Borys miał realny i przemożny wpływ
na to, jak opisywane były – wtedy już przez Piotra Stachiewicza – dzieje
batalionu. Ktokolwiek to był, przedstawianie przez Huberta Borysa książki Stachiewicza
jako efektu zgodnej i bezkolizyjnej współpracy byłego dowódcy z byłymi
podkomendnymi świadczy o braku świadomości faktów lub świadomej dezinformacji.

Druga po tekstach Mariusza Olczaka i
Huberta Borysa część albumu, „Zdjęcia i dokumenty”, jest niewątpliwie gratką.
To bodaj setki czasami unikatowych fotografii i reprodukcji archiwaliów
konspiracyjnych oraz powstańczych. Szkoda, że temu bogactwu, sprawiającemu
wrażenie wręcz nadmiaru, nie towarzyszy poziom opracowania. Najczęściej podpis
fotografii sprowadza się do prostego opisu tego, co czytelnik i tak widzi. Na
przykład plan akcji na Kretschmanna sporządzony przez „Kopcia”, na którym widać
wielkimi literami i cyframi zapis, że został narysowany w skali 1:2500 ma taki
podpis: „Oryginalny plan akcji w skali 1:2500” (s. 325). Czy nie należało wielu
z tych niewątpliwie ważnych dokumentów pisanych drobnym pismem na bibułkach
zostawić do przygotowywanego pod redakcją Olczaka zbioru wszystkich dokumentów
„Parasola”? Dam jeden przykład. Na stronie 252 prezentowane są cztery
dokumenty, w tym mała żółta karteczka informująca o zmianie kryptonimów
oddziałów dyspozycyjnych Kedywu, opatrzona datą 26 listopada 1943. Niepozorny
skrawek papieru, ale treść doniosła. Według Stachiewicza zmiana kryptonimu
kompanii „Agat” na „Pegaz” nastąpiła w pierwszych dniach stycznia 1944 r. i
miała związek z aresztowaniem kierowcy oddziału Tadeusza Kostrzewskiego
„Niemiry” (Stachiewicz 1981, s. 260–261). W świetle tego i innych zamieszczonych
w albumie dokumentów okazuje się to nieprawdą. Na stronie 280 autorzy pokazują
sporządzone 1 grudnia 1943 r. „Sprawozdanie z działalności oddziału »Pegaz« za listopad 1943”. W nagłówku
ktoś z rozpędu wpisał maszynowo „Agat-Bryl”. Odręcznie zamazano więc stary
kryptonim i nadpisano nowy: „Pegaz”. W spiętrzeniu publikowanych dokumentów
pozbawionych fachowego komentarza takie rzeczy umykają. A jest ich w
prezentowanych dokumentach więcej.

Po raz pierwszy czytelnicy mogą
zobaczyć w jednym tomie wszystkie trzy dokumenty sporządzone po akcji na
Kutscherę. Oczywiście niczego na temat konsekwencji wypływających z faktu, że
Adam Borys o dwóch z tych dokumentach nie mówił, autorzy opracowania nie
podali. W tym miejscu popełnili jednak błąd wynikający z niedochowania
szczególnej staranności tam, gdzie ta staranność jest ze względu na delikatność
sprawy właśnie szczególnie potrzebna. W opisie zdjęć Stanisława Huskowskiego
pomylono z jego bratem, żołnierzem batalionu „Zośka” – Tadeuszem Huskowskim.

Pozbawiona w ogóle opracowania jest
część trzecia, czyli teksty prasowe z wypowiedziami „Pługa”. A ingerencja
autorów opracowania jest nieodzowna co najmniej w dwóch miejscach. Na stronach
473–474 w wywiadzie udzielonym Małgorzacie Rutkowskiej została poruszona sprawa
Stanisława Huskowskiego „Alego”. Odpowiedź Borysa powinna być opatrzona
komentarzem informującym, że w świetle dokumentów prezentowanych na stronach
350–358 albumu były dowódca „Parasola” zrzucił odpowiedzialność za własne
decyzje na poległych podkomendnych.

Drugi fragment domagający się
komentarza to ten z wywiadu, w którym Stefan Smarzyński zapytał Adama Borysa o
dekonspirację oddziału „Osa-Kosa” (s. 454). „Pług” utrzymywał, że za tragiczną
w skutkach wpadkę w kościele św. Aleksandra odpowiada zdrajca Stanisław Jaster
„Hel”, który został za tę rzekomą zdradę stracony w nieustalonych
okolicznościach. Publikowane w ostatnich latach wyniki badań wskazują wyraźnie,
że „Hel” nie zdradził. Zawierają tak wiarygodne ustalenia, że we wrześniu 2019 r.
prezydent RP odznaczył pośmiertnie Stanisława Jastera Krzyżem Kawalerskim
Orderu Odrodzenia Polski.

Informacje prostujące krzywdzące
poległych żołnierzy wypowiedzi Adama Borysa należały się i „Alemu”, i „Helowi”,
ale autorzy albumu nie uznali za stosowne ich podać.

Książka Mariusza Olczaka i Huberta Borysa była okazją
do rozprawienia się z zarzutami stawianymi dowódcy „Parasola”, zarzutami, o
których autorzy wiedzieli. Sądzę, że nad książką zaciążył apologetyczny zamiar.
Album miał być pomnikiem wystawionym legendarnemu dowódcy legendarnego
batalionu i nic nie mogło temu przeszkodzić, nawet oczywiste fakty. Olczak z
Borysem zachowali się jak rzeźbiarze, którzy wybrali blok marmuru na pomnik.
Marmur przywieziono do pracowni i artyści przystąpili do pracy. Nagle okazało
się, że marmur ma skazę, jest pęknięty. Zdecydowali się jednak kuć dalej, rysy
zapowiadające przyszłą katastrofę zapełniając szpachlą i skręcając śrubami.
Pomnik wreszcie osadzili na cokole i odsłonili w myśl zasady „jakoś to będzie”.

Przemilczanie kluczowych faktów niewygodnych dla
kreowanego wizerunku bohatera książki, manipulowanie ustaleniami innych
badaczy, wyrażanie w książce sądów anachronicznych, sprzecznych z publikowanymi
jednocześnie w tej książce dokumentami źródłowymi bez słowa komentarza, wystawiają
niedobre świadectwo autorom. Zwłaszcza Mariuszowi Olczakowi, który w tym
autorskim tandemie jest historykiem – choć bardziej okazał się „adwokatem”.


BIBLIOGRAFIA

Borys
H., Olczak M. (2020), „Pług”. Dowódca batalionu Armii Krajowej „Parasol”,
Warszawa.

Broniewski
S. (Stefan Orsza) (1982), Całym życiem. Szare Szeregi w relacji naczelnika,
Warszawa.

Olczak
M. (2019), Batalion „Parasol” w powstaniu warszawskim, Warszawa.

Siwek
P. (2021), Hubert Borys: ojciec nie starał się wracać do wojennych wspomnień, https://www.polskieradio.pl/8/404/Artykul/2667914,Hubert-Borys-ojciec-nie-staral-sie-wracac-do-wojennych-wspomnien
(dostęp 21 lutego 2021).

Stachiewicz P. (1981),
„Parasol”. Dzieje oddziału do zadań specjalnych Kierownictwa Dywersji Komendy
Głównej Armii Krajowej
, Warszawa.

Stopczyński
W. (2009), Teczka pełna granatów,
„Kombatant”, nr 3.

Stopczyński
W. (2012), O „Raporcie Alego z akcji na Kutscherę” – odpowiedź na polemikę
dr Marii Wiśniewskiej
, „Przegląd
Historyczno-Wojskowy”, nr 2.

Stopczyński
W. (2016), W kręgu Bolesława Srockiego. Ludzie „Petu”. Relacje – wspomnienia
– polemiki
, Gdańsk.

Stopczyński
W. (2018), „Zamach na Kutscherę”, czyli
IPN-u kłopot z raportem „Alego”
,https://histmag.org/Zamach-na-Kutschere-czyli-IPN-u-klopot-z-raportem-Alego-16326/1
(dostęp 28 lutego 2021).

Stopczyński
W. (2019), Raport „Alego” z akcji na
Kutscherę, czyli czego nie powiedział dowódca batalionu „Parasol”
, „Przegląd Historyczno-Wojskowy”, nr 2.

Strzembosz
T. (1983a), „Parasol”, „Kwartalnik Historyczny”, nr 1.

Strzembosz
T. (1983b), AAN, Akta Tomasza Strzembosza, sygn. 566, „»Parasol« Piotra Stachiewicza”, rkps,
b.d., b.p.

Truszczak
D. (2021), Adam Borys ps. Pług. Pierwszy
dowódca batalionu AK „Parasol”
, https://www.polskieradio.pl/7/5098/Artykul/2675896,Adam-Borys-ps-Plug-Pierwszy-dowodca-batalionu-AK-Parasol
(dostęp 21 lutego 2021).

Wiśniewska
M. (1982), AAN, Akta Adama
Borysa, sygn. 1, List do Tomasza Strzembosza w sprawie książki Piotra
Stachiewicza „Parasol” z 7 lutego 1982, mps, b.m., b.p.

Wnuk
R. (2021), Kilka myśli na marginesie medialnego sporu o Józefa Franczaka
„Lalka”
, http://ohistorie.eu/2021/01/09/kilka-mysli-na-marginesie-medialnego-sporu-o-jozefa-franczaka-lalka/
(dostęp 13 czerwca 2021).


Redakcja językowa: Beata Bińko




Holokaust na Węgrzech w świetle procesu Adolfa Eichmanna w Jerozolimie (1961–1962)

Kadr z filmu Lista Schindlera, reż. Steven Spielberg, 1993 (© TM & Universal, https://www.youtube.com/watch?v=j1VL-y9JHuI&list=PL3AD38307A15C3B18&index=3 [Movieclips via Youtube, screencap: 00:46], dostęp 30.11.2020)

SZYMON
PIETRZYKOWSKI

Holokaust na Węgrzech
w świetle procesu Adolfa Eichmanna w Jerozolimie (1961–1962)

Wprowadzenie

W 2021 r. mija okrągła, sześćdziesiąta rocznica procesu
Eichmanna. Od 11 kwietnia do 14 sierpnia 1961 r. toczyło się postępowanie przed
sądem okręgowym w Jerozolimie. Z racji wielkiego zainteresowania tym wydarzeniem
ze strony opinii publicznej obrady zostały przeniesione do wtenczas nowo wybudowanego
jerozolimskiego Domu Ludowego (Beit ha-Am), którego wnętrze przearanżowano na salę sądową;
sąd zebrał się ponownie w połowie grudnia tegoż roku (11–15 grudnia), aby wysłuchać
mów końcowych oskarżenia i obrony oraz głosić wyrok (uznający winę oskarżonego
w odniesieniu do zdecydowanej większości stawianych mu zarzutów – tj. zbrodni przeciwko
ludzkości, zbrodni wojennych, przynależności do organizacji uznanych na zbrodnicze
przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze i nowej kategorii wprowadzonej
przez sądownictwo izraelskie, tj. zbrodni przeciwko narodowi żydowskiemu – oraz
skazujący oskarżonego na karę śmierci) wraz z uzasadnieniem. Eichmann skorzystał
z przysługującego mu prawa do apelacji, co przedłużyło sprawę. W postępowaniu apelacyjnym
Sąd Najwyższy w Izraelu podtrzymał karę śmierci i jeszcze zaostrzył treść wyroku.
Prośba o łaskę skierowana do ówczesnego prezydenta Icchaka Ben Cewiego została odrzucona
(mimo apelów m.in. ze strony Martina Bubera czy Gerszoma Scholema o podjęcie innej
decyzji).

Proces Eichmanna wypełnił również funkcję pozaprawną (extra-legal). W zamierzeniu oskarżenia miał
on posłużyć jako narzędzie legalizmu dydaktycznego (didactic legalism: Douglas 2001, s. 3 i n.) – publiczność zgromadzona
w Beit ha-Aam bądź przed odbiornikami radiowymi (w Izraelu nie funkcjonowała jeszcze
wtedy ogólnodostępna telewizja, głównymi przekaźnikami informacji o procesie, i
nie tylko, były radio i prasa) po raz pierwszy usłyszała o Zagładzie, zapoznając
się z przejmującymi zeznaniami świadków oskarżenia, z których większość (poza kilkoma
wyjątkami) stanowili ocalali/ocaleni. Z perspektywy sześciu dekad można uznać, że
strategia ta odniosła skutek i, nawiązując do słów Davida Cesaraniego, od tego czasu
„Holokaust zastygł i stał się częścią obywatelskiej religii Izraelczyków – z wszystkimi
dobrymi i złymi skutkami tego zjawiska” (Cesarani 2008, s. 425). W niniejszym artykule,
posługując się wybranymi zeznaniami świadków, postaram się zobrazować przebieg Holokaustu
na Węgrzech – w niedługim czasie (maj 1944 – luty 1945 r.) pochłonął on ponad pół
miliona istnień (około 564 tys. osób; Braham 2016, s. 1056). Zeznania te umożliwiają
uchwycenie zróżnicowanej palety zjawisk i postaw (judenraty kolaboracja/opór, działania
ratownicze, krótkotrwałe funkcjonowanie efemerycznych/prowizorycznych gett takich
jak Użhorod, masowe deportacje do Auschwitz-Birkenau). Mając na uwadze, iż transkrypty
z procesu Eichmanna dotychczas nie zostały przetłumaczone na język polski w całości
bądź pokaźnej części (poza cytatami w monografiach), można uznać, że przytaczane
tu obszerne fragmenty wypowiedzi świadków mogą nie być znane polskiemu czytelnikowi.

Endlösung na Węgrzech

Od 14 maja do 9 lipca 1944 r. Żydzi węgierscy zostali poddani
masowym deportacjom z kraju. W stronę Auschwitz-Birkenau wyruszyły wtedy 142 pociągi,
z łączną liczbą wynoszącą 430–440 tysięcy osób – ponad połowa z około 825 tys. Żydów
ujętych w cenzusie z 1941 r. (Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau 2014;
Piper 1992, s. 122). Ponadto tysiące Żydów siłą zaciągnięto do granicy z Austrią
jako przymusową siłę roboczą przy kopaniu rowów fortyfikacyjnych. Stali się oni
tym samym jedną z ostatnich wspólnot wśród ofiar Zagłady (wraz m.in. z pozostającymi
jeszcze przy życiu mieszkańcami getta łódzkiego, którzy nie zostali zgładzeni w
obozach zagłady Kulmhof w Chełmnie nad Nerem i Birkenau, czy Żydami nadal przebywającym
we „wzorcowym getcie” Theresienstadt), pochodzącą z ostatniego państwa, które dostało
się pod okupację niemiecką. Węgry pod autorytarnymi rządami regenta Miklósa Horthyego
(1920–1944) – sprzymierzeniec III Rzeszy na początku wojny, członek sojuszu Osi
od października 1940 r., stały beneficjent licznych przetasowań terytorialnych w
latach 1938–1941 – straciły zaufanie do Hitlera po klęsce pod Stalingradem (w niedługim
czasie strona węgierska usiłowała zawrzeć osobny rozejm z Amerykanami i Brytyjczykami),
jak też zaufanie ze strony samego Hitlera w związku z długotrwałym oporem przed
przekazaniem rodzimych Żydów w ręce nazistów, mimo nacisków również ze strony węgierskiej
radykalnej prawicy (Baron 2020; Romiscs 2016, s. 27–36; Korsai 2014, s. 91–113).
W konsekwencji Niemcy wkroczyli 14 marca 1944 r. i de facto podporządkowali sobie kraj (Cesarani 2008, s. 209–256). Należy
przy tym nadmienić, że rządzący nie odczuwali potrzeby rozciągnięcia protekcji
na Żydów zamieszkujących terytoria anektowane i/lub nieutożsamiającymi się z Węgrami
– w styczniu 1942 r. oddziały węgierskie dokonały masakry 3 tys. Żydów w Nowym Sadzie,
stolicy Wojwodiny, w części przyłączonej do Węgier (von Klimó 2018); latem wywieziono z kolei około 20 tys. Żydów z Rusi
Podkarpackiej do Kamieńca Podolskiego na zajętej przez Niemców Ukrainie, gdzie zostali
rozstrzelani przez oddziały Einsatzgruppen (Mallmann 2001, s. 239–264; Eisen, Stark
2013, s. 207–241). Postawę tę, tj. próbę ochrony „własnych” Żydów i wrogość w stosunku
do „obcych”, powielili też Rumuni i Bułgarzy – pozostali członkowie Osi o podobnym
statusie co Węgry* (Gerlach 2016, s. 368–403). Jedyną społecznością, która uniknęła
wywózek na północ, byli Żydzi budapeszteńscy (około 200 tys. według szacunków przedwojennych).
Deportacje co
prawda objęły także Żydów z przedmieść Budapesztu, lecz oszczędzona została żydowska
społeczność zamieszkała w stolicy (Ungváry
2016, s. 105–146; Piotrkowiak-Junkiert 2016, s. 119–138). Ci zaś po obaleniu
Horthyego w październiku 1944 r. i przejęciu władzy przez Ferenca Szálasiego (1944–1945) – przywódcy faszystowskiego, skrajnie antysemickiego
ugrupowania strzałkokrzyżowców – padli ofiarą pogromów toczących się
w mieście do wejścia Armii Czerwonej 13 lutego 1945 r. (Deák 1965, s. 364–407;
Lackó 1969; Cohen 1987, s. 369–384). Nie
do przecenienia okazała się wówczas działalność Raoula Wallenberga – dyplomaty,
sekretarza ambasady szwedzkiej, Sprawiedliwego wśród Narodów Świata – który współdziałając
m.in. z Czerwonym Krzyżem i nuncjaturą apostolską, doprowadził do ocalenia tysięcy
Żydów poprzez wystawianie im szwedzkich paszportów czy innego rodzaju działania
pomocowe (Bierman 1981; Ben-Tov 1988; Schult 2009; Carlberg 2016). Szacuje się,
że okupację przetrwało ogółem 255,5 tys. węgierskich Żydów, w tym około 119 tys.
Żydów zamieszkałych w stolicy, wtłoczonych od listopada 1944 r. do zamkniętego getta
(Braham 2016, s. 1507). Do 20 tys. budapeszteńskich Żydów zginęło z rąk strzałkokrzyżowców
(tamże, s. 1505), część z nich rozstrzelano przy brzegu Dunaju, a ich ciała wrzucono
do wody (upamiętnia ich odsłonięty w 2005 r. pomnik w postaci rzędu butów porozstawianych
wzdłuż rzeki; w 2019 r. izraelscy płetwonurkowie oczyścili dno Dunaju w poszukiwaniu
szczątków). 8 października 1944 r. z Budapesztu ku zachodowi wyruszył marsz śmierci
składający się z 70 tys. Żydów – część uczestników trafiła do wciąż funkcjonujących
w tym czasie obozów (Dachau, Mauthausen), pozostałych skierowano w stronę Wiednia,
do budowy umocnień. Marsz ten pochłonął tysiące istnień (Lappin 2000, s. 203–242;
Blatman 2011, s. 223–243).

49489143477_9640cd35a8_b

Buty na brzegu Dunaju (budapeszteński pomnik Holokaustu), fot. Luc Coekaerts
(domena publiczna, https://www.flickr.com/photos/luc_coekaerts/49489143477/sizes/l/, dostęp 30.11.2020)

Eichmann i inni

Osobą bezpośrednio nadzorującą realizację „ostatecznego
rozwiązania” (Endlösung] na Węgrzech był
sam Adolf Eichmann – kierownik powołanej w tym celu specjalnej sekcji IV B4 Reichssicherheitshauptamt
(RSHA, tj. Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy), której działalność obejmowała
całą okupowaną przez Niemcy Europę. Do Budapesztu udał się już w dniu wkroczenia
tam wojsk niemieckich, wraz z grupą zaufanych współpracowników (m.in. Dieterem Wislicenym
– świadkiem na procesie przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze,
osądzonym i straconym w 1948 r., i 500–600-osobowym Sondereinsatzkommando Ungarn, składającym się z członków SS, SD (Sicherheitsdienst
– Służba Bezpieczeństwa Reichsführera
SS Heinricha Himmlera) oraz Sipo (Sicherheitspolizei – Policja Bezpieczeństwa) (Cesarani
2008, s. 209–256; Stangneth 2014; Braham 2015). Ten schyłkowy
okres działalności Eichmanna był jednym z najszerzej omówionych zagadnień na procesie.
Poświęcono mu ponad dziesięć z łącznie 121 sesji kolegium sędziowskiego (sesje 51–62,
84–87, 103–104 i następne; 24 maja – 1 czerwca, 3–6 lipca, 19–20 lipca 1961 r. i
później).

Rola
judenratów – casus Kastnera i Freudigera

Oprócz martyrologii Żydów węgierskich poruszona została
budząca kontrowersje kwestia kontaktów pomiędzy oskarżonym oraz jego ludźmi a ukonstytuowaną
z polecenia Niemców Centralną Radą Żydowską w Budapeszcie – kadłubową formą „samorządu”
na podobieństwo rad żydowskich (Judenräte) funkcjonujących w pozostałych
miejscach. W połowie lat pięćdziesiątych w Izraelu toczył się głośny proces o zniesławienie,
jaki ocalałemu z Zagłady węgierskiemu Żydowi, właścicielowi hotelu, dziennikarzowi
amatorowi Malkielowi Gruenwaldowi wytoczył Israel Kastner (wcześniej Rezső Rudolf Kasztner), ówczesny rzecznik prasowy ministerstwa
handlu i przemysłu, za okupacji wiceprzewodniczący powstałego w styczniu 1943 r.
Komitetu Pomocowego z siedzibą w Budapeszcie. Kastner, który doprowadził do ewakuacji
1684 Żydów z Węgier do Szwajcarii w zamian za okup w wysokości tysiąca dolarów od
osoby oraz łapówki wypłacane Niemcom (złoto, diamenty, kosztowne przedmioty), został
oskarżony o to, że wykorzystując bliskie kontakty z Eichmannem i jego ludźmi, w
istocie doprowadził do ocalenia nielicznej elity kosztem „szeregowych”, nieuprzywilejowanych
pobratymców. Sprawa ta miała dość czytelny podtekst polityczny – prawica, z którą
był związany Gruenwald, utożsamiała rządzącą od powstania państwa aż do schyłku
lat siedemdziesiątych lewicową Partię Pracy (Mapai) z kolaborującymi radami, tymczasem
opozycyjny Herut (jego spadkobiercą jest dzisiejszy Likud) i różne inne ugrupowania
z tej strony sceny politycznej odwoływały się do tradycji zbrojnego oporu – w gettach
i obozach podczas wojny czy w jiszuwie (osadnictwo żydowskie na terenie Palestyny/Izraela)
przeciwko Brytyjczykom (Wietz 1994, s. 349–371; Stauber 2007, s. 42–44, 78–96; Segev
2012, s. 179–238). Finałem postępowania przed sądem pierwszej instancji (1954–1955)
było skazanie Grunwalda, orzekający w tej sprawie sędzia Benjamin Halewi ukarał
go jednak symboliczną grzywną w wysokości jednego funta, a prowadzone przez Kastnera
negocjacje z Eichmannem porównał do umowy z diabłem (Halewi zasiadł później w trzyosobowym
kolegium osądzającym Eichmanna). Kastner złożył apelację, która znacząco zweryfikowała
wyrok na jego korzyść. Nie doczekał jej finału – 15 marca 1957 r. zginął blisko
swego domu w zamachu z rąk prawicowych ekstremistów (Moaz 1995, s. 279–289, Weitz
1996, s. 1–26; Bilsky 2001, s. 117–160; Segev 2012, s. 241–300).

File:Rudolf Kastner, 1950s.jpg

Rudolf
Kastner w izraelskiej stacji radiowej Kol Israel, prowadzący audycję po węgiersku,
wczesne lata pięćdziesiąte (domena publiczna https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Rudolf_Kastner,_1950s.jpg,
dostęp 30.11.2020)

Echa
procesu Kastnera rozbrzmiały m.in. w trakcie wystąpienia jako świadka oskarżenia
na sesjach nr 51 i 52 (24 i 25 lipca 1961 r.) Pinchasa Freudigera (wcześniej Fülöp Filip von Freudiger) – byłego barona,
który po emigracji do Izraela po wojnie zhebraizował tożsamość; członka budapeszteńskiego
Judenratu (The
Trial of Adolf Eichmann: Session 51 of 121 [Part 4-6 of 6]; Session 52 of 121 [Part
1-7 of 8]: Testimony of Pinchas Freudiger)
.
Chociaż przedstawił sylwetkę i działalność Eichmanna w jednoznacznie niekorzystnym
świetle, jego opowieść dotycząca tego, jak wyglądała codzienność centralnej rady
m.in. w newralgicznym okresie od maja do lipca 1944 r. – o przekazywaniu nieruchomości
na potrzeby Niemców, dostarczaniu żydowskich robotników do niewolniczej pracy (za
którą nie otrzymywali oni wynagrodzenia), wreszcie o konieczności sporządzania list
i dostarczania deportowanych do Auschwitz-Birkenau – wywołała gwałtowną reakcję.
Jak relacjonowała Hannah Arendt, „podczas zeznań […] doszło
do jedynego poważnego incydentu na sali sądowej: publiczność zaczęła krzyczeć na
świadka po węgiersku i żydowsku, a sąd musiał ogłosić przerwę. Freudiger – ortodoksyjny
Żyd zachowujący się z dużym dostojeństwem – był wstrząśnięty” (Arendt 1998, s. 161).
Oburzenie wywoływała nierówność losu przedstawicieli elit, jak Freudiger, i „zwykłych”
Żydów. Odzwierciedla ją doświadczenie będące udziałem samego zeznającego: po załatwieniu
przez niego sfałszowanych paszportów i otrzymaniu informacji od Wislicenyego o możliwości
przekroczenia granicy węgiersko-rumuńskiej szczęśliwie przedostał się do Rumunii
11 sierpnia 1944 r. – niespełna dwa tygodnie przed wkroczeniem Armii Czerwonej (22
sierpnia). Z jego przypadkiem tragicznie koresponduje sytuacja setek tysięcy węgierskich
Żydów bez środków finansowych i znajomości wśród okupantów, którzy wchodzili do
pociągów z przekonaniem, że udają się do obozów pracy, podczas gdy miejscem ich
przeznaczenia były krematoria Birkenau. Według najnowszych ustaleń z 430–440 tys.
deportowanych życie straciło w ten sposób około 320–325 tys. – 75% wszystkich transportów
z Węgier, jedna trzecia całkowitej liczby ofiar. Wiosną i latem 1944 r. obóz zagłady
osiągnął apogeum śmiercionośnej działalności (Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau
2014) – Randoph L. Braham szacuje, że obozy mogło przeżyć 20 tys. węgierskich Żydów
(Braham 2016, s. 1507). Zarazem należy pamiętać, że żydowskie władze zostały w istocie
postawione w obliczu tego, co amerykański literaturoznawca Lawrence L. Langer określił
mianem choiceless choicess – sytuacji
bez wyjścia, gdy każdy krok/każda decyzja, jakiekolwiek by one były, rodziły tragiczne
konsekwencje, na podobieństwo antycznych tragedii greckich (Langer 1980, s. 53–58;
Langer 1982, s. 72 i n.; Langer 1991, s. 26, 83; Langer 1995, s. 46 i n., 80; Langer
2006, s. 46, 102; Langer 2021, s. 39, 110 i n.). Obecnie postawa judenratów poddawana
jest z tego względu rewaluacji. Choć nierzadkie były przypadki daleko idącej współpracy
z okupantem – jak działo się to w getcie łódzkim pod rządami Chaima Mordechaja Rumkowskiego
czy zarządzanym przez Jakuba Gensa getcie wileńskim – panuje ogólny konsensus, iż
żydowscy decydenci, czyniąc użytek z dramatycznie ograniczonych środków i/lub możliwości,
jakimi wtedy dysponowali, dążyli do maksymalizacji współczynnika przeżycia podległych
im wspólnot. Niektóre podjęte przez nich (i nie tylko) działania mieszczą się w
utworzonej przez izraelskiego historyka Yehudę Bauera kategorii amidy (hebr.
amida – opór)– niezbrojnego oporu (Bauer
2016, s. 164, 183–185 i in.). W innym świetle niż kilka dekad temu postrzegany jest
choćby wspomniany wcześniej Kastner, często nazywany dziś „węgierskim Schindlerem”
(Leclézio 2016).

vlcsnap-2020-11-30-06h07m36s662

vlcsnap-2020-11-30-06h03m40s319

Pinchas
Freudiger zeznający na procesie Eichmanna, 1961 (po prawej stronie obrócony plecami
prokurator posiłkowy Gabriel Bach) (https://www.youtube.com/watch?v=eyL8cVKSR0A&t=1904s [archiwalny
materiał filmowy z większości posiedzeń udostępniony na platformie YouTube przez
Yad Vashem i Archiwum Państwowe Izraela w związku z 50. rocznicą tego wydarzenia,
screencap: 13:12 i 24:16], dostęp 30.11.2020)

Akcja ratownicza Joela Branda

Jako jeden z przykładów amidy czy, w odniesieniu do Niemców,
manifestacji typowej dla schyłku wojny dezorganizacji/odejścia od działalności motywowanej
przede wszystkim założeniami rasowymi na rzecz potrzeb danej chwili, można uznać
transakcję „ciężarówki za krew” (ostatecznie niezrealizowaną), jaką Eichmann miał
zawrzeć z reprezentantem Komitetu Pomocowego, bliskim znajomym Kastnera, Joelem
Brandem, pod koniec kwietnia 1944 r. – jeszcze przed rozpoczęciem fali masowych
deportacji. W niepisanej umowie Niemcy mieli zobowiązać się do uwolnienia miliona
Żydów i zamknięcia Auschwitz w zamian za 10 tys. samochodów ciężarowych wypełnionych
trudno dostępnymi towarami (mydło, kawa, herbata, czekolada; wolfram i pozostałe
materiały do produkcji broni), przystosowanych do trudnych zimowych warunków. Brand,
który wcześniej pośredniczył w przerzucaniu Żydów z innych zagrożonych krajów do
Węgier, kiedy również one przestały być już azylem i po wyczerpaniu się innych strategii,
stanął na stanowisku (wraz z Kastnerem), że jedyną drogą ratunku jest nawiązanie
kontaktów z czołowymi funkcjonariuszami nazistowskimi, co opłacili wysokimi łapówkami
(Friling 1999, s. 405–436; Braham 2004, s. 21–57; Gerlach 2008, s. 217–230). Po
ustaleniu wstępnych warunków i nawiązaniu kontaktów z Agencją Żydowską, która miała
pośredniczyć w negocjacjach między Niemcami a zachodnimi aliantami, Brand udał się
do Stambułu, gdzie dotarł 19 maja (jego żonę Hansi wraz z dziećmi zatrzymano jako
gwarantów umowy; Brand jeszcze nie miał wtedy świadomości, że zaczęły się wywozy
do Auschwitz). Odbył rozczarowujące spotkanie z osobami z Agencji (w tym z Mosze
Szaretem, przyszłym premierem Izraela w latach 1954–1955) – w jego przekonaniu byli
oni nadmiernie skupieni na kwestiach wewnętrznych oraz planach powojennej emigracji
do Erec Israel i nie zdawali sobie sprawy z gehenny, jakiej codziennie doświadczała
europejska diaspora. W monografii o niemiecko-izraelskich kontaktach w okresie 1933–1945
Yehuda Bauer twierdzi, że Brand przecenił stopień sprawczości Agencji, gdyż z samej
istoty tej instytucji nie mógł być zbyt wielki (Bauer 1994, s. 172–195). Niedługo
potem został aresztowany przez Brytyjczyków, przeświadczonych, że jest on niemieckim
szpiegiem. Brand przeżył wojnę (podobnie jak wzięci w niewolę żona i dzieci), zamieszkał
w Izraelu, zeznawał jako świadek oskarżenia w procesie Eichmanna oraz załogi Auschwitz-Birkenau
we Frankfurcie nad Menem (1963–1965). W obu zeznaniach nie ukrywał goryczy w związku
z niepowodzeniem jego misji (zapis zeznań w Jerozolimie: The Trial of Adolf Eichmann:
Session 56 of 121 [Part 1-4 of 4]; Session 57 of 121 [Part 1-4 of 8]; Session 59
of 121 [Part 3-5 of 6]: Testimony of Joel Brand)
. W reportażu Harry’ego
Goldena dla amerykańskiego czasopisma „Life” z 21 kwietnia 1961 r., już w trakcie
trwania procesu Eichmanna, Brand został scharakteryzowany jako „człowiek żyjący
w cieniu, ze złamanym sercem” (Golden 1961, s. 46). W niezbyt licznych rozmowach
opowiadał on o olbrzymiej odpowiedzialności ciążącej na jego barkach. Uczucie to
podzielała jego małżonka, także zeznająca w Jerozolimie, o czym wspomniała jako
świadek (The Testimony of Adolf Eichmann: Session 58 of 121 [Part 15 of
5]; Session 59 of 121 [Part 13 of 6] Testimony of Hansi Brand), później w rozmowach
z reżyserem dokumentu Shoah Claude’m Lanzmannem.
Nie zmieściły się one w trwającej ponad dziewięć godzin wersji kinowej i telewizyjnej
z 1985 r., są do odnalezienia na udostępnionym przez Lanzmanna Muzeum Pamięci Holokaustu
w Waszyngtonie (United States Holocaust Memorial Museum, USHMM) materiale filmowym
(USHMM, Claude
Lanzmann Shoah Collection, Interview with Hansi Brand, 1979 & 1985; Vice 2021).

vlcsnap-2020-11-30-06h36m42s571

vlcsnap-2020-11-30-06h29m03s399

Hansi Brand z d. Hartmann (u góry) i Joel Brand (poniżej) zeznający na procesie Eichmanna, 1961 (https://www.youtube.com/watch?v=w6g3Ax2nYd8&t=1319s [screencap: 01:37 i 23:06], dostęp 30.11.2020)

Banalność zła?

Brand najwyraźniej padł ofiarą okrutnego blefu ze strony
nazistów i własnej błędnej kalkulacji. Wiele faktów/okoliczności towarzyszących
tej misji nadal czeka na odkrycie, należy jednak uznać, że Niemcy nie zamierzali
wstrzymać deportacji Żydów spoza Budapesztu do Birkenau – niezależnie od obrotu
spraw. Tego samego dnia, kiedy Brand wyruszył w podróż, Eichmann udał się z wizytą
kontrolną do Auschwitz – w odpowiedzi na zastrzeżenie wyrażone przez komendanta
obozu Rudolfa Hössa, że nie jest on w stanie pomieścić tak wielu więźniów, zasugerował
mu, żeby przybyłych na miejsce Żydów uśmiercać od razu. Jego sugestia została uwzględniona
– do obsługi ponad setki transportów uruchomiono nową linię kolejową zatrzymującą
się w bliskiej odległości komór gazowych i krematoriów (Testimony of Rudolf Hoess,
Commandant of Auschwitz [Testimony on Monday, April 15, 1946]; Cesarani 2008, s.
230). Późnowojenna demoralizacja udzieliła się też szefowi sekcji IV B4 RSHA, do wyjazdu na Węgry zatwardziałemu puryście. Eichmann korzystał
tam z życia. Zamieszkał w pożydowskiej luksusowej willi, wdawał się w romanse, dużo
pił i palił, po mieście poruszał się amfibią z nieograniczonym limitem paliwa (Cesarani
2008, s. 241–243). Jego decyzja o przystąpieniu do negocjacji z reprezentantami
Komitetu Pomocowego, wbrew dotychczasowej bezkompromisowej postawie w kontaktach
z Żydami, mogła wynikać po części z podszytej zazdrością rywalizacji z zaufanym
człowiekiem Heinricha Himmlera, kierownikiem Wydziału Gospodarczego SS na Węgrzech
Kurtem Becherem – Eichmann zdał sobie sprawę, że angażując się w potajemne, wysoce
intratne konszachty ze stroną żydowską celem oszczędzenia przynajmniej części z
nich, Becher wchodził w zakres jego kompetencji; co więcej, zapewne również on zapragnął
się wzbogacić na tym procederze (tamże, s. 234–236 i n.). Występując w funkcji świadka
na jerozolimskim procesie Hansi Brand wyznała, iż negocjując z Eichmannem, odniosła
wrażenie, że wcale nie zamierzał dotrzymać umowy, mimo deklarowanej gotowości (The
Trial of
Adolf Eichmann: Session 58 of 121 [Part 3 of 8]: Testimony of Hansi Brand)
. Tak w istocie się stało. Fakt, iż stojąc w obliczu klęski, otoczone przez
nacierające z obydwu stron wojska sowieckie, amerykańskie i brytyjskie, władze III
Rzeszy ostatnimi siłami zmobilizowały/przekierowały aparat państwa ku realizacji
gigantycznego przedsięwzięcia – zgładzenia węgierskich Żydów, jedynej jeszcze nietkniętej
społeczności żydowskiej w niemieckiej strefie wpływów (nie licząc interioru Rumunii
i Bułgarii – państw mających więcej szczęścia niż Węgry, tam bowiem udało się
zmienić sojusze przed końcem wojny) – świadczy o nadrzędnej pozycji ideologii antysemickiej/rasistowskiej,
ważniejszej niż pragmatyzm czy instynkt samozachowawczy. Eichmann do tego stopnia
był pochłonięty realizacją swej idée fixe
– świata bez Żydów – że nie pogodził się z poleceniem wstrzymaniu deportacji. Wbrew
rozkazom przełożonych zorganizował jeszcze dwa dodatkowe transporty 17 i 19 maja
(Cesarani 2008, s. 238–239; zob. też Csosz 2017) . W przekonaniu Arendt postawa
ta stała się świadectwem „banalności zła”, gdy wplątana w biurokratyczne tryby jednostka
traci rozeznanie odnośnie do etycznego wymiaru swych czynów (Arendt 1998, s. 358–362,
372 i n.). Nowsze studia poświęcone Eichmannowi z reguły dość krytycznie odnoszą
się do tejże koncepcji, zasadnicze motywacje jego działań upatrując w głęboko zakorzenionym
antysemityzmie, resentymentach czy potrzebie przynależności (Diner 1997, s. 177–190;
Cesarani 2008, s. 407–446 i n.; Lipstadt 2012, s. 167–204; Stangneth 2014).

vlcsnap-2020-11-30-06h41m14s388

vlcsnap-2020-11-30-06h46m42s937

Adolf Eichmann w trakcie zeznań Hansi Brand (https://www.youtube.com/watch?v=w6g3Ax2nYd8, dostęp 30.11.2020)

Deportacje do Auschwitz-Birkenau
– świadectwo Martina Földiego

Sposób, w jaki przebiegały deportacje na ówczesnej węgierskiej
prowincji, szczegółowo przedstawił w jednym z najbardziej poruszających świadectw
wygłoszonych podczas procesu w Jerozolimie dr Martin Földi – dawny oficer w armiach
Austro-Węgier i Czechosłowacji, przed okupacją pracujący jako prawnik w Użhorodzie (węg. Ungvár) – historycznej stolicy Rusi Karpackiej.
Miasto to od X w. n.e. przynależało do Węgier, następnie Cesarstwa Austro-Węgierskiego,
w latach 1919–1938 znalazło się w granicach Czechosłowacji, od 1938 do 1944 r. ponownie
było przyłączone do Węgier, obecnie zaś leży na obszarze Ukrainy tuż przy granicy
ze Słowacją (zamieszkują je w większości Ukraińcy, mniejszości rosyjska, węgierska,
słowacka i romska stanowią łącznie około 25% populacji). Jako obywateli węgierskich
Földiego wraz z rodziną nie objęto deportacją do Kamieńca Podolskiego w sierpniu
1941 r. – Żydzi z przygranicznych miejscowości (poza Użhorodem również m.in. z Mukaczewa,
Chustu, Jasiny) zostali przewiezieni koleją oraz ciężarówkami do Kołomyi, następnie
zmuszeni do przemarszu w stronę Kamieńca Podolskiego przez Dniestr. Getto w Użhorodzie
zostało utworzone w czasie święta Pesach (21–23 kwietnia). Istniało zaledwie kilka
tygodni – do 31 maja 1944 r., kiedy wyruszył ostatni z pięciu transportów zmierzających
do Auschwitz (deportacje trwały tam od 17 maja). Będąc przedstawicielem przedwojennej
elity, z dobrą znajomością języka niemieckiego, Földi znalazł zatrudnienie w administracji
getta podporządkowanej lokalnej radzie żydowskiej. Ta z kolei realizowała zalecenia
wychodzące z centrali w Budapeszcie. W rzeczywistości instytucje te stanowiły bezwolne
narzędzia w rękach Niemców, którzy powierzyli im upiorny obowiązek pośredniczenia
w dziele własnej eksterminacji. Zeznając na 53. sesji sądu 21 maja 1961 r., Földi
w następujący sposób opisał upokarzającą prowizoryczność codziennego życia w getcie:

[…] [Prokurator posiłkowy Gabriel Bach] Czy świadek
własnymi słowami może opowiedzieć sądowi, co działo się [w getcie – S.P.], gdzie
się znajdowało, jakie panowały tam warunki?

[Martin Földi] Getto utworzono przy cegielni, jakieś dwa, trzy kilometry
poza miastem. Zaczęło się od zatrzymywania ludzi z obwodów wokół Użhorodu – rozpoczęły
się deportacje z okolicy. Widzieliśmy nawet przez okno, jak ludzie ci szli drogą
do cegielni. I tak region po regionie, dzielnica po dzielnicy. Kiedy przyszła kolej
na nas, my również zostaliśmy tam wysłani.

[GB] Ilu Żydów przebywało
w tym czasie w getcie?

[MF] Łącznie czternaście
tysięcy [w opracowaniach jest mowa o 25 tys. Żydów z miasta i okolic – S.P.]. Wiem
o tym, gdyż [byłem] członkiem komitetu powołanego na wniosek rady.

[GB] A jaka w ocenie świadka
powinna być liczba osób adekwatna do wydzielonej im przestrzeni?

[MF] Wystarczyłaby na maksymalnie
dwa tysiące osób – a i tu wystąpiłyby trudności. Ale te dwa tysiące mogło się tam
zmieścić.

[GB] Jak długo świadek przebywał
w getcie?

[MF] Byliśmy tam około miesiąca
[Földi ma na myśli siebie wraz z rodziną – S.P.].

[GB] Co świadek może powiedzieć
sądowi o warunkach mieszkaniowych i sanitarnych w getcie?

[MF] Były poniżej tego wszystkiego,
co można uznać za racjonalne. Getto zajmowało bardzo niewielki obszar i nie było
tam odpowiednich domów/budynków, aby pomieścić ludzi. Getto stanowiło po prostu
dach bez ścian [w transkrypcie w angielskim tłumaczeniu widnieje zwrot There was simply a roof without
walls
. Możliwe, że świadek przejęzyczył się, mając
na myśli to, że getto w istocie składało się z samych ścian/murów bez dachu – S.P.].

[GB] Co z toaletami?

[MF] Toalety były katastrofalne.
[Niemcy] kazali nam zbudować niezamknięte latryny. Wszyscy z nich korzystali.

[GB] Na otwartej przestrzeni?

[MF] Na zupełnie otwartej przestrzeni. Miało to straszliwy skutek. Od samego początku przyczyniło się do demoralizacji [Należy przypuszczać, że Földi w pierwszej kolejności odnosi się tu do urągających ludzkiej godności warunków panujących w tym i pozostałych gettach/obozach. Zarazem długie kolejki, jakie siłą rzeczy tworzyły się do ograniczonej liczby latryn/szalet, często służyły jako jedyne platformy w miarę swobodnej dyskusji/wymiany informacji, co mogło stanowić problem dla przedstawicieli władzy – zarządów gett czy więźniów porządkowych w obozach. Być może jako przedstawiciel gettowej administracji/władz niższego szczebla mógł mieć na myśli również to drugie znaczenie – S.P.: Ostrower 2015].**

(The Trial of Adolf Eichmann: Session of 53 of 121 [Part
3 & 4 of 6]: Testimony of Martin Foeldi)

Podobnie jak działo się to w pozostałych miejscach, także
tutaj Niemcy zastosowali skuteczną strategię dezinformacji społeczności żydowskiej
odnośnie do losu, jaki ich czeka. W Użhorodzie przekazywali sprzeczne sygnały. Földi wspomniał w zeznaniu o oficerze Gestapo, który
miał mu powiedzieć: Ihr lebt ja hier wie die Schweine, Ihr werdet nach Deutschland ueberfuehrt,
wo Ihr in normalen Verhaeltnissen leben werdet mit Euren Familien…
Ihr werdet dort arbeiten („Żyjecie tu
jak świnie, zostaniecie przeniesieni do Niemiec i tam będziecie wieść normalne życie
wraz z rodzinami… Będziecie tam pracować”; The Trial of Adolf Eichmann: Session of 53 of 121 [Part
4 of 6]: Testimony of Martin Foeldi). Po tym, jak deportacje
już się rozpoczęły, potwierdzać to miały kartki pocztowe, w których deportowani
odręcznie informowali swoich krewnych, że znaleźli się Niemczech, i chwalili panujące
tam warunki. Była to mistyfikacja: ci spośród przybyłych do Auschwitz, którzy nie
zostali skierowani od razu do komór gazowych, otrzymywali papier i przyrządy do
pisania, następnie musieli napisać to, co dyktował im stojący za ich plecami żandarm
bądź kapo. Uczynił to też Földi:

[GB] Co powiedzieli świadkowi, aby napisał
na kartce?

[MF] Nie pamiętam tego słowo w słowo.
Brzmiało to mniej więcej tak: „Czuje się dobrze/swobodnie [I am at ease] i chodzę do pracy”. Nie pamiętam dokładnie tej kartki
pocztowej, lecz później odkryłem, że wciąż znajduje się ona w posiadaniu mojej siostry
w Budapeszcie, do której ją wysłałem.

[GB] Czy kazali świadkowi napisać nazwę
miejsca, w jakim się znajdował?

[MF] Tak, Waldsee. Muszę dodać, że jeszcze
będąc w getcie, otrzymaliśmy taką pocztówkę z pierwszych transportów.

[GB] Otrzymaliście zatem pocztówkę z
Waldsee. Co o tym pomyśleliście?

[MF] Zaczęliśmy szukać tego miejsca [na
mapie – S.P.] i znaleźliśmy ośrodek wypoczynkowy o tej nazwie w Austrii.

[GB] W jaki sposób otrzymywanie tych
pocztówek wpłynęło w tym czasie na społeczność?

[MF] Uspokoiło to nasze umysły. Pomyśleliśmy
w każdym razie, że mają się dobrze i że było takie wspaniałe miejsce w Austrii.
Tak się nam wtedy wydawało.

(Trial of Adolf
Eichmann: Session of 53 of 121 [Part 4 of 6]: Testimony of Martin Foeldi)

Zachowana pocztówka do siostry świadka, której autentyczność potwierdził on
pod przysięgą, została włączona do akt dowodowych. Földi napomknął również o piśmie
od Gestapo, które rada starszych przekazała administracji, w którym pojawiła się
uwaga o dzieciach włóczących się bez celu po getcie zamiast studiować Torę bądź
kształcić się religijnie. Starszeństwo potraktowało to jako dobry znak – naczelny
rabin zasugerował, by podziękować za troskę i skierować prośbę o zgodę na wysłanie
kilku mężczyzn do synagogi, by mogli wyjąć z niej księgi/materiały, które umożliwiłyby
prowadzenie nauki/studiów. Treść pisma mogła być odczytana (i pewnie też była) jako
zapowiedź stabilizacji. Ta jednak nie nastąpiła. Niecały miesiąc po powstaniu getta
zaczęły się deportacje. Földi został zapytany o towarzyszące im okoliczności oraz
przebieg:

[GB]
W jaki sposób przeprowadzano […] deportacje?

[MF]
Otrzymaliśmy zawiadomienie od Centralnej Rady Żydowskiej [w Budapeszcie – S.P.],
że zobligowani jesteśmy do sporządzenia listy mającej zawierać, z tego co pamiętam,
od 1500 do 2000 osób. Wewnątrz getta znajdował się głośnik i za jego pośrednictwem
wzywaliśmy te osoby, które zgłosiły chęć opuszczenia getta w większych grupach,
żeby zarejestrowały się w biurze. Zgłaszały się całe rodziny lub pojedynczy członkowie
rodzin, którzy przekazywali nam całą listę z dalszymi krewnymi i przyjaciółmi. Był
tam pewien urzędnik, również będący Żydem/jednym z nas, który zapisywał je i sporządzał
z nich listę. Następnego dnia odbywał się apel i zgromadzeni ludzie dzieleni byli
na sekcje po 50–52 osoby – całość liczyła około 1500–2000 osób.

[GB]
Czy obowiązywało rozróżnienie na dzieci, kobiety i mężczyzn?

[MF]
Nie, nie było żadnego rozróżnienia.

[GB]
Wszyscy zostali zabrani?

[MF]
Tak. Wszyscy zostali zabrani. Stare kobiety i mężczyźni, kobiety i mężczyźni [Old men and women,
women and men
].

[GB] Jakim rodzajem
pociągów byli oni zabierani?

[MF] Pociągami
bydlęcymi/towarowymi [freight trains].
Widzieliśmy te pociągi
z getta. Choć były daleko, mogliśmy je dostrzec.

[GB] Jak wiele osób mogło się zmieścić
w jednym wagonie?

[MF] Od siedemdziesięciu do osiemdziesięciu
osób.

[GB]
W jakim tempie deportacje były przeprowadzane?

[MF]
Niemal codziennie lub w odstępie dwóch dni.

[GB]
Niemal codziennie lub w odstępie dwóch dni wyruszał pociąg z 1500 ludźmi w środku?

