Prezes IPN kontra demon postmodernizmu

Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956, zespół redakcyjny: Sławomir Poleszak (redaktor naczelny), Rafał Wnuk, Agnieszka Jaczyńska, Magdalena Śladecka, Lublin – Warszawa 2020, Wydanie II poprawione i uzupełnione, ss. 664.    

Tekst prof. Rafała Wnuka dotyczy problemu, w który bezpośrednio zaangażowany jest redaktor naczelny portalu, dr Sławomir Poleszak, jako redaktor naczelny wydania drugiego Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 19441956 (Wyd. IPN, Warszawa – Lublin 2020). Redakcja zdecydowała jednak o udostępnieniu łamów portalu prof. Wnukowi, który wyraził swoje stanowisko w sprawie treści wprowadzenia Wydawcy, zamieszczonego w Atlasie. Sądzimy, że problem poruszony w tej wypowiedzi nie ma charakteru sporu prywatnego czy personalnego, a wpisuje się w bieżące debaty dotyczące rzetelności badań i swobody dyskusji naukowych oraz refleksji wokół aktualnej polityki historycznej, jej celów, narzędzi i ograniczeń.

Redakcja portalu ohistorie.eu

RAFAŁ WNUK

Prezes IPN kontra demon postmodernizmu

Zacznijmy od prowokacji intelektualnej:

jesteśmy bowiem świadkami zaostrzającej się wojny kulturowej [skierowanej przeciwko Polsce i Polakom – R.W.], prowadzonej przez zwolenników żydowskiej wizji wolności jednostki ‒ jednostki odartej z poczucia tożsamości narodowej, wyrwanej z historii swojej wspólnoty oraz pozbawionej chrześcijańskich fundamentów, a zatem wartości, które pozwalały nam zawsze przetrwać czas niewoli. Jednoznaczne postawy ideowe stają się nieakceptowalne, a nawet są uznawane za szkodliwe. Tradycyjne wzorce postrzegane są jako zagrożenie, bo mogłyby okazać się atrakcyjne dla młodzieży, a ta powinna ‒ zgodnie z wizją kulturowych rewolucjonistów ‒ pozostać wolna od wszelkich więzi ze zwalczaną przez nich przeszłością.

Passus ów nie pochodzi z ONR-owskiej „Sztafety” ani Protokołów Mędrców Syjonu. Prowokacja polega na zmianie jednego słowa. W oryginale zaś przeczytamy:

jesteśmy bowiem świadkami zaostrzającej się wojny kulturowej [skierowanej przeciwko Polsce i Polakom – R.W.], prowadzonej przez zwolenników postmodernistycznej wizji wolności jednostki ‒ jednostki odartej z poczucia tożsamości narodowej, wyrwanej z historii swojej wspólnoty oraz pozbawionej chrześcijańskich fundamentów, a zatem wartości, które pozwalały nam zawsze przetrwać czas niewoli. Jednoznaczne postawy ideowe stają się nieakceptowalne, a nawet są uznawane za szkodliwe. Tradycyjne wzorce postrzegane są jako zagrożenie, bo mogłyby okazać się atrakcyjne dla młodzieży, a ta powinna ‒ zgodnie z wizją kulturowych rewolucjonistów ‒ pozostać wolna od wszelkich więzi ze zwalczaną przez nich przeszłością.

Słowa powyższe napisał prezes IPN dr Jarosław Szarek. Jeśli ktoś ma ochotę, może w miejsce „postmodernistycznej” wpisać „zachodnioeuropejskiej”, „liberalnej”, „socjalistycznej” „masońskiej”, „postępowej”, „postmarksistowskiej”, „brukselskiej” itp. Choć atakowana grupa, ideologia czy trend filozoficzny będą odmienne, to zastosowany schemat myślenia pozostaje ten sam. Wyobrażenie, że istnieje jakiś szatański, supertajny spisek, wymierzony w niewinnych i bogobojnych, nie jest nowe. W średniowiecznej Europie jako posłańcy zła jawili się czarnoksiężnicy, czarownice, wampiry i wilkołaki. W drugiej połowie XIX w. owe stwory zostały zastąpione przez Żydów, masonów i jezuitów. Obawa dr. Szarka, że postmodernistyczny demon zamierza Polaków „wyrwać ze wspólnoty” i „pozbawić chrześcijańskich fundamentów”, wywodzi się z tej właśnie magiczno-spiskowej wizji świata. Prezes IPN uważa się najwyraźniej za żołnierza, zapewne wysokiej rangi oficera, broniącego narodowej twierdzy przed zastępami rzekomych najemników „wojny kulturowej”. Rola ta jest „naturalna” w wypadku populistycznego polityka, propagandysty czy nawołującego do religijnej wojny kapłana – fundamentalisty (imama, księdza, rabina czy pastora). Dr Szarek sprawuje jednak funkcję prezesa instytucji zaufania publicznego, powołanej do sprawiedliwego osądzania przestępstw okresu okupacji i Polski Ludowej oraz możliwie bezstronnego badania polskiej historii XX wieku. Funkcje bezstronnego arbitra i walczącego na śmierć i życie żołnierza/oficera wzajemnie się wykluczają.

Postmodernizm, prąd myślowy i artystyczny ponadpółwieczny, rozwijał się na uniwersytetach amerykańskich i europejskich. Dyskusje o płynnej nowoczesności, istnieniu lub nieistnieniu zewnętrznej wobec badacza prawdy nie wstrząsnęły posadami zachodnich społeczeństw. Nic nie wskazuje też, by Jacques Derrida czy Zygmunt Bauman należeli do światowego spisku dążącego do likwidacji wspólnot narodowych. Postmodernizm nie „odarł z poczucia tożsamości narodowej” Amerykanów, Włochów, Anglików czy Luksemburczyków. Sądzę, że polska tożsamość narodowa nie jest słabsza, nie ma więc czego się obawiać.

Cytat otwierający ten tekst pochodzi z obszernej przedmowy, jaką prezes IPN dr Jarosław Szarek opatrzył drugie, poprawione wydanie Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956[1]. Prezes postanowił wystąpić w roli autorytetu decydującego o tym, jak należy pisać o podziemiu antykomunistycznym, i piętnującego wszelkie odchylenia od „jedynie słusznej linii”. Jako że jestem członkiem redakcji najnowszego wydania i współautorem – wraz ze Sławomirem Poleszakiem – merytorycznych wstępów, poczułem się wywołany do tablicy.

Prezes zaczyna od stwierdzenia, że polskie podziemie antykomunistyczne „stanowi oprócz czynu legionowego, Polskiego Państwa Podziemnego i ruchu »Solidarności« – jeden z najbardziej rozpoznawanych symboli tradycji niepodległościowych minionego stulecia”. Zobaczmy, jak rzecz wygląda w świetle badań. W sondażu CBOS z 2016 r. sprawdzającym świadomość historyczną Polaków związaną z wiekami XX i XXI powojenne podziemie niepodległościowe w ogóle się nie pojawiło. Rok później ta sama pracownia przebadała 1007 obywateli polskich, pytając ich o ocenę „żołnierzy wyklętych/niezłomnych”. 45 proc. respondentów nie znało tych pojęć i nic nie wiedziało o antykomunistycznym podziemiu. 55 proc. deklarowało przynajmniej minimalną wiedzę. Na pytanie o ocenę działalności zbrojnej 27 proc. „deklarujących wiedzę” (15 proc. ogółu badanych) oceniło jego uczestników pozytywnie, 31 proc. (17 proc. ogółu badanych) uznało, że walka antykomunistycznych grup zbrojnych przyniosła tyle samo złego co dobrego, natomiast 19 proc. (11 proc. ogółu badanych) oceniło ją negatywnie. Dla porównania 99 proc. orientowało się, kim był Józef Piłsudski, a 82 proc. oceniło go pozytywnie. Podsumowując, w 2017 r. 15 proc. obywateli Polski oceniało walkę zbrojną powojennego podziemia antykomunistycznego pozytywnie, 11 proc. negatywnie, a 45 proc. o nim nie słyszało. Aż 95 proc. badanych nie wiedziało, jakie święto obchodzone jest 1 marca. W świetle badań CBOS twierdzenie, jakoby powojenne podziemie było jednym z najbardziej rozpoznawalnych, pozytywnie kojarzonych symboli polskiej historii najnowszej, zupełnie się nie broni. Dr Szarek bierze swoje wyobrażenia za rzeczywistość.

Ciekawe, co prezes miał na myśli, pisząc w przedmowie do Atlasu o „potrzebie odrzucania postkomunistycznej spuścizny”. Jako pomysłodawca i redaktor naczelny wydania pierwszego stawiałem sobie i współpracownikom za cel stworzenie opracowania naukowego. Z przyczyn oczywistych ustalenia tam zawarte odnosiły się pośrednio lub bezpośrednio do historiografii okresu Polski Ludowej i propagandy komunistycznej. Nie wiem, czym jest „postkomunistyczna spuścizna” i jak się ona ma do zagadnień podejmowanych w wydawnictwie.

Zdaniem dr. Szarka powojenne podziemie to „kontynuacja wielopokoleniowej tradycji insurekcyjnej”. Tym samym prezes „daje słuszny odpór” zamieszczonej przez nas we wstępie do Atlasu tezie, że żadnego „antykomunistycznego powstania” w Polsce nie było. W aktach Armii Krajowej, Delegatury Sił Zbrojnych, Delegata Rządu na Kraj, Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, rządu RP na uchodźstwie i czołowych osobistości polskiej emigracji można znaleźć wiele dokumentów przestrzegających przed możliwością wybuchu takiego powstania. Wspólne wysiłki ówczesnych przywódców podziemia w kraju i na emigracji sprawiły, że do niego nie doszło. Nie znam jednocześnie ani jednego dokumentu z epoki, ani jednej relacji członka XX-wiecznej konspiracji, w którym określiłby swoją ówczesną walkę mianem powstania. Prezes współtworzy nieoparty na źródłach mit, niezgodny z faktami i odczuciami aktorów wydarzeń.

W przedmowie czytamy: „Nie ulega wątpliwości, że w ciężkich warunkach powojennych osaczeni działacze podziemia popełniali błędy. Czasem – przekonani, że nie ma innej drogi – podejmowali przedsięwzięcia, które z dzisiejszej perspektywy mogą wydawać się zbyt radykalne lub są oceniane jednoznacznie negatywnie. Przypadki te nie mogą zmienić naszego spojrzenia na cel ich walki”. Prezes IPN uważa więc, że błędem jest przykładanie norm obowiązujących dziś do warunków powojennych. Zakładając, że wartości i związane z nimi normy oraz oceny mają charakter względny, zależą od kultury i czasów, dr Szarek przyjmuje bliską postmodernizmowi perspektywę relatywistyczną. Dlaczego stosuje w praktyce podejście, które dwa akapity wyżej jednoznacznie napiętnował? Dostrzegam tu pewną niekonsekwencję.

Na końcu przedmowy prezes IPN diagnozuje i piętnuje: „Uważny Czytelnik dostrzeże, że w ciągu ostatnich lat ewoluowały także poglądy części autorów niniejszego tomu. Badacze, których jeszcze kilkanaście lat temu nie tak wiele różniło w ocenie powojennego podziemia, dzisiaj toczą ze sobą nierzadko zacięte spory – naukowe i publicystyczne”.

Prezes IPN się myli. Historyków zajmujących się powojennym podziemiem antykomunistycznym dzieliło wiele już w latach dziewięćdziesiątych XX w. W 2000 r. w pracy Historycy polscy i ukraińscy wobec problemów XX wieku wymienione zostały następujące typy historiografii antykomunistycznego podziemia: „niezaangażowana”, „zaangażowana”, „budowniczych spiżowych pomników” i „aberracyjna”[5]. Dziewięć lat później Marta Kurkowska-Budzan „zmapowała” historiografię antykomunistycznego podziemia ponownie. Jej zdaniem „do ścierania się historiografii krytycznej i historiografii polityki historycznej dochodzi w łonie samego Instytutu Pamięci Narodowej”[6]. Opisane i przenalizowane przez nią podziały właściwie się nie zmieniły. Pięć lat temu obóz rządzący uznał „historiografię polityki historycznej” za obowiązującą interpretację dziejów i uczynił z niej filar „pedagogiki dumy”. Historiografię krytyczną – w moim przekonaniu jedyną zgodną z warsztatem historyka – nazwał „pedagogiką wstydu” i napiętnował. Dr Szarek wtedy właśnie został prezesem IPN i zapewne dopiero wówczas dostrzegł różnice dzielące historyków w podejściu do powojennego podziemia niepodległościowego. Stąd, jak sądzę, jego przekonanie, że stan ten to rezultat „ostatnich lat”. Kolejny raz dr Szarek bierze swoje wyobrażenia za rzeczywistość

Nie będę dyskutował z opinią prezesa, jakoby „część badaczy podziemia uległa wątpliwym naukowo uproszczeniom związanym z oceną idei, wokół której organizowały się poszczególne nurty podziemia”. Skierowana wobec oponentów insynuacja nie została oparta na śladowym choćby dowodzie. Dr Szarek uważa też, że „ulegający wątpliwym naukowo uproszczeniom” niewymienieni z nazwiska historycy mają moc „delegitymizowania podziemia narodowego”. Znowu się myli. Żaden historyk nie „zdelegitymizuje” chrztu Polski, Konstytucji 3 maja, konfederacji targowickiej, AK, NSZ lub „Solidarności”. Można natomiast stosować historyczną strategię legitymizacji lub delegitymizacji obecnie istniejących ruchów społecznych i politycznych przez odwoływanie się do zdarzeń z przeszłości.

Podsumowując, dr Szarek nie zgadza się z zawartymi w Atlasie interpretacjami niewymienionych z nazwiska historyków i się od nich odcina. Badacze ci pozostaliby pewnie anonimowi, gdyby nie zamieszczona na kolejnej stronie nota „Od wydawcy”. Jest w niej niemal dosłownie powtórzona użyta przez prezesa fraza mówiąca o autorach „toczących w ostatnim czasie spory naukowe czy publicystyczne”. Wydawca solidaryzuje się w owej debacie z tymi „członkami zespołu” tworzącymi Atlas, którzy nie zgadzają się „z tezami przedstawionymi przez autorów wprowadzenia »Zarys dziejów polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956« Sławomira Poleszaka i Rafała Wnuka”. Kierownictwo IPN uznało, że powinno przestrzec czytelników przed naszymi rozważaniami, uznając je najwyraźniej za niezgodne z linią ideową instytucji.

W imponującym formą graficzną albumie IPN Życie i śmierć dla Polski autorstwa Kazimierza Krajewskiego czytamy o Bolesławie Piaseckim i powołanym przez niego Stowarzyszeniu PAX:

Gdy dokona się trzeźwej oceny, można zauważyć, że suma zysków i strat związanych z powojenną działalnością tego środowiska wypada zdecydowanie na plus. Piasecki wizjonersko ocenił, że rządy sowieckie będą trwać w Polsce co najmniej pięćdziesiąt lat i trzeba przyjąć postawę „przetrwaniową”, nie pozwalając na przekształcenie społeczeństwa polskiego w społeczeństwo komunistyczne, sowieckie. Można oceniać, że choć Kościół miał do Piaseckiego wiele pretensji, to tak naprawdę w perspektywie długofalowej dawny komendant K[onfederacji] N[arodu] mu nie zaszkodził.

Książki Kazimierza Krajewskiego IPN nie poprzedził komunikatem, w którym odcinałby się od zawartych w niej treści. Czy zatem należy sądzić, że kierownictwo tej instytucji akceptuje oceny dotyczące Stowarzyszenia PAX i Bolesława Piaseckiego? Przypomnijmy, że przed wojną był on przywódcą faszystowskiego ONR „Falanga”, pod koniec wojny zwerbowany przez wiceszefa NKWD gen. Iwana Sierowa, pracował dla Sowietów, popierał aresztowanie prymasa Stefana Wyszyńskiego, był zwolennikiem twardogłowych w PZPR i członkiem Rady Państwa w epoce Edwarda Gierka.

Czy nie wywołują w IPN oporu próby relatywizacji wybranych zbrodni? W biografii Romualda Rajsa „Burego” autorstwa Michała Ostapiuka IPN-owski wydawca nie umieścił bowiem żadnej noty dystansującej się od twierdzeń autora usprawiedliwiających mordy partyzantów NZW popełnione na białoruskich cywilach. A może nie ma żadnych zasad umieszczania przez wydawnictwo IPN „not ostrzegawczych” i kierownictwo robi to „po uważaniu”?

Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956 jest pierwszą wydaną w tej instytucji książką, od której IPN się odciął, i to aż dwukrotnie, najpierw w przedmowie prezesa, a następnie w nocie Od wydawcy. W jakim celu prezes IPN napisał swoją przedmowę? Najwyraźniej nie ma ona charakteru informacyjnego i nic nie wnosi do dziejów podziemia. Czy problem stwarza któryś z redaktorów lub autorów? Bo jeśli tak jest, to najwyraźniej dr Szarek postanowił kilka miesięcy przed wyborami prezesa IPN asekurować się przed krytyką we własnym obozie.


P.S.

Tekst powyższy napisałem sam, bez konsultacji z pozostałymi członkami redakcji Atlasu.


Przypisy

[1] Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956, red. S. Poleszak, R. Wnuk, A. Jaczyńska, M. Śladecka, Warszawa–Lublin 2020, s. VII.

[2] Świadomość historyczna Polaków, badanie CBOS, Warszawa 2016, https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2016/K_068_16.PDF.

[3] Polskie podziemie antykomunistyczne w pamięci zbiorowej, badanie CBOS, Warszawa 2017, https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2017/K_022_17.PDF.

[4] Społeczne oceny osobistości ostatniego stulecia, badanie CBOS, Warszawa 2018, https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2018/K_101_18.PDF.

[5] R. Wnuk, Stosunek polskiej historiografii po roku 1989 do antykomunistycznego podziemia i opozycji demokratycznej [w:] Historycy polscy i ukraińscy wobec problemów XX wieku, red. Piotr Kosiewski, Grzegorz Motyka, Warszawa 2000, s. 49–60.

[6]. M. Kurkowska-Budzan, Antykomunistyczne podziemie zbrojne na Białostocczyźnie. Analiza współczesnej symbolizacji przeszłości, Kraków 2009, s. 195–203.

[7] K. Krajewski, Życie i śmierć dla Polski, Partyzancka epopeja Uderzeniowych Batalionów Kadrowych, Warszawa 2018, s. 351.

[8] M. Ostapiuk, Komendant „Bury”. Biografia kpt. Romualda Adama Rajsa „Burego” 1913–1949, Białystok–Olsztyn–Warszawa 2019. Analizy manipulacji, nieuprawnionych interpretacji i błędów warsztatowych w książce Michała Ostapiuka dokonał Mariusz Mazur na łamach „Ohistorie”, w artykule: Warsztat naukowy historyka w kontekście prób reinterpretacji postaci Romualda Rajsa „Burego”, http://ohistorie.eu/2020/02/27/mariusz-mazur-warsztat-naukowy-historyka-w-kontekscie-prob-reinterpretacji-postaci-romualda-rajsa-burego/#_edn4.


 

Korekta językowa: Beata Bińko




My, naród… i parę komentarzy

Grafika pochodzi z portalu na:Temat

MARCIN KULA

Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie

My, naród… i parę komentarzy

Kiedyś, podczas pobytu w Rio de Janeiro, poznałem już atmosferę, jaka się robi, gdy zaraza „opada na miasto”. Pojawiła się tam cholera. Bardzo to było nieprzyjemne. Różnica ówczesnej sytuacji w Rio i naszej obecnej była wszakże co najmniej jedna: tam nie stał problem, co będzie po epidemii. Wiadomo było, że każda przychodzi i odchodzi, a rozwiązania społeczne dla tych, którzy przeżyją, pozostają. W związku z obecnym prawie na całym świecie koronawirusem wiele osób stawia natomiast pytanie, co będzie po nim.

Zabierając głos w sejmie 27 marca 2020 r., w debacie o pakiecie antykryzysowym, premier Mateusz Morawiecki powiedział, że sytuacja, którą przeżywamy, potwierdziła wagę instytucji państwa narodowego – na niekorzyść Unii Europejskiej. Zostawmy na boku okoliczność, że mówca chyba nigdy nie lubił UE. Interesujące jest, jaki będzie rzeczywiście wpływ światowej epidemii na zjawisko narodowe. Otóż sądzę, że myślenie w kategoriach narodu ulegnie wzmocnieniu. Tak jak przy gaszeniu pożaru najważniejsze jest to, co dzieje się obok, a nie myśli się o tym, gdzie na świecie został wyprodukowany sprzęt gaśniczy, tak większość z nas patrzy na bliskie otoczenie i oczekuje skutecznych działań raczej lokalnych władz. Psychologicznie trudno jest też w takich sytuacjach myśleć o cierpiących daleko i dzielić się zasobami. W obliczu zagrożenia katastrofą na ogół nie kwestionuje się władzy kapitana – choć w takich sytuacjach nieraz u steru niekoniecznie stają najbardziej kompetentni, czasem wysuwają się właśnie inni. W niebezpieczeństwie ludzie gotowi są poddać się tendencjom autorytarnym. Wolą władzę skuteczną niż miłą i rozgadaną. Silna jest lepiej widoczna, a więc i z tego powodu ma przewagę. Taka władza na ogół też akcentuje swoje działanie w granicach narodowych. Co nie najmniej ważne, przebieg zagrożenia pokazuje, że lepiej mieć możliwości produkcyjne u siebie. Daleko posunięta autarkia dzisiaj byłaby już chyba niemożliwa do osiągnięcia, ale można się starać o jej zwiększenie. Nadto można dążyć do ograniczenia przepływów transgranicznych do niezbędnych dóbr i technologii, na niekorzyść dóbr kultury. Za wzrostem idei narodowej musi pójść nacisk na uprawianie i kultywowanie historii narodowej w miejsce problemowej. W obliczu niebezpieczeństwa ludzie często chwytają się idei znanych – a więc bardziej idei narodu i religii, niżby podtrzymywali szerokie horyzonty. Nieunikniony kryzys gospodarczy wywoła masowe bezrobocie, a społeczna frustracja już nieraz w historii wyładowywała się w nacjonalizmie. Ludzie zapamiętają, że zło przyszło z zewnątrz. W sytuacjach niebezpieczeństwa naturalne jest budowanie zapory. Niejeden z nas już przedtem chciał ją wznieść przeciw imigrantom, więc teraz będzie miał dodatkowy argument.

Od czasu „starożytnych Greków” nasze myślenie waha się pomiędzy tym, co swoje, a tym, co uniwersalne. Było tak i w starożytnym Rzymie, i w średniowieczu… i nie tylko w naszej cywilizacji. Instytucja ponadepokowa, jaką jest Kościół katolicki, myśli i działa zarazem w horyzoncie powszechnym, jak w bardzo lokalnym. U genezy współczesności rewolucja francuska 1789 r. uderzała zarówno w strunę narodu, jak – mówiąc w naszym języku – globalizacji. Rewolucjoniści tworzyli ujednolicony w miarę możliwości i w pewien sposób zdefiniowany naród zamiast zbiorowości poddanych króla. Zarazem chcieli rozpowszechniać rewolucyjne szczęście, gdzie tylko się da. Z późniejszych przykładów faszyzm akcentował, rzecz jasna, własny naród, ale docelowo miał na oku horyzont światowy. Z nurtów bliskich nam, choćby ze względu na konsekwencje, ruch robotniczy był nosicielem myślenia uniwersalnego, ale poniósł w tym myśleniu klęskę – gdy proletariusze wszystkich krajów, zamiast się połączyć, poszli do transzei I wojny światowej. Rewolucja rosyjska była w większym stopniu rewolucją narodów zdominowanych przez carat oraz mniejszości narodowych niż ruchem z modelu marksowskiego – choć głosiła hasła uniwersalne. No i była rewolucją narodu potężnie uderzonego przez wojnę. Przypuszczam, że w tym wstrząsie zadziałał mechanizm znany w bardziej modelowej formie z niejednego późniejszego ruchu, w tym z rewolucji chińskiej czy kubańskiej – a mianowicie dwukierunkowe sprzężenie motywów społecznych i narodowych. Trzeba było zmienić stosunki (ustrój), by naród odzyskał godne miejsce, a zarazem społeczne negatywne strony sytuacji „tubylców” dostarczały sił ruchowi rewolucyjnemu. Uniwersalny horyzont ambicji stawał się mniej ważny w porównaniu z lokalnym.

Gdy perspektywy bolszewickiej rewolucji światowej załamały się na linii Wisły, komunizm stał się tym bardziej narodowy. Jeszcze silniej zaakcentowano w nim ideę narodową podczas II wojny światowej i w jej konsekwencji. Ideologię można było ratować wagą trwania nowej Rosji dla przyszłej perspektywy światowej. Z czasem pojawiła się też idea stworzenia nowych narodów – radzieckiego, socjalistycznego narodu NRD, jugosłowiańskiego (to z niuansami) – ale przy całej nowości pomysłu jego podstawową ramą był naród. Potem to wszystko popruło się zresztą właśnie po szwach narodowych. Zanim to się stało, przy rozszerzaniu „obozu pokoju i socjalizmu” walkę ideologiczną trzeba było toczyć co najmniej w tym samym stopniu na płaszczyźnie ideologii narodowej, nieraz wręcz szowinistycznej, co na polu reform społecznych.

Innym wielkim zjawiskiem, które rozgrywało się w płaszczyźnie lokalnej, ale w perspektywie uniwersalnej, był proces dekolonizacji, a zwłaszcza stosunkowo zwarta w czasie dekolonizacja Afryki.

***

We wszystkich krajach rodzących się czy odradzających do niepodległego życia silne są akcenty nacjonalistyczne. „Młody nacjonalizm” często jest mocny i bojowy. Często staje też wtedy pytanie, kto jest narodem lub, co na jedno wychodzi, gdzie są granice „nas”. W Polsce ukształtowanie się myślenia narodowego w warunkach niewoli wzmocniło je, nastawiło ekskluzywistycznie oraz powiązało z religią. Piłsudski i Dmowski oczywiście różnili się wyobrażeniem stopnia wyłącznej polskości odrodzonego państwa narodowego, ale wątek państwa narodu polskiego był tu nieustająco silny – mimo 1/3 obywateli rekrutujących się z mniejszości narodowych. Piłsudski promował dominację instytucji państwa, chciał jego jedności. Propozycje autonomii kulturalnej Bundu nie miały szans, ale Marszałek przeciwstawiał się też rozrabianiu przeciw Żydom. Chyba zgodziłby się z konkluzją Henry’ego Morganthaua, sformułowaną po pogromach towarzyszących odzyskaniu przez Polskę niepodległości: „Naród polski winien zrozumieć, że jego najgorszymi wrogami są ci, którzy zachęcają do wewnętrznej walki. Nie ostoi się dom, którego mieszkańcy walczą ze sobą nawzajem. Musi istnieć jedna warstwa obywateli polskich, której wszyscy członkowie cieszą się równymi prawami i ponoszą takie same obowiązki”[1]. Było paradoksem, że człowiek, który walczył o niepodległość, który zwyciężył i stał się jej symbolem, faktycznie promował koncepcję państwa obywatelskiego – nawet jeśli bez tego słowa. Był to wszakże tylko jeden z nurtów myślenia. Charakterystyczne, że po śmierci Piłsudskiego sanacja zbliżyła się do endecji, co obejmowało również stosunek do kwestii żydowskiej.

Za swoich najczęściej byli w Polsce uważani rozsiani po świecie ludzie polskiego pochodzenia nawet w kolejnych pokoleniach i słabo związani z kulturą polską, nie zaś współmieszkający tu członkowie innych grup. Takie podejście nieraz występuje także dziś (jak, z grubsza biorąc, w Izraelu!). Jest się dumnym z „Rzeczypospolitej Obojga Narodów”, a mało pamięta się o partycypacji w niej Litwinów. O Konstytucji 3 maja mówi jako o konstytucji polskiej, podczas gdy była dziełem „obojga narodów”. Znikomo uwzględnia się w nauczaniu mniejszości narodowe, bez których trudno przecież rozwijać wewnętrzne zagadnienia dwudziestolecia. Bardzo rzadko omawia się zagadnienia mniejszości narodowych w tych samych opracowaniach, po prostu razem. Nawet w badaniach na ogół jedni z nas zajmują się polskimi chrześcijanami, a drudzy polskimi Żydami – co nie do końca tłumaczą uwarunkowania techniczne (źródła, język, brakująca wiedza). W potocznym języku (a ten dobrze odzwierciedla rzeczywistość!) funkcjonuje rozróżnienie „Polacy – Żydzi”, odnoszące się także do obywateli polskich. Mało kto myśli, że można być Polakiem i Żydem jednocześnie. O Polakach o żydowskich korzeniach często myśli się jako o Żydach. W kontekście rozmowy o Marcu niedawno pewien student zapytał mnie, czy Żydzi mieli wówczas rzeczywiście takie wpływy, jak głosiła propaganda marcowa. Nie przyszło mu do głowy skomplikowanie odpowiedzi, kto był wówczas i kto jest Żydem, ani myśl, że mówimy o obywatelach polskich niezależnie od wyznania bądź bezwyznaniowości czy to dziadków danych osób, czy nawet ich samych. Z tego punktu widzenia tytuł skądinąd jak najbardziej aprobowanej przeze mnie wystawy o Marcu w Muzeum Polin („Obcy w domu – wokół Marca ’68”) nie był szczęśliwy – jako dwuznaczny[2]. Bardziej mi się podobał tytuł wystawy zorganizowanej w Muzeum Narodowym w Krakowie w 1989 r. – „Żydzi – polscy” – w którym ów myślnik pomiędzy dwoma słowami był fundamentalnie ważny.