[MF]
Tak. Co dwa dni – tak byłoby dokładniej.

[GB]
A kiedy wyjechał świadek?

[MF]
Wyjechałem ostatnim transportem.

[GB] Czy w pociągu znajdowali się również
członkowie rodziny świadka?

[MF]
Była tam cała moja rodzina. A poza tym jechali z nami także trzej oficerowie, którzy
zasiadali w administracji getta. […]

[GB]
Kim byli członkowie najbliższej rodziny świadka?

[MF]
Moja żona, syn, córka, teść, teściowa, szwagier, jego żona i ich mała dziewczynka.

[GB]
Dokąd was wieziono?

[MF]
Przewieziono nas do Csap i Koszyc. W Koszycach wiedzieliśmy już, że znajdujemy się
na granicy między Słowacją a Węgrami. Mieliśmy też świadomość, że jeśli w nocy opuścimy
Koszyce, będzie to oznaczać, że udajemy się na wschód. Do Polski. Gdyby dalsza trasa
prowadziła w linii prostej, to, jak wierzyliśmy, pozostalibyśmy na terytorium Czechosłowacji.

[GB]
W którym kierunku pojechaliście?

[MF]
Pojechaliśmy do Auschwitz. Przez Obišovce-Preszów.

(tamże)

Dziewczynka
w czerwonym płaszczyku

Jako członek administracji getta, gdzie jego wiedza prawnicza,
znajomość niemieckiego oraz oficerski stopień mogły znaleźć zastosowanie (odpowiadał
m.in. za utrzymywanie porządku w getcie), Földi zajmował wyższe stanowisko w hierarchii
getta. Zapewne z tego powodu spotkał go wątpliwy przywilej znalezienia się w ostatnim
pociągu zmierzającym w kierunku Auschwitz (zazwyczaj wypełniali go członkowie judenratów
i pozostali przedstawiciele elity żydowskiej – tak było chociażby w wypadku Chaima
Rumkowskiego, deportowanego wraz z rodziną ostatnim pociągiem z Łodzi do Auschwitz
29 sierpnia 1944 r.). W Jerozolimie Földi opowiedział, co wydarzyło się niespełna
szesnaście lat wcześniej, kiedy wysiadł z rodziną na rampie kolejowej:

Gdy dotarliśmy
już do Auschwitz, pojawili się jacyś ludzie – nie wiedzieliśmy, kim byli, nigdy
wcześniej nie widzieliśmy takich uniformów, jakie mieli na sobie. Dostaliśmy wtedy
rozkaz, żeby szybko wyjść z pociągu i włożyć wszystkie nasze rzeczy do ciężarówki.
Wysiedliśmy więc, a wszystko następowało po sobie w tak pośpiesznym tempie, że nie
zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co się dzieje. Powiedzieli nam, że mężczyźni muszą
stanąć po prawej stronie wraz z dziećmi powyżej czternastego roku życia, kobiety
z młodszymi chłopcami i dziewczynkami po lewej stronie. One, kobiety, zaczęły iść
[They, the women began walking], podczas
gdy my wciąż staliśmy, aż nagle straciliśmy je z pola widzenia. Stałem tam razem
z synem. Miał zaledwie dwanaście lat. Gdy zaczęliśmy iść do przodu, podszedł pewien
mężczyzna. Nie miałem pojęcia, kim był. Miał na sobie mundur armii niemieckiej,
bardzo elegancki. Zapytał o moją profesję. Zdawałem sobie sprawę, że gdybym mu powiedział,
że z zawodu jestem prawnikiem, nie byłoby to dla mnie szczególnie pomocne, oznajmiłem
mu więc, że jestem byłym oficerem. Spojrzał na mnie i zapytał: «Ile lat ma chłopiec?».
W tym momencie nie mogłem już kłamać i powiedziałem mu, że ma dwanaście lat. Zapytał
się mnie wówczas: Wo ist die Mutti? [Gdzie
jest matka?]. Odpowiedziałem: „Poszła na lewo”. Wtedy zwrócił się do mojego syna:
„Biegnij za swoją matką”. Potem szedłem dalej prawą stroną i widziałem biegnącego
chłopca. Zastanawiałem się, jakim sposobem mógłby odnaleźć swą matkę. Było tam mnóstwo
kobiet i mężczyzn, ale spostrzegłem swoją żonę. Jakim sposobem ją rozpoznałem? Moja
córka miała na sobie czerwony płaszczyk [My
little girl was wearing some kind of a red coat
]. Czerwony punkt oznaczał, że
żona znajduje się w pobliżu. Czerwony punkt stawał się coraz mniejszy i mniejszy.
Poszedłem w prawo i nie zobaczyłem ich już nigdy więcej.

(tamże)

vlcsnap-2020-11-30-06h59m14s302

vlcsnap-2020-11-30-07h07m11s267

Prokurator posiłkowy Gabriel Bach w trakcie procesu Eichmanna (u góry). Martin Földi (poniżej) zeznający na procesie Eichmanna, 1961 (https://www.youtube.com/watch?v=eyL8cVKSR0A&t=1907s [screencap: 00:15 i 29:13], dostęp 30.11.2020)

File:Selection on the ramp at Auschwitz-Birkenau, 1944 (Auschwitz Album) 1c.jpg

Selekcja
węgierskich Żydów przy rampie kolejowej obozu Auschwitz II (Birkenau), maj/czerwiec
1944 (domena publiczna, Wikimedia Commons, https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Selection_on_the_ramp_at_Auschwitz-Birkenau,_1944_(Auschwitz_Album)_1c.jpg, za: The Auschwitz Album / Lili Jacob’s Album, wybór
i red.: B. Klarsfeld, S. Klarsfeld, New York, ca 1983, (dostęp 30.11.2020)

Martin Földi przebywał w
Auschwitz dziesięć dni. Najprawdopodobniej mógł potem trafić do jednego z podobozów
bądź wyruszyć do Niemiec, oddalając się od nacierającej ze Wschodu Armii Czerwonej.
Przeżył wojnę i złożył świadectwo. Sugestywność opowiedzianej przez niego historii
o znikającej dziewczynce w czerwonym płaszczu poruszyła zgromadzoną na sali publiczność
i dziennikarzy. Szybko uznano ją za jeden z symboli procesu Eichmanna – na równi
ze szklaną kabiną, w której przebywał oskarżony (ze szkła przeciwpancernego, żeby
zapobiec ewentualnemu zamachowi), czy nagłym omdleniem Jechiela Dinura, bardziej
znanego jako pisarz o pseudonimie K. Zetnik (Kacetnik), podczas składania przezeń
zeznań o warunkach panujących na „planecie z popiołów [planet of the ashes], Auschwitz” (The Trial of Adolf Eichmann: Session
68 of 121 [Part 1 of 9]: Testimony of Yehiel Dinur; Segev 2012, s. 9–16 i n.). Historię
tę rozpowszechniano w niezliczonych relacjach prasowych. Wykorzystał ją i utrwalił
także Steven Spielberg w filmie Lista Schindlera
(1993). Czerwony jest płaszcz dziewczynki, którą zauważa grany przez Liama Neesona
Oskar Schindler, gdy z pobliskiego wzgórza przygląda się likwidacji getta w Krakowie.
To jedyny przypadek wykorzystania koloru w tym filmie, celowo utrzymanym w czarno-białej
stylistyce, przypominającej stare, archiwalne taśmy (Insdorf 2003, s. 259–261; Wright
2008, s. 60–64; Ebertz 2008, s. 112–128; Thomson 2013). Roma Ligocka (ur. 1938)
– ceniona krakowska malarka, scenografka, kostiumolożka, autorka wielu książek,
która spędziła część dzieciństwa w krakowskim getcie, następnie ukrywała się wraz
z matką u polskiej rodziny – oglądając tę scenę, rozpoznała w niej siebie (Ligocka
2001; Salski 2016). Stało się to inspiracją do napisania tomu wspomnień pt. Dziewczynka w czerwonym płaszczyku z 2000
r. Ukazała w nim doświadczenia z dzieciństwa przeżytego w getcie (kuzynem Ligockiej
jest Roman Polański, podobnie jak ona będący dzieckiem ocalałym z Holokaustu – nakręcony
w 2002 r. film Pianista, chociaż zasadniczo
oparty na wspomnieniach Władysława Szpilmana, w pewnym stopniu można uznać za autobiograficzny).
W wywiadzie udzielonym w 2018 r. analitykowi prawnemu CNN Eliemu Honigowi 91-letni
wówczas Gabriel Bach – na procesie Eichmanna występujący w funkcji prokuratora posiłkowego,
późniejszy sędzia w Sądzie Najwyższym Izraela – wyznał, że gdy przepytywany przez
niego świadek skończył opowiadać tę historię, był to jedyny moment, w którym nie
był on w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa. Jak pisze Honig: „Świadomy, że sędziowie
oczekują, by kontynuował zadawanie pytań, a kamery nie przestały kręcić, udał, że
porządkuje papiery na biurku, zyskując w ten sposób chwilę na to, by z powrotem
dojść do siebie” (Honig 2018).

vlcsnap-2020-11-30-07h34m34s929

Fragment filmu Lista Schindlera, reż. Steven Spielberg, 1993 (© TM &
Universal, https://www.youtube.com/watch?v=j1VL-y9JHuI&list=PL3AD38307A15C3B18&index=3 [Movieclips via Youtube, screencap: 00:46], dostęp 30.11.2020)

Uzupełnienie

* W pierwszych
dniach po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 r., w której Rumunia
uczestniczyła jako sojusznik III Rzeszy, władze rumuńskie zainicjowały pogrom w
Jassach – historycznej stolicy Mołdawii Zachodniej, graniczącej wówczas z przyłączonymi
do ZSRR niespełna rok wcześniej Besarabią i Północną Bukowiną. Społeczność żydowska
zamieszkująca wschodnie obszary kraju była fałszywie oskarżana o uleganie wpływom
ZSRR/szerzenie komunizmu – ofiarami tego przesądu stali się Żydzi zamieszkali w
Jassach; liczba ofiar pogromu wyniosła około 4 tys., kilka tysięcy pozostałych osób
zostało deportowanych bydlęcymi wagonami do miejscowości Călărași i Podu Iloaiei
na południowy wschód od Jassów, wielu z nich zginęło wówczas z głodu bądź odwodnienia.
Po zdobyciu i przyłączeniu w lipcu i sierpniu 1941 r. uprzednio przynależących do
Ukrainy obszarów między Bugiem a Dniestrem, nazwanych Transnistrią oraz odbiciu
od ZSRR Besarabii i północnej części Bukowiny na ziemiach tych doszło do serii pogromów,
m.in. w Kiszyniowie i Odessie, a także utworzenia gett (określanych mianem „kolonii”)
oraz dwóch obozów koncentracyjnych (Peczera, Wapniarka). Szacuje się, że w okresie
od 1941 do 1944 r. władze Rumunii i III Rzeszy doprowadziły do śmierci od 150 do
250 tys. rumuńskich i ukraińskich Żydów w samej Transnistrii. Ofiarami Zagłady stało
się około 220 Żydów z innych obszarów przyłączonych do Rumunii, w tym około 90 tys.
Żydów z północnej Transylwanii deportowanych do Auschwitz-Birkenau przez władze
węgierskie.

Bułgaria, będąca jednym z państw Osi
od marca 1941 r., deportowała 11 tys. Żydów z terytoriów przyłączonych po ofensywie
na Jugosławię i Grecję, w której u boku Niemców uczestniczyły również wojska bułgarskie
– części Tracji, Macedonii (w tym żydowską społeczność zamieszkałą w stołecznym
Skopje) i okręgu pirockiego. Do marca 1943 r. niemal wszyscy deportowani z tych
obszarów Żydzi zginęli w Treblince. Pod wpływem protestów społecznych nie zostały
zrealizowane plany dalszych deportacji, które miały objąć m.in. społeczność żydowską
zamieszkałą w Sofii – wbrew silnej presji ze strony Niemiec. W ostateczności około
20 tys. Żydów z Sofii zesłano na prowincję – mężczyzn umieszczono w obozach pracy
przymusowej, skonfiskowano ich własność. Mimo to liczebność bułgarskich Żydów nie
zmieniła się znacząco. W 1945 r. wynosiła około 50 tys. osób – tyle samo, co przed
wybuchem wojny (większość z nich zdecydowała się wyemigrować do Palestyny po 1945
r.).

** Tłumaczenie
własne tego i pozostałych fragmentów w języku angielskim.


Bibliografia

Literatura przedmiotu

Arendt
H. (1998), Eichmann
w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła
,
tłum. A.
Szostkiewicz, Kraków.

Baron F. (2020), Stopping
the Trains to Auschwitz: Budapest, 1944
, Lawrence, KS.

Bauer Y. (1994), Jews
for Sale? Nazi-Jewish Negotiations, 1933–1945
, New Haven, CT.

Bauer
Y. (2016), Przemyśleć Zagładę, tłum.
J. Giebułtowski, J. Surewicz, Warszawa 2016.

Ben-Tov A. (1988), Facing the Holocaust in Budapest: The International
Committee of the Red Cross and the Jews in Hungary, 1943–1945
, Dodrecht.

Bierman J. (1981), Righteous
Gentile: The Story of Raoul Wallenberg, Missing Hero of the Holocaust
, New York.

Bilsky L. (2001), Judging Evil in the Trial of Kastner, „Law and History Review”, t. 19, nr 1.

Blatman D. (2011), Death Marches: the Final Phase of Nazi Genocide,
tłum. Ch. Galai, Cambridge, MA–London.

Braham R.L. (2015), Eichmann and the Destruction of Hungarian Jewry, Auckland. Braham R.L.
(2016), The Politics of Genocide: The Holocaust in Hungary, New York.

Braham R.L. (2004), Rescue
Operations in Hungary: Myths and Realities
, „Yad Vashem
Studies”, t. 32.

Carlberg I. (2016), Raoul
Wallenberg: The Heroic Life and Mysterious Disappearance of the Man Who Saved Thousands
of Hungarian Jews from the Holocaust
, New York.

Cesarani D. (2008), Eichmann. Jego życie i zbrodnie, tłum. J. Lang, Zakrzewo.

Cohen A. (1987), Some Socio-Political Aspects of the Arrow-Cross
Party in Hungary
, „East European Quarterly”, t. 21, nr 3.

Deák I. (1965), Hungary
[w:] The European Right: A Historical Profile, red. H. Rogger, E. Weber, London.

Diner D. (1997), Hannah Arendt
Reconsidered: On the Banal and the Evil in Her Holocaust Narrative
, „New German Critique”,
nr 71 (Memories of Germany).

Ebertz R.P., Is Oskar Schindler a Good Man? [w:] Steven Spielberg and Philosophy: We’re Gonna
Need a Bigger Book
, red. D.A. Kowalski, Lexington,
KY.

Eisen G., Stark T. (2013), The 1941 Galician Deportation and the Kamenets-Podolsk
Massacre: A Prologue to the Hungarian Holocaust
,
„Holocaust
and Genocide Studies”, t. 27, nr 2.

Friling T., (1999), Nazi-Jewish
Negotiations in Istanbul in mid-1944
, „Holocaust and Genocide Studies”,
t. 13, nr 3.

Gerlach Ch. (2016), The Extermination of the European Jews, Cambridge.

Gerlach U.H. (2008), Eichmann’s Blood-Barter in Hungary: Five Dramas, „Journal of Modern
Jewish Studies”, t. 7, nr 2.

Insdorf A. (2003), Indelible
Shadows: Film and Holocaust
, Cambridge.

Karsai L. (2014), Miklós Horthy (1868–1957) and the Jewish question
in Hungary, 1920–1945
[w:] Antisemitism in an Era of Transition: Continuities
and Impact in Post-Communist Poland and Hungary
, red. F. Guesnet, G. Jones,
Frankfurt am Main.

Klimó A. von
(2018), Remembering Cold Days: The 1942 Massacre of Novi Sad, Hungarian
Politics, & Society, 1942–1989, Pittsburgh, PA.

Lackó M. (1969), Arrow-Cross Men: National Socialists
1935–1944
, Budapest.

Langer L.L. (1995), Admitting the Holocaust: Collected Essays, Oxford–New York.

Langer L.L. (2021), The Afterdeath of the Holocaust, Basingstoke.

Langer L.L. (1980), The Dilemma of Choice in the Deathcamps, „Centerpoint: A Journal of Interdisciplinary Studies”,
t. 4, nr 1.

Langer L.L. (1991), Holocaust Testimonies: The Ruins of Memory, New Haven, CT–London.

Langer L.L. (2006), Using and Abusing the Holocaust, BloomingtonIndianapolis, IN.

Langer L.L. (1982), Versions of Survival: The Holocaust and the Human Spirit, Albany, NY.

Lappin E. (2000), The
Death Marches of Hungarian Jews through
Austria in the Spring of 1945
, „Yad Vashem Studies”, t. 10.

Ligocka
R. (2001), Dziewczynka w czerwonym
płaszczyku
, tłum. K. Zimmerer, Kraków 2001.

Lipstadt
D. (2012), Proces Eichmanna, tłum. M.
Antosiewicz, Warszawa 2012.

Mallmann K.–M. (2001), Der qualitative Sprung im Vernichtungsprozeß:
das Massaker von Kamenez-Podolsk Ende August 1941
, „Jahrbuch für Antisemitismusforschung“, t. 10.

Moaz A. (1995), Kastner-Trial
and Assassination
, „Studies in Jewish Civilization”, t. 6.

Ostrower Ch. (2015), It Kept Us Alive: Humor in the Holocaust, tłum. S.
Bloom, Jerusalem.

Piotrkowiak-Junkiert
K. (2016), Gettoizacja Budapesztu 1944–1945.
Zarys problemu
, „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”, nr 12.

Piper
F. (1992), Ile ludzi zginęło w KL Auschwitz.
Liczba ofiar w świetle źródeł i badań, 1945–1990
, Oświęcim.

Romsics I. (2016), The
Antisemitism of Istvàn Bethlen and Jewish Policy in the Horthy Era
[w:] The Holocaust in Hungary: Seventy Years After,
red. R.L. Braham, A. Kovàcs, Budapest–New York.

Schult T. (2009), A Hero’s Many Faces: Raoul Wallenberg in Contemporary Monuments, Basingstoke.

Segev
T. (2012), Siódmy
milion. Izrael – piętno Zagłady
,
tłum. B.
Gadomska, Warszawa.

Stangneth B. (2014), Eichmann before Jerusalem: The Unexamined Life
of a Mass Murderer
, tłum. R. Martin, New York.

Stauber R. (2007), The Holocaust in Israeli Public Debate in the
1950s: Ideology and Memory
, tłum. E. Yuval, London–Portland, OR.

Ungváry K. (2016), Master Plan? The Decision-Making Process
behind the Deportations [w:]
The Holocaust in Hungary: Seventy Years
After
, red. R.L.
Braham, A. Kovàcs, Budapest–New York.

Vice S., (2021), Claude
Lanzmann’s ‘Shoah’ Outtakes: Holocaust Rescue and Resistance
, New York.Wietz Y. (1994), The Herut Movement and the Kasztner Trial, „Holocaust and Genocide Studies”, t. 8, nr
3.

Weitz Y. (1996), The
Holocaust on Trial: The Impact of the Kasztner
and Eichmann Trials on Israeli Society
, „Israel Studies”, t. 1, nr 2.

Wright J.W. (2008), Levinasian Ethics of Alterity: The Face of the Other in
Spielberg’s
Cinematic Language [w:] Steven Spielberg and Philosophy: We’re Gonna Need a Bigger
Book
, red. D.A. Kowalski, Lexington,
KY.

Netografia

Csosz L., Death Blows Overhead: The Last Transports from Hungary, November 1944, https://blog.ehri-project.eu/2017/11/23/hungary-1944/ (dostęp 30.11.2020).

Golden H., ‘A Stranger
to the Human Race’
, „Life Magazine”, 21 April 1961, t. 50, nr 16, https://books.google.pl/books?id=9FEEAAAAMBAJ&printsec=frontcover&dq=life+magazine+april+21+1961&hl=pl&sa=X&ved=2ahUKEwiG3oKLqvzvAhVQuKQKHSJXDeYQ6AEwAHoECAAQAg#v=onepage&q&f=false (dostęp 30.11.2020).

Leclézio M., Dr Rezso Kasztner: A Hungarian Schindler?,
https://theculturetrip.com/europe/hungary/articles/dr-rezso-kasztner-a-hungarian-schindler/ (dostęp 30.11.2020).

Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau: Deportacje Żydów z Węgier do Auschwitz / Liczba
ofiar
, http://pl.auschwitz.org/lekcja/6_dep_zydow/story_html5.html (dostęp 30.11.2020).

Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau: „Deportacje Żydów z Węgier do Auschwitz” – nowa lekcja internetowa, http://auschwitz.org/muzeum/aktualnosci/deportacje-zydow-z-wegier-do-auschwitz-nowa-lekcja-internetowa,1630.html
(dostęp 30.11.2020).

Salski K., Roma Ligocka: The girl in the red coat
in “Schindler’s List”
, https://www.porta-polonica.de/en/atlas-of-remembrance-places/roma-ligocka-girl-red-coat-schindlers-list?page=2#body-top (dostęp 30.11.2020).

Testimony of Rudolf Hoess, Commandant
of Auschwitz [Testimony on Monday, April 15, 1946] [Yale Law School / The Avalon
Project / The Nuremberg Trials Collection], http://law2.umkc.edu/faculty/projects/ftrials/Nuremberg/hoesstest.html (dostęp 30.11.2020).

The Trial of Adolf Eichmann [The Nizkor Project / Index]
http://www.nizkor.com/hweb/people/e/eichmann-adolf/transcripts/Sessions/ [transkrypty z posiedzeń kolegium sędziowskiego w języku
angielskim, z których korzystałem w niniejszym tekście] (dostęp 30.11.2020); https://www.youtube.com/user/EichmannTrialEN [zapis filmowy procesu na specjalnym profilu utworzonym
na portalu YouTube] (dostęp 30.11.2020); https://collections.ushmm.org/search/catalog/irn1000003 [zapis filmowy procesu w udostępniony w kolekcji cyfrowej
USHMM] (dostęp 30.11.2020).

USHMM, Claude Lanzmann Shoah Collection,
Interview with Hansi Brand, https://collections.ushmm.org/search/catalog/irn1003911 (dostęp 30.11.2020).

Biogram: Szymon
Pietrzykowski – pracownik Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN Oddział w Poznaniu.
Publikował m.in. w czasopismach „Dzieje Najnowsze”, „Sensus Histriae”, „Studia nad
Autorytaryzmem i Totalitaryzmem”, „Media – Kultura – Komunikacja Społeczna”, „Miasteczko
Poznań”.

E-mail: sz.p@onet.eu, szymon.pietrzykowski@ipn.gov.pl

ORCiD:

https://orcid.org/0000-0002-8428-4244


Redakcja językowa: Beata
Bińko




Wywiad społeczny w czasie wojny na przykładzie operacji Akcji Kontynentalnej MSW rządu RP na uchodźstwie i Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza na terenie Danii w latach 1941–1945. Aspekty teoretyczne, kulturowe i operacyjne

WŁADYSŁAW BUŁHAK (Instytut Pamięci Narodowej, IPN),

THOMAS W. FRIIS (University of Southern Denmark, SDU)

Wywiad społeczny w czasie wojny na przykładzie operacji Akcji Kontynentalnej MSW rządu RP na uchodźstwie i Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza na terenie Danii w latach 1941–1945. Aspekty teoretyczne, kulturowe i operacyjne

W
tekście autorzy starają się uściślić pojęcie wywiadu społecznego, aby następnie
wykorzystać je do wzbogacenia opisu i analizy operacji prowadzonych przez Akcję
Kontynentalną MSW na terenie Danii (kryptonim „Felicja”), a także działań tamtejszej
placówki wywiadowczej Oddziału II Sztabu Naczelnego Wodza (SNW) związanej z jego
ekspozyturą w Sztokholmie (kryptonim „SKN”). Zwracają przy tym uwagę na ciekawe
zjawisko feminizacji podobnych służb w warunkach wojennych czy też
okupacyjnych. Przy tym punktem odniesienia jest dla nich pojęcie wywiadu
profesjonalnego (egzemplifikowanego przez przedwojenny i wojenny Oddział II w
strukturach polskich sił zbrojnych). Autorzy dochodzą do wniosku, że
ostatecznie doszło do swoistej konwergencji obydwu schematów, która
charakteryzowała następnie działalność wywiadowczą na kraj w pierwszej dekadzie
zimnej wojny.

Pojęcie wywiadu społecznego

Samo
pojęcie wywiadu społecznego (uspołecznionego) pojawiło się na długo przed
wybuchem II wojny światowej. Używano go choćby do opisu sytuacji
kontrwywiadowczej w Polsce w okresie międzywojennym. We wprowadzeniu do odpowiedniego
studium Oddziału II pisano zatem, że wywiad społeczny „posiada wszędzie
informatorów, i to w ilości dużej”, rozmieszczonych „w życiu państwowym i
publicznym danego państwa, tak aby ich praca odbywała się bez specjalnych
wysiłków, […] sposobami naturalnymi, po prostu siłą faktu”. Wskazywano tutaj
działania wywiadów niemieckiego i sowieckiego na terenie Polski. W pierwszym
przypadku pisano o aktywistach mniejszości niemieckiej w Polsce, że „robią oni
wszystko, zarówno wywiad wojskowy, polityczno-dyplomatyczny, jak też wywiad
ekonomiczny”, do czego należy doliczyć jeszcze wspieraną przez Niemców dywersję
(ang. covert actions) przy
wykorzystaniu wrogich Polsce – Ukraińców i Białorusinów. W drugim
przypadku wskazywano na możliwości, jakie wywiadowi sowieckiemu dawała partia
komunistyczna, uznając działania jej członków za „typowy wywiad społeczny,
wykonywany przez masę, związaną ze sobą względami ideowymi” (Inspiracja 1962, k.
19; Bułhak 2008, s. 20–21). W literaturze przedmiotu przywoływany
jest również przykład wykorzystania przez służby wywiadowcze III Rzeszy
mniejszości niemieckiej w Stanach Zjednoczonych (Wilhelm 2005, s. 34–55).

Podobne
zjawisko można też dostrzec w służbach specjalnych polskiego podziemia w
okresie II wojny światowej. Szef Oddziału II ZWZ/AK ppłk Marian Drobik widział
w tym „nowe pojęcie wywiadu, opartego na nowym elemencie ludzkim, raczej
inteligentnym, choć niefachowym”. Jeden z podobnych ludzi, Stanisław Jankowski
(„Agaton”), z zawodu architekt-urbanista, dodawał do tego, że ich praca
„różniła się od typowej działalności wywiadów zdobywających wiadomości w wielu
przypadkach przez płatnych agentów. Opierała się w ogromnej większości na
amatorach, samoukach, »cywilach«. To prymitywizowało –
być może – technikę wywiadu, ale nadawało tej pracy inny klimat
moralny” (Bułhak 2008, s. 21). Wypadałoby dodać do tego pewien aspekt
„zawodowej amoralności” przedwojennych zawodowych „dwójkarzy”, dalece niespójny
z myśleniem ochotników-ideowców, słusznie uwypuklony ostatnio przez Wojciecha
Skórę (Skóra 2019, s. 107–126).

Jan
E. Zamojski na marginesie swoich rozważań o siatkach wywiadowczych we Francji w
okresie II wojny światowej konstatował z kolei, że „wywiad stał się formą walki
z okupantem, formą masową, wciągającą wiele tysięcy ludzi. Przestał być »służbą
panów« (Herrendienst), splebeizował
się”. Przy czym często byli to „ludzie przypadkowi, niemający w tym kierunku
ani predyspozycji, ani przygotowania”, dysponujący jednak „zapałem”, „większą
lub mniejszą inteligencją”, wreszcie rozmaitymi przydatnymi „zdolnościami lub
kwalifikacjami”. Zauważał on też, że podobne zmiany były niezrozumiałe dla
dotychczasowych profesjonalistów wywiadowczych z szeregów Oddziału II, „myślących
schematami »placówek oficerskich«, oficerów manipulacyjnych (angielski termin case officers) [winno być oficerów
prowadzących – W.B., T.W.F.], agentury”. Zwracał tym samym uwagę na ważne
różnice między wywiadem, który można określić jako profesjonalny, a tym
społecznym (amatorskim) (Zamojski 1980, s. 79–80, 125).

Do
tego dodać jeszcze wypada takie kwestie, jak wiek, płeć i indywidualny kapitał
kulturowy. Luki w szeregach siatek wywiadowczych działających w okupowanej
Europie wywołane kontruderzeniami Abwehry czy Gestapo nader często wypełniali
ludzie stosunkowo młodzi, w tym kobiety, czasem spoza dotychczasowych elit
wojskowych i społecznych, co wiązało się z ominięciem standardowych dróg i
metod awansu. Także to w pewnym sensie upodobniało organizacje wpisujące się w
schemat wywiadu społecznego do tych o charakterze określanym dziś jako
„sieciowy” – pozarządowych, rewolucyjnych (antysystemowych), a nawet
terrorystycznych (Rothert 2013, s. 153–154, 162; Arquilla, Ronfeldt 2001, s. 6,
14).

Problem feminizacji wywiadu w czasie
wojny

Wyróżniającym
aspektem wywiadu społecznego II wojny światowej była zaznaczająca się od samego
początku, ale z czasem coraz bardziej widoczna i zdecydowanie rosnąca rola
kobiet (feminizacja), sprzeczna z dotychczasowymi schematami „Herrendienst”, a
więc służby nie tylko „pańskiej”, lecz także „męskiej”. Co jedynie częściowo,
ze względu na specyfikę wywiadu czy też innych tajnych ludzkich aktywności,
daje się porównać z wielokrotnie i wieloaspektowo opisywaną feminizacją miejsc
pracy i rozmaitych ról społecznych w czasie obydwu wielkich światowych
konfliktów zbrojnych, nie tylko w świecie anglosaskim (Brown 2005). W
odniesieniu do wywiadu zjawisko to zdecydowanie zbyt słabo zostało dotąd odnotowane
w literaturze przedmiotu, zwłaszcza w ujęciu bardziej teoretycznym. Wart odrębnego
wspomnienia jest wszakże tekst Juliette Pattison, opisujący sprawę z
perspektywy brytyjskiej w odniesieniu do pierwszej połowy XX w., w którym można
znaleźć także krytyczne omówienie przywołanej literatury (Pattison 2016, s. 66–85).
Przy czym nie chodzi tutaj o narzucające się przedmiotowe wykorzystywanie
kobiet w charakterze agentek (à la
Mata Hari), co oczywiście występowało od wieków, również wtedy (Thestrup
Henriksen 2013, s. 131). Zdecydowanym novum
było obejmowanie przez nie, w miarę kolejnych „wsyp” i wykruszania się
doczasowych dowódców, coraz poważniejszych funkcji, a z czasem też stanowisk
decyzyjnych i kierowniczych, także w tzw. terenie operacyjnym. Jest to widoczne
w przypadku polskim i wiąże się z upowszechnieniem opisanego wyżej schematu
„wywiadu społecznego”, w wypadku którego właśnie feminizację można uznać za
jedną z jego cech wyróżniających. Rodziło to rzecz jasna opory i problemy,
które należałoby dziś właściwie opisywać aparatem pojęciowym wypracowanym w
ramach studiów nad płcią kulturową (ang. gender
studies
), tak jak to czyni przywołana już Pattison w swojej pracy
poświęconej podobnym aspektom działalności brytyjskiej Special Operations Executive
(SOE) we Francji (Pattison 2007).

Problemy wywiadu profesjonalnego –
przypadek Oddziału II SNW i Danii

Nie
wchodzimy tutaj w dokładne szczegóły operacji Oddziału II SNW, czyli polskiego
wywiadu wojskowego, pracującego wedle standardowych zasad profesjonalnych w
Danii czy szerzej na terenie Skandynawii. Dość wspomnieć, że bardzo dobrze
rozwijającą się od końca lat trzydziestych XX w. współpracę służb obydwu krajów
przeciwko Niemcom poważnie zaburzyła inwazja Danii przez III Rzeszę w kwietniu
1940 r. Polscy wywiadowcy pracujący w Kopenhadze pod dyplomatyczną „pokrywką”
praktycznie w komplecie uciekli wówczas do pobliskiej neutralnej Szwecji.
Włączyli się w prace tamtejszej ekspozytury o kryptonimie „PŁN” (tj. Północ), a
później „SKN” (Skandynawia). Niestety, działania te, oparte na polskich placówkach
w Sztokholmie, były prowadzone pod niemal całkowitą kontrolą kontrwywiadu
gospodarzy (czyli Szwedów), którzy przy nadarzającej się okazji, pod naciskiem
Niemców, uznali kluczowe osoby pracujące w tej ekspozyturze (z jej szefem rtm.
Wacławem Gilewiczem na czele) za personae
non gratae
. Cała operacja pozbycia się Polaków była dobrze przygotowaną i
skuteczną „kombinacją operacyjną” szwedzkiej służby bezpieczeństwa. O czym zresztą
przywołany polski oficer nie wiedział, albo też nie chciał wiedzieć, nawet po
latach(Lewandowski 1999, s. 109–110,
211; Gondek 1987, s. 76–77).

Pokazuje
to wszystko w sposób wręcz podręcznikowy wszystkie słabości profesjonalnego
wywiadu pracującego metodą „placówkową”, nazywaną też „legalną”. W sytuacji
kryzysowej (wojna, inwazja, zerwanie stosunków dyplomatycznych) służba taka
traci podstawowy punkt oparcia w postaci oficjalnej placówki, względnie ich
umocowanie staje się niepewne i nieskuteczne. Dodatkowo oficerowie występujący
jako dyplomaci czy urzędnicy konsularni, nawet szczerze zaangażowani w służbę, zazwyczaj
nie mają jednak skłonności do ryzykowania życiem własnym i rodziny. Wywiad
traktują przede wszystkim jako regularną pracę. Ludzie wpisujący się w schemat
wywiadu społecznego kierują się zwykle innymi motywacjami i w związku z tym są
skłonni podejmować niemalże każde ryzyko w imię wyższych wartości.

Akcja Kontynentalna jako przykład
wywiadu społecznego

Pod
koniec 1940 r. cywilne władze polskie w Londynie (konkretnie zaś MSW kierowane
przez min. Stanisława Kota) dały początek nowej polskiej tajnej organizacji – Akcji
Kontynentalnej. Rzecz jasna nie ma tutaj miejsca na szczegółowe opisywanie jej
genezy, a następnie jej działań w Europie i na świecie (Panecki 1986,
Kruszewski 1993). Akcja Kontynentalna w pierwotnym założeniu dość dokładnie
wpisywała się w schemat szeroko rozumianego wywiadu społecznego, dokładnie zaś
miała być specyficznym naśladownictwem niemieckiej, a wcześniej hiszpańskiej
„piątej kolumny”. Przy tym głównym oparciem dla tych działań miała być polska
diaspora w Europie (z wyłączeniem samej Rzeszy). Idea została ochoczo
podchwycona przez Brytyjczyków i uzyskała ich wsparcie materialne. Konkretnie
miała się tym zająć nowa brytyjska służba specjalna w postaci Special Operations
Executive (SOE).

W
odniesieniu do genezy polskiej Akcji Kontynentalnej nie bez znaczenia było to,
że min. Kot był zapamiętałym wrogiem przedwojennego „reżimu pułkowników”, czyli
tzw. sanacji. Co więcej, uważał, że ci ostatni zachowali wpływy w wojsku (łącznie
z organizacją ZWZ w kraju), a w szczególności w wywiadzie i kontrwywiadzie
wojskowym (Oddziale II SNW), czyli tzw. dwójce, stanowiącej uprzednio jedną z
podpór ich władzy w II Rzeczypospolitej. W przyszłości, już w wolnej Polsce, podobna
sytuacja mogła stanowić, przynajmniej w wizji ludowców, socjalistów i chadeków
ze Stronnictwa Pracy, zagrożenie dla systemu demokratycznego, widzianego na
sposób zachodni. I sam Kot, i jego następca w MSW –
Stanisław Mikołajczyk, robili zatem wszystko, aby zachować kontrolę nad
działaniami Akcji i odciąć ją od tajnej roboty wojskowych, to jest zarówno
służb ZWZ-AK, jak i Oddziału VI (krajowego) oraz Oddziału II (wywiadu) Sztabu Naczelnego
Wodza w Londynie. Wywoływało to zresztą od samego początku niechętne, czy wręcz
wrogie reakcje (i kontrakcje) ze strony tych ostatnich. Także Brytyjczycy
uznawali Kota za organizatora odrębnej wobec służb wojskowych „polskiej
cywilnej służby podziemnej” (ang. Civilian Polish Underground Service). Z
punktu widzenia brytyjskiego kontrwywiadu (MI-5) pierwszy kierownik Akcji, Jan
Librach, był po prostu szefem „polskiego SOE”. W polskich źródłach można się
też natknąć na opinię, że w założeniu Akcja Kontynentalna miała być „wywiadem
politycznym rządu”, wzorowanym na „Political Intelligence Department” w
brytyjskim aparacie państwowym. Wiele wskazuje na to, że długofalowym celem
min. Kota było stworzenie alternatywnej wobec „dwójki” rozbudowanej organizacji
o charakterze wywiadu społecznego, a zarazem par excellence cywilnego, kontynuującej działalność także po wojnie
i pozostającej pod silniejszą demokratyczną (czy polityczną) kontrolą. W
domyśle – najsilniejszej z polskich partii, jaką byli ludowcy prof. Kota (Bułhak,
Friis, Jaworski 2020, s. 29–31).

Organizacja „Felicja” („Inflexion”) –
pierwotne założenia

W
planowaniu działań Akcji Kontynentalnej przewidziano znaczące miejsce
stosunkowo licznej i nieźle zorganizowanej Polonii na terenie Danii, przy czym
jej tamtejsza odnoga otrzymała kryptonim „Felicja” (brytyjski „Inflexion”). Jej
zainteresowania miały być typowe dla wywiadu cywilnego (tematyka społeczna,
polityczna i gospodarcza), na razie z pominięciem zagadnień wojskowych, uwzględniając
także jego naturalne podglebie w postaci podtrzymywania polskich organizacji
społecznych w Danii (Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s. 31; Kruszewski 1993, s.
143–151).

 „Felicję” zaczęto organizować w maju 1941 r.
Za jej prace („pod pokrywką” urzędnika polskiego poselstwa w Sztokholmie)
opowiadał początkowo inż. Mieczysław Thugutt ps. „Adam”, „Eric/Erik Larsen”, a
dla Brytyjczyków „John”, tamtejszy eksponent MSW (syn Stanisława Thugutta,
wybitnego polskiego działacza ludowego epoki międzywojennej). Łącznikiem
organizacji z Danią został Bolesław Rediger „Harald”, polski „attaché
konsularny” w Malmö, wcześniej pracownik poselstwa RP w Kopenhadze i
organizator tamtejszego polskiego harcerstwa. Czasem czyni się go szefem całej
organizacji, co jest poglądem z gruntu błędnym, który należy wiązać z późniejszą
rolą jego szwagierki Romany Heinze „Sabiny” (o czym poniżej). On sam został
włączony do prac organizacyjnych dopiero latem 1941 r. i już w listopadzie
zmarł (chorował na nerki). Tymczasem organizacja ruszyła z pierwszymi realniejszymi
pracami dopiero w styczniu 1942 r. Słowem, nie odmawiając Redigerowi zasług na
etapie planowania prac, a także w dziedzinie „networkingu” (cenne kontakty), w
żadnym sensie nie mógł być on realnym przywódcą „Felicji” (Grabowski 2015, s.
127; Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s. 35–36).

Ważnym
ogniwem organizacji w Danii od jej początku była Romana Heltberg („Helga”,
„jedynka”), lektorka języka polskiego w Kopenhadze. Właściwym organizatorem
siatki „Felicji” w terenie został natomiast Adam Sokólski („Klaus/Claus Jensen”,
„dziesiąty”), instruktor harcerski (podharcmistrz) i nauczyciel w polskiej
szkole w Nakskov na wyspie Lolland, gdzie znajdował się jeden z głównych
ośrodków polskiej emigracji zarobkowej. Cała siatka powstała latem 1942 r., w
czasie rowerowej wyprawy „Klausa” dookoła Danii, przy wsparciu Krystyny
Heltberg (córki Romany) i Barbary Mogensen (Polki żonatej z Duńczykiem). Zastępcą
Sokólskiego (z siedzibą w Kopenhadze) został Stanisław Henschel, obywatel
duński, były pracownik kontraktowy polskiego poselstwa (Wojciechowski 1989, s. 67,
83; Nellemann 1980, s. 101). Wedle notatki SOE z 14 stycznia 1943 r. Dania została
ostatecznie „pokryta [siecią] 24 agentów, którzy wysyłają swoje raporty do
lokalnej centrali w Nakskov”, czyli do Adama Sokólskiego. Potwierdza to, że
początkowo był on kluczową osobą w całym systemie (Bułhak, Friis, Jaworski
2020, s. 35).

Kryzys przywództwa w „Felicji”, przejęcie
kierowania organizacją przez Romanę Heinze „Sabinę”, 1942
1944

Mieczysław
Thugutt „Adam” został spalony w sierpniu 1942 r., a następnie szybko zmuszono
go do opuszczenia Szwecji, co wiązało się ze szczegółowo opisaną w literaturze
przedmiotu tragiczną sprawą aresztowania przez Gestapo tzw. warszawskich
Szwedów i ich polskich współpracowników (Lewandowski 1999). Formalnie w roli szefa
placówki MSW w Sztokholmie zastąpił go wtedy Stanisław Kocan „Ludwik”. W opinii
swoich wojskowych kolegów miał on rzekomo „czuć dziwną animozję do naszej pracy
i starać się, gdzie tylko może, aby robić [nam] różne małe świństewka i
podłości”, stanowiąc tym samym przykład „szubrawości naszych rodaków”. Z kolei rtm.
Wacław Gilewicz opisywał po latach Kocana, niegdyś swego agenta, jako „byłego
legionistę, przystojnego, bez określonego zajęcia, ożenionego z grubo starszą
od niego zamożną Szwedką mającą powiązania w kołach zamożnej burżuazji
szwedzkiej”. Jak widać, stosunek „profesjonalistów” do „amatorów” miał też swój
bardziej ludzki wymiar, podszyty poczuciem wyższości i może wręcz pogardą dla
dotychczasowych agentów, aspirujących do służby w „Herrendienst” (Grabowski
2015, s. 11; Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s. 37).

Wypada
zauważyć, że wysunięta ku Danii placówka w pobliskim szwedzkim Malmö pierwotnie
miała „zadania ściśle techniczne – utrzymywanie łączności z organizacją
Felicji”. Sytuacja ta zmieniła się po odejściu Thugutta. Nie przekazał on bowiem
swemu następcy (Kocanowi) spraw „Felicji” i nie zrezygnował z ambicji
kierowania organizacją z Londynu. Zamierzał to czynić za pośrednictwem Romany
Heinze „Sabiny”, eksponentki organizacji w Malmö, usadowionej tam dość
przypadkowo na miejsce Redigera „Haralda” już po jego śmierci. „Sabina” była
szwagierką zmarłego i ambitną niezamężną młodą kobietą (miała wtedy 27 lat).
Znana była przy tym z przesadnie afektowanego czy ekspresyjnego stylu bycia. Współpracowała
ze starszą siostrą, Marią Rediger z d. Heinze, wdową po przedwcześnie zmarłym
konsulu. Siostry Heinze miały w Londynie dodatkowe oparcie w swojej
przyjaciółce Marii Babickiej, dawnej asystentce poety-dyplomaty Jarosława
Iwaszkiewicza, a w czasie wojny wpływowej sekretarce samego gen. Władysława
Sikorskiego. Jednocześnie ich kluczowymi kontaktami w okupowanej Danii były
przywołana już Romana Heltberg „Helga” w Kopenhadze, obywatelka duńska z
polskiej rodziny o żydowskich korzeniach, jej córka Krystyna, a także Elisabeth
Grunnet, żona jednego z najważniejszych funkcjonariuszy duńskiej policji politycznej
Aage Grunneta. Wszystko to razem dobrze obrazuje kolejne specyficzne cechy
„wywiadu społecznego”, to jest pomieszanie tajnych i jawnych spraw zawodowych,
relacji towarzyskich i rodzinnych, uzupełnione o system specyficznego
„kobiecego networkingu”. Było to, jak już o tym pisaliśmy, w ówczesnych
uwarunkowaniach społecznych i kulturowych zarówno siłą, jak i słabością tej
formy wywiadu. Nie bez znaczenia jest też problem wieku i pozycji społecznej
poszczególnych osób (Małaśnicka-Miedzanogóra 2015, s. 114, 248; Bułhak, Friis,
Jaworski 2020, s. 39).

Nagły
awans „Sabiny”, zbudowany na osobistych koneksjach, a być może po części też
owym „kobiecym networkingu”, nie spotkał się z entuzjazmem w terenie,
konkretnie zaś na pewno ubódł ambicję „Klausa”. Katalizatorem niezadowolenia
była zapewne nawiązana wówczas przez Sokólskiego znajomość z ukrywającym się w
Danii uciekinierem z obozu jeńców ppor. Lucjanem Masłochą (o którym szerzej
poniżej). Już wtedy zaczęli oni dyskutować o „bardziej efektywnej organizacji
podziemnej”, czyli w domyśle niekoniecznie kierowanej przez „Sabinę”. Tym samym
rozpoczął się poważny kryzys w dziejach „Felicji”, który właściwie stanowił
początek końca jej istnienia w pierwotnie założonym kształcie, to jest tajnej
akcji „cywilnej” opartej na możliwościach i potencjale polskiej mniejszości w
Danii (Kruszewski 1993, s. 103).

Wszystko
to działo się w dramatycznym dla Danii okresie, kiedy początkowo stosunkowo
miękki niemiecki protektorat zaczęła zastępować coraz bardziej brutalna
okupacja, która weszła w fazę bezpośrednią z przesileniem w dniu 29 sierpnia
1943 r. Niemcy zlikwidowali wtedy siłą resztki duńskiej armii i floty i
przejęli faktyczną władzę w kraju. Oznaczało to też daleko idące poszerzenie
możliwości działania niemieckiego aparatu represji. W zaistniałej kryzysowej
sytuacji we wrześniu 1943 r. Romana Heltberg „Helga” wraz z córką Krystyną
(dodatkowo jako Żydówki z pochodzenia), a miesiąc później także sam „Klaus”
zdecydowali się na ucieczkę do Szwecji. Sokólski przekazał swoje obowiązki w
ręce Stanisława Henschela „Jensa Holma”, swego zastępcy, natomiast sprawy jej
łączności i szyfrów, a także radiostację wraz z obsługą – Barbarze Mogensen
„Elsie Olafsson”. W Szwecji „Klaus” trafił na miesiąc do obozu dla
internowanych. Na początku 1944 r. znalazł się w Malmö. Doszło tam wówczas
najpierw do eskalacji, a następnie przesilenia w konflikcie między obojgiem
młodych liderów „Felicji” (tj. Sokólskim i Heinze). „Sabina”, ustawiając się w
pozycji groźnej szefowej, w raportach do Londynu podawała konsekwentnie w
wątpliwość zasługi i kompetencje „Klausa”. Oskarżała zatem i „Klausa”, i
„Helgę” o to, że dotychczas „bardzo mało na terenie zdziałali i teraz powinni
zdwoić swoją pracę”, czyli wprost o nieróbstwo. Argumentowała przy tym, że
Sokólski po prostu nie nadaje się do wywiadu czy konspiracji, a „dobry on jest
jedynie do prowadzenia pracy wśród wychodźstwa, pracy czysto
kulturalno-oświatowej, mając jednak szansę zaciągnięcia instrukcji i dyrektyw z
góry”. Domagała się też zablokowania planowanego wyjazdu „Klausa” do Londynu,
aby później wszcząć starania o pozbycie się go ze Szwecji drogą mobilizacji do
Polskich Sił Zbrojnych w charakterze szeregowego żołnierza. Z kolei kanałem brytyjskim
pisała, że „Klaus” stanowi „utrapienie i groźbę [nuisance and danger]” dla operacji „Inflexion”. Zakończyło się to
formalnym (na piśmie) wystąpieniem z organizacji przez „Klausa” i jego
przejściem do dyspozycji Ekspozytury „SKN” Oddziału II SNW, rzekomo w stopniu
porucznika, co zresztą nie odpowiada prawdzie. W istocie został on
zaklasyfikowany przez „dwójkarzy” w kategorii „informator” (odróżnianej od
„agenta”) pod nr. 2988 i pseudonimem „Belfer” (Wojciechowski 1989, s. 87–89; Kruszewski
1993, s. 86; Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s. 41).

Problem nakładania się na siebie
działań różnych organizacji wywiadowczych i sieci łączności z krajem

Niejako
równolegle w połowie 1943 r. Romana Heinze (określana w tym
wypadku innym pseudonimem – „Rysia”) podjęła zaawansowany „flirt” (jak to
zapisano w jednym z szyfrogramów) z przedstawicielami Oddziału VI SNW w
Sztokholmie (zajmującymi się łącznością z okupowaną Polską). W efekcie
przekazała im do dyspozycji kluczowe aktywa „Felicji” na terenie Danii. Miały
one posłużyć do budowy tzw. północnej drogi łączności kurierskiej z krajem. Jak
to wynika z materiałów Oddziału VI, odtąd była ona jednocześnie „Sabiną”, czyli
kierowniczką „Felicji” w Malmö, i „Rysią”, czyli „łącznikiem Bazy” Oddziału VI
z Danią i Duńczykami. Tego wątku nie będziemy tutaj rozwijać, odsyłając
czytelnika do naszej przyszłej publikacji, poza konstatacją, że tym samym
doszło do nałożenia na siebie w newralgicznym punkcie kilku konspiracyjnych
aparatów, które w teorii winny być ściśle od siebie oddzielone. Oczywiście
potężnie zwiększało to ryzyko dekonspiracji (Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s.
43–44).

W
tym miejscu wypada przywołać trafne uwagi gen. Kazimierza Sosnkowskiego,
nadzorującego w pierwszej fazie wojny pracę organizacji wojskowej ZWZ w kraju.
W liście do prof. Kota, ministra spraw wewnętrznych, z kwietnia 1941 r.
ostrzegał on, że krzyżowanie działań wojskowych baz łączności (a także w
domyśle ekspozytur wywiadu) z aktywnością Akcji Kontynentalnej „pociągnąć musi
za sobą niebezpieczne pomnożenie i pomieszanie kontaktów”. Dalej wyjaśniał,
czerpiąc też z własnego długoletniego doświadczenia życiowego, że konspiracyjna
praktyka uczy, iż „nie można pracować jednym aparatem na kilku różnych
sieciach, gdyż w tym przypadku grozi pewna wsypa, a w dodatku […]
skompromitowanie nie tylko własnej działalności, ale również innych”. Można to odnieść
także do sytuacji odwrotnej, czyli pracy „kilku aparatów” z wykorzystaniem właściwie
jednej sieci czy tej samej grupy ludzi (jak to w ostatecznym rozrachunku działo
się w opisywanym przypadku), i szybko niestety potwierdziło przewidywania
starego konspiratora (Nelleman 1980, s. 106; Kliszewicz 2000, s. 89).

Na
rezultaty w postaci fali aresztowań, także w Danii, nie trzeba było długo
czekać. Nastąpiła ona w pierwszej połowie marca 1944 r., doprowadzając do
jednoczesnego rozbicia zarówno drogi łączności kurierskiej z Polską, jak i
struktur wywodzących się z dawnej sieci „Felicji”. Aczkolwiek trzeba zaznaczyć,
że przyczyny tej rozległej „wsypy” nie ograniczają się do nieostrożności i
braku fachowej wiedzy u „Rysi”, i należy uwzględniać również równoległą
infiltrację struktur zajmujących się łącznością z Londynem w okupowanym kraju,
a także niewystarczającą odporność polskich szyfrów. Nie ulega wszakże
wątpliwości, że jej ofiarą padli w zasadzie wszyscy wyżej wymienieni ludzie z
montowanej przez Oddział VI „trasy północnej” oraz szereg innych osób zarówno
wywodzących się z „Felicji” (niezależnie od ich stosunku do sporu między
„Klausem” i „Sabiną”), jak i mających z nimi rozmaite kontakty, udzielających
im kwatery czy przechowujących środki finansowe na działalność podziemną.
Najtragiczniej sprawa skończyła się dla Elisabeth Grunnet, żony przywołanego
duńskiego policjanta, która zmarła w wyniku brutalnego przesłuchania
(Kruszewski 1993, s. 86–87).

Osiągnięcia wywiadowcze „Felicji” w drugiej
fazie jej działania

Jan
Librach, współtwórca Akcji Kontynentalnej, podkreślał po latach, że
„organizacja w Danii, której wybitne usługi oddało kilku Duńczyków, okazała się
szczególnie pożyteczna dla celów informacyjnych [tj. wywiadowczych – W.B.,
T.W.F.] oraz do przepracowania dróg kurierskich dla organizacji krajowych”. Zarazem
jednak była, jego zdaniem, zbyt nieliczna, aby planować działania dywersyjne na
szeroką skalę. Jeżeli dodać do tego, że cywilna „droga północna” przez Danię
właściwie nie została w praktyce uruchomiona dla ruchu kurierów (chociaż zdarzały
się okresy, kiedy była ona drożna), w ogólnym ujęciu najważniejsze okazały się
osiągnięcia „Felicji” właśnie na polu wywiadu (Librach 1973, s. 164).

Rzecz
jasna należy je rozdzielić na dwie części, przy czym podstawową umowną granicą
jest data przejęcia kluczowych aktywów „Felicji” przez placówkę ppor. Masłocha i
Sokólskiego (co można datować mniej więcej na koniec 1943 i początek 1944 r.).
Pierwszą, organizacyjną, fazę działania „Felicji” (tj. kierownictwa
„duumwiratu” Thugutta i Sokólskiego) w zasadzie tutaj pomijamy, z tego okresu
zresztą zachowało się stosunkowo niewiele doniesień i są to w większości
informacje o działaniach sabotażowych i ustaleniowych, np. w postaci
weryfikacji wyników alianckich bombardowań (Kruszewski 1993, s. 87; Nellemann
1980, s. 101–107; Wojciechowski 1989, s. 80–81).

Najciekawsze
znane dziś materiały wywiadowcze „Felicji” pochodzą z drugiej fazy w dziejach
tej organizacji, to jest od zaostrzenia się sytuacji okupacyjnej w Danii w
wyniku działań Niemców z 29 sierpnia 1943 r. (operacja „Safari”) do początków
roku 1944. Wszystko wskazuje na to, że mimo wewnętrznych sporów i problemów
oraz panującego w Danii napięcia zaktywizowano wówczas jej działalność. Kierowniczka
„Felicji”, czyli „Sabina”, słusznie uznała wtedy za konieczne skupienie się na
wywiadzie wojskowym, a także uzupełnienie (obiektywnie słabej w jej ocenie)
polskiej sieci za sprawą kontaktów i źródeł w środowiskach duńskich (Heinze
1943).

Wojskowy
obraz niemieckiej obecności w Danii uściślał raport sporządzony w listopadzie
1943 r. na podstawie danych zebranych przez źródła „Felicji”, zawierający opis
dyslokacji sił okupantów (mniej więcej do poziomu kompanii) na jej zachodnim
wybrzeżu, a także prowadzonych tam przez Organizację Todta prac
fortyfikacyjnych stanowiących część planowanego Wału Atlantyckiego. Najbardziej
szczegółowa jego część odnosi się do portu Esbjerg i jego okolic. Druga część,
już mniej szczegółowa, przynosiła analogiczne informacje z rejonu Frederikshavn
(Meldunek „Felicji” 1943).

Równie
interesujące były doniesienia „Felicji” o tematyce wojennomorskiej. Jedno z
nich zawiera całościowy przegląd stanu duńskiej marynarki wojennej po nieudanej
próbie przejęcia jej przez Niemców 29 sierpnia 1943 r. Oryginalny dokument był
sporządzony w języku duńskim, w tej formie też został przekazany stronie
brytyjskiej. Ów pierwowzór był bardzo kompetentny i pochodził z wiarygodnego
źródła, a zawarte w nim informacje zgadzają się dość dokładnie z dzisiejszym
stanem wiedzy historycznej (Przegląd floty duńskiej 1943). Drugi „morski”
dokument jest równie interesujący i też bardzo kompetentny. Mowa w nim o
prowadzonych w Sønderborg przez Maxa Valentinera, niemieckiego konstruktora
okrętów podwodnych, próbach z miniaturową łodzią podwodną typu „Seehund” (Łódz
podwodna nowej konstrukcji 1943).

Oprócz
spraw ściśle wojskowych „Felicja” dostarczała też informacji na temat
niemieckiego systemu okupacyjnego i aparatu represji. Jednym z ciekawszych
materiałów z tej kategorii była próba rekonstrukcji obsady personalnej i
przybliżony opis struktury organizacyjnej niemieckiej policji i służby
bezpieczeństwa w Danii z siedzibą w Shellhuset w Kopenhadze. W raporcie znajdują
się również krótkie charakterystyki wybranych kluczowych osób z obsady Shellhuset.
Niektórzy niemieccy fukcjonariusze zostali scharakteryzowani jako „porządni
ludzie”, inni zaś jako „łajdacy” czy „nazistowscy bonzowie”. Najbardziej znany
z nich wszystkich SS-Sturmbannführer (major) dr Karl Heinz Hoffmann,
odpowiedzialny za działalność policji politycznej w Danii (Gestapo), miał tam
zasłużoną opinię „brzydkiego typa” (Gestapo w Danii z siedzibą w Kopenhadze –
Shellhuset, 1943).

Osiągnięcia wywiadowcze „Felicji” w trzeciej
fazie jej aktywności

O
ile powyższe informacje wywiadowcze są zasługą niejako pierwotnego składu
„Felicji” (tj. sprzed secesji Sokólskiego), o tyle te pochodzące z okresu
późniejszego można przypisać już tylko samej „Sabinie”, jej polskim
współpracowniczkom, a także ich nielicznym duńskim informatorom czy agentom.
Przy tym zasadniczo nie zmienił się zaznaczający się już wcześniej podział
zainteresowań wywiadowczych na dwie kategorie: z jednej strony sprawami
wojskowymi, a z drugiej tymi odnoszącymi się do życia politycznego Danii oraz
niemieckiej polityki okupacyjnej.

Niestety,
zwłaszcza pośród informacji wojskowych trafiały się coraz częściej doniesienia
bałamutne czy wręcz kuriozalne, co zapewne wynikało z niedostatków fachowej wiedzy
zarówno samej „Sabiny”, jak i jej informatorów. Nie oznacza to, że nie zdarzały
się informacje cenne, takie jak ta o nowym typie samolotu widzianym na
niemieckim lotnisku wojskowym Tirstrup. Najprawdopodobniej chodziło o samolot
wyposażony w kierowany skrzydlaty pocisk rakietowy Henschel Hs 293 (Details
about the new plane seen Tirstrup airfield 1945). Wartościowe były też informacje
z Bornholmu (zapewne z marca 1945 r.) z dość dokładnym opisem tamtejszych
„stacji radiolokalizacyjnych”. I w tym wypadku jednak natykamy się na
tajemniczy 80-metrowy maszt, który miał rzekomo służyć do emitowania „promieni
ultrafioletowych” o nieznanym, zapewne śmiercionośnym, przeznaczeniu (Raport
„Bornholm” 1945).

Placówka Oddziału II SNW w Danii. W
kierunku uspołecznienia wywiadu profesjonalnego

Wspominany
już wyżej ppor. Masłocha, z zawodu oficer marynarki handlowej, zmobilizowany
jednak w 1939 r. jako żołnierz piechoty, znalazł się w Danii latem 1943 r. po
ucieczce z obozu jeńców w Lubece. Ukrywał się przez jakiś czas w środowisku tamtejszych
Polaków, aby w końcu trafić do w Szwecji. Stało się to zapewne w drugiej
połowie października 1943 r. Już po miesiącu, po krótkim z natury rzeczy
przeszkoleniu, znalazł się on na powrót „w terenie”. Dokładnie zaś pod koniec
1943 r. objął funkcję „kierownika placówki wywiadowczej na terenie
nieprzyjaciela”, czyli w Danii, którą zorganizował przy wsparciu i pomocy
„Klausa” Sokólskiego. Siatka ppor. Masłochy przejęła także radiostację
„Felicji” wraz z operatorem, pozostającą w dyspozycji Barbary Mogensen (z d.
Chełmickiej). Ewidentnie jednak były to działania prowadzone w opozycji do
kierowniczki „Felicji”, czyli Romany Heizne „Sabiny”, która ze swej strony
ostatecznie zerwała stosunki z „Klausem” i w ogóle robiła wszystko, aby
odseparować się od działań „dwójki”, odbieranych z pewnością jako „wrogie
przejęcie”. (Wojciechowski 1989, s. 89–90; Kruszewski 1993, s. 107; Bułhak,
Friis, Jaworski 2020, s. 55).

Wydaje
się nie ulegać wątpliwości, że ppor. Masłocha oparł swoją placówkę na dwóch
filarach: z jednej strony na dotychczasowych członkach „Felicji” przekazanych
mu pod komendę przez Sokólskiego i Henschela, a z drugiej na kontaktach
duńskich, nawiązanych m.in. za pośrednictwem polsko-duńskiej rodziny swojej
przyszłej żony (Mogensenów). W tym kontekście pojawia się najczęściej nazwa
duńskiej organizacji konspiracyjnej Holger Danske, która nawiązywała do
legendarnego średniowiecznego bohatera i budziła podobne konotacje jak u
Polaków „śpiący rycerze” pod Giewontem. Organizacja opierała się na duńskich
ochotnikach, którzy walczyli po stronie fińskiej w wojnie zimowej ze Związkiem
Sowieckim. Znana była z bezwzględności w zwalczaniu wroga, w tym duńskich
kolaborantów, i ogólnie ze skłonności do używania siły (Kruszewski 1993, s. 96).

Znów
mamy tutaj do czynienia z organizacją wpisującą się raczej w schemat wywiadu
społecznego. Przypadek ppor. Masłochy można zaś w pewnym sensie uznać za
przykład dostosowania się profesjonalnego wywiadu do wymagań wojennych, a nawet
pewnej ewolucji w kierunku przyjęcia niektórych elementów charakterystycznych
dla wywiadu społecznego. Przywołany oficer niezbyt bowiem pasował do schematu
wywiadowczego urzędnika, jego osobowość i sposób działania bardziej pasuje do profilu
ochotnika-konspiratora. Nie znaczy to jednak, że jego zaangażowanie i naturalne
talenty wywiadowcze nie zostały zauważone przez przełożonych. Wręcz przeciwnie,
bardzo go cenił np. mjr Witold Szymaniak, podówczas zastępca szefa ekspozytury
„SKN” (Szymaniak 1974, k. 4–6, 12).

Warto
tutaj uwypuklić fakt, że ppor. Lucjan Masłocha „Pasek” i jego żona Anna
Masłocha „Lone” z d. Mogensen przeszli do historii stosunków polsko-duńskich
jako postacie symboliczne, ostatni i zarazem kluczowi przywódcy organizacji
„Felicja”, która to organizacja miała jakoby przestać istnieć wraz z ich
dramatyczną śmiercią z rąk duńskich nazistów na początku stycznia 1945 r. Stało
się to kilka dni po ich ślubie, co nadawało całej tej historii dodatkowy, tragiczno-romantyczny
wymiar. Notabene podobna wersja zdarzeń, powtarzana bezkrytycznie w
dziesiątkach publikacji (w tym w poważnych monografiach naukowych i na stronach
ambasady RP w Kopenhadze), nie jest do końca ścisła. W istocie ppor. Masłocha,
jak czytelnik mógł się już zorientować, nigdy nie był przywódcą „Felicji”, w
Danii zaś działał jako oficer Oddziału II SNW, czyli wywiadu wojskowego. Sama „Felicja”
natomiast działała nadal równolegle pod kierunkiem „Sabiny” aż do końca
niemieckiej okupacji (Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s. 55).

Po
śmierci Masłochów polską siatką podległą Oddziałowi II kierował przez pewien
czas Duńczyk inżynier Thøger Busk, którego zastąpił ppor. Michał Lisiński
„Hansen”. Ów Lisiński to kolejny ciekawy bohater, być może jeszcze lepiej niż
ppor. Masłocha wpisujący się w schemat wywiadu społecznego. Wywodził się on z
Czarnego Dunajca, bogatej wsi na Podhalu. Należał tam do miejscowej elity jako człowiek
z wyższym wykształceniem, prawnik, aplikant adwokacki. Był przy tym uznawany za
osobę wybitnie zdolną i inteligentną. Co ciekawe, za młodu był on wręcz
zdeklarowanym komunistą, m.in. działał w nielegalnej, fasadowej organizacji
młodzieżowej „Życie” (rozwiązanej wraz z KPP w 1938 r.). Później też pozostał
radykalnym lewicowcem. W czasie wojny został zmobilizowany jako podchorąży WP.
Przy próbie przedostania się do armii polskiej na Zachodzie został przez
Niemców osadzony w obozie internowanych na terenie Jugosławii, skąd trafił w
ramach Organizacji Todta do Norwegii, do prac przy budowie Wału Atlantyckiego.
W roku 1944 udało mu się uciec stamtąd do Szwecji, gdzie został zwerbowany do
pracy na rzecz Oddziału II. Następnie, po przeszkoleniu, został wyznaczony na następcę
ppor. Masłochy w Danii. Lisiński przetrwał na posterunku już do końca
niemieckiej okupacji, a ściślej jeszcze przez długie lata zajmował się
wywiadem, już przeciwko komunistom, wraz ze wspomnianym mjr. Szymaniakiem (Kruszewski
1993, s. 106–108; Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s. 59).

Osiągnięcia wywiadowcze placówki nr 4
Ekspozytury „SKN” Oddziału II SNW w Danii

W
przeciwieństwie do nieźle udokumentowanych osiągnięć „Felicji” rekonstrukcja
wywiadowczych prac placówki duńskiej placówki Oddziału II jest dość trudna
wobec niepełnego stanu dostępnej bazy źródłowej. Wiadomo jednak, głównie z
ustaleń George’a Nellemanna, że przynajmniej do fali aresztowań w marcu 1944 r.
kontynuowano, opisane wyżej w podrozdziale poświęconym działalności
wywiadowczej organizacji „Felicja”, działania służące rozpracowaniu budowanych
na zachodnim wybrzeżu Danii umocnień Wału Atlantyckiego. Raporty z wysp Lolland
i Falster (stanowiących ośrodki polskiej emigracji) obejmowały informacje o
niemieckich transportach wojskowych, plany urządzeń portu w Gedser, dane na
temat budowy lotniska w Rødby czy wreszcie doniesienia o sytuacji
strategicznego, najdłuższego wówczas w Europie, mostu Storstrøms (duń.
Storstrømsbroen), łączącego Zelandię z wyspą Falster (a także linią kolejową
Kopenhagę z Hamburgiem). Grupa działająca w Kopenhadze od swego agenta
ulokowanego w niemieckich strukturach uzyskała plany różnych kluczowych
instalacji na tym terenie, w tym prac prowadzonych na lotnisku Kastrup i w siedzibie
niemieckich władz bezpieczeństwa (wspominanym już Shellhuset). Warto tutaj
wspomnieć, że siatka Sokólskiego i Masłochy dość intensywnie korzystała z możliwości
związanych ze stacjonowaniem w Danii sporej grupy Polaków przymusowo wcielonych
do Wehrmachtu, od których uzyskiwano różne cenne informacje (Nellemann 1980, s.
107–109). Wiadomo też, że jego przełożony, mjr Szymaniak, za szczególnie doniosłą
zasługę ppor. Masłochy uważał nawiązanie łączności z Polakami przetrzymywanymi
w więzieniu Moabit w Berlinie, wśród których było wielu współpracowników
polskiego wywiadu. Udało się to uczynić przy pomocy Duńczyków (Szymaniak 1974,
k. 6).

Odnośnie
do osiągnięć wywiadu polskiego w Danii w roku 1945 zachowało się jeszcze mniej
danych. Jego ówczesny szef ppor. Lisiński wspominał jedynie, że zadania
powierzone mu przez mjr. Szymaniaka obejmowały z jednej strony zbadanie sprawy
ppor. Masłochy i przyczyn jego tragicznej śmierci, a z drugiej sprawdzenie, czy
Niemcy zaminowali (na wypadek inwazji aliantów) lotniska w Danii; w tym
Kastrup, pod Kopenhagą (Kruszewski 1993 s. 106–108).

Ostatnia faza działań „Felicji”. W
kierunku profesjonalizacji wywiadu społecznego

Rozbicie
„Felicji” i dramatyczne losy jej członków, którzy znaleźli się w rękach
Niemców, niewątpliwie były wstrząsem dla „Sabiny”. Pozwoliły jednak na jej
reorganizację czy też sformowanie na nowo, według własnego pomysłu i
wyobrażenia Romany Heinze. Co interesujące, było to w zasadzie odejście od
omówionego wyżej schematu wywiadu społecznego opartego na ideowym „elemencie
polskim” i przyjęcie za własne właściwie standardowych (profesjonalnych) metod
wywiadowczych w postaci oparcia się na pracy płatnych agentów, werbowanych spośród
mieszkańców kraju zainteresowania (w tym wypadku Duńczyków). Uważała ona
bowiem, że siatka Akcji Kontynentalnej w Danii zorganizowana przez Sokólskiego
nie spełnia stawianych jej wymagań i nie jest w stanie dostarczać informacji
oczekiwanych przez aliantów. Z jej perspektywy wynikało to z jednej strony z
uwypuklanych przez nią niedostatków dotychczasowych liderów w terenie, a z
drugiej z „niezdolności naszych ludzi do podobnej pracy”, a więc z osadzenia
„Felicji” w środowisku polskich pracowników najemnych, o stosunkowo niskim
statusie społecznym i poziomie wykształcenia (Bułhak, Friis, Jaworski 2020, s.
47).

Kluczowym
elementem jej sieci (w istocie głównym informatorem) był tajemniczy „dziennikarz”
duński, wspierany przez syna, również o ambicjach publicystycznych. Niemal na
pewno byli to jeszcze przedwojenny współpracownik polskiego poselstwa Sven
Dalhoff-Nielsen i jego syn Peter. Wymagano od nich opracowania dwa razy w
miesiącu „wnikliwych reportaży politycznych i gospodarczych z B [Danii],
obrazujących także szczegółowe stosunki z okupantami – tylko do naszej
wiadomości, nie do publikacji”. Przy czym informator miał się skupić „na
kulisach politycznych i istotnych motywach działania” i unikać „oświetleń
oficjalnych”. Niewykluczone też, że tenże Dalhoff-Nilsen był tożsamy z
informatorem określanym przez „Sabinę” w późniejszej korespondencji mianem
„człowieka do spraw wojskowych” i kryptonimem „Petersen”. Ów kluczowy
informator miał zgodnie z przygotowanym przez „Sabinę” budżetem kosztować
miesięcznie sporą sumę 800 koron (szwedzkich). Kwota ta poza honorarium samego
zainteresowanego obejmowała jego „podróże, filmy, mapy” oraz opłacenie siatki
pomniejszych informatorów, złożonej z „4 ludzi na stoczni po 100 kr.” (Bułhak,
Friis, Jaworski 2020, s. 47).

Ostatnim
zleconym „Felicji” zadaniem były działania, które można określić mianem
kontrwywiadowczych. Już w połowie kwietnia 1945 r. ówczesny szef Akcji Kontynentalnej
Edward J. Tomaszewski „Nawrot” zlecał zatem śledzenie powstających w Danii
„podziemnych niemieckich organizacji”, które można określić mianem „dywersji
pozafrontowej”, po niemiecku „R-Netz” (od Rückzug-Netz,
ang. „stay behind”), co było zapewne odpowiedzią na wcześniejszą, bardzo
skrótową i ogólnikową informację jednego z duńskich informatorów „Felicji”. Już
jednak miesiąc później, dokładnie 21 maja 1945 r., ten sam „Nawrot”
poinformował „Sabinę” o rozwiązaniu Akcji Kontynentalnej w związku z zakończeniem
wojny w Europie i – w domyśle – z dramatyczną zmianą sytuacji Polski. Pomysły
powołania nowej polskiej służby specjalnej na bazie tej organizacji straciły w
tej sytuacji ostatecznie swoją aktualność (Grabowski 2015, s. 16; Bułhak,
Friis, Jaworski 2020, s. 48).

Konkluzje

Jak
już wspominaliśmy, warunki wojenne nie tylko w przypadku żołnierzy i oficerów
walczących bezpośrednio „w polu”, lecz także służb wywiadu i kontrwywiadu
(zarówno tych dawnych, jak i nowo tworzonych) wymusiły niejako poszerzenie ich obsady
personalnej na ludzi ze środowisk dotychczas nie zawsze branych pod uwagę w tym
kontekście, w tym na kobiety. Jednocześnie już w pierwszych latach wojny
uwypukliły się słabe strony pracy wywiadowczej prowadzonej z tzw. pozycji
placówkowej. Bezpośrednio w Danii szybko stało się to niemożliwe. W Szwecji
podobną działalność skutecznie kontrolowali, a w razie potrzeby też paraliżowali
przedstawiciele lokalnego kontrwywiadu. Spowodowało to coraz szersze
zastosowanie metod typowych dla wywiadu społecznego, z natury rzeczy
działającego w pewnej izolacji czy dystansie od oficjalnych placówek danego
kraju, w tym wypadku polskich. Jednocześnie przeprowadzona przez nas analiza porównawcza
uzyskanych materiałów, zwłaszcza tych o charakterze wojskowym (której szczegóły
pominęliśmy w tym tekście), ujawniła ogólnie, że jakość oraz bezpieczeństwo
pracy operacyjnej profesjonalistów stała na dużo wyższym poziomie niż amatorów
z „Felicji” (z oczywistych przyczyn, który nie ma potrzeby tutaj przypominać).
W efekcie w końcowym okresie wojny (po roku 1943) daje się zaobserwować bardzo
ciekawe zjawisko, które można określić mianem konwergencji wywiadu
profesjonalnego i społecznego, świetnie widoczne na przykładzie dwóch wzajemnie
na siebie oddziaływających, ale odrębnych polskich siatek na terenie Danii. O
ile w organizacji „Felicja”, obsadzonej i kierowanej przez typowych amatorów, w
tym przez młodą kobietę bez żadnych uprzednich doświadczeń wywiadowczych,
doszło ostatecznie do ewolucji w kierunku rozwiązań coraz bardziej
profesjonalnych, o tyle w par excellence
profesjonalnym Oddziale II, nie odchodząc od rudymentów pracy tego typu
organizacji, coraz szerzej zaczęto się otwierać na ludzi „nowego typu”,
charakterystycznych dla wywiadu społecznego, takich jak Masłocha czy Lisiński. Nie
cofano się przy tym przed takimi posunięciami w swoim stylu, jak „wrogie”
przejęcie części organizacji „Felicja” przez „dwójkę”. Później ci ludzie, jeśli
udało im się przeżyć wojnę, całym latami współpracowali w działaniach „na kraj”
polskiego wywiadu na emigracji we współpracy z Brytyjczykami i Szwedami. Ale to
już zupełnie inna historia.

Dodamy
na koniec, że pociągające byłoby wprowadzenie do naszych rozważań w większym
zakresie narzędzi wypracowanych w badaniach nad płcią kulturową (gender) zwłaszcza w odniesieniu do sporu
(relacji) między Romaną Heinze i Adamem Sokólskim, czy – szerzej – kierowaną
przez nią siatką „Felicji” i konkurencyjną siecią Oddziału II. Ciekawe byłoby
chociażby porównanie modeli dochodzenia do władzy w podobnych środowiskach
(przy wykorzystaniu powiązań społecznych określonych przez nas mianem
„kobiecego networkingu”), form jej sprawowania, a także ewentualnego podważania
autorytetu kobiety-szefa za pomocą utrwalonych społecznie stereotypów, np.
przewijającego się w literaturze przedmiotu skojarzenia „kobiecego wywiadu” z
„plotkarstwem” (Thestrup Henriksen 2013, s. 144). Nie wszystkie te wątki są
jednak uchwytne źródłowo w naszym przypadku. Do tego pojawia się obawa przed
wyciąganiem zbyt daleko idących uogólnień z jednostkowej sytuacji, wynikającej
poza wszystkim z konfliktu dwojga ludzi, których na pewno łączyło głębokie patriotyczne
zaangażowanie, ale też wiele różniło, nie tylko płeć.


Bibliografia

Źródła archiwalne

„Details
about the new plane seen Tirstrup airfield”, [marzec-kwiecień 1945 r.] – Instytut
Polski i Muzeum im. gen. Władysława Sikorskiego (dalej IPMS), A.9.VI.7-1.

„Gestapo
w Danii z siedzibą w Kopenhadze – Shellhuset”, [sierpień–październik 1943 r.] –
IPMS, A.9.VI.7-2.

Hainze
R. („Sabina”) do „Michała” [prawdopodobnie Stanisława Thugutta], Malmö, 16
listopada 1943 r. – IPMS, A.9.VI.7-1.

Inspiracja – metoda działania organów
wywiadu i kontrwywiadu (Wybór materiałów Oddziału II Sztabu Głównego z lat
1926–1929)
, Warszawa 1962, k. 19e – Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej,
01335/182.

„Łódź
podwodna nowej konstrukcji”, 21 listopada 1943 r. – IPMS, A.9.VI.7-2.

Meldunek
„Felicji”, listopad 1943 r. – IPMS, A.9.VI.7-2.

„Przegląd
floty duńskiej (A Survey on the Danish Fleet)”, [po 26 października 1943 r.] –
IPMS, A.9.VI.7-2.

Raport „Bornholm”, [po 6 lutego 1945 r.] –
IPMS, A.9.VI.7-1.

Szymaniak
W., „Polskie sprawy przed 30 laty w Szwecji”, Sztokholm, czerwiec 1974 r. –
IPMS, B.3035.

Literatura

Arquilla J., Ronfeldt D. (2001, red.), Networks and Netwars: The Future of Terror,
Crime, and Militancy
, Santa Monica.

Brown M. (2005), Review
Essay Women and Warfare: Recent literature and New Directions in Research
, „Feminist
Reviev”, vol. 79.

Bułhak
W. (2012), Pion „N” wywiadu cywilnego
PRL. Ewolucja struktur, uwarunkowania organizacyjno-prawne i przykłady operacji
tzw. wywiadu nielegalnego w strukturach Ministerstwa Bezpieczeństwa
Publicznego, Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego i Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych”
[w:] Studia nad
wywiadem i kontrwywiadem Polski w XX wieku
, t. 1, red. W. Skóra, P.
Skubisz, Szczecin.

Bułhak
W. (2008), Raport szefa Oddziału II KG AK
ppłk. dypl. Mariana Drobika „Bieżąca polityka polska a rzeczywistość” i sprawa
jego aresztowania (listopad–grudzień 1943)
[w:] Wywiad i kontrwywiad Armii Krajowej, red. W. Bułhak, Warszawa.

Bułhak
W., Friis T.W., Jaworski P. (w przygotowaniu, wersja 2020), Wywiad profesjonalny i wywiad społeczny w
okresie II wojny światowej a zagrożenia kontrwywiadowcze. Przypadek współpracy polsko-duńskiej
przeciwko III Rzeszy na terenie Danii i Szwecji
.

De Jong L. (1956), The
German Fifth Column in the Second World War
, Chicago.

Gondek
L. (1987), Na tropach tajemnic III Rzeszy,
Warszawa.

Grabowski
W. (2015), Wprowadzenie [w:] M.
Małaśnicka-Miedzanogóra, Róże dla Lone,
Za wolność Polski i Danii (1939
1945),
Warszawa.

Kliszewicz
L. (2000), Baza w Sztokholmie, Placówki
wojskowej łączności kraju z centralą w Londynie
, t. 10 (5), Warszawa–Londyn.

Kruszewski
E.S. (1993), Akcja Kontynentalna w
Skandynawii 1940
1945, Kopenhaga.

Lewandowski
J. (1999), Węzeł stockholmski. Szwedzkie
koneksje polskiego podziemia, IX 1939

VII 1942 r.
, Uppsala.

Librach
J. (1973), Nota o „Akcji Kontynentalnej”,
„Zeszyty Historyczne”, z. 23.

Małaśnicka-Miedzanogóra
M. (2015), Róże dla Lone, Za wolność
Polski i Danii (1939
1945),
Warszawa.

Nellemann G. (1980), For Danmarks frihed og Polens ære. Den polske modstandsbevægelse i
Danmark 1940
45 [w:] Nationalmuseets
Arbejdsmark
, [København].

Panecki
T. (1986), Polonia zachodnioeuropejska w
planach Rządu RP na emigracji (1940
1945).
Akcja Kontynentalna, Warszawa.

Pattison J. (2007), Behind Enemy Lines: Gender, Passing and the Special Operations
Executive in the Second World War
, Manchester.

Pattison J. (2016), The twilight war. Gender and espionage. Britain, 19001950 [w:] Handbook on Gender and War, red. S. Sharoni, J. Welland, L.
Steiner, J. Pedersen, Cheltenham–Northampton.

Rothert
A. (2013), Emergencja złożonych i
sieciowych struktur władzy
[w:] Multi-level
governance w Unii Europejskiej
, red. J. Ruszkowski, L. Wojnicz,
Szczecin–Warszawa.

Skóra
W. (2019), Honor oficera a służba w
wywiadzie II Rzeczypospolitej. Próba refleksji o dylematach i statusie
„dwójkarzy” w dwudziestoleciu międzywojennym
[w:] W służbie dla prawdy. Prace historyczne dedykowane Zbigniewowi
Nawrockiemu (1959–2017)
, red. T. Balbus, J. Bednarek, Warszawa.

Thestrup Henriksen J. (2013), Women in Intelligence – Danish Gender Bias in the 1930’s, [w:] Ostsee. Kriegsschauplatz und Handelsregion.
Festschrift für Robert Bohnred
, red. T.W. Friis, M.F. Scholz, Visby.

Wilhelm C. (2005), Ethnic
Germans as an instrument of German Intelligence Services in the USA, 1933
45 [w:] Secret Intelligence in the Twentieth Century, red. H.
Bungert, J.G. Heitmann, M. Wala, London.

Wojciechowski
W.S. (1989), Z dziejów polskiego ruchu oporu w Danii. Organizacja Polska
„Felicja”
, „Niepodległość”, t. 22 (po wznowieniu).

Zamojski J.E. (1980), Profesjonaliści i amatorzy. Szkic o dziejach polskiej służby wywiadowczej we Francji w latach 19401945 – „F2”, „Dzieje Najnowsze”, r. 12, nr 4.


Redakcja językowa: Beata Bińko


Galeria zdjęć




Prezes IPN kontra demon postmodernizmu

Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956, zespół redakcyjny: Sławomir Poleszak (redaktor naczelny), Rafał Wnuk, Agnieszka Jaczyńska, Magdalena Śladecka, Lublin – Warszawa 2020, Wydanie II poprawione i uzupełnione, ss. 664.    

Tekst prof. Rafała Wnuka dotyczy problemu, w który bezpośrednio zaangażowany jest redaktor naczelny portalu, dr Sławomir Poleszak, jako redaktor naczelny wydania drugiego Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 19441956 (Wyd. IPN, Warszawa – Lublin 2020). Redakcja zdecydowała jednak o udostępnieniu łamów portalu prof. Wnukowi, który wyraził swoje stanowisko w sprawie treści wprowadzenia Wydawcy, zamieszczonego w Atlasie. Sądzimy, że problem poruszony w tej wypowiedzi nie ma charakteru sporu prywatnego czy personalnego, a wpisuje się w bieżące debaty dotyczące rzetelności badań i swobody dyskusji naukowych oraz refleksji wokół aktualnej polityki historycznej, jej celów, narzędzi i ograniczeń.

Redakcja portalu ohistorie.eu

RAFAŁ WNUK

Prezes IPN kontra demon postmodernizmu

Zacznijmy od prowokacji intelektualnej:

jesteśmy bowiem świadkami zaostrzającej się wojny kulturowej [skierowanej przeciwko Polsce i Polakom – R.W.], prowadzonej przez zwolenników żydowskiej wizji wolności jednostki ‒ jednostki odartej z poczucia tożsamości narodowej, wyrwanej z historii swojej wspólnoty oraz pozbawionej chrześcijańskich fundamentów, a zatem wartości, które pozwalały nam zawsze przetrwać czas niewoli. Jednoznaczne postawy ideowe stają się nieakceptowalne, a nawet są uznawane za szkodliwe. Tradycyjne wzorce postrzegane są jako zagrożenie, bo mogłyby okazać się atrakcyjne dla młodzieży, a ta powinna ‒ zgodnie z wizją kulturowych rewolucjonistów ‒ pozostać wolna od wszelkich więzi ze zwalczaną przez nich przeszłością.

Passus ów nie pochodzi z ONR-owskiej „Sztafety” ani Protokołów Mędrców Syjonu. Prowokacja polega na zmianie jednego słowa. W oryginale zaś przeczytamy:

jesteśmy bowiem świadkami zaostrzającej się wojny kulturowej [skierowanej przeciwko Polsce i Polakom – R.W.], prowadzonej przez zwolenników postmodernistycznej wizji wolności jednostki ‒ jednostki odartej z poczucia tożsamości narodowej, wyrwanej z historii swojej wspólnoty oraz pozbawionej chrześcijańskich fundamentów, a zatem wartości, które pozwalały nam zawsze przetrwać czas niewoli. Jednoznaczne postawy ideowe stają się nieakceptowalne, a nawet są uznawane za szkodliwe. Tradycyjne wzorce postrzegane są jako zagrożenie, bo mogłyby okazać się atrakcyjne dla młodzieży, a ta powinna ‒ zgodnie z wizją kulturowych rewolucjonistów ‒ pozostać wolna od wszelkich więzi ze zwalczaną przez nich przeszłością.

Słowa powyższe napisał prezes IPN dr Jarosław Szarek. Jeśli ktoś ma ochotę, może w miejsce „postmodernistycznej” wpisać „zachodnioeuropejskiej”, „liberalnej”, „socjalistycznej” „masońskiej”, „postępowej”, „postmarksistowskiej”, „brukselskiej” itp. Choć atakowana grupa, ideologia czy trend filozoficzny będą odmienne, to zastosowany schemat myślenia pozostaje ten sam. Wyobrażenie, że istnieje jakiś szatański, supertajny spisek, wymierzony w niewinnych i bogobojnych, nie jest nowe. W średniowiecznej Europie jako posłańcy zła jawili się czarnoksiężnicy, czarownice, wampiry i wilkołaki. W drugiej połowie XIX w. owe stwory zostały zastąpione przez Żydów, masonów i jezuitów. Obawa dr. Szarka, że postmodernistyczny demon zamierza Polaków „wyrwać ze wspólnoty” i „pozbawić chrześcijańskich fundamentów”, wywodzi się z tej właśnie magiczno-spiskowej wizji świata. Prezes IPN uważa się najwyraźniej za żołnierza, zapewne wysokiej rangi oficera, broniącego narodowej twierdzy przed zastępami rzekomych najemników „wojny kulturowej”. Rola ta jest „naturalna” w wypadku populistycznego polityka, propagandysty czy nawołującego do religijnej wojny kapłana – fundamentalisty (imama, księdza, rabina czy pastora). Dr Szarek sprawuje jednak funkcję prezesa instytucji zaufania publicznego, powołanej do sprawiedliwego osądzania przestępstw okresu okupacji i Polski Ludowej oraz możliwie bezstronnego badania polskiej historii XX wieku. Funkcje bezstronnego arbitra i walczącego na śmierć i życie żołnierza/oficera wzajemnie się wykluczają.

Postmodernizm, prąd myślowy i artystyczny ponadpółwieczny, rozwijał się na uniwersytetach amerykańskich i europejskich. Dyskusje o płynnej nowoczesności, istnieniu lub nieistnieniu zewnętrznej wobec badacza prawdy nie wstrząsnęły posadami zachodnich społeczeństw. Nic nie wskazuje też, by Jacques Derrida czy Zygmunt Bauman należeli do światowego spisku dążącego do likwidacji wspólnot narodowych. Postmodernizm nie „odarł z poczucia tożsamości narodowej” Amerykanów, Włochów, Anglików czy Luksemburczyków. Sądzę, że polska tożsamość narodowa nie jest słabsza, nie ma więc czego się obawiać.

Cytat otwierający ten tekst pochodzi z obszernej przedmowy, jaką prezes IPN dr Jarosław Szarek opatrzył drugie, poprawione wydanie Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956[1]. Prezes postanowił wystąpić w roli autorytetu decydującego o tym, jak należy pisać o podziemiu antykomunistycznym, i piętnującego wszelkie odchylenia od „jedynie słusznej linii”. Jako że jestem członkiem redakcji najnowszego wydania i współautorem – wraz ze Sławomirem Poleszakiem – merytorycznych wstępów, poczułem się wywołany do tablicy.

Prezes zaczyna od stwierdzenia, że polskie podziemie antykomunistyczne „stanowi oprócz czynu legionowego, Polskiego Państwa Podziemnego i ruchu »Solidarności« – jeden z najbardziej rozpoznawanych symboli tradycji niepodległościowych minionego stulecia”. Zobaczmy, jak rzecz wygląda w świetle badań. W sondażu CBOS z 2016 r. sprawdzającym świadomość historyczną Polaków związaną z wiekami XX i XXI powojenne podziemie niepodległościowe w ogóle się nie pojawiło. Rok później ta sama pracownia przebadała 1007 obywateli polskich, pytając ich o ocenę „żołnierzy wyklętych/niezłomnych”. 45 proc. respondentów nie znało tych pojęć i nic nie wiedziało o antykomunistycznym podziemiu. 55 proc. deklarowało przynajmniej minimalną wiedzę. Na pytanie o ocenę działalności zbrojnej 27 proc. „deklarujących wiedzę” (15 proc. ogółu badanych) oceniło jego uczestników pozytywnie, 31 proc. (17 proc. ogółu badanych) uznało, że walka antykomunistycznych grup zbrojnych przyniosła tyle samo złego co dobrego, natomiast 19 proc. (11 proc. ogółu badanych) oceniło ją negatywnie. Dla porównania 99 proc. orientowało się, kim był Józef Piłsudski, a 82 proc. oceniło go pozytywnie. Podsumowując, w 2017 r. 15 proc. obywateli Polski oceniało walkę zbrojną powojennego podziemia antykomunistycznego pozytywnie, 11 proc. negatywnie, a 45 proc. o nim nie słyszało. Aż 95 proc. badanych nie wiedziało, jakie święto obchodzone jest 1 marca. W świetle badań CBOS twierdzenie, jakoby powojenne podziemie było jednym z najbardziej rozpoznawalnych, pozytywnie kojarzonych symboli polskiej historii najnowszej, zupełnie się nie broni. Dr Szarek bierze swoje wyobrażenia za rzeczywistość.

Ciekawe, co prezes miał na myśli, pisząc w przedmowie do Atlasu o „potrzebie odrzucania postkomunistycznej spuścizny”. Jako pomysłodawca i redaktor naczelny wydania pierwszego stawiałem sobie i współpracownikom za cel stworzenie opracowania naukowego. Z przyczyn oczywistych ustalenia tam zawarte odnosiły się pośrednio lub bezpośrednio do historiografii okresu Polski Ludowej i propagandy komunistycznej. Nie wiem, czym jest „postkomunistyczna spuścizna” i jak się ona ma do zagadnień podejmowanych w wydawnictwie.

Zdaniem dr. Szarka powojenne podziemie to „kontynuacja wielopokoleniowej tradycji insurekcyjnej”. Tym samym prezes „daje słuszny odpór” zamieszczonej przez nas we wstępie do Atlasu tezie, że żadnego „antykomunistycznego powstania” w Polsce nie było. W aktach Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych, Delegata Rządu na Kraj, Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, rządu RP na uchodźstwie i czołowych osobistości polskiej emigracji można znaleźć wiele dokumentów przestrzegających przed możliwością wybuchu takiego powstania. Wspólne wysiłki ówczesnych przywódców podziemia w kraju i na emigracji sprawiły, że do niego nie doszło. Nie znam jednocześnie ani jednego dokumentu z epoki, ani jednej relacji członka XX-wiecznej konspiracji, w którym określiłby swoją ówczesną walkę mianem powstania. Prezes współtworzy nieoparty na źródłach mit, niezgodny z faktami i odczuciami aktorów wydarzeń.

W przedmowie czytamy: „Nie ulega wątpliwości, że w ciężkich warunkach powojennych osaczeni działacze podziemia popełniali błędy. Czasem – przekonani, że nie ma innej drogi – podejmowali przedsięwzięcia, które z dzisiejszej perspektywy mogą wydawać się zbyt radykalne lub są oceniane jednoznacznie negatywnie. Przypadki te nie mogą zmienić naszego spojrzenia na cel ich walki”. Prezes IPN uważa więc, że błędem jest przykładanie norm obowiązujących dziś do warunków powojennych. Zakładając, że wartości i związane z nimi normy oraz oceny mają charakter względny, zależą od kultury i czasów, dr Szarek przyjmuje bliską postmodernizmowi perspektywę relatywistyczną. Dlaczego stosuje w praktyce podejście, które dwa akapity wyżej jednoznacznie napiętnował? Dostrzegam tu pewną niekonsekwencję.

Na końcu przedmowy prezes IPN diagnozuje i piętnuje: „Uważny Czytelnik dostrzeże, że w ciągu ostatnich lat ewoluowały także poglądy części autorów niniejszego tomu. Badacze, których jeszcze kilkanaście lat temu nie tak wiele różniło w ocenie powojennego podziemia, dzisiaj toczą ze sobą nierzadko zacięte spory – naukowe i publicystyczne”.

Prezes IPN się myli. Historyków zajmujących się powojennym podziemiem antykomunistycznym dzieliło wiele już w latach dziewięćdziesiątych XX w. W 2000 r. w pracy Historycy polscy i ukraińscy wobec problemów XX wieku wymienione zostały następujące typy historiografii antykomunistycznego podziemia: „niezaangażowana”, „zaangażowana”, „budowniczych spiżowych pomników” i „aberracyjna”[5]. Dziewięć lat później Marta Kurkowska-Budzan „zmapowała” historiografię antykomunistycznego podziemia ponownie. Jej zdaniem „do ścierania się historiografii krytycznej i historiografii polityki historycznej dochodzi w łonie samego Instytutu Pamięci Narodowej”[6]. Opisane i przenalizowane przez nią podziały właściwie się nie zmieniły. Pięć lat temu obóz rządzący uznał „historiografię polityki historycznej” za obowiązującą interpretację dziejów i uczynił z niej filar „pedagogiki dumy”. Historiografię krytyczną – w moim przekonaniu jedyną zgodną z warsztatem historyka – nazwał „pedagogiką wstydu” i napiętnował. Dr Szarek wtedy właśnie został prezesem IPN i zapewne dopiero wówczas dostrzegł różnice dzielące historyków w podejściu do powojennego podziemia niepodległościowego. Stąd, jak sądzę, jego przekonanie, że stan ten to rezultat „ostatnich lat”. Kolejny raz dr Szarek bierze swoje wyobrażenia za rzeczywistość

Nie będę dyskutował z opinią prezesa, jakoby „część badaczy podziemia uległa wątpliwym naukowo uproszczeniom związanym z oceną idei, wokół której organizowały się poszczególne nurty podziemia”. Skierowana wobec oponentów insynuacja nie została oparta na śladowym choćby dowodzie. Dr Szarek uważa też, że „ulegający wątpliwym naukowo uproszczeniom” niewymienieni z nazwiska historycy mają moc „delegitymizowania podziemia narodowego”. Znowu się myli. Żaden historyk nie „zdelegitymizuje” chrztu Polski, Konstytucji 3 maja, konfederacji targowickiej, AK, NSZ lub „Solidarności”. Można natomiast stosować historyczną strategię legitymizacji lub delegitymizacji obecnie istniejących ruchów społecznych i politycznych przez odwoływanie się do zdarzeń z przeszłości.

Podsumowując, dr Szarek nie zgadza się z zawartymi w Atlasie interpretacjami niewymienionych z nazwiska historyków i się od nich odcina. Badacze ci pozostaliby pewnie anonimowi, gdyby nie zamieszczona na kolejnej stronie nota „Od wydawcy”. Jest w niej niemal dosłownie powtórzona użyta przez prezesa fraza mówiąca o autorach „toczących w ostatnim czasie spory naukowe czy publicystyczne”. Wydawca solidaryzuje się w owej debacie z tymi „członkami zespołu” tworzącymi Atlas, którzy nie zgadzają się „z tezami przedstawionymi przez autorów wprowadzenia »Zarys dziejów polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956« Sławomira Poleszaka i Rafała Wnuka”. Kierownictwo IPN uznało, że powinno przestrzec czytelników przed naszymi rozważaniami, uznając je najwyraźniej za niezgodne z linią ideową instytucji.

W imponującym formą graficzną albumie IPN Życie i śmierć dla Polski autorstwa Kazimierza Krajewskiego czytamy o Bolesławie Piaseckim i powołanym przez niego Stowarzyszeniu PAX:

Gdy dokona się trzeźwej oceny, można zauważyć, że suma zysków i strat związanych z powojenną działalnością tego środowiska wypada zdecydowanie na plus. Piasecki wizjonersko ocenił, że rządy sowieckie będą trwać w Polsce co najmniej pięćdziesiąt lat i trzeba przyjąć postawę „przetrwaniową”, nie pozwalając na przekształcenie społeczeństwa polskiego w społeczeństwo komunistyczne, sowieckie. Można oceniać, że choć Kościół miał do Piaseckiego wiele pretensji, to tak naprawdę w perspektywie długofalowej dawny komendant K[onfederacji] N[arodu] mu nie zaszkodził.

Książki Kazimierza Krajewskiego IPN nie poprzedził komunikatem, w którym odcinałby się od zawartych w niej treści. Czy zatem należy sądzić, że kierownictwo tej instytucji akceptuje oceny dotyczące Stowarzyszenia PAX i Bolesława Piaseckiego? Przypomnijmy, że przed wojną był on przywódcą faszystowskiego ONR „Falanga”, pod koniec wojny zwerbowany przez wiceszefa NKWD gen. Iwana Sierowa, pracował dla Sowietów, popierał aresztowanie prymasa Stefana Wyszyńskiego, był zwolennikiem twardogłowych w PZPR i członkiem Rady Państwa w epoce Edwarda Gierka.

Czy nie wywołują w IPN oporu próby relatywizacji wybranych zbrodni? W biografii Romualda Rajsa „Burego” autorstwa Michała Ostapiuka IPN-owski wydawca nie umieścił bowiem żadnej noty dystansującej się od twierdzeń autora usprawiedliwiających mordy partyzantów NZW popełnione na białoruskich cywilach. A może nie ma żadnych zasad umieszczania przez wydawnictwo IPN „not ostrzegawczych” i kierownictwo robi to „po uważaniu”?

Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956 jest pierwszą wydaną w tej instytucji książką, od której IPN się odciął, i to aż dwukrotnie, najpierw w przedmowie prezesa, a następnie w nocie Od wydawcy. W jakim celu prezes IPN napisał swoją przedmowę? Najwyraźniej nie ma ona charakteru informacyjnego i nic nie wnosi do dziejów podziemia. Czy problem stwarza któryś z redaktorów lub autorów? Bo jeśli tak jest, to najwyraźniej dr Szarek postanowił kilka miesięcy przed wyborami prezesa IPN asekurować się przed krytyką we własnym obozie.


P.S.

Tekst powyższy napisałem sam, bez konsultacji z pozostałymi członkami redakcji Atlasu.


Przypisy

[1] Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956, red. S. Poleszak, R. Wnuk, A. Jaczyńska, M. Śladecka, Warszawa–Lublin 2020, s. VII.

[2] Świadomość historyczna Polaków, badanie CBOS, Warszawa 2016, https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2016/K_068_16.PDF.

[3] Polskie podziemie antykomunistyczne w pamięci zbiorowej, badanie CBOS, Warszawa 2017, https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2017/K_022_17.PDF.

[4] Społeczne oceny osobistości ostatniego stulecia, badanie CBOS, Warszawa 2018, https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2018/K_101_18.PDF.

[5] R. Wnuk, Stosunek polskiej historiografii po roku 1989 do antykomunistycznego podziemia i opozycji demokratycznej [w:] Historycy polscy i ukraińscy wobec problemów XX wieku, red. Piotr Kosiewski, Grzegorz Motyka, Warszawa 2000, s. 49–60.

[6]. M. Kurkowska-Budzan, Antykomunistyczne podziemie zbrojne na Białostocczyźnie. Analiza współczesnej symbolizacji przeszłości, Kraków 2009, s. 195–203.

[7] K. Krajewski, Życie i śmierć dla Polski, Partyzancka epopeja Uderzeniowych Batalionów Kadrowych, Warszawa 2018, s. 351.

[8] M. Ostapiuk, Komendant „Bury”. Biografia kpt. Romualda Adama Rajsa „Burego” 1913–1949, Białystok–Olsztyn–Warszawa 2019. Analizy manipulacji, nieuprawnionych interpretacji i błędów warsztatowych w książce Michała Ostapiuka dokonał Mariusz Mazur na łamach „Ohistorie”, w artykule: Warsztat naukowy historyka w kontekście prób reinterpretacji postaci Romualda Rajsa „Burego”, http://ohistorie.eu/2020/02/27/mariusz-mazur-warsztat-naukowy-historyka-w-kontekscie-prob-reinterpretacji-postaci-romualda-rajsa-burego/#_edn4.


 

Korekta językowa: Beata Bińko




My, naród… i parę komentarzy

Grafika pochodzi z portalu na:Temat

MARCIN KULA

Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie

My, naród… i parę komentarzy

Kiedyś, podczas pobytu w Rio de Janeiro, poznałem już atmosferę, jaka się robi, gdy zaraza „opada na miasto”. Pojawiła się tam cholera. Bardzo to było nieprzyjemne. Różnica ówczesnej sytuacji w Rio i naszej obecnej była wszakże co najmniej jedna: tam nie stał problem, co będzie po epidemii. Wiadomo było, że każda przychodzi i odchodzi, a rozwiązania społeczne dla tych, którzy przeżyją, pozostają. W związku z obecnym prawie na całym świecie koronawirusem wiele osób stawia natomiast pytanie, co będzie po nim.

Zabierając głos w sejmie 27 marca 2020 r., w debacie o pakiecie antykryzysowym, premier Mateusz Morawiecki powiedział, że sytuacja, którą przeżywamy, potwierdziła wagę instytucji państwa narodowego – na niekorzyść Unii Europejskiej. Zostawmy na boku okoliczność, że mówca chyba nigdy nie lubił UE. Interesujące jest, jaki będzie rzeczywiście wpływ światowej epidemii na zjawisko narodowe. Otóż sądzę, że myślenie w kategoriach narodu ulegnie wzmocnieniu. Tak jak przy gaszeniu pożaru najważniejsze jest to, co dzieje się obok, a nie myśli się o tym, gdzie na świecie został wyprodukowany sprzęt gaśniczy, tak większość z nas patrzy na bliskie otoczenie i oczekuje skutecznych działań raczej lokalnych władz. Psychologicznie trudno jest też w takich sytuacjach myśleć o cierpiących daleko i dzielić się zasobami. W obliczu zagrożenia katastrofą na ogół nie kwestionuje się władzy kapitana – choć w takich sytuacjach nieraz u steru niekoniecznie stają najbardziej kompetentni, czasem wysuwają się właśnie inni. W niebezpieczeństwie ludzie gotowi są poddać się tendencjom autorytarnym. Wolą władzę skuteczną niż miłą i rozgadaną. Silna jest lepiej widoczna, a więc i z tego powodu ma przewagę. Taka władza na ogół też akcentuje swoje działanie w granicach narodowych. Co nie najmniej ważne, przebieg zagrożenia pokazuje, że lepiej mieć możliwości produkcyjne u siebie. Daleko posunięta autarkia dzisiaj byłaby już chyba niemożliwa do osiągnięcia, ale można się starać o jej zwiększenie. Nadto można dążyć do ograniczenia przepływów transgranicznych do niezbędnych dóbr i technologii, na niekorzyść dóbr kultury. Za wzrostem idei narodowej musi pójść nacisk na uprawianie i kultywowanie historii narodowej w miejsce problemowej. W obliczu niebezpieczeństwa ludzie często chwytają się idei znanych – a więc bardziej idei narodu i religii, niżby podtrzymywali szerokie horyzonty. Nieunikniony kryzys gospodarczy wywoła masowe bezrobocie, a społeczna frustracja już nieraz w historii wyładowywała się w nacjonalizmie. Ludzie zapamiętają, że zło przyszło z zewnątrz. W sytuacjach niebezpieczeństwa naturalne jest budowanie zapory. Niejeden z nas już przedtem chciał ją wznieść przeciw imigrantom, więc teraz będzie miał dodatkowy argument.

Od czasu „starożytnych Greków” nasze myślenie waha się pomiędzy tym, co swoje, a tym, co uniwersalne. Było tak i w starożytnym Rzymie, i w średniowieczu… i nie tylko w naszej cywilizacji. Instytucja ponadepokowa, jaką jest Kościół katolicki, myśli i działa zarazem w horyzoncie powszechnym, jak w bardzo lokalnym. U genezy współczesności rewolucja francuska 1789 r. uderzała zarówno w strunę narodu, jak – mówiąc w naszym języku – globalizacji. Rewolucjoniści tworzyli ujednolicony w miarę możliwości i w pewien sposób zdefiniowany naród zamiast zbiorowości poddanych króla. Zarazem chcieli rozpowszechniać rewolucyjne szczęście, gdzie tylko się da. Z późniejszych przykładów faszyzm akcentował, rzecz jasna, własny naród, ale docelowo miał na oku horyzont światowy. Z nurtów bliskich nam, choćby ze względu na konsekwencje, ruch robotniczy był nosicielem myślenia uniwersalnego, ale poniósł w tym myśleniu klęskę – gdy proletariusze wszystkich krajów, zamiast się połączyć, poszli do transzei I wojny światowej. Rewolucja rosyjska była w większym stopniu rewolucją narodów zdominowanych przez carat oraz mniejszości narodowych niż ruchem z modelu marksowskiego – choć głosiła hasła uniwersalne. No i była rewolucją narodu potężnie uderzonego przez wojnę. Przypuszczam, że w tym wstrząsie zadziałał mechanizm znany w bardziej modelowej formie z niejednego późniejszego ruchu, w tym z rewolucji chińskiej czy kubańskiej – a mianowicie dwukierunkowe sprzężenie motywów społecznych i narodowych. Trzeba było zmienić stosunki (ustrój), by naród odzyskał godne miejsce, a zarazem społeczne negatywne strony sytuacji „tubylców” dostarczały sił ruchowi rewolucyjnemu. Uniwersalny horyzont ambicji stawał się mniej ważny w porównaniu z lokalnym.

Gdy perspektywy bolszewickiej rewolucji światowej załamały się na linii Wisły, komunizm stał się tym bardziej narodowy. Jeszcze silniej zaakcentowano w nim ideę narodową podczas II wojny światowej i w jej konsekwencji. Ideologię można było ratować wagą trwania nowej Rosji dla przyszłej perspektywy światowej. Z czasem pojawiła się też idea stworzenia nowych narodów – radzieckiego, socjalistycznego narodu NRD, jugosłowiańskiego (to z niuansami) – ale przy całej nowości pomysłu jego podstawową ramą był naród. Potem to wszystko popruło się zresztą właśnie po szwach narodowych. Zanim to się stało, przy rozszerzaniu „obozu pokoju i socjalizmu” walkę ideologiczną trzeba było toczyć co najmniej w tym samym stopniu na płaszczyźnie ideologii narodowej, nieraz wręcz szowinistycznej, co na polu reform społecznych.

Innym wielkim zjawiskiem, które rozgrywało się w płaszczyźnie lokalnej, ale w perspektywie uniwersalnej, był proces dekolonizacji, a zwłaszcza stosunkowo zwarta w czasie dekolonizacja Afryki.

***

We wszystkich krajach rodzących się czy odradzających do niepodległego życia silne są akcenty nacjonalistyczne. „Młody nacjonalizm” często jest mocny i bojowy. Często staje też wtedy pytanie, kto jest narodem lub, co na jedno wychodzi, gdzie są granice „nas”. W Polsce ukształtowanie się myślenia narodowego w warunkach niewoli wzmocniło je, nastawiło ekskluzywistycznie oraz powiązało z religią. Piłsudski i Dmowski oczywiście różnili się wyobrażeniem stopnia wyłącznej polskości odrodzonego państwa narodowego, ale wątek państwa narodu polskiego był tu nieustająco silny – mimo 1/3 obywateli rekrutujących się z mniejszości narodowych. Piłsudski promował dominację instytucji państwa, chciał jego jedności. Propozycje autonomii kulturalnej Bundu nie miały szans, ale Marszałek przeciwstawiał się też rozrabianiu przeciw Żydom. Chyba zgodziłby się z konkluzją Henry’ego Morganthaua, sformułowaną po pogromach towarzyszących odzyskaniu przez Polskę niepodległości: „Naród polski winien zrozumieć, że jego najgorszymi wrogami są ci, którzy zachęcają do wewnętrznej walki. Nie ostoi się dom, którego mieszkańcy walczą ze sobą nawzajem. Musi istnieć jedna warstwa obywateli polskich, której wszyscy członkowie cieszą się równymi prawami i ponoszą takie same obowiązki”[1]. Było paradoksem, że człowiek, który walczył o niepodległość, który zwyciężył i stał się jej symbolem, faktycznie promował koncepcję państwa obywatelskiego – nawet jeśli bez tego słowa. Był to wszakże tylko jeden z nurtów myślenia. Charakterystyczne, że po śmierci Piłsudskiego sanacja zbliżyła się do endecji, co obejmowało również stosunek do kwestii żydowskiej.

Za swoich najczęściej byli w Polsce uważani rozsiani po świecie ludzie polskiego pochodzenia nawet w kolejnych pokoleniach i słabo związani z kulturą polską, nie zaś współmieszkający tu członkowie innych grup. Takie podejście nieraz występuje także dziś (jak, z grubsza biorąc, w Izraelu!). Jest się dumnym z „Rzeczypospolitej Obojga Narodów”, a mało pamięta się o partycypacji w niej Litwinów. O Konstytucji 3 maja mówi jako o konstytucji polskiej, podczas gdy była dziełem „obojga narodów”. Znikomo uwzględnia się w nauczaniu mniejszości narodowe, bez których trudno przecież rozwijać wewnętrzne zagadnienia dwudziestolecia. Bardzo rzadko omawia się zagadnienia mniejszości narodowych w tych samych opracowaniach, po prostu razem. Nawet w badaniach na ogół jedni z nas zajmują się polskimi chrześcijanami, a drudzy polskimi Żydami – co nie do końca tłumaczą uwarunkowania techniczne (źródła, język, brakująca wiedza). W potocznym języku (a ten dobrze odzwierciedla rzeczywistość!) funkcjonuje rozróżnienie „Polacy – Żydzi”, odnoszące się także do obywateli polskich. Mało kto myśli, że można być Polakiem i Żydem jednocześnie. O Polakach o żydowskich korzeniach często myśli się jako o Żydach. W kontekście rozmowy o Marcu niedawno pewien student zapytał mnie, czy Żydzi mieli wówczas rzeczywiście takie wpływy, jak głosiła propaganda marcowa. Nie przyszło mu do głowy skomplikowanie odpowiedzi, kto był wówczas i kto jest Żydem, ani myśl, że mówimy o obywatelach polskich niezależnie od wyznania bądź bezwyznaniowości czy to dziadków danych osób, czy nawet ich samych. Z tego punktu widzenia tytuł skądinąd jak najbardziej aprobowanej przeze mnie wystawy o Marcu w Muzeum Polin („Obcy w domu – wokół Marca ’68”) nie był szczęśliwy – jako dwuznaczny[2]. Bardziej mi się podobał tytuł wystawy zorganizowanej w Muzeum Narodowym w Krakowie w 1989 r. – „Żydzi – polscy” – w którym ów myślnik pomiędzy dwoma słowami był fundamentalnie ważny.

Już podkreślanie, że ktoś pochodzi ze zasymilowanej rodziny żydowskiej, czy że sam był (jest) zasymilowany, zdarzające się często i na ogół w dobrej intencji, zdradza potrzebę takiego podkreślenia – a potrzeba jest dlatego, że „się” rozróżnia. Do dziś zapamiętałem, jak to w 1993 r. usłyszałem wypowiedzianą publicznie, zresztą właśnie w dobrej intencji, informację, że w Muzeum Literatury w Warszawie jest sporo judaiców, np. rękopisy Tuwima czy Brzechwy. Moja reakcja: pamiętam oczywiście wielkie teksty Tuwima My, Żydzi polscy oraz Kwiaty polskie, w których wyraża on swoje poczucie przynależności zarówno do społeczności polskiej, jak żydowskiej[3]. Czy jednak dojdziemy do uznania Lokomotywy za ciekawe judaicum?

Drobnego, ale znaczącego w rozpatrywaniu sfery publicznej przykładu z niedawnych czasów dostarcza nagranie biznesowych rozmów Jarosława Kaczyńskiego w sprawie budowy wysokich budynków przy ul. Srebrnej w Warszawie. Nie warto podkreślać, że nagrywanie rozmów, które stało się prawie narodowym sportem, nie jest najlepszą rozrywką. Z punktu widzenia niniejszych rozważań ciekawa jest drobna, uboczna sprawa. Mianowicie poseł, a obecnie wicepremier Kaczyński, mówiąc do swego interlokutora o działaczu ruchów miejskich Janie Śpiewaku, który przeszkadza mu budować planowane wysokościowce, informował, że jest to syn „żydowskiego profesora” („Śpiewak to jest taki bardzo ostry żydowski profesor. Tak, to jest jego syn”[4]). Wyraził się tak o Pawle Śpiewaku, dyrektorze ŻIH, a zarazem profesorze Uniwersytetu Warszawskiego, obywatelu polskim. W kontekście rozmowy słowo „żydowski” w ogóle nie było potrzebne. Jednak padło.

Z kolei funkcjonująca w społeczeństwie liczba członków „Polonii” wciąż rośnie – nie tylko z powodu nowych fal emigracyjnych. Ludzi sytuujących się na pograniczach narodowościowych całkowicie ex post polonizuje się. Wielu Polaków nie jest dziś świadomych nie tylko tego, co można powiedzieć o Mickiewiczu jako o człowieku z pogranicza kultur, ale tego, że Kościuszko i Piłsudski określali siebie jako Litwinów; że Stanisław Narutowicz, który podpisał akt niepodległości Litwy, był bratem prezydenta RP; że z braci Szeptyckich jeden był szefem Sztabu Generalnego WP w 1919 r. oraz ministrem spraw wojskowych w 1923 r., drugi zaś greckokatolickim biskupem Lwowa[5]. O tym, że Żydzi byli obywatelami polskimi, chętnie przypomina się sobie, gdy mowa o ofiarach wojennych. Mówi się o 6 mln ofiar, nie wspominając, że połowa zginęła jako Żydzi. Z jednej strony brak rozróżnienia może cieszyć o tyle, że najstraszniejsze było, iż życie stracili ludzie, i to mogłoby wystarczyć. Może też cieszyć mówienie łączne o obywatelach RP, bez wytykania komukolwiek czegokolwiek. Może jednak też niepokoić jako ewentualna chęć zacierania zróżnicowania, chęć inkorporacji. Trzeba umieć mówić o wojnie i okupacji, o 6 mln jej ofiar – i nie wspomnieć o Holokauście, jak w Muzeum Ordynariatu Polowego WP (nawet jeśli, co oczywiste, jest to muzeum duszpasterstwa, a nie historyczne muzeum okupacji)[6].

***

W okresie międzywojennym część społeczeństwa faktycznie odmawiała mniejszościom narodowym pełnych praw obywatelskich. Na tym tle rodziło się wiele konfliktów, co dziś chętnie się pomniejsza. Występowały one głównie w związku z mniejszościami żydowską i ukraińską. Sprawa jednych i drugich była wszakże bardzo różna. W stosunku do Ukraińców pojawiała się idea polonizacji, niekiedy z przekonaniem, że prawosławni są zruszczonymi Polakami (analogiczne pomysły nieraz pojawiały się w dziejach najnowszych w różnych krajach w odniesieniu do mniejszości). Dążono do autokefalii Kościoła prawosławnego na ziemiach państwa polskiego, do konwersji ludzi na wiarę rzymskokatolicką. W 1938 r. podniosła się fala niszczenia cerkwi – na ogół przy milczeniu Kościoła katolickiego. Niektóre z ówczesnych konfliktów odbiły się pewnym echem. Po zbezczeszczeniu ołtarza katolickiego zbudowanego w związku ze świętem Korpusu Ochrony Pogranicza w miejscowości Hrynki doprowadzono tam do przymusowych konwersji. Maria Dąbrowska zapisała wtedy: „Biedny Wołyń. Zostaną po nim tylko Hrynki (o których już głośno w Europie) i wojsko w roli polskich Krzyżaków, nawracających postrachem i przekupstwem z prawosławia na katolicyzm. Moralnie – ohyda, politycznie – kliniczna głupota, obłęd, za który Polska ciężko płacić będzie”[7]. Jak wiadomo, podczas wojny to proroctwo się spełniło. Nie jest oczywiście powiedziane, że i bez takich akcji ono by się nie spełniło w ramach „czystki etnicznej”, mającej służyć odrodzeniu Ukrainy. Akcja polonizacyjna nie ograniczała się zresztą do płaszczyzny religijnej i niekoniecznie musiała mieć cechy drastyczne[8]. Pozostaje jednak faktem, że – jak zauważono – w Polsce nie pojawił się nawet odpowiednik brytyjskiego pojęcia „British”, nie mówiąc o „Zjednoczonym Królestwie”. Wielka Brytania i Anglicy też nie byli święci w swym odnoszeniu się do pozostałych narodów państwa[9]. W Polsce jednak realizowano przekonanie, że to ma być państwo polskie i kropka. W terminie „Rzeczpospolita Polska” drugie słowo było bardzo istotne.

W odróżnieniu od Ukraińców na polonizację Żydów nikt się nie nastawiał. Dominowała idea bogobójstwa. Mit brania chrześcijańskiej krwi na macę pojawiał się jeszcze w pogromach po II wojnie światowej. Rozproszenie Żydów zmieniało charakter niechęci w porównaniu do Ukraińców, ale czyniło tę grupę widoczną dla każdego, w tym dla środowisk znaczących w opinii. Kościół był jej niechętny, miłując bliźnich wyraźnie wybiórczo. Atmosfera wokół Żydów była często zła[10]. Pogromy u początków dwudziestolecia stanowiły marny horoskop[11], zamknięcie wojskowych żydowskiego pochodzenia jako rzekomo nielojalnych podczas wojny 1920 r. podobnie. Oczywiście grupie żydowskiej nie odmawiano różnych uprawnień. Prowadziła swoje życie społeczne i religijne, istniały żydowskie partie polityczne, szkolnictwo, wraz z innymi mniejszościami miała swoją reprezentację w sejmie[12]. Niejeden polski Żyd wspiął się wysoko w hierarchii społecznej. Najczęstszy stereotyp Żydów był jednak fatalny, nawet jeśli paradoksalny (postrzegani zarówno jako krwiopijcy, jak jako „żydokomuna”, a często jako niepotrzebna nikomu biedota i „chałaciarze”, których warto się pozbyć z kraju). Niejeden inteligent ze środowiska żydowskiego odczuwał „szklany sufit”. Z lat trzydziestych znane są zjawiska takie, jak numerus clausus na uczelniach, numerus nullus w różnych organizacjach, spór o dostęp do zwłok dla żydowskich studentów medycyny, spór o ubój rytualny, bójki na uczelniach[13]. ZHP, który jako organizacja formująca dzieci i młodzież mógł odgrywać dobrą rolą w zbliżeniu grup, nie tylko nie akceptował form skautowych tworzonych w środowisku żydowskim, ale często nie chciał przyjmować Żydów w swoje szeregi. Oczywiście istniały tu pewne autentyczne przeszkody formalne (chrześcijański charakter organizacji, zaznaczony nawet w podstawowych tekstach i symbolice) – ale chyba to nie było tylko to. Aleksander Kamiński, z czasem uznany za jednego ze Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, był jednym z nielicznych starających się o kontakt ZHP z młodzieżą niechrześcijańską[14]. Znany mi jest wypadek nieprzyjęcia jakiejś harcerki pochodzenia żydowskiego do harcerskiej służby we wrześniu 1939 r. w Warszawie – jako niepewnej. Jerzy Jedlicki na zawsze zapamiętał, jak go usunięto z podziemnego harcerstwa za okupacji[15].

Dystans między grupami miał być zachowany. W jakimś stopniu wynikało to z poglądów. Nieraz nie lubiano właśnie Żydów zasymilowanych; zauważano już przed wojną, że lepiej tolerowani byli Żydzi na Nalewkach niż w „Ziemiańskiej”[16]. Takie stanowisko mogło dotyczyć nie tylko mniejszości żydowskiej. Virgilia Sapieżyna, Amerykanka, która wyszła za mąż za księcia Sapiehę i mieszkała w ich majątku na wschodzie ówczesnej Polski, opowiada w pamiętniku, jak to lokalna elita została zaproszona na spotkanie w sprawach szkolnictwa podstawowego. „Zastępca burmistrza – pisze – wstał i wygłosił mowę o tym, jak polskie dzieci powinny się trzymać razem i odseparować od siebie element ruski i żydowski” (na to zresztą ciekawie zareagował inspektor szkolny: „To bardzo dobrze, że rozmawiamy o kulturze, ale w okolicach Rawy Ruskiej jest tysiąc pięćset dzieci, które nie chodzą do szkoły z powodu braku butów”)[17].

Niezależnie jednak od poglądów ludzi w wymienionych i rozlicznych innych sprawach, istotne było pewne socjologiczne podłoże współżycia grup: na ich styku występowało mnóstwo czynników znanych socjologii jako zwiększające dystans międzygrupowy (tworzenie skupisk, duża odmienność obyczajowa i religijna, wyraźne odróżnianie się rozlicznymi cechami, często zwartość grupy mniejszościowej, nieraz jej niechęć do integracji i tym bardziej asymilacji, zaznaczona odrębność językowa, koncentracja w określonych i to wzbudzających niechęć zawodach – choć nikt nie chciał pamiętać, że na przykład, jeśli Żyd rozpijał chłopów, to czynił to na rzecz dziedzica, od którego dzierżawił karczmę). Można bez końca dyskutować, które z tych cech były przyczyną dystansu między społecznościami, a które skutkiem. W końcu Żydzi zostali zepchnięci ku handlowi i obrotowi pieniężnemu jako „typowym” zajęciom. Tak nie musiało być. Konwertyci z Półwyspu Iberyjskiego („nowi chrześcijanie”) rozwijali plantacje trzciny cukrowej i jej przerób w Nowym Świecie[18]. W Palestynie syjoniści rozwijali kolektywne gospodarstwa rolne. Nawet w Polsce w okresie międzywojennym funkcjonowali też, choć relatywnie nieliczni, Żydzi rolnicy[19].

W kwestii dużej zamkniętości społeczności żydowskiej tworzył się klasyczny zaklęty krąg: im bardziej odczuwała niechęć, tym bardziej się zamykała; im bardziej się zamykała, z tym większą niechęcią na nią patrzano. Na dodatek sprawa miała bardzo odległe korzenie historyczno-religijne, co przesuwa sprawę uświadomionych i podświadomych niechęci wstecz, na równie odległe pokolenia. Podobnie zresztą trudno jest rozdzielić przyczyny i skutki nakładające się na bagaż historyczny w wypadku stosunków polsko-ukraińskich czy polsko-litewskich. Pozostaje faktem, że niezależnie od przyczyny często były to inne światy – w wypadku Żydów nawet gdy wchodziły w grę te same miasta i miasteczka. Juliusz Osterwa jak najbardziej współpracował z ludźmi teatru żydowskiego, a prywatnie, dla siebie samego, pisał z obrzydzeniem o żydowskich dzielnicach Warszawy i o „szwargocie”, także o tym, że obywatele polscy powinni mówić po polsku[20]. Maria Dąbrowska, zajmująca bardzo szlachetne stanowisko w sprawach żydowskich publicznie, w dzienniku i w prywatnej korespondencji dawała wyraz opiniom czasem trudnym do zaakceptowania[21]. Po pobycie w Szczebrzeszynie w 1925 r. zapamiętała i zanotowała ex post: „Były to jakieś żydowskie święta. W mieście panowała cisza, z synagogi rozlegały się na całe miasto ekstatyczne rozdzierające pienia religijne, a prócz tego Żydzi modlili się w różnych mniejszych domach modlitwy. A że było gorąco i okna były pootwierane, więc w jakiejś cichej pustej uliczce zobaczyłyśmy nagle w obszernym wnętrzu cały tłum Żydów, okrytych biało-czarnymi tałesami, rozmodlonych, kiwających się, zawodzących. Doznałam wrażenia, że jestem gdzieś w Arabii. Powiało na mnie obcością tak wielką, że aż przerażającą. Uciekłyśmy co prędzej z tej ponuro egzotycznej uliczki”[22]. Prawdę mówiąc, można Dąbrowską zrozumieć.

Odnotowując drogę powrotną pociągiem z Piotrkowa w 1928 r., diarystka zapisała: „W drodze powrotnej rozbolała mnie bardzo głowa. Jechaliśmy zwyczajnym pociągiem, trzecią klasą, cztery godziny śród Żydów”[23]. To zdanie oczywiście nie brzmi dobrze. Pomyślałem sobie jednak o nim, gdy w 1994 r. jechałem do Bydgoszczy (miejsce akurat tu nie ma znaczenia). Z kolei ja wtedy zapisałem:

Do mojego przedziału wsiedli Rosjanie ze znaczną liczbą najpewniej handlowych bagaży. Rozmieścili je zresztą także na półkach w sąsiednich przedziałach – wyraźnie dokładając starań, by nikomu przypadkiem nie zawadzały. Byli bardzo grzeczni, ustępowali z drogi, gdy ktoś z nas, dwóch Polaków obecnych w przedziale, chciał wyjść na korytarz. Wyraźnie chcieli pokazać, że uznają w nas naród panów, którego to faktu nie kwestionują. Jednocześnie przez cały czas podróży byli niespokojni. Ciągle przepakowywali coś w swoich bagażach, nawet siedząc, zachowywali czujność; takie przynajmniej sprawiali wrażenie.

My zaś, dwóch nieznanych sobie nawzajem Polaków w przedziale, po pierwsze odczuliśmy nagle wspólnotę duchową. My to byliśmy my, ci lepsi. Niewątpliwie odczuwaliśmy też jakieś zagrożenie. Teczkę ustawiłem bardzo blisko siebie. Wychodząc z przedziału, mruknąłem do drugiego Polaka, by zwrócił uwagę na moje palto – a on kiwnął głową wyraźnie porozumiewawczo. Gdy któryś z Rosjan po raz kolejny grzebał w bagażach rozmieszczonych nad naszymi głowami, też wymieniliśmy porozumiewawcze, trochę zniecierpliwione, trochę ironiczne spojrzenia…

I dziwić się tu bodajże Marii Dąbrowskiej, która w swoich dziennikach zanotowała jakiegoś pięknego dnia, że zmęczyła ją jazda pociągiem w tłumie Żydów! Przecież ja zaczynałem mieć uczucia podobne, a nie byłem nawet w tłumie Rosjan…

Tak, wiem, spotkani przeze mnie Rosjanie byli przyjezdnymi, nieustabilizowanymi tu ludźmi, podczas gdy Żydzi byli tutejsi. Dystans nie musi być jednak sprawą geograficzną czy bezpośrednio związaną z migracjami. Bywa wręcz przeciwnie. Przykładem Jedwabne[24] – ale równie dobrze, dajmy na to, sąsiedztwa dzielnic nędzy oraz tzw. lepszych dzielnic w wielkich miastach latynoamerykańskich. Dystans w stosunku do Żydów był tym większy, im bardziej niechętny był do nich stosunek. Zdarzali się ludzie funkcjonujący na pograniczu, ale takich jak – powiedzmy – Julian Tuwim było mało. Akurat on też zresztą nie miał lekko.

Jako historyk zajmowałem się kiedyś pewną przykładowo dobraną rodziną żydowską z międzywojennej Warszawy. Nie było jej źle, młodzi ludzie z tej rodziny studiowali na Politechnice oraz na Uniwersytecie Warszawskim – ale kontaktów innych poza rutynowymi zawodowymi ze środowiskiem pozażydowskim nie mieli[25]. We wspomnieniach pojawiają się dwa parki warszawskie, w których Żydzi byli otwarcie niepożądani. Obecnie ciągle podkreśla się, że Żydzi zostali w Polsce przyjęci i dobrze żyli przez 500 lat, podczas gdy inni ich nie chcieli. Mówi się o „gościnie” (moje pytanie: po ilu setkach lat uznaje się prawo zasiedzenia, a gość staje się swoim?). Te grupy żyły jednak nie tyle razem, ile obok siebie – przynajmniej w okresie międzywojennym[26]. Mieszane małżeństwa (czuły wskaźnik!) zdarzały się jak na lekarstwo[27].

Dystans może powiększyć się dla jakichś przyczyn – jak stało się na przykład w byłej socjalistycznej Jugosławii[28]. Z dawniejszych przykładów warto wspomnieć Turków i Ormian bądź Turków i Greków, którzy mieszkali w dzisiejszej Turcji od czasów wielkiej kolonizacji greckiej, a których nagle wyrzucono (szczęśliwie ich akurat nie wymordowano). Na pograniczach (także pograniczach kulturowych) często miało i ma miejsce mocne akcentowanie kultury, tożsamości, narodowości – co łatwo prowadzi do konfliktów. Właśnie tam często chce się wyznaczyć wyraźną granicę. To nie usprawiedliwia Polski w rozważanych sprawach, ale pozwala realistyczniej je widzieć.

Dymitr Fiłosofow, rosyjski krytyk literacki, żyjący na emigracji w Warszawie w dwudziestoleciu, sformułował obserwację, że Żydzi i Polacy istnieją obok siebie jak masło i woda[29]. Sam pomyślałem o takich sytuacjach, gdy zobaczyłem kiedyś grupę Romów z Rumunii koczujących na dworcu w Krakowie. Między nimi a resztą podróżnych tworzyła się linia graniczna parometrowej szerokości, której nikt nie przekraczał. Pewien znajomy z USA (biały, co w tym kontekście istotne) napisał mi swego czasu, że gdy czyta o położeniu Żydów w Polsce międzywojennej, nasuwa mu się porównanie ze stosunkami białych z Afro-Amerykanami. Nawet gdy są razem, to są osobno. Dziś ta sytuacja nasuwa się na myśl w kontekście stosunku do imigrantów w Europie. No i czy to wtedy w odniesieniu do Żydów, czy dziś w wypadku imigrantów najbardziej by się chciało, ażeby się wynieśli. Często powołuję przykład pewnego, znalezionego w materiale archiwalnym, pytania policji z Brześcia nad Bugiem do władz warszawskich z 1939 r. Policja w Brześciu natrafiła na ślady organizowania nielegalnej emigracji Żydów do Palestyny i pytała, co z tym robić. Odpowiedź z Warszawy była jednoznaczna: nic nie robić (jeżeli chcą wyjechać, to tym lepiej!). Ta sprawa sama w sobie była tyleż drobna, ile charakterystyczna[30]. Kto wie, czy nawet nie bardziej charakterystyczna niż – dajmy na to – popieranie syjonizmu, do popierania terrorystycznej grupy Sterna w Palestynie włącznie (w latach 1938–1939 dostarczanie broni, szkolenie[31]), czy niż rozmowa Becka z Hitlerem w styczniu 1939 r. o wysiedleniu europejskich Żydów do jednego z krajów afrykańskich. Pół roku później ambasador Lipski powiedział Hitlerowi – jasne, Holokaust nie rysował się wtedy jeszcze nawet w perspektywie – iż Polacy wybudują mu pomnik, jeśli potrafi rozwiązać kwestię żydowską[32]. Warto dodać, że władze Rzeczypospolitej marzyły o wyjeździe także innych mniejszości narodowych. Jak we wczesnym okresie odrodzonej Polski myślano – skądinąd mało realistycznie – o emigracji jako narzędziu rozładowywania przeludnienia agrarnego, tak w późniejszym chciano je potraktować jako instrument zwiększania wagi Polaków na niekorzyść przedstawicieli mniejszości w powiatach, w których nie była ona oczywista.

***

Okupacja stała się w pewnym sensie sprawdzianem II Rzeczypospolitej, z którego ta formacja wyszła zresztą dobrze. Nie zakwestionowano instytucji państwa mimo kolejnego rozbioru – choć przecież dopiero tak niedawno odrodziło się. Rząd londyński i jego agendy w kraju były bardzo szeroko uznawane. Czy natomiast kategoria obywatelstwa przeważyła kategorię przynależności do narodu? Z pewnością nie. Takiej zmianie nie pomógł oczywisty fakt, że wojna toczyła się między narodami. Jej brak potwierdził się w odniesieniu do mniejszości narodowych. Zważywszy na specyficzne położenie mniejszości na Wschodzie z jednej strony, a mniejszości niemieckiej z drugiej, sprawdzianem stał się stosunek do mniejszości żydowskiej – zwłaszcza że jej położenie było inaczej szczególne. Czy sprawdziło się, że Żydzi byli traktowani jako obywatele (Piłsudski), czy opinia Dmowskiego, że to ludzie spoza narodu? Przedwojenny dystans obu społeczności najczęściej przesądzał wybór. Jedna z ocalałych, ukrywających się poza gettem, w swoich wspomnieniach opowiada, jak to, jadąc pociągiem, stała się świadkiem złapania innej Żydówki (akurat jeszcze nie jej). Zrobił na niej wrażenie fakt, że inni pasażerowie nie tylko nie jęknęli, ale komentowali wydarzenie inaczej, niż gdyby asystowali zabraniu kogoś z Polaków. Prawdę mówiąc, komentowali wręcz okropnie („Wśród tych wypowiedzi nie usłyszałam ani jednego głosu współczucia dla młodej, ładnej kobiety, która w ich obecności została skazana na śmierć”[33]). Ponieważ dystans i skorelowany z nim negatywny stereotyp Żyda przeszkadzały w uzyskaniu pomocy, dystans tym bardziej się zwiększał[34]. Warto też pamiętać, że jest złudzeniem, jakoby ludzie w „naturalny sposób” łączyli się z cierpiącymi. Jedni łączą się, a drudzy myślą: „jak dobrze, że to nie my”. Jeszcze inni mogą myśleć: „mają za swoje”, czy nawet: „niech ich diabli wezmą”. Bywają ludzie „po prostu” źli i głupi bądź źli, bowiem głupi. Mógł też działać mechanizm przeniesienia agresji. Niemców nie dawało się łatwo uderzyć; Żydów – tak.

Długo, pewno zawsze będą się toczyły dyskusje, ilu Żydów zostało uratowanych dzięki chrześcijańskiej pomocy, a ilu zostawionych samym sobie bądź zamordowanych przez polskich chrześcijan. Jasne, że ocalali mogli uzyskać swoją szansę tylko dzięki pomocy. Nawet w negatywnych w rozważanej kwestii wspomnieniach ocalałych najczęściej pojawia się ktoś, kto choćby okazjonalnie podał rękę w potrzebie. Bez pomocy nie przetrwałby po prostu nikt. Zaniechanie jej okazania najczęściej było jednak wyrokiem. Szacunki tych, którzy nie tylko zaniechali jej okazania, ale sami mordowali bądź świadomie wydawali Żydów w ręce Niemców, fatalnie rosną w świetle kolejnych badań[35]. Niestety było ich znacznie więcej, niż sądzono dotychczas. Nie byli wyjątkami, nie był to margines, a bohaterstwo mogło sytuować się blisko łajdactwa.

Prawda, że taki obraz nie musi wynikać ze stosunków chrześcijańsko-żydowskich. W końcu w ZSRR katami i nadzorcami obozów byli chłopcy pochodzący często z tego samego narodu co więźniowie, w końcu w Argentynie zrzucali żywych ludzi z samolotów do morza inni Argentyńczycy… ale bliżej nas złe zachowania ułatwiała, może nawet dyktowała granica społeczności. Z punktu widzenia rozpatrywanego zagadnienia równie ważne są jednak zachowania mniej drastyczne. Dyskusja sprawy jest trudna, jak zachowania były różne. Pamiętnikarze odnotowali sytuacje wręcz zaskakujące, gdy na przykład ktoś Żydów nie znosił, a w konkretnej sytuacji pomagał[36]. W szerokiej skali Żydzi nie byli jednak traktowani jako współobywatele. Jak pisała osoba, która najpierw pracowała w szpitalu w getcie warszawskim, a następnie była łączniczką ŻOB:

Nigdy nie odpłacimy największą nawet miłością i szacunkiem Marysi Sawickiej, która ukrywała w mieszkaniu dwóch ocalonych członków sztabu ŻOB.

Została naszym najbliższym przyjacielem. Nie zapomnimy jej nieżyjącej już siostry Anny Wąchalskiej. Nie zapomnimy nieżyjącego adwokata Henryka Wolińskiego, „Wacława”, przedstawiciela Delegatury Rządu, kierownika Referatu Żydowskiego, i nie odpłacimy już wdzięcznością za jego troskę i wielką przyjaźń, ani profesor Prokopowicz-Wierzbowskiej – za pomoc w ratowaniu dzieci, profesorowi Kacprzakowi – za ratowanie naukowców, i wielu, wielu innym.

Wielu ich było. Wielu zginęło i chyba każdy uratowany ma kogoś, kogo wspomina z szacunkiem i miłością.

Ale ulica miała twarz okrutną. Obcą. Obojętną, a nierzadko złośliwie uśmiechniętą[37].

Zjawisko nietraktowania Żydów po prostu jako swoich wystąpiło podczas okupacji powszechnie. Potwierdza je zarówno raport Karskiego, jak dokumenty AK, w których pojawia się wątek, że ludność nie sprzyja pomocy Żydom, że nawet w samej AK, stanowiącej przecież wytwór tejże ludności, pomoc dla Żydów nie jest popularna[38]. Ryzyko i techniczne trudności ukrywania Żydów wszystkiego nie tłumaczą. Wiele osób podejmowało ryzyko związane z konspiracją. Irena Sendlerowa, a więc osoba, która wiedziała, o czym mówi, jest autorką znanego zdania: „Pewne jest, że w okupowanej Warszawie dużo łatwiej było znaleźć miejsce w salonie, gdzie by pod dywanem został ukryty duży czołg, niżby się znalazło miejsce dla jednego małego dziecka żydowskiego”[39]. Pomińmy przenośne sformułowanie tego zdania oraz nawet pewną jego demagogię. „Czołg”, jak wiadomo, nie chce jeść i nie płacze (choć ukrywane dzieci błyskawicznie uczyły się potrzebnych zachowań).

Prawda, że z opisywanej próby nie wyszły dobrze nawet kraje, gdzie mocniej myślano kategoriami obywatelstwa, zaś społeczne oddalenie obywateli Żydów było mniejsze. Francja oddała Niemcom swoich obywateli Żydów, a USA internowały Nippo-Amerykanów, też własnych obywateli. Nawet tam okazało się, że „etniczność”, niezależnie od tego, co znaczy, jest ważniejsza, natomiast obywatelstwo de facto warunkowe.

***

Przemiana związana z końcem wojny umocniła w Polsce myślenie w kategoriach narodowych, a nie obywatelskich. Nowy ustrój przez cały okres swego istnienia akcentował wątek narodowy, nieraz wręcz szowinistyczny[40]. Niektórzy jego przedstawiciele postępowali tak z odczucia taktycznej potrzeby, inni z przekonania, jeszcze inni sądzili, że opowiadając się za nowym ustrojem, realizują swój patriotyzm, jeszcze inni w dążeniu do pozbycia się opinii „władzy żydowskiej” i etykietki „żydokomuny”. Czasem to wszystko mogło być przemieszane; przecież człowiek, a więc też komunista, nie jest automatem. Nowy ustrój sprzyjał emigracji Żydów – bowiem faktycznie jej chciał. W praktycznym wymiarze nieraz zalecał zmianę nazwiska swoim ludziom pochodzenia żydowskiego, ukrywał je w wypadku postaci historycznych, do których nawiązywał. Sama władza komunistyczna instrumentalnie posługiwała się antysemityzmem w potrzebie, a wraz z przemianą pokoleniową w aparacie partyjnym usiłowała zrzucić odpowiedzialność za wszelkie zło na Żydów z tegoż aparatu.

Dla umacniania myślenia narodowego ważniejszy był jednak mechanizm wprowadzania i realizacji nowego ustroju. Został on, jak wiadomo, wniesiony z Rosji (!). Rosja jako ZSRR była jego gwarantem i pomocnikiem. Mimo partycypacji społecznej znacznie większej, niż dziś chce się to przyznać, nigdy nie był legitymizowany w demokratyczny sposób przez społeczeństwo, a z punktu widzenia liczącej się części tegoż społeczeństwa w większym stopniu uzyskiwał partycypację niż legitymację. W takiej sytuacji myślenie w kategoriach narodowych było więc zapewne najbardziej stabilną kotwicą dla znaczącej części narodu. Uznawanie Żydów za obcych wynikało nie tylko z zadawnionych przekonań i nie tylko z widzenia pewnej liczby członków nowego establishmentu pochodzenia żydowskiego, ale występowało przynajmniej także dlatego, że system dzięki temu mógł być uznawany za tym bardziej obcy – nie mówiąc już o tym, że dla wielu zawsze wygodnie jest powiedzieć, że „co złe, to nie my”. Wrażenia Mordechaja Canina, żydowskiego dziennikarza z Palestyny, który przemierzał całą Polskę zaraz po wojnie, były straszne – gdy słyszał negatywne wspomnienia o Żydach i widział ówczesny stosunek do ofiar i ocalałych. Widział ludzi zachwyconych z zajęcia miejsca Żydów w sklepach i domach; przywłaszczających sobie ubrania, majątek, wyposażenie mieszkań. Widział niszczenie obiektów i przedmiotów kultu. Obserwował, że ocalałych nie chciano. Słyszał fatalnie brzmiące rozmowy o Żydach i opinie o władzy jako żydowskiej[41]. Czytelnik tego świadectwa odnosi wrażenie, że wśród ludzi działał mechanizm przeniesienia agresji skumulowanej przeciw Niemcom, także trudnej bądź wręcz niemożliwej do wyładowania agresji przeciw Sowietom, komunistom itd., może nawet kompensacji dziejowych klęsk, kosztem nielicznych ocalałych Żydów – nie mówiąc o uzyskiwanej kompensacji bardziej materialnej. Mówiąc o jakiejś ówczesnej zbrodni przeciw Żydom, Canin sugeruje poczucie winy sprawców jako motyw („Żydowskie twarze zanadto przypominały im o zbrodni, w której kiedyś wzięli udział razem z niemieckimi bandziorami i ukraińskimi bestiami. Dlatego nie są w stanie znieść widoku żydowskiej twarzy. Jak wszyscy przestępcy, nie znoszą tego, co przypomina im o ich zbrodni”[42]). Mogło i tak być[43].

Prawda, Canin był zainteresowany rozważaną tematyką i wyczulony na akcent antysemicki. Uogólniał, oskarżał praktycznie wszystkich Polaków. Nawet w małych ośrodkach większość mogła nie być przeciw – ale mniejszość mogła być silniejsza. Kraj nie był wówczas oazą spokoju, ani trochę[44], co rzutowało na krąg spraw, w którym Canin się obracał. Jednocześnie on tego wszystkiego przecież nie wymyślił. Prawda, w 1948 r. odsłonięto pomnik Bohaterów Getta – i to w sytuacji gdy pomnika Powstania Warszawskiego przecież nie było (i nie było go do 1989 r.!). Pomnik Getta zbudowano wszakże w Warszawie. Sytuacja Żydów we wszystkich dużych miastach była zresztą wtedy lepsza niż w małych ośrodkach[45]. Lokalna pamięć o Żydach, przynajmniej ta manifestująca się w widocznych przejawach, szybko zanikała – czasem zgodnie z intencjami pozostałych lub nowych mieszkańców, czasem przez zaniechanie jej kultywowania.

***

Problem żydowski zachował zdumiewającą rolę – zwłaszcza w obliczu radykalnego zmniejszenia liczby Żydów. Jest zdumiewające, jak ten sam obraz – Żydów, którzy nie są zwykłymi współobywatelami, którzy dziś są tu, jutro tam… – pojawia się zarówno we wspomnieniach Romana Fristera, człowieka w swoim czasie jak najbardziej tutejszego, w ustach księdza katolickiego w odniesieniu do wczesnego okresu Polski Ludowej, jak po latach w książce człowieka PZPR[46]. Ta druga książka, wydana wkrótce po Marcu, nosiła tytuł Głupia sprawa. Legenda głosi, że Janusz Zarzycki, który w PZPR/PRL pełnił różne funkcje, ale był przeciwny autorom Marca, gdy otrzymał tę książkę jako dar autorski, zebrał posiadane książki tegoż autora i odesłał mu ze słowami: „Zdarzyła się głupia sprawa: nie mam już miejsca na półce na twoje książki”.

Częsta jest pamięć o „witaniu” przez Żydów Armii Czerwonej na wschodnich granicach w 1939 r. – przy wyolbrzymianiu zjawiska, niebraniu pod uwagę specyficznej sytuacji tej mniejszości. Często z Żydami wiąże się zbrodnie UB. Nie negując żydowskiego pochodzenia najbardziej prominentnych postaci tej formacji, byłoby lepiej nie wiązać ich działań z etnicznością. Nie byłoby też źle także dostrzegać, że jej skład nie sprowadzał się do Żydów. W okresie pogromu kieleckiego w tamtejszym aparacie władzy, z miejscową milicją oraz UB włącznie, Żydzi stanowili małą część ludzi urzędników i funkcjonariuszy, podczas gdy wśród pozostałych było wielu szacownych mieszkańców miasta[47]. Podobnie, gdy wytyka się sprawstwo sądowych morderstw powojennych i stalinowskich, lepiej pamięta się sędziów pochodzenia żydowskiego niż pozostałych. Jest to rozumowanie przypominające myślenie niektórych Rosjan, wiążące ich nieszczęścia z „obcymi” (Stalin – Gruzin, Dzierżyński – Polak, Beria – Gruzin, Mikojan – Ormianin…). Nie byłoby źle też pamiętać, że komunizm chiński nie był szczególnie miły, a tam chyba Żydów nie było we władzach, nieprawdaż?

Inne mniejszości relatywnie szybko po wojnie – po zmianie granic, eksmisji Niemców oraz po akcji „Wisła” – prawie przestały być obecne w Polsce nie tylko fizycznie, ale na długo mentalnie. W okresie stalinowskim establishment aktywnie przeciwstawiał się zresztą kultywowaniu specyfiki kulturowej przez wszystkie, skądinąd już niewielkie liczbowo, mniejszości narodowe. Potem lepiej ją tolerował, ale przecież PRL uosobiła Dmowskiego ideał państwa narodu polskiego, a potem go podtrzymywała. Wielkie migracje, zarówno te powojenne, jak późniejsze, wywołane inwestycjami, sprzyjały homogenizacji społeczności jako stosunkowo jednolitego narodu. Podobnie działały mechanizmy socjalistycznej glajchszaltacji. Dopiero po 1989 r. mniejszości ponownie zaistniały, wróciło też myślenie o nich.

***

Z punktu widzenia problematyki narodowej bunt „Solidarności” był dwoisty. Z jednej strony jego dominującą ideą była budowa społeczeństwa obywatelskiego, a horyzont w jakichś momentach zdecydowanie obejmował przestrzeń ponadpolską. Z drugiej strony był to ruch bardzo mocno sytuujący się w polskiej tradycji niepodległościowej, nawiązujący do niej i akcentujący wątek narodu. Oba nurty występowały w symbiozie. Chciano nadrobienia zacofania, orientowania się ku Zachodowi, jednocześnie zaś podkreślano to, co własne. Akcentowanie katolicyzmu niosło jedno i drugie: wizję Polski związanej z Rzymem (no przecież nie z Bizancjum, nie mówiąc o Moskwie jako „trzecim Rzymie”!), a jednocześnie Polskę postrzeganą jako całkowicie katolicką. Otóż koncepcja, że Polak jest katolikiem, uwypukla to, co własne. W poparciu Jana Pawła II dla „Solidarności” i transformacji też tkwiła pewna dwoistość: papież popierał działanie w kierunku przyłączenia się Polski do UE („powrotu” do Europy), a jednocześnie popierał akcentowanie swoich, narodowych wartości. Wręcz widział istotną rolę Polski w rechrystianizacji Zachodu – co sprzyjało temu drugiemu. Bezpośrednio po transformacji akcent szerszego otwarcia był bardzo mocny. Na dzień dzisiejszy zwyciężył ten drugi – przynajmniej w dających się słyszeć hasłach.