Już podkreślanie, że ktoś pochodzi ze zasymilowanej rodziny żydowskiej, czy że sam był (jest) zasymilowany, zdarzające się często i na ogół w dobrej intencji, zdradza potrzebę takiego podkreślenia – a potrzeba jest dlatego, że „się” rozróżnia. Do dziś zapamiętałem, jak to w 1993 r. usłyszałem wypowiedzianą publicznie, zresztą właśnie w dobrej intencji, informację, że w Muzeum Literatury w Warszawie jest sporo judaiców, np. rękopisy Tuwima czy Brzechwy. Moja reakcja: pamiętam oczywiście wielkie teksty Tuwima My, Żydzi polscy oraz Kwiaty polskie, w których wyraża on swoje poczucie przynależności zarówno do społeczności polskiej, jak żydowskiej[3]. Czy jednak dojdziemy do uznania Lokomotywy za ciekawe judaicum?

Drobnego, ale znaczącego w rozpatrywaniu sfery publicznej przykładu z niedawnych czasów dostarcza nagranie biznesowych rozmów Jarosława Kaczyńskiego w sprawie budowy wysokich budynków przy ul. Srebrnej w Warszawie. Nie warto podkreślać, że nagrywanie rozmów, które stało się prawie narodowym sportem, nie jest najlepszą rozrywką. Z punktu widzenia niniejszych rozważań ciekawa jest drobna, uboczna sprawa. Mianowicie poseł, a obecnie wicepremier Kaczyński, mówiąc do swego interlokutora o działaczu ruchów miejskich Janie Śpiewaku, który przeszkadza mu budować planowane wysokościowce, informował, że jest to syn „żydowskiego profesora” („Śpiewak to jest taki bardzo ostry żydowski profesor. Tak, to jest jego syn”[4]). Wyraził się tak o Pawle Śpiewaku, dyrektorze ŻIH, a zarazem profesorze Uniwersytetu Warszawskiego, obywatelu polskim. W kontekście rozmowy słowo „żydowski” w ogóle nie było potrzebne. Jednak padło.

Z kolei funkcjonująca w społeczeństwie liczba członków „Polonii” wciąż rośnie – nie tylko z powodu nowych fal emigracyjnych. Ludzi sytuujących się na pograniczach narodowościowych całkowicie ex post polonizuje się. Wielu Polaków nie jest dziś świadomych nie tylko tego, co można powiedzieć o Mickiewiczu jako o człowieku z pogranicza kultur, ale tego, że Kościuszko i Piłsudski określali siebie jako Litwinów; że Stanisław Narutowicz, który podpisał akt niepodległości Litwy, był bratem prezydenta RP; że z braci Szeptyckich jeden był szefem Sztabu Generalnego WP w 1919 r. oraz ministrem spraw wojskowych w 1923 r., drugi zaś greckokatolickim biskupem Lwowa[5]. O tym, że Żydzi byli obywatelami polskimi, chętnie przypomina się sobie, gdy mowa o ofiarach wojennych. Mówi się o 6 mln ofiar, nie wspominając, że połowa zginęła jako Żydzi. Z jednej strony brak rozróżnienia może cieszyć o tyle, że najstraszniejsze było, iż życie stracili ludzie, i to mogłoby wystarczyć. Może też cieszyć mówienie łączne o obywatelach RP, bez wytykania komukolwiek czegokolwiek. Może jednak też niepokoić jako ewentualna chęć zacierania zróżnicowania, chęć inkorporacji. Trzeba umieć mówić o wojnie i okupacji, o 6 mln jej ofiar – i nie wspomnieć o Holokauście, jak w Muzeum Ordynariatu Polowego WP (nawet jeśli, co oczywiste, jest to muzeum duszpasterstwa, a nie historyczne muzeum okupacji)[6].

***

W okresie międzywojennym część społeczeństwa faktycznie odmawiała mniejszościom narodowym pełnych praw obywatelskich. Na tym tle rodziło się wiele konfliktów, co dziś chętnie się pomniejsza. Występowały one głównie w związku z mniejszościami żydowską i ukraińską. Sprawa jednych i drugich była wszakże bardzo różna. W stosunku do Ukraińców pojawiała się idea polonizacji, niekiedy z przekonaniem, że prawosławni są zruszczonymi Polakami (analogiczne pomysły nieraz pojawiały się w dziejach najnowszych w różnych krajach w odniesieniu do mniejszości). Dążono do autokefalii Kościoła prawosławnego na ziemiach państwa polskiego, do konwersji ludzi na wiarę rzymskokatolicką. W 1938 r. podniosła się fala niszczenia cerkwi – na ogół przy milczeniu Kościoła katolickiego. Niektóre z ówczesnych konfliktów odbiły się pewnym echem. Po zbezczeszczeniu ołtarza katolickiego zbudowanego w związku ze świętem Korpusu Ochrony Pogranicza w miejscowości Hrynki doprowadzono tam do przymusowych konwersji. Maria Dąbrowska zapisała wtedy: „Biedny Wołyń. Zostaną po nim tylko Hrynki (o których już głośno w Europie) i wojsko w roli polskich Krzyżaków, nawracających postrachem i przekupstwem z prawosławia na katolicyzm. Moralnie – ohyda, politycznie – kliniczna głupota, obłęd, za który Polska ciężko płacić będzie”[7]. Jak wiadomo, podczas wojny to proroctwo się spełniło. Nie jest oczywiście powiedziane, że i bez takich akcji ono by się nie spełniło w ramach „czystki etnicznej”, mającej służyć odrodzeniu Ukrainy. Akcja polonizacyjna nie ograniczała się zresztą do płaszczyzny religijnej i niekoniecznie musiała mieć cechy drastyczne[8]. Pozostaje jednak faktem, że – jak zauważono – w Polsce nie pojawił się nawet odpowiednik brytyjskiego pojęcia „British”, nie mówiąc o „Zjednoczonym Królestwie”. Wielka Brytania i Anglicy też nie byli święci w swym odnoszeniu się do pozostałych narodów państwa[9]. W Polsce jednak realizowano przekonanie, że to ma być państwo polskie i kropka. W terminie „Rzeczpospolita Polska” drugie słowo było bardzo istotne.

W odróżnieniu od Ukraińców na polonizację Żydów nikt się nie nastawiał. Dominowała idea bogobójstwa. Mit brania chrześcijańskiej krwi na macę pojawiał się jeszcze w pogromach po II wojnie światowej. Rozproszenie Żydów zmieniało charakter niechęci w porównaniu do Ukraińców, ale czyniło tę grupę widoczną dla każdego, w tym dla środowisk znaczących w opinii. Kościół był jej niechętny, miłując bliźnich wyraźnie wybiórczo. Atmosfera wokół Żydów była często zła[10]. Pogromy u początków dwudziestolecia stanowiły marny horoskop[11], zamknięcie wojskowych żydowskiego pochodzenia jako rzekomo nielojalnych podczas wojny 1920 r. podobnie. Oczywiście grupie żydowskiej nie odmawiano różnych uprawnień. Prowadziła swoje życie społeczne i religijne, istniały żydowskie partie polityczne, szkolnictwo, wraz z innymi mniejszościami miała swoją reprezentację w sejmie[12]. Niejeden polski Żyd wspiął się wysoko w hierarchii społecznej. Najczęstszy stereotyp Żydów był jednak fatalny, nawet jeśli paradoksalny (postrzegani zarówno jako krwiopijcy, jak jako „żydokomuna”, a często jako niepotrzebna nikomu biedota i „chałaciarze”, których warto się pozbyć z kraju). Niejeden inteligent ze środowiska żydowskiego odczuwał „szklany sufit”. Z lat trzydziestych znane są zjawiska takie, jak numerus clausus na uczelniach, numerus nullus w różnych organizacjach, spór o dostęp do zwłok dla żydowskich studentów medycyny, spór o ubój rytualny, bójki na uczelniach[13]. ZHP, który jako organizacja formująca dzieci i młodzież mógł odgrywać dobrą rolą w zbliżeniu grup, nie tylko nie akceptował form skautowych tworzonych w środowisku żydowskim, ale często nie chciał przyjmować Żydów w swoje szeregi. Oczywiście istniały tu pewne autentyczne przeszkody formalne (chrześcijański charakter organizacji, zaznaczony nawet w podstawowych tekstach i symbolice) – ale chyba to nie było tylko to. Aleksander Kamiński, z czasem uznany za jednego ze Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, był jednym z nielicznych starających się o kontakt ZHP z młodzieżą niechrześcijańską[14]. Znany mi jest wypadek nieprzyjęcia jakiejś harcerki pochodzenia żydowskiego do harcerskiej służby we wrześniu 1939 r. w Warszawie – jako niepewnej. Jerzy Jedlicki na zawsze zapamiętał, jak go usunięto z podziemnego harcerstwa za okupacji[15].

Dystans między grupami miał być zachowany. W jakimś stopniu wynikało to z poglądów. Nieraz nie lubiano właśnie Żydów zasymilowanych; zauważano już przed wojną, że lepiej tolerowani byli Żydzi na Nalewkach niż w „Ziemiańskiej”[16]. Takie stanowisko mogło dotyczyć nie tylko mniejszości żydowskiej. Virgilia Sapieżyna, Amerykanka, która wyszła za mąż za księcia Sapiehę i mieszkała w ich majątku na wschodzie ówczesnej Polski, opowiada w pamiętniku, jak to lokalna elita została zaproszona na spotkanie w sprawach szkolnictwa podstawowego. „Zastępca burmistrza – pisze – wstał i wygłosił mowę o tym, jak polskie dzieci powinny się trzymać razem i odseparować od siebie element ruski i żydowski” (na to zresztą ciekawie zareagował inspektor szkolny: „To bardzo dobrze, że rozmawiamy o kulturze, ale w okolicach Rawy Ruskiej jest tysiąc pięćset dzieci, które nie chodzą do szkoły z powodu braku butów”)[17].

Niezależnie jednak od poglądów ludzi w wymienionych i rozlicznych innych sprawach, istotne było pewne socjologiczne podłoże współżycia grup: na ich styku występowało mnóstwo czynników znanych socjologii jako zwiększające dystans międzygrupowy (tworzenie skupisk, duża odmienność obyczajowa i religijna, wyraźne odróżnianie się rozlicznymi cechami, często zwartość grupy mniejszościowej, nieraz jej niechęć do integracji i tym bardziej asymilacji, zaznaczona odrębność językowa, koncentracja w określonych i to wzbudzających niechęć zawodach – choć nikt nie chciał pamiętać, że na przykład, jeśli Żyd rozpijał chłopów, to czynił to na rzecz dziedzica, od którego dzierżawił karczmę). Można bez końca dyskutować, które z tych cech były przyczyną dystansu między społecznościami, a które skutkiem. W końcu Żydzi zostali zepchnięci ku handlowi i obrotowi pieniężnemu jako „typowym” zajęciom. Tak nie musiało być. Konwertyci z Półwyspu Iberyjskiego („nowi chrześcijanie”) rozwijali plantacje trzciny cukrowej i jej przerób w Nowym Świecie[18]. W Palestynie syjoniści rozwijali kolektywne gospodarstwa rolne. Nawet w Polsce w okresie międzywojennym funkcjonowali też, choć relatywnie nieliczni, Żydzi rolnicy[19].

W kwestii dużej zamkniętości społeczności żydowskiej tworzył się klasyczny zaklęty krąg: im bardziej odczuwała niechęć, tym bardziej się zamykała; im bardziej się zamykała, z tym większą niechęcią na nią patrzano. Na dodatek sprawa miała bardzo odległe korzenie historyczno-religijne, co przesuwa sprawę uświadomionych i podświadomych niechęci wstecz, na równie odległe pokolenia. Podobnie zresztą trudno jest rozdzielić przyczyny i skutki nakładające się na bagaż historyczny w wypadku stosunków polsko-ukraińskich czy polsko-litewskich. Pozostaje faktem, że niezależnie od przyczyny często były to inne światy – w wypadku Żydów nawet gdy wchodziły w grę te same miasta i miasteczka. Juliusz Osterwa jak najbardziej współpracował z ludźmi teatru żydowskiego, a prywatnie, dla siebie samego, pisał z obrzydzeniem o żydowskich dzielnicach Warszawy i o „szwargocie”, także o tym, że obywatele polscy powinni mówić po polsku[20]. Maria Dąbrowska, zajmująca bardzo szlachetne stanowisko w sprawach żydowskich publicznie, w dzienniku i w prywatnej korespondencji dawała wyraz opiniom czasem trudnym do zaakceptowania[21]. Po pobycie w Szczebrzeszynie w 1925 r. zapamiętała i zanotowała ex post: „Były to jakieś żydowskie święta. W mieście panowała cisza, z synagogi rozlegały się na całe miasto ekstatyczne rozdzierające pienia religijne, a prócz tego Żydzi modlili się w różnych mniejszych domach modlitwy. A że było gorąco i okna były pootwierane, więc w jakiejś cichej pustej uliczce zobaczyłyśmy nagle w obszernym wnętrzu cały tłum Żydów, okrytych biało-czarnymi tałesami, rozmodlonych, kiwających się, zawodzących. Doznałam wrażenia, że jestem gdzieś w Arabii. Powiało na mnie obcością tak wielką, że aż przerażającą. Uciekłyśmy co prędzej z tej ponuro egzotycznej uliczki”[22]. Prawdę mówiąc, można Dąbrowską zrozumieć.

Odnotowując drogę powrotną pociągiem z Piotrkowa w 1928 r., diarystka zapisała: „W drodze powrotnej rozbolała mnie bardzo głowa. Jechaliśmy zwyczajnym pociągiem, trzecią klasą, cztery godziny śród Żydów”[23]. To zdanie oczywiście nie brzmi dobrze. Pomyślałem sobie jednak o nim, gdy w 1994 r. jechałem do Bydgoszczy (miejsce akurat tu nie ma znaczenia). Z kolei ja wtedy zapisałem:

Do mojego przedziału wsiedli Rosjanie ze znaczną liczbą najpewniej handlowych bagaży. Rozmieścili je zresztą także na półkach w sąsiednich przedziałach – wyraźnie dokładając starań, by nikomu przypadkiem nie zawadzały. Byli bardzo grzeczni, ustępowali z drogi, gdy ktoś z nas, dwóch Polaków obecnych w przedziale, chciał wyjść na korytarz. Wyraźnie chcieli pokazać, że uznają w nas naród panów, którego to faktu nie kwestionują. Jednocześnie przez cały czas podróży byli niespokojni. Ciągle przepakowywali coś w swoich bagażach, nawet siedząc, zachowywali czujność; takie przynajmniej sprawiali wrażenie.

My zaś, dwóch nieznanych sobie nawzajem Polaków w przedziale, po pierwsze odczuliśmy nagle wspólnotę duchową. My to byliśmy my, ci lepsi. Niewątpliwie odczuwaliśmy też jakieś zagrożenie. Teczkę ustawiłem bardzo blisko siebie. Wychodząc z przedziału, mruknąłem do drugiego Polaka, by zwrócił uwagę na moje palto – a on kiwnął głową wyraźnie porozumiewawczo. Gdy któryś z Rosjan po raz kolejny grzebał w bagażach rozmieszczonych nad naszymi głowami, też wymieniliśmy porozumiewawcze, trochę zniecierpliwione, trochę ironiczne spojrzenia…

I dziwić się tu bodajże Marii Dąbrowskiej, która w swoich dziennikach zanotowała jakiegoś pięknego dnia, że zmęczyła ją jazda pociągiem w tłumie Żydów! Przecież ja zaczynałem mieć uczucia podobne, a nie byłem nawet w tłumie Rosjan…

Tak, wiem, spotkani przeze mnie Rosjanie byli przyjezdnymi, nieustabilizowanymi tu ludźmi, podczas gdy Żydzi byli tutejsi. Dystans nie musi być jednak sprawą geograficzną czy bezpośrednio związaną z migracjami. Bywa wręcz przeciwnie. Przykładem Jedwabne[24] – ale równie dobrze, dajmy na to, sąsiedztwa dzielnic nędzy oraz tzw. lepszych dzielnic w wielkich miastach latynoamerykańskich. Dystans w stosunku do Żydów był tym większy, im bardziej niechętny był do nich stosunek. Zdarzali się ludzie funkcjonujący na pograniczu, ale takich jak – powiedzmy – Julian Tuwim było mało. Akurat on też zresztą nie miał lekko.

Jako historyk zajmowałem się kiedyś pewną przykładowo dobraną rodziną żydowską z międzywojennej Warszawy. Nie było jej źle, młodzi ludzie z tej rodziny studiowali na Politechnice oraz na Uniwersytecie Warszawskim – ale kontaktów innych poza rutynowymi zawodowymi ze środowiskiem pozażydowskim nie mieli[25]. We wspomnieniach pojawiają się dwa parki warszawskie, w których Żydzi byli otwarcie niepożądani. Obecnie ciągle podkreśla się, że Żydzi zostali w Polsce przyjęci i dobrze żyli przez 500 lat, podczas gdy inni ich nie chcieli. Mówi się o „gościnie” (moje pytanie: po ilu setkach lat uznaje się prawo zasiedzenia, a gość staje się swoim?). Te grupy żyły jednak nie tyle razem, ile obok siebie – przynajmniej w okresie międzywojennym[26]. Mieszane małżeństwa (czuły wskaźnik!) zdarzały się jak na lekarstwo[27].

Dystans może powiększyć się dla jakichś przyczyn – jak stało się na przykład w byłej socjalistycznej Jugosławii[28]. Z dawniejszych przykładów warto wspomnieć Turków i Ormian bądź Turków i Greków, którzy mieszkali w dzisiejszej Turcji od czasów wielkiej kolonizacji greckiej, a których nagle wyrzucono (szczęśliwie ich akurat nie wymordowano). Na pograniczach (także pograniczach kulturowych) często miało i ma miejsce mocne akcentowanie kultury, tożsamości, narodowości – co łatwo prowadzi do konfliktów. Właśnie tam często chce się wyznaczyć wyraźną granicę. To nie usprawiedliwia Polski w rozważanych sprawach, ale pozwala realistyczniej je widzieć.

Dymitr Fiłosofow, rosyjski krytyk literacki, żyjący na emigracji w Warszawie w dwudziestoleciu, sformułował obserwację, że Żydzi i Polacy istnieją obok siebie jak masło i woda[29]. Sam pomyślałem o takich sytuacjach, gdy zobaczyłem kiedyś grupę Romów z Rumunii koczujących na dworcu w Krakowie. Między nimi a resztą podróżnych tworzyła się linia graniczna parometrowej szerokości, której nikt nie przekraczał. Pewien znajomy z USA (biały, co w tym kontekście istotne) napisał mi swego czasu, że gdy czyta o położeniu Żydów w Polsce międzywojennej, nasuwa mu się porównanie ze stosunkami białych z Afro-Amerykanami. Nawet gdy są razem, to są osobno. Dziś ta sytuacja nasuwa się na myśl w kontekście stosunku do imigrantów w Europie. No i czy to wtedy w odniesieniu do Żydów, czy dziś w wypadku imigrantów najbardziej by się chciało, ażeby się wynieśli. Często powołuję przykład pewnego, znalezionego w materiale archiwalnym, pytania policji z Brześcia nad Bugiem do władz warszawskich z 1939 r. Policja w Brześciu natrafiła na ślady organizowania nielegalnej emigracji Żydów do Palestyny i pytała, co z tym robić. Odpowiedź z Warszawy była jednoznaczna: nic nie robić (jeżeli chcą wyjechać, to tym lepiej!). Ta sprawa sama w sobie była tyleż drobna, ile charakterystyczna[30]. Kto wie, czy nawet nie bardziej charakterystyczna niż – dajmy na to – popieranie syjonizmu, do popierania terrorystycznej grupy Sterna w Palestynie włącznie (w latach 1938–1939 dostarczanie broni, szkolenie[31]), czy niż rozmowa Becka z Hitlerem w styczniu 1939 r. o wysiedleniu europejskich Żydów do jednego z krajów afrykańskich. Pół roku później ambasador Lipski powiedział Hitlerowi – jasne, Holokaust nie rysował się wtedy jeszcze nawet w perspektywie – iż Polacy wybudują mu pomnik, jeśli potrafi rozwiązać kwestię żydowską[32]. Warto dodać, że władze Rzeczypospolitej marzyły o wyjeździe także innych mniejszości narodowych. Jak we wczesnym okresie odrodzonej Polski myślano – skądinąd mało realistycznie – o emigracji jako narzędziu rozładowywania przeludnienia agrarnego, tak w późniejszym chciano je potraktować jako instrument zwiększania wagi Polaków na niekorzyść przedstawicieli mniejszości w powiatach, w których nie była ona oczywista.

***

Okupacja stała się w pewnym sensie sprawdzianem II Rzeczypospolitej, z którego ta formacja wyszła zresztą dobrze. Nie zakwestionowano instytucji państwa mimo kolejnego rozbioru – choć przecież dopiero tak niedawno odrodziło się. Rząd londyński i jego agendy w kraju były bardzo szeroko uznawane. Czy natomiast kategoria obywatelstwa przeważyła kategorię przynależności do narodu? Z pewnością nie. Takiej zmianie nie pomógł oczywisty fakt, że wojna toczyła się między narodami. Jej brak potwierdził się w odniesieniu do mniejszości narodowych. Zważywszy na specyficzne położenie mniejszości na Wschodzie z jednej strony, a mniejszości niemieckiej z drugiej, sprawdzianem stał się stosunek do mniejszości żydowskiej – zwłaszcza że jej położenie było inaczej szczególne. Czy sprawdziło się, że Żydzi byli traktowani jako obywatele (Piłsudski), czy opinia Dmowskiego, że to ludzie spoza narodu? Przedwojenny dystans obu społeczności najczęściej przesądzał wybór. Jedna z ocalałych, ukrywających się poza gettem, w swoich wspomnieniach opowiada, jak to, jadąc pociągiem, stała się świadkiem złapania innej Żydówki (akurat jeszcze nie jej). Zrobił na niej wrażenie fakt, że inni pasażerowie nie tylko nie jęknęli, ale komentowali wydarzenie inaczej, niż gdyby asystowali zabraniu kogoś z Polaków. Prawdę mówiąc, komentowali wręcz okropnie („Wśród tych wypowiedzi nie usłyszałam ani jednego głosu współczucia dla młodej, ładnej kobiety, która w ich obecności została skazana na śmierć”[33]). Ponieważ dystans i skorelowany z nim negatywny stereotyp Żyda przeszkadzały w uzyskaniu pomocy, dystans tym bardziej się zwiększał[34]. Warto też pamiętać, że jest złudzeniem, jakoby ludzie w „naturalny sposób” łączyli się z cierpiącymi. Jedni łączą się, a drudzy myślą: „jak dobrze, że to nie my”. Jeszcze inni mogą myśleć: „mają za swoje”, czy nawet: „niech ich diabli wezmą”. Bywają ludzie „po prostu” źli i głupi bądź źli, bowiem głupi. Mógł też działać mechanizm przeniesienia agresji. Niemców nie dawało się łatwo uderzyć; Żydów – tak.

Długo, pewno zawsze będą się toczyły dyskusje, ilu Żydów zostało uratowanych dzięki chrześcijańskiej pomocy, a ilu zostawionych samym sobie bądź zamordowanych przez polskich chrześcijan. Jasne, że ocalali mogli uzyskać swoją szansę tylko dzięki pomocy. Nawet w negatywnych w rozważanej kwestii wspomnieniach ocalałych najczęściej pojawia się ktoś, kto choćby okazjonalnie podał rękę w potrzebie. Bez pomocy nie przetrwałby po prostu nikt. Zaniechanie jej okazania najczęściej było jednak wyrokiem. Szacunki tych, którzy nie tylko zaniechali jej okazania, ale sami mordowali bądź świadomie wydawali Żydów w ręce Niemców, fatalnie rosną w świetle kolejnych badań[35]. Niestety było ich znacznie więcej, niż sądzono dotychczas. Nie byli wyjątkami, nie był to margines, a bohaterstwo mogło sytuować się blisko łajdactwa.

Prawda, że taki obraz nie musi wynikać ze stosunków chrześcijańsko-żydowskich. W końcu w ZSRR katami i nadzorcami obozów byli chłopcy pochodzący często z tego samego narodu co więźniowie, w końcu w Argentynie zrzucali żywych ludzi z samolotów do morza inni Argentyńczycy… ale bliżej nas złe zachowania ułatwiała, może nawet dyktowała granica społeczności. Z punktu widzenia rozpatrywanego zagadnienia równie ważne są jednak zachowania mniej drastyczne. Dyskusja sprawy jest trudna, jak zachowania były różne. Pamiętnikarze odnotowali sytuacje wręcz zaskakujące, gdy na przykład ktoś Żydów nie znosił, a w konkretnej sytuacji pomagał[36]. W szerokiej skali Żydzi nie byli jednak traktowani jako współobywatele. Jak pisała osoba, która najpierw pracowała w szpitalu w getcie warszawskim, a następnie była łączniczką ŻOB:

Nigdy nie odpłacimy największą nawet miłością i szacunkiem Marysi Sawickiej, która ukrywała w mieszkaniu dwóch ocalonych członków sztabu ŻOB.

Została naszym najbliższym przyjacielem. Nie zapomnimy jej nieżyjącej już siostry Anny Wąchalskiej. Nie zapomnimy nieżyjącego adwokata Henryka Wolińskiego, „Wacława”, przedstawiciela Delegatury Rządu, kierownika Referatu Żydowskiego, i nie odpłacimy już wdzięcznością za jego troskę i wielką przyjaźń, ani profesor Prokopowicz-Wierzbowskiej – za pomoc w ratowaniu dzieci, profesorowi Kacprzakowi – za ratowanie naukowców, i wielu, wielu innym.

Wielu ich było. Wielu zginęło i chyba każdy uratowany ma kogoś, kogo wspomina z szacunkiem i miłością.

Ale ulica miała twarz okrutną. Obcą. Obojętną, a nierzadko złośliwie uśmiechniętą[37].

Zjawisko nietraktowania Żydów po prostu jako swoich wystąpiło podczas okupacji powszechnie. Potwierdza je zarówno raport Karskiego, jak dokumenty AK, w których pojawia się wątek, że ludność nie sprzyja pomocy Żydom, że nawet w samej AK, stanowiącej przecież wytwór tejże ludności, pomoc dla Żydów nie jest popularna[38]. Ryzyko i techniczne trudności ukrywania Żydów wszystkiego nie tłumaczą. Wiele osób podejmowało ryzyko związane z konspiracją. Irena Sendlerowa, a więc osoba, która wiedziała, o czym mówi, jest autorką znanego zdania: „Pewne jest, że w okupowanej Warszawie dużo łatwiej było znaleźć miejsce w salonie, gdzie by pod dywanem został ukryty duży czołg, niżby się znalazło miejsce dla jednego małego dziecka żydowskiego”[39]. Pomińmy przenośne sformułowanie tego zdania oraz nawet pewną jego demagogię. „Czołg”, jak wiadomo, nie chce jeść i nie płacze (choć ukrywane dzieci błyskawicznie uczyły się potrzebnych zachowań).

Prawda, że z opisywanej próby nie wyszły dobrze nawet kraje, gdzie mocniej myślano kategoriami obywatelstwa, zaś społeczne oddalenie obywateli Żydów było mniejsze. Francja oddała Niemcom swoich obywateli Żydów, a USA internowały Nippo-Amerykanów, też własnych obywateli. Nawet tam okazało się, że „etniczność”, niezależnie od tego, co znaczy, jest ważniejsza, natomiast obywatelstwo de facto warunkowe.

***

Przemiana związana z końcem wojny umocniła w Polsce myślenie w kategoriach narodowych, a nie obywatelskich. Nowy ustrój przez cały okres swego istnienia akcentował wątek narodowy, nieraz wręcz szowinistyczny[40]. Niektórzy jego przedstawiciele postępowali tak z odczucia taktycznej potrzeby, inni z przekonania, jeszcze inni sądzili, że opowiadając się za nowym ustrojem, realizują swój patriotyzm, jeszcze inni w dążeniu do pozbycia się opinii „władzy żydowskiej” i etykietki „żydokomuny”. Czasem to wszystko mogło być przemieszane; przecież człowiek, a więc też komunista, nie jest automatem. Nowy ustrój sprzyjał emigracji Żydów – bowiem faktycznie jej chciał. W praktycznym wymiarze nieraz zalecał zmianę nazwiska swoim ludziom pochodzenia żydowskiego, ukrywał je w wypadku postaci historycznych, do których nawiązywał. Sama władza komunistyczna instrumentalnie posługiwała się antysemityzmem w potrzebie, a wraz z przemianą pokoleniową w aparacie partyjnym usiłowała zrzucić odpowiedzialność za wszelkie zło na Żydów z tegoż aparatu.