Stefan Chwin o „micie jedności sierpniowej”: Byłem pod bramą stoczni i pamiętam dokładnie podziały, które już w pierwszych dniach negocjacji się zarysowały. Jak się tam ścierał np. ten nurt narodowo-konserwatywny z nurtem lewicowo-świecko-korowskim. I słyszałem też gwałtowne wypowiedzi antysemickie przeciwko ludziom, którzy doradzali „Solidarności”. Jak ktoś mi zaczyna bredzić o jedności sierpniowej, to ja widzę kolejnego, który zachorował na chorobę wspólnoty. Ten mit nie ma wiele wspólnego z tym, jak było[48].

Komunizm jako przeciwnik zjednoczył bardzo wielu ludzi różniących się między sobą. Był to jego osobliwy sukces, mało komu by się to udało. Oczywiście nie było tak, jak nam się zdawało, że „wszyscy” byli razem. Już chociażby sam aparat partii/państwa był wystarczająco liczny, by zaprzeczyć takiej opinii. Z tego też można było jednak wybrnąć w kierunku idei narodowej – sytuując przeciwników poza narodem, nieraz wręcz jako zdrajców. To już zostało przećwiczone w bardzo wielu rewolucjach, poczynając od francuskiej. Gdy komunizmu zabrakło, szybko okazało się jednak, jak jego przeciwnicy byli zróżnicowani. Sukces wyborczy Stanisława Tymińskiego w 1990 r. (w pierwszej turze 23% głosów, czyli więcej niż Tadeusz Mazowiecki) pokazał, jak to wszystko było słabo zdefiniowane. Przy całej okazywanej w ruchu lat osiemdziesiątych sympatii do Zachodu i niechęci do Wschodu referendum europejskie w 2003 r. nie poświadczało entuzjazmu dla wejścia do UE. Pozytywnie głosowało wprawdzie 77,45% głosujących, ale udział wzięło tylko 58,85% uprawnionych. Otóż podstawowym problemem tego referendum było to, czy zostanie ono uznane za ważne. Stąd wstrzymanie się od udziału trzeba w znaczącym stopniu traktować jako realny sprzeciw wobec wejścia[49]. Można sądzić, że gdyby nie wsparcie Jana Pawła II dla głosowania za UE, referendum zostałoby przegrane. Prawda, że w różnych krajach analogiczne referenda wykazywały co najmniej brak powszechnego entuzjazmu.

***

Dziś różne badania wskazują, że Polacy są silnie proeuropejscy. Jednocześnie obserwuje się wszakże mocny nurt akcentowania tego, co własne, suwerenności, podbijania niechęci do innych, potwierdzania własnej wspaniałości, bohaterstwa, wyjątkowości własnej historii, podnoszenia parokrotnej obrony Europy przez Polaków, zapewniania o prawie bezgrzeszności narodu. Ciągle mówi się o bohaterskiej Polsce i bohaterskich Polakach. „Bohaterstwo – czytamy – musi zostać mocno podkreślone, bo jesteśmy narodem bohaterskim. Naszej historii nie musimy się wstydzić. Mogą się natomiast wstydzić swojej historii Niemcy i Rosjanie. Oczywiście nie będziemy przemilczać ciemnych kart naszej wojennej przeszłości (np. problemu szmalcowników). Trzeba jednak znać proporcje”[50].

W historii każdego narodu można i należy wskazywać bohaterów, notabene w historii Rosji i Niemiec też. W szczególności trzeba jak najbardziej honorować Sprawiedliwych – i to zarówno moralnie, jak przez przyznanie wszystkich możliwych ułatwień życiowych tym spośród nich, którzy szczęśliwie są wciąż z nami. Trzeba pamiętać o tych księżach oraz zakonnicach i zakonnikach, którzy pomagali, a zwłaszcza przechowali żydowskie dzieci. Nie ma jednak sensu stać jako naród przed lustrem i powtarzać, „jaki jestem piękny”. W dyskusjach historycznych padło już określenie „historia narcystyczna” – w kontekście niepokoju „jaki jestem?” w oczach innych[51]. Otóż inni rzadko podzielają częstą opinię Polaków o sobie. Prawda, prezydent Donald Trump i wiceprezydent Mike Pence pogłaskali ostatnio miłość własną Polaków, ale ich ambasada dobrze wie, co sprawi przyjemność audytorium. Nadto, jeżeli przez bohaterstwo rozumieć waleczność, to podobno Albańczycy lub górale z Kaukazu wyprzedzają Polaków. Wiele narodów uważa siebie za bohaterskie, a pewno wszystkie mają w swojej historii karty piękne i niepiękne. Każdy naród reprezentuje osiągnięcia i klęski, pozytywny i negatywny wkład do ogólnoludzkiej składnicy doświadczeń.

Myśląc poważnie, warto pamiętać o negatywnych polskich zachowaniach w relacjach z Ukraińcami, a nie mówić tylko o ich postawie, nieraz zresztą prawdziwie złej. Nie ma co się dziwić obawom Litwy przed Polską po 1989 r. Gdy mówi się, że w Polsce nie było kolaboracji, trzeba dodać, że Niemcy jej nie szukali. Chcę wierzyć, że nawet gdyby jej pożądali, nie byłoby jej – ale nie ma sensu podawać prawdy niepełnej. Nadto, choć nie było kolaboracji na szczeblu państwa, to wypada pamiętać, jak wpadli kolejni dowódcy AK. Drobnej kolaboracji było więcej, niż dziś się przyznaje. Mówienie, jak premier w Markowej, w Muzeum im. Rodziny Ulmów, gdzie sprowadził dziennikarzy zagranicznych (luty 2018), że gdyby Polska chciała pójść z Niemcami, to ZSRR by padł – ale powinniśmy być dumni, że nie chciała – jest wątpliwe. Nie jestem pewien, czy Niemcy by chcieli stowarzyszenia się z Polską, w konkretnej sytuacji niezbyt pozostawili zresztą możliwość po temu. Nawet Ukraińcom, wbrew swoim doradcom, Hitler praktycznie nie poszedł na rękę. Nie jestem też pewien, czy ZSRR by padł, nawet gdyby padła Moskwa. Chyba nie padłby.

Przypominania własnych zachowań negatywnych bardzo się w Polsce nie lubi. Gdy w TVP ktoś nazwał bijatykę wywołaną przez przeciwników „Parady Równości” w 2019 r. w Białymstoku „pogromem”, ktoś inny wspomniał pogrom kielecki. Było to oczywiście porównanie grubo przesadzone – ale z perspektywy rozpatrywanego tematu ciekawsze jest, że natychmiast trzecia osoba „poprawiła” przedmówcę: „prowokacja w Kielcach”. Zbyteczne przypominać jak to minister edukacji Anna Zalewska miała trudności z uzmysłowieniem sobie, kto mordował w Jedwabnem. Były już głosy kwestionujące poprawność stosowania słowa „pogrom” do wydarzeń nawet tak odległych, jak te w Przytyku (1936). Zjawisko nie jest nowe. Po pogromie we Lwowie w 1918 r. też nie chciano używać tego słowa[52].

Niechęć do własnych zachowań negatywnych jest oczywiście szersza niż problematyka stosunków chrześcijańsko-żydowskich. Bardzo nie lubi się już nie tylko faktów nagannych, ale choćby z grubsza neutralnych. Rzadko poświęca się uwagę temu, że pod zaborami czy za niesamodzielnej i z różnych powodów złej PRL ogromna część ludzi po prostu żyła, funkcjonując w narzuconych jej ramach. Za Gierka do PZPR należało ponad 3 mln Polaków – prawda, że, jak można suponować, rzadko z motywów ideowych, ale też niekoniecznie jako Wallenrodzi. Codzienna historia nie sprowadzała się do cierpienia i walki. Nie da się jej opisać jedynie w kategoriach heroizmu i martyrologii.

W trakcie obchodów 50. rocznicy Marca premier Morawiecki utrzymywał linię „co złe, to nie my” (za Marzec odpowiedzialny był powiązany z Rosją komunizm, a nie Polacy – jak gdyby komuniści nie byli Polakami; jak gdyby wszyscy „marcowcy” poza aparatem władzy zajmowali postawę jedynie pod przymusem, wbrew sobie; jak gdyby nie ujawniła się wtedy fala widać istniejąca, choć prawda, że skatalizowana przez ówczesny establishment partyjno/państwowy).

Andrzej Seweryn: Daleki jestem od poparcia poglądu premiera Morawieckiego, który twierdził, że w 1968 roku nie było Polski, a więc Polacy nie odpowiadają za ówczesną antysemicką nagonkę. To bardzo niemądre słowa. Powiem więcej – pan premier nawołuje dzisiaj do powstrzymania się przed słowami nienawiści wobec Żydów, a nawet przed antysemickimi żartami, bo to źle służy krajowi. Sam słyszałem! Nie starajmy się hamować fali antysemityzmu, bo takie zachowania są podłe i niegodne człowieka; hamujmy te wypowiedzi, bo szkodzą tylko wizerunkowi Polski. Bój się Boga, człowieku! Masz nieustannie Matkę Boską – notabene Żydówkę – na ustach, a takie rzeczy wygadujesz bez mrugnięcia powieką? Nie wydaje ci się, że chodzi po prostu o to, aby nie nienawidzić bliźniego?![53]

Wylansowano hasło „wstawania z kolan”. Rzucono hasło „Warto być Polakiem” (a kto mówi, że nie warto?). Emitowano znaczek pocztowy, stylizowany na flagę narodową – co samo w sobie nie byłoby niczym nadzwyczajnym. W obrazek wkomponowano jednak napis „Polska moja Ojczyzna” – jak gdyby to wymagało podkreślenia, jak gdyby suponowano, że ktoś z zainteresowanych w to wątpi. Nawet w relatywnie drobnych – a więc czasem tym bardziej charakterystycznych – wypowiedziach przyjęło się akcentowanie dumy narodowej, zupełnie jak gdyby zaistniała po temu szczególna potrzeba, swego czasu związana na przykład z zaborami. 3 marca 2018 r. w TVN pojawiła się informacja bez większego znaczenia, że Narodowe Archiwum Cyfrowe przygotowuje wystawę ciekawych fotografii z dwudziestolecia – w związku z obchodami stulecia niepodległości. Pani z NAC, która o tym opowiadała, mówiła, że fotografie mają pokazać „potęgę II Rzeczypospolitej”. Moje pytanie: czy naprawdę była potężna? 2 sierpnia 2018 r. w Stalowej Woli przypadkowo upadł maszt z polską flagą, którą podciągnął w święto Flagi premier Morawiecki. Burmistrz miasta Lucjusz Nadbereżny powiedział w telewizji, że natychmiast pobiegł, by uratować polską flagę, że maszt odbudują i „biało-czerwona będzie dumnie powiewać…”. Chęć odbudowy masztu jest naturalna. Podkreślenie, że flaga będzie „dumnie” powiewać, zdaje mi się natomiast zdradzać trudną do zrozumienia potrzebę podkreślania dumy. Byłaby ona naturalna, gdyby ktoś bezpośrednio zagrażał narodowi, którego symbolem jest owa flaga. Skoro tak nie jest – a chyba nie jest – to pozostaje nietłumaczące się, przesadne podkreślanie dumy. Analityczne podejście do dziejów nazwano krytycznie „pedagogiką wstydu”. W wybuchłym w sierpniu 2018 r. sporze na temat tego, czy apel pamięci podczas zbliżających się wówczas dorocznych obchodów na Westerplatte mają czytać harcerze, czy wojskowi, minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak zarzucił prezydentowi Gdańska Pawłowi Adamowiczowi, którego dziś niestety już nie ma wśród nas, że „wpisuje się w retorykę tych, którzy na Polskę napadli”[54]. Obecnej prezydentce Gdańska Aleksandrze Dulkiewicz część opinii zarzuca sympatie proniemieckie. Gdy dziennik „Fakt” (co w tej sprawie istotne: wydawca Axel Springer) podniósł krytycznie sprawę planowanych kosztów remontu zabytkowej siedziby Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wicepremier i minister Piotr Gliński określił czasopismo jako niemiecką gazetę, na Twitterze zamieścił zaś fotografię budynku zniszczonego po wojnie – rzecz jasna przez Niemców (sprawa z lutego 2020 r.). Analogiczny schemat rozumowania można dostrzec na znacznie niższych szczeblach. Gdy na przykład atakowana pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf występowała na konferencji w Karlsruhe (lipiec 2018), jedna z niemieckich prawniczek powiedziała, że jej środowisko z troską śledzi to, co się dzieje w polityce w Polsce, w tym co się dzieje wokół sądownictwa. Ktoś komentujący ten epizod w telewizji natychmiast „zgrzytnął”, że Niemcy już raz wyrazili swoją troskę o nas – karabinami i komorami gazowymi. Wypowiadała się w ten sposób osoba z trzeciego pokolenia zrodzonego po inkryminowanych faktach, kierując swe słowa do osoby najpewniej też z trzeciego pokolenia Niemców. Uparcie powtarza się, że używanie w Niemczech w kontekście zbrodni niemieckich słowa „naziści” zamiast „Niemcy” ma służyć wybielaniu tych ostatnich, co ułatwia obciążanie również Polaków. W 74. rocznicę wyzwolenia Auschwitz premier Morawiecki stwierdził, że Zagłady nie dokonali żadni naziści, tylko hitlerowskie Niemcy[55]. W 2017 r. podniesiono, że napis o zabójstwie Polaków przez hitlerowców, pomieszczany na tablicach w miejscach rozstrzeliwań, należy zastąpić informacją o Niemcach jako sprawcach, a co najmniej dodać informację o narodowości zbrodniarzy. Nową tablicę w Al. Jerozolimskich w październiku 2018 r. odsłaniał wicepremier i minister KiDN Piotr Gliński. W podobnym kierunku szło kuriozalne wprowadzenie przez IPN słowa „Niemcy” do znanych słów Zofii Nałkowskiej „Ludzie ludziom zgotowali ten los” („Ludzie /Niemcy/ zgotowali ludziom ten los”) w filmie emitowanym w 2019 r., w przeddzień powstania w getcie warszawskim. Słowo „Niemcy” wpisano na czerwono.

Komentując to wszystko, nie warto już przypominać, że faszyzm nie ograniczał się do Niemiec, lecz był zjawiskiem znacznie szerszym. Zbrodnie wojenne też popełnili nie tylko Niemcy, a sprzyjać im choćby dostawami materiałów mogły nawet kraje neutralne, i mogli popierać ich politycy, w Polsce cenieni przez niektóre kręgi opinii. Tak się zachowywał na przykład Salazar, który (jako neutralny!) jeszcze po samobójstwie Hitlera wysłał Niemcom telegram kondolencyjny.

Zupełnie nie chce się w Polsce wczuć w myślenie Rosjan. Prawda, że ich władze tego nie ułatwiają. Putin bezzasadnie oskarża Polskę o przyczynienie się do wybuchu II wojny światowej, a więc trudno nie reagować. Niezależnie od stanu stosunków w Moskwą, niezależnie od wszystkich pretensji, jakie można wysunąć pod jej adresem, niedostrzeżenie skłonienia się Putina w Katyniu, całkowite pominięcie udziału Rosji w zwycięstwie nad Hitlerem podczas obchodów rocznicy wybuchu wojny w 2019 r., niezaproszenie Putina na rocznicę wyzwolenia Auschwitz, sugerowanie, że katastrofę smoleńską wywołali Rosjanie (no bo niby kto inny, jeśli utrzymywać, że to był zamach?)… jest realizacją polityki przez kraj, który zdaje się postrzegać się sam jako broniący się, szlachetny wojownik. Trudniej jest nawet podjąć polemikę z tezami Putina na temat rzekomych win Polski w wybuchu II wojny światowej, gdy się „zapomina”, że ostatecznie to Armia Czerwona zdobyła Berlin (oraz wyzwoliła Auschwitz) – niezależnie od rosyjskiej polityki w latach 1939–1941 oraz od zbrodni stalinowskich popełnionych wobec własnego oraz innych narodów[56]. Nie wykluczałbym, że takie nastawienie Polski do historii najnowszej może być dla Putina wręcz wygodne w głębszej warstwie jego polityki. Z tej całej „polityki historycznej” przynajmniej w tym fragmencie wyszło tyle, że najważniejsze obchody 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz odbyły się w Jerozolimie (22–23 stycznia 2020) bez obecności prezydenta Dudy, za to w obecności prezydenta Putina[57].

***

Podnosi się, że Polska parę razy uratowała Europę (kilka innych narodów też aspiruje do tej zasługi). Mówi się, że pokonała komunizm (co jest dyskusyjne; warto pamiętać o Gorbaczowie oraz o implozji tego systemu). W jakimś wymiarze wraca idea „przedmurza”, także przewodnictwa przynajmniej w regionie. Po latach premier Morawiecki wręcz powiedział, że Polska ma „rechrystianizować Europę”. Pytanie, czy nadawcy takich i podobnych zdań rzeczywiście tak sądzą, czy stosują socjotechnikę. Jedno nie wyklucza zresztą drugiego.

Podniesiono już nawet okoliczność, że jakoby to Polacy nauczyli Francuzów używać widelca. Sekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej Bartosz Kownacki, komentując fakt, że polska delegacja straciła status oficjalnej na targach Euronaval w Paryżu (2016, po zerwaniu kontraktu na nabycie śmigłowców), deklarował: „To strona francuska zapraszała nas oficjalnie, teraz wypraszają. Można było znaleźć inną formę. Ale to są ludzie, którzy uczyli się jeść od nas widelcem parę wieków temu”[58]). Zapewne nie wiedział (ale to tylko domniemanie!), że w latach dziewięćdziesiątych XIX w. widelec stał się ważnym elementem serbskiej narracji tożsamościowej. Widelec jest mianowicie widoczny na freskach monastyru Sopoćani, co jakoby dowodziło wyższości serbskiej kultury nad Zachodem[59].

Ciągle odmienia się słowo „naród”, a zarzuca innym tendencjom, jakoby go nie lubiły (prawda, że można zacząć preferować słowo „społeczeństwo”, gdy termin „naród” skojarzy się tylko z jedną opcją polityczną oraz intelektualną!). Przymiotnik „narodowy” dodawany jest do możliwie jak największej liczby nazw instytucji, programów itd. Można oczywiście zauważyć, że jest on obecny w nazwach instytucji w różnych krajach, ale w polskim języku i tradycji jest on bardziej znaczący niż na Zachodzie (tam ma raczej sens: „obejmujący cały kraj”). Partyzantów, którzy kontynuowali walkę przeciw komunistom w początku okresu powojennego, nazwanych ze znakomitym wyczuciem psychologicznym „żołnierzami wyklętymi”, traktuje się jako patronów współczesnej Polski, organizuje ich kult (tworzy się muzeum, ustanawia „Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych”). Nie miejsce tu na dyskusję o nich oraz o tych, którzy wybrali inną drogę odbudowy Polski[60]. Z punktu widzenia niniejszego wywodu istotne jest, że ci ludzie są dobrym przykładem dla krzewienia wizji Polski nieugiętej, nieidącej na żadne układy (nawiasem: Polski monoetnicznej!) i, tym samym, wygodnym punktem odniesienia dla nurtu politycznego promującego dumę narodową i legitymizującego się m.in. argumentem przywracania narodowi należnej mu dumy z historii. W ramach rozważanego podejścia logicznie trzeba potępiać rokowania okrągłego stołu i pomniejszać znaczenie wyborów 4 czerwca 1989 r. Także przedstawianie obecnej sytuacji jako takiej, w której Polska wciąż dzieli się na „potomków zdrajców i potomków bohaterów” („Walczy więc trzecie pokolenie patriotów z trzecim pokoleniem UB”[61]). Różnica jest jednak taka, że ci powojenni partyzanci rzeczywiście byli atakowani – podczas gdy obecny establishment państwowy jeszcze nie musi iść do lasu.

Z działań w takim kierunku można wspomnieć zmiany przeprowadzone w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku – po sformułowaniu zarzutu, że nie pokazuje wielkości cierpień i skali bohaterstwa narodu polskiego. 8 maja 2018 r. premier mówił w sejmie, że zmiana ekspozycji w tym muzeum była konieczna, bowiem cierpienia ludności niemieckiej wybijały się na pierwszy plan, polski ruch oporu był zrównany z czeskim i francuskim, zaś fotografia Ireny Sendlerowej znalazła się za hydrantem. Wszystko w tym dyskursie bardziej służyło budowaniu i podbudowywaniu ego Polski niż czemukolwiek innemu. Mówiono już zresztą nawet, jakoby muzeum podporządkowało się niemieckiej polityce historycznej (inna sprawa, czy rozumiejąc ją adekwatnie do rzeczywistości[62]). Pojawił się głos, że w Auschwitz króluje obca, a nie polska narracja, a w związku z tym przewodnikami wycieczek tam idących winni być polscy przewodnicy, na dodatek licencjonowani przez IPN[63]. Wszystko to przypominało krytykę Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN w PRL („A gdzie jest o Polakach? A nasza martyrologia? Polska encyklopedia, wydana za polskie pieniądze, musi bronić polskiej racji stanu”[64]). Zastanawia, czy hagiograficzny zachwyt nad historią własnego kraju nie jest kompensacyjną postawą zakompleksionych? Przecież mówienie, że naród jest wspaniały, ma cechy wyraźnie kompensacyjne. Jakiś wpływ ma tu najpewniej wciąż postponowanie polskiego wysiłku zbrojnego na Zachodzie oraz w kraju przez większość okresu PRL. Czy jednak tylko?

Paradoksalnie hagiograficznemu podejściu do własnej historii nieraz towarzyszy budowanie pamięci nie na sukcesach, a na wielkości ofiary[65]. Nie lubię sformułowania „charakter narodowy” – ponieważ zarówno jako historyk, jak jako obserwator rzeczywistości nieraz mogłem zaobserwować, jak szybko narody potrafiły zmienić swój rzekomo ukształtowany charakter. Istnieją jednak w każdym społeczeństwie kody kulturowe ukształtowane w biegu historii i przekazywane w transmisji międzypokoleniowej. W Polsce od czasów zaborów i powstań narodowych ukształtowany jest kod (matryca) narodu-męczennika. W tym kontekście ciekawe jest notabene, że bardziej kultywuje się pamięć przegranych powstań antyrosyjskich – prawda, że większych – niż wielkopolskiego i śląskich. Rzeczony kod zbiega się z kanonem chrześcijańskim, a konkretnie z wyobrażeniem męczeństwa Chrystusa. Kod świecki nakłada się na kod religijny i wychodzi z tego obraz skrótowo określany powiedzeniem „Polska Chrystusem narodów”. W naszych czasach kult męczeństwa ks. Jerzego Popiełuszki bardzo mocno splótł się z obrazem męczeństwa Ojczyzny – co podkreślał nawet wystrój warszawskiego kościoła św. Stanisława Kostki.

Notatka własna o Wielkanocy 1986 r.: Do Grobu w kościele św. Stanisława Kostki ogromna kolejka. Widywałem już tam większe – ale ta, na deszczu, też robiła wrażenie (zwłaszcza gdy samemu się też mokło). Poza terenem kościelnym, na drzewie mijanym przez kolejkę, przyczepiona na maszynie lista więźniów politycznych w Polsce (zaznaczono, że niekompletna). Na końcu listy prośba o solidarność z więźniami, modlitwę za nich, pisanie do nich. Na terenie zbierane [są] składki na ruch w obronie każdego poczętego życia („Solidarnie miłujemy każde poczęte życie”; pierwsze słowo pisane solidarycą i z flagą[66]).

Wewnątrz kościoła flagi z datami powstań narodowych, tablice pamiątkowe (te wmurowane na stałe) tej drugiej, nie państwowej, AK-owskiej i solidarnościowej tradycji. Drewniany, duży krzyż, poświęcony ks. Popiełuszce, z orłem w koronie i podpisem »Solidarność Szczecin«.

Przy grobie ks. Popiełuszki (napis na marmurze: „Męczennik za wiarę i Ojczyznę”) nie ma już feerii napisów solidarnościowych. Mnóstwo kwiatów, światła,

ny”). Na każdym jakiś tekst pod kolejnymi datami, takimi jak 1830, 1863, 1918, 1920, 1980. Zapamiętałem koniec tekstu pod tą ostatnią datą: „Cokolwiek się stanie, Polska zmartwychwstanie”. A potem jeszcze jeden krzyż i tekst kończący się słowami: „Jezus zmartwychwstał i my zmartwychwstaniemy”.

Na tle takiej wizji ojczyzny i jej historii jest jeszcze trudniej słyszeć okropne zarzuty.

***

Elementem sprawy jest podobne jak w społeczności żydowskiej uwrażliwienie na kwestie wielkości własnych strat i cierpień. W Polsce nieraz źle się reaguje na mówienie ciągle o cierpieniu Żydów. Przypomina się, co jest oczywiście zgodne z prawdą, że do Auschwitz trafiali również polscy chrześcijanie (w potocznym języku: również Polacy). Jeszcze nie tak dawno, podczas obchodów 50. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, prezydent Lech Wałęsa nie wymienił Żydów w pierwszym przemówieniu. Potem tłumaczono, że chciał zaznaczyć, iż tam ginęli po pierwsze i nade wszystko ludzie, chciał uniknąć konfliktu… Może. Gdy świat zwrócił uwagę na owo pominięcie, to w kolejnym wystąpieniu włączył Żydów. Na obrzeżach obchodów pojawili się wtedy demonstranci z transparentami „Nie oddamy Oświęcimia Żydom”. Podobna demonstracja – w imię Auschwitz jako polskiego miejsca pamięci – odbyła się też w 2019 r. W kontekście 1968 r. poczyniono już swego czasu obserwację, że „W obliczu martyrologii Żydów propaganda polska (a i rosyjska) stawia sobie za szczytne zadanie dowodzenie, że i nas również wyrzynano – i to nie mniej niż Żydów. Dwie społeczności licytują się, która z nich dała wyrżnąć większą część swych współobywateli. Dawniej Żydom zazdrościło się pieniędzy, kwalifikacji, stanowisk, związków międzynarodowych – dziś zazdrości się im pieców…”[67]. Współcześnie taki charakter miało kultywowanie niepotwierdzanego przez historyków istnienia komory gazowej dla polskich chrześcijan pod torami Dworca Zachodniego w Warszawie. Sam odczuwałem to jako mówienie, że Polacy też mieli swoją komorę gazową.

Obserwuje się także chęć pokazania, że sami Żydzi nie byli tacy szlachetni, jak pojawiają się w funkcjonującym obrazie. Już dały się słyszeć opinie, że przecież Żydzi sami poszli do getta, a potem to żydowska policja zaganiała Żydów na Umschlagplatz. No cóż, mogę dodać zaczerpniętą z jednego ze wspomnień historię, jak to więzień obozu koncentracyjnego dla własnego przeżycia faktycznie doprowadził do śmierci innego więźnia (no więc przestępca, czyż nie tak?)[68]. Brakuje jeszcze tylko obserwacji, że komanda pracujące przy krematoriach tworzyli sami Żydzi…Nawiasem mówiąc, takiego dyskursu o Judenratach i żydowskiej policji jako zjawiskach, które stworzyli sami Żydzi przeciw sobie, sporo było w 1968 r. To, że wśród Żydów były negatywne postaci, nie ulega wątpliwości. Nie ma grupy, a tym bardziej grupy poddanej presji, wśród której takie by się nie znalazły. Ludzi poddanych ostatecznej presji trzeba jednak inaczej sądzić – nawet jeśli również wśród nich bywają bohaterowie i odwrotnie. Gdy się przypomina Judenraty jako rzekomo pozytywne posunięcie Niemców dla Żydów (w kontekście, że mogło równoważyć negatywne), to może nie należy też zapominać o elementach polskiej administracji niskiego szczebla, które Niemcy pozostawili, czy o policji granatowej[69]Witając strażaków wracających ze Szwecji, gdzie pomagali w gaszeniu lasów (sierpień 2018), premier Mateusz Morawiecki mówił, że solidarność z innymi jest naszą narodową specjalnością („Potwierdziliście naszą narodową specjalność, to jest solidarność z innymi”[70]). Przy pełnym szacunku dla strażaków, problem można jednak dyskutować. Może warto przypomnieć epizod haitański z czasów napoleońskich, stosunek do mniejszości narodowych w okresie międzywojennym, nastawianie niektórych grup emigrantów polskich w okresie międzywojennym w kierunku lojalności wobec Polski, nie zaś krajów-gospodarzy, stosunki z Litwą i Czechosłowacją w tym samym okresie, wejście na Zaolzie, nieraz dziś występującą ksenofobię… Oczywiście wszystko to można dyskutować, wręcz należy przyrównać do podobnych zjawisk występujących w innych krajach w danym czasie. Kłopot tylko w tym, że skoro stoi się na stanowisku, iż solidarność z innymi jest narodową specjalnością, to bardzo trudno jest przyjąć oskarżenia o brak solidarności. Jeżeli ma się opinię o sobie jako niewinnej ofierze innych, zaś o własnej historii jako wspaniałej, a tu ktoś mówi, że są plamy na honorze, to trudno patrzeć na te plamy. Przy takim nastawieniu, podzielanym, jak sądzę, przez bardzo wielu Polaków, zarzut negatywnego zachowania podczas okupacji burzy konstrukcję. Społeczność zaś w swojej historii dziedziczy wszystko – choć co prawda nie musi, a pewno nawet nie powinna, żyć tym dziedzictwem przez 24 godziny na dobę. Tymczasem w rozważanej sprawie podejście jest odmienne: co dobre, dziedziczy cały naród, a czyny złe były izolowane – więc nie obciążają. Jeśli nie można ich wywabić wobec oczywistych faktów, to trzeba te fakty pomniejszać choćby przez zestawienie z wielkością dobra. Nawet gdy nie neguje się istnienia szmalcowników, to podczas obchodów 50-lecia Marca powtarza się w kółko, ze podczas okupacji liczyli się nie szmalcownicy, ale Sprawiedliwi. Zresztą szmalcownicy – w tej narracji – swym działaniem sami usunęli się poza naród jako pomagający Niemcom, wbrew narodowi, który, poza takimi wyjątkami, pomagał Żydom.

Sprzyja temu działanie mechanizmu wyparcia. O niektórych sprawach łatwo się zapomina. Gdy wybuchła sprawa Jedwabnego, Andrzej Łapicki zanotował w swoim dzienniku, pisząc o ówczesnej PWST (dziś Akademia Teatralna w Warszawie): „Tematem nr 1 jest Jedwabne. Ogólne zdziwienie, jak to możliwe”[71].

***

Bardzo charakterystyczna dla omawianego kierunku działań była nowelizacja ustawy o IPN (2018). Została ona przeprowadzona przeciw osobom dyskredytującym naród polski. W moim przekonaniu miała zahamować wszystko, co miałoby pokazywać negatywy obecne w polskich dziejach, a w szczególności refleksję nad ewentualnymi negatywnymi zachowaniami polskich chrześcijan wobec polskich Żydów podczas wojny. Faktycznie kierowała się przeciw głosom miejscowym – autorzy zagraniczni byli przecież nieosiągalni. W moim przekonaniu jej twórcy realizowali swoje autentyczne ambicje narodowe, chcieli się też pokazać narodowi jako obrońcy jego chwały. Poszli drogą Turcji, karzącej za „oczernianie Tureckiego Narodu” i jego instytucji zarzutami w sprawie ormiańskiej[72]. Przedmiot sprawy jest w wielu aspektach odmienny, ale pomysł jej załatwienia podobny. Postawa Turcji jest wyraźniejsza zarówno od strony owego przedmiotu, jak od strony tureckich kompleksów na tle uznawania własnej wartości przez siebie samych i przez innych. Oba zagadnienia znajdą się jednak kiedyś blisko w wykładzie problematyki odnoszenia się do historii.

Z prawniczego punktu widzenia dokument nowelizujący ustawę o IPN-ie nadawał się tylko do wyrzucenia. Niezależnie od meritum, rzucało się w oczy, że nie określono, kto jest narodem, co jest jego dyfamacją, co jest twórczością artystyczną lub naukową, które to typy działalności wyłączono z zagrożeń przewidzianych przez ustawę. Niezależnie od ułomności formalnych, ważniejszy był jednak czynnik nieuzasadnionego hamowania refleksji. Pewien senator PiS-u 1 lutego 2018 r. mówił przed kamerami, że Jan Tomasz Gross i Olga Tokarczuk to polakożercy. Na pytanie dziennikarza, czy zostaną skazani, uspokoił, że prawo nie działa wstecz. No, całe szczęście!(sic!). Senator dodał jednak: „Ale mam nadzieję, że się powstrzymają”. Tymczasem wypowiadał się o najciekawszych autorach piszących o tych sprawach. Może myśleć o nich, co chce, jego prawo. Może polemizować. Nie powinien jednak hamować refleksji.

Ustawa miała skutki kontrproduktywne[73]. Jeśli celem byłoby, zgodnie z deklaracjami jej autorów, wyeliminowanie terminu „Polish Death Camps” z obiegu w świecie[74], to stało się odwrotnie. W ciągu paru tygodni miliony ludzi szukały tego terminu w Internecie. Powstało wrażenie, że Polska ma powody, żeby bać się refleksji nad okupacyjną przeszłością. Ustawa miała opłakane skutki międzynarodowe dla Polski. Pod wpływem nacisku USA oraz Izraela rządzący wycofali się z przewidzianej w niej penalizacji inkryminowanych czynów, pozostawiając wszakże istotę postanowień.

Mimo to wszystko wnioskodawcy ustawy uparcie przedstawiali ją (może zgodnie z własnymi uczuciami, kto wie?) jako sukces. Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz zadeklarował nawet, że nowelizacja ustawy o IPN sprzyja „umacnianiu miejsca Polski w świecie, wykazała, że Polska potrafi walczyć o swoje, a przede wszystkim, że prawda historyczna jest po naszej stronie”[75]. Twierdzono, że dopiero pod jej wpływem Niemcy uznały swoją winę. Podnoszono, że premier Netanjahu podpisał wraz z premierem Morawieckim deklarację, w której była mowa zarówno o antysemityzmie, jak o antypolonizmie. Wszystko to nie miało wiele sensu.

Dawid Warszawski: Tymczasem politycznie Warszawa i Jerozolima są w pełnej harmonii. Oba rządy usiłują właśnie zlikwidować niezależność swych Sądów Najwyższych, oba walczą z niepatriotycznymi festiwalami filmowymi, oba piętnują jako zdrajców te krajowe organizacje, które je krytykują za granicą. Gdyby zrobić dziś wspólne posiedzenie, odpowiedni ministrowie mogliby za siebie kończyć rozpoczęte zdania. Polska była jedynym bodaj państwem Unii, które nie skrytykowało izraelskiej ustawy zasadniczej o państwie, dającej w nim Żydom uprzywilejowaną pozycję. Izrael też pewnie nie skrytykowałby izraelskiej ustawy o IPN, gdyby nie to, że karała ona za dochodzenie prawdy akurat o polsko-żydowskich stosunkach. Wybuchła największa awantura we wznowionych w 1990 r. stosunkach dwustronnych. Zakończyła ją deklaracja obu premierów, groteskowa nie tylko ze względu na treść, ale i na pomysł, że to premierzy są od ustalania historii. Rzecz znacząca, nie poddano jej pod głosowanie gabinetów, o parlamentach nie wspominając – na rzeczonej harmonii grać mogą tylko niektórzy muzycy, i tylko wybrane melodie[76].

Etgar Keret, pisarz izraelski: Trudno o bardziej pusty dokument. Ale trzeba było jakoś przyklepać sprawę, na czym zależało Polakom, a Netanjahu miał to gdzieś. Niewiele go obchodziło, że w tej deklaracji znów podkreślany jest polski heroizm i pomniejszane polskie zbrodnie. Słowo „antysemityzm” pada tylko raz i w bardzo ogólnym kontekście. Poza tym to zbiór komunałów[77].

Prawica syjonistyczna nieraz w historii paradoksalnie nieźle rozumiała się z polską prawicą w różnych sprawach. Wyżej była już mowa o poparciu międzywojennej Polski dla syjonizmu. Premier Netanjahu miał swój własny interes polityczny w poparciu rządu polskiego. Wątpię, czy można go uważać za wielki autorytet moralny – o czym warto pamiętać, gdy się chwali sukcesem. Wkrótce podjął zresztą dawny wątek, nawet jeśli potem zamulano jego wypowiedź. W lutym 2019 r. na konferencji bliskowschodniej w Warszawie (!) powiedział mianowicie, że Polacy kolaborowali w Holokauście („Polacy współpracowali z nazistami i nie znam nikogo, kto byłby pociągnięty za takie stwierdzenie”)[78]. Niedługo po nim Israel Katz, pełniący obowiązki izraelskiego ministra spraw zagranicznych, podtrzymał dawniejsze, niedobre powiedzenie premiera Icchaka Szamira, jakoby „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki” (Szamir się z niego wycofał, ale Katz jednak powtórzył!). W konsekwencji premier Morawiecki musiał odwołać jazdę do Jerozolimy na szczyt Grupy Wyszehradzkiej… Wszystko to mało potwierdzało sukces, którego wyrazem była jakoby deklaracja Netanjahu–Morawiecki.

Skądinąd zrównywanie antypolonizmu z antysemityzmem jest bardziej niż wątpliwe. Nawet gdyby założyć, że ten pierwszy istnieje w znaczących formach, co pewna liczba autorów i polityków zakłada, to oba zjawiska nie są identyczne ani pod względem rozmiarów, ani charakteru. O ile wiem, nawet jeśli ktoś nie lubi Polaków, to nie mówi, że Polacy chcą zapanować/panują nad światem, nie mówi o „polonokomunie” ani o Polakach jako krwiopijcach itd. Podnoszenie, jakoby Niemcy dopiero dzięki ustawie uznały swoje winy, zupełnie nie jest prawdą. Warto pamiętać, jak to Willy Brandt ukląkł przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie (nie mówiąc o innych deklaracjach najważniejszych postaci w życiu niemieckim, odnoszących się do wywołania wojny i popełnionych zbrodni).

***

Można oczywiście postawić pytanie, jak liczna część narodu myśli podobnie do ideologów PiS-u. Czy ten obraz narodu ofiarnego i heroicznego, moim zdaniem pokrywający kompleksy, kompensacyjny, jest obrazem dominującym? Zapewne nie jest ogólnonarodowy[79]. Trudno wszakże założyć, ażeby rządząca partia i na ogół sprzyjający jej Kościół katolicki fundamentalnie nie wyczuwały, co ludzie chcą słyszeć. Sądzę, że po prostu same ich elity też reprezentują mentalność zbliżoną do większości. Po epizodzie nowelizacji ustawy o IPN-ie pojawiła się fala głosów w różnych formach, broniących rzekomo atakowanego narodu. Ich treść była zróżnicowana. Nie musiała być nawet najgorsza. Nieraz, pozornie niewinna, odgrzewała jednak stare stereotypy. Trzeba było, zgodnie ze stereotypami o zachłannych Żydach, twierdzić, że tak działają, gdyż chcą odzyskać utracone dobra materialne, majątki. Nawet prof. Grossa pomówiono o chęć zrobienia interesu na tym wszystkim. W marcu 2011 r., dwa dni po oficjalnym rozpoczęciu sprzedaży książki Grossa Złote żniwa[80], na ekranach krótkich informacji bieżących w warszawskim metrze pojawiła się notatka, że według księgarzy ludzie nie rzucili się na książkę; wielkość sprzedaży nie porażała. No cóż, informacja jak informacja; porażał natomiast jej tytuł: „Nie będzie złotych żniw, panie Gross”. Przecież to była sugestia, że Gross robi wszystko, co robi, z niskich motywów, że chce się wzbogacić na mówieniu o tępieniu Żydów w Polsce… no… że robi geszeft.

Z natury rzeczy trudno określić, jak częste były różnorodne głosy tej fali, a zwłaszcza jaki był ich udział w całej debacie publicznej. To, co głośne lub co zwraca uwagę, zawsze robi większe wrażenie. Gdy przed wejściem na Targi Książki Historycznej na warszawskim Podzamczu stoi samochód z bardzo mocnym głośnikiem, z którego płynie powtarzany w kółko tekst o żydowskich roszczeniach i żydowskiej wersji historii (2019), to nie myśli się o masie ludzi przepływającej obok; oni najpewniej w większości by woleli, żeby tego samochodu nie było. Takie głosy na pewno nie były wszakże jednostkowe. Zauważono je na świecie. Trudno zresztą, by było inaczej, skoro osoby przyznające sobie rolę obrońców narodu weszły nawet na konferencję w kwestii badań nad stosunkami chrześcijańsko-żydowskimi w Polsce, zorganizowaną w Paryżu w lutym 2019 r. w siedzibie École des Hautes Études en Sciences Sociales, czyli uczelni od czasów głębokiej PRL wyjątkowo pomocnej Polsce[81]. Spotkanie było zatytułowane „Nowa polska szkoła w historii Holokaustu / La nouvelle école polonaise d’histoire de la Shoah”. W dniach poprzedzających organizatorzy otrzymali list protestacyjny. Sygnatariusze, w imieniu kilku polskich organizacji, protestowali przeciw udziałowi osób, których standardy jakoby „nie odpowiadają podstawowym zasadom spolegliwości naukowej obowiązującym w EHESS i normom wypracowanym pod egidą Narodów Zjednoczonych, a ich działania cechują się ksenofobią i antypolskością”. Konkretnie wyrażono w liście zdziwienie zaproszeniem Jana Grabowskiego, Jana Tomasza Grossa, Barbary Engelking, Jacka Leociaka, Joanny Tokarskiej-Bakir, Agnieszki Haski i Anny Bikont, skoro „tym, co te osoby łączy, jest brak spolegliwości ich badań oraz antypolska aktywność popularyzatorska”. Wyrażono zdziwienie, że nie zostali zaproszeni „niezwykli badacze przedstawiający wyniki badań i oceny odmienne od prezentowanych przez badaczy wyżej wymienionych”. Dalej podniesiono zarzuty przeciwko konkretnym osobom o rzekome kłamstwa i szkalowanie Polski, przypomniano straty polskie i pomoc dla Żydów, również udział Polaków w wyzwoleniu Francji i francuskie grzechy z okresu okupacji, także wobec Żydów.

Osoby, które weszły z zewnątrz na samą konferencję, krzyczały: „zdrajcy”, „kłamcy”, „komuniści”, „Powinniście się wstydzić”. Różni świadkowie mówili, że słyszeli też inwektywy: „parchy”, „świnie, „żydowscy komuniści”[82].

Mało dałoby się wskazać działań tak psujących opinię Polski we Francji, jak ten epizod. W wydanym oświadczeniu protestowała uczelnia-gospodarz konferencji oraz francuska minister nauki Frédérique Vidal w liście do Jarosława Gowina. Jak wszystko wskazuje, ten nie przejął się nadmiernie jej protestem.

Niedługo później w Warszawie, w TVP (23 lutego 2019), Jan Pospieszalski mówił o naukowcach z Centrum Badań nad Zagładą Żydów: „To są ludzie, którzy wyszli z bolszewii, z Sowietów, i oni mentalnie ciągle tkwią w tej sytuacji”[83]. Na pasku „Wiadomości” głoszono: „Festiwal antypolskich kłamstw”, a prof. Mieczysław Ryba z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego mówił: „Czas skończyć z wydawaniem polskich pieniędzy na publikacje, które uderzają w dobre imię Polski”[84]. Prof. Jacek Bartyzel z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu napisał na Facebooku: „Nie mogę mieć innego uczucia niż bezbrzeżnej pogardy dla tych Polaków (z metryki), którzy kalają własne gniazdo, gorliwie przyłączając się do polakożerczej kampanii pomówień”. Potem jeszcze obrazowo mówił, że krytykowani przezeń naukowcy powinni być ukarani „chłostą” i „zamknięci w więzieniu”[85].

Krytyki czołowego dorobku Centrum, czyli wydawnictwa Dalej jest noc, nie przynoszą mocnych argumentów, raczej przypominają „dawanie odporu”, znane z czasów komunistycznych.

***

Prawda, że władze, także obozu obecnie rządzącego, nieraz podkreślają, że przedstawiciele mniejszości są obywatelami – ale sam fakt, że czują się w konieczności to podkreślać, skądinąd pozytywny, nie świadczy dobrze o dominującej sytuacji. Przemawiając na pierwszym posiedzeniu Sejmu RP IX kadencji (12 listopada 2019), prezydent Duda mówił, że Polska jest jedna i wspólna, że na polskich cmentarzach wojennych leżą żołnierze różnych wyznań, że oni byli Polakami, choć mieli różne pochodzenie. Takich wystąpień można oczywiście przypomnieć więcej. Prawda, że Muzeum Polin zostało zbudowane z walnym udziałem miasta Warszawy, a podstawowe decyzje zostały podjęte, gdy jej prezydentem był Lech Kaczyński; jest odwiedzane masowo, nie tylko przez wycieczki Żydów ze świata, ale przede wszystkim przez ludzi tutejszych. Różne miasta upamiętniły i nadal upamiętniają żydowską część swoich mieszkańców. W kontekście Katynia pamięta się także o żydowskich ofiarach, zaś Baruch Steinberg, Naczelny rabin WP, zamordowany w Katyniu, został pośmiertnie awansowany (2007) i w ramach obchodów stulecia niepodległości w 2018 r. odznaczony orderem Orła Białego. W kompozycji warszawskiego pomnika Poległym i Pomordowanym na Wschodzie uwzględniono symbole mniejszości religijnych (narodowych), w tym żydowskie. Podobnie uczyniono w kompozycji plastycznej poświęconej ofiarom Katynia w bazylice św. Brygidy w Gdańsku – co jest tym bardziej znaczące, że cały wystrój w tym kościele jest niemal podręcznikowo wyrazem katolicko-narodowo-martyrologiczno-heroicznej wizji historii Polski; jest też znaczące z uwagi na rolę tego kościoła w najnowszej historii oraz współczesnym życiu społecznym.

Zarówno w warszawskim pomniku, jak u św. Brygidy obecność symboli mniejszościowych jest nieproporcjonalna do rzeczywistej, większej obecności mniejszości w upamiętnianych tragediach. Pamięć o powstaniu w getcie warszawskim z trudem przebija się – i to dopiero od niedawna – do kanonu polskiej tradycji. Prawda, syreny w Warszawie zawyły w rocznicę tego powstania w 2018 r., ale nie bez dyskusji nad sprawą. Nie mówi się „pierwsze powstanie warszawskie”, tylko „powstanie w getcie” – jak gdyby obszar getta nie był częścią Warszawy. Minister Mariusz Błaszczak, wymieniając 12 sierpnia 2018 r. wszystkich wojowników z historii Polski, których miały przedstawiać grupy rekonstrukcyjne w ramach defilady podczas święta WP, wymienił, co jasne, powstańców warszawskich, ale już nie powstańców z getta warszawskiego. Mimo takich słabości ważne, że wątek pamięci o Żydach czy, szerzej, o różnych mniejszościach, stopniowo przebija się. Badaczom nieraz nie jest łatwo, ale badania trwają.

W rozważanym kontekście trzeba jeszcze uczynić zastrzeżenie, że myślenie o narodzie w kategoriach wyłączających „innych” i podobnie formujące pamięć historyczną może ustawiać poza granicą narodu ludzi także bez związku z ich „pochodzeniem”. W końcu nieraz w dziejach przeciwnicy bywali kwalifikowani jako ludzie spoza narodu, jako czujący i myślący inaczej niż „wszyscy”, wręcz jako zdrajcy. Współcześnie w Polsce zaistniały poważne opory przeciwko pochowaniu Miłosza w miejscu honorowym, część narodu podobnie podchodzi do pamięci Gombrowicza, jeszcze inni (a może ci sami) ani trochę nie widzą powodu do narodowej dumy z otrzymania Nagrody Nobla przez Olgę Tokarczuk – a można się domyślać, że widzieliby taki powód w wypadku innej osoby.

***

Zdumiewa siła, z jaką co pewien czas wśród spraw historycznych wybucha w Polsce sprawa żydowska, w końcu już dosyć dawna. Sprawia to wrażenie uczulenia. Zupełnie jak gdyby ta sprawa wciąż uwierała. Dyskusja o Jedwabnem była najżywszą dyskusją historyczną w Polsce – nieporównywalnie większą niż to, co rozbrzmiewało o komunizmie. Najnudniejsze zajęcia uczelniane ożywiają się, gdy dochodzi do rozważania zagadnień związanych z tą tematyką. „W Polsce publikacje na temat historii polsko-żydowskiej stają się zwykle wezwaniem do stoczenia kolejnej bitwy w nieustającej wojnie między tymi, którzy »oczerniają naród polski«, a ich przeciwnikami, którzy »wybielają polską historię«”[86]. Marszałek senatu (2015–2019) Stanisław Karczewski, na ogół wyjątkowo spokojny, występując w TVN24 w kwestii nowelizacji ustawy o IPN, dosłownie trząsł się. W 50-lecie (!) Marca namiętności były tak silne, jakby rzecz działa się wczoraj. Jakie trzeba mieć zbiorowe kompleksy, by tak ciągle bronić dumy narodowej i dobrego imienia kraju? Siła obrony plemiennej jest przecież reakcją niepewnych swego. Po otrzymaniu nagrody Nike w 2015 r. Olga Tokarczuk mówiła, że historia Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, który nie splamił się złym stosunkiem do mniejszości, jest wymyśloną legendą. Odnosząc się do swoich Ksiąg Jakubowych, mówiła o ksenofobii XVIII-wiecznej Polski. Uznanie jej słów za odnoszące się do czasów dzisiejszych – nie mówiąc o fali nienawiści, jaka się wobec niej podniosła – tylko potwierdzało, jej zdaniem, że ocena jest aktualna. Niedługo potem Jarosław Kaczyński powiedział, że „[a]kcja obrażania Polaków ma ogromną, można powiedzieć globalną skalę”[87].

Etgar Keret, w kontekście nowelizacji ustawy o IPN: Weźmy na przykład pamięć o Holokauście. Każde prawo, które będzie próbowało zakazać mówienia o jakichś wydarzeniach, zadziała dokładnie odwrotnie. Dlaczego? Bo pokazuje, że jego twórca czuje się niepewnie.

[Pytanie:] Chodzi o awanturę wokół polskiej ustawy o IPN?

Oczywiście, ale nie tylko. Gdy Erdoğan wprowadził prawo zakazujące mówienia o tureckim ludobójstwie na Ormianach w czasie I wojny, z pewnością nikogo nie przekonał do swojej wersji historii. Co więcej, dopiero wtedy wiele osób na całym świecie po raz pierwszy usłyszało o tej tragedii.

W przypadku polskiej ustawy działa ten sam mechanizm. Relacje polsko-żydowskie w czasie II wojny były bardzo skomplikowane – to jedyna rzecz, jaką można z całą pewnością powiedzieć. Byli bohaterowie, którzy z narażeniem życia ratowali innych, byli też tacy, dla których była to wspaniała okazja, żeby dać upust antysemickim żądzom. Jak zawsze, nie ma jednej słusznej wersji historii. Każdy, kto uważa inaczej, robi to ze strachu[88].

Swego czasu wyodrębniłem następujące funkcje kultywowania wiedzy o historii, czy też promowania konkretnego obrazu historycznego: szukanie w historii argumentów za swoim stanowiskiem, szukanie w niej punktu odniesienia, doszukiwanie się korzeni własnych i grupy, doszukiwanie się znaku tożsamości, poszukiwanie nauk życiowych, czerpanie pewnych symboli dla formułowania wypowiedzi o współczesności, szukanie lepiszcza grupy, czasem schronienia, czasem dowartościowania, czasem narzędzia legitymizacji własnych działań lub delegitymizacji czyichś, traktowanie elementów historii jako instrumentu oporu wobec kogoś, także jako instrumentu oddania sprawiedliwości pokrzywdzonym oraz rozliczenia winnych, no i ostatecznie środka zaspokojenia ciekawości poznawczej i formy dla zabawy[89]. Odnoszę wrażenie, że nie od dziś historia jest w Polsce instrumentem kompensacji złego samopoczucia (z czego właściwie płynącego?) lub niezrealizowanych nadmiernych ambicji (wbrew pozorom kompleksy niższości i wyższości bywają bliskie).

Piotr Semka sformułował opinię: „To, co mnie szczególnie przeraziło w kontekście nowelizacji ustawy o IPN, to skala samonienawiści wśród polskiego społeczeństwa”[90]. Otóż mnie nie zaskakuje „samonienawiść”, której nie widzę, ale podejrzewam silne kompleksy. Jeśli nawiązać do podniesionej już sprawy celu wprowadzenia nowelizacji ustawy o IPN-ie, to sądzę, że przeprowadzona operacja historyczna miała za cel – niekoniecznie uświadomiony lub niekoniecznie w pełni uświadomiony – oddziałanie w kierunku dowartościowania społeczności oraz dostarczenia kleju, który ją zjednoczy jako taką, a zwłaszcza wokół tych, którzy w jej obronie zabrali głos. Elementem całej sprawy jest obraz stosunku świata do Polski przedstawiany przez obóz rządzący. Widać na nim liczne zagrożenia (jakiś czas temu byli to niezlustrowani komuniści, teraz LGBT, wrogowie rodziny, imigranci, liberalizm, obcy kapitał, sklepy wielkopowierzchniowe należące do obcych sieci…). Przejawia się w tym wszystkim jakaś dla mnie niezrozumiała potrzeba bycia tępionym. Zauważono, że „za sprawą prawicowych mediów odżyła wizja Polski – samotnej męczennicy otoczonej przez stada wrogów”[91]. Mówi się o „przemyśle pogardy” wobec prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W dyskursie na temat katastrofy smoleńskiej też jest taki akcent, poczynając od nacisku, jakoby była ona skutkiem zamachu. Pojawiał się on w „miesięcznicach” smoleńskich, gdy nawet białe róże kontrmanifestantów były jakoby ich groźnym instrumentem. Pojawia się w różnych deklaracjach wątek, że Polska jest ofiarą Brukseli i Berlina, ponieważ „wstaje z kolan”. W wypowiedziach łączono już nawet „hejt” wobec Polski w sprawie stosunku do Żydów z „hejtem”, jaki obserwuje się wobec „dobrej zmiany”. Czasem powstaje obraz, jakoby Polska była generalnie atakowana. Ponieważ trudno posądzać kogoś o manię prześladowczą, zastanawia, czy nie działa w takim kierunku świadomość, że elity często nie popierają obozu rządzącego, a one są jednak w jakimś stopniu punktem odniesienia? Może poczucie zagrożenia procesem globalizacji i ze strony instytucji UE, która jakoby zagraża „samej tkance narodotwórczej” narodu polskiego przez depolonizację i dechrystianizację – bo taka jest rzekomo istota liberalizmu[92]?

Przyjęcie przez Kongres USA ustawy nr 447, wzywającej Europejczyków do zwrotu Żydom zabranego majątku, dodatkowo ten obraz wzmacnia. Podczas konferencji bliskowschodniej w Warszawie na początku 2019 r. sekretarz stanu USA podniósł sprawę restytucji majątku ofiar Holokaustu – a wkrótce potem pojawiły się głosy, że Polska nie będzie płaciła za niemieckie zbrodnie, że Żydzi powinni adresować swoje roszczenia do Niemiec, zaś PiS jest gwarantem bezpieczeństwa przeciw roszczeniom żydowskim. Obawy przed nimi podskórnie chyba nurtowały już dawniej (przed ewentualnymi pretensjami niemieckimi na ziemiach zachodnich i północnych zresztą też). Usłyszeliśmy, że Polska nie pozwoli na kierowanie przeciw niej „antypolonizmu”. Deklaracja Netanjahu–Morawiecki, potępiająca antypolonizm na równi z antysemityzmem, mogła służyć jako dowód, że jest przed czym się bronić (a rząd broni skutecznie!). Na pytanie o przyczynę, dla której Beatę Szydło jako premiera zastąpił Mateusz Morawiecki, Jarosław Kaczyński odpowiedział: „Zmiana premiera podyktowana była przede wszystkim wiarygodnymi sygnałami o nowej, wielkiej ofensywie przeciwko Polsce, i to o skali międzynarodowej. Chodziło o próby przypisania nam już nawet nie tylko »faszyzmu«, lecz wprost »hitleryzmu«, co na pewno nie było przypadkiem. Potrzebowaliśmy osoby, która byłaby w tej sferze skuteczna. Jeśli wziąć pod uwagę deklarację polsko-izraelską, będącą naszym naprawdę ogromnym sukcesem, co niektórzy w końcu zaczynają doceniać, było to oczekiwanie dobrze ulokowane”[93].

Elementem postawy walki i obrony jest podniesienie postulatu uzyskania od Niemiec reparacji wojennych. Szans na to nie ma żadnych. Ryzyko jest duże, bowiem rozgrzanie postępowania otworzyłoby sprawę Ziem Zachodnich i majątku pozostawionego tam przez Niemców. Podniesienie zaspokaja jednak najpewniej poczucie niedowartościowania autorów propozycji oraz jest wygodne w polityce wewnętrznej, a przynajmniej w polityce wobec własnego elektoratu. Dla obserwatora stojącego z daleka od realizacji polityki zagranicznej wszystko to sprawia wrażenie działania bardziej na opinię wewnętrzną. Nie widać żadnych oznak przeciwdziałania dobrym stosunkom między państwami czy choćby tylko oziębiania kontaktów.

W niejednym ustroju i w niejednym nurcie politycznym występowała potrzeba walki. W Polsce – niedaleko szukając – odczuwali ją komuniści. Potrzebowali walki z imperializmem, z kułakami, z syjonizmem, walki o plan, walki zaostrzającej się w miarę zbliżania się do zwycięstwa (Stalin)… już nie mówiąc o roli walki klas w tej wizji historii. W Polsce jest to jednak raczej potrzeba obrony – i dopiero w tym sensie walki. Posłużenie się odwołaniami do historii jako komunikatem dla innych grup – co zdarza się często – jest bezpieczniejsze od walki poruszającej sprawy dzisiejsze, nawet ograniczonej do słów.

Szeroka fala dyskursu publicznego jest zorientowana w kierunku akcentowania żalu do świata. Słyszymy ciągle, że świat nie ceni Powstania Warszawskiego. Było się szczęśliwym, że prezydent Trump docenił je, w 2017 r. przemawiając – nieprzypadkowo – na tle pomnika na pl. Krasińskich. Nie mówi się przy tym, że świat przesadnie nie ceni bohaterstwa nieuwieńczonego sukcesem. Słyszymy ciągle żale, że świat lepiej widzi upadek muru w Berlinie niż strajk gdański i „Solidarność”. Nie chce się zauważyć, że Berlin jako miasto podzielone był symbolem podzielonego świata. Nie bierze się też pod uwagę, że – w ramach tej samej „polityki historycznej” – w Polsce dużo zrobiono, by zniszczyć legendę Sierpnia. Przecież – jeżeli w ogóle podchodzić do historii w kategoriach dumy – Polska mogłaby być dumna z pokojowej transformacji, ale część opinii woli mówić o „zdradzie z Magdalenki” itp. No i do tych frustracji dochodzi obraz świata źle mówiącego o Polsce. Przy okazji nowelizacji ustawy o IPN-ie przewijał się wątek: Polacy pomagali Żydom, a są pomawiani. To miał być jeszcze jeden sygnał dla współczesnej opinii w Polsce, że może cieszyć się z własnej wspaniałości, a PiS walczy o przywrócenie jej należnej znakomitej noty. Zamiast ograniczenia się do dyplomatycznych protestów w wypadku niedobrych opinii formułowanych na szczeblu państwowym – co byłoby normalne i co zresztą najpewniej jest robione – uczyniono sprawę słyszalną na szczeblu całego narodu, nadano jej wagę taką, jak gdyby izraelskie (żydowskie?) samoloty leciały na Polskę.

***

Na całym świecie i wobec zapewne wszystkich narodów istnieją różne, w tym negatywne stereotypy. Nie wszyscy ludzie wszystkich narodowości są wszędzie lubiani. Z pewnością istnieją także ludzie nielubiący Polaków. Takie dowcipy, jak swego czasu „Polish jokes” funkcjonują o niejednym narodzie, a w PRL były przetwarzane na dowcipy o milicjantach. O Francuzach nieraz mówi się „żabojady”, o Włochach „makaroniarze” itd. Uogólnione zarzuty rasizmu, wręcz antysemityzmu, pojawiły się w odniesieniu do niejednego kraju. Wręcz nazwy niektórych krajów/narodów stały się synonimami głupoty czy ograniczonej sprawności umysłowej tamtejszych obywateli. Sam unikam takiego mówienia jako głęboko niesmacznego, ale też nie wyobrażam sobie premierów tych krajów podnoszących larum z powodu pojawienia się złych czy głupich stereotypów i pomówień. Czy drogą do eliminacji ewentualnych uogólniających oskarżeń nie jest właśnie mówienie samemu otwarcie o negatywach? Łatwo zgodzić się z Władysławem Bartoszewskim, że „prawda nie leży pośrodku, prawda leży tam, gdzie leży”[94]. Pytanie jednak, co jest ową prawdą, a także czy rząd, za sprawą rządzącej partii, ma się zajmować jej ustalaniem i prowadzić „politykę historyczną”? Czy wszyscy powinni –się z nią zgadzać pod rygorem intelektualnego wykluczania ze wspólnoty narodowej albo – w świetle nowelizacji ustawy o IPN – potępienia nie tylko intelektualnego? Czy nie jest zwyczajne, że wizja historii jest wielokierunkowa? Czy we Francji lub w USA nie ma różnych wizji nawet w kwestii tak kanonicznych wydarzeń jak rewolucja 1789 r. bądź wojna secesyjna? Czy regiony lub grupy etniczne w Australii, Kanadzie, USA itd. nie mają nieraz innych wizji dziejów? Mimo to zainteresowane kraje nie rozsypują się. Prawda, w Hiszpanii jedność kraju i narodu są zagrożone przez tendencje separatystyczne – ale czy byłyby one naprawdę słabsze, gdyby bez reszty ujednolicić nauczanie historii i kultury w granicach państwa, choćby w szkołach?

Jeżeli nawet można dopatrzeć się pewnych długofalowych, niekorzystnych dla Polski zjawisk, takich jak uznawanie Polaków za antysemitów, to nie zmieni się ich żadnym dekretem. Takie rzeczy można zmienić jedynie długotrwałą pracą w kierunku uczciwej autorefleksji nad historią. Ma rację Jan Tomasz Gross, gdy mówi: „Trzeba sobie wreszcie przyswoić tę prawdę historyczną, że byli w czasie okupacji bohaterowie na barykadach, ale był też tłum współobywateli, których zamordowano z pomocą naszych przodków. Powiedzmy to wreszcie głośno. Wpiszmy do podręczników historii. I żaden sufit się nam z tego powodu na głowę nie zawali. Wszystko straszne, co się mogło wydarzyć w tej sprawie, już się wydarzyło; już nic na to nie poradzimy; niczego w tej koszmarnej przeszłości nie da się poprawić. I możemy teraz albo komplikować sobie życie bez końca i wystawiać na pośmiewisko, kłamiąc na temat własnej historii – vide reakcja na świecie na poprawki do ustawy o IPN-ie – albo otwarcie w przestrzeni publicznej mówić prawdę i się wreszcie, że tak powiem, uspokoić[95].

Do zmiany opinii na świecie trzeba nie dekretu, ale eliminacji antysemityzmu czy, szerzej, szowinizmu, obecnie. Dowolny epizod czy manifestacja szowinistyczna – a takie zdarzają się przecież – odbija się za granicą silniejszym echem niż przeciwna wypowiedź prezydenta. Niektóre działania samego prezydenta też zresztą osłabiają jego głos w rozważanej sprawie – jak wstrzymywanie nominacji profesorskiej Michała Bilewicza z UW, którego badania poświadczały niedobry poziom uprzedzeń wobec Żydów w społeczeństwie. Powtórzmy, że z tego punktu widzenia skutki nowelizacji ustawy o IPN były fatalne. Nie tylko za granicą, o czym była mowa, ale i w Polsce. Do ambasady Izraela, Muzeum Auschwitz, także do Muzeum Polin napłynęły nienawistne listy. Celem mniej czy bardziej publicznych krytyk stał się zespół wspomnianego prof. Michała Bilewicza z UW. Prawda, że jest to fragment szerszego wzmożenia nacjonalistycznego w społeczeństwie, manifestacji nacjonalistów w marszach niepodległości, domieszki treści nacjonalistycznych w manifestacjach przeciwnych paradom równości. No i taki trend pojawił się teraz szerzej na świecie.

Niestety dały się też słyszeć bardzo niedobre wypowiedzi osób liczących się w życiu publicznym. Zapomnijmy ich nazwiska. Przynajmniej z tego powodu nie są warte zapamiętania. Usłyszeliśmy lub przeczytaliśmy, że „V kolumna w Polsce, osobniki bez polskich genów, wspierane z zewnątrz, coraz bezczelniej atakują i upokarzają państwo swego pobytu. Wgramolili się do Sejmu, mediów, samorządów i za mordowanie polskości pobierają jeszcze od swojej »ofiary« wysokie pensje. Kiedy to się skończy?”. Dowiedzieliśmy się o „hucpiarskiej tradycji”, która jakoby teraz każe odrabiać Żydom bierność (!) wobec Holocaustu. Publicznie padło stwierdzenie o „głupich względnie chciwych parchach”. Wszystko to nie pociągało żadnych konsekwencji zawodowych wobec głoszących takie sformułowania na polach ich działalności. No i wrócił obraz Polski jako kraju antysemickiego, uformowany – nie bezzasadnie – przed wojną, umocniony przez doświadczenie wielu Żydów podczas wojny, wzmocniony po wojnie, potem w 1968 r., natomiast chyba zmniejszony wraz z falą sympatii dla Polski w dobie „Solidarności”, także dzięki odważnemu podejściu do sprawy Jedwabnego. Nowelizacja ustawy o IPN-ie „stanowi przykład tego, jak w kilka miesięcy można roztrwonić długoletnie osiągnięcia”[96].

***

Polityka historyczna ante verbum dawała o sobie znać oczywiście od bardzo dawna. W czasach nam bliższych ma znaczących poprzedników – Stalina, Hitlera… Ci oraz inni dyktatorzy byli bardzo sprawni w tym zakresie. W PRL też prowadzono politykę historyczną – prawda, że w różnych okresach z różnym natężeniem i czasem w zmiennych kierunkach. Instytut Historii PAN miał nawet stworzyć nową wykładnię dziejów Polski – co niezbyt wyszło. Nawet dalecy od leninizmu komuniści, jakim byli Gierek oraz jego otoczenie, bardzo interesowali się, co o historii mówi się na wykładach TKN. Potem gen. Jaruzelski znaczną część swojej batalii toczył wokół wizji historii. Nawet wątki były te same. Wbrew dzisiejszej wizji propaganda komunistyczna nie tylko i nie zawsze wychwalała internacjonalizm i cechy ustroju. Wątki o wspaniałym narodzie i o tym, że jesteśmy dziesiątą (?) gospodarką świata, a zbudujemy drugą Polskę, czy że inni nas atakują, też tam występowały. O „antypolonizmie” peerelowskie gazety pisały w latach sześćdziesiątych; w ogóle nieraz trudno odróżnić niektóre obecne wypowiedzi i wypowiedzi z Marca. Wtedy też miał miejsce zalew tekstów o Polakach ratujących Żydów i o niewdzięcznych Żydach, którzy nie dziękują. Też pojawił się wątek żydowskich kolaborantów, jakże interesująco rozwinięty przez Ryszarda Gontarza[97]. No i zarówno komunistyczny establishment, jak nawet bojówkarze z okresu schyłku ustroju byli przekonani, że ratują Polskę, wręcz są spadkobiercami rycerzy spod Grunwaldu. Obecnie, jak napisał Rafał Stobiecki, „powrót do polonocentrycznej, prowincjonalnej i z ducha nacjonalistycznej wizji przeszłości staje się faktem”[98]. Na dodatek to państwo chce przypilnować kultywowania takiej wizji[99]. Jan Żaryn, w latach 2015–2019 senator, autor bardzo liczący się w kształtowaniu myślenia obozu władzy o historii, sformułował zalecenie, kierujące się oczywiście do wszystkich, którzy zechcą go słuchać – ale w tym również do państwowych środków komunikacji masowej: „Bez wątpienia jesteśmy dziś na takim etapie, na którym jako naród wiemy już, jak wielkim naszym obowiązkiem jest dbanie o pamięć o polskiej historii. W taki sposób, by zostały mocno wyartykułowane, podniesione te wątki, z których mamy prawo być dumni i z których mamy prawo brać przykład, jak z pokładów węglowych najpiękniejsze diamenty. Po to, byśmy stawali się bogatsi także my, współcześni”[100]. Otóż ja powiem inaczej: należy mówić o zamordowanej za pomaganie Żydom rodzinie Ulmów, której stworzono muzeum, dokąd premier Morawiecki zawiózł zagranicznych korespondentów – ale należy też mówić o tym, w jaki sposób zginęła ta rodzina. Nie można mówić tylko o diamentach.           

Niezależnie od pewnych koniecznych funkcji państwa w zakresie kultywowania pamięci historycznej (obchody rocznic, dbanie o pomniki oraz cmentarze, koordynacja prac nad programem szkolnym, zapewnienie funkcjonowania muzeów…) to nie parlament, nie minister kultury i dziedzictwa narodowego, nie wyspecjalizowana agencja rządowa ani nie prokuratura powinny ustalać wizję przeszłości. Mnie samemu nie podoba się nawet występujące obecnie w wielu krajach zagrożenie karne tzw. kłamstwa oświęcimskiego, na który to przepis zresztą też powoływali się obrońcy nowelizacji ustawy o IPN. Sądzę, że „kłamstwo oświęcimskie” powinno być traktowane raczej jako wykroczenie przeciw etyce zawodowej przez środowiska akademickie. W analogicznej z perspektywy praktyki życia naukowego sprawie został zresztą swego czasu wygrany proces przed Sądem Najwyższym USA. W 1954 r. prokurator generalny stanu New Hampshire zażądał od Paula Sweezy’ego – jako „czerwonego”, wykładającego marksizm na Uniwersytecie New Hampshire – informacji o jego wykładach oraz wglądu w notatki. Ten odmówił i poszedł do aresztu. Wyszedł za kaucją, sprawa toczyła się do 1957 r., gdy Sąd Najwyższy stanął na stanowisku, że treść wykładów jest sprawą społeczności akademickiej, a nie państwa lub prokuratora[101]. Inna sprawa, że taki casus, o ile wiem raz rozważany w Polsce przez środowisko zawodowe, skończył się tragicznie – samobójstwem potępionego (Dariusz Ratajczak, 2010). Prawda, że sprawa toczyła się także przed sądem, który uznał winę oskarżonego.

Nie jest prawdą, że Zachód, a zwłaszcza Niemcy przemilczają momenty historii nieprzynoszące im chwały. Od lat w krajach zachodnich dokonuje się rewizja historii. Nawet historii dawniejszej. W 1968 r. Kortezy odwołały akt wyrzucenia Żydów. W 1992 r., czyli w pięćsetną rocznicę wyrzucenia, Juan Carlos w jarmułce, wraz z Chaimem Herzogiem, prezydentem Izraela, modlili się w głównej synagodze Madrytu. W 2015 r. Hiszpania i Portugalia przywróciły potomkom wygnanych prawo do powrotu i odzyskania praw obywatelskich. Koncepcja „powrotu” w dalekim, kolejnym pokoleniu była w istocie bliska izraelskiemu „prawu powrotu”. Sprawa, która w samej Ameryce Łacińskiej interesuje – jak się wydaje – już chyba tylko badaczy, w krajach sprawców okazała się żywa po ponad 500 latach.

Prawda, że przez pewien czas po wojnie w wielu krajach preferowano milczenie. To się jednak od dawna zmieniło – przede wszystkim wraz z przemianą pokoleniową. Jest faktem, że czy to we Francji, czy w Niemczech debata została rozniecona przez historyków z zewnątrz. Sprawiało wrażenie, że miejscowi czują się za słabi na podniesienie pewnych spraw lub podzielają zdanie dominujące. Nie słyszałem jednak, by prokuratura w którymkolwiek kraju zachodnioeuropejskim, w Ameryce Północnej i Południowej czy w Australii i Nowej Zelandii (bo wszędzie dokonuje się rewizja historii!) podjęła śledztwo przeciwko takiemu zagranicznemu badaczowi, jak w Polsce przeciwko Grossowi – i to długo nie pozwalając go umorzyć mimo stanowiska przynajmniej jednego z prokuratorów (prowadzono je w latach 2015–2019).

Co nie najmniej ważne, warto pamiętać, że niektóre sprawy są „po prostu” bardzo skomplikowane i wieloznaczne. Traugutt był oficerem carskiego wojska – co nie dziwne. Znam oczywiście mało chwalebną karierę von Stauffenberga, którego nazwisko padło w polskiej dyskusji jako przykład nieuzasadnionego rozdmuchiwania przez Niemców chwały własnej opozycji antyhitlerowskiej. Wiem, że konspirujący oficerowie zwrócili się przeciw Hitlerowi, gdy zobaczyli, czym to wszystko za chwilę zagrozi, a przygotowane przez nich do ogłoszenia teksty też nie były sympatyczne. Chyba jednak lepiej, że zwrócili się przeciw? Chyba ich śmierć coś jednak odkupiła, a w każdym razie zmniejszyła naszą legitymację do ich negatywnego osądu? Chyba lepiej, że Niemcy podnoszą pamięć opozycji antyhitlerowskiej, niżby czyniły odwrotnie? Nie wszystko w historii jest proste jak drut.

Oprócz wymienionych Francji i Niemiec duże dyskusje nad historią miały i mają miejsce w Hiszpanii (sprawy wojny domowej i frankizmu), w Szwajcarii (pewne aspekty neutralności podczas wojny oraz sprawa wkładów zamordowanych Żydów w tamtejszych bankach), w Szwecji (sprawa pewnych aspektów neutralności podczas wojny, polityki wobec Lapończyków, także stosowania swego czasu zabiegów niedozwolonych przez współczesną medycynę), w Finlandii (kwestie stosunku do hitlerowskich Niemiec i komunistycznej Rosji), w Norwegii (stosunek do kobiet, które związały się z Niemcami, oraz do ich dzieci), w Austrii (stosunek do Żydów po Anschlussie), w Belgii i w kilku krajach postkolonialnych (sprawy stosunku do ludności kolonii)…

Nie tylko w Europie następuje obecnie szeroka rewizja historii. W Australii i Nowej Zelandii stanęła sprawa stosunku osadników do ludności rodzimej. W Japonii wraca sprawa różnych zachowań z czasów II wojny światowej. W USA i Kanadzie wraca sprawa ludności indiańskiej, w USA ludności afroamerykańskiej dziejów Konfederacji oraz jeszcze parę innych, w kilku krajach Ameryki Łacińskiej wyraźnie wraca kwestia Indian. Bardzo ciekawa jest ewolucja historiografii i dokonywane na polu historii wybory w Afryce Południowej.

Istnieją też kraje, które takiej rewizji skutecznie opierają się, budują obraz własnej wspaniałości. Turcja najpewniej nie uzna szybko własnej odpowiedzialności w sprawie Ormian, w Chinach nie usłyszymy szybko o różnych kwestiach epoki komunistycznej. Czy Polska przemyśli własne dzieje, czy dominującym kierunkiem będzie budowanie obrazu własnej wspaniałości? Warto pamiętać, że przemyślenie nie oznacza apriorycznego bicia się w piersi. Nie musi prowadzić do bezpardonowego ataku ani do zaciętej obrony. Nie jest też nieustająco dziś dokonywanym ważeniem liczby ratujących i liczby „szmalcowników”. Poza wszystkim sprawa nie sprowadzała się do tych dwóch skrajnych grup. Sytuacje były bardzo różne i reakcje ludzkie również. Przemyślenie nie oznacza obciążania grup jako całości odpowiedzialnością z jednej strony za wojennych łajdaków, a z drugiej stalinowskich łajdaków o żydowskich korzeniach. Przemyślenie oznacza badanie i dyskusję – czyli przeciwieństwo podejmowania działań na podobieństwo nowelizacji ustawy o IPN-ie. Miło, że w obecnym establishmencie czasem przebija się jednak akcent rewizji. Podczas gdy w trakcie obchodów 50. rocznicy Mmarca premier Morawiecki utrzymywał linię „co złe to nie my”, to prezydent Duda na w wystąpieniu 8 marca 2018 r. przyjmował historię Polski jako całość. Marcowych emigrantów prosił o wybaczenie Rzeczypospolitej, Polakom i „ówczesnej Polsce”[102]).

Może jednak powstać sytuacja, która nie będzie sprzyjać nie tyle krytycznemu czy po prostu nowemu przemyśleniu narodowej historii, ile właśnie budowaniu z niej dumy. Nawiązując do początku niniejszego wywodu, powiem, że myślenie nacjonalistyczne może się zaostrzyć. W różnych krajach można obserwować takie zjawisko, epidemia koronawirusa może mu zaś sprzyjać. Może więc środowisko rządzące dziś w Polsce dobrze wyczuwa tendencję światową. Jeżeli jednak ewolucja sytuacji pójdzie w kierunku wzmocnienia nacjonalizmów, do czego Polska – przy zachowaniu wszelkich proporcji – przyczyni się, to ten nowy, wspaniały świat nie będzie przyjemny. Będzie ksenofobiczny, populistyczny, z krajami zapatrzonymi tylko w siebie i uprawiającymi własne poletka. Może się nawet zdarzyć, że wyćwiczona na strzelnicach młodzież będzie musiała strzelać nie tylko do tarcz (odpukać w niemalowane drewno!). Wtedy jednak jej strzały i nawet amerykańscy żołnierze na miejscu nie zapewnią bezpieczeństwa, o szczęściu nie mówiąc. W lepszym wypadku Polska będzie w takim świecie „biednym krewnym” – jako prowincjonalny kraj pocieszający się rojeniami o potędze i własnej „lepszości”.

Historia jako dyscyplina przeszła poważną ewolucję, zainteresowała się różnymi, dawniej zaniedbywanymi problemami. Także polscy historycy napisali dużo ciekawych prac. W polskiej humanistyce pojawiły się próby nowych, syntetycznych wykładni – choć szkoda, że mało ich powstało akurat wśród historyków[103]. Tymczasem środowisko bliskie obecnym władzom zdaje się wciąż uważać historiografię tworzoną w tradycyjnym, dziewiętnastowiecznym, narodowym stylu za pożądany model, a już na przykład historii kobiet boi się podobnie jak niejasnej dla mnie „ideologii gender”.

Nie jest oczywiście wykluczone, że nawrót do historii tradycyjnej będzie następował w różnych krajach. Wzmożone dziś zainteresowanie przeszłością na świecie może wynikać z chwiejności obecnych czasów, szybkości zmian, którą ludzie źle tolerują, a zatem chcą zakorzenić się mocniej w przeszłości[104]. Może wynikać także z globalizacji, na którą reakcją jest chęć zaznaczania własnej tożsamości, do czego historia dobrze służy. Szybkość komunikacji, przemieszczania się, wszelkich zmian, nawet rozprzestrzeniania epidemii, rozwój technologiczny, częste przesunięcia w zatrudnieniu, rozpętanie konsumpcji i doskwierające poczucie, że czegoś się nie ma, dominacja światowych centrów, przeświadczenie, że bardzo mało zależy od siebie samego, że działają jakieś nieodgadnione i odległe siły, obawy wobec klimatu… niosą ze sobą utratę poczucia stabilności. Jerzy Jedlicki rzucił kiedyś myśl, że narody reprezentują własne, w miarę przytulne mieszkania, których ludzie potrzebują. „Nowoczesny naród – pisał – powstaje dlatego, że ludziom potrzebny jest dom, w którym będą się czuli u siebie i w którym nie będą się czuli gorszymi od innych”[105]. Ani świat, ani nawet Europa nie mogą być takimi „mieszkaniami”, są bowiem za duże, zbyt nieznane, zbyt zróżnicowane.

W Polsce nie od dziś nurtowała potrzeba dowartościowania – i PiS to wyczuło, a może jego zasadniczy krąg sam ją odczuwał („Warto być Polakiem”). Świadomie lub nieświadomie posłużyło się m.in. historią. Wspólnota nie potrzebuje historycznego kleju, mogą być inne. Jeśli potrzebuje, to pytanie w jakich proporcjach. W warunkach zagrożenia zapotrzebowanie na taki klej rośnie. Po kryzysach i w ustrojach wyrosłych z kryzysu często następuje wzmocnione odwoływanie się do historii – towarzyszące odwoływaniu się do kategorii narodu. Jedno i drugie będzie sprzyjać raczej umacnianiu dawniejszego modelu uprawiania historii niż jego „przemeblowaniu”. Istnieją zresztą kraje bądź obszary, gdzie procesy państwowotwórcze trwają, niektóre kraje są autentycznie zagrożone, starają się odzyskać utracone terytoria lub odbudować imperialną potęgę, co wszystko chyba też sprzyja uprawianiu historii narodotwórczej i w tradycyjnym stylu. Reakcje na napływ imigrantów, zaistnienie skupisk imigranckich, które przecież nie znikną (a, miejmy nadzieję, nikt nie wymyśli nowej wersji „ostatecznego rozwiązania”!), nieraz prowadzą w tym samym kierunku. Bywa, że sprzyjają też pogłębianiu badań nad problematyką kolonialną, migracjami oraz kontaktem kultur – ale ten typ reakcji musi być zaledwie elitarny. Zmiany technologiczne z jednej strony występują wśród czynników globalizacji, ale z drugiej ułatwiają podtrzymanie odrębności grup, odrębnych języków, komunikacji w ramach grup. Przyszłością jest najprawdopodobniej połączenie globalnego i swojego – zwłaszcza że różnorodność, do której instytucja narodów przyczyniła się mimo wszystkich bojów między nimi, jest kulturotwórcza. Na razie owo łączenie jest jednak trudne – choć, wbrew pozorom, nie jest wykluczone.

***

Polityka historyczna milcząco zakłada, że istnieje jedna prawdziwa wersja historii. Jest w tym bliska pozytywizmowi. 27 lutego 2018 r., w kontekście sprawy nowelizacji ustawy o IPN-ie prezydent RP mówił, że serce mu pęka, gdy słyszy, że ktoś chce pisać historię na nowo, podczas gdy idzie tylko o prawdę historyczną i o to, żeby nie była obrażana. W moim przekonaniu nieraz właśnie prawda historyczna wymaga napisania historii na nowo. Prawda o dziejach też rzadko jest bezapelacyjnie oczywista. Znacznie łatwiej dogadamy się co do fałszu w historii niż co do prawdy w historii. Łatwiej można powiedzieć, co jest niewątpliwie zafałszowaniem obrazu dziejów, niż zgodzić się, co jest obrazem prawdziwym. Trudno, nie jesteśmy jedną z nauk przyrodniczych – choć i przyrodnicy podobno nie traktują wyników swoich badań jako tak jednoznacznych, jak byśmy podejrzewali. Już dawno zauważono, że nauka jest poszukiwaniem – a poszukiwanie zakłada konkurencję możliwych wizji. Oby tylko wszyscy mogli je przedstawiać. Oby państwo nie promowało jednej z nich, zgodnej z mentalnością obozu akurat rządzącego.

Nie akceptuję świadomie instrumentalnego wykorzystywania historii, użytkowania jej w kontekście dzisiejszych potrzeb politycznych bądź potrzeb mentalności zbiorowej. Dla mnie jako nauczyciela historii historia nie jest przedmiotem sądów, rozdzielania nagan i pochwał, lecz wiedzą o działaniach ludzkich. Sprawy mniejszości żydowskiej oraz stosunków chrześcijańsko-żydowskich w Polsce wydają mi się ważne jako casus ogólnoludzkiego zjawiska mniejszości narodowych i migracji. Kiedyś napisałem artykuł porównujący grupy migracyjne, także inny o Żydach jako rolnikach w Polsce[106]. Chciałbym, ażeby studia historyczne były skonstruowane wokół takiej osi. Byśmy zajmowali się wraz ze studentami wielkimi problemami ludzkości – ponadnarodowo, ponadepokowo, ponadstereotypowo i aż do dziś – a nie tylko w ramach jednego narodu/terenu, zwłaszcza dla wystawienia komukolwiek cenzurki. Chciałbym przyglądać się ze studentami, jak nasze problemy i różne typy naszych działań przejawiały się w dziejach. Historia jest, z mojego punktu widzenia, dopełnieniem wiedzy o problemach dzisiejszych; znajomość dowolnego problemu jest niepełna bez informacji o jego występowaniu w przeszłości. „Jeżeli nie pokażemy młodemu pokoleniu historii jako wiedzy o cywilizacjach, w sumie jeśli nie pokażemy ludziom historii jako wiedzy o nich samych, to przegramy”[107]. Takie niebezpieczeństwo jest realne, bowiem niezależnie od wszystkiego, co wyżej powiedziałem o następującej w różnych krajach rewizji obrazu historii, wraz z populizmem i skłonem nacjonalistycznym może szeroko przyjść faza narodowej historii megalomańskiej, faza „podbijania bębenka” w narodowej historiografii. Ona przyniosłaby raczej atrapę wiedzy o nas samych niż wiedzę.


Bibliografia

Obejmuje pozycje przywołane w przypisach

Aleksiun Natalia, Dokąd dalej? Ruch syjonistyczny w Polsce (1944–1950), Centrum Badania i Nauczania Dziejów i Kultury Żydów w Polsce im. Mordechaja Anielewicza, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2002.

Bartoszewski Władysław, Komar Michał, Prawda leży tam, gdzie leży, Wydawnictwo Naukowe PWN, we współpracy z Firmą Wydawniczą Sezamm Małgorzata Maruszkin, Warszawa 2016.

Bauman Zygmunt, Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018.

Bikont Anna, Sendlerowa. W ukryciu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.

Blady-Szwajgier Adina [później Irena/Inka Świdowska], I więcej nic nie pamiętam, Nisza, Warszawa 2019.

Budzyńska Celina, Strzępy rodzinnej sagi, ŻIH, Warszawa 1997.

Canin Mordechaj, Przez ruiny i zgliszcza. Podroż po stu zgładzonych gminach żydowskich w Polsce, tłum. Monika Adamczyk-Garbowska, Nisza we współpracy z ŻIH, Warszawa 2018.

[Chwin Stefan], A co, jeśli nas, Polaków, nic nie łączy? Ze Stefanem Chwinem rozmawia Grzegorz Wysocki, „Gazeta Wyborcza”, 1–2 IX 2018.

Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, t. 1–2, red. Barbara Engelking, Jan Grabowski, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2018.

Davies Norman, Sam o sobie, z autorem rozmawiali Joanna Gromek-Illg, Maciej Gablankowski, fragmenty pisane przez autora po angielsku tłum. Bartłomiej Pietrzyk, Znak, Kraków 2019.

Dąbrowska Maria, Dzienniki, opr. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik, t. 1, Warszawa 1988.

Dąbrowska Maria, Dzienniki 1914–1965, red. Tadeusz Drewnowski, tom 4: 1937–1941, PAN. Wydział I Nauk Społecznych. Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009.

Dobrowolski Stanisław Ryszard, Głupia sprawa, Czytelnik, Warszawa 1969.

Flieger Estera, Historyczny populizm premiera, „Gazeta Wyborcza”, 29 I 2019.

Flieger Estera, Wyzywali naukowców w Paryżu, „Gazeta Wyborcza”, 25 II 2019.

Frister Roman, Autoportret z blizną, tłum. Elżbieta i Roman Frister, Oficyna Wydawnicza Przybylik&, Warszawa 2019.

Gauden Grzegorz, Lwów. Kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918, TAiWPN Universitas, Kraków 2019.

Gebert Konstanty vide Dawid Warszawski

[Grabowski Jan], Desant prawicy na Paryż, „Gazeta Wyborcza”, 27 II 2019 (wywiad udzielony Esterze Flieger przez prof. Jana Grabowskiego).

Grabowski Jan, Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

Grochowska Magdalena, W czasach szaleństwa. Hertz. Fiłosofow. Stempowski. Moltke, posłowie Anna Wolff-Powęska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019.

Gross Jan Tomasz, Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka, Pogranicze, Sejny 2000.

[Gross Jan Tomasz], Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, … bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, W.A.B., Warszawa 2018.

Gross Jan Tomasz (współpraca Irena Grudzińska-Gross), Złote żniwa. Rzecz o tym, co działo się na obrzeżach zagłady Żydów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.

Jedlicki Jerzy, O narodowości kultury, „Res Publica” 1987, nr 2, s. 46–55.

[Jedlicki Jerzy], Ty to chyba Żydek jesteś? (Z Jerzym Jedlickim w roku 2014 rozmawiała Anna Bikont), „Gazeta Wyborcza”, 3–4 II 2018.

Jie-Hyun Lim, Narody-ofiary i ich megalomanie, „Więź”, luty–marzec 2010, s. 22–34.

[Kaczyński Jarosław], Wszystko zgodnie z prawem, Jacek Karnowski rozmawia z Jarosławem Kaczyńskim, prezesem Prawa i Sprawiedliwości, „Sieci”, 11–17 II 2019.

[Keret Etgar], Mama byłaby naprawdę zła, Etgara Kereta wysłuchał Paweł Smoleński, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 I 2020.

[Keret Etgar], Niesłuszne historie, „Tygodnik Powszechny”, 1 VII 2018 (z Etgarem Keretem rozmawia Michał Sowiński).

Krajewski Andrzej, Świadectwo Morgenthaua, „Polityka”, 4–10 IX 2013.

Krzyżanowski Łukasz, Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.

Kula Marcin, Autoportret rodziny X. Fragment żydowskiej Warszawy lat międzywojennych, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007.

Kula Marcin, Historyczne treści w historycznym referendum, w: tegoż, O co chodzi w historii?, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2008, s. 167–178.

Kula Marcin, Impresje z „marcowej” wystawy, „Kultura Liberalna”, 3 IV 2018.

Kula Marcin, Kamyk moszczący drogę, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce” 1992, nr 2/3, s. 199–201.

Kula Marcin, Krótki raport o użytkowaniu historii, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004.

Kula Marcin, Obronią Polskę w paryskim audytorium!, „Kultura Liberalna”, 9 III 2019.

Kula Marcin, Polonia to najpierw ludzie, a dopiero potem Polonia, w: tegoż, Historia moja miłość (z zastrzeżeniami), Wydawnictwo UMCS, Lublin 2005, s. 242–250.

Kula Marcin, Żydzi – rolnicy (w okresie międzywojennym, poza Palestyną), w: tegoż, Uparta sprawa. Żydowska? Polska? Ludzka?, TAiWPN Universitas, Kraków [2004], s. 17–38.

Kula Witold, Rozdziałki, do druku podali Nina Assorodobraj-Kula i Marcin Kula, opracował oraz wstępem i przypisami opatrzył Marcin Kula, Wydawnictwo Trio, Warszawa 1996.

Linkiewicz Olga, Lokalność i nacjonalizm. Społeczności wiejskie w Galicji Wschodniej w dwudziestoleciu międzywojennym, TAiWPN Universitas, Kraków 2018.

Leder Andrzej, Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2014.

Łapicki Andrzej, Jutro będzie „Zemsta”. Dzienniki 1984–2005, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018.

[Machcewicz Paweł], Absolutne przerwanie ciągłości. Z Pawłem Machcewiczem rozmawia Karolina Wigura, „Kultura Liberalna”, 19 VI 2018.

Materski Wojciech, Od cara do „cara”. Studium rosyjskiej polityki historycznej, ISP PAN, Warszawa 2017 (rec.: Rafał Stobiecki, „Dzieje Najnowsze” 2018, nr 2).

Mazur Mariusz, Antykomunistycznego podziemia portret zbiorowy. 1945–1956. Aspekty mentalno-psychologiczne, Bellona, UMCS, Warszawa–Lublin 2019.

Nowak Magdalena, Dwa światy. Zagadnienie identyfikacji narodowej Andrzeja Szeptyckiego w latach 1865–1914, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2018.

Olszewski Michał, Kurator w pierwszym szeregu rewolucji, „Gazeta Wyborcza”, 26 II 2018.

Olszewski Michał, Polacy kochają czuć się urażeni, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 VIII 2018.

[Osęka Piotr], Administracja zbiorowej pamięci, „Newsweek” 19–25 III 2018 (z Piotrem Osęką rozmawiał Paweł Reszka).

Ossowski Stanisław, Dzienniki, t. 1: 1905–1939, opr. Róża Sułek, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2019.

Piskorski Jan M., Od kultu herosów do adoracji ofiar. Przemiany w kulturze pamięci, „Więź”, luty–marzec 2010, s. 5–21.

Piskorski Jan M., Przesiedlenie i uchodźcy, „Polityka. Pomocnik historyczny” 2013, nr 5: Trzecia Rzesza.

Römer Michał, Dzienniki, t. 1–6, Ośrodek Karta, Warszawa 2017–2019.

Rosiak Dariusz, Polska – Izrael: wyjście z obłędu, „Tygodnik Powszechny”, 3 III 2019.

Rudnicki Szymon, Żydzi w parlamencie II Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2004.

Sapieha Virgilia, Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk, tłum. Ewa Horodyska, Ośrodek Karta, Warszawa 2019.

[Semka Piotr], Piątka u Semki. Jan Hlebowicz rozmawia z Piotrem Semką, Zysk i S-ka, Poznań 2019.

Seweryn Andrzej, Ja prowadzę! Rozmawiają Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, W.A.B., Warszawa 2019.

Sikorski Radosław, PiS strzela nam samobója, „Polityka”, 15–21 I 2020.

Skibiński Cyryl, „Maria Dąbrowska wobec Żydów”, praca magisterska napisana pod kierunkiem Marcina Kuli w Instytucie Historycznym UW w r. akad. 2012/2013 (publikowane: Papierowa segregacja. Stosunek Marii Dąbrowskiej do Żydów, „Pamiętnik Literacki” 2015, nr 3, s. 19–36).

[Sułek Antoni], Wobec Żydów więcej było wolno. Z prof. Antonim Sułkiem rozmawia Maciej Stasiński, „Gazeta Wyborcza”, 2–3 VI 2018.

[Szlajfer Henryk], Kapitalizm wyzwolony. Z prof. Henrykiem Szlajferem rozmawia Grzegorz Konat, w: Realny kapitalizm. Wokół teorii kapitalizmu monopolistycznego, red. Grzegorz Konat, Przemysław Wielgosz, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, s. 219–254.

Szlajfer Henryk, Współtwórcy atlantyckiego świata. Nowi chrześcijanie i Żydzi w gospodarce kolonialnej Ameryki Łacińskiej XVI–XVII wieku. Zarys problematyki, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2018 (rec.: Marcin Kula, „Nowi chrześcijanie” zagospodarowują „Nowy Świat”, „Studia Migracyjne – Przegląd Polonijny” 2019, nr 2 (172), s. 335–339).

Szostak Natalia, Pisarka kochana przez wszystkich poza polską prawicą, „Gazeta Wyborcza”, 11 X 2019.

Świda-Ziemba Hanna, Krótkowzroczność „kulturalnych”, „Gazeta Wyborcza” 7–8 IV 2001; cyt. za: tejże, Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy. 1930–1989, wybór i opracowanie Dominik Czapigo, Ośrodek Karta, Warszawa 2018.

Tokarska-Bakir Joanna, Pod klątwą. Portret społeczny pogromu kieleckiego, t. 1–2, Wydawnictwo Czarna Owca,Warszawa 2018.

Tuwim Julian, My, Żydzi polscy. Kwiaty polskie (fragmenty), Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1988.

Warszawski Dawid (właśc. Konstanty Gebert), Jak Rydzyk z Danielsem, „Gazeta Wyborcza”, 26 IX 2018.

Warszawski Dawid (właśc. Konstanty Gebert), Obłęd, czyli transakcja wiązana, „Gazeta Wyborcza”, 23 II 2018.

Wieże „bliźniaki” prezesa PiS, „Gazeta Wyborcza”, 29 I 2019.

[Wolsza Tadeusz], Jesteśmy narodem bohaterskim. Z prof. Tadeuszem Wolszą, historykiem, członkiem rady przy Muzeum II Wojny Światowej, rozmawia Maciej Pieczyński, „Do Rzeczy”, 22 I 2019.

Wroński Paweł, MSZ: ustawa o IPN to sukces, „Gazeta Wyborcza”, 6 II 2018.

Wroński Paweł, Flieger Estera, Prezydent prosi o wybaczenie, „Gazeta Wyborcza” 9 III 2018.

Wroński Paweł, Kondzińska Agata, Netanjahu o kolaborujących Polakach, „Gazeta Wyborcza”, 26–17 II 2019.

Zalewski Krzysztof Marcin, Naród, religia, rasa. Muzułmańskie ideologie i ruchy narodowe pogranicza w Południowo-Wschodniej Europie. Przykład Sandżaka nowopazarskiego w XX wieku, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010.

Zaremba Marcin, Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce, ISP PAN, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2005.

Zaremba Marcin, Wielka trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzys, Znak, ISP PAN, Kraków 2012.

Zawadzka Halina, Ucieczka z getta, Ośrodek Karta, Warszawa 2001.

Zybertowiczowie Krystyna i Andrzej, w Polityce.pl (dostęp 22 IV 2018).

[Żaryn Jan], Nie ma zgody na akceptację kłamstwa. Michał Karnowski rozmawia z profesorem Janem Żarynem, historykiem, senatorem, redaktorem naczelnym „W Sieci Historii”, „Sieci”, 6–12 V 2019.

Żukowski Tomasz, Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów, Wielka Litera, Warszawa 2018.


Przypisy

[1] Andrzej Krajewski, Świadectwo Morgenthaua, „Polityka” 4–10 IX 2013.

[2] Marcin Kula, Impresje z „marcowej” wystawy, „Kultura Liberalna” 3 IV 2018.

[3] Na marginesie: ciekawe było połączenie tych utworów w bibliofilskiej publikacji wydanej na zamówienie Edmunda Neusteina z okazji trzydziestolecia istnienia Księgarni Polskiej A. i E. Neusteinów w Izraelu: Julian Tuwim, My, Żydzi polscy. Kwiaty polskie (fragmenty), Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1988.

[4] Wieże „bliźniaki” prezesa PiS, „Gazeta Wyborcza” 29 I 2019.

[5]Z najnowszych publikacji por. Magdalena Nowak, Dwa światy. Zagadnienie identyfikacji narodowej Andrzeja Szeptyckiego w latach 1865–1914, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2018. Z wydawnictw źródłowych: Michał Römer, Dzienniki, t. 1–6, Ośrodek Karta, Warszawa 2017–2019.

[6] Wrażenia ze zwiedzania w listopadzie 2018 r.