Dla umacniania myślenia narodowego ważniejszy był jednak mechanizm wprowadzania i realizacji nowego ustroju. Został on, jak wiadomo, wniesiony z Rosji (!). Rosja jako ZSRR była jego gwarantem i pomocnikiem. Mimo partycypacji społecznej znacznie większej, niż dziś chce się to przyznać, nigdy nie był legitymizowany w demokratyczny sposób przez społeczeństwo, a z punktu widzenia liczącej się części tegoż społeczeństwa w większym stopniu uzyskiwał partycypację niż legitymację. W takiej sytuacji myślenie w kategoriach narodowych było więc zapewne najbardziej stabilną kotwicą dla znaczącej części narodu. Uznawanie Żydów za obcych wynikało nie tylko z zadawnionych przekonań i nie tylko z widzenia pewnej liczby członków nowego establishmentu pochodzenia żydowskiego, ale występowało przynajmniej także dlatego, że system dzięki temu mógł być uznawany za tym bardziej obcy – nie mówiąc już o tym, że dla wielu zawsze wygodnie jest powiedzieć, że „co złe, to nie my”. Wrażenia Mordechaja Canina, żydowskiego dziennikarza z Palestyny, który przemierzał całą Polskę zaraz po wojnie, były straszne – gdy słyszał negatywne wspomnienia o Żydach i widział ówczesny stosunek do ofiar i ocalałych. Widział ludzi zachwyconych z zajęcia miejsca Żydów w sklepach i domach; przywłaszczających sobie ubrania, majątek, wyposażenie mieszkań. Widział niszczenie obiektów i przedmiotów kultu. Obserwował, że ocalałych nie chciano. Słyszał fatalnie brzmiące rozmowy o Żydach i opinie o władzy jako żydowskiej[41]. Czytelnik tego świadectwa odnosi wrażenie, że wśród ludzi działał mechanizm przeniesienia agresji skumulowanej przeciw Niemcom, także trudnej bądź wręcz niemożliwej do wyładowania agresji przeciw Sowietom, komunistom itd., może nawet kompensacji dziejowych klęsk, kosztem nielicznych ocalałych Żydów – nie mówiąc o uzyskiwanej kompensacji bardziej materialnej. Mówiąc o jakiejś ówczesnej zbrodni przeciw Żydom, Canin sugeruje poczucie winy sprawców jako motyw („Żydowskie twarze zanadto przypominały im o zbrodni, w której kiedyś wzięli udział razem z niemieckimi bandziorami i ukraińskimi bestiami. Dlatego nie są w stanie znieść widoku żydowskiej twarzy. Jak wszyscy przestępcy, nie znoszą tego, co przypomina im o ich zbrodni”[42]). Mogło i tak być[43].

Prawda, Canin był zainteresowany rozważaną tematyką i wyczulony na akcent antysemicki. Uogólniał, oskarżał praktycznie wszystkich Polaków. Nawet w małych ośrodkach większość mogła nie być przeciw – ale mniejszość mogła być silniejsza. Kraj nie był wówczas oazą spokoju, ani trochę[44], co rzutowało na krąg spraw, w którym Canin się obracał. Jednocześnie on tego wszystkiego przecież nie wymyślił. Prawda, w 1948 r. odsłonięto pomnik Bohaterów Getta – i to w sytuacji gdy pomnika Powstania Warszawskiego przecież nie było (i nie było go do 1989 r.!). Pomnik Getta zbudowano wszakże w Warszawie. Sytuacja Żydów we wszystkich dużych miastach była zresztą wtedy lepsza niż w małych ośrodkach[45]. Lokalna pamięć o Żydach, przynajmniej ta manifestująca się w widocznych przejawach, szybko zanikała – czasem zgodnie z intencjami pozostałych lub nowych mieszkańców, czasem przez zaniechanie jej kultywowania.

***

Problem żydowski zachował zdumiewającą rolę – zwłaszcza w obliczu radykalnego zmniejszenia liczby Żydów. Jest zdumiewające, jak ten sam obraz – Żydów, którzy nie są zwykłymi współobywatelami, którzy dziś są tu, jutro tam… – pojawia się zarówno we wspomnieniach Romana Fristera, człowieka w swoim czasie jak najbardziej tutejszego, w ustach księdza katolickiego w odniesieniu do wczesnego okresu Polski Ludowej, jak po latach w książce człowieka PZPR[46]. Ta druga książka, wydana wkrótce po Marcu, nosiła tytuł Głupia sprawa. Legenda głosi, że Janusz Zarzycki, który w PZPR/PRL pełnił różne funkcje, ale był przeciwny autorom Marca, gdy otrzymał tę książkę jako dar autorski, zebrał posiadane książki tegoż autora i odesłał mu ze słowami: „Zdarzyła się głupia sprawa: nie mam już miejsca na półce na twoje książki”.

Częsta jest pamięć o „witaniu” przez Żydów Armii Czerwonej na wschodnich granicach w 1939 r. – przy wyolbrzymianiu zjawiska, niebraniu pod uwagę specyficznej sytuacji tej mniejszości. Często z Żydami wiąże się zbrodnie UB. Nie negując żydowskiego pochodzenia najbardziej prominentnych postaci tej formacji, byłoby lepiej nie wiązać ich działań z etnicznością. Nie byłoby też źle także dostrzegać, że jej skład nie sprowadzał się do Żydów. W okresie pogromu kieleckiego w tamtejszym aparacie władzy, z miejscową milicją oraz UB włącznie, Żydzi stanowili małą część ludzi urzędników i funkcjonariuszy, podczas gdy wśród pozostałych było wielu szacownych mieszkańców miasta[47]. Podobnie, gdy wytyka się sprawstwo sądowych morderstw powojennych i stalinowskich, lepiej pamięta się sędziów pochodzenia żydowskiego niż pozostałych. Jest to rozumowanie przypominające myślenie niektórych Rosjan, wiążące ich nieszczęścia z „obcymi” (Stalin – Gruzin, Dzierżyński – Polak, Beria – Gruzin, Mikojan – Ormianin…). Nie byłoby źle też pamiętać, że komunizm chiński nie był szczególnie miły, a tam chyba Żydów nie było we władzach, nieprawdaż?

Inne mniejszości relatywnie szybko po wojnie – po zmianie granic, eksmisji Niemców oraz po akcji „Wisła” – prawie przestały być obecne w Polsce nie tylko fizycznie, ale na długo mentalnie. W okresie stalinowskim establishment aktywnie przeciwstawiał się zresztą kultywowaniu specyfiki kulturowej przez wszystkie, skądinąd już niewielkie liczbowo, mniejszości narodowe. Potem lepiej ją tolerował, ale przecież PRL uosobiła Dmowskiego ideał państwa narodu polskiego, a potem go podtrzymywała. Wielkie migracje, zarówno te powojenne, jak późniejsze, wywołane inwestycjami, sprzyjały homogenizacji społeczności jako stosunkowo jednolitego narodu. Podobnie działały mechanizmy socjalistycznej glajchszaltacji. Dopiero po 1989 r. mniejszości ponownie zaistniały, wróciło też myślenie o nich.

***

Z punktu widzenia problematyki narodowej bunt „Solidarności” był dwoisty. Z jednej strony jego dominującą ideą była budowa społeczeństwa obywatelskiego, a horyzont w jakichś momentach zdecydowanie obejmował przestrzeń ponadpolską. Z drugiej strony był to ruch bardzo mocno sytuujący się w polskiej tradycji niepodległościowej, nawiązujący do niej i akcentujący wątek narodu. Oba nurty występowały w symbiozie. Chciano nadrobienia zacofania, orientowania się ku Zachodowi, jednocześnie zaś podkreślano to, co własne. Akcentowanie katolicyzmu niosło jedno i drugie: wizję Polski związanej z Rzymem (no przecież nie z Bizancjum, nie mówiąc o Moskwie jako „trzecim Rzymie”!), a jednocześnie Polskę postrzeganą jako całkowicie katolicką. Otóż koncepcja, że Polak jest katolikiem, uwypukla to, co własne. W poparciu Jana Pawła II dla „Solidarności” i transformacji też tkwiła pewna dwoistość: papież popierał działanie w kierunku przyłączenia się Polski do UE („powrotu” do Europy), a jednocześnie popierał akcentowanie swoich, narodowych wartości. Wręcz widział istotną rolę Polski w rechrystianizacji Zachodu – co sprzyjało temu drugiemu. Bezpośrednio po transformacji akcent szerszego otwarcia był bardzo mocny. Na dzień dzisiejszy zwyciężył ten drugi – przynajmniej w dających się słyszeć hasłach.

Stefan Chwin o „micie jedności sierpniowej”: Byłem pod bramą stoczni i pamiętam dokładnie podziały, które już w pierwszych dniach negocjacji się zarysowały. Jak się tam ścierał np. ten nurt narodowo-konserwatywny z nurtem lewicowo-świecko-korowskim. I słyszałem też gwałtowne wypowiedzi antysemickie przeciwko ludziom, którzy doradzali „Solidarności”. Jak ktoś mi zaczyna bredzić o jedności sierpniowej, to ja widzę kolejnego, który zachorował na chorobę wspólnoty. Ten mit nie ma wiele wspólnego z tym, jak było[48].

Komunizm jako przeciwnik zjednoczył bardzo wielu ludzi różniących się między sobą. Był to jego osobliwy sukces, mało komu by się to udało. Oczywiście nie było tak, jak nam się zdawało, że „wszyscy” byli razem. Już chociażby sam aparat partii/państwa był wystarczająco liczny, by zaprzeczyć takiej opinii. Z tego też można było jednak wybrnąć w kierunku idei narodowej – sytuując przeciwników poza narodem, nieraz wręcz jako zdrajców. To już zostało przećwiczone w bardzo wielu rewolucjach, poczynając od francuskiej. Gdy komunizmu zabrakło, szybko okazało się jednak, jak jego przeciwnicy byli zróżnicowani. Sukces wyborczy Stanisława Tymińskiego w 1990 r. (w pierwszej turze 23% głosów, czyli więcej niż Tadeusz Mazowiecki) pokazał, jak to wszystko było słabo zdefiniowane. Przy całej okazywanej w ruchu lat osiemdziesiątych sympatii do Zachodu i niechęci do Wschodu referendum europejskie w 2003 r. nie poświadczało entuzjazmu dla wejścia do UE. Pozytywnie głosowało wprawdzie 77,45% głosujących, ale udział wzięło tylko 58,85% uprawnionych. Otóż podstawowym problemem tego referendum było to, czy zostanie ono uznane za ważne. Stąd wstrzymanie się od udziału trzeba w znaczącym stopniu traktować jako realny sprzeciw wobec wejścia[49]. Można sądzić, że gdyby nie wsparcie Jana Pawła II dla głosowania za UE, referendum zostałoby przegrane. Prawda, że w różnych krajach analogiczne referenda wykazywały co najmniej brak powszechnego entuzjazmu.

***

Dziś różne badania wskazują, że Polacy są silnie proeuropejscy. Jednocześnie obserwuje się wszakże mocny nurt akcentowania tego, co własne, suwerenności, podbijania niechęci do innych, potwierdzania własnej wspaniałości, bohaterstwa, wyjątkowości własnej historii, podnoszenia parokrotnej obrony Europy przez Polaków, zapewniania o prawie bezgrzeszności narodu. Ciągle mówi się o bohaterskiej Polsce i bohaterskich Polakach. „Bohaterstwo – czytamy – musi zostać mocno podkreślone, bo jesteśmy narodem bohaterskim. Naszej historii nie musimy się wstydzić. Mogą się natomiast wstydzić swojej historii Niemcy i Rosjanie. Oczywiście nie będziemy przemilczać ciemnych kart naszej wojennej przeszłości (np. problemu szmalcowników). Trzeba jednak znać proporcje”[50].

W historii każdego narodu można i należy wskazywać bohaterów, notabene w historii Rosji i Niemiec też. W szczególności trzeba jak najbardziej honorować Sprawiedliwych – i to zarówno moralnie, jak przez przyznanie wszystkich możliwych ułatwień życiowych tym spośród nich, którzy szczęśliwie są wciąż z nami. Trzeba pamiętać o tych księżach oraz zakonnicach i zakonnikach, którzy pomagali, a zwłaszcza przechowali żydowskie dzieci. Nie ma jednak sensu stać jako naród przed lustrem i powtarzać, „jaki jestem piękny”. W dyskusjach historycznych padło już określenie „historia narcystyczna” – w kontekście niepokoju „jaki jestem?” w oczach innych[51]. Otóż inni rzadko podzielają częstą opinię Polaków o sobie. Prawda, prezydent Donald Trump i wiceprezydent Mike Pence pogłaskali ostatnio miłość własną Polaków, ale ich ambasada dobrze wie, co sprawi przyjemność audytorium. Nadto, jeżeli przez bohaterstwo rozumieć waleczność, to podobno Albańczycy lub górale z Kaukazu wyprzedzają Polaków. Wiele narodów uważa siebie za bohaterskie, a pewno wszystkie mają w swojej historii karty piękne i niepiękne. Każdy naród reprezentuje osiągnięcia i klęski, pozytywny i negatywny wkład do ogólnoludzkiej składnicy doświadczeń.

Myśląc poważnie, warto pamiętać o negatywnych polskich zachowaniach w relacjach z Ukraińcami, a nie mówić tylko o ich postawie, nieraz zresztą prawdziwie złej. Nie ma co się dziwić obawom Litwy przed Polską po 1989 r. Gdy mówi się, że w Polsce nie było kolaboracji, trzeba dodać, że Niemcy jej nie szukali. Chcę wierzyć, że nawet gdyby jej pożądali, nie byłoby jej – ale nie ma sensu podawać prawdy niepełnej. Nadto, choć nie było kolaboracji na szczeblu państwa, to wypada pamiętać, jak wpadli kolejni dowódcy AK. Drobnej kolaboracji było więcej, niż dziś się przyznaje. Mówienie, jak premier w Markowej, w Muzeum im. Rodziny Ulmów, gdzie sprowadził dziennikarzy zagranicznych (luty 2018), że gdyby Polska chciała pójść z Niemcami, to ZSRR by padł – ale powinniśmy być dumni, że nie chciała – jest wątpliwe. Nie jestem pewien, czy Niemcy by chcieli stowarzyszenia się z Polską, w konkretnej sytuacji niezbyt pozostawili zresztą możliwość po temu. Nawet Ukraińcom, wbrew swoim doradcom, Hitler praktycznie nie poszedł na rękę. Nie jestem też pewien, czy ZSRR by padł, nawet gdyby padła Moskwa. Chyba nie padłby.

Przypominania własnych zachowań negatywnych bardzo się w Polsce nie lubi. Gdy w TVP ktoś nazwał bijatykę wywołaną przez przeciwników „Parady Równości” w 2019 r. w Białymstoku „pogromem”, ktoś inny wspomniał pogrom kielecki. Było to oczywiście porównanie grubo przesadzone – ale z perspektywy rozpatrywanego tematu ciekawsze jest, że natychmiast trzecia osoba „poprawiła” przedmówcę: „prowokacja w Kielcach”. Zbyteczne przypominać jak to minister edukacji Anna Zalewska miała trudności z uzmysłowieniem sobie, kto mordował w Jedwabnem. Były już głosy kwestionujące poprawność stosowania słowa „pogrom” do wydarzeń nawet tak odległych, jak te w Przytyku (1936). Zjawisko nie jest nowe. Po pogromie we Lwowie w 1918 r. też nie chciano używać tego słowa[52].

Niechęć do własnych zachowań negatywnych jest oczywiście szersza niż problematyka stosunków chrześcijańsko-żydowskich. Bardzo nie lubi się już nie tylko faktów nagannych, ale choćby z grubsza neutralnych. Rzadko poświęca się uwagę temu, że pod zaborami czy za niesamodzielnej i z różnych powodów złej PRL ogromna część ludzi po prostu żyła, funkcjonując w narzuconych jej ramach. Za Gierka do PZPR należało ponad 3 mln Polaków – prawda, że, jak można suponować, rzadko z motywów ideowych, ale też niekoniecznie jako Wallenrodzi. Codzienna historia nie sprowadzała się do cierpienia i walki. Nie da się jej opisać jedynie w kategoriach heroizmu i martyrologii.

W trakcie obchodów 50. rocznicy Marca premier Morawiecki utrzymywał linię „co złe, to nie my” (za Marzec odpowiedzialny był powiązany z Rosją komunizm, a nie Polacy – jak gdyby komuniści nie byli Polakami; jak gdyby wszyscy „marcowcy” poza aparatem władzy zajmowali postawę jedynie pod przymusem, wbrew sobie; jak gdyby nie ujawniła się wtedy fala widać istniejąca, choć prawda, że skatalizowana przez ówczesny establishment partyjno/państwowy).

Andrzej Seweryn: Daleki jestem od poparcia poglądu premiera Morawieckiego, który twierdził, że w 1968 roku nie było Polski, a więc Polacy nie odpowiadają za ówczesną antysemicką nagonkę. To bardzo niemądre słowa. Powiem więcej – pan premier nawołuje dzisiaj do powstrzymania się przed słowami nienawiści wobec Żydów, a nawet przed antysemickimi żartami, bo to źle służy krajowi. Sam słyszałem! Nie starajmy się hamować fali antysemityzmu, bo takie zachowania są podłe i niegodne człowieka; hamujmy te wypowiedzi, bo szkodzą tylko wizerunkowi Polski. Bój się Boga, człowieku! Masz nieustannie Matkę Boską – notabene Żydówkę – na ustach, a takie rzeczy wygadujesz bez mrugnięcia powieką? Nie wydaje ci się, że chodzi po prostu o to, aby nie nienawidzić bliźniego?![53]

Wylansowano hasło „wstawania z kolan”. Rzucono hasło „Warto być Polakiem” (a kto mówi, że nie warto?). Emitowano znaczek pocztowy, stylizowany na flagę narodową – co samo w sobie nie byłoby niczym nadzwyczajnym. W obrazek wkomponowano jednak napis „Polska moja Ojczyzna” – jak gdyby to wymagało podkreślenia, jak gdyby suponowano, że ktoś z zainteresowanych w to wątpi. Nawet w relatywnie drobnych – a więc czasem tym bardziej charakterystycznych – wypowiedziach przyjęło się akcentowanie dumy narodowej, zupełnie jak gdyby zaistniała po temu szczególna potrzeba, swego czasu związana na przykład z zaborami. 3 marca 2018 r. w TVN pojawiła się informacja bez większego znaczenia, że Narodowe Archiwum Cyfrowe przygotowuje wystawę ciekawych fotografii z dwudziestolecia – w związku z obchodami stulecia niepodległości. Pani z NAC, która o tym opowiadała, mówiła, że fotografie mają pokazać „potęgę II Rzeczypospolitej”. Moje pytanie: czy naprawdę była potężna? 2 sierpnia 2018 r. w Stalowej Woli przypadkowo upadł maszt z polską flagą, którą podciągnął w święto Flagi premier Morawiecki. Burmistrz miasta Lucjusz Nadbereżny powiedział w telewizji, że natychmiast pobiegł, by uratować polską flagę, że maszt odbudują i „biało-czerwona będzie dumnie powiewać…”. Chęć odbudowy masztu jest naturalna. Podkreślenie, że flaga będzie „dumnie” powiewać, zdaje mi się natomiast zdradzać trudną do zrozumienia potrzebę podkreślania dumy. Byłaby ona naturalna, gdyby ktoś bezpośrednio zagrażał narodowi, którego symbolem jest owa flaga. Skoro tak nie jest – a chyba nie jest – to pozostaje nietłumaczące się, przesadne podkreślanie dumy. Analityczne podejście do dziejów nazwano krytycznie „pedagogiką wstydu”. W wybuchłym w sierpniu 2018 r. sporze na temat tego, czy apel pamięci podczas zbliżających się wówczas dorocznych obchodów na Westerplatte mają czytać harcerze, czy wojskowi, minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak zarzucił prezydentowi Gdańska Pawłowi Adamowiczowi, którego dziś niestety już nie ma wśród nas, że „wpisuje się w retorykę tych, którzy na Polskę napadli”[54]. Obecnej prezydentce Gdańska Aleksandrze Dulkiewicz część opinii zarzuca sympatie proniemieckie. Gdy dziennik „Fakt” (co w tej sprawie istotne: wydawca Axel Springer) podniósł krytycznie sprawę planowanych kosztów remontu zabytkowej siedziby Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wicepremier i minister Piotr Gliński określił czasopismo jako niemiecką gazetę, na Twitterze zamieścił zaś fotografię budynku zniszczonego po wojnie – rzecz jasna przez Niemców (sprawa z lutego 2020 r.). Analogiczny schemat rozumowania można dostrzec na znacznie niższych szczeblach. Gdy na przykład atakowana pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf występowała na konferencji w Karlsruhe (lipiec 2018), jedna z niemieckich prawniczek powiedziała, że jej środowisko z troską śledzi to, co się dzieje w polityce w Polsce, w tym co się dzieje wokół sądownictwa. Ktoś komentujący ten epizod w telewizji natychmiast „zgrzytnął”, że Niemcy już raz wyrazili swoją troskę o nas – karabinami i komorami gazowymi. Wypowiadała się w ten sposób osoba z trzeciego pokolenia zrodzonego po inkryminowanych faktach, kierując swe słowa do osoby najpewniej też z trzeciego pokolenia Niemców. Uparcie powtarza się, że używanie w Niemczech w kontekście zbrodni niemieckich słowa „naziści” zamiast „Niemcy” ma służyć wybielaniu tych ostatnich, co ułatwia obciążanie również Polaków. W 74. rocznicę wyzwolenia Auschwitz premier Morawiecki stwierdził, że Zagłady nie dokonali żadni naziści, tylko hitlerowskie Niemcy[55]. W 2017 r. podniesiono, że napis o zabójstwie Polaków przez hitlerowców, pomieszczany na tablicach w miejscach rozstrzeliwań, należy zastąpić informacją o Niemcach jako sprawcach, a co najmniej dodać informację o narodowości zbrodniarzy. Nową tablicę w Al. Jerozolimskich w październiku 2018 r. odsłaniał wicepremier i minister KiDN Piotr Gliński. W podobnym kierunku szło kuriozalne wprowadzenie przez IPN słowa „Niemcy” do znanych słów Zofii Nałkowskiej „Ludzie ludziom zgotowali ten los” („Ludzie /Niemcy/ zgotowali ludziom ten los”) w filmie emitowanym w 2019 r., w przeddzień powstania w getcie warszawskim. Słowo „Niemcy” wpisano na czerwono.

Komentując to wszystko, nie warto już przypominać, że faszyzm nie ograniczał się do Niemiec, lecz był zjawiskiem znacznie szerszym. Zbrodnie wojenne też popełnili nie tylko Niemcy, a sprzyjać im choćby dostawami materiałów mogły nawet kraje neutralne, i mogli popierać ich politycy, w Polsce cenieni przez niektóre kręgi opinii. Tak się zachowywał na przykład Salazar, który (jako neutralny!) jeszcze po samobójstwie Hitlera wysłał Niemcom telegram kondolencyjny.

Zupełnie nie chce się w Polsce wczuć w myślenie Rosjan. Prawda, że ich władze tego nie ułatwiają. Putin bezzasadnie oskarża Polskę o przyczynienie się do wybuchu II wojny światowej, a więc trudno nie reagować. Niezależnie od stanu stosunków w Moskwą, niezależnie od wszystkich pretensji, jakie można wysunąć pod jej adresem, niedostrzeżenie skłonienia się Putina w Katyniu, całkowite pominięcie udziału Rosji w zwycięstwie nad Hitlerem podczas obchodów rocznicy wybuchu wojny w 2019 r., niezaproszenie Putina na rocznicę wyzwolenia Auschwitz, sugerowanie, że katastrofę smoleńską wywołali Rosjanie (no bo niby kto inny, jeśli utrzymywać, że to był zamach?)… jest realizacją polityki przez kraj, który zdaje się postrzegać się sam jako broniący się, szlachetny wojownik. Trudniej jest nawet podjąć polemikę z tezami Putina na temat rzekomych win Polski w wybuchu II wojny światowej, gdy się „zapomina”, że ostatecznie to Armia Czerwona zdobyła Berlin (oraz wyzwoliła Auschwitz) – niezależnie od rosyjskiej polityki w latach 1939–1941 oraz od zbrodni stalinowskich popełnionych wobec własnego oraz innych narodów[56]. Nie wykluczałbym, że takie nastawienie Polski do historii najnowszej może być dla Putina wręcz wygodne w głębszej warstwie jego polityki. Z tej całej „polityki historycznej” przynajmniej w tym fragmencie wyszło tyle, że najważniejsze obchody 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz odbyły się w Jerozolimie (22–23 stycznia 2020) bez obecności prezydenta Dudy, za to w obecności prezydenta Putina[57].

***

Podnosi się, że Polska parę razy uratowała Europę (kilka innych narodów też aspiruje do tej zasługi). Mówi się, że pokonała komunizm (co jest dyskusyjne; warto pamiętać o Gorbaczowie oraz o implozji tego systemu). W jakimś wymiarze wraca idea „przedmurza”, także przewodnictwa przynajmniej w regionie. Po latach premier Morawiecki wręcz powiedział, że Polska ma „rechrystianizować Europę”. Pytanie, czy nadawcy takich i podobnych zdań rzeczywiście tak sądzą, czy stosują socjotechnikę. Jedno nie wyklucza zresztą drugiego.

Podniesiono już nawet okoliczność, że jakoby to Polacy nauczyli Francuzów używać widelca. Sekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej Bartosz Kownacki, komentując fakt, że polska delegacja straciła status oficjalnej na targach Euronaval w Paryżu (2016, po zerwaniu kontraktu na nabycie śmigłowców), deklarował: „To strona francuska zapraszała nas oficjalnie, teraz wypraszają. Można było znaleźć inną formę. Ale to są ludzie, którzy uczyli się jeść od nas widelcem parę wieków temu”[58]). Zapewne nie wiedział (ale to tylko domniemanie!), że w latach dziewięćdziesiątych XIX w. widelec stał się ważnym elementem serbskiej narracji tożsamościowej. Widelec jest mianowicie widoczny na freskach monastyru Sopoćani, co jakoby dowodziło wyższości serbskiej kultury nad Zachodem[59].

Ciągle odmienia się słowo „naród”, a zarzuca innym tendencjom, jakoby go nie lubiły (prawda, że można zacząć preferować słowo „społeczeństwo”, gdy termin „naród” skojarzy się tylko z jedną opcją polityczną oraz intelektualną!). Przymiotnik „narodowy” dodawany jest do możliwie jak największej liczby nazw instytucji, programów itd. Można oczywiście zauważyć, że jest on obecny w nazwach instytucji w różnych krajach, ale w polskim języku i tradycji jest on bardziej znaczący niż na Zachodzie (tam ma raczej sens: „obejmujący cały kraj”). Partyzantów, którzy kontynuowali walkę przeciw komunistom w początku okresu powojennego, nazwanych ze znakomitym wyczuciem psychologicznym „żołnierzami wyklętymi”, traktuje się jako patronów współczesnej Polski, organizuje ich kult (tworzy się muzeum, ustanawia „Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych”). Nie miejsce tu na dyskusję o nich oraz o tych, którzy wybrali inną drogę odbudowy Polski[60]. Z punktu widzenia niniejszego wywodu istotne jest, że ci ludzie są dobrym przykładem dla krzewienia wizji Polski nieugiętej, nieidącej na żadne układy (nawiasem: Polski monoetnicznej!) i, tym samym, wygodnym punktem odniesienia dla nurtu politycznego promującego dumę narodową i legitymizującego się m.in. argumentem przywracania narodowi należnej mu dumy z historii. W ramach rozważanego podejścia logicznie trzeba potępiać rokowania okrągłego stołu i pomniejszać znaczenie wyborów 4 czerwca 1989 r. Także przedstawianie obecnej sytuacji jako takiej, w której Polska wciąż dzieli się na „potomków zdrajców i potomków bohaterów” („Walczy więc trzecie pokolenie patriotów z trzecim pokoleniem UB”[61]). Różnica jest jednak taka, że ci powojenni partyzanci rzeczywiście byli atakowani – podczas gdy obecny establishment państwowy jeszcze nie musi iść do lasu.

Z działań w takim kierunku można wspomnieć zmiany przeprowadzone w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku – po sformułowaniu zarzutu, że nie pokazuje wielkości cierpień i skali bohaterstwa narodu polskiego. 8 maja 2018 r. premier mówił w sejmie, że zmiana ekspozycji w tym muzeum była konieczna, bowiem cierpienia ludności niemieckiej wybijały się na pierwszy plan, polski ruch oporu był zrównany z czeskim i francuskim, zaś fotografia Ireny Sendlerowej znalazła się za hydrantem. Wszystko w tym dyskursie bardziej służyło budowaniu i podbudowywaniu ego Polski niż czemukolwiek innemu. Mówiono już zresztą nawet, jakoby muzeum podporządkowało się niemieckiej polityce historycznej (inna sprawa, czy rozumiejąc ją adekwatnie do rzeczywistości[62]). Pojawił się głos, że w Auschwitz króluje obca, a nie polska narracja, a w związku z tym przewodnikami wycieczek tam idących winni być polscy przewodnicy, na dodatek licencjonowani przez IPN[63]. Wszystko to przypominało krytykę Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN w PRL („A gdzie jest o Polakach? A nasza martyrologia? Polska encyklopedia, wydana za polskie pieniądze, musi bronić polskiej racji stanu”[64]). Zastanawia, czy hagiograficzny zachwyt nad historią własnego kraju nie jest kompensacyjną postawą zakompleksionych? Przecież mówienie, że naród jest wspaniały, ma cechy wyraźnie kompensacyjne. Jakiś wpływ ma tu najpewniej wciąż postponowanie polskiego wysiłku zbrojnego na Zachodzie oraz w kraju przez większość okresu PRL. Czy jednak tylko?