[7] Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914–1965, red. Tadeusz Drewnowski, t. 4: 1937–1941, PAN. Wydział I Nauk Społecznych. Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009, s. 74 (zapis pod datą 12 IV 1938).

[8] Por. Olga Linkiewicz, Lokalność i nacjonalizm. Społeczności wiejskie w Galicji Wschodniej w dwudziestoleciu międzywojennym, TAiWPN Universitas, Kraków 2018. Zaletą tej pracy jest przyjrzenie się sytuacji poza dużymi ośrodkami.

[9] Z najnowszych uwag na ten temat por. Norman Davies, Sam o sobie, z autorem rozmawiali Joanna Gromek-Illg, Maciej Gablankowski, fragmenty pisane przez autora po angielsku tłum. Bartłomiej Pietrzyk, Znak, Kraków 2019, s. 84.

[10] Por. niedawna wystawa „»Obcy i niemili«. Antysemickie rysunki z prasy polskiej 1919–1939” (ŻIH 2013).

[11] Z najnowszych pozycji: Grzegorz Gauden, Lwów. Kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918, TAiWPN Universitas, Krakow 2019.

[12] Szymon Rudnicki, Żydzi w parlamencie II Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2004.

[13] Ostatnio prof. Davies relatywizował znaczenie wprowadzenia numerus clasus („Jeżeli rozpatruje się to zagadnienie w kontekście amerykańskiej offensive action czy dzisiejszego parytetu płci, sprawa nie wydaje się już tak jednoznaczna”). Trudno mi się z tym zgodzić, nawet jeśli łatwo mogę się zgodzić z niechęcią autora zarówno wobec upraszczająco czarnej, jak upraszczająco wybielającej wizji historii wzajemnych stosunków (Norman Davies, Sam o sobie, s. 369, 429).

[14] Przez sentyment przytoczę zachowany list Aleksandra Kamińskiego do mego Ojca z czerwca 1937 r.: „Szanowny Druhu! Przed miesiącem zwróciłem się do Marysi Piskorskiej z prośbą, aby doradziła mi, kogo mógłbym zaprosić do zajęcia się zbadaniem kilku skautowych organizacyj sjonistycznych żydowskich. Jest to potrzebne dla władz harcerskich, które są w trakcie rozpatrywania swych stosunków do młodzieży skautowej żydowskiej. Do owej akcji »badawczej« z powodu wielości organizacyj skautowych żydowskich potrzeba sporo ludzi. Między innemi dhna Piskorska wskazała mi na osobę Druha jako tego, do którego mogę się z tem zwrócić. Byłbym Druhowi bardzo zobowiązany za odpowiedź, czy propozycja ta dogadzałaby Wam. W razie pozytywnej odpowiedzi – nadeślę szczegóły. Łączę serdeczne uściski dłoni i proszę o podanie swego adresu, gdyż list ten wysyłam okrężną drogą. Czuwaj! A. Kamiński”. List został napisany na maszynie, podpis jest odręczny. Nazwisko wspomnianej Marii Piskorskiej nic mi nie mówi. W sprawie kontaktów Aleksandra Kamińskiego ze środowiskami żydowskimi w kontekście ZHP por. Marcin Kula, Kamyk moszczący drogę, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce” 1992, nr 2/3, s. 199–201.

[15] [Jerzy Jedlicki], Ty to chyba Żydek jesteś? (Z Jerzym Jedlickim w roku 2014 rozmawiała Anna Bikont), „Gazeta Wyborcza”, 3–4 II 2018.

[16] „Z jednej strony młodzi, postępowi Żydzi z trudem wyłamywali się z rygorów religijnych i obyczajowych, które przez wieki zespalały w diasporze rozproszony naród żydowski. A jednocześnie natrafiali na opór i wrogość znacznej części polskiego społeczeństwa. Trudno było odejść od starego świata, ale może jeszcze trudniej– znaleźć miejsce pod słońcem w tym nowym świecie. Największy paradoks polegał na tym, że część społeczeństwa polskiego tolerowała żydowskie getto z jego zacofaniem, religianctwem, a ze szczególną niechęcią odnosiła się do Żydów oświeconych, negując ich patriotyzm, wkład w rozwój kultury” (Celina Budzyńska, Strzępy rodzinnej sagi, ŻIH, Warszawa 1997, s. 18).

[17] Virgilia Sapieha, Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk, tłum. Ewa Horodyska, Ośrodek Karta, Warszawa 2019, s. 184.

[18] Henryk Szlajfer, Współtwórcy atlantyckiego świata. Nowi chrześcijanie i Żydzi w gospodarce kolonialnej Ameryki Łacińskiej XVI–XVII wieku. Zarys problematyki, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2018. Por. rec.: Marcin Kula, „Nowi chrześcijanie” zagospodarowują „Nowy Świat”, „Studia Migracyjne – Przegląd Polonijny” 2019, nr 2 (172), s. 335–339.

[19] Marcin Kula, Żydzi – rolnicy (w okresie międzywojennym, poza Palestyną), w: tegoż, Uparta sprawa. Żydowska? Polska? Ludzka?, TAiWPN Universitas, Kraków [2004], s. 17–38.

[20] Rafał Węgrzyniak, „Ideologia polityczna Reduty”, referat podczas konferencji „Reduta. Nowe fragmenty” (Instytut Sztuki PAN, Warszawa 28–29 XI 2019).

[21] Cyryl Skibiński, „Maria Dąbrowska wobec Żydów”, praca magisterska napisana pod kierunkiem Marcina Kuli w Instytucie Historycznym UW w r. akad. 2012/2013 (publikowane: Papierowa segregacja. Stosunek Marii Dąbrowskiej do Żydów, „Pamiętnik Literacki” 2015, nr 3, s. 19–36).

[22] Maria Dąbrowska, Dzienniki, opr. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik, Warszawa 1988, t. 1, s. 395.

[23] Tamże, s. 237 (zapis pod datą 1 III 1928).

[24] Jan Tomasz Gross, Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka, Pogranicze, Sejny 2000.

[25] Marcin Kula, Autoportret rodziny X. Fragment żydowskiej Warszawy lat międzywojennych, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007.

[26] „Żeby zrozumieć relacje chłopów z Żydami, trzeba wiedzieć, że były to społeczności osobne, dwa światy: Żydów i chrześcijan, czy Żydów i polskich chłopów. Dzieliła ich nie tylko religia i kultura, ale też żyli w oddzielnych skupiskach. Mieszkali po sąsiedzku, ale nie byli sąsiadami. Nie odwiedzali się. Związki między nimi były głównie ekonomiczne. Chłopi kupowali u Żydów w sklepach, a Żydzi u chłopów wszystko, co wyprodukowali oni w gospodarstwach. W miasteczku dzieci chodziły razem do szkoły, ale we wsiach razem się nie bawiły. Nie pasały razem krów, a pastwisko było bardzo ważne dla socjalizacji na wsi. Młodzi ludzie nie chodzili razem »na kawalerkę«. Nie było małżeństw mieszanych. Wzajemna separacja” ([Antoni Sułek], Wobec Żydów więcej było wolno. Z prof. Antonim Sułkiem rozmawia Maciej Stasiński, „Gazeta Wyborcza”, 2–3 VI 2018).

[27] Robiło to widać wrażenie na Stanisławie Ossowskim, skoro w swoim dzienniku zapisał w odniesieniu do małżeństw chrześcijańsko-żydowskich: „Największy odsetek w Trieście – 50% ludności żydowskiej. W Hamburgu i Kopenhadze – 1/3; w Niemczech – 20%; na wschodzie Europy – 1–5%” (Stanisław Ossowski, Dzienniki, t. 1: 1905–1939, opr. Róża Sułek, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2019, s. 205, zapis pod datą 17 XII 1933).

[28] „Bo każde nienawistne uprzedzenie etniczne bez względu na formy nosi w sobie ładunek zbrodni. Pokazało to choćby doświadczenie Jugosławii. Studiujący dziś w Polsce studenci opowiadają, że dawniej może istniała jakaś niechęć między różnymi narodami czy wyznawcami różnych religii, lecz nie była ona jaskrawo manifestowana. Przeciwnie – ludzie różnych narodowości przyjaźnili się, były też małżeństwa mieszane. A jednak jugosłowiańska wojna ukazała, że te podskórne antagonizmy wybuchły (w pewnych właśnie warunkach) jak wulkan. Tak więc »łagodność« przejawów uprzedzeń etnicznych o niczym nie świadczy. Nie znamy przyszłości, a więc nie wiemy, czy i kiedy ten polski ładunek uprzedzeń etnicznych wobec Żydów może eksplodować” (Hanna Świda-Ziemba, Krótkowzroczność „kulturalnych”, „Gazeta Wyborcza”, 7–8 IV 2001; cyt. za: tejże, Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy. 1930–1989, wybór i opracowanie Dominik Czapigo, Ośrodek Karta, Warszawa 2018, s. 272).

[29] Magdalena Grochowska, W czasach szaleństwa. Hertz. Fiłosofow. Stempowski. Moltke, posłowie Anna Wolff-Powęska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019, s. 327.

[30] Archiwum Akt Nowych, zespół KGPPP, sygn. 258.

[31] Norman Davies, Sam o sobie, s. 538.

[32] Jan M. Piskorski, Przesiedlenie i uchodźcy, „Polityka. Pomocnik historyczny” 2013, nr 5: Trzecia Rzesza, s. 116.

[33] Halina Zawadzka, Ucieczka z getta, Ośrodek Karta, Warszawa 2001, s. 22.

[34] „Męczeństwo Żydów było dla chłopów czymś widocznym i bolesnym, ale jednak odległym. To nie była »ich sprawa«” ([Antoni Sułek], Wobec Żydów więcej było wolno).

[35] Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, t. 1–2, red. Barbara Engelking, Jan Grabowski, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2018.

[36] Z niedawno publikowanych świadectw: Roman Frister, Autoportret z blizną, tłum. Elżbieta i Roman Frister, Oficyna Wydawnicza Przybylik&, Warszawa 2019, s. 351–359.

[37] Adina Blady-Szwajgier [później Irena/Inka Świdowska], I więcej nic nie pamiętam, Nisza, Warszawa 2019, s. 183–184.

[38] Tomasz Żukowski, Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów, Wielka Litera, Warszawa 2018, s. 256–258.

[39] Anna Bikont, Sendlerowa. W ukryciu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 339.

[40] Marcin Zaremba, Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce, ISP PAN, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2005.

[41] Mordechaj Canin, Przez ruiny i zgliszcza. Podroż po stu zgładzonych gminach żydowskich w Polsce, tłum. Monika Adamczyk-Garbowska, Nisza we współpracy z ŻIH, Warszawa 2018, s. 229, 290, 315, 411 i in.

[42] Tamże, s. 242.

[43] Do tego wątku spraw wielką wagę przywiązuje prof. Gross (Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, … bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, W.A.B., Warszawa 2018, s. 170–171).

[44] Marcin Zaremba, Wielka trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzys, Znak, ISP PAN, Kraków 2012.

[45] Natalia Aleksiun, Dokąd dalej? Ruch syjonistyczny w Polsce (1944–1950), Centrum Badania i Nauczania Dziejów i Kultury Żydów w Polsce im. Mordechaja Anielewicza, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2002; Łukasz Krzyżanowski, Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.

[46] Roman Frister, autoportret z blizną, s. 382; Stanisław Ryszard Dobrowolski, Głupia sprawa, Czytelnik, Warszawa 1969.

[47] Joanna Tokarska-Bakir, Pod klątwą. Portret społeczny pogromu kieleckiego, t. 1–2, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2018.

[48] [Stefan Chwin], A co, jeśli nas, Polaków, nic nie łączy? Ze Stefanem Chwinem rozmawia Grzegorz Wysocki, „Gazeta Wyborcza”, 1–2 IX 2018.

[49] Marcin Kula, Historyczne treści w historycznym referendum, w: tegoż, O co chodzi w historii?, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2008, s. 167–178.

[50] [Tadeusz Wolsza], Jesteśmy narodem bohaterskim. Z prof. Tadeuszem Wolszą, historykiem, członkiem rady przy Muzeum II Wojny Światowej, rozmawia Maciej Pieczyński, „Do Rzeczy”, 22 I 2019.

[51] Dariusz Stola (za Michałem Bilewiczem) w dyskusji „Fałszywa historia jako mistrzyni fałszywej polityki” na uroczystości „Człowieka roku” i 29. urodzin „Gazety Wyborczej” 25 V 2018.

[52] Grzegorz Gauden, Lwów. Kres iluzji…, s. 147, 173 i in.

[53] Andrzej Seweryn, Ja prowadzę! Rozmawiają Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, W.A.B., Warszawa 2019, s. 94.

[54] „Gazeta Wyborcza”, 10 VIII 2018.

[55] Estera Flieger, Historyczny populizm premiera, „Gazeta Wyborcza”, 29 I 2019.

[56] Profesro Davies ujął to jeszcze mocniej: „Uważam, że trzeba to powiedzieć wprost: drugą wojnę światową wygrał Stalin” (Norman Davies, Sam o sobie, s. 603).

[57] „Ale rządowi PiS udało się strzelić nam samobója i ze swoją tradycyjną mieszanką nadętości moralnej oraz krótkowzroczności Putina do Auschwitz nie zaprosił. Mimo, że to Armia Czerwona, a nie żołnierze wyklęci, zajęła obóz w Oświęcimiu i uwolniła pozostałych jeszcze więźniów. Rezultat jest jak koszmarny sen polskiego dyplomaty. Rocznica wyzwolenia obozu, który hitlerowcy zbudowali dla Polaków na terenie okupowanej Polski, będzie obchodzona zagranicą pod nieobecność prezydenta Polski. Nie wiem, jak można bardziej wymanewrować się na margines” (Radosław Sikorski, PiS strzela nam samobója, „Polityka”, 15–21 I 2020).

[58] Cyt. za TVN24.

[59] Krzysztof Marcin Zalewski, Naród, religia, rasa. Muzułmańskie ideologie i ruchy narodowe pogranicza w Południowo-Wschodniej Europie. Przykład Sandżaka nowopazarskiego w XX wieku, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 78.

[60] Z najnowszych prac por.: Mariusz Mazur, Antykomunistycznego podziemia portret zbiorowy. 1945–1956. Aspekty mentalno-psychologiczne, Bellona, UMCS, Warszawa–Lublin 2019.

[61] Cyt. za: [Piotr Osęka], Administracja zbiorowej pamięci, „Newsweek” 19–25 III 2018 (z Piotrem Osęką rozmawiał Paweł Reszka).

[62] [Paweł Machcewicz], Absolutne przerwanie ciągłości. Z Pawłem Machcewiczem rozmawia Karolina Wigura, „Kultura Liberalna”, 19 VI 2018 (przywołana, bez cytowania, wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego).

[63] Barbara Nowak, małopolska kurator oświaty (Michał Olszewski, Kurator w pierwszym szeregu rewolucji, „Gazeta Wyborcza”, 26 II 2018).

[64] Głos na jednej z konferencji partyjnych w 1968 r. ([Piotr Osęka], Administracja zbiorowej pamięci).

[65] Jie-Hyun Lim zaliczył Polskę do czołowych reprezentantów a victimhood nationalism – obok Izraela i Korei. Do tego grona można jednak zaliczyć więcej krajów i narodów (Jie-Hyun Lim, Narody-ofiary i ich megalomanie, „Więź”, luty–marzec 2010, s. 22–34; por. Jan M. Piskorski, Od kultu herosów do adoracji ofiar. Przemiany w kulturze pamięci, tamże, s. 5–21).

[66] Liternictwo logo NSZZ „Solidarność”, w które wkomponowana jest flaga narodowa.

[67] Witold Kula, Rozdziałki, do druku podali Nina Assorodobraj-Kula i Marcin Kula, opracował oraz wstępem i przypisami opatrzył Marcin Kula, Wydawnictwo Trio, Warszawa 1996, s. 213 (zapis z grudnia 1970 r.).

[68] Roman Frister, Autoportret z blizną, s. 291–292.

[69] Jan Grabowski, Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

[70] TOK FM, 6 VIII 2018.

[71] Andrzej Łapicki, Jutro będzie „Zemsta”. Dzienniki 1984–2005, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018, s. 468.

[72] Dawid Warszawski (właśc. Konstanty Gebert), Obłęd, czyli transakcja wiązana, „Gazeta Wyborcza”, 23 II 2018.

[73] „Uchwalenie tej ustawy, która miała służyć obronie dobrego imienia Polski, przejdzie do podręczników PR jako najbardziej kontrproduktywna akcja w historii. Nigdy nie byłoby czegoś, co przyniosłoby tak odwrotne skutki do rzekomych zamierzeń” (Dariusz Stola w rozmowie z Konradem Piaseckim, Radio Zet 18 IV 2018).

[74] Co podkreślał jeszcze później prezydent Andrzej Duda na XX Powszechnym Zjeździe Historyków Polskich w Lublinie (18–20 IX 2019). Powiedział do zebranych m.in.: „Dlatego że stało się wiele złego – można powiedzieć: wyrządzono nam wiele złego, jeśli chodzi o nieprawdę historyczną. Słynne określenie – dramatyczne z naszego punktu widzenia – »polskie obozy zagłady« czy »polskie obozy śmierci« przecież zostało gdzieś ukute, w jakiś sposób zostało przesączone do umysłów ludzi na zachodzie Europy i na różnych kontynentach. I tak się utrwaliło, że nawet ludzie światli pozwalają sobie go używać – ludzie, którzy powinni doskonale znać historię o II wojnie światowej i prawdę o tamtych wydarzeniach, cały czas powtarzają to określenie” (ttps://www.prezydent.pl/aktualnosci/wypowiedzi-prezydenta-rp/wystapienia/art,814,wystapienie-prezydenta-na-xx-powszechnym-zjezdzie-historykow-polskich.html).

[75] Paweł Wroński, MSZ: ustawa o IPN to sukces, „Gazeta Wyborcza”, 6 II 2018.

[76] Dawid Warszawski, Jak Rydzyk z Danielsem, „Gazeta Wyborcza” 26 IX 2018.

[77] [Etgar Keret], Mama byłaby naprawdę zła. Etgara Kereta wysłuchał Paweł Smoleński, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 I 2020.

[78] Według „The Jerusalem Post”. Cyt. za: Paweł Wroński, Agata Kondzińska, Netanjahu o kolaborujących Polakach, „Gazeta Wyborcza” 26–17 II 2019. Ambasador Izraela Anna Azari negowała, jakoby premier powiedział te słowa, kancelaria premiera Izraela twierdziła, jakoby został on źle zrozumiany, gdyż nie mówił o całym narodzie. Maciej Kozłowski, były ambasador RP w Izraelu, w rozmowie z Janem Wróblem w TOK FM 19 II 2019 sugerował, że Netanjahu był krytykowany w Izraelu za podpisanie deklaracji z Morawieckim, więc w Warszawie chciał podkreślić, że dzięki jego działaniu nikt nie został skazany za mówienie, iż Polacy byli przeciw Żydom – a redakcja „The Jerusalem Post” zrozumiała to inaczej.

[79] Krzysztof Malicki, „»Ja do dziś widzę tych ludzi«. Zagłada w pamięci polskich świadków”, referat na konferencji „Pamięć, tożsamość, Zagłada. Nowe badania i problemy metodologiczne”, Międzynarodowa konferencja jubileuszowa dla dr hab. Małgorzaty Melchior, IFiS PAN, ISNS UW, Muzeum Historii Żydów Polskich Polin, Warszawa, 20–21 IX 2018.

[80] Jan Tomasz Gross (współpraca Irena Grudzińska-Gross), Złote żniwa. Rzecz o tym, co działo się na obrzeżach zagłady Żydów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.

[81] Marcin Kula, Obronią Polskę w paryskim audytorium!, „Kultura Liberalna”, 9 III 2019.

[82] [Jan Grabowski], Desant prawicy na Paryż, „Gazeta Wyborcza”, 27 II 2019 (wywiad udzielony Esterze Flieger przez prof. Jana Grabowskiego); Estera Flieger, Wyzywali naukowców w Paryżu, „Gazeta Wyborcza”, 25 II 2019.

[83] Estera Flieger, Wyzywali naukowców w Paryżu.

[84] Tamże.

[85] tamże.

[86]Dariusz Rosiak, Polska – Izrael: wyjście z obłędu, „Tygodnik Powszechny”, 3 III 2019.

[87] Natalia Szostak, Pisarka kochana przez wszystkich poza polską prawicą, „Gazeta Wyborcza”, 11 X 2019.

[88] [Etgar Keret], Niesłuszne historie, „Tygodnik Powszechny”, 1 VII 2018 (z Etgarem Keretem rozmawia Michał Sowiński).

[89] Marcin Kula, Krótki raport o użytkowaniu historii, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004.

[90] [Piotr Semka], Piątka u Semki. Jan Hlebowicz rozmawia z Piotrem Semką, Zysk i S-ka, Poznań 2019, s. 365.

[91] Michał Olszewski, Polacy kochają czuć się urażeni, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 VIII 2018.

[92] Krystyna i Andrzej Zybertowiczowie, wPolityce.pl (dostęp 22 IV 2018).

[93] [Jarosław Kaczyński], Wszystko zgodnie z prawem. Jacek Karnowski rozmawia z Jarosławem Kaczyńskim, prezesem Prawa i Sprawiedliwości, „Sieci”, 11–17 II 2019.

[94] Władysław Bartoszewski, Michał Komar, Prawda leży tam, gdzie leży, Wydawnictwo Naukowe PWN, we współpracy z Firmą Wydawniczą Sezamm Małgorzata Maruszkin, Warszawa 2016.

[95] [Jan Tomasz Gross] Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, … bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, s. 197–198.

[96] [Paweł Machcewicz], Absolutne przerwanie ciągłości. Machcewicz o kontrproduktywności podejmowanych posunięć także na przykładzie umieszczenia wielkoformatowego zdjęcia rodziny Ulmów, opatrzonego napisem „Polacy wobec Zagłady” w sali, poświęconej eksterminacji Żydów w Auschwitz w Muzeum II Wojny Światowej po zmianach w nim przeprowadzonych przez PiS: „To przecież ma w sobie czysto propagandowy charakter, jest postrzegane jako prymitywna manipulacja, opisywana zresztą w mediach zachodnich. Jeżeli celem jest zbudowanie pozytywnego wizerunku Polski za granicą, to takie działania są przeciwskuteczne” (tamże). Dodajmy od siebie, że szkoda rodziny Ulmów, godnej najwyższego szacunku, która staje się przedmiotem „polityki historycznej”.

[97] [Piotr Osęka], Administracja zbiorowej pamięci.

[98] W recenzji z: Wojciech Materski, Od cara do „cara”. Studium rosyjskiej polityki historycznej, ISP PAN, Warszawa 2017 („Dzieje Najnowsze” 2018, nr 2, s. 320).

[99] „Okazuje się jednak, że w sferze publicznej jest dziś miejsce tylko na jeden dyktat, konstruowany przez rządzących. To w istocie zabójcze dla świadomości historycznej. Obecnie prowadzona polityka historyczna jest tak jednostronna, że na dłuższą metę nie może być skuteczna” ([Paweł Machcewicz], Absolutne przerwanie ciągłości); „Od prawie trzech lat mamy do czynienia z głębokim upolitycznieniem historii, centralizacją przekazu i marginalizacją środowisk, które reprezentują inny pogląd niż partia rządząca. To pokazał atak na Muzeum II Wojny Światowej, w którym stworzyliśmy wystawę prezentującą zupełnie inną wizję i wrażliwość historyczną niż ta, która ma obowiązywać w Polsce Prawa i Sprawiedliwości. Innymi przykładami są szeroka krytyka wystawy »Obcy w domu«, która w Muzeum POLIN opowiada o wydarzeniach Marca ’68, czy nieprzyznanie dotacji kwartalnikowi »Zagłada Żydów Polskich«” (tamże).

[100] [Jan Żaryn], Nie ma zgody na akceptację kłamstwa. Michał Karnowski rozmawia z profesorem Janem Żarynem, historykiem, senatorem, redaktorem naczelnym „W Sieci Historii”, „Sieci”, 6–12 V 2019.

[101][Henryk Szlajfer], Kapitalizm wyzwolony. Z prof. Henrykiem Szlajferem rozmawia Grzegorz Konat, w: Realny kapitalizm. Wokół teorii kapitalizmu monopolistycznego, red. Grzegorz Konat, Przemysław Wielgosz, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, s. 219–220.

[102] Paweł Wroński, Estera Flieger, Prezydent prosi o wybaczenie, „Gazeta Wyborcza”, 9 III 2018.

[103] Z ostatnich na przykład: Andrzej Leder, Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2014.

[104] Zygmunt Bauman, Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018.

[105] Jerzy Jedlicki, O narodowości kultury, „Res Publica” 1987, nr 2, s. 46–55.

[106] Marcin Kula, Polonia to najpierw ludzie, a dopiero potem Polonia, w: tegoż, Historia moja miłość (z zastrzeżeniami), Wydawnictwo UMCS, Lublin 2005, s. 242–250; tenże, Żydzi – rolnicy…

[107] Z wypowiedzi Jerzego Jedlickiego podczas konferencji „Tożsamość narodowa i pamięć historii. Porównania między Polska a Włochami”, 16–18 VI 1994 r.


Korekta językowa: Beata Bińko




Zdrajca czy bandyta? Nieoczywisty przypadek por. Jerzego Tabęckiego „Lassa”

Ppłk/gen. Antoni Chruściel „Monter”, szef Okręgu Warszawa AK, dowódca Powstania Warszawskiego. Wydał wyrok na por. Jerzego Tabęckiego „Lasso” / Fot. T. Bór-Komorowski, Powstanie Warszawskie, Warszawa 2004

SEBASTIAN PAWLINA

Zdrajca
czy bandyta? Nieoczywisty przypadek por. Jerzego Tabęckiego „Lassa”

W sobotę 7 lutego 1931 r. w gmachu Włoskiego
Towarzystwa Ubezpieczeń Riunione Adriatica di Sicurtà przy ul. Moniuszki 10
otwarto prawdopodobnie najbardziej elegancki lokal ówczesnej Warszawy. Cafe
Adria od samego początku przyciągała elitę. Do środka wchodziło się przez drzwi
z kryształowego szkła. Idąc dalej, widziało się marmurowe ściany, salę
dancingową, cocktail-bar, obrotowy parkiet czy ogród zimowy. Po wkroczeniu do
Warszawy we wrześniu 1939 r. Niemcy zabronili Polakom wstępu do Adrii. Chcieli
ją mieć tylko dla siebie.

Z czasem restauracja, tak jak i inne lokale „Nur für
Deutsche”, stała się dla nich nie tylko centrum rozrywki, ale i jednym z tych
miejsc, gdzie mogli czuć się bezpiecznie. Do czasu. Późnym wieczorem w sobotę
22 maja 1943 r. do środka weszło dwóch mężczyzn. Mieli jedno zadanie – zabić
jak najwięcej Niemców. Głównym wykonawcą był Jan Kryst „Alan”, młody żołnierz
Armii Krajowej, który kilka tygodni wcześniej zgłosił się do wykonania
samobójczej akcji. Według legendy zrobił to po tym, jak lekarz przekazał mu, że
jest nieuleczalnie chory i zostało mu zaledwie kilka miesięcy życia. Prawda,
jak to zazwyczaj bywa, jest bardziej skomplikowana. W efekcie powody, dla
których Kryst zdecydował się wziąć udział w tym zadaniu, pozostają
niewyjaśnione. Drugim z mężczyzn był porucznik Jerzy Tabęcki „Lasso”. Jego rola
ograniczała się do wprowadzenia „Alana” do środka i ewentualnego umożliwienia
mu ucieczki.

To, co w ciągu następnych kilku minut się wydarzyło,
znamy z relacji włoskiego dziennikarza Alceo Valciniego, który akurat tego
wieczoru wybrał się do Adrii.

Znalazłem stolik w pobliżu drzwi wejściowych i nie wiem, czy nie był to życzliwy uśmiech przeznaczenia. W czasie, gdy piruety tancerki przyciągały uwagę publiczności, w środku sali, gdzie dawano program, usłyszałem strzał – najpierw jeden, potem drugi, trzeci, czwarty, piąty… O parę kroków ode mnie po prawej stronie zrobił się zgiełk. Przewracano stoły, naczynia, stoły, butelki. Wycie i krzyki. Po kilku minutach grupa żołnierzy poruszonych do ostatnich granic utorowała sobie przejście wśród tłumu, krzycząc: „Zamach!” i trzymając rewolwery w ręku. Wysoki młodzieniec z twarzą zbroczoną krwią padł na ziemię, gdy rzucono w niego kilkoma krzesłami. To polski zamachowiec, patriota; zabił on w ciągu paru sekund dwóch oficerów i dwóch żołnierzy, strzelając zza marmurowej kolumny w kierunku centralnie ustawionego stołu, przy którym zazwyczaj zajmowały miejsca osobistości niemieckie. […] Niemcy rzucili się na niego i zmasakrowali, bijąc flaszkami i stołkami. Przy mnie wyzionął ducha, w swym brązowym ubraniu, za obszernym jak na gruźlika. Zmarł, gdy agent gestapo usiłował wydobyć od niego jakąś tajemnicę (Valcini 1973, s. 282–283).

Kryst zginął, ale „Lasso” przeżył. Wiosną 1943 r. stał
u szczytu swojej konspiracyjnej kariery. Rok później zastrzelono go na jednej z
warszawskich ulic.

Początki

Jerzy Mieczysław Tabęcki urodził się w czwartek 14
grudnia 1916 r. w Ułanówce na Ukrainie. Według relacji Józefa R. Rybickiego,
późniejszego dowódcy „Lassa”, jego ojciec był przyjacielem Antoniego Chruściela,
w czasie wojny szefa Okręgu Warszawskiego AK (Rybicki 22.05.1979, s. 2). Kiedy
się zaczęła ta znajomość, czym się zajmował ojciec Jerzego – nie potrafimy
stwierdzić z całą pewnością. Możemy jedynie przypuszczać, że miał związki z
wojskiem. Idąc tym tropem, odnajdujemy majora Kazimierza Tabęckiego, syna
Antoniego i Marii ze Zbijewskich, urodzonego 13 czerwca 1887 r. w Leśnikach. W
Wojsku Polskim służył od 1918 r. Jako żołnierz I batalionu etapowego walczył w
wojnie polsko-bolszewickiej. W następnych latach służył w 52. Pułku Piechoty i
w Oddziale V Sztabu Generalnego. W 1932 r. został prokuratorem przy Wojskowym
Sądzie Okręgowym nr X, dwa lata później zaś kierownikiem Okręgowego Sądu
Wojskowego nr VI we Lwowie. Studia prawnicze ukończył na tamtejszym Uniwersytecie
im. Jana Kazimierza. Tym samym, gdzie prawo studiował także Antoni Chruściel. Ponownie
się spotkali krótko przed wojną. Gdy Chruściel w latach 1937–1938 pełnił
funkcję zastępcy dowódcy 40. Pułku Piechoty „Dzieci Lwowskich”, Kazimierz
Tabęcki kierował OSW nr VI we Lwowie. Zginął w 1940 r. w Charkowie, zastrzelony
przez Rosjan. Niestety niemal nic nie wiemy o matce Jerzego. Prawdopodobnie
miała niemieckie korzenie.

O przedwojennym życiu Tabęckich wiemy więc
dramatycznie mało. Nie potrafimy wskazać momentu, kiedy przenieśli się do
Warszawy, czym się zajmowali, jakie szkoły skończył Jerzy. Na pierwsze pewne
elementy układanki natrafimy w 1939 r., kiedy był podporucznikiem służby stałej
w Marynarce Wojennej (Lewandowski 9.09.1974, s. 22). Jednak jego wrześniowy
szlak bojowy nie ma nic wspólnego z morzem. Wiemy, że znalazł się w Grupie płk.
Mariana Ocetkiewicza. Brała ona udział m.in. w drugiej bitwie pod Tomaszowem
Lubelskim.

Poza ogólnym szlakiem bojowym nie potrafimy powiedzieć
nic więcej o tym etapie życia młodego Tabęckiego. Nie wiemy, kiedy się związał z
Grupą płk. Ocetkiewicza, jak długo się w niej znajdował, czy został ranny, w
końcu – jakie były jego późniejsze losy. Czy od razu trafił do Warszawy, a może
dostał się do niewoli? Jeśli tak, to czy uciekł z niej, czy wykorzystał
pochodzenie swoje i swojej matki? Jeśli zaś nie udał się do Warszawy, to gdzie?
Podobnych pytań moglibyśmy postawić jeszcze kilka, kilkanaście. Pewne jest
tylko to, że dopiero od maja 1940 r. możemy w miarę dokładnie śledzić jego
losy.

Wejście
do podziemia

Każda legenda ma swój początek. Nie inaczej jest z
takimi symbolami polskiej konspiracji zbrojnej, jak bataliony „Zośka” i
„Parasol”, których korzeni należałoby upatrywać w ostatnich miesiącach 1939 r.,
kiedy w Oddziale III Sztabu Komendy Głównej Służby Zwycięstwu Polski utworzono
Referat „C”. Jego „zadaniem była organizacja i kierowanie walką czynną” (Strzembosz
1983, s. 21). Na czele referatu stanął mjr Franciszek Niepokólczycki „Franek”, lepiej
znany jako „Teodor”. Zebrał wokół siebie grupę oficerów, wszyscy byli saperami,
i razem zaczęli tworzyć zręby warszawskiej, a zarazem krajowej dywersji. W
gronie tym znaleźli się m.in. kpt. Jan W. Kiwerski „Oliwa”, późniejszy dowódca
Oddziału Dyspozycyjnego Związku Odwetu „Motor” oraz 27. WDP AK, kpt. Jerzy
Lewiński „Jurek”, od przełomu 1943 r. już jako „Chuchro” pełniący funkcję szefa
Kedywu Okręgu Warszawskiego AK, por. Zbigniew Lewandowski „Zbyszek”, zastępca
Lewińskiego w Kedywie OW, czy też por. Jan K. Andrzejewski „Jan”, w trakcie
Powstania Warszawskiego dowodzący brygadą „Broda 53”.

Ich wysiłki zaowocowały sprawnym formowaniem
pierwszych oddziałów bojowych podziemnej Warszawy, choć te naprawdę duże
jednostki, jak „Motor” czy „Osa”, narodziły się dopiero w połowie 1942 r. Jerzy
Tabęcki nigdy jednak nie działał w tak dużej grupie. Wszystkie informacje o
jego organizacyjnej pracy, jakimi dysponujemy, wskazują na to, że od początku
swojej działalności był związany z niedużymi zespołami. Tak było z jego
oddziałem w Kedywie OW, liczącym około 20 ludzi. Józef R. Rybicki nazywał go
grupą „niemiecką” (Rybicki 2003, s. 131), w dokumentach Kedywu OW pojawia się
jako grupa „Lasso” (Kedyw 2009, s. 39, 49), według Henryka Witkowskiego (Witkowski
1984, s. 112) i Tomasza Strzembosza (Strzembosz 1983, s. 263) była to grupa ds.
likwidacji agentów Gestapo i Abwehry, albo referat dywersji osobowej, jak
określił ją w swoich zapiskach Zbigniew Lewandowski (Lewandowski 9.09.1974, s. 22).
Sam Jerzy Lewiński w sierpniu 1943 r. mówił o „Lassie” jako o referencie dywersji
osobowej (Oddziały 2010, s. 36).

Daty powstania grupy „Lassa” nie znamy. Na pewno istniała
jesienią 1942 r., kiedy Antoni Chruściel przekazał ją pod rozkazy Jerzego
Lewińskiego, konstruującego właśnie struktury Kedywu OW AK. Nie do końca jasna
pozostaje wcześniejsza rola Tabęckiego i jego ludzi. Według Tomasza Strzembosza
była ona tożsama z tą, jaką odgrywał w Kedywie. Zbigniew Lewandowski z kolei
stwierdzał, że „Lasso” znajdował się w grupie osłonowej „Montera”.

Pewne jest, że dużą część swojej konspiracyjnej
działalności Tabęcki związał z przyjacielem ojca. Czy było tak od samego
początku, trudno stwierdzić. W podziemiu znalazł się w maju 1940 r. Miesiąc
później w szeregi ZWZ wstąpił Chruściel. Kontakt z organizacją musiał jednak nawiązać
już wcześniej. Podjęcie decyzji, przygotowanie stanowiska, wprowadzenie w rolę z
pewnością zajęło trochę czasu. W związku z tym możemy podejrzewać, że Chruściel
przygotowując się do pracy w ZWZ, mógł zaproponować to również Tabęckiemu. To
oczywiście jedynie spekulacje. „Lasso” miał szansę na dziesiątki innych
sposobów przystąpić do podziemia. Wystarczyło spotkać kolegę z czasów szkolnych
albo znajomego z wojska, już działającego „dla sprawy”, i za jego namową
wstąpić do organizacji. Zastanawiać może moment, kiedy Tabęcki to zrobił, czy
może – dlaczego wcześniej tego nie zrobił. Może był ranny we wrześniu 1939 r.,
co uniemożliwiło mu podjęcie takiej decyzji? A może wolał poczekać na rozwój
wypadków? Albo też, co w początkowym okresie działalności organizacyjnej wielu
ludzi wydaje się dość częstym zjawiskiem – zaczął od zupełnie innej
organizacji, a z jakichś względów zniechęcony do niej, postanowił szukać dalej?
Po raz kolejny dostrzegamy, jak gigantycznych rozmiarów są białe plamy w
życiorysie Jerzego Tabęckiego.

W maju 1979 r. Rybicki przyznał Strzemboszowi, że
„Lasso” cieszył się pełnym zaufaniem Chruściela. Wiązało się to z jednej strony
z przyjacielskimi stosunkami łączącymi starego Tabęckiego i „Montera”, z
drugiej zaś z tym, że młody Tabęcki miał wyrobić późniejszemu komendantowi
Okręgu Warszawskiego AK fałszywą legitymację (Rybicki 22.05.1979, s. 2). Według
Rybickiego chodziło o kenkartę (Rybicki, Kummant, Witkowski 05.1973, s. 1).

Ta jedna informacja z relacji Rybickiego pozwala nam zgadywać,
że „Lasso” i „Monter” musieli wcześnie rozpocząć współpracę. Najpewniej
dotyczyła ona okresu przedorganizacyjnego późniejszego dowódcy Powstania
Warszawskiego. Chruściel po przegranej kampanii we wrześniu 1939 r., wbrew
zarządzeniom władz okupacyjnych, nie zarejestrował się jako oficer Wojska
Polskiego, w związku z czym musiał się ukrywać. Prawdopodobnie właśnie wtedy Tabęcki
przyszedł mu z pomocą. Po czerwcu 1940 r., kiedy „Monter” zajmował już
stanowisko szefa Wydziału III Komendy OW ZWZ, miał do dyspozycji aparat
legalizacyjny organizacji i trudno sobie wyobrazić, by musiał korzystać z usług
osoby prywatnej, choćby najbardziej zaufanej.

O szczególnie pozytywnym stosunku Chruściela do „Lassa”
przekonują nas znane nam relacje. Wspominałem już o tym, co mówił Rybicki.
Wersję tę potwierdzał również Lewandowski. Nie był jednak dowódca warszawskich
struktur ZWZ/AK jedynym, którego sympatię zdołał zaskarbić sobie Tabęcki.
Równie dobre zdanie, jeśli nie lepsze, miał o nim twórca i szef Kedywu OW AK
Jerzy Lewiński.

Urodzony 14 czerwca 1908 r. we wsi Mierzyce w powiecie
wieluńskim, syn Antoniego i Haliny z domu Dybek, już w 1926 r. związał swoją
przyszłość z wojskiem. Kolejno kończone kursy, sprawowane funkcje – był m.in.
kierownikiem WF w Centrum Wyszkolenia Saperów – a także udział w obronie
Warszawy we wrześniu 1939 r. – dostał się do niewoli, z której uciekł –
zaprowadziły go do wspominanego już Referatu „C” w Oddziale III Sztabu Komendy Głównej
SZP. Używając konspiracyjnego nazwiska Jerzy Reda w sierpniu 1940 r. objął
stanowisko dowódcy batalionu saperów m.st. Warszawy, a w czerwcu 1942 r. został
szefem Związku Odwetu OW AK.

To jego dziełem była m.in. akcja „Wieniec”,
przeprowadzona nocą 7/8 października 1942 r. Stanowiła ona jeden z ostatnich
akordów w historii warszawskiego ZO. W tym samym bowiem czasie Lewiński
konstruował już sztab Kedywu. Jedną z osób, które miały się w nim znaleźć,
prawdopodobnie z polecenia samego „Montera” (Lewandowski 9.09.1974, s. 22), był
„Lasso”.

Bohater

Przyglądając się opisom Tabęckiego, można odnieść
wrażenie, że był stereotypowym konspiratorem, pierwowzorem głównego bohatera
sensacyjnej opowieści o podziemiu. Przystojny, odważny, trochę bezczelny,
odrobinę beztroski, otoczony tajemnicą i pięknymi kobietami, a przy tym bogaty.

Zbigniew Lewandowski, który pozostawił nam
najdokładniejszy opis Tabęckiego, tym cenniejszy, że nie dysponujemy żadną jego
fotografią, wspominał, że „był [on] blondynem bardzo przystojnym, ubierał się w
tym czasie bardzo elegancko” (tamże). Co więcej, „był bezpośredni i dużo lubił
mówić o sobie”. Ludzie darzyli go sympatią, wystarczy wspomnieć „Montera” oraz
„Chuchrę”. „Szyna” pisał również, że widywał „go czasem na ulicy. Prawie zawsze
szedł w towarzystwie przystojnej i dobrze ubranej kobiety”, prawdopodobnie
żony.

Mieszkali w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 81. Na
jej zdjęciach wykonanych przed 1939 r. widzimy Warszawę w tym najpiękniejszym
wydaniu. Jest czysto, schludnie i elegancko. Rosną drzewa dające przyjemny cień
w słoneczne dni, po chodniku spacerują dobrze ubrani ludzie, na ulicy widać
samochody. Dzisiaj zachowała się jedynie część budynku. Najpierw spłonął w
czasie Powstania Warszawskiego, krótko po wojnie rozebrano do poziomu parteru
fasadę, a w połowie lat pięćdziesiątych w trakcie poszerzania ul.
Marszałkowskiej zburzono i tę jej pozostałość. Zachowała się dalsza część
kamienicy. Z zewnątrz smutna, w środku ze śladami dawnego luksusu, który przez
kilka lat otaczał Tabęckiego.

„Lasso” nie należał do osób mających problemy z gotówką,
z czego w podziemiu zdawano sobie sprawę. Z dokumentów organizacyjnych dowiadujemy
się, że posiadał zamożną rodzinę. Sam też podczas wojny dobrze zarabiał. W Kedywie
z racji swego stanowiska oraz zakresu obowiązków mógł liczyć na 1700 zł samej
podstawy, plus 600 zł dodatku rodzinnego (Kedyw 2006, s. 152). W okresie
jesienno-zimowym dodatkowo dostawał 1200 zł specjalnego dodatku węglowego (Kedyw
2009, s. 261). Łącznie otrzymywał więc nawet 3500 zł. Przy ówczesnych zarobkach
była to suma niebagatelna (pod koniec 1941 r. przeciętna pensja nauczycielska
wynosiła 300 zł, a w grudniu 1942 r. urzędnik mógł liczyć maksymalnie na 800 zł
miesięcznie – jeśli był mężczyzną i miał co najmniej 40 lat). Na tym jednak nie
kończył się jego dochód. W miejscu oficjalnego zatrudnienia zarabiał 700 zł. Według
Lewandowskiego była to bliżej nieokreślona „wyższa instytucja niemieckiej
administracji” (Lewandowski 9.09.1974, s. 22), co pasowałoby do rzekomego
posiadania przez niego papierów reichsdeutscha/baltendeutscha. Dzięki tej pracy
dysponował też przepustką umożliwiającą mu poruszanie się po ulicach miasta
nocą, a także korzystanie z lokali „Nur für Deutsche”, czym lubił się chwalić.

Cały ten zestaw, tj. znajomość języka, dobra sytuacja
finansowa, odpowiednie kontakty oraz papiery, sprawiał, że Tabęcki był wręcz
idealnym kandydatem na bohatera podziemia, co w pierwszych miesiącach
działalności Kedywu OW zdawało się regularnie znajdować potwierdzenie.

Już na początku 1943 r., w okresie kiedy Kedyw OW
jeszcze nie zdążył na dobre rozpocząć swojej działalności, Zbigniew
Lewandowski, zastępca „Chuchry”, pełniący jednocześnie funkcję szefa Biura
Badań Technicznych przy KG AK, wpadł na pomysł przesłania kilku wybranym
wysokim niemieckim urzędnikom małych bomb, wystarczających do tego, aby
definitywnie zakończyć ich pracę. Razem ze współpracownicami przygotował paczki
z bombami.

Żeby jednak trafiły bezpośrednio do adresatów, musiały
mieć odpowiednie urzędowe naklejki adresowe. „Lasso”, wykorzystując swoje
dojścia, zdobył odpowiednią ich liczbę (Lewandowski 9.09.1974, s. 16).
Wszystkie bomby, już zapakowane, odpowiednio oznaczył w mieszkaniu przy ul.
Zielnej, dokąd w zwyczajnej torbie, po wcześniejszej kontroli „Szyny”,
dostarczyła je Antonina Mijal „Tosia” z BBT. Kiedy wszystko było gotowe, razem
poszli na pobliski pl. Napoleona, gdzie w siedzibie Deutsche Post Osten nadali
przesyłki do urzędników w Warszawie i Krakowie. Choć bomby trafiły pod wskazane
adresy, to żaden z namierzonych oficjeli nie został nawet ranny. Po tym jak
trzy bomby eksplodowały w sekretariatach, zabijając kilku pracujących tam
Niemców, Gestapo, zaalarmowane tymi zajściami, namierzyło pozostałe paczki.

Kolejna istotna akcja z udziałem Tabęckiego jest
związana z Powstaniem w Getcie Warszawskim. Już 19 kwietnia, w dniu wybuchu
walk, oddział Kedywu OW próbował wysadzić mur getta w rejonie ul.
Świętojerskiej, Bonifraterskiej i Muranowskiej. Akcja zakończyła się
niepowodzeniem. „Monter” od razu wydał Lewińskiemu polecenie podjęcia kolejnej
próby wybicia dziury w murze. Rankiem 22 kwietnia, w Wielki Czwartek, w lokalu
przy al. 3 Maja zebrał się sztab Kedywu OW. Po krótkiej naradzie zdecydowano
się uderzyć na odcinku wzdłuż ul. Okopowej, pomiędzy ulicami Dzielną i Pawią.
Lewandowski wspominał: „Zniszczona miała być osadzona w murze, zamknięta już na
stałe, brama do getta. Stąd uciekinierzy mogli się ewakuować w kierunku
Cmentarza Żydowskiego, następnie Powązek i dalej za miasto do Puszczy
Kampinoskiej” (Lewandowski 1985, s. 77). Szybko jednak się okazało, że oddział
wyznaczony do zadania nie będzie w stanie go wykonać. Jak zwrócił mi uwagę
Dariusz Libionka, po nieudanym przebiegu akcji 19 kwietnia ludzie bali się udziału
w tej akcji.

Lewiński nie miał wyboru, musiał jeszcze przed godziną
policyjną w trybie awaryjnym zmontować nowy zespół. Nie mając dużego wyboru,
postanowił, że pójdzie razem z „Szyną”, a towarzyszyć im będzie Tabęcki oraz
sześciu ludzi z Oddziału Dywersji Bojowej „3” ze Śródmieścia, z „Ryżym” (N.N.)
i Cezarym Szemleyem-Ketlingiem „Cezarym” na czele. Wybór „Lassa” jest w pełni
zrozumiały. Zastanawia zaś udział „Ryżego” i „Cezarego”, znanego również jako
„Arpad”. Ten ostatni sprzedawał do getta broń służbową. I choć jego przełożeni
wtedy jeszcze nie wiedzieli o tym, prawdopodobnie orientowali się, że zna ten
teren i ma po drugiej stronie muru swoje kontakty.

23 kwietnia, w Wielki Piątek, o godzinie 11 uczestnicy
akcji spotkali się w ruinach przy popularnym Kercelaku.

Plan akcji przewidywał, że por. „Lasso” zlikwiduje posterunek na Okopowej, między Dzielną i Pawią. „Chuchro” z dwoma żołnierzami z ODB-Śródmieście, uzbrojonymi w steny miał ubezpieczać ul. Okopową w kierunku Cmentarza Żydowskiego oraz Pawią wzdłuż murów getta. Po strzale „Lasso” miałem, w towarzystwie minera i uzbrojonego w stena strzelca z ODB, ps. „Sęp” (NN), natrzeć na bramę od ul. Zegarmistrzowskiej, przez istniejącą od kilku miesięcy wyrwę w murach tzw. dużego getta (tamże).

Po zajęciu stanowisk „Lasso” zgodnie z założeniami
ruszył w stronę posterunku, gdzie miał napotkać zaledwie jednego strażnika. Podszedł
akurat w momencie, kiedy dokonywano zmiany warty. Nie zastanawiając się,
wyciągnął pistolet i zastrzelił obu Niemców. Dalej wypadki potoczyły się
błyskawicznie. Zaczęli się pojawiać kolejni strażnicy. Do akcji ruszyli „Szyna”
i „Chuchro” z resztą ludzi. Wtedy nadjechała „buda” z niemieckimi żandarmami.
Uczestnicy akcji nie mogli już myśleć o wykonaniu zadania – musieli się
ratować. Ruszyli biegiem wzdłuż ul. Okopowej w stronę Kercelaka. „Okopową cofał
się również »Lasso«, biegnąc tuż przede mną – pisał Lewandowski. – Wybiegając z
Zegarmistrzowskiej w Okopową, zobaczyłem, jak z bram domów po jej wschodniej
stronie wybiegają policjanci granatowi, próbując go zatrzymać. W pierwszego,
który zabiegł mu drogę, »Lasso« strzelił z pistoletu. Policjant upadł w tył, na
plecy. To powstrzymało nieco innych” (tamże, s. 78–79). Oddział wycofał się bez
strat.