Paradoksalnie hagiograficznemu podejściu do własnej historii nieraz towarzyszy budowanie pamięci nie na sukcesach, a na wielkości ofiary[65]. Nie lubię sformułowania „charakter narodowy” – ponieważ zarówno jako historyk, jak jako obserwator rzeczywistości nieraz mogłem zaobserwować, jak szybko narody potrafiły zmienić swój rzekomo ukształtowany charakter. Istnieją jednak w każdym społeczeństwie kody kulturowe ukształtowane w biegu historii i przekazywane w transmisji międzypokoleniowej. W Polsce od czasów zaborów i powstań narodowych ukształtowany jest kod (matryca) narodu-męczennika. W tym kontekście ciekawe jest notabene, że bardziej kultywuje się pamięć przegranych powstań antyrosyjskich – prawda, że większych – niż wielkopolskiego i śląskich. Rzeczony kod zbiega się z kanonem chrześcijańskim, a konkretnie z wyobrażeniem męczeństwa Chrystusa. Kod świecki nakłada się na kod religijny i wychodzi z tego obraz skrótowo określany powiedzeniem „Polska Chrystusem narodów”. W naszych czasach kult męczeństwa ks. Jerzego Popiełuszki bardzo mocno splótł się z obrazem męczeństwa Ojczyzny – co podkreślał nawet wystrój warszawskiego kościoła św. Stanisława Kostki.

Notatka własna o Wielkanocy 1986 r.: Do Grobu w kościele św. Stanisława Kostki ogromna kolejka. Widywałem już tam większe – ale ta, na deszczu, też robiła wrażenie (zwłaszcza gdy samemu się też mokło). Poza terenem kościelnym, na drzewie mijanym przez kolejkę, przyczepiona na maszynie lista więźniów politycznych w Polsce (zaznaczono, że niekompletna). Na końcu listy prośba o solidarność z więźniami, modlitwę za nich, pisanie do nich. Na terenie zbierane [są] składki na ruch w obronie każdego poczętego życia („Solidarnie miłujemy każde poczęte życie”; pierwsze słowo pisane solidarycą i z flagą[66]).

Wewnątrz kościoła flagi z datami powstań narodowych, tablice pamiątkowe (te wmurowane na stałe) tej drugiej, nie państwowej, AK-owskiej i solidarnościowej tradycji. Drewniany, duży krzyż, poświęcony ks. Popiełuszce, z orłem w koronie i podpisem »Solidarność Szczecin«.

Przy grobie ks. Popiełuszki (napis na marmurze: „Męczennik za wiarę i Ojczyznę”) nie ma już feerii napisów solidarnościowych. Mnóstwo kwiatów, światła,

ny”). Na każdym jakiś tekst pod kolejnymi datami, takimi jak 1830, 1863, 1918, 1920, 1980. Zapamiętałem koniec tekstu pod tą ostatnią datą: „Cokolwiek się stanie, Polska zmartwychwstanie”. A potem jeszcze jeden krzyż i tekst kończący się słowami: „Jezus zmartwychwstał i my zmartwychwstaniemy”.

Na tle takiej wizji ojczyzny i jej historii jest jeszcze trudniej słyszeć okropne zarzuty.

***

Elementem sprawy jest podobne jak w społeczności żydowskiej uwrażliwienie na kwestie wielkości własnych strat i cierpień. W Polsce nieraz źle się reaguje na mówienie ciągle o cierpieniu Żydów. Przypomina się, co jest oczywiście zgodne z prawdą, że do Auschwitz trafiali również polscy chrześcijanie (w potocznym języku: również Polacy). Jeszcze nie tak dawno, podczas obchodów 50. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, prezydent Lech Wałęsa nie wymienił Żydów w pierwszym przemówieniu. Potem tłumaczono, że chciał zaznaczyć, iż tam ginęli po pierwsze i nade wszystko ludzie, chciał uniknąć konfliktu… Może. Gdy świat zwrócił uwagę na owo pominięcie, to w kolejnym wystąpieniu włączył Żydów. Na obrzeżach obchodów pojawili się wtedy demonstranci z transparentami „Nie oddamy Oświęcimia Żydom”. Podobna demonstracja – w imię Auschwitz jako polskiego miejsca pamięci – odbyła się też w 2019 r. W kontekście 1968 r. poczyniono już swego czasu obserwację, że „W obliczu martyrologii Żydów propaganda polska (a i rosyjska) stawia sobie za szczytne zadanie dowodzenie, że i nas również wyrzynano – i to nie mniej niż Żydów. Dwie społeczności licytują się, która z nich dała wyrżnąć większą część swych współobywateli. Dawniej Żydom zazdrościło się pieniędzy, kwalifikacji, stanowisk, związków międzynarodowych – dziś zazdrości się im pieców…”[67]. Współcześnie taki charakter miało kultywowanie niepotwierdzanego przez historyków istnienia komory gazowej dla polskich chrześcijan pod torami Dworca Zachodniego w Warszawie. Sam odczuwałem to jako mówienie, że Polacy też mieli swoją komorę gazową.

Obserwuje się także chęć pokazania, że sami Żydzi nie byli tacy szlachetni, jak pojawiają się w funkcjonującym obrazie. Już dały się słyszeć opinie, że przecież Żydzi sami poszli do getta, a potem to żydowska policja zaganiała Żydów na Umschlagplatz. No cóż, mogę dodać zaczerpniętą z jednego ze wspomnień historię, jak to więzień obozu koncentracyjnego dla własnego przeżycia faktycznie doprowadził do śmierci innego więźnia (no więc przestępca, czyż nie tak?)[68]. Brakuje jeszcze tylko obserwacji, że komanda pracujące przy krematoriach tworzyli sami Żydzi…Nawiasem mówiąc, takiego dyskursu o Judenratach i żydowskiej policji jako zjawiskach, które stworzyli sami Żydzi przeciw sobie, sporo było w 1968 r. To, że wśród Żydów były negatywne postaci, nie ulega wątpliwości. Nie ma grupy, a tym bardziej grupy poddanej presji, wśród której takie by się nie znalazły. Ludzi poddanych ostatecznej presji trzeba jednak inaczej sądzić – nawet jeśli również wśród nich bywają bohaterowie i odwrotnie. Gdy się przypomina Judenraty jako rzekomo pozytywne posunięcie Niemców dla Żydów (w kontekście, że mogło równoważyć negatywne), to może nie należy też zapominać o elementach polskiej administracji niskiego szczebla, które Niemcy pozostawili, czy o policji granatowej[69]Witając strażaków wracających ze Szwecji, gdzie pomagali w gaszeniu lasów (sierpień 2018), premier Mateusz Morawiecki mówił, że solidarność z innymi jest naszą narodową specjalnością („Potwierdziliście naszą narodową specjalność, to jest solidarność z innymi”[70]). Przy pełnym szacunku dla strażaków, problem można jednak dyskutować. Może warto przypomnieć epizod haitański z czasów napoleońskich, stosunek do mniejszości narodowych w okresie międzywojennym, nastawianie niektórych grup emigrantów polskich w okresie międzywojennym w kierunku lojalności wobec Polski, nie zaś krajów-gospodarzy, stosunki z Litwą i Czechosłowacją w tym samym okresie, wejście na Zaolzie, nieraz dziś występującą ksenofobię… Oczywiście wszystko to można dyskutować, wręcz należy przyrównać do podobnych zjawisk występujących w innych krajach w danym czasie. Kłopot tylko w tym, że skoro stoi się na stanowisku, iż solidarność z innymi jest narodową specjalnością, to bardzo trudno jest przyjąć oskarżenia o brak solidarności. Jeżeli ma się opinię o sobie jako niewinnej ofierze innych, zaś o własnej historii jako wspaniałej, a tu ktoś mówi, że są plamy na honorze, to trudno patrzeć na te plamy. Przy takim nastawieniu, podzielanym, jak sądzę, przez bardzo wielu Polaków, zarzut negatywnego zachowania podczas okupacji burzy konstrukcję. Społeczność zaś w swojej historii dziedziczy wszystko – choć co prawda nie musi, a pewno nawet nie powinna, żyć tym dziedzictwem przez 24 godziny na dobę. Tymczasem w rozważanej sprawie podejście jest odmienne: co dobre, dziedziczy cały naród, a czyny złe były izolowane – więc nie obciążają. Jeśli nie można ich wywabić wobec oczywistych faktów, to trzeba te fakty pomniejszać choćby przez zestawienie z wielkością dobra. Nawet gdy nie neguje się istnienia szmalcowników, to podczas obchodów 50-lecia Marca powtarza się w kółko, ze podczas okupacji liczyli się nie szmalcownicy, ale Sprawiedliwi. Zresztą szmalcownicy – w tej narracji – swym działaniem sami usunęli się poza naród jako pomagający Niemcom, wbrew narodowi, który, poza takimi wyjątkami, pomagał Żydom.

Sprzyja temu działanie mechanizmu wyparcia. O niektórych sprawach łatwo się zapomina. Gdy wybuchła sprawa Jedwabnego, Andrzej Łapicki zanotował w swoim dzienniku, pisząc o ówczesnej PWST (dziś Akademia Teatralna w Warszawie): „Tematem nr 1 jest Jedwabne. Ogólne zdziwienie, jak to możliwe”[71].

***

Bardzo charakterystyczna dla omawianego kierunku działań była nowelizacja ustawy o IPN (2018). Została ona przeprowadzona przeciw osobom dyskredytującym naród polski. W moim przekonaniu miała zahamować wszystko, co miałoby pokazywać negatywy obecne w polskich dziejach, a w szczególności refleksję nad ewentualnymi negatywnymi zachowaniami polskich chrześcijan wobec polskich Żydów podczas wojny. Faktycznie kierowała się przeciw głosom miejscowym – autorzy zagraniczni byli przecież nieosiągalni. W moim przekonaniu jej twórcy realizowali swoje autentyczne ambicje narodowe, chcieli się też pokazać narodowi jako obrońcy jego chwały. Poszli drogą Turcji, karzącej za „oczernianie Tureckiego Narodu” i jego instytucji zarzutami w sprawie ormiańskiej[72]. Przedmiot sprawy jest w wielu aspektach odmienny, ale pomysł jej załatwienia podobny. Postawa Turcji jest wyraźniejsza zarówno od strony owego przedmiotu, jak od strony tureckich kompleksów na tle uznawania własnej wartości przez siebie samych i przez innych. Oba zagadnienia znajdą się jednak kiedyś blisko w wykładzie problematyki odnoszenia się do historii.

Z prawniczego punktu widzenia dokument nowelizujący ustawę o IPN-ie nadawał się tylko do wyrzucenia. Niezależnie od meritum, rzucało się w oczy, że nie określono, kto jest narodem, co jest jego dyfamacją, co jest twórczością artystyczną lub naukową, które to typy działalności wyłączono z zagrożeń przewidzianych przez ustawę. Niezależnie od ułomności formalnych, ważniejszy był jednak czynnik nieuzasadnionego hamowania refleksji. Pewien senator PiS-u 1 lutego 2018 r. mówił przed kamerami, że Jan Tomasz Gross i Olga Tokarczuk to polakożercy. Na pytanie dziennikarza, czy zostaną skazani, uspokoił, że prawo nie działa wstecz. No, całe szczęście!(sic!). Senator dodał jednak: „Ale mam nadzieję, że się powstrzymają”. Tymczasem wypowiadał się o najciekawszych autorach piszących o tych sprawach. Może myśleć o nich, co chce, jego prawo. Może polemizować. Nie powinien jednak hamować refleksji.

Ustawa miała skutki kontrproduktywne[73]. Jeśli celem byłoby, zgodnie z deklaracjami jej autorów, wyeliminowanie terminu „Polish Death Camps” z obiegu w świecie[74], to stało się odwrotnie. W ciągu paru tygodni miliony ludzi szukały tego terminu w Internecie. Powstało wrażenie, że Polska ma powody, żeby bać się refleksji nad okupacyjną przeszłością. Ustawa miała opłakane skutki międzynarodowe dla Polski. Pod wpływem nacisku USA oraz Izraela rządzący wycofali się z przewidzianej w niej penalizacji inkryminowanych czynów, pozostawiając wszakże istotę postanowień.

Mimo to wszystko wnioskodawcy ustawy uparcie przedstawiali ją (może zgodnie z własnymi uczuciami, kto wie?) jako sukces. Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz zadeklarował nawet, że nowelizacja ustawy o IPN sprzyja „umacnianiu miejsca Polski w świecie, wykazała, że Polska potrafi walczyć o swoje, a przede wszystkim, że prawda historyczna jest po naszej stronie”[75]. Twierdzono, że dopiero pod jej wpływem Niemcy uznały swoją winę. Podnoszono, że premier Netanjahu podpisał wraz z premierem Morawieckim deklarację, w której była mowa zarówno o antysemityzmie, jak o antypolonizmie. Wszystko to nie miało wiele sensu.

Dawid Warszawski: Tymczasem politycznie Warszawa i Jerozolima są w pełnej harmonii. Oba rządy usiłują właśnie zlikwidować niezależność swych Sądów Najwyższych, oba walczą z niepatriotycznymi festiwalami filmowymi, oba piętnują jako zdrajców te krajowe organizacje, które je krytykują za granicą. Gdyby zrobić dziś wspólne posiedzenie, odpowiedni ministrowie mogliby za siebie kończyć rozpoczęte zdania. Polska była jedynym bodaj państwem Unii, które nie skrytykowało izraelskiej ustawy zasadniczej o państwie, dającej w nim Żydom uprzywilejowaną pozycję. Izrael też pewnie nie skrytykowałby izraelskiej ustawy o IPN, gdyby nie to, że karała ona za dochodzenie prawdy akurat o polsko-żydowskich stosunkach. Wybuchła największa awantura we wznowionych w 1990 r. stosunkach dwustronnych. Zakończyła ją deklaracja obu premierów, groteskowa nie tylko ze względu na treść, ale i na pomysł, że to premierzy są od ustalania historii. Rzecz znacząca, nie poddano jej pod głosowanie gabinetów, o parlamentach nie wspominając – na rzeczonej harmonii grać mogą tylko niektórzy muzycy, i tylko wybrane melodie[76].

Etgar Keret, pisarz izraelski: Trudno o bardziej pusty dokument. Ale trzeba było jakoś przyklepać sprawę, na czym zależało Polakom, a Netanjahu miał to gdzieś. Niewiele go obchodziło, że w tej deklaracji znów podkreślany jest polski heroizm i pomniejszane polskie zbrodnie. Słowo „antysemityzm” pada tylko raz i w bardzo ogólnym kontekście. Poza tym to zbiór komunałów[77].

Prawica syjonistyczna nieraz w historii paradoksalnie nieźle rozumiała się z polską prawicą w różnych sprawach. Wyżej była już mowa o poparciu międzywojennej Polski dla syjonizmu. Premier Netanjahu miał swój własny interes polityczny w poparciu rządu polskiego. Wątpię, czy można go uważać za wielki autorytet moralny – o czym warto pamiętać, gdy się chwali sukcesem. Wkrótce podjął zresztą dawny wątek, nawet jeśli potem zamulano jego wypowiedź. W lutym 2019 r. na konferencji bliskowschodniej w Warszawie (!) powiedział mianowicie, że Polacy kolaborowali w Holokauście („Polacy współpracowali z nazistami i nie znam nikogo, kto byłby pociągnięty za takie stwierdzenie”)[78]. Niedługo po nim Israel Katz, pełniący obowiązki izraelskiego ministra spraw zagranicznych, podtrzymał dawniejsze, niedobre powiedzenie premiera Icchaka Szamira, jakoby „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki” (Szamir się z niego wycofał, ale Katz jednak powtórzył!). W konsekwencji premier Morawiecki musiał odwołać jazdę do Jerozolimy na szczyt Grupy Wyszehradzkiej… Wszystko to mało potwierdzało sukces, którego wyrazem była jakoby deklaracja Netanjahu–Morawiecki.

Skądinąd zrównywanie antypolonizmu z antysemityzmem jest bardziej niż wątpliwe. Nawet gdyby założyć, że ten pierwszy istnieje w znaczących formach, co pewna liczba autorów i polityków zakłada, to oba zjawiska nie są identyczne ani pod względem rozmiarów, ani charakteru. O ile wiem, nawet jeśli ktoś nie lubi Polaków, to nie mówi, że Polacy chcą zapanować/panują nad światem, nie mówi o „polonokomunie” ani o Polakach jako krwiopijcach itd. Podnoszenie, jakoby Niemcy dopiero dzięki ustawie uznały swoje winy, zupełnie nie jest prawdą. Warto pamiętać, jak to Willy Brandt ukląkł przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie (nie mówiąc o innych deklaracjach najważniejszych postaci w życiu niemieckim, odnoszących się do wywołania wojny i popełnionych zbrodni).

***

Można oczywiście postawić pytanie, jak liczna część narodu myśli podobnie do ideologów PiS-u. Czy ten obraz narodu ofiarnego i heroicznego, moim zdaniem pokrywający kompleksy, kompensacyjny, jest obrazem dominującym? Zapewne nie jest ogólnonarodowy[79]. Trudno wszakże założyć, ażeby rządząca partia i na ogół sprzyjający jej Kościół katolicki fundamentalnie nie wyczuwały, co ludzie chcą słyszeć. Sądzę, że po prostu same ich elity też reprezentują mentalność zbliżoną do większości. Po epizodzie nowelizacji ustawy o IPN-ie pojawiła się fala głosów w różnych formach, broniących rzekomo atakowanego narodu. Ich treść była zróżnicowana. Nie musiała być nawet najgorsza. Nieraz, pozornie niewinna, odgrzewała jednak stare stereotypy. Trzeba było, zgodnie ze stereotypami o zachłannych Żydach, twierdzić, że tak działają, gdyż chcą odzyskać utracone dobra materialne, majątki. Nawet prof. Grossa pomówiono o chęć zrobienia interesu na tym wszystkim. W marcu 2011 r., dwa dni po oficjalnym rozpoczęciu sprzedaży książki Grossa Złote żniwa[80], na ekranach krótkich informacji bieżących w warszawskim metrze pojawiła się notatka, że według księgarzy ludzie nie rzucili się na książkę; wielkość sprzedaży nie porażała. No cóż, informacja jak informacja; porażał natomiast jej tytuł: „Nie będzie złotych żniw, panie Gross”. Przecież to była sugestia, że Gross robi wszystko, co robi, z niskich motywów, że chce się wzbogacić na mówieniu o tępieniu Żydów w Polsce… no… że robi geszeft.

Z natury rzeczy trudno określić, jak częste były różnorodne głosy tej fali, a zwłaszcza jaki był ich udział w całej debacie publicznej. To, co głośne lub co zwraca uwagę, zawsze robi większe wrażenie. Gdy przed wejściem na Targi Książki Historycznej na warszawskim Podzamczu stoi samochód z bardzo mocnym głośnikiem, z którego płynie powtarzany w kółko tekst o żydowskich roszczeniach i żydowskiej wersji historii (2019), to nie myśli się o masie ludzi przepływającej obok; oni najpewniej w większości by woleli, żeby tego samochodu nie było. Takie głosy na pewno nie były wszakże jednostkowe. Zauważono je na świecie. Trudno zresztą, by było inaczej, skoro osoby przyznające sobie rolę obrońców narodu weszły nawet na konferencję w kwestii badań nad stosunkami chrześcijańsko-żydowskimi w Polsce, zorganizowaną w Paryżu w lutym 2019 r. w siedzibie École des Hautes Études en Sciences Sociales, czyli uczelni od czasów głębokiej PRL wyjątkowo pomocnej Polsce[81]. Spotkanie było zatytułowane „Nowa polska szkoła w historii Holokaustu / La nouvelle école polonaise d’histoire de la Shoah”. W dniach poprzedzających organizatorzy otrzymali list protestacyjny. Sygnatariusze, w imieniu kilku polskich organizacji, protestowali przeciw udziałowi osób, których standardy jakoby „nie odpowiadają podstawowym zasadom spolegliwości naukowej obowiązującym w EHESS i normom wypracowanym pod egidą Narodów Zjednoczonych, a ich działania cechują się ksenofobią i antypolskością”. Konkretnie wyrażono w liście zdziwienie zaproszeniem Jana Grabowskiego, Jana Tomasza Grossa, Barbary Engelking, Jacka Leociaka, Joanny Tokarskiej-Bakir, Agnieszki Haski i Anny Bikont, skoro „tym, co te osoby łączy, jest brak spolegliwości ich badań oraz antypolska aktywność popularyzatorska”. Wyrażono zdziwienie, że nie zostali zaproszeni „niezwykli badacze przedstawiający wyniki badań i oceny odmienne od prezentowanych przez badaczy wyżej wymienionych”. Dalej podniesiono zarzuty przeciwko konkretnym osobom o rzekome kłamstwa i szkalowanie Polski, przypomniano straty polskie i pomoc dla Żydów, również udział Polaków w wyzwoleniu Francji i francuskie grzechy z okresu okupacji, także wobec Żydów.

Osoby, które weszły z zewnątrz na samą konferencję, krzyczały: „zdrajcy”, „kłamcy”, „komuniści”, „Powinniście się wstydzić”. Różni świadkowie mówili, że słyszeli też inwektywy: „parchy”, „świnie, „żydowscy komuniści”[82].

Mało dałoby się wskazać działań tak psujących opinię Polski we Francji, jak ten epizod. W wydanym oświadczeniu protestowała uczelnia-gospodarz konferencji oraz francuska minister nauki Frédérique Vidal w liście do Jarosława Gowina. Jak wszystko wskazuje, ten nie przejął się nadmiernie jej protestem.

Niedługo później w Warszawie, w TVP (23 lutego 2019), Jan Pospieszalski mówił o naukowcach z Centrum Badań nad Zagładą Żydów: „To są ludzie, którzy wyszli z bolszewii, z Sowietów, i oni mentalnie ciągle tkwią w tej sytuacji”[83]. Na pasku „Wiadomości” głoszono: „Festiwal antypolskich kłamstw”, a prof. Mieczysław Ryba z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego mówił: „Czas skończyć z wydawaniem polskich pieniędzy na publikacje, które uderzają w dobre imię Polski”[84]. Prof. Jacek Bartyzel z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu napisał na Facebooku: „Nie mogę mieć innego uczucia niż bezbrzeżnej pogardy dla tych Polaków (z metryki), którzy kalają własne gniazdo, gorliwie przyłączając się do polakożerczej kampanii pomówień”. Potem jeszcze obrazowo mówił, że krytykowani przezeń naukowcy powinni być ukarani „chłostą” i „zamknięci w więzieniu”[85].

Krytyki czołowego dorobku Centrum, czyli wydawnictwa Dalej jest noc, nie przynoszą mocnych argumentów, raczej przypominają „dawanie odporu”, znane z czasów komunistycznych.

***

Prawda, że władze, także obozu obecnie rządzącego, nieraz podkreślają, że przedstawiciele mniejszości są obywatelami – ale sam fakt, że czują się w konieczności to podkreślać, skądinąd pozytywny, nie świadczy dobrze o dominującej sytuacji. Przemawiając na pierwszym posiedzeniu Sejmu RP IX kadencji (12 listopada 2019), prezydent Duda mówił, że Polska jest jedna i wspólna, że na polskich cmentarzach wojennych leżą żołnierze różnych wyznań, że oni byli Polakami, choć mieli różne pochodzenie. Takich wystąpień można oczywiście przypomnieć więcej. Prawda, że Muzeum Polin zostało zbudowane z walnym udziałem miasta Warszawy, a podstawowe decyzje zostały podjęte, gdy jej prezydentem był Lech Kaczyński; jest odwiedzane masowo, nie tylko przez wycieczki Żydów ze świata, ale przede wszystkim przez ludzi tutejszych. Różne miasta upamiętniły i nadal upamiętniają żydowską część swoich mieszkańców. W kontekście Katynia pamięta się także o żydowskich ofiarach, zaś Baruch Steinberg, Naczelny rabin WP, zamordowany w Katyniu, został pośmiertnie awansowany (2007) i w ramach obchodów stulecia niepodległości w 2018 r. odznaczony orderem Orła Białego. W kompozycji warszawskiego pomnika Poległym i Pomordowanym na Wschodzie uwzględniono symbole mniejszości religijnych (narodowych), w tym żydowskie. Podobnie uczyniono w kompozycji plastycznej poświęconej ofiarom Katynia w bazylice św. Brygidy w Gdańsku – co jest tym bardziej znaczące, że cały wystrój w tym kościele jest niemal podręcznikowo wyrazem katolicko-narodowo-martyrologiczno-heroicznej wizji historii Polski; jest też znaczące z uwagi na rolę tego kościoła w najnowszej historii oraz współczesnym życiu społecznym.

Zarówno w warszawskim pomniku, jak u św. Brygidy obecność symboli mniejszościowych jest nieproporcjonalna do rzeczywistej, większej obecności mniejszości w upamiętnianych tragediach. Pamięć o powstaniu w getcie warszawskim z trudem przebija się – i to dopiero od niedawna – do kanonu polskiej tradycji. Prawda, syreny w Warszawie zawyły w rocznicę tego powstania w 2018 r., ale nie bez dyskusji nad sprawą. Nie mówi się „pierwsze powstanie warszawskie”, tylko „powstanie w getcie” – jak gdyby obszar getta nie był częścią Warszawy. Minister Mariusz Błaszczak, wymieniając 12 sierpnia 2018 r. wszystkich wojowników z historii Polski, których miały przedstawiać grupy rekonstrukcyjne w ramach defilady podczas święta WP, wymienił, co jasne, powstańców warszawskich, ale już nie powstańców z getta warszawskiego. Mimo takich słabości ważne, że wątek pamięci o Żydach czy, szerzej, o różnych mniejszościach, stopniowo przebija się. Badaczom nieraz nie jest łatwo, ale badania trwają.

W rozważanym kontekście trzeba jeszcze uczynić zastrzeżenie, że myślenie o narodzie w kategoriach wyłączających „innych” i podobnie formujące pamięć historyczną może ustawiać poza granicą narodu ludzi także bez związku z ich „pochodzeniem”. W końcu nieraz w dziejach przeciwnicy bywali kwalifikowani jako ludzie spoza narodu, jako czujący i myślący inaczej niż „wszyscy”, wręcz jako zdrajcy. Współcześnie w Polsce zaistniały poważne opory przeciwko pochowaniu Miłosza w miejscu honorowym, część narodu podobnie podchodzi do pamięci Gombrowicza, jeszcze inni (a może ci sami) ani trochę nie widzą powodu do narodowej dumy z otrzymania Nagrody Nobla przez Olgę Tokarczuk – a można się domyślać, że widzieliby taki powód w wypadku innej osoby.

***

Zdumiewa siła, z jaką co pewien czas wśród spraw historycznych wybucha w Polsce sprawa żydowska, w końcu już dosyć dawna. Sprawia to wrażenie uczulenia. Zupełnie jak gdyby ta sprawa wciąż uwierała. Dyskusja o Jedwabnem była najżywszą dyskusją historyczną w Polsce – nieporównywalnie większą niż to, co rozbrzmiewało o komunizmie. Najnudniejsze zajęcia uczelniane ożywiają się, gdy dochodzi do rozważania zagadnień związanych z tą tematyką. „W Polsce publikacje na temat historii polsko-żydowskiej stają się zwykle wezwaniem do stoczenia kolejnej bitwy w nieustającej wojnie między tymi, którzy »oczerniają naród polski«, a ich przeciwnikami, którzy »wybielają polską historię«”[86]. Marszałek senatu (2015–2019) Stanisław Karczewski, na ogół wyjątkowo spokojny, występując w TVN24 w kwestii nowelizacji ustawy o IPN, dosłownie trząsł się. W 50-lecie (!) Marca namiętności były tak silne, jakby rzecz działa się wczoraj. Jakie trzeba mieć zbiorowe kompleksy, by tak ciągle bronić dumy narodowej i dobrego imienia kraju? Siła obrony plemiennej jest przecież reakcją niepewnych swego. Po otrzymaniu nagrody Nike w 2015 r. Olga Tokarczuk mówiła, że historia Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, który nie splamił się złym stosunkiem do mniejszości, jest wymyśloną legendą. Odnosząc się do swoich Ksiąg Jakubowych, mówiła o ksenofobii XVIII-wiecznej Polski. Uznanie jej słów za odnoszące się do czasów dzisiejszych – nie mówiąc o fali nienawiści, jaka się wobec niej podniosła – tylko potwierdzało, jej zdaniem, że ocena jest aktualna. Niedługo potem Jarosław Kaczyński powiedział, że „[a]kcja obrażania Polaków ma ogromną, można powiedzieć globalną skalę”[87].

Etgar Keret, w kontekście nowelizacji ustawy o IPN: Weźmy na przykład pamięć o Holokauście. Każde prawo, które będzie próbowało zakazać mówienia o jakichś wydarzeniach, zadziała dokładnie odwrotnie. Dlaczego? Bo pokazuje, że jego twórca czuje się niepewnie.

[Pytanie:] Chodzi o awanturę wokół polskiej ustawy o IPN?

Oczywiście, ale nie tylko. Gdy Erdoğan wprowadził prawo zakazujące mówienia o tureckim ludobójstwie na Ormianach w czasie I wojny, z pewnością nikogo nie przekonał do swojej wersji historii. Co więcej, dopiero wtedy wiele osób na całym świecie po raz pierwszy usłyszało o tej tragedii.

W przypadku polskiej ustawy działa ten sam mechanizm. Relacje polsko-żydowskie w czasie II wojny były bardzo skomplikowane – to jedyna rzecz, jaką można z całą pewnością powiedzieć. Byli bohaterowie, którzy z narażeniem życia ratowali innych, byli też tacy, dla których była to wspaniała okazja, żeby dać upust antysemickim żądzom. Jak zawsze, nie ma jednej słusznej wersji historii. Każdy, kto uważa inaczej, robi to ze strachu[88].