Więcej szczegółów dotyczących postawy „Lasso” w akcji
znajdujemy w relacji spisanej przez „Szynę” w 1974 r.:

Wykazał wtedy wybitną odwagę, ogromny refleks i wielką zręczność w posługiwaniu się pistoletem. Zabił wtedy z najbliższej odległości dwóch niemców i „granatowego”. Ten ostatni zastąpił mu drogę z podniesionym pistoletem w ręku w chwili, gdy wycofywał się biegiem po załamaniu się zasadniczej akcji. „Lasso” trzymał w tym momencie prawą, uzbrojoną, rękę w kieszeni płaszcza. Zastrzelił „granatowego” w biegu, poprzez kieszeń własnego płaszcza, nie wyciągając z niej uzbrojonej ręki. Biegłem tuż za nim i mam tę scenę w swoich oczach jeszcze dzisiaj. Prawdopodobnie tym strzałem i mnie uratował życie.

Lewandowski nie był jedynym, który zawdzięczał tamtego
dnia życie Tabęckiemu. Drugą osobą był Lewiński. Józef R. Rybicki pisał po
wojnie, że to właśnie „w tym tkwiła słabość »Chuchry« do »Lasso«” (Rybicki 2003,
s. 134). Należy zauważyć, że opis akcji jest typowy dla powojennych relacji
żołnierzy dywersji. Dużo tu strzelania, ofiar po drugiej stronie – a żadnych po
własnej. I jest odpowiednia dramaturgia. Można mieć jednak wątpliwości, czy w
tak trudnej sytuacji oddział Lewińskiego wyszedłby z tego bez szwanku.

Przez pierwsze trzy miesiące działalności Kedywu OW
Jerzy Tabęcki mógł być uznawany przez zwierzchników za człowieka, bez którego
trudno wyobrazić sobie dalszą pracę. Odważny, z dużymi możliwościami, jakie
zapewniały mu praca, posiadane papiery i znakomita znajomość języka, zdobył
sobie zaufanie otoczenia. I wtedy pojawiła się pierwsza rysa na jego wizerunku.

Według raportów podziemia Hugo Dietz, kierownik
jednego z wydziałów Arbeitsamtu w Warszawie, odznaczał się zajadłą nienawiścią
wobec Polaków. Brał udział w likwidacji getta, organizował łapanki. Wydanie
rozkazu jego likwidacji było oczywiste. Przeprowadzenie akcji według Zbigniewa
Lewandowskiego zlecono ODB ze Śródmieścia, rozpoznanie zaś – Tabęckiemu. Po
latach „Szyna” wspominał: „13 kwietnia 1943 r. w godzinach popołudniowych »Lasso«
złożył nam w naszym lokalu konspiracyjnym przy ul. Zielnej meldunek:
zastrzeliłem dziś Dietza na ul. Rysiej. Meldunek ten natychmiast przekazano »Monterowi«”
(Lewandowski 9.09.1974, s. 23).

Po kilku dniach Chruściel wezwał „Chuchrę” i „Szynę”
do „lokalu konspiracyjnego przy ul. Filtrowej i zakomunikował” im, że w sprawie
likwidacji Dietza otrzymał dwa meldunki. Jeden od Tabęckiego i drugi, zgodnie z
którym akcję przeprowadził pięcioosobowy patrol Władysława Welweta „Misia” z
oddziału „Kosy” Kedywu KG AK. Doszło do konfrontacji, w której udział wzięli on
sam, Lewiński, Lewandowski, Welwet i Tabęcki. W trakcie spotkania „Miś” i
„Lasso” przedstawili swoje wersje wydarzeń. „Lasso” mówił, że w czasie sekcji
zwłok znaleziono w ciele sześć kul. Informację tę miał jakoby uzyskać od
Niemców, z którymi pracował w urzędzie.

Po wysłuchaniu relacji Chruściel uznał oba meldunki za
prawdziwe. W jego ocenie, jak wspominał Lewandowski, jeden Dietza postrzelił, a
drugi – dobił. Obaj otrzymali Krzyże Walecznych. „Szyna” jednak miał
wątpliwości co do opowieści Tabęckiego. Po wizji lokalnej uznał, że Tabęcki
stał zbyt daleko od Dietza, aby mógł go zabić z broni krótkiej. „Z takiej
odległości wyborowy strzelec mógł [go] tylko postrzelić”. A przecież „Lasso”
twierdził, że oddał aż sześć celnych strzałów. „Szyna” podzielił się swoimi
wątpliwościami m.in. z Lewińskim. Kilka dni później Tabęcki obydwu uratował
życie pod murami getta. Po tym Lewandowski już nie drążył tematu likwidacji
Dietza.

W całej sprawie zastanawia, dlaczego Chruściel
zdecydował się przyznać rację obu rzekomym wykonawcom wyroku. Wyjaśnienia są
dwa. Pierwsze – nie mając podstaw do podważenia którejkolwiek z wersji, nie
chciał ryzykować napięć. I drugie – „Monter” być może miał podejrzenia co do
Tabęckiego, ale prywatne sympatie, znajomość z jego ojcem, wdzięczność za pomoc
przy zdobyciu dokumentów przeważyły. W przypadku „Lassa” możemy jednak wskazać
jeszcze jedną historię, również opisaną przez Zbigniewa Lewandowskiego, w
której postawa Tabęckiego nie jest całkowicie jasna:

W jednym wypadku nie wykonał wyroku likwidacyjnego, zleconego przez odpowiednie władze AK, na pewnej parze konfidentów, mieszkającej w pobliżu Placu Zbawiciela. Wyjaśniał, że nie był w stanie tego zrobić, bowiem przed odczytaniem i wykonaniem wyroku zdążyli go przekonać (!), że są zupełnie niewinni. Konsekwencji z tego powodu w stosunku do „Lasso” nie wyciągnięto (tamże).

Nie wiemy, jaki był dokładny przebieg zdarzenia ani
kiedy dokładnie nastąpiło; na pewno stało się to przed wrześniem 1943 r., kiedy
to Lewandowski odszedł z pracy w Kedywie OW do Biura Badań Technicznych przy KG
AK, a więc jeszcze w momencie, kiedy Tabęcki cieszył się dużym zaufaniem góry,
z Lewińskim i Chruścielem na czele. Przez całą wiosnę i dużą część lata jego
pozycja zdawała się niezagrożona. Ale pod koniec sierpnia sytuacja znacząco się
zmieniła.

Akcja
na Czackiego

Latem 1943 r. warszawski Kedyw szykował się do jednej
z największych akcji w swojej historii – uderzenia na niemiecki Arbeitsamt przy
ul. Czackiego 14 w Warszawie. Jej celem było zniszczenie kopii wydawanych przez
urząd kart pracy. Ich istnienie sprawiało, że każdy posiadacz fałszywej arbeitskarty
mógł łatwo zostać zdemaskowany. A ponieważ w podziemiu często korzystano z
fałszywek, kopie oryginałów stwarzały zagrożenie dla całej organizacji.

Pierwszą próbę dostania się do budynku przy ul.
Czackiego podjęto w piątek 13 sierpnia, jednak ze względu na wizytę delegacji z
Berlina zespół wyznaczony do zadania nie zdołał dostać się do środka. W związku
z tym akcję przełożono na czwartek 26 sierpnia, zmieniając także jej plan:

Po ponownym przeprowadzeniu rozpoznania i obserwacji stwierdzono, że w obecnych warunkach najlepszą godziną do wykonania akcji będzie godzina ranna, tj. w tym czasie, kiedy dozorca otwiera bramę. Rozpoczęcie akcji ustalono na godzinę 6.20. Sytuacja na ulicy Czackiego w tym czasie: ruch uliczny znikomy, 2 policjantów granatowych pilnuje narożnego banku KKO, dozorca urzędu otwiera bramę, na wartowni Sonderdienstu czynności powinne i przygotowania do objęcia służby (Oddział 2007, s. 39).

Aby nie zwracać na siebie nadmiernej uwagi,
postanowiono, że uczestnicy nie będą podjeżdżali samochodami, lecz dotrą na
miejsce pieszo, po czym część z nich utworzy przed wejściem do Arbeitsamtu
kolejkę, w której znajdą się również kobiety. Reszta będzie rozstawiona po
okolicy, zabezpieczając kierunki, z których mogłyby nadejść ewentualnie
dodatkowe siły wroga. Po otwarciu bramy do siedziby Arbeitsamtu miała szybko
wkroczyć ekipa uderzeniowa, mająca sterroryzować ochronę, a następnie
przystąpić do niszczenia wskazanych dokumentów. Do tego celu przeznaczono 90 kg
szedytu w paczkach każda po 15 kg, 20 litrów smarów, 20 litrów benzyny, 12
butelek zapalających, cztery termity z zapalnikami czasowymi, trzy świece
gazowe i jedną minę z opóźnieniem dziesięciominutowym. To, co najważniejsze,
czyli szedyt, miał być dowieziony w ostatniej chwili samochodem, którym na
miejsce akcji miał przyjechać sam Jerzy Tabęcki.

Krótko po 6.00 zaczęli się ustawiać na swoich
pozycjach. W złożonym 28 sierpnia sprawozdaniu z przebiegu wydarzeń Zbigniew
Czajkowski „Olek” pisał:

Dn. 26 VIII 43 o godz. 6.15 dołączyłem do kolejki, utworzonej przy Dyr. Pol. Niem. na ul. Czackiego. Przy sąsiedniej bramie w kierunku Traugutta stało osobowe zielone auto policyjne. W kilka minut po moim przybyciu z bramy domu, przed którym stało auto, 4 gest[apowców] (3 umundurowanych, 1 w ubraniu cywilnym), wszyscy z pist[oletami] automat[ycznymi], wyprowadziło 2 kobiety. Po wsadzeniu ich do auta 2 gest[apowców] pojechało z nimi, a 2 pozostało przy bramie. W chwilę po ich odjeździe nadjechał nasz samochód ciężarowy z materiałem, zatrzymał się koło nas, wysiadł z niego szofer i spytał, od której są czynne biura. Następnie odjechał w kierunku Sto-Krzyskiej [Świętokrzyskiej] i wjechał w ślepą uliczkę na wprost B[an]ku Francusko-Polskiego. Około 6.30 przez ul. Czackiego w kierunku do Traugutta przejechał drugi mały samochód ciężarowy, który na znak dany ręką przez Leona nie zatrzymał się, lecz wjechał w ul. Traugutta. Ponieważ obaj gest[apowcy] stali ciągle przy bramie, Leon zdecydował, aby podeszło do nich 4 z nas i unieszkodliwiło ich. W momencie kiedy mieliśmy to wykonać, z ul. Sto-Krzyskiej [Świętokrzyskiej] wyjechało wspomniane wyżej auto pol[icyjne] i zabrało ich, odjeżdżając w kierunku Traugutta i Krak[owskiego] Przedm[ieścia]. Oczekiwaliśmy teraz na przybycie auta, które odjechało, nie zatrzymując się koło nas. W 3–4 min po odjeździe auta pol[icyjnego] usłyszałem u wylotu Czackiego i Sto-Krzyskiej [Świętokrzyskiej] kilka pojedynczych strzałów i zauważyłem auto pol[icyjne] stojące tam oraz człowieka leżącego na ziemi. Na rozkaz Leona „uciekać” pobiegliśmy z pistoletami w ręku do Traugutta, a następnie część w kierunku Krak[owskiego] Przedm[teścia], część zaś do Mazowieckiej (tamże, s. 43–44).

Akcja zakończyła się porażką. Jeszcze zanim na dobre
się zaczęła, stojący na ulicy kedywiacy zostali zaatakowani przez gestapowców.
W trakcie krótkiej strzelaniny zginęło dwóch żołnierzy, Jerzy Trószyński
„Onufry” oraz Zbigniew Art „Roman”. Ciała obu Niemcy przetransportowali do
prosektorium przy ul. Oczki, skąd zostały wykradzione przez kolegów i pochowane
na Cmentarzu Bródnowskim pod fałszywymi nazwiskami Zbigniew Kraft i Henryk
Montwił.

Jednocześnie z zabiegami o godne pożegnanie obu poległych
rozpoczęto jednocześnie śledztwo mające ustalić przebieg wypadków na ul.
Czackiego. W ciągu kilku dni zebrano co najmniej piętnaście raportów. Po dwa
złożyli dowódca akcji Leon Tarajkowicz „Gryf”, a także Stanisław Sosabowski
„Stasinek” i dwaj jego żołnierze z grupy żoliborskiej, Zbigniew Siennicki „Bor”
i Leon Zubrzycki „Lech”. Po jednym przygotowali: „Pyz” (N.N.), Włodzimierz
Denkowski „Kostek”, „Zygmunt” (N.N.), Antoni Wojciechowski „Antek II”, Zdzisław
Czajkowski oraz „wypożyczeni” z batalionu „Zośka” Edward Kuźmiński „Heniek” i
Wiesław Krajewski „Sem”.

Lektura tych zapisków pozwala na wskazanie kilku
elementów wspólnych. Pierwszy – wszyscy na swoich stanowiskach pojawili się
krótko po 6.00. Sosabowski, Czajkowski i Siennicki zgodnie wymieniają 6.15 jako
moment, kiedy zajęli pozycje. Denkowski pojawił się jeszcze wcześniej. Po kilku
minutach w okolicy znalazło się jeszcze więcej osób, wśród nich m.in. Zubrzycki
oraz Tarajkowicz.

Punkt drugi – Niemcy wychodzący z domu pod numerem 16,
wsiadający z dwiema kobietami i mężczyzną do samochodu i odjeżdżający – nie
licząc dwóch, którzy zostali na ulicy. Tuż obok kolejki, która ustawiła się
przed Arbeitsamtem. „Gryf” w swoim raporcie podawał: „godz. 6.25 Nadjeżdża
samochód polic[yjny] od ul. Świętokrz[yskiej] i zatrzymuje się pod [nr.] 16.
Dwóch gestap[owców] wsiada do samochodu. W tym samym czasie nadjeżdża nasz
samochód z gr[upy] terroryzującej, ale widząc nowo wytworzoną sytuację,
niepomyślną do rozpoczęcia akcji, przejeżdża dalej i skręca w Traugutta. Po chwili
gestapowcy odjeżdżają w kier[unku] Traug[utta] do Mazowieckiej” (tamże, s. 61).

Samochód z grupy terroryzującej to następny fragment
układanki. Jechał nim najprawdopodobniej „Lasso”. Opis, jak krąży powoli po
ulicy, pojawia się w czterech relacjach. Według nich miało w nim się znajdować
trzech ludzi. Zdaniem „Pyza” przejechał ul. Czackiego trzy razy: „Zorientowałem
się, że to auto patroluje czworobok zamknięty ulicami: Świętokrzyską,
Czackiego, Traugutta, Mazowiecką” (tamże, s. 53). W końcu pojawił się za nim opel-kapitan.
Po wyminięciu go zatrzymał się. Chwilę później padły pierwsze strzały.

Tutaj dochodzimy do punktu czwartego – oczekiwanie na
początek akcji. Pierwsi jej uczestnicy na swoich pozycjach pojawili się o 6.10–6.15.
Do starcia doszło około 6.30, 15–20 minut później. Zaledwie pięć minut od
momentu, kiedy opel-admirał zabrał dwóch gestapowców sprzed wejścia do domu nr
16. Ci przez blisko dziesięć minut obserwowali, jak na niedużej ulicy gromadzi
się tłum młodych ludzi. W tej sytuacji mogło dojść do zdekonspirowania akcji.
Potwierdzają to słowa Siennickiego: „Onufry był zaniepokojony i powiedział do
mnie, że akcja powinna być już rozpoczęta” (tamże, s. 47).

O tym, że zwracali na siebie uwagę, pisał też
Lewandowski, który choć był nieobecny na miejscu, zapoznał się z relacjami
uczestników wydarzeń: „Zachowanie się »Onufrego« z grupy »Andrzeja« było
wyjątkowo prowokacyjne i zwracające powszechną uwagę na pustej o tej wczesnej
godzinie ulicy Czackiego” (Lewandowski 8.09.1974, s. 20). Jednak w powojennych
opisach wydarzeń winny dramatu staje się jeden człowiek – „Lasso”.

Tego samego dnia Lewandowski oraz Lewiński w bezpośredniej
rozmowie zarzucili mu tchórzostwo. W odpowiedzi pokazał im świeżą ranę, mówiąc,
że został ranny pół godziny po akcji, kiedy wrócił na miejsce akcji i zaczął
strzelać do Niemców. Problem w tym, że do żadnej wymiany ognia nie doszło, co
potwierdzają zeznania Zubrzyckiego i Tarajkowicza. Ale „Lasso” rzeczywiście był
ranny. „Chuchro” i „Szyna” wysłali go do szpitala, gdzie miał zostać opatrzony
przez zaufanego lekarza. W tym miejscu relacje, jakimi dysponujemy, rozmijają
się. Sosabowski w latach siedemdziesiątych w liście do Rybickiego pisał, że to
on zajmował się Tabęckim. Przyjrzyjmy się jego wersji:

Przyjechał dorożką w towarzystwie drugiego kolegi. Portier wywołał mnie do holu na parterze. Dowiedziałem się, że Lasso jest ranny. Brali udział w akcji ulicznej. Akcja, której szczegółów nie znam, nie udała się, oddział poszedł w rozsypkę. Na szczęście poza Lassem, który dołączył na melinę, osobno [?] nie było żadnych ofiar (Sosabowski 11.12.1974, s. 1).

Fragment zastanawiający – Sosabowski, który brał
udział w akcji na ulicy Czackiego i doskonale wiedział, że „Lasso” również tam
był, nagle opisuje całość tak, jakby nie miał żadnej wiedzy na temat
okoliczności wydarzeń. Ale czytajmy dalej:

Po rozmowie z mym szefem dr. Piotrowskim zabrałem L. na górę, na salę opatrunkową. Czuł się dobrze, szedł bez pomocy, a poza tym, że był trochę blady, nie było żadnych innych objawów. Powiedział nam, że został ranny w bok z pistoletu maszynowego, [jednak] ani na marynarce, ani na koszuli nie było śladu krwi ani uszkodzenia przez pocisk. Tłumaczył się, że na melinie zmienił koszulę i marynarkę, co mi się wydawało możliwe. Sama rana to dość ciekawy wypadek. Rana styczna z wlotem i wylotem po lewej stronie pomiędzy kością biodrową a ostatnim żebrem. Krwawienia nie było żadnego. Kula przeszła tylko przez skórę i tkankę tłuszczową podskórną. Co więcej z przodu, gdzie był wlot (bo otwór był mniejszy), naokoło wlotu była czarna obwódka, czarny pierścień z niespalonego prochu. Tego rodzaju obwódka jest typowa, gdy lufa broni palnej jest przyłożona bardzo blisko gołej skóry. Gdybym nie znał Lasso, to bym wtedy powiedział, że dwoma palcami lewej ręki odciągnął skórę, przyłożył prawą ręką pistolet do fałdu i sam się przestrzelił. Gdy się później zastanawiałem nad tą sprawą i dyskutowałem ją z mym starszym kolegą dr. Piotrowskim, którego znałem jeszcze ze szpitala Ujazdowskiego, doszliśmy do wniosku, że była to jedyna możliwość. Nawet sam kanał kuli nie szedł prosto, tylko krzywą. To znaczy gdyby przeprowadzić linię prostą od wlotu do wylotu, to pocisk by przeszedł przez jamę brzuszną i jelito grube (tamże, s. 1–2).

W porównaniu z początkiem relacji, gdy „Stasinek”
wyraźnie miał problem z przypomnieniem sobie przebiegu wypadków, druga część
opisu jest zadziwiająco dokładna – i zapewne zgodna z prawdą. W akcie
oskarżenia Tabęckiego, przedłożonym Wojskowemu Sądowi Specjalnemu już po jego
śmierci, znajduje się informacja potwierdzająca wspomnienie Sosabowskiego.
Zgodnie z nią strzał, w którego wyniku „Lasso” został ranny, oddano z
odległości nie większej niż 50 centymetrów, podczas gdy sam ranny twierdził w
rozmowie z Lewińskim, że było to 6–7 metrów (Kedyw 2009, s. 198).

„Lasso” więc prawdopodobnie kłamał i sam do siebie strzelił. Nie wiadomo tylko po co. O ile więc jego zachowanie rzeczywiście należy uznać za dziwne, o tyle trudno zgodzić się z zarzutem tchórzostwa. W momencie kiedy gestapowcy otworzyli ogień do „Onufrego”, w ciągu kilku sekund z miejsca wydarzeń zaczęli uciekać wszyscy uczestnicy akcji, co zaznaczali w zeznaniach. Ich lektura skłania do stwierdzenia, że w sytuacji gdy prawdopodobnie poza Zbigniewem Artem nikt nie podjął walki, jedyną osobą, której wytknięto tchórzostwo, został Tabęcki. Najwcześniejszym znanym źródłem informującym nas o tym zarzucie jest akt oskarżenia „Lassa” napisany po 15 kwietnia 1944 r. Być może więc cała historia została rozbudowana po czasie, aby wzmocnić przekonanie o zdradzie, jakiej miał dopuścić się „Lasso”.

Rybicki notował po latach, że rozmawiali z Lewińskim,
co zrobić. W końcu „»Chuchro« przyrzekł usuwać [Tabęckiego] stopniowo z akcji,
powoli zrywać z nim łączność oddziałową” (Rybicki 2003, s. 134). „Lassu”
powiedzieli, że z uwagi na jego stan zdrowia na jakiś czas muszą odsunąć go od
pracy. Czas jego rekonwalescencji chcieli wykorzystać, by uważniej mu się przyjrzeć.

Lewiński,
pieniądze i bandyci

Sytuacja zdawała się wyciszać, gdy w Kedywie OW nagle
doszło do wstrząsu. Na początku listopada 1943 r. aresztowany został „Chuchro”.
Według relacji Franciszki Parońskiej, której mąż znał się z Lewińskim z pracy w
Kedywie, wpadł, gdy szedł do mieszkania swojej narzeczonej na ul. Polnej 50.
Niemcy akurat urządzili w domu kocioł. Lewiński próbował uciekać, ale dopadli
go i pobili. Trafił na Szucha i zapewne na Pawiak.

Gdy tylko wiadomość o jego zniknięciu dotarła do
„Montera”, zaczęto szukać możliwości ratunku. Jako pierwszy do pomocy zgłosił
się Tabęcki. Jego plan był prosty. Korzystając ze swoich kontaktów i tego, że
Niemcy nie wiedzieli jeszcze, kim jest Lewiński, chciał wykupić go za 100 tys.
zł. „Monter” dał mu pieniądze. Dni mijały, a „Chuchro” ciągle pozostawał w
więzieniu. „Lasso” tłumaczył Chruścielowi i Rybickiemu, że potrzebuje czasu, że
to nie jest proste. Nie wiemy, czy Tabęcki podejmował jakiekolwiek próby. O
tym, że takie były, wiemy z relacji Parońskiej, która podkreśla, że gdy osoba
prowadząca z Niemcami negocjacje zgodziła się na podwyższenie ceny podanej
przez nich pierwotnie, ci zorientowali się, iż mają do czynienia z kimś
istotnym. Rozpoczęły się przesłuchania połączone z nieustannym biciem.
Lewińskiemu udało się wysłać gryps, w którym informował, że Gestapo nie
wyciągnęło z niego żadnych informacji. O tym, że do końca milczał, świadczy to,
iż Niemcy nie poznali nawet jego prawdziwej tożsamości. Rozstrzelali go w
ulicznej egzekucji 24 listopada, jako Jerzego Redę.

Zanim do tego doszło, Tabęcki szukał sposobu na
zmazanie swojej sierpniowej wpadki. Tak długo prosił „Andrzeja” o możliwość
rehabilitacji, że ten dał mu najpierw jeden wyrok do wykonania, a potem całą
ich listę. „Lasso” żadnego z nich nie mógł jednak wykonać. Rybicki rozumiał, że
nie zawsze akcję da się przeprowadzić z dnia na dzień. Nie winił go za to.
Jakby chcąc dać mu jeszcze jedną szansę, a może go sprawdzić, zlecił mu kolejną
akcję.

Chodziło o likwidację Mariana Szweda, funkcjonariusza
polskiego Kripo. W raporcie podziemia pisano, że „jego zbytnia »gorliwość« i
służalstwo w stosunku do Niemców przechodzi wszelkie granice. Jest on głośnym i
znanym już i w całym mieście znienawidzonym szantażystą”. Tabęcki zabrał się do
pracy. Po kilku dniach przyszedł jednak do Rybickiego i oznajmił, że nie
wykonał wyroku. Był blisko, czekał już na Szweda w restauracji wskazanej mu
przez Leona Millera, również funkcjonariusza polskiego Kripo. Szwed przyszedł,
ale zanim „Lasso” cokolwiek zrobił, tamten położył na stole przed nim dwa
pistolety i rozpoczął swoją „spowiedź”. Tabęcki mu uwierzył. Teraz domagał się
od Rybickiego rozmowy z Chruścielem. „Andrzej” odmówił, prosząc o raport na
piśmie.

Minęło kilka dni. Tabęcki pokazał się z raportem. Nie
jednym, a dwoma. W pierwszym, poświęconym Szwedowi, pisał m.in., że tamten
tłumaczył, iż „zło, które uczynił, było wynikiem złego wykorzystania jego sił i
energii na skutek braku kontaktu z czynnikami miarodajnymi” (Kedyw 2009, s. 196).
Dalej prosił o możliwość przedstawienia jego sprawy górze i danie mu szansy
udowodnienia, że jest „dobrym Polakiem”.

Drugi raport dotyczył niejakiego „Ryżego”, żołnierza
Kedywu OW, skazanego na śmierć przez podziemny sąd za bandytyzm. To była sprawa
sprzed kilku miesięcy. „Ryży” (N.N.) oraz Cezary Szemley-Ketling „Arpad” do
Kedywu OW trafili krótko przed akcją pod murami getta. Nie przyszli jednak do
„Chuchry” sami, ale z gotowym oddziałem dywersyjnym, który „Ryży” zaczął
formować jesienią 1942 r., a w którym główną siłę uderzeniową stanowił blisko
30-osobowy pluton „Arpada”. Bardzo szybko się okazało, że za ich działalnością organizacyjną
stoi nie tylko chęć walki z okupantem.

W sobotę 7 sierpnia 1943 r. do ppłk. Konstantego
Kułagowskiego „Reżysera”, komendanta Obwodu AK Śródmieście, wpłynęło
oświadczenie „Ryżego” w sprawie odsunięcia przez niego „Arpada” od pracy w
związku z jego bandycką działalnością, obejmującą m.in. zabicie czterech osób,
na których nie było wyroków wydanych przez władze podziemia. „Na zapytanie,
dlaczego te rzeczy robi, odpowiedział, że ma swoje plany, swoją ideologię, zaś
wyroki powyższe wykonał dla jego wiadomych przyczyn” (Kedyw 2010, s. 33).
„Ryży” zarzucał swemu podwładnemu dokonywanie napadów rabunkowych, odmowę
wykonania rozkazów oraz przywłaszczenie sobie siedmiu pistoletów należących do
oddziału. Wedle pisma „Ryżego” stał się on celem przynajmniej jednego zamachu dokonanego
przez grupę „Arpada”.

Wobec tak poważnych zarzutów rozpoczęto śledztwo, w
trakcie którego przesłuchano m.in. Lewińskiego. I to akurat 26 sierpnia 1943
r., w dniu akcji na Czackiego. W wersji, jaką przedstawił „Chuchro”, głównym
winnym był „Arpad”. Z protokołu przesłuchania dowiadujemy się, że Tabęcki
również znajdował się w kręgu zainteresowania komisji badającej sprawę.
Lewiński jednak zarówno jego, jak i „Ryżego” wziął w obronę. Sprawa toczyła się
później jeszcze kilka miesięcy, aż w końcu w akcie oskarżenia przeciwko
„Arpadowi” i „Ryżemu” z 9 grudnia 1943 r. prokurator w podsumowaniu napisał, że
„wina obydwu oskarżonych nie budzi wątpliwości […]. Zresztą sami w
wyjaśnieniach swych obciążają się wzajemnie. Zarówno »Ryżego«, jak i »Janusza«
[Arpada] z całym naciskiem scharakteryzować należy, że są to już, niestety,
zawodowi bandyci i mordercy. Szybka ich likwidacja jest wskazana” (Obwodowe 2010,
s. 42).

Przez następne miesiące obaj skutecznie uciekali przed
wyrokiem. Szemley-Ketling nawet przeżył wojnę. „Ryży” pod koniec marca 1944 r.
przekazał Tabęckiemu pismo do „Montera”. Tłumaczył w nim, że wszystko, o co go
obwiniano, to wina „Arpada”. Prosił jednocześnie o ponowne zbadanie sprawy, anulowanie
wyroku oraz przyjęcie do służby.

Rybicki, widząc Tabęckiego w takim towarzystwie, miał
coraz mniejsze wątpliwości co do niego. „Lasso” już nie tylko był zamieszany w
niewyjaśnioną akcję na Czackiego, lecz także otwarcie przyznawał się do
utrzymywania kontaktów z ludźmi, na których podziemie wydało wyroki. Sam miał
jeden z nich wykonać. „Monter” jednak ciągle nie był pewien, co zrobić. Być może
nie dostrzegał jeszcze niczego niepokojącego, a może nie potrafił dopuścić do
siebie myśli, że syn jego przyjaciela robi coś złego. Rozkazał tylko odsunąć go
od sprawy Szweda oraz zlikwidować „Ryżego”. Wtedy Niemcy aresztowali „Lasso”.

Finał

Informację o tym dostarczyła żona Tabęckiego,
wykorzystując – jak podawał „Andrzej” – swojego brata, który pracował w jednym
z oddziałów dywersji. O wątpliwej postawie szwagra podobno nic nie wiedział. Rybicki
po latach zanotował: „Dowiadujemy się via
wywiad »Montera«, że rzeczywiście »Lasso« aresztowany wraz z bronią. Cały mój
stosunek do niego ulega jakby jakiemuś wahaniu”. Nie rozumiał, czy to przypadek, czy może jakiś nowy jego pomysł.
A może faktycznie niesłusznie go podejrzewał? Jak zwrócił mi uwagę Dariusz
Libionka, do dzisiaj niejasne pozostaje, czy Tabęckiego aresztowało Gestapo,
czy polskie Kripo. Za tym drugim rozwiązaniem przemawia dalszy rozwój wypadków.

Od tego momentu historia nabrała szalonego tempa. Najpierw
„Ryży” i Szwed odnaleźli Rybickiego. Powiedzieli mu, że robią wszystko, co
tylko możliwe, aby uwolnić Tabęckiego. Sytuacja była absurdalna. Dwóch ludzi
skazanych przez AK na śmierć tłumaczy oficerowi AK, że lada moment wyciągną z
rąk Gestapo innego oficera AK. I to takiego, przy którym znaleziono broń i
listę gestapowców do likwidacji, co normalnie nie dawałoby żadnych szans na
ratunek. „Dziękuję krótko Szwedowi, a ten pyta, czy będę pamiętał o jego
sprawie, czy może się już swobodnie poruszać, bez obawy likwidacji. Odpowiadam krótko,
że nie mam jeszcze odpowiedzi mojej Komendy. Żegnam się z nimi”. Zaskoczeń ciąg
dalszy. Już następnego dnia „Andrzej” dostał wiadomość, że „Lasso” jest na
wolności. Chciał się spotkać. Rybicki przeczuwał, że to podstęp, ale nie miał
wyjścia. Musiał to doprowadzić do końca. Rozumiejąc, że historia może się różnie
zakończyć, nie chciał narażać swoich najbliższych współpracowników. Odciął się
więc od nich, skupiając całą swoją uwagę na tej jednej sprawie.

Spotkali się na rogu Al. Jerozolimskich i ul. Kruczej.
Tabęcki, razem ze Szwedem i „Ryżym”, podjechał samochodem – z numerami rejestracyjnymi
Kripo. Na głowie miał bandaż. Rzekomo ślad po pobiciu na Szucha. Zapytany, po
co mu takie towarzystwo, odparł, że się boi, iż AK go zlikwiduje. A jak
wyszedł? Wmówił Niemcom, że jest z NSZ. W trakcie rozmowy zaczął ciągnąć
swojego szefa w stronę samochodu. Mówił, że pojadą za miasto, tam spokojnie
wszystko omówią.

Odpowiedziałem, że niech mnie nie ciągnie, bo obawiając się zasadzki gestapo przy widzeniu się z nim, przyszedłem z obstawą i powiedziałem mu o wydanym rozkazie strzelania do nas jako całości. Podziałało natychmiast; „Lasso” zły puścił mnie i chodząc, zaczęliśmy rozmawiać o Szwedzie, który przyłączył się teraz do nas, a przedtem stał na uboczu z „Ryżym”. Szwed „błaga” wprost, bym go przyjął do organizacji. Odpowiadam, że jeszcze nie mam odpowiedzi na raport „Lasso”, lecz spodziewam się, że będę miał ją w najbliższych dniach i wówczas powiadomię (Rybicki 2003, s. 141).

W czasie rozmowy „Andrzej” wpadł na pomysł spotkania z
nimi raz jeszcze w pełnym gronie. Nie po to, żeby rozmawiać, ale złapać ich,
przesłuchać – i zabić. Zaproponował, że kiedy uzyska odpowiedź od góry, odezwie
się i ustalą szczegóły. „Lasso” podał mu numer telefonu do swojej matki i rozeszli
się. Rybicki od razu ruszył do „Montera”. Teraz nie mógł odpuścić, musiał
uzyskać zgodę na likwidację. Tabęcki z całą swoją wiedzą i podejrzanymi
kontaktami stał się zagrożeniem. Chruściel też to zrozumiał. Bez sądu – jako
komendant okręgu miał taką możliwość – wydał na „Lasso” wyrok śmierci.

„Andrzej” błyskawicznie zaczął szykować akcję. Plan
był prosty. Mieli zwabić Tabęckiego, Szweda i „Ryżego” na Żoliborz, w rejon pl.
Wilsona, do jednej z willi. Tam chcieli ich obezwładnić i przed wykonaniem
wyroku przesłuchać, aby dowiedzieć się, co stało za całą sprawą. Czy chodziło
jedynie o działalność bandycką, czy może o coś poważniejszego – współpracę z
Niemcami.

Nadszedł dzień akcji, 15 kwietnia 1944 r. Piękna
słoneczna pogoda, ciepło. Wszystko miało się zacząć o 17. Ludzie poinstruowani,
każdy znał swoje zadanie. Rybicki na miejsce przyjechał dwie godziny wcześniej.
Chciał sprawdzić, czy wszystko jest gotowe. Okazało się, że pojawił się poważny
problem. Jedna z grup biorących udział w akcji miała opanować dom należący do
volksdeutschów. To w nim zamierzano wykonać wyrok. Pech chciał, że odbywało się
tam przyjęcie. Wybrali więc inny lokal – szkołę. „Andrzej”, wściekły, nakazał
opuszczenie budynku. Nie chciał narażać Polaków na represje. Zamiast tego
wybrał rejon ulic Dziennikarskiej i Sułkowskiego. Mało uczęszczany, odsunięty
od pl. Wilsona, gwarantujący odrobinę spokoju.

Teraz już tylko sprawność wykonawców decydowała o wyniku
sprawy. O 17 Rybicki spotkał się na przystanku z Tabęckim, Szwedem, „Ryżym” i
Leonem Millerem. Ostatniego miało nie być, ale skoro już się pojawił, to nie
mógł wyjść z tego cało. Ruszyli. Krok za krokiem zbliżali się na miejsce. Zeszli
z pl. Wilsona. Byli już coraz bliżej. „Andrzej” niósł pod pachą gazetę. Sygnał
dla reszty, żeby do niego nie strzelali. W końcu mało który z szeregowych
żołnierzy AK wiedział, jak wygląda jego dowódca. Jeszcze kilka kroków. Naprzeciwko
Rybickiego szło dwóch mężczyzn. Jeden z nich, Stanisław Sosabowski, napisze po
latach:

Pierwsza para Andrzej razem z młodym blondynem, znałem go jako Lasso. Tuż za nimi trzech innych ludzi. Wysoki brunet bez kapelusza szedł tuż za Lassem. Z odległości jakichś 30 metrów Lasso i Andrzej poznali mnie, zaczęli machać do mnie przyjaźnie, witając się. Trójka idąca z tyłu nie wykazywała specjalnego zaniepokojenia. […] Było ciepło, byłem tylko w koszuli. Lekka wiatrówka była przerzucona przez moje prawe przedramię. Antek miał ręce z tyłu za sobą. To jego ulubiona pozycja. Na dwa metry przed Lassem strzepnąłem trochę wiatrówką, odsłaniając lufę pistoletu, i strzeliłem wprost w okolice serca (Sosabowski 8.08.1974, s. 2–3).

Pierwszy padł Tabęcki, po nim „Ryży” i Miller. Tylko
Szwed zerwał się do ucieczki. Ostrzeliwał się z dwóch rewolwerów. Huk strzałów
wypełnił ulicę. Prawie dobiegł do rogu. „Andrzej” krzyczał, żeby go zabili. Nie
mógł im uciec. W końcu i jego dosięgnęły kule jednego z wykonawców. Zapadła
cisza. W ciągu kilku minut ciała wrzucono na ciężarówkę, którą wywieziono je za
miasto. Gdzieś na polanie, w jakimś lesie, wszystkie cztery wrzucono do
nieoznakowanego dołu.

Pytania

Zanim jednak pochowano zabitych, podczas obdukcji
lekarskiej rana głowy Tabęckiego okazała się mistyfikacją. Nie były nią za to
znalezione przy nim pozwolenie na broń i papiery baltendeutscha (albo
volksdeutscha, tutaj pojawiają się różne wersje). Tomasz Strzembosz podawał
nawet, że według jednego z raportów wywiadu istniało zdjęcie, na którym „Lasso”
znajdował się w towarzystwie kilku niemieckich oficerów. Wydawałoby się więc,
że rzecz jest oczywista – zdrada. Z takimi dowodami trudno bowiem dyskutować. Dlaczego
jednak nikogo nie wydał? Nawet po jego śmierci w Kedywie OW nie doszło do
żadnego aresztowania. A przecież ze swoimi znajomościami i dojściami mógł
„Lasso” wydać Niemcom całe kierownictwo Kedywu OW, a może nawet i samego
„Montera”. Istnieje też możliwość, że chcąc być stale przydatnym dla Niemców,
nie powiedział im wszystkiego, co wiedział. Być może liczył na to, że jeśli sam
przyprowadzi szefa warszawskiej dywersji, nagroda będzie o wiele większa, niż
gdyby „tylko” podał adresy jego lokali.

Także w kilkustronicowym akcie oskarżenia „Lassa”,
sporządzonym już po jego śmierci, sprawa współpracy z Niemcami została
podsumowana informacją, że ten wątek rozpracowuje kontrwywiad (Kedyw 2009, s. 200).
W piśmie tym Tabęckiego oskarżano o: tchórzostwo i samowolne opuszczenie
miejsca akcji w dniu 26 sierpnia; wyjawienie „Ryżemu” i Szwedowi, że są na nich
wydane wyroki śmierci, i wciągnięcie ich do pracy organizacyjnej; zobowiązanie
się do pełnienia funkcji konfidencjonalnych w Gestapo; przyprowadzenie na
spotkanie z „Andrzejem” obcych, tj. „Ryżego” i Szweda; cały szereg kłamstw,
które miały stworzyć mu odpowiednią legendę w konspiracji.

Dwa z tych trzech oskarżeń, tj. o zobowiązanie się do
współpracy z Niemcami oraz tchórzostwo podczas akcji na Czackiego, wydają się
niepotwierdzone. Brakuje twardych dowodów na jego związki z Gestapo. Z kolei
wątek ucieczki rankiem 26 sierpnia z ul. Czackiego już opisałem, pokazując, że
wobec większości uczestników tamtej akcji można by użyć podobnego zarzutu.

O wiele bardziej obciążająca oprócz pozwolenia na broń
i sfingowanego aresztowania wydaje się sprawa uwalniania „Chuchry”. Jak
pamiętamy, otrzymał na to od „Montera” 100 tys. zł. Lewińskiego nie uratował,
ale pieniędzy też nie zwrócił. Tutaj na scenie pojawia się małżeństwo Maria i
Wincenty Kułakowscy, znani z tego, że za pieniądze obiecywali pomoc w uwolnieniu
z rąk Niemców różnych osób. Tabęcki również skorzystał z ich usług. Ponieważ od
niego już nie można było się niczego dowiedzieć, należało przesłuchać
Kułakowskich. W niedzielę 6 maja 1944 r. do ich mieszkania przy ul. Śniadeckich
wpadł oddział dowodzony przez Stanisława Sosabowskiego (Sosabowski 5.12.1974, s.
1–3). Opanowali lokal, do którego po chwili przyszedł oficer kontrwywiadu AK
Wincenty Kwieciński „Lotny”. Sosabowski, który pozostawił relację z tej akcji,
nie był obecny przy samym przesłuchaniu małżonków, przez co nie wiemy, co powiedzieli.
Po wszystkim oboje zostali zastrzeleni.

Po latach Rybicki, spisując swoje wspomnienia,
zanotował, że Kułakowska zeznała, iż od „Lassa” otrzymała 25 tys. zł. Co się
stało z resztą, nie wiadomo. Może Tabęcki rzeczywiście próbował wykupić
„Chuchrę”, a może większość pieniędzy zachował dla siebie. Możemy jedynie zgadywać.

Są w tej sytuacji dwie prawdopodobne wersje wydarzeń.
Pierwsza dotyczy działalności bandyckiej, w którą „Lasso” wciągnęli „Ryży” i
Szwed. Być może postanowili we trzech prowadzić trudną do rozszyfrowania
dzisiaj grę z AK i Niemcami. Nie wiemy, kiedy Tabęcki poznał Szweda. Znajomość
z „Ryżym” rozpoczęła się najpewniej podczas akcji pod murami getta. Być może
zachęcony możliwością łatwego zarobku, dał się namówić na współudział w
przestępczej działalności „Ryżego” i „Arpada”? Tylko dlaczego jego udział był
tak niewielki? W raportach komisji badającej sprawę jego pseudonim przewija się
sporadycznie.

Druga możliwość jest związana z działalnością Mariana
Szweda. Światło na nią rzuca Jan Grabowski, opisując działalność Sonderstreife
SS-Hauptsturmführera Georga Richtera, w ramach którego działał Szwed (Grabowski
2020, s. 307 i n.). Młodzi, entuzjastycznie podchodzący do swojej pracy dla
Niemców, polscy funkcjonariusze Kripo zajmowali się m.in. wykonywaniem wyroków
na Polakach oraz napadami rabunkowymi na wybrane osoby. Sam Szwed był
zamieszany w aresztowanie Adolfa Bermana, który zabrany na komisariat, wykupił
się kwotą 200 tys. zł (Libionka 2018, s. 155).

Według raportów wywiadu AK ludzie Richtera skupiali
się jednak przede wszystkim na wynajdywaniu dróg dotarcia do podziemia. Być
może więc Szwed, wykorzystując Tabęckiego, próbował dotrzeć jak najgłębiej do struktur
konspiracyjnych. Zastanawia jedynie, dlaczego nie wykorzystał okazji, gdy
spotkał się z Rybickim. I to aż dwukrotnie przed 15 kwietnia. Czy chodziło mu o
kogoś wyżej postawionego? Nie wiadomo. Nie jest również jasne, czy „Lasso” dał
się wciągnąć w tę historię świadomie. Być może mu za to zapłacono. Szwed, jak
widzieliśmy, dysponował dużymi pieniędzmi. „Ryży” po tym jak zakończył bandycką
działalność w duecie z „Arpadem”, mógł zostać zwerbowany przez Szweda, a ten z
kolei polecił mu wciągnąć „Lasso” do pracy. Wszystko to jednak są wyłącznie
gdybania.

Wątpliwości w sprawie Tabęckiego nie pozbył się sam
Rybicki. Jeszcze w latach siedemdziesiątych ukrywał przed jego matką
okoliczności śmierci syna, a nazwisko przed historykami. Skazani oni byli wtedy
na pisanie o Tabęckim N.N. – nazwisko nieznane. Dzisiaj, choć nazwisko już
znamy, ciągle wielu rzeczy nie wiemy.

Historia Jerzego Mieczysława Tabęckiego „Lassa”,
„Cerbera”, mimo niezwykle sensacyjnego jej przebiegu, a także tego, jakie
postaci były w nią zamieszane, do dzisiaj nie doczekała się poważniejszego
zainteresowania ze strony historyków. Tymczasem już nawet w tym niepełnym jej
zarysie, bogatym w dziury i pytania bez odpowiedzi, sprawia wrażenie idealnego
przyczynku do dyskusji nad tym, jak łatwo w podziemiu przejść od bohatera do
bandyty czy wręcz zdrajcy. Szczególnie w oddziałach bojowych. Stanisław Aronson
„Rysiek”, jeden z ostatnich żyjących żołnierzy Kedywu OW, opowiada, jak od
swoich dowódców słyszeli w oddziale, że to, co robią, czyli m.in. akcje bojowe,
ale też wykonywanie wyroków, od bandytyzmu dzieli cienka linia. Z kolei Tadeusz
Wiwatowski, jeden z najbliższych współpracowników Józefa R. Rybickiego,
rozumiejąc, jak łatwo w dywersji przekroczyć granicę, jak łatwo dywersja może
„wykoleić człowieka”, ratunku dla siebie szukał w powrocie do przedwojennych
zajęć, czyli w jego przypadku w pracy naukowej.

Czy Tabęcki przekroczył tę granicę? Tutaj nie ma
wątpliwości. Ale ciągle nie wiemy, jak daleko za nią się znalazł ani jak dokładnie
wyglądał ten proces. Trwał on niecały rok. 22 kwietnia 1943 r. pod murami getta
uratował życie Lewińskiemu i Lewandowskiemu. 15 kwietnia 1944 r. na warszawskim
Żoliborzu zginął z wyroku wydanego przez przyjaciela swojego ojca. Z bohatera
podziemia stał się dla niego zagrożeniem.

Być może istnieją źródła dokładniej opisujące losy
„Lassa” – kolejne relacje ludzi, którzy go znali, raport Kwiecińskiego z
przesłuchania Kułakowskich, materiały warszawskiego Gestapo. Być może jest
gdzieś jego zdjęcie. Ponieważ mam nadzieję, że to wszystko jednak istnieje,
czekając tylko na odkrycie i ułożenie w jeden spójny obraz, chciałbym, aby ten
tekst stanowił wstęp do wyjaśnienia tej historii.

Za pomoc w napisaniu artykułu, uwagi i korekty pragnę
podziękować prof. Dariuszowi Libionce.


Bibliografia:

Źródła archiwalne

Lewandowski
Z., 8.09.1974; AAN, ATS, sygn. 78, notatka Z. Lewandowskiego.

Lewandowski
Z., 9.09.1974; AAN, ATS, sygn. 78, notatka Z. Lewandowskiego.

Rybicki
J.R., Kummant L., Witkowski H., 05.1973; sygn. 409, relacja zbiorowa spisana
przez T. Strzembosza.

Rybicki
J.R., 22.05.1979; AAN, ATS, sygn. 45, relacja J.R. Rybickiego spisana przez T.
Strzembosza.

Sosabowski
S., 8.08.1974; GR BUW, AJR, nr inw. 5300, list S. Sosabowskiego do J.R.
Rybickiego.

Sosabowski
S., 5.12.1974; GR BUW, AJR, nr inw. 5300, list S. Sosabowskiego do J.R.
Rybickiego.

Sosabowski
S., 11.12.1974; GR BUW, AJR, nr inw. 5300, list S. Sosabowskiego do J.R.
Rybickiego.

Opracowania

Grabowski
J. (2020), Na posterunku. Udział polskiej
policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów
, Wołowiec.

Kedyw
Okręgu Warszawa Armii Krajowej. Dokumenty – rok 1943
(2006), oprac. H. Rybicka, Warszawa.

Kedyw Okręgu Warszawskiego
Armii Krajowej. Dokumenty – rok 1944
, (2009), oprac. H.
Rybicka, Warszawa.

Lewandowski
Z. (1985), Wierni przysiędze [w:] H. Nakielski, Biret i rogatywka,
Warszawa.

Libionka
D. (2018), Polska Podziemna wobec
szantażystów i szmalcowników w Warszawie. Korekta obrazu
, „Zagłada Żydów.
Studia i materiały”, nr 14.

Obwodowe
oddziały dywersji bojowej Okręgu AK Warszawa. Dokumenty warszawskiego Kedywu z
lat 1943
1945, (2010), oprac. H. Rybicka, Warszawa.

Oddział
Dyspozycyjny „A” warszawskiego Kedywu. Dokumenty z lat 1943
1944
(2007), oprac. H. Rybicka,
Warszawa.

Rybicki
J.R. (2003), Notatki szefa warszawskiego
Kedywu
, Warszawa.

Strzembosz
T. (1983), Oddziały szturmowe
konspiracyjnej Warszawy
, Warszawa.

Valcini
A. (1973), Golgota Warszawy 1939–1945.
Wspomnienia
, ttłum. S. Widłak, Kraków.

Witkowski
H. (1984), „Kedyw” Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej w latach 19431944,
Warszawa.


Korekta językowa: Beata Bińko