Swego czasu wyodrębniłem następujące funkcje kultywowania wiedzy o historii, czy też promowania konkretnego obrazu historycznego: szukanie w historii argumentów za swoim stanowiskiem, szukanie w niej punktu odniesienia, doszukiwanie się korzeni własnych i grupy, doszukiwanie się znaku tożsamości, poszukiwanie nauk życiowych, czerpanie pewnych symboli dla formułowania wypowiedzi o współczesności, szukanie lepiszcza grupy, czasem schronienia, czasem dowartościowania, czasem narzędzia legitymizacji własnych działań lub delegitymizacji czyichś, traktowanie elementów historii jako instrumentu oporu wobec kogoś, także jako instrumentu oddania sprawiedliwości pokrzywdzonym oraz rozliczenia winnych, no i ostatecznie środka zaspokojenia ciekawości poznawczej i formy dla zabawy[89]. Odnoszę wrażenie, że nie od dziś historia jest w Polsce instrumentem kompensacji złego samopoczucia (z czego właściwie płynącego?) lub niezrealizowanych nadmiernych ambicji (wbrew pozorom kompleksy niższości i wyższości bywają bliskie).

Piotr Semka sformułował opinię: „To, co mnie szczególnie przeraziło w kontekście nowelizacji ustawy o IPN, to skala samonienawiści wśród polskiego społeczeństwa”[90]. Otóż mnie nie zaskakuje „samonienawiść”, której nie widzę, ale podejrzewam silne kompleksy. Jeśli nawiązać do podniesionej już sprawy celu wprowadzenia nowelizacji ustawy o IPN-ie, to sądzę, że przeprowadzona operacja historyczna miała za cel – niekoniecznie uświadomiony lub niekoniecznie w pełni uświadomiony – oddziałanie w kierunku dowartościowania społeczności oraz dostarczenia kleju, który ją zjednoczy jako taką, a zwłaszcza wokół tych, którzy w jej obronie zabrali głos. Elementem całej sprawy jest obraz stosunku świata do Polski przedstawiany przez obóz rządzący. Widać na nim liczne zagrożenia (jakiś czas temu byli to niezlustrowani komuniści, teraz LGBT, wrogowie rodziny, imigranci, liberalizm, obcy kapitał, sklepy wielkopowierzchniowe należące do obcych sieci…). Przejawia się w tym wszystkim jakaś dla mnie niezrozumiała potrzeba bycia tępionym. Zauważono, że „za sprawą prawicowych mediów odżyła wizja Polski – samotnej męczennicy otoczonej przez stada wrogów”[91]. Mówi się o „przemyśle pogardy” wobec prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W dyskursie na temat katastrofy smoleńskiej też jest taki akcent, poczynając od nacisku, jakoby była ona skutkiem zamachu. Pojawiał się on w „miesięcznicach” smoleńskich, gdy nawet białe róże kontrmanifestantów były jakoby ich groźnym instrumentem. Pojawia się w różnych deklaracjach wątek, że Polska jest ofiarą Brukseli i Berlina, ponieważ „wstaje z kolan”. W wypowiedziach łączono już nawet „hejt” wobec Polski w sprawie stosunku do Żydów z „hejtem”, jaki obserwuje się wobec „dobrej zmiany”. Czasem powstaje obraz, jakoby Polska była generalnie atakowana. Ponieważ trudno posądzać kogoś o manię prześladowczą, zastanawia, czy nie działa w takim kierunku świadomość, że elity często nie popierają obozu rządzącego, a one są jednak w jakimś stopniu punktem odniesienia? Może poczucie zagrożenia procesem globalizacji i ze strony instytucji UE, która jakoby zagraża „samej tkance narodotwórczej” narodu polskiego przez depolonizację i dechrystianizację – bo taka jest rzekomo istota liberalizmu[92]?

Przyjęcie przez Kongres USA ustawy nr 447, wzywającej Europejczyków do zwrotu Żydom zabranego majątku, dodatkowo ten obraz wzmacnia. Podczas konferencji bliskowschodniej w Warszawie na początku 2019 r. sekretarz stanu USA podniósł sprawę restytucji majątku ofiar Holokaustu – a wkrótce potem pojawiły się głosy, że Polska nie będzie płaciła za niemieckie zbrodnie, że Żydzi powinni adresować swoje roszczenia do Niemiec, zaś PiS jest gwarantem bezpieczeństwa przeciw roszczeniom żydowskim. Obawy przed nimi podskórnie chyba nurtowały już dawniej (przed ewentualnymi pretensjami niemieckimi na ziemiach zachodnich i północnych zresztą też). Usłyszeliśmy, że Polska nie pozwoli na kierowanie przeciw niej „antypolonizmu”. Deklaracja Netanjahu–Morawiecki, potępiająca antypolonizm na równi z antysemityzmem, mogła służyć jako dowód, że jest przed czym się bronić (a rząd broni skutecznie!). Na pytanie o przyczynę, dla której Beatę Szydło jako premiera zastąpił Mateusz Morawiecki, Jarosław Kaczyński odpowiedział: „Zmiana premiera podyktowana była przede wszystkim wiarygodnymi sygnałami o nowej, wielkiej ofensywie przeciwko Polsce, i to o skali międzynarodowej. Chodziło o próby przypisania nam już nawet nie tylko »faszyzmu«, lecz wprost »hitleryzmu«, co na pewno nie było przypadkiem. Potrzebowaliśmy osoby, która byłaby w tej sferze skuteczna. Jeśli wziąć pod uwagę deklarację polsko-izraelską, będącą naszym naprawdę ogromnym sukcesem, co niektórzy w końcu zaczynają doceniać, było to oczekiwanie dobrze ulokowane”[93].

Elementem postawy walki i obrony jest podniesienie postulatu uzyskania od Niemiec reparacji wojennych. Szans na to nie ma żadnych. Ryzyko jest duże, bowiem rozgrzanie postępowania otworzyłoby sprawę Ziem Zachodnich i majątku pozostawionego tam przez Niemców. Podniesienie zaspokaja jednak najpewniej poczucie niedowartościowania autorów propozycji oraz jest wygodne w polityce wewnętrznej, a przynajmniej w polityce wobec własnego elektoratu. Dla obserwatora stojącego z daleka od realizacji polityki zagranicznej wszystko to sprawia wrażenie działania bardziej na opinię wewnętrzną. Nie widać żadnych oznak przeciwdziałania dobrym stosunkom między państwami czy choćby tylko oziębiania kontaktów.

W niejednym ustroju i w niejednym nurcie politycznym występowała potrzeba walki. W Polsce – niedaleko szukając – odczuwali ją komuniści. Potrzebowali walki z imperializmem, z kułakami, z syjonizmem, walki o plan, walki zaostrzającej się w miarę zbliżania się do zwycięstwa (Stalin)… już nie mówiąc o roli walki klas w tej wizji historii. W Polsce jest to jednak raczej potrzeba obrony – i dopiero w tym sensie walki. Posłużenie się odwołaniami do historii jako komunikatem dla innych grup – co zdarza się często – jest bezpieczniejsze od walki poruszającej sprawy dzisiejsze, nawet ograniczonej do słów.

Szeroka fala dyskursu publicznego jest zorientowana w kierunku akcentowania żalu do świata. Słyszymy ciągle, że świat nie ceni Powstania Warszawskiego. Było się szczęśliwym, że prezydent Trump docenił je, w 2017 r. przemawiając – nieprzypadkowo – na tle pomnika na pl. Krasińskich. Nie mówi się przy tym, że świat przesadnie nie ceni bohaterstwa nieuwieńczonego sukcesem. Słyszymy ciągle żale, że świat lepiej widzi upadek muru w Berlinie niż strajk gdański i „Solidarność”. Nie chce się zauważyć, że Berlin jako miasto podzielone był symbolem podzielonego świata. Nie bierze się też pod uwagę, że – w ramach tej samej „polityki historycznej” – w Polsce dużo zrobiono, by zniszczyć legendę Sierpnia. Przecież – jeżeli w ogóle podchodzić do historii w kategoriach dumy – Polska mogłaby być dumna z pokojowej transformacji, ale część opinii woli mówić o „zdradzie z Magdalenki” itp. No i do tych frustracji dochodzi obraz świata źle mówiącego o Polsce. Przy okazji nowelizacji ustawy o IPN-ie przewijał się wątek: Polacy pomagali Żydom, a są pomawiani. To miał być jeszcze jeden sygnał dla współczesnej opinii w Polsce, że może cieszyć się z własnej wspaniałości, a PiS walczy o przywrócenie jej należnej znakomitej noty. Zamiast ograniczenia się do dyplomatycznych protestów w wypadku niedobrych opinii formułowanych na szczeblu państwowym – co byłoby normalne i co zresztą najpewniej jest robione – uczyniono sprawę słyszalną na szczeblu całego narodu, nadano jej wagę taką, jak gdyby izraelskie (żydowskie?) samoloty leciały na Polskę.

***

Na całym świecie i wobec zapewne wszystkich narodów istnieją różne, w tym negatywne stereotypy. Nie wszyscy ludzie wszystkich narodowości są wszędzie lubiani. Z pewnością istnieją także ludzie nielubiący Polaków. Takie dowcipy, jak swego czasu „Polish jokes” funkcjonują o niejednym narodzie, a w PRL były przetwarzane na dowcipy o milicjantach. O Francuzach nieraz mówi się „żabojady”, o Włochach „makaroniarze” itd. Uogólnione zarzuty rasizmu, wręcz antysemityzmu, pojawiły się w odniesieniu do niejednego kraju. Wręcz nazwy niektórych krajów/narodów stały się synonimami głupoty czy ograniczonej sprawności umysłowej tamtejszych obywateli. Sam unikam takiego mówienia jako głęboko niesmacznego, ale też nie wyobrażam sobie premierów tych krajów podnoszących larum z powodu pojawienia się złych czy głupich stereotypów i pomówień. Czy drogą do eliminacji ewentualnych uogólniających oskarżeń nie jest właśnie mówienie samemu otwarcie o negatywach? Łatwo zgodzić się z Władysławem Bartoszewskim, że „prawda nie leży pośrodku, prawda leży tam, gdzie leży”[94]. Pytanie jednak, co jest ową prawdą, a także czy rząd, za sprawą rządzącej partii, ma się zajmować jej ustalaniem i prowadzić „politykę historyczną”? Czy wszyscy powinni –się z nią zgadzać pod rygorem intelektualnego wykluczania ze wspólnoty narodowej albo – w świetle nowelizacji ustawy o IPN – potępienia nie tylko intelektualnego? Czy nie jest zwyczajne, że wizja historii jest wielokierunkowa? Czy we Francji lub w USA nie ma różnych wizji nawet w kwestii tak kanonicznych wydarzeń jak rewolucja 1789 r. bądź wojna secesyjna? Czy regiony lub grupy etniczne w Australii, Kanadzie, USA itd. nie mają nieraz innych wizji dziejów? Mimo to zainteresowane kraje nie rozsypują się. Prawda, w Hiszpanii jedność kraju i narodu są zagrożone przez tendencje separatystyczne – ale czy byłyby one naprawdę słabsze, gdyby bez reszty ujednolicić nauczanie historii i kultury w granicach państwa, choćby w szkołach?

Jeżeli nawet można dopatrzeć się pewnych długofalowych, niekorzystnych dla Polski zjawisk, takich jak uznawanie Polaków za antysemitów, to nie zmieni się ich żadnym dekretem. Takie rzeczy można zmienić jedynie długotrwałą pracą w kierunku uczciwej autorefleksji nad historią. Ma rację Jan Tomasz Gross, gdy mówi: „Trzeba sobie wreszcie przyswoić tę prawdę historyczną, że byli w czasie okupacji bohaterowie na barykadach, ale był też tłum współobywateli, których zamordowano z pomocą naszych przodków. Powiedzmy to wreszcie głośno. Wpiszmy do podręczników historii. I żaden sufit się nam z tego powodu na głowę nie zawali. Wszystko straszne, co się mogło wydarzyć w tej sprawie, już się wydarzyło; już nic na to nie poradzimy; niczego w tej koszmarnej przeszłości nie da się poprawić. I możemy teraz albo komplikować sobie życie bez końca i wystawiać na pośmiewisko, kłamiąc na temat własnej historii – vide reakcja na świecie na poprawki do ustawy o IPN-ie – albo otwarcie w przestrzeni publicznej mówić prawdę i się wreszcie, że tak powiem, uspokoić[95].

Do zmiany opinii na świecie trzeba nie dekretu, ale eliminacji antysemityzmu czy, szerzej, szowinizmu, obecnie. Dowolny epizod czy manifestacja szowinistyczna – a takie zdarzają się przecież – odbija się za granicą silniejszym echem niż przeciwna wypowiedź prezydenta. Niektóre działania samego prezydenta też zresztą osłabiają jego głos w rozważanej sprawie – jak wstrzymywanie nominacji profesorskiej Michała Bilewicza z UW, którego badania poświadczały niedobry poziom uprzedzeń wobec Żydów w społeczeństwie. Powtórzmy, że z tego punktu widzenia skutki nowelizacji ustawy o IPN były fatalne. Nie tylko za granicą, o czym była mowa, ale i w Polsce. Do ambasady Izraela, Muzeum Auschwitz, także do Muzeum Polin napłynęły nienawistne listy. Celem mniej czy bardziej publicznych krytyk stał się zespół wspomnianego prof. Michała Bilewicza z UW. Prawda, że jest to fragment szerszego wzmożenia nacjonalistycznego w społeczeństwie, manifestacji nacjonalistów w marszach niepodległości, domieszki treści nacjonalistycznych w manifestacjach przeciwnych paradom równości. No i taki trend pojawił się teraz szerzej na świecie.

Niestety dały się też słyszeć bardzo niedobre wypowiedzi osób liczących się w życiu publicznym. Zapomnijmy ich nazwiska. Przynajmniej z tego powodu nie są warte zapamiętania. Usłyszeliśmy lub przeczytaliśmy, że „V kolumna w Polsce, osobniki bez polskich genów, wspierane z zewnątrz, coraz bezczelniej atakują i upokarzają państwo swego pobytu. Wgramolili się do Sejmu, mediów, samorządów i za mordowanie polskości pobierają jeszcze od swojej »ofiary« wysokie pensje. Kiedy to się skończy?”. Dowiedzieliśmy się o „hucpiarskiej tradycji”, która jakoby teraz każe odrabiać Żydom bierność (!) wobec Holocaustu. Publicznie padło stwierdzenie o „głupich względnie chciwych parchach”. Wszystko to nie pociągało żadnych konsekwencji zawodowych wobec głoszących takie sformułowania na polach ich działalności. No i wrócił obraz Polski jako kraju antysemickiego, uformowany – nie bezzasadnie – przed wojną, umocniony przez doświadczenie wielu Żydów podczas wojny, wzmocniony po wojnie, potem w 1968 r., natomiast chyba zmniejszony wraz z falą sympatii dla Polski w dobie „Solidarności”, także dzięki odważnemu podejściu do sprawy Jedwabnego. Nowelizacja ustawy o IPN-ie „stanowi przykład tego, jak w kilka miesięcy można roztrwonić długoletnie osiągnięcia”[96].

***

Polityka historyczna ante verbum dawała o sobie znać oczywiście od bardzo dawna. W czasach nam bliższych ma znaczących poprzedników – Stalina, Hitlera… Ci oraz inni dyktatorzy byli bardzo sprawni w tym zakresie. W PRL też prowadzono politykę historyczną – prawda, że w różnych okresach z różnym natężeniem i czasem w zmiennych kierunkach. Instytut Historii PAN miał nawet stworzyć nową wykładnię dziejów Polski – co niezbyt wyszło. Nawet dalecy od leninizmu komuniści, jakim byli Gierek oraz jego otoczenie, bardzo interesowali się, co o historii mówi się na wykładach TKN. Potem gen. Jaruzelski znaczną część swojej batalii toczył wokół wizji historii. Nawet wątki były te same. Wbrew dzisiejszej wizji propaganda komunistyczna nie tylko i nie zawsze wychwalała internacjonalizm i cechy ustroju. Wątki o wspaniałym narodzie i o tym, że jesteśmy dziesiątą (?) gospodarką świata, a zbudujemy drugą Polskę, czy że inni nas atakują, też tam występowały. O „antypolonizmie” peerelowskie gazety pisały w latach sześćdziesiątych; w ogóle nieraz trudno odróżnić niektóre obecne wypowiedzi i wypowiedzi z Marca. Wtedy też miał miejsce zalew tekstów o Polakach ratujących Żydów i o niewdzięcznych Żydach, którzy nie dziękują. Też pojawił się wątek żydowskich kolaborantów, jakże interesująco rozwinięty przez Ryszarda Gontarza[97]. No i zarówno komunistyczny establishment, jak nawet bojówkarze z okresu schyłku ustroju byli przekonani, że ratują Polskę, wręcz są spadkobiercami rycerzy spod Grunwaldu. Obecnie, jak napisał Rafał Stobiecki, „powrót do polonocentrycznej, prowincjonalnej i z ducha nacjonalistycznej wizji przeszłości staje się faktem”[98]. Na dodatek to państwo chce przypilnować kultywowania takiej wizji[99]. Jan Żaryn, w latach 2015–2019 senator, autor bardzo liczący się w kształtowaniu myślenia obozu władzy o historii, sformułował zalecenie, kierujące się oczywiście do wszystkich, którzy zechcą go słuchać – ale w tym również do państwowych środków komunikacji masowej: „Bez wątpienia jesteśmy dziś na takim etapie, na którym jako naród wiemy już, jak wielkim naszym obowiązkiem jest dbanie o pamięć o polskiej historii. W taki sposób, by zostały mocno wyartykułowane, podniesione te wątki, z których mamy prawo być dumni i z których mamy prawo brać przykład, jak z pokładów węglowych najpiękniejsze diamenty. Po to, byśmy stawali się bogatsi także my, współcześni”[100]. Otóż ja powiem inaczej: należy mówić o zamordowanej za pomaganie Żydom rodzinie Ulmów, której stworzono muzeum, dokąd premier Morawiecki zawiózł zagranicznych korespondentów – ale należy też mówić o tym, w jaki sposób zginęła ta rodzina. Nie można mówić tylko o diamentach.           

Niezależnie od pewnych koniecznych funkcji państwa w zakresie kultywowania pamięci historycznej (obchody rocznic, dbanie o pomniki oraz cmentarze, koordynacja prac nad programem szkolnym, zapewnienie funkcjonowania muzeów…) to nie parlament, nie minister kultury i dziedzictwa narodowego, nie wyspecjalizowana agencja rządowa ani nie prokuratura powinny ustalać wizję przeszłości. Mnie samemu nie podoba się nawet występujące obecnie w wielu krajach zagrożenie karne tzw. kłamstwa oświęcimskiego, na który to przepis zresztą też powoływali się obrońcy nowelizacji ustawy o IPN. Sądzę, że „kłamstwo oświęcimskie” powinno być traktowane raczej jako wykroczenie przeciw etyce zawodowej przez środowiska akademickie. W analogicznej z perspektywy praktyki życia naukowego sprawie został zresztą swego czasu wygrany proces przed Sądem Najwyższym USA. W 1954 r. prokurator generalny stanu New Hampshire zażądał od Paula Sweezy’ego – jako „czerwonego”, wykładającego marksizm na Uniwersytecie New Hampshire – informacji o jego wykładach oraz wglądu w notatki. Ten odmówił i poszedł do aresztu. Wyszedł za kaucją, sprawa toczyła się do 1957 r., gdy Sąd Najwyższy stanął na stanowisku, że treść wykładów jest sprawą społeczności akademickiej, a nie państwa lub prokuratora[101]. Inna sprawa, że taki casus, o ile wiem raz rozważany w Polsce przez środowisko zawodowe, skończył się tragicznie – samobójstwem potępionego (Dariusz Ratajczak, 2010). Prawda, że sprawa toczyła się także przed sądem, który uznał winę oskarżonego.

Nie jest prawdą, że Zachód, a zwłaszcza Niemcy przemilczają momenty historii nieprzynoszące im chwały. Od lat w krajach zachodnich dokonuje się rewizja historii. Nawet historii dawniejszej. W 1968 r. Kortezy odwołały akt wyrzucenia Żydów. W 1992 r., czyli w pięćsetną rocznicę wyrzucenia, Juan Carlos w jarmułce, wraz z Chaimem Herzogiem, prezydentem Izraela, modlili się w głównej synagodze Madrytu. W 2015 r. Hiszpania i Portugalia przywróciły potomkom wygnanych prawo do powrotu i odzyskania praw obywatelskich. Koncepcja „powrotu” w dalekim, kolejnym pokoleniu była w istocie bliska izraelskiemu „prawu powrotu”. Sprawa, która w samej Ameryce Łacińskiej interesuje – jak się wydaje – już chyba tylko badaczy, w krajach sprawców okazała się żywa po ponad 500 latach.

Prawda, że przez pewien czas po wojnie w wielu krajach preferowano milczenie. To się jednak od dawna zmieniło – przede wszystkim wraz z przemianą pokoleniową. Jest faktem, że czy to we Francji, czy w Niemczech debata została rozniecona przez historyków z zewnątrz. Sprawiało wrażenie, że miejscowi czują się za słabi na podniesienie pewnych spraw lub podzielają zdanie dominujące. Nie słyszałem jednak, by prokuratura w którymkolwiek kraju zachodnioeuropejskim, w Ameryce Północnej i Południowej czy w Australii i Nowej Zelandii (bo wszędzie dokonuje się rewizja historii!) podjęła śledztwo przeciwko takiemu zagranicznemu badaczowi, jak w Polsce przeciwko Grossowi – i to długo nie pozwalając go umorzyć mimo stanowiska przynajmniej jednego z prokuratorów (prowadzono je w latach 2015–2019).

Co nie najmniej ważne, warto pamiętać, że niektóre sprawy są „po prostu” bardzo skomplikowane i wieloznaczne. Traugutt był oficerem carskiego wojska – co nie dziwne. Znam oczywiście mało chwalebną karierę von Stauffenberga, którego nazwisko padło w polskiej dyskusji jako przykład nieuzasadnionego rozdmuchiwania przez Niemców chwały własnej opozycji antyhitlerowskiej. Wiem, że konspirujący oficerowie zwrócili się przeciw Hitlerowi, gdy zobaczyli, czym to wszystko za chwilę zagrozi, a przygotowane przez nich do ogłoszenia teksty też nie były sympatyczne. Chyba jednak lepiej, że zwrócili się przeciw? Chyba ich śmierć coś jednak odkupiła, a w każdym razie zmniejszyła naszą legitymację do ich negatywnego osądu? Chyba lepiej, że Niemcy podnoszą pamięć opozycji antyhitlerowskiej, niżby czyniły odwrotnie? Nie wszystko w historii jest proste jak drut.

Oprócz wymienionych Francji i Niemiec duże dyskusje nad historią miały i mają miejsce w Hiszpanii (sprawy wojny domowej i frankizmu), w Szwajcarii (pewne aspekty neutralności podczas wojny oraz sprawa wkładów zamordowanych Żydów w tamtejszych bankach), w Szwecji (sprawa pewnych aspektów neutralności podczas wojny, polityki wobec Lapończyków, także stosowania swego czasu zabiegów niedozwolonych przez współczesną medycynę), w Finlandii (kwestie stosunku do hitlerowskich Niemiec i komunistycznej Rosji), w Norwegii (stosunek do kobiet, które związały się z Niemcami, oraz do ich dzieci), w Austrii (stosunek do Żydów po Anschlussie), w Belgii i w kilku krajach postkolonialnych (sprawy stosunku do ludności kolonii)…

Nie tylko w Europie następuje obecnie szeroka rewizja historii. W Australii i Nowej Zelandii stanęła sprawa stosunku osadników do ludności rodzimej. W Japonii wraca sprawa różnych zachowań z czasów II wojny światowej. W USA i Kanadzie wraca sprawa ludności indiańskiej, w USA ludności afroamerykańskiej dziejów Konfederacji oraz jeszcze parę innych, w kilku krajach Ameryki Łacińskiej wyraźnie wraca kwestia Indian. Bardzo ciekawa jest ewolucja historiografii i dokonywane na polu historii wybory w Afryce Południowej.

Istnieją też kraje, które takiej rewizji skutecznie opierają się, budują obraz własnej wspaniałości. Turcja najpewniej nie uzna szybko własnej odpowiedzialności w sprawie Ormian, w Chinach nie usłyszymy szybko o różnych kwestiach epoki komunistycznej. Czy Polska przemyśli własne dzieje, czy dominującym kierunkiem będzie budowanie obrazu własnej wspaniałości? Warto pamiętać, że przemyślenie nie oznacza apriorycznego bicia się w piersi. Nie musi prowadzić do bezpardonowego ataku ani do zaciętej obrony. Nie jest też nieustająco dziś dokonywanym ważeniem liczby ratujących i liczby „szmalcowników”. Poza wszystkim sprawa nie sprowadzała się do tych dwóch skrajnych grup. Sytuacje były bardzo różne i reakcje ludzkie również. Przemyślenie nie oznacza obciążania grup jako całości odpowiedzialnością z jednej strony za wojennych łajdaków, a z drugiej stalinowskich łajdaków o żydowskich korzeniach. Przemyślenie oznacza badanie i dyskusję – czyli przeciwieństwo podejmowania działań na podobieństwo nowelizacji ustawy o IPN-ie. Miło, że w obecnym establishmencie czasem przebija się jednak akcent rewizji. Podczas gdy w trakcie obchodów 50. rocznicy Mmarca premier Morawiecki utrzymywał linię „co złe to nie my”, to prezydent Duda na w wystąpieniu 8 marca 2018 r. przyjmował historię Polski jako całość. Marcowych emigrantów prosił o wybaczenie Rzeczypospolitej, Polakom i „ówczesnej Polsce”[102]).

Może jednak powstać sytuacja, która nie będzie sprzyjać nie tyle krytycznemu czy po prostu nowemu przemyśleniu narodowej historii, ile właśnie budowaniu z niej dumy. Nawiązując do początku niniejszego wywodu, powiem, że myślenie nacjonalistyczne może się zaostrzyć. W różnych krajach można obserwować takie zjawisko, epidemia koronawirusa może mu zaś sprzyjać. Może więc środowisko rządzące dziś w Polsce dobrze wyczuwa tendencję światową. Jeżeli jednak ewolucja sytuacji pójdzie w kierunku wzmocnienia nacjonalizmów, do czego Polska – przy zachowaniu wszelkich proporcji – przyczyni się, to ten nowy, wspaniały świat nie będzie przyjemny. Będzie ksenofobiczny, populistyczny, z krajami zapatrzonymi tylko w siebie i uprawiającymi własne poletka. Może się nawet zdarzyć, że wyćwiczona na strzelnicach młodzież będzie musiała strzelać nie tylko do tarcz (odpukać w niemalowane drewno!). Wtedy jednak jej strzały i nawet amerykańscy żołnierze na miejscu nie zapewnią bezpieczeństwa, o szczęściu nie mówiąc. W lepszym wypadku Polska będzie w takim świecie „biednym krewnym” – jako prowincjonalny kraj pocieszający się rojeniami o potędze i własnej „lepszości”.

Historia jako dyscyplina przeszła poważną ewolucję, zainteresowała się różnymi, dawniej zaniedbywanymi problemami. Także polscy historycy napisali dużo ciekawych prac. W polskiej humanistyce pojawiły się próby nowych, syntetycznych wykładni – choć szkoda, że mało ich powstało akurat wśród historyków[103]. Tymczasem środowisko bliskie obecnym władzom zdaje się wciąż uważać historiografię tworzoną w tradycyjnym, dziewiętnastowiecznym, narodowym stylu za pożądany model, a już na przykład historii kobiet boi się podobnie jak niejasnej dla mnie „ideologii gender”.

Nie jest oczywiście wykluczone, że nawrót do historii tradycyjnej będzie następował w różnych krajach. Wzmożone dziś zainteresowanie przeszłością na świecie może wynikać z chwiejności obecnych czasów, szybkości zmian, którą ludzie źle tolerują, a zatem chcą zakorzenić się mocniej w przeszłości[104]. Może wynikać także z globalizacji, na którą reakcją jest chęć zaznaczania własnej tożsamości, do czego historia dobrze służy. Szybkość komunikacji, przemieszczania się, wszelkich zmian, nawet rozprzestrzeniania epidemii, rozwój technologiczny, częste przesunięcia w zatrudnieniu, rozpętanie konsumpcji i doskwierające poczucie, że czegoś się nie ma, dominacja światowych centrów, przeświadczenie, że bardzo mało zależy od siebie samego, że działają jakieś nieodgadnione i odległe siły, obawy wobec klimatu… niosą ze sobą utratę poczucia stabilności. Jerzy Jedlicki rzucił kiedyś myśl, że narody reprezentują własne, w miarę przytulne mieszkania, których ludzie potrzebują. „Nowoczesny naród – pisał – powstaje dlatego, że ludziom potrzebny jest dom, w którym będą się czuli u siebie i w którym nie będą się czuli gorszymi od innych”[105]. Ani świat, ani nawet Europa nie mogą być takimi „mieszkaniami”, są bowiem za duże, zbyt nieznane, zbyt zróżnicowane.

W Polsce nie od dziś nurtowała potrzeba dowartościowania – i PiS to wyczuło, a może jego zasadniczy krąg sam ją odczuwał („Warto być Polakiem”). Świadomie lub nieświadomie posłużyło się m.in. historią. Wspólnota nie potrzebuje historycznego kleju, mogą być inne. Jeśli potrzebuje, to pytanie w jakich proporcjach. W warunkach zagrożenia zapotrzebowanie na taki klej rośnie. Po kryzysach i w ustrojach wyrosłych z kryzysu często następuje wzmocnione odwoływanie się do historii – towarzyszące odwoływaniu się do kategorii narodu. Jedno i drugie będzie sprzyjać raczej umacnianiu dawniejszego modelu uprawiania historii niż jego „przemeblowaniu”. Istnieją zresztą kraje bądź obszary, gdzie procesy państwowotwórcze trwają, niektóre kraje są autentycznie zagrożone, starają się odzyskać utracone terytoria lub odbudować imperialną potęgę, co wszystko chyba też sprzyja uprawianiu historii narodotwórczej i w tradycyjnym stylu. Reakcje na napływ imigrantów, zaistnienie skupisk imigranckich, które przecież nie znikną (a, miejmy nadzieję, nikt nie wymyśli nowej wersji „ostatecznego rozwiązania”!), nieraz prowadzą w tym samym kierunku. Bywa, że sprzyjają też pogłębianiu badań nad problematyką kolonialną, migracjami oraz kontaktem kultur – ale ten typ reakcji musi być zaledwie elitarny. Zmiany technologiczne z jednej strony występują wśród czynników globalizacji, ale z drugiej ułatwiają podtrzymanie odrębności grup, odrębnych języków, komunikacji w ramach grup. Przyszłością jest najprawdopodobniej połączenie globalnego i swojego – zwłaszcza że różnorodność, do której instytucja narodów przyczyniła się mimo wszystkich bojów między nimi, jest kulturotwórcza. Na razie owo łączenie jest jednak trudne – choć, wbrew pozorom, nie jest wykluczone.

***

Polityka historyczna milcząco zakłada, że istnieje jedna prawdziwa wersja historii. Jest w tym bliska pozytywizmowi. 27 lutego 2018 r., w kontekście sprawy nowelizacji ustawy o IPN-ie prezydent RP mówił, że serce mu pęka, gdy słyszy, że ktoś chce pisać historię na nowo, podczas gdy idzie tylko o prawdę historyczną i o to, żeby nie była obrażana. W moim przekonaniu nieraz właśnie prawda historyczna wymaga napisania historii na nowo. Prawda o dziejach też rzadko jest bezapelacyjnie oczywista. Znacznie łatwiej dogadamy się co do fałszu w historii niż co do prawdy w historii. Łatwiej można powiedzieć, co jest niewątpliwie zafałszowaniem obrazu dziejów, niż zgodzić się, co jest obrazem prawdziwym. Trudno, nie jesteśmy jedną z nauk przyrodniczych – choć i przyrodnicy podobno nie traktują wyników swoich badań jako tak jednoznacznych, jak byśmy podejrzewali. Już dawno zauważono, że nauka jest poszukiwaniem – a poszukiwanie zakłada konkurencję możliwych wizji. Oby tylko wszyscy mogli je przedstawiać. Oby państwo nie promowało jednej z nich, zgodnej z mentalnością obozu akurat rządzącego.

Nie akceptuję świadomie instrumentalnego wykorzystywania historii, użytkowania jej w kontekście dzisiejszych potrzeb politycznych bądź potrzeb mentalności zbiorowej. Dla mnie jako nauczyciela historii historia nie jest przedmiotem sądów, rozdzielania nagan i pochwał, lecz wiedzą o działaniach ludzkich. Sprawy mniejszości żydowskiej oraz stosunków chrześcijańsko-żydowskich w Polsce wydają mi się ważne jako casus ogólnoludzkiego zjawiska mniejszości narodowych i migracji. Kiedyś napisałem artykuł porównujący grupy migracyjne, także inny o Żydach jako rolnikach w Polsce[106]. Chciałbym, ażeby studia historyczne były skonstruowane wokół takiej osi. Byśmy zajmowali się wraz ze studentami wielkimi problemami ludzkości – ponadnarodowo, ponadepokowo, ponadstereotypowo i aż do dziś – a nie tylko w ramach jednego narodu/terenu, zwłaszcza dla wystawienia komukolwiek cenzurki. Chciałbym przyglądać się ze studentami, jak nasze problemy i różne typy naszych działań przejawiały się w dziejach. Historia jest, z mojego punktu widzenia, dopełnieniem wiedzy o problemach dzisiejszych; znajomość dowolnego problemu jest niepełna bez informacji o jego występowaniu w przeszłości. „Jeżeli nie pokażemy młodemu pokoleniu historii jako wiedzy o cywilizacjach, w sumie jeśli nie pokażemy ludziom historii jako wiedzy o nich samych, to przegramy”[107]. Takie niebezpieczeństwo jest realne, bowiem niezależnie od wszystkiego, co wyżej powiedziałem o następującej w różnych krajach rewizji obrazu historii, wraz z populizmem i skłonem nacjonalistycznym może szeroko przyjść faza narodowej historii megalomańskiej, faza „podbijania bębenka” w narodowej historiografii. Ona przyniosłaby raczej atrapę wiedzy o nas samych niż wiedzę.


Bibliografia

Obejmuje pozycje przywołane w przypisach

Aleksiun Natalia, Dokąd dalej? Ruch syjonistyczny w Polsce (1944–1950), Centrum Badania i Nauczania Dziejów i Kultury Żydów w Polsce im. Mordechaja Anielewicza, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2002.

Bartoszewski Władysław, Komar Michał, Prawda leży tam, gdzie leży, Wydawnictwo Naukowe PWN, we współpracy z Firmą Wydawniczą Sezamm Małgorzata Maruszkin, Warszawa 2016.

Bauman Zygmunt, Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018.

Bikont Anna, Sendlerowa. W ukryciu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.

Blady-Szwajgier Adina [później Irena/Inka Świdowska], I więcej nic nie pamiętam, Nisza, Warszawa 2019.

Budzyńska Celina, Strzępy rodzinnej sagi, ŻIH, Warszawa 1997.

Canin Mordechaj, Przez ruiny i zgliszcza. Podroż po stu zgładzonych gminach żydowskich w Polsce, tłum. Monika Adamczyk-Garbowska, Nisza we współpracy z ŻIH, Warszawa 2018.

[Chwin Stefan], A co, jeśli nas, Polaków, nic nie łączy? Ze Stefanem Chwinem rozmawia Grzegorz Wysocki, „Gazeta Wyborcza”, 1–2 IX 2018.

Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, t. 1–2, red. Barbara Engelking, Jan Grabowski, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2018.

Davies Norman, Sam o sobie, z autorem rozmawiali Joanna Gromek-Illg, Maciej Gablankowski, fragmenty pisane przez autora po angielsku tłum. Bartłomiej Pietrzyk, Znak, Kraków 2019.

Dąbrowska Maria, Dzienniki, opr. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik, t. 1, Warszawa 1988.

Dąbrowska Maria, Dzienniki 1914–1965, red. Tadeusz Drewnowski, tom 4: 1937–1941, PAN. Wydział I Nauk Społecznych. Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009.

Dobrowolski Stanisław Ryszard, Głupia sprawa, Czytelnik, Warszawa 1969.

Flieger Estera, Historyczny populizm premiera, „Gazeta Wyborcza”, 29 I 2019.

Flieger Estera, Wyzywali naukowców w Paryżu, „Gazeta Wyborcza”, 25 II 2019.

Frister Roman, Autoportret z blizną, tłum. Elżbieta i Roman Frister, Oficyna Wydawnicza Przybylik&, Warszawa 2019.

Gauden Grzegorz, Lwów. Kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918, TAiWPN Universitas, Kraków 2019.

Gebert Konstanty vide Dawid Warszawski

[Grabowski Jan], Desant prawicy na Paryż, „Gazeta Wyborcza”, 27 II 2019 (wywiad udzielony Esterze Flieger przez prof. Jana Grabowskiego).

Grabowski Jan, Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

Grochowska Magdalena, W czasach szaleństwa. Hertz. Fiłosofow. Stempowski. Moltke, posłowie Anna Wolff-Powęska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019.

Gross Jan Tomasz, Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka, Pogranicze, Sejny 2000.

[Gross Jan Tomasz], Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, … bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, W.A.B., Warszawa 2018.

Gross Jan Tomasz (współpraca Irena Grudzińska-Gross), Złote żniwa. Rzecz o tym, co działo się na obrzeżach zagłady Żydów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.

Jedlicki Jerzy, O narodowości kultury, „Res Publica” 1987, nr 2, s. 46–55.

[Jedlicki Jerzy], Ty to chyba Żydek jesteś? (Z Jerzym Jedlickim w roku 2014 rozmawiała Anna Bikont), „Gazeta Wyborcza”, 3–4 II 2018.

Jie-Hyun Lim, Narody-ofiary i ich megalomanie, „Więź”, luty–marzec 2010, s. 22–34.

[Kaczyński Jarosław], Wszystko zgodnie z prawem, Jacek Karnowski rozmawia z Jarosławem Kaczyńskim, prezesem Prawa i Sprawiedliwości, „Sieci”, 11–17 II 2019.

[Keret Etgar], Mama byłaby naprawdę zła, Etgara Kereta wysłuchał Paweł Smoleński, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 I 2020.

[Keret Etgar], Niesłuszne historie, „Tygodnik Powszechny”, 1 VII 2018 (z Etgarem Keretem rozmawia Michał Sowiński).

Krajewski Andrzej, Świadectwo Morgenthaua, „Polityka”, 4–10 IX 2013.

Krzyżanowski Łukasz, Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.

Kula Marcin, Autoportret rodziny X. Fragment żydowskiej Warszawy lat międzywojennych, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007.

Kula Marcin, Historyczne treści w historycznym referendum, w: tegoż, O co chodzi w historii?, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2008, s. 167–178.

Kula Marcin, Impresje z „marcowej” wystawy, „Kultura Liberalna”, 3 IV 2018.

Kula Marcin, Kamyk moszczący drogę, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce” 1992, nr 2/3, s. 199–201.

Kula Marcin, Krótki raport o użytkowaniu historii, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004.

Kula Marcin, Obronią Polskę w paryskim audytorium!, „Kultura Liberalna”, 9 III 2019.

Kula Marcin, Polonia to najpierw ludzie, a dopiero potem Polonia, w: tegoż, Historia moja miłość (z zastrzeżeniami), Wydawnictwo UMCS, Lublin 2005, s. 242–250.

Kula Marcin, Żydzi – rolnicy (w okresie międzywojennym, poza Palestyną), w: tegoż, Uparta sprawa. Żydowska? Polska? Ludzka?, TAiWPN Universitas, Kraków [2004], s. 17–38.

Kula Witold, Rozdziałki, do druku podali Nina Assorodobraj-Kula i Marcin Kula, opracował oraz wstępem i przypisami opatrzył Marcin Kula, Wydawnictwo Trio, Warszawa 1996.

Linkiewicz Olga, Lokalność i nacjonalizm. Społeczności wiejskie w Galicji Wschodniej w dwudziestoleciu międzywojennym, TAiWPN Universitas, Kraków 2018.

Leder Andrzej, Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2014.

Łapicki Andrzej, Jutro będzie „Zemsta”. Dzienniki 1984–2005, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018.

[Machcewicz Paweł], Absolutne przerwanie ciągłości. Z Pawłem Machcewiczem rozmawia Karolina Wigura, „Kultura Liberalna”, 19 VI 2018.

Materski Wojciech, Od cara do „cara”. Studium rosyjskiej polityki historycznej, ISP PAN, Warszawa 2017 (rec.: Rafał Stobiecki, „Dzieje Najnowsze” 2018, nr 2).

Mazur Mariusz, Antykomunistycznego podziemia portret zbiorowy. 1945–1956. Aspekty mentalno-psychologiczne, Bellona, UMCS, Warszawa–Lublin 2019.

Nowak Magdalena, Dwa światy. Zagadnienie identyfikacji narodowej Andrzeja Szeptyckiego w latach 1865–1914, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2018.

Olszewski Michał, Kurator w pierwszym szeregu rewolucji, „Gazeta Wyborcza”, 26 II 2018.

Olszewski Michał, Polacy kochają czuć się urażeni, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 VIII 2018.

[Osęka Piotr], Administracja zbiorowej pamięci, „Newsweek” 19–25 III 2018 (z Piotrem Osęką rozmawiał Paweł Reszka).

Ossowski Stanisław, Dzienniki, t. 1: 1905–1939, opr. Róża Sułek, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2019.

Piskorski Jan M., Od kultu herosów do adoracji ofiar. Przemiany w kulturze pamięci, „Więź”, luty–marzec 2010, s. 5–21.

Piskorski Jan M., Przesiedlenie i uchodźcy, „Polityka. Pomocnik historyczny” 2013, nr 5: Trzecia Rzesza.

Römer Michał, Dzienniki, t. 1–6, Ośrodek Karta, Warszawa 2017–2019.

Rosiak Dariusz, Polska – Izrael: wyjście z obłędu, „Tygodnik Powszechny”, 3 III 2019.

Rudnicki Szymon, Żydzi w parlamencie II Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2004.

Sapieha Virgilia, Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk, tłum. Ewa Horodyska, Ośrodek Karta, Warszawa 2019.

[Semka Piotr], Piątka u Semki. Jan Hlebowicz rozmawia z Piotrem Semką, Zysk i S-ka, Poznań 2019.

Seweryn Andrzej, Ja prowadzę! Rozmawiają Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, W.A.B., Warszawa 2019.

Sikorski Radosław, PiS strzela nam samobója, „Polityka”, 15–21 I 2020.

Skibiński Cyryl, „Maria Dąbrowska wobec Żydów”, praca magisterska napisana pod kierunkiem Marcina Kuli w Instytucie Historycznym UW w r. akad. 2012/2013 (publikowane: Papierowa segregacja. Stosunek Marii Dąbrowskiej do Żydów, „Pamiętnik Literacki” 2015, nr 3, s. 19–36).

[Sułek Antoni], Wobec Żydów więcej było wolno. Z prof. Antonim Sułkiem rozmawia Maciej Stasiński, „Gazeta Wyborcza”, 2–3 VI 2018.

[Szlajfer Henryk], Kapitalizm wyzwolony. Z prof. Henrykiem Szlajferem rozmawia Grzegorz Konat, w: Realny kapitalizm. Wokół teorii kapitalizmu monopolistycznego, red. Grzegorz Konat, Przemysław Wielgosz, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, s. 219–254.

Szlajfer Henryk, Współtwórcy atlantyckiego świata. Nowi chrześcijanie i Żydzi w gospodarce kolonialnej Ameryki Łacińskiej XVI–XVII wieku. Zarys problematyki, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2018 (rec.: Marcin Kula, „Nowi chrześcijanie” zagospodarowują „Nowy Świat”, „Studia Migracyjne – Przegląd Polonijny” 2019, nr 2 (172), s. 335–339).

Szostak Natalia, Pisarka kochana przez wszystkich poza polską prawicą, „Gazeta Wyborcza”, 11 X 2019.

Świda-Ziemba Hanna, Krótkowzroczność „kulturalnych”, „Gazeta Wyborcza” 7–8 IV 2001; cyt. za: tejże, Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy. 1930–1989, wybór i opracowanie Dominik Czapigo, Ośrodek Karta, Warszawa 2018.

Tokarska-Bakir Joanna, Pod klątwą. Portret społeczny pogromu kieleckiego, t. 1–2, Wydawnictwo Czarna Owca,Warszawa 2018.

Tuwim Julian, My, Żydzi polscy. Kwiaty polskie (fragmenty), Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1988.

Warszawski Dawid (właśc. Konstanty Gebert), Jak Rydzyk z Danielsem, „Gazeta Wyborcza”, 26 IX 2018.

Warszawski Dawid (właśc. Konstanty Gebert), Obłęd, czyli transakcja wiązana, „Gazeta Wyborcza”, 23 II 2018.

Wieże „bliźniaki” prezesa PiS, „Gazeta Wyborcza”, 29 I 2019.

[Wolsza Tadeusz], Jesteśmy narodem bohaterskim. Z prof. Tadeuszem Wolszą, historykiem, członkiem rady przy Muzeum II Wojny Światowej, rozmawia Maciej Pieczyński, „Do Rzeczy”, 22 I 2019.

Wroński Paweł, MSZ: ustawa o IPN to sukces, „Gazeta Wyborcza”, 6 II 2018.

Wroński Paweł, Flieger Estera, Prezydent prosi o wybaczenie, „Gazeta Wyborcza” 9 III 2018.

Wroński Paweł, Kondzińska Agata, Netanjahu o kolaborujących Polakach, „Gazeta Wyborcza”, 26–17 II 2019.

Zalewski Krzysztof Marcin, Naród, religia, rasa. Muzułmańskie ideologie i ruchy narodowe pogranicza w Południowo-Wschodniej Europie. Przykład Sandżaka nowopazarskiego w XX wieku, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010.

Zaremba Marcin, Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce, ISP PAN, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2005.

Zaremba Marcin, Wielka trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzys, Znak, ISP PAN, Kraków 2012.

Zawadzka Halina, Ucieczka z getta, Ośrodek Karta, Warszawa 2001.

Zybertowiczowie Krystyna i Andrzej, w Polityce.pl (dostęp 22 IV 2018).

[Żaryn Jan], Nie ma zgody na akceptację kłamstwa. Michał Karnowski rozmawia z profesorem Janem Żarynem, historykiem, senatorem, redaktorem naczelnym „W Sieci Historii”, „Sieci”, 6–12 V 2019.

Żukowski Tomasz, Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów, Wielka Litera, Warszawa 2018.


Przypisy

[1] Andrzej Krajewski, Świadectwo Morgenthaua, „Polityka” 4–10 IX 2013.

[2] Marcin Kula, Impresje z „marcowej” wystawy, „Kultura Liberalna” 3 IV 2018.

[3] Na marginesie: ciekawe było połączenie tych utworów w bibliofilskiej publikacji wydanej na zamówienie Edmunda Neusteina z okazji trzydziestolecia istnienia Księgarni Polskiej A. i E. Neusteinów w Izraelu: Julian Tuwim, My, Żydzi polscy. Kwiaty polskie (fragmenty), Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1988.

[4] Wieże „bliźniaki” prezesa PiS, „Gazeta Wyborcza” 29 I 2019.

[5]Z najnowszych publikacji por. Magdalena Nowak, Dwa światy. Zagadnienie identyfikacji narodowej Andrzeja Szeptyckiego w latach 1865–1914, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2018. Z wydawnictw źródłowych: Michał Römer, Dzienniki, t. 1–6, Ośrodek Karta, Warszawa 2017–2019.

[6] Wrażenia ze zwiedzania w listopadzie 2018 r.

[7] Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914–1965, red. Tadeusz Drewnowski, t. 4: 1937–1941, PAN. Wydział I Nauk Społecznych. Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009, s. 74 (zapis pod datą 12 IV 1938).

[8] Por. Olga Linkiewicz, Lokalność i nacjonalizm. Społeczności wiejskie w Galicji Wschodniej w dwudziestoleciu międzywojennym, TAiWPN Universitas, Kraków 2018. Zaletą tej pracy jest przyjrzenie się sytuacji poza dużymi ośrodkami.

[9] Z najnowszych uwag na ten temat por. Norman Davies, Sam o sobie, z autorem rozmawiali Joanna Gromek-Illg, Maciej Gablankowski, fragmenty pisane przez autora po angielsku tłum. Bartłomiej Pietrzyk, Znak, Kraków 2019, s. 84.

[10] Por. niedawna wystawa „»Obcy i niemili«. Antysemickie rysunki z prasy polskiej 1919–1939” (ŻIH 2013).

[11] Z najnowszych pozycji: Grzegorz Gauden, Lwów. Kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918, TAiWPN Universitas, Krakow 2019.

[12] Szymon Rudnicki, Żydzi w parlamencie II Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2004.

[13] Ostatnio prof. Davies relatywizował znaczenie wprowadzenia numerus clasus („Jeżeli rozpatruje się to zagadnienie w kontekście amerykańskiej offensive action czy dzisiejszego parytetu płci, sprawa nie wydaje się już tak jednoznaczna”). Trudno mi się z tym zgodzić, nawet jeśli łatwo mogę się zgodzić z niechęcią autora zarówno wobec upraszczająco czarnej, jak upraszczająco wybielającej wizji historii wzajemnych stosunków (Norman Davies, Sam o sobie, s. 369, 429).

[14] Przez sentyment przytoczę zachowany list Aleksandra Kamińskiego do mego Ojca z czerwca 1937 r.: „Szanowny Druhu! Przed miesiącem zwróciłem się do Marysi Piskorskiej z prośbą, aby doradziła mi, kogo mógłbym zaprosić do zajęcia się zbadaniem kilku skautowych organizacyj sjonistycznych żydowskich. Jest to potrzebne dla władz harcerskich, które są w trakcie rozpatrywania swych stosunków do młodzieży skautowej żydowskiej. Do owej akcji »badawczej« z powodu wielości organizacyj skautowych żydowskich potrzeba sporo ludzi. Między innemi dhna Piskorska wskazała mi na osobę Druha jako tego, do którego mogę się z tem zwrócić. Byłbym Druhowi bardzo zobowiązany za odpowiedź, czy propozycja ta dogadzałaby Wam. W razie pozytywnej odpowiedzi – nadeślę szczegóły. Łączę serdeczne uściski dłoni i proszę o podanie swego adresu, gdyż list ten wysyłam okrężną drogą. Czuwaj! A. Kamiński”. List został napisany na maszynie, podpis jest odręczny. Nazwisko wspomnianej Marii Piskorskiej nic mi nie mówi. W sprawie kontaktów Aleksandra Kamińskiego ze środowiskami żydowskimi w kontekście ZHP por. Marcin Kula, Kamyk moszczący drogę, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce” 1992, nr 2/3, s. 199–201.

[15] [Jerzy Jedlicki], Ty to chyba Żydek jesteś? (Z Jerzym Jedlickim w roku 2014 rozmawiała Anna Bikont), „Gazeta Wyborcza”, 3–4 II 2018.

[16] „Z jednej strony młodzi, postępowi Żydzi z trudem wyłamywali się z rygorów religijnych i obyczajowych, które przez wieki zespalały w diasporze rozproszony naród żydowski. A jednocześnie natrafiali na opór i wrogość znacznej części polskiego społeczeństwa. Trudno było odejść od starego świata, ale może jeszcze trudniej– znaleźć miejsce pod słońcem w tym nowym świecie. Największy paradoks polegał na tym, że część społeczeństwa polskiego tolerowała żydowskie getto z jego zacofaniem, religianctwem, a ze szczególną niechęcią odnosiła się do Żydów oświeconych, negując ich patriotyzm, wkład w rozwój kultury” (Celina Budzyńska, Strzępy rodzinnej sagi, ŻIH, Warszawa 1997, s. 18).

[17] Virgilia Sapieha, Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk, tłum. Ewa Horodyska, Ośrodek Karta, Warszawa 2019, s. 184.

[18] Henryk Szlajfer, Współtwórcy atlantyckiego świata. Nowi chrześcijanie i Żydzi w gospodarce kolonialnej Ameryki Łacińskiej XVI–XVII wieku. Zarys problematyki, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2018. Por. rec.: Marcin Kula, „Nowi chrześcijanie” zagospodarowują „Nowy Świat”, „Studia Migracyjne – Przegląd Polonijny” 2019, nr 2 (172), s. 335–339.

[19] Marcin Kula, Żydzi – rolnicy (w okresie międzywojennym, poza Palestyną), w: tegoż, Uparta sprawa. Żydowska? Polska? Ludzka?, TAiWPN Universitas, Kraków [2004], s. 17–38.

[20] Rafał Węgrzyniak, „Ideologia polityczna Reduty”, referat podczas konferencji „Reduta. Nowe fragmenty” (Instytut Sztuki PAN, Warszawa 28–29 XI 2019).

[21] Cyryl Skibiński, „Maria Dąbrowska wobec Żydów”, praca magisterska napisana pod kierunkiem Marcina Kuli w Instytucie Historycznym UW w r. akad. 2012/2013 (publikowane: Papierowa segregacja. Stosunek Marii Dąbrowskiej do Żydów, „Pamiętnik Literacki” 2015, nr 3, s. 19–36).

[22] Maria Dąbrowska, Dzienniki, opr. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik, Warszawa 1988, t. 1, s. 395.

[23] Tamże, s. 237 (zapis pod datą 1 III 1928).

[24] Jan Tomasz Gross, Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka, Pogranicze, Sejny 2000.

[25] Marcin Kula, Autoportret rodziny X. Fragment żydowskiej Warszawy lat międzywojennych, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007.

[26] „Żeby zrozumieć relacje chłopów z Żydami, trzeba wiedzieć, że były to społeczności osobne, dwa światy: Żydów i chrześcijan, czy Żydów i polskich chłopów. Dzieliła ich nie tylko religia i kultura, ale też żyli w oddzielnych skupiskach. Mieszkali po sąsiedzku, ale nie byli sąsiadami. Nie odwiedzali się. Związki między nimi były głównie ekonomiczne. Chłopi kupowali u Żydów w sklepach, a Żydzi u chłopów wszystko, co wyprodukowali oni w gospodarstwach. W miasteczku dzieci chodziły razem do szkoły, ale we wsiach razem się nie bawiły. Nie pasały razem krów, a pastwisko było bardzo ważne dla socjalizacji na wsi. Młodzi ludzie nie chodzili razem »na kawalerkę«. Nie było małżeństw mieszanych. Wzajemna separacja” ([Antoni Sułek], Wobec Żydów więcej było wolno. Z prof. Antonim Sułkiem rozmawia Maciej Stasiński, „Gazeta Wyborcza”, 2–3 VI 2018).

[27] Robiło to widać wrażenie na Stanisławie Ossowskim, skoro w swoim dzienniku zapisał w odniesieniu do małżeństw chrześcijańsko-żydowskich: „Największy odsetek w Trieście – 50% ludności żydowskiej. W Hamburgu i Kopenhadze – 1/3; w Niemczech – 20%; na wschodzie Europy – 1–5%” (Stanisław Ossowski, Dzienniki, t. 1: 1905–1939, opr. Róża Sułek, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2019, s. 205, zapis pod datą 17 XII 1933).

[28] „Bo każde nienawistne uprzedzenie etniczne bez względu na formy nosi w sobie ładunek zbrodni. Pokazało to choćby doświadczenie Jugosławii. Studiujący dziś w Polsce studenci opowiadają, że dawniej może istniała jakaś niechęć między różnymi narodami czy wyznawcami różnych religii, lecz nie była ona jaskrawo manifestowana. Przeciwnie – ludzie różnych narodowości przyjaźnili się, były też małżeństwa mieszane. A jednak jugosłowiańska wojna ukazała, że te podskórne antagonizmy wybuchły (w pewnych właśnie warunkach) jak wulkan. Tak więc »łagodność« przejawów uprzedzeń etnicznych o niczym nie świadczy. Nie znamy przyszłości, a więc nie wiemy, czy i kiedy ten polski ładunek uprzedzeń etnicznych wobec Żydów może eksplodować” (Hanna Świda-Ziemba, Krótkowzroczność „kulturalnych”, „Gazeta Wyborcza”, 7–8 IV 2001; cyt. za: tejże, Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy. 1930–1989, wybór i opracowanie Dominik Czapigo, Ośrodek Karta, Warszawa 2018, s. 272).

[29] Magdalena Grochowska, W czasach szaleństwa. Hertz. Fiłosofow. Stempowski. Moltke, posłowie Anna Wolff-Powęska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019, s. 327.

[30] Archiwum Akt Nowych, zespół KGPPP, sygn. 258.

[31] Norman Davies, Sam o sobie, s. 538.

[32] Jan M. Piskorski, Przesiedlenie i uchodźcy, „Polityka. Pomocnik historyczny” 2013, nr 5: Trzecia Rzesza, s. 116.

[33] Halina Zawadzka, Ucieczka z getta, Ośrodek Karta, Warszawa 2001, s. 22.

[34] „Męczeństwo Żydów było dla chłopów czymś widocznym i bolesnym, ale jednak odległym. To nie była »ich sprawa«” ([Antoni Sułek], Wobec Żydów więcej było wolno).

[35] Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, t. 1–2, red. Barbara Engelking, Jan Grabowski, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2018.

[36] Z niedawno publikowanych świadectw: Roman Frister, Autoportret z blizną, tłum. Elżbieta i Roman Frister, Oficyna Wydawnicza Przybylik&, Warszawa 2019, s. 351–359.

[37] Adina Blady-Szwajgier [później Irena/Inka Świdowska], I więcej nic nie pamiętam, Nisza, Warszawa 2019, s. 183–184.

[38] Tomasz Żukowski, Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów, Wielka Litera, Warszawa 2018, s. 256–258.

[39] Anna Bikont, Sendlerowa. W ukryciu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 339.

[40] Marcin Zaremba, Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce, ISP PAN, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2005.

[41] Mordechaj Canin, Przez ruiny i zgliszcza. Podroż po stu zgładzonych gminach żydowskich w Polsce, tłum. Monika Adamczyk-Garbowska, Nisza we współpracy z ŻIH, Warszawa 2018, s. 229, 290, 315, 411 i in.

[42] Tamże, s. 242.

[43] Do tego wątku spraw wielką wagę przywiązuje prof. Gross (Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, … bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, W.A.B., Warszawa 2018, s. 170–171).

[44] Marcin Zaremba, Wielka trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzys, Znak, ISP PAN, Kraków 2012.

[45] Natalia Aleksiun, Dokąd dalej? Ruch syjonistyczny w Polsce (1944–1950), Centrum Badania i Nauczania Dziejów i Kultury Żydów w Polsce im. Mordechaja Anielewicza, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2002; Łukasz Krzyżanowski, Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.

[46] Roman Frister, autoportret z blizną, s. 382; Stanisław Ryszard Dobrowolski, Głupia sprawa, Czytelnik, Warszawa 1969.

[47] Joanna Tokarska-Bakir, Pod klątwą. Portret społeczny pogromu kieleckiego, t. 1–2, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2018.

[48] [Stefan Chwin], A co, jeśli nas, Polaków, nic nie łączy? Ze Stefanem Chwinem rozmawia Grzegorz Wysocki, „Gazeta Wyborcza”, 1–2 IX 2018.

[49] Marcin Kula, Historyczne treści w historycznym referendum, w: tegoż, O co chodzi w historii?, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2008, s. 167–178.

[50] [Tadeusz Wolsza], Jesteśmy narodem bohaterskim. Z prof. Tadeuszem Wolszą, historykiem, członkiem rady przy Muzeum II Wojny Światowej, rozmawia Maciej Pieczyński, „Do Rzeczy”, 22 I 2019.

[51] Dariusz Stola (za Michałem Bilewiczem) w dyskusji „Fałszywa historia jako mistrzyni fałszywej polityki” na uroczystości „Człowieka roku” i 29. urodzin „Gazety Wyborczej” 25 V 2018.

[52] Grzegorz Gauden, Lwów. Kres iluzji…, s. 147, 173 i in.

[53] Andrzej Seweryn, Ja prowadzę! Rozmawiają Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, W.A.B., Warszawa 2019, s. 94.

[54] „Gazeta Wyborcza”, 10 VIII 2018.

[55] Estera Flieger, Historyczny populizm premiera, „Gazeta Wyborcza”, 29 I 2019.

[56] Profesro Davies ujął to jeszcze mocniej: „Uważam, że trzeba to powiedzieć wprost: drugą wojnę światową wygrał Stalin” (Norman Davies, Sam o sobie, s. 603).

[57] „Ale rządowi PiS udało się strzelić nam samobója i ze swoją tradycyjną mieszanką nadętości moralnej oraz krótkowzroczności Putina do Auschwitz nie zaprosił. Mimo, że to Armia Czerwona, a nie żołnierze wyklęci, zajęła obóz w Oświęcimiu i uwolniła pozostałych jeszcze więźniów. Rezultat jest jak koszmarny sen polskiego dyplomaty. Rocznica wyzwolenia obozu, który hitlerowcy zbudowali dla Polaków na terenie okupowanej Polski, będzie obchodzona zagranicą pod nieobecność prezydenta Polski. Nie wiem, jak można bardziej wymanewrować się na margines” (Radosław Sikorski, PiS strzela nam samobója, „Polityka”, 15–21 I 2020).

[58] Cyt. za TVN24.

[59] Krzysztof Marcin Zalewski, Naród, religia, rasa. Muzułmańskie ideologie i ruchy narodowe pogranicza w Południowo-Wschodniej Europie. Przykład Sandżaka nowopazarskiego w XX wieku, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 78.

[60] Z najnowszych prac por.: Mariusz Mazur, Antykomunistycznego podziemia portret zbiorowy. 1945–1956. Aspekty mentalno-psychologiczne, Bellona, UMCS, Warszawa–Lublin 2019.

[61] Cyt. za: [Piotr Osęka], Administracja zbiorowej pamięci, „Newsweek” 19–25 III 2018 (z Piotrem Osęką rozmawiał Paweł Reszka).

[62] [Paweł Machcewicz], Absolutne przerwanie ciągłości. Z Pawłem Machcewiczem rozmawia Karolina Wigura, „Kultura Liberalna”, 19 VI 2018 (przywołana, bez cytowania, wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego).

[63] Barbara Nowak, małopolska kurator oświaty (Michał Olszewski, Kurator w pierwszym szeregu rewolucji, „Gazeta Wyborcza”, 26 II 2018).

[64] Głos na jednej z konferencji partyjnych w 1968 r. ([Piotr Osęka], Administracja zbiorowej pamięci).

[65] Jie-Hyun Lim zaliczył Polskę do czołowych reprezentantów a victimhood nationalism – obok Izraela i Korei. Do tego grona można jednak zaliczyć więcej krajów i narodów (Jie-Hyun Lim, Narody-ofiary i ich megalomanie, „Więź”, luty–marzec 2010, s. 22–34; por. Jan M. Piskorski, Od kultu herosów do adoracji ofiar. Przemiany w kulturze pamięci, tamże, s. 5–21).

[66] Liternictwo logo NSZZ „Solidarność”, w które wkomponowana jest flaga narodowa.

[67] Witold Kula, Rozdziałki, do druku podali Nina Assorodobraj-Kula i Marcin Kula, opracował oraz wstępem i przypisami opatrzył Marcin Kula, Wydawnictwo Trio, Warszawa 1996, s. 213 (zapis z grudnia 1970 r.).

[68] Roman Frister, Autoportret z blizną, s. 291–292.

[69] Jan Grabowski, Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

[70] TOK FM, 6 VIII 2018.

[71] Andrzej Łapicki, Jutro będzie „Zemsta”. Dzienniki 1984–2005, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018, s. 468.

[72] Dawid Warszawski (właśc. Konstanty Gebert), Obłęd, czyli transakcja wiązana, „Gazeta Wyborcza”, 23 II 2018.

[73] „Uchwalenie tej ustawy, która miała służyć obronie dobrego imienia Polski, przejdzie do podręczników PR jako najbardziej kontrproduktywna akcja w historii. Nigdy nie byłoby czegoś, co przyniosłoby tak odwrotne skutki do rzekomych zamierzeń” (Dariusz Stola w rozmowie z Konradem Piaseckim, Radio Zet 18 IV 2018).

[74] Co podkreślał jeszcze później prezydent Andrzej Duda na XX Powszechnym Zjeździe Historyków Polskich w Lublinie (18–20 IX 2019). Powiedział do zebranych m.in.: „Dlatego że stało się wiele złego – można powiedzieć: wyrządzono nam wiele złego, jeśli chodzi o nieprawdę historyczną. Słynne określenie – dramatyczne z naszego punktu widzenia – »polskie obozy zagłady« czy »polskie obozy śmierci« przecież zostało gdzieś ukute, w jakiś sposób zostało przesączone do umysłów ludzi na zachodzie Europy i na różnych kontynentach. I tak się utrwaliło, że nawet ludzie światli pozwalają sobie go używać – ludzie, którzy powinni doskonale znać historię o II wojnie światowej i prawdę o tamtych wydarzeniach, cały czas powtarzają to określenie” (ttps://www.prezydent.pl/aktualnosci/wypowiedzi-prezydenta-rp/wystapienia/art,814,wystapienie-prezydenta-na-xx-powszechnym-zjezdzie-historykow-polskich.html).

[75] Paweł Wroński, MSZ: ustawa o IPN to sukces, „Gazeta Wyborcza”, 6 II 2018.

[76] Dawid Warszawski, Jak Rydzyk z Danielsem, „Gazeta Wyborcza” 26 IX 2018.

[77] [Etgar Keret], Mama byłaby naprawdę zła. Etgara Kereta wysłuchał Paweł Smoleński, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 I 2020.

[78] Według „The Jerusalem Post”. Cyt. za: Paweł Wroński, Agata Kondzińska, Netanjahu o kolaborujących Polakach, „Gazeta Wyborcza” 26–17 II 2019. Ambasador Izraela Anna Azari negowała, jakoby premier powiedział te słowa, kancelaria premiera Izraela twierdziła, jakoby został on źle zrozumiany, gdyż nie mówił o całym narodzie. Maciej Kozłowski, były ambasador RP w Izraelu, w rozmowie z Janem Wróblem w TOK FM 19 II 2019 sugerował, że Netanjahu był krytykowany w Izraelu za podpisanie deklaracji z Morawieckim, więc w Warszawie chciał podkreślić, że dzięki jego działaniu nikt nie został skazany za mówienie, iż Polacy byli przeciw Żydom – a redakcja „The Jerusalem Post” zrozumiała to inaczej.

[79] Krzysztof Malicki, „»Ja do dziś widzę tych ludzi«. Zagłada w pamięci polskich świadków”, referat na konferencji „Pamięć, tożsamość, Zagłada. Nowe badania i problemy metodologiczne”, Międzynarodowa konferencja jubileuszowa dla dr hab. Małgorzaty Melchior, IFiS PAN, ISNS UW, Muzeum Historii Żydów Polskich Polin, Warszawa, 20–21 IX 2018.

[80] Jan Tomasz Gross (współpraca Irena Grudzińska-Gross), Złote żniwa. Rzecz o tym, co działo się na obrzeżach zagłady Żydów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.

[81] Marcin Kula, Obronią Polskę w paryskim audytorium!, „Kultura Liberalna”, 9 III 2019.

[82] [Jan Grabowski], Desant prawicy na Paryż, „Gazeta Wyborcza”, 27 II 2019 (wywiad udzielony Esterze Flieger przez prof. Jana Grabowskiego); Estera Flieger, Wyzywali naukowców w Paryżu, „Gazeta Wyborcza”, 25 II 2019.

[83] Estera Flieger, Wyzywali naukowców w Paryżu.

[84] Tamże.

[85] tamże.

[86]Dariusz Rosiak, Polska – Izrael: wyjście z obłędu, „Tygodnik Powszechny”, 3 III 2019.

[87] Natalia Szostak, Pisarka kochana przez wszystkich poza polską prawicą, „Gazeta Wyborcza”, 11 X 2019.

[88] [Etgar Keret], Niesłuszne historie, „Tygodnik Powszechny”, 1 VII 2018 (z Etgarem Keretem rozmawia Michał Sowiński).

[89] Marcin Kula, Krótki raport o użytkowaniu historii, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004.

[90] [Piotr Semka], Piątka u Semki. Jan Hlebowicz rozmawia z Piotrem Semką, Zysk i S-ka, Poznań 2019, s. 365.

[91] Michał Olszewski, Polacy kochają czuć się urażeni, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 VIII 2018.

[92] Krystyna i Andrzej Zybertowiczowie, wPolityce.pl (dostęp 22 IV 2018).

[93] [Jarosław Kaczyński], Wszystko zgodnie z prawem. Jacek Karnowski rozmawia z Jarosławem Kaczyńskim, prezesem Prawa i Sprawiedliwości, „Sieci”, 11–17 II 2019.

[94] Władysław Bartoszewski, Michał Komar, Prawda leży tam, gdzie leży, Wydawnictwo Naukowe PWN, we współpracy z Firmą Wydawniczą Sezamm Małgorzata Maruszkin, Warszawa 2016.

[95] [Jan Tomasz Gross] Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, … bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, s. 197–198.

[96] [Paweł Machcewicz], Absolutne przerwanie ciągłości. Machcewicz o kontrproduktywności podejmowanych posunięć także na przykładzie umieszczenia wielkoformatowego zdjęcia rodziny Ulmów, opatrzonego napisem „Polacy wobec Zagłady” w sali, poświęconej eksterminacji Żydów w Auschwitz w Muzeum II Wojny Światowej po zmianach w nim przeprowadzonych przez PiS: „To przecież ma w sobie czysto propagandowy charakter, jest postrzegane jako prymitywna manipulacja, opisywana zresztą w mediach zachodnich. Jeżeli celem jest zbudowanie pozytywnego wizerunku Polski za granicą, to takie działania są przeciwskuteczne” (tamże). Dodajmy od siebie, że szkoda rodziny Ulmów, godnej najwyższego szacunku, która staje się przedmiotem „polityki historycznej”.

[97] [Piotr Osęka], Administracja zbiorowej pamięci.

[98] W recenzji z: Wojciech Materski, Od cara do „cara”. Studium rosyjskiej polityki historycznej, ISP PAN, Warszawa 2017 („Dzieje Najnowsze” 2018, nr 2, s. 320).

[99] „Okazuje się jednak, że w sferze publicznej jest dziś miejsce tylko na jeden dyktat, konstruowany przez rządzących. To w istocie zabójcze dla świadomości historycznej. Obecnie prowadzona polityka historyczna jest tak jednostronna, że na dłuższą metę nie może być skuteczna” ([Paweł Machcewicz], Absolutne przerwanie ciągłości); „Od prawie trzech lat mamy do czynienia z głębokim upolitycznieniem historii, centralizacją przekazu i marginalizacją środowisk, które reprezentują inny pogląd niż partia rządząca. To pokazał atak na Muzeum II Wojny Światowej, w którym stworzyliśmy wystawę prezentującą zupełnie inną wizję i wrażliwość historyczną niż ta, która ma obowiązywać w Polsce Prawa i Sprawiedliwości. Innymi przykładami są szeroka krytyka wystawy »Obcy w domu«, która w Muzeum POLIN opowiada o wydarzeniach Marca ’68, czy nieprzyznanie dotacji kwartalnikowi »Zagłada Żydów Polskich«” (tamże).

[100] [Jan Żaryn], Nie ma zgody na akceptację kłamstwa. Michał Karnowski rozmawia z profesorem Janem Żarynem, historykiem, senatorem, redaktorem naczelnym „W Sieci Historii”, „Sieci”, 6–12 V 2019.

[101][Henryk Szlajfer], Kapitalizm wyzwolony. Z prof. Henrykiem Szlajferem rozmawia Grzegorz Konat, w: Realny kapitalizm. Wokół teorii kapitalizmu monopolistycznego, red. Grzegorz Konat, Przemysław Wielgosz, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, s. 219–220.

[102] Paweł Wroński, Estera Flieger, Prezydent prosi o wybaczenie, „Gazeta Wyborcza”, 9 III 2018.

[103] Z ostatnich na przykład: Andrzej Leder, Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2014.

[104] Zygmunt Bauman, Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018.

[105] Jerzy Jedlicki, O narodowości kultury, „Res Publica” 1987, nr 2, s. 46–55.

[106] Marcin Kula, Polonia to najpierw ludzie, a dopiero potem Polonia, w: tegoż, Historia moja miłość (z zastrzeżeniami), Wydawnictwo UMCS, Lublin 2005, s. 242–250; tenże, Żydzi – rolnicy…

[107] Z wypowiedzi Jerzego Jedlickiego podczas konferencji „Tożsamość narodowa i pamięć historii. Porównania między Polska a Włochami”, 16–18 VI 1994 r.


Korekta językowa: Beata Bińko




Zdrajca czy bandyta? Nieoczywisty przypadek por. Jerzego Tabęckiego „Lassa”

Ppłk/gen. Antoni Chruściel „Monter”, szef Okręgu Warszawa AK, dowódca Powstania Warszawskiego. Wydał wyrok na por. Jerzego Tabęckiego „Lasso” / Fot. T. Bór-Komorowski, Powstanie Warszawskie, Warszawa 2004

SEBASTIAN PAWLINA

Zdrajca
czy bandyta? Nieoczywisty przypadek por. Jerzego Tabęckiego „Lassa”

W sobotę 7 lutego 1931 r. w gmachu Włoskiego
Towarzystwa Ubezpieczeń Riunione Adriatica di Sicurtà przy ul. Moniuszki 10
otwarto prawdopodobnie najbardziej elegancki lokal ówczesnej Warszawy. Cafe
Adria od samego początku przyciągała elitę. Do środka wchodziło się przez drzwi
z kryształowego szkła. Idąc dalej, widziało się marmurowe ściany, salę
dancingową, cocktail-bar, obrotowy parkiet czy ogród zimowy. Po wkroczeniu do
Warszawy we wrześniu 1939 r. Niemcy zabronili Polakom wstępu do Adrii. Chcieli
ją mieć tylko dla siebie.

Z czasem restauracja, tak jak i inne lokale „Nur für
Deutsche”, stała się dla nich nie tylko centrum rozrywki, ale i jednym z tych
miejsc, gdzie mogli czuć się bezpiecznie. Do czasu. Późnym wieczorem w sobotę
22 maja 1943 r. do środka weszło dwóch mężczyzn. Mieli jedno zadanie – zabić
jak najwięcej Niemców. Głównym wykonawcą był Jan Kryst „Alan”, młody żołnierz
Armii Krajowej, który kilka tygodni wcześniej zgłosił się do wykonania
samobójczej akcji. Według legendy zrobił to po tym, jak lekarz przekazał mu, że
jest nieuleczalnie chory i zostało mu zaledwie kilka miesięcy życia. Prawda,
jak to zazwyczaj bywa, jest bardziej skomplikowana. W efekcie powody, dla
których Kryst zdecydował się wziąć udział w tym zadaniu, pozostają
niewyjaśnione. Drugim z mężczyzn był porucznik Jerzy Tabęcki „Lasso”. Jego rola
ograniczała się do wprowadzenia „Alana” do środka i ewentualnego umożliwienia
mu ucieczki.

To, co w ciągu następnych kilku minut się wydarzyło,
znamy z relacji włoskiego dziennikarza Alceo Valciniego, który akurat tego
wieczoru wybrał się do Adrii.

Znalazłem stolik w pobliżu drzwi wejściowych i nie wiem, czy nie był to życzliwy uśmiech przeznaczenia. W czasie, gdy piruety tancerki przyciągały uwagę publiczności, w środku sali, gdzie dawano program, usłyszałem strzał – najpierw jeden, potem drugi, trzeci, czwarty, piąty… O parę kroków ode mnie po prawej stronie zrobił się zgiełk. Przewracano stoły, naczynia, stoły, butelki. Wycie i krzyki. Po kilku minutach grupa żołnierzy poruszonych do ostatnich granic utorowała sobie przejście wśród tłumu, krzycząc: „Zamach!” i trzymając rewolwery w ręku. Wysoki młodzieniec z twarzą zbroczoną krwią padł na ziemię, gdy rzucono w niego kilkoma krzesłami. To polski zamachowiec, patriota; zabił on w ciągu paru sekund dwóch oficerów i dwóch żołnierzy, strzelając zza marmurowej kolumny w kierunku centralnie ustawionego stołu, przy którym zazwyczaj zajmowały miejsca osobistości niemieckie. […] Niemcy rzucili się na niego i zmasakrowali, bijąc flaszkami i stołkami. Przy mnie wyzionął ducha, w swym brązowym ubraniu, za obszernym jak na gruźlika. Zmarł, gdy agent gestapo usiłował wydobyć od niego jakąś tajemnicę (Valcini 1973, s. 282–283).

Kryst zginął, ale „Lasso” przeżył. Wiosną 1943 r. stał
u szczytu swojej konspiracyjnej kariery. Rok później zastrzelono go na jednej z
warszawskich ulic.

Początki

Jerzy Mieczysław Tabęcki urodził się w czwartek 14
grudnia 1916 r. w Ułanówce na Ukrainie. Według relacji Józefa R. Rybickiego,
późniejszego dowódcy „Lassa”, jego ojciec był przyjacielem Antoniego Chruściela,
w czasie wojny szefa Okręgu Warszawskiego AK (Rybicki 22.05.1979, s. 2). Kiedy
się zaczęła ta znajomość, czym się zajmował ojciec Jerzego – nie potrafimy
stwierdzić z całą pewnością. Możemy jedynie przypuszczać, że miał związki z
wojskiem. Idąc tym tropem, odnajdujemy majora Kazimierza Tabęckiego, syna
Antoniego i Marii ze Zbijewskich, urodzonego 13 czerwca 1887 r. w Leśnikach. W
Wojsku Polskim służył od 1918 r. Jako żołnierz I batalionu etapowego walczył w
wojnie polsko-bolszewickiej. W następnych latach służył w 52. Pułku Piechoty i
w Oddziale V Sztabu Generalnego. W 1932 r. został prokuratorem przy Wojskowym
Sądzie Okręgowym nr X, dwa lata później zaś kierownikiem Okręgowego Sądu
Wojskowego nr VI we Lwowie. Studia prawnicze ukończył na tamtejszym Uniwersytecie
im. Jana Kazimierza. Tym samym, gdzie prawo studiował także Antoni Chruściel. Ponownie
się spotkali krótko przed wojną. Gdy Chruściel w latach 1937–1938 pełnił
funkcję zastępcy dowódcy 40. Pułku Piechoty „Dzieci Lwowskich”, Kazimierz
Tabęcki kierował OSW nr VI we Lwowie. Zginął w 1940 r. w Charkowie, zastrzelony
przez Rosjan. Niestety niemal nic nie wiemy o matce Jerzego. Prawdopodobnie
miała niemieckie korzenie.

O przedwojennym życiu Tabęckich wiemy więc
dramatycznie mało. Nie potrafimy wskazać momentu, kiedy przenieśli się do
Warszawy, czym się zajmowali, jakie szkoły skończył Jerzy. Na pierwsze pewne
elementy układanki natrafimy w 1939 r., kiedy był podporucznikiem służby stałej
w Marynarce Wojennej (Lewandowski 9.09.1974, s. 22). Jednak jego wrześniowy
szlak bojowy nie ma nic wspólnego z morzem. Wiemy, że znalazł się w Grupie płk.
Mariana Ocetkiewicza. Brała ona udział m.in. w drugiej bitwie pod Tomaszowem
Lubelskim.

Poza ogólnym szlakiem bojowym nie potrafimy powiedzieć
nic więcej o tym etapie życia młodego Tabęckiego. Nie wiemy, kiedy się związał z
Grupą płk. Ocetkiewicza, jak długo się w niej znajdował, czy został ranny, w
końcu – jakie były jego późniejsze losy. Czy od razu trafił do Warszawy, a może
dostał się do niewoli? Jeśli tak, to czy uciekł z niej, czy wykorzystał
pochodzenie swoje i swojej matki? Jeśli zaś nie udał się do Warszawy, to gdzie?
Podobnych pytań moglibyśmy postawić jeszcze kilka, kilkanaście. Pewne jest
tylko to, że dopiero od maja 1940 r. możemy w miarę dokładnie śledzić jego
losy.

Wejście
do podziemia

Każda legenda ma swój początek. Nie inaczej jest z
takimi symbolami polskiej konspiracji zbrojnej, jak bataliony „Zośka” i
„Parasol”, których korzeni należałoby upatrywać w ostatnich miesiącach 1939 r.,
kiedy w Oddziale III Sztabu Komendy Głównej Służby Zwycięstwu Polski utworzono
Referat „C”. Jego „zadaniem była organizacja i kierowanie walką czynną” (Strzembosz
1983, s. 21). Na czele referatu stanął mjr Franciszek Niepokólczycki „Franek”, lepiej
znany jako „Teodor”. Zebrał wokół siebie grupę oficerów, wszyscy byli saperami,
i razem zaczęli tworzyć zręby warszawskiej, a zarazem krajowej dywersji. W
gronie tym znaleźli się m.in. kpt. Jan W. Kiwerski „Oliwa”, późniejszy dowódca
Oddziału Dyspozycyjnego Związku Odwetu „Motor” oraz 27. WDP AK, kpt. Jerzy
Lewiński „Jurek”, od przełomu 1943 r. już jako „Chuchro” pełniący funkcję szefa
Kedywu Okręgu Warszawskiego AK, por. Zbigniew Lewandowski „Zbyszek”, zastępca
Lewińskiego w Kedywie OW, czy też por. Jan K. Andrzejewski „Jan”, w trakcie
Powstania Warszawskiego dowodzący brygadą „Broda 53”.

Ich wysiłki zaowocowały sprawnym formowaniem
pierwszych oddziałów bojowych podziemnej Warszawy, choć te naprawdę duże
jednostki, jak „Motor” czy „Osa”, narodziły się dopiero w połowie 1942 r. Jerzy
Tabęcki nigdy jednak nie działał w tak dużej grupie. Wszystkie informacje o
jego organizacyjnej pracy, jakimi dysponujemy, wskazują na to, że od początku
swojej działalności był związany z niedużymi zespołami. Tak było z jego
oddziałem w Kedywie OW, liczącym około 20 ludzi. Józef R. Rybicki nazywał go
grupą „niemiecką” (Rybicki 2003, s. 131), w dokumentach Kedywu OW pojawia się
jako grupa „Lasso” (Kedyw 2009, s. 39, 49), według Henryka Witkowskiego (Witkowski
1984, s. 112) i Tomasza Strzembosza (Strzembosz 1983, s. 263) była to grupa ds.
likwidacji agentów Gestapo i Abwehry, albo referat dywersji osobowej, jak
określił ją w swoich zapiskach Zbigniew Lewandowski (Lewandowski 9.09.1974, s. 22).
Sam Jerzy Lewiński w sierpniu 1943 r. mówił o „Lassie” jako o referencie dywersji
osobowej (Oddziały 2010, s. 36).

Daty powstania grupy „Lassa” nie znamy. Na pewno istniała
jesienią 1942 r., kiedy Antoni Chruściel przekazał ją pod rozkazy Jerzego
Lewińskiego, konstruującego właśnie struktury Kedywu OW AK. Nie do końca jasna
pozostaje wcześniejsza rola Tabęckiego i jego ludzi. Według Tomasza Strzembosza
była ona tożsama z tą, jaką odgrywał w Kedywie. Zbigniew Lewandowski z kolei
stwierdzał, że „Lasso” znajdował się w grupie osłonowej „Montera”.

Pewne jest, że dużą część swojej konspiracyjnej
działalności Tabęcki związał z przyjacielem ojca. Czy było tak od samego
początku, trudno stwierdzić. W podziemiu znalazł się w maju 1940 r. Miesiąc
później w szeregi ZWZ wstąpił Chruściel. Kontakt z organizacją musiał jednak nawiązać
już wcześniej. Podjęcie decyzji, przygotowanie stanowiska, wprowadzenie w rolę z
pewnością zajęło trochę czasu. W związku z tym możemy podejrzewać, że Chruściel
przygotowując się do pracy w ZWZ, mógł zaproponować to również Tabęckiemu. To
oczywiście jedynie spekulacje. „Lasso” miał szansę na dziesiątki innych
sposobów przystąpić do podziemia. Wystarczyło spotkać kolegę z czasów szkolnych
albo znajomego z wojska, już działającego „dla sprawy”, i za jego namową
wstąpić do organizacji. Zastanawiać może moment, kiedy Tabęcki to zrobił, czy
może – dlaczego wcześniej tego nie zrobił. Może był ranny we wrześniu 1939 r.,
co uniemożliwiło mu podjęcie takiej decyzji? A może wolał poczekać na rozwój
wypadków? Albo też, co w początkowym okresie działalności organizacyjnej wielu
ludzi wydaje się dość częstym zjawiskiem – zaczął od zupełnie innej
organizacji, a z jakichś względów zniechęcony do niej, postanowił szukać dalej?
Po raz kolejny dostrzegamy, jak gigantycznych rozmiarów są białe plamy w
życiorysie Jerzego Tabęckiego.

W maju 1979 r. Rybicki przyznał Strzemboszowi, że
„Lasso” cieszył się pełnym zaufaniem Chruściela. Wiązało się to z jednej strony
z przyjacielskimi stosunkami łączącymi starego Tabęckiego i „Montera”, z
drugiej zaś z tym, że młody Tabęcki miał wyrobić późniejszemu komendantowi
Okręgu Warszawskiego AK fałszywą legitymację (Rybicki 22.05.1979, s. 2). Według
Rybickiego chodziło o kenkartę (Rybicki, Kummant, Witkowski 05.1973, s. 1).

Ta jedna informacja z relacji Rybickiego pozwala nam zgadywać,
że „Lasso” i „Monter” musieli wcześnie rozpocząć współpracę. Najpewniej
dotyczyła ona okresu przedorganizacyjnego późniejszego dowódcy Powstania
Warszawskiego. Chruściel po przegranej kampanii we wrześniu 1939 r., wbrew
zarządzeniom władz okupacyjnych, nie zarejestrował się jako oficer Wojska
Polskiego, w związku z czym musiał się ukrywać. Prawdopodobnie właśnie wtedy Tabęcki
przyszedł mu z pomocą. Po czerwcu 1940 r., kiedy „Monter” zajmował już
stanowisko szefa Wydziału III Komendy OW ZWZ, miał do dyspozycji aparat
legalizacyjny organizacji i trudno sobie wyobrazić, by musiał korzystać z usług
osoby prywatnej, choćby najbardziej zaufanej.

O szczególnie pozytywnym stosunku Chruściela do „Lassa”
przekonują nas znane nam relacje. Wspominałem już o tym, co mówił Rybicki.
Wersję tę potwierdzał również Lewandowski. Nie był jednak dowódca warszawskich
struktur ZWZ/AK jedynym, którego sympatię zdołał zaskarbić sobie Tabęcki.
Równie dobre zdanie, jeśli nie lepsze, miał o nim twórca i szef Kedywu OW AK
Jerzy Lewiński.

Urodzony 14 czerwca 1908 r. we wsi Mierzyce w powiecie
wieluńskim, syn Antoniego i Haliny z domu Dybek, już w 1926 r. związał swoją
przyszłość z wojskiem. Kolejno kończone kursy, sprawowane funkcje – był m.in.
kierownikiem WF w Centrum Wyszkolenia Saperów – a także udział w obronie
Warszawy we wrześniu 1939 r. – dostał się do niewoli, z której uciekł –
zaprowadziły go do wspominanego już Referatu „C” w Oddziale III Sztabu Komendy Głównej
SZP. Używając konspiracyjnego nazwiska Jerzy Reda w sierpniu 1940 r. objął
stanowisko dowódcy batalionu saperów m.st. Warszawy, a w czerwcu 1942 r. został
szefem Związku Odwetu OW AK.

To jego dziełem była m.in. akcja „Wieniec”,
przeprowadzona nocą 7/8 października 1942 r. Stanowiła ona jeden z ostatnich
akordów w historii warszawskiego ZO. W tym samym bowiem czasie Lewiński
konstruował już sztab Kedywu. Jedną z osób, które miały się w nim znaleźć,
prawdopodobnie z polecenia samego „Montera” (Lewandowski 9.09.1974, s. 22), był
„Lasso”.

Bohater

Przyglądając się opisom Tabęckiego, można odnieść
wrażenie, że był stereotypowym konspiratorem, pierwowzorem głównego bohatera
sensacyjnej opowieści o podziemiu. Przystojny, odważny, trochę bezczelny,
odrobinę beztroski, otoczony tajemnicą i pięknymi kobietami, a przy tym bogaty.

Zbigniew Lewandowski, który pozostawił nam
najdokładniejszy opis Tabęckiego, tym cenniejszy, że nie dysponujemy żadną jego
fotografią, wspominał, że „był [on] blondynem bardzo przystojnym, ubierał się w
tym czasie bardzo elegancko” (tamże). Co więcej, „był bezpośredni i dużo lubił
mówić o sobie”. Ludzie darzyli go sympatią, wystarczy wspomnieć „Montera” oraz
„Chuchrę”. „Szyna” pisał również, że widywał „go czasem na ulicy. Prawie zawsze
szedł w towarzystwie przystojnej i dobrze ubranej kobiety”, prawdopodobnie
żony.

Mieszkali w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 81. Na
jej zdjęciach wykonanych przed 1939 r. widzimy Warszawę w tym najpiękniejszym
wydaniu. Jest czysto, schludnie i elegancko. Rosną drzewa dające przyjemny cień
w słoneczne dni, po chodniku spacerują dobrze ubrani ludzie, na ulicy widać
samochody. Dzisiaj zachowała się jedynie część budynku. Najpierw spłonął w
czasie Powstania Warszawskiego, krótko po wojnie rozebrano do poziomu parteru
fasadę, a w połowie lat pięćdziesiątych w trakcie poszerzania ul.
Marszałkowskiej zburzono i tę jej pozostałość. Zachowała się dalsza część
kamienicy. Z zewnątrz smutna, w środku ze śladami dawnego luksusu, który przez
kilka lat otaczał Tabęckiego.

„Lasso” nie należał do osób mających problemy z gotówką,
z czego w podziemiu zdawano sobie sprawę. Z dokumentów organizacyjnych dowiadujemy
się, że posiadał zamożną rodzinę. Sam też podczas wojny dobrze zarabiał. W Kedywie
z racji swego stanowiska oraz zakresu obowiązków mógł liczyć na 1700 zł samej
podstawy, plus 600 zł dodatku rodzinnego (Kedyw 2006, s. 152). W okresie
jesienno-zimowym dodatkowo dostawał 1200 zł specjalnego dodatku węglowego (Kedyw
2009, s. 261). Łącznie otrzymywał więc nawet 3500 zł. Przy ówczesnych zarobkach
była to suma niebagatelna (pod koniec 1941 r. przeciętna pensja nauczycielska
wynosiła 300 zł, a w grudniu 1942 r. urzędnik mógł liczyć maksymalnie na 800 zł
miesięcznie – jeśli był mężczyzną i miał co najmniej 40 lat). Na tym jednak nie
kończył się jego dochód. W miejscu oficjalnego zatrudnienia zarabiał 700 zł. Według
Lewandowskiego była to bliżej nieokreślona „wyższa instytucja niemieckiej
administracji” (Lewandowski 9.09.1974, s. 22), co pasowałoby do rzekomego
posiadania przez niego papierów reichsdeutscha/baltendeutscha. Dzięki tej pracy
dysponował też przepustką umożliwiającą mu poruszanie się po ulicach miasta
nocą, a także korzystanie z lokali „Nur für Deutsche”, czym lubił się chwalić.

Cały ten zestaw, tj. znajomość języka, dobra sytuacja
finansowa, odpowiednie kontakty oraz papiery, sprawiał, że Tabęcki był wręcz
idealnym kandydatem na bohatera podziemia, co w pierwszych miesiącach
działalności Kedywu OW zdawało się regularnie znajdować potwierdzenie.

Już na początku 1943 r., w okresie kiedy Kedyw OW
jeszcze nie zdążył na dobre rozpocząć swojej działalności, Zbigniew
Lewandowski, zastępca „Chuchry”, pełniący jednocześnie funkcję szefa Biura
Badań Technicznych przy KG AK, wpadł na pomysł przesłania kilku wybranym
wysokim niemieckim urzędnikom małych bomb, wystarczających do tego, aby
definitywnie zakończyć ich pracę. Razem ze współpracownicami przygotował paczki
z bombami.

Żeby jednak trafiły bezpośrednio do adresatów, musiały
mieć odpowiednie urzędowe naklejki adresowe. „Lasso”, wykorzystując swoje
dojścia, zdobył odpowiednią ich liczbę (Lewandowski 9.09.1974, s. 16).
Wszystkie bomby, już zapakowane, odpowiednio oznaczył w mieszkaniu przy ul.
Zielnej, dokąd w zwyczajnej torbie, po wcześniejszej kontroli „Szyny”,
dostarczyła je Antonina Mijal „Tosia” z BBT. Kiedy wszystko było gotowe, razem
poszli na pobliski pl. Napoleona, gdzie w siedzibie Deutsche Post Osten nadali
przesyłki do urzędników w Warszawie i Krakowie. Choć bomby trafiły pod wskazane
adresy, to żaden z namierzonych oficjeli nie został nawet ranny. Po tym jak
trzy bomby eksplodowały w sekretariatach, zabijając kilku pracujących tam
Niemców, Gestapo, zaalarmowane tymi zajściami, namierzyło pozostałe paczki.

Kolejna istotna akcja z udziałem Tabęckiego jest
związana z Powstaniem w Getcie Warszawskim. Już 19 kwietnia, w dniu wybuchu
walk, oddział Kedywu OW próbował wysadzić mur getta w rejonie ul.
Świętojerskiej, Bonifraterskiej i Muranowskiej. Akcja zakończyła się
niepowodzeniem. „Monter” od razu wydał Lewińskiemu polecenie podjęcia kolejnej
próby wybicia dziury w murze. Rankiem 22 kwietnia, w Wielki Czwartek, w lokalu
przy al. 3 Maja zebrał się sztab Kedywu OW. Po krótkiej naradzie zdecydowano
się uderzyć na odcinku wzdłuż ul. Okopowej, pomiędzy ulicami Dzielną i Pawią.
Lewandowski wspominał: „Zniszczona miała być osadzona w murze, zamknięta już na
stałe, brama do getta. Stąd uciekinierzy mogli się ewakuować w kierunku
Cmentarza Żydowskiego, następnie Powązek i dalej za miasto do Puszczy
Kampinoskiej” (Lewandowski 1985, s. 77). Szybko jednak się okazało, że oddział
wyznaczony do zadania nie będzie w stanie go wykonać. Jak zwrócił mi uwagę
Dariusz Libionka, po nieudanym przebiegu akcji 19 kwietnia ludzie bali się udziału
w tej akcji.

Lewiński nie miał wyboru, musiał jeszcze przed godziną
policyjną w trybie awaryjnym zmontować nowy zespół. Nie mając dużego wyboru,
postanowił, że pójdzie razem z „Szyną”, a towarzyszyć im będzie Tabęcki oraz
sześciu ludzi z Oddziału Dywersji Bojowej „3” ze Śródmieścia, z „Ryżym” (N.N.)
i Cezarym Szemleyem-Ketlingiem „Cezarym” na czele. Wybór „Lassa” jest w pełni
zrozumiały. Zastanawia zaś udział „Ryżego” i „Cezarego”, znanego również jako
„Arpad”. Ten ostatni sprzedawał do getta broń służbową. I choć jego przełożeni
wtedy jeszcze nie wiedzieli o tym, prawdopodobnie orientowali się, że zna ten
teren i ma po drugiej stronie muru swoje kontakty.

23 kwietnia, w Wielki Piątek, o godzinie 11 uczestnicy
akcji spotkali się w ruinach przy popularnym Kercelaku.

Plan akcji przewidywał, że por. „Lasso” zlikwiduje posterunek na Okopowej, między Dzielną i Pawią. „Chuchro” z dwoma żołnierzami z ODB-Śródmieście, uzbrojonymi w steny miał ubezpieczać ul. Okopową w kierunku Cmentarza Żydowskiego oraz Pawią wzdłuż murów getta. Po strzale „Lasso” miałem, w towarzystwie minera i uzbrojonego w stena strzelca z ODB, ps. „Sęp” (NN), natrzeć na bramę od ul. Zegarmistrzowskiej, przez istniejącą od kilku miesięcy wyrwę w murach tzw. dużego getta (tamże).

Po zajęciu stanowisk „Lasso” zgodnie z założeniami
ruszył w stronę posterunku, gdzie miał napotkać zaledwie jednego strażnika. Podszedł
akurat w momencie, kiedy dokonywano zmiany warty. Nie zastanawiając się,
wyciągnął pistolet i zastrzelił obu Niemców. Dalej wypadki potoczyły się
błyskawicznie. Zaczęli się pojawiać kolejni strażnicy. Do akcji ruszyli „Szyna”
i „Chuchro” z resztą ludzi. Wtedy nadjechała „buda” z niemieckimi żandarmami.
Uczestnicy akcji nie mogli już myśleć o wykonaniu zadania – musieli się
ratować. Ruszyli biegiem wzdłuż ul. Okopowej w stronę Kercelaka. „Okopową cofał
się również »Lasso«, biegnąc tuż przede mną – pisał Lewandowski. – Wybiegając z
Zegarmistrzowskiej w Okopową, zobaczyłem, jak z bram domów po jej wschodniej
stronie wybiegają policjanci granatowi, próbując go zatrzymać. W pierwszego,
który zabiegł mu drogę, »Lasso« strzelił z pistoletu. Policjant upadł w tył, na
plecy. To powstrzymało nieco innych” (tamże, s. 78–79). Oddział wycofał się bez
strat.

Więcej szczegółów dotyczących postawy „Lasso” w akcji
znajdujemy w relacji spisanej przez „Szynę” w 1974 r.:

Wykazał wtedy wybitną odwagę, ogromny refleks i wielką zręczność w posługiwaniu się pistoletem. Zabił wtedy z najbliższej odległości dwóch niemców i „granatowego”. Ten ostatni zastąpił mu drogę z podniesionym pistoletem w ręku w chwili, gdy wycofywał się biegiem po załamaniu się zasadniczej akcji. „Lasso” trzymał w tym momencie prawą, uzbrojoną, rękę w kieszeni płaszcza. Zastrzelił „granatowego” w biegu, poprzez kieszeń własnego płaszcza, nie wyciągając z niej uzbrojonej ręki. Biegłem tuż za nim i mam tę scenę w swoich oczach jeszcze dzisiaj. Prawdopodobnie tym strzałem i mnie uratował życie.

Lewandowski nie był jedynym, który zawdzięczał tamtego
dnia życie Tabęckiemu. Drugą osobą był Lewiński. Józef R. Rybicki pisał po
wojnie, że to właśnie „w tym tkwiła słabość »Chuchry« do »Lasso«” (Rybicki 2003,
s. 134). Należy zauważyć, że opis akcji jest typowy dla powojennych relacji
żołnierzy dywersji. Dużo tu strzelania, ofiar po drugiej stronie – a żadnych po
własnej. I jest odpowiednia dramaturgia. Można mieć jednak wątpliwości, czy w
tak trudnej sytuacji oddział Lewińskiego wyszedłby z tego bez szwanku.

Przez pierwsze trzy miesiące działalności Kedywu OW
Jerzy Tabęcki mógł być uznawany przez zwierzchników za człowieka, bez którego
trudno wyobrazić sobie dalszą pracę. Odważny, z dużymi możliwościami, jakie
zapewniały mu praca, posiadane papiery i znakomita znajomość języka, zdobył
sobie zaufanie otoczenia. I wtedy pojawiła się pierwsza rysa na jego wizerunku.

Według raportów podziemia Hugo Dietz, kierownik
jednego z wydziałów Arbeitsamtu w Warszawie, odznaczał się zajadłą nienawiścią
wobec Polaków. Brał udział w likwidacji getta, organizował łapanki. Wydanie
rozkazu jego likwidacji było oczywiste. Przeprowadzenie akcji według Zbigniewa
Lewandowskiego zlecono ODB ze Śródmieścia, rozpoznanie zaś – Tabęckiemu. Po
latach „Szyna” wspominał: „13 kwietnia 1943 r. w godzinach popołudniowych »Lasso«
złożył nam w naszym lokalu konspiracyjnym przy ul. Zielnej meldunek:
zastrzeliłem dziś Dietza na ul. Rysiej. Meldunek ten natychmiast przekazano »Monterowi«”
(Lewandowski 9.09.1974, s. 23).

Po kilku dniach Chruściel wezwał „Chuchrę” i „Szynę”
do „lokalu konspiracyjnego przy ul. Filtrowej i zakomunikował” im, że w sprawie
likwidacji Dietza otrzymał dwa meldunki. Jeden od Tabęckiego i drugi, zgodnie z
którym akcję przeprowadził pięcioosobowy patrol Władysława Welweta „Misia” z
oddziału „Kosy” Kedywu KG AK. Doszło do konfrontacji, w której udział wzięli on
sam, Lewiński, Lewandowski, Welwet i Tabęcki. W trakcie spotkania „Miś” i
„Lasso” przedstawili swoje wersje wydarzeń. „Lasso” mówił, że w czasie sekcji
zwłok znaleziono w ciele sześć kul. Informację tę miał jakoby uzyskać od
Niemców, z którymi pracował w urzędzie.

Po wysłuchaniu relacji Chruściel uznał oba meldunki za
prawdziwe. W jego ocenie, jak wspominał Lewandowski, jeden Dietza postrzelił, a
drugi – dobił. Obaj otrzymali Krzyże Walecznych. „Szyna” jednak miał
wątpliwości co do opowieści Tabęckiego. Po wizji lokalnej uznał, że Tabęcki
stał zbyt daleko od Dietza, aby mógł go zabić z broni krótkiej. „Z takiej
odległości wyborowy strzelec mógł [go] tylko postrzelić”. A przecież „Lasso”
twierdził, że oddał aż sześć celnych strzałów. „Szyna” podzielił się swoimi
wątpliwościami m.in. z Lewińskim. Kilka dni później Tabęcki obydwu uratował
życie pod murami getta. Po tym Lewandowski już nie drążył tematu likwidacji
Dietza.

W całej sprawie zastanawia, dlaczego Chruściel
zdecydował się przyznać rację obu rzekomym wykonawcom wyroku. Wyjaśnienia są
dwa. Pierwsze – nie mając podstaw do podważenia którejkolwiek z wersji, nie
chciał ryzykować napięć. I drugie – „Monter” być może miał podejrzenia co do
Tabęckiego, ale prywatne sympatie, znajomość z jego ojcem, wdzięczność za pomoc
przy zdobyciu dokumentów przeważyły. W przypadku „Lassa” możemy jednak wskazać
jeszcze jedną historię, również opisaną przez Zbigniewa Lewandowskiego, w
której postawa Tabęckiego nie jest całkowicie jasna:

W jednym wypadku nie wykonał wyroku likwidacyjnego, zleconego przez odpowiednie władze AK, na pewnej parze konfidentów, mieszkającej w pobliżu Placu Zbawiciela. Wyjaśniał, że nie był w stanie tego zrobić, bowiem przed odczytaniem i wykonaniem wyroku zdążyli go przekonać (!), że są zupełnie niewinni. Konsekwencji z tego powodu w stosunku do „Lasso” nie wyciągnięto (tamże).

Nie wiemy, jaki był dokładny przebieg zdarzenia ani
kiedy dokładnie nastąpiło; na pewno stało się to przed wrześniem 1943 r., kiedy
to Lewandowski odszedł z pracy w Kedywie OW do Biura Badań Technicznych przy KG
AK, a więc jeszcze w momencie, kiedy Tabęcki cieszył się dużym zaufaniem góry,
z Lewińskim i Chruścielem na czele. Przez całą wiosnę i dużą część lata jego
pozycja zdawała się niezagrożona. Ale pod koniec sierpnia sytuacja znacząco się
zmieniła.

Akcja
na Czackiego

Latem 1943 r. warszawski Kedyw szykował się do jednej
z największych akcji w swojej historii – uderzenia na niemiecki Arbeitsamt przy
ul. Czackiego 14 w Warszawie. Jej celem było zniszczenie kopii wydawanych przez
urząd kart pracy. Ich istnienie sprawiało, że każdy posiadacz fałszywej arbeitskarty
mógł łatwo zostać zdemaskowany. A ponieważ w podziemiu często korzystano z
fałszywek, kopie oryginałów stwarzały zagrożenie dla całej organizacji.

Pierwszą próbę dostania się do budynku przy ul.
Czackiego podjęto w piątek 13 sierpnia, jednak ze względu na wizytę delegacji z
Berlina zespół wyznaczony do zadania nie zdołał dostać się do środka. W związku
z tym akcję przełożono na czwartek 26 sierpnia, zmieniając także jej plan:

Po ponownym przeprowadzeniu rozpoznania i obserwacji stwierdzono, że w obecnych warunkach najlepszą godziną do wykonania akcji będzie godzina ranna, tj. w tym czasie, kiedy dozorca otwiera bramę. Rozpoczęcie akcji ustalono na godzinę 6.20. Sytuacja na ulicy Czackiego w tym czasie: ruch uliczny znikomy, 2 policjantów granatowych pilnuje narożnego banku KKO, dozorca urzędu otwiera bramę, na wartowni Sonderdienstu czynności powinne i przygotowania do objęcia służby (Oddział 2007, s. 39).

Aby nie zwracać na siebie nadmiernej uwagi,
postanowiono, że uczestnicy nie będą podjeżdżali samochodami, lecz dotrą na
miejsce pieszo, po czym część z nich utworzy przed wejściem do Arbeitsamtu
kolejkę, w której znajdą się również kobiety. Reszta będzie rozstawiona po
okolicy, zabezpieczając kierunki, z których mogłyby nadejść ewentualnie
dodatkowe siły wroga. Po otwarciu bramy do siedziby Arbeitsamtu miała szybko
wkroczyć ekipa uderzeniowa, mająca sterroryzować ochronę, a następnie
przystąpić do niszczenia wskazanych dokumentów. Do tego celu przeznaczono 90 kg
szedytu w paczkach każda po 15 kg, 20 litrów smarów, 20 litrów benzyny, 12
butelek zapalających, cztery termity z zapalnikami czasowymi, trzy świece
gazowe i jedną minę z opóźnieniem dziesięciominutowym. To, co najważniejsze,
czyli szedyt, miał być dowieziony w ostatniej chwili samochodem, którym na
miejsce akcji miał przyjechać sam Jerzy Tabęcki.

Krótko po 6.00 zaczęli się ustawiać na swoich
pozycjach. W złożonym 28 sierpnia sprawozdaniu z przebiegu wydarzeń Zbigniew
Czajkowski „Olek” pisał:

Dn. 26 VIII 43 o godz. 6.15 dołączyłem do kolejki, utworzonej przy Dyr. Pol. Niem. na ul. Czackiego. Przy sąsiedniej bramie w kierunku Traugutta stało osobowe zielone auto policyjne. W kilka minut po moim przybyciu z bramy domu, przed którym stało auto, 4 gest[apowców] (3 umundurowanych, 1 w ubraniu cywilnym), wszyscy z pist[oletami] automat[ycznymi], wyprowadziło 2 kobiety. Po wsadzeniu ich do auta 2 gest[apowców] pojechało z nimi, a 2 pozostało przy bramie. W chwilę po ich odjeździe nadjechał nasz samochód ciężarowy z materiałem, zatrzymał się koło nas, wysiadł z niego szofer i spytał, od której są czynne biura. Następnie odjechał w kierunku Sto-Krzyskiej [Świętokrzyskiej] i wjechał w ślepą uliczkę na wprost B[an]ku Francusko-Polskiego. Około 6.30 przez ul. Czackiego w kierunku do Traugutta przejechał drugi mały samochód ciężarowy, który na znak dany ręką przez Leona nie zatrzymał się, lecz wjechał w ul. Traugutta. Ponieważ obaj gest[apowcy] stali ciągle przy bramie, Leon zdecydował, aby podeszło do nich 4 z nas i unieszkodliwiło ich. W momencie kiedy mieliśmy to wykonać, z ul. Sto-Krzyskiej [Świętokrzyskiej] wyjechało wspomniane wyżej auto pol[icyjne] i zabrało ich, odjeżdżając w kierunku Traugutta i Krak[owskiego] Przedm[ieścia]. Oczekiwaliśmy teraz na przybycie auta, które odjechało, nie zatrzymując się koło nas. W 3–4 min po odjeździe auta pol[icyjnego] usłyszałem u wylotu Czackiego i Sto-Krzyskiej [Świętokrzyskiej] kilka pojedynczych strzałów i zauważyłem auto pol[icyjne] stojące tam oraz człowieka leżącego na ziemi. Na rozkaz Leona „uciekać” pobiegliśmy z pistoletami w ręku do Traugutta, a następnie część w kierunku Krak[owskiego] Przedm[teścia], część zaś do Mazowieckiej (tamże, s. 43–44).

Akcja zakończyła się porażką. Jeszcze zanim na dobre
się zaczęła, stojący na ulicy kedywiacy zostali zaatakowani przez gestapowców.
W trakcie krótkiej strzelaniny zginęło dwóch żołnierzy, Jerzy Trószyński
„Onufry” oraz Zbigniew Art „Roman”. Ciała obu Niemcy przetransportowali do
prosektorium przy ul. Oczki, skąd zostały wykradzione przez kolegów i pochowane
na Cmentarzu Bródnowskim pod fałszywymi nazwiskami Zbigniew Kraft i Henryk
Montwił.

Jednocześnie z zabiegami o godne pożegnanie obu poległych
rozpoczęto jednocześnie śledztwo mające ustalić przebieg wypadków na ul.
Czackiego. W ciągu kilku dni zebrano co najmniej piętnaście raportów. Po dwa
złożyli dowódca akcji Leon Tarajkowicz „Gryf”, a także Stanisław Sosabowski
„Stasinek” i dwaj jego żołnierze z grupy żoliborskiej, Zbigniew Siennicki „Bor”
i Leon Zubrzycki „Lech”. Po jednym przygotowali: „Pyz” (N.N.), Włodzimierz
Denkowski „Kostek”, „Zygmunt” (N.N.), Antoni Wojciechowski „Antek II”, Zdzisław
Czajkowski oraz „wypożyczeni” z batalionu „Zośka” Edward Kuźmiński „Heniek” i
Wiesław Krajewski „Sem”.

Lektura tych zapisków pozwala na wskazanie kilku
elementów wspólnych. Pierwszy – wszyscy na swoich stanowiskach pojawili się
krótko po 6.00. Sosabowski, Czajkowski i Siennicki zgodnie wymieniają 6.15 jako
moment, kiedy zajęli pozycje. Denkowski pojawił się jeszcze wcześniej. Po kilku
minutach w okolicy znalazło się jeszcze więcej osób, wśród nich m.in. Zubrzycki
oraz Tarajkowicz.

Punkt drugi – Niemcy wychodzący z domu pod numerem 16,
wsiadający z dwiema kobietami i mężczyzną do samochodu i odjeżdżający – nie
licząc dwóch, którzy zostali na ulicy. Tuż obok kolejki, która ustawiła się
przed Arbeitsamtem. „Gryf” w swoim raporcie podawał: „godz. 6.25 Nadjeżdża
samochód polic[yjny] od ul. Świętokrz[yskiej] i zatrzymuje się pod [nr.] 16.
Dwóch gestap[owców] wsiada do samochodu. W tym samym czasie nadjeżdża nasz
samochód z gr[upy] terroryzującej, ale widząc nowo wytworzoną sytuację,
niepomyślną do rozpoczęcia akcji, przejeżdża dalej i skręca w Traugutta. Po chwili
gestapowcy odjeżdżają w kier[unku] Traug[utta] do Mazowieckiej” (tamże, s. 61).

Samochód z grupy terroryzującej to następny fragment
układanki. Jechał nim najprawdopodobniej „Lasso”. Opis, jak krąży powoli po
ulicy, pojawia się w czterech relacjach. Według nich miało w nim się znajdować
trzech ludzi. Zdaniem „Pyza” przejechał ul. Czackiego trzy razy: „Zorientowałem
się, że to auto patroluje czworobok zamknięty ulicami: Świętokrzyską,
Czackiego, Traugutta, Mazowiecką” (tamże, s. 53). W końcu pojawił się za nim opel-kapitan.
Po wyminięciu go zatrzymał się. Chwilę później padły pierwsze strzały.

Tutaj dochodzimy do punktu czwartego – oczekiwanie na
początek akcji. Pierwsi jej uczestnicy na swoich pozycjach pojawili się o 6.10–6.15.
Do starcia doszło około 6.30, 15–20 minut później. Zaledwie pięć minut od
momentu, kiedy opel-admirał zabrał dwóch gestapowców sprzed wejścia do domu nr
16. Ci przez blisko dziesięć minut obserwowali, jak na niedużej ulicy gromadzi
się tłum młodych ludzi. W tej sytuacji mogło dojść do zdekonspirowania akcji.
Potwierdzają to słowa Siennickiego: „Onufry był zaniepokojony i powiedział do
mnie, że akcja powinna być już rozpoczęta” (tamże, s. 47).

O tym, że zwracali na siebie uwagę, pisał też
Lewandowski, który choć był nieobecny na miejscu, zapoznał się z relacjami
uczestników wydarzeń: „Zachowanie się »Onufrego« z grupy »Andrzeja« było
wyjątkowo prowokacyjne i zwracające powszechną uwagę na pustej o tej wczesnej
godzinie ulicy Czackiego” (Lewandowski 8.09.1974, s. 20). Jednak w powojennych
opisach wydarzeń winny dramatu staje się jeden człowiek – „Lasso”.

Tego samego dnia Lewandowski oraz Lewiński w bezpośredniej
rozmowie zarzucili mu tchórzostwo. W odpowiedzi pokazał im świeżą ranę, mówiąc,
że został ranny pół godziny po akcji, kiedy wrócił na miejsce akcji i zaczął
strzelać do Niemców. Problem w tym, że do żadnej wymiany ognia nie doszło, co
potwierdzają zeznania Zubrzyckiego i Tarajkowicza. Ale „Lasso” rzeczywiście był
ranny. „Chuchro” i „Szyna” wysłali go do szpitala, gdzie miał zostać opatrzony
przez zaufanego lekarza. W tym miejscu relacje, jakimi dysponujemy, rozmijają
się. Sosabowski w latach siedemdziesiątych w liście do Rybickiego pisał, że to
on zajmował się Tabęckim. Przyjrzyjmy się jego wersji:

Przyjechał dorożką w towarzystwie drugiego kolegi. Portier wywołał mnie do holu na parterze. Dowiedziałem się, że Lasso jest ranny. Brali udział w akcji ulicznej. Akcja, której szczegółów nie znam, nie udała się, oddział poszedł w rozsypkę. Na szczęście poza Lassem, który dołączył na melinę, osobno [?] nie było żadnych ofiar (Sosabowski 11.12.1974, s. 1).

Fragment zastanawiający – Sosabowski, który brał
udział w akcji na ulicy Czackiego i doskonale wiedział, że „Lasso” również tam
był, nagle opisuje całość tak, jakby nie miał żadnej wiedzy na temat
okoliczności wydarzeń. Ale czytajmy dalej:

Po rozmowie z mym szefem dr. Piotrowskim zabrałem L. na górę, na salę opatrunkową. Czuł się dobrze, szedł bez pomocy, a poza tym, że był trochę blady, nie było żadnych innych objawów. Powiedział nam, że został ranny w bok z pistoletu maszynowego, [jednak] ani na marynarce, ani na koszuli nie było śladu krwi ani uszkodzenia przez pocisk. Tłumaczył się, że na melinie zmienił koszulę i marynarkę, co mi się wydawało możliwe. Sama rana to dość ciekawy wypadek. Rana styczna z wlotem i wylotem po lewej stronie pomiędzy kością biodrową a ostatnim żebrem. Krwawienia nie było żadnego. Kula przeszła tylko przez skórę i tkankę tłuszczową podskórną. Co więcej z przodu, gdzie był wlot (bo otwór był mniejszy), naokoło wlotu była czarna obwódka, czarny pierścień z niespalonego prochu. Tego rodzaju obwódka jest typowa, gdy lufa broni palnej jest przyłożona bardzo blisko gołej skóry. Gdybym nie znał Lasso, to bym wtedy powiedział, że dwoma palcami lewej ręki odciągnął skórę, przyłożył prawą ręką pistolet do fałdu i sam się przestrzelił. Gdy się później zastanawiałem nad tą sprawą i dyskutowałem ją z mym starszym kolegą dr. Piotrowskim, którego znałem jeszcze ze szpitala Ujazdowskiego, doszliśmy do wniosku, że była to jedyna możliwość. Nawet sam kanał kuli nie szedł prosto, tylko krzywą. To znaczy gdyby przeprowadzić linię prostą od wlotu do wylotu, to pocisk by przeszedł przez jamę brzuszną i jelito grube (tamże, s. 1–2).

W porównaniu z początkiem relacji, gdy „Stasinek”
wyraźnie miał problem z przypomnieniem sobie przebiegu wypadków, druga część
opisu jest zadziwiająco dokładna – i zapewne zgodna z prawdą. W akcie
oskarżenia Tabęckiego, przedłożonym Wojskowemu Sądowi Specjalnemu już po jego
śmierci, znajduje się informacja potwierdzająca wspomnienie Sosabowskiego.
Zgodnie z nią strzał, w którego wyniku „Lasso” został ranny, oddano z
odległości nie większej niż 50 centymetrów, podczas gdy sam ranny twierdził w
rozmowie z Lewińskim, że było to 6–7 metrów (Kedyw 2009, s. 198).

„Lasso” więc prawdopodobnie kłamał i sam do siebie strzelił. Nie wiadomo tylko po co. O ile więc jego zachowanie rzeczywiście należy uznać za dziwne, o tyle trudno zgodzić się z zarzutem tchórzostwa. W momencie kiedy gestapowcy otworzyli ogień do „Onufrego”, w ciągu kilku sekund z miejsca wydarzeń zaczęli uciekać wszyscy uczestnicy akcji, co zaznaczali w zeznaniach. Ich lektura skłania do stwierdzenia, że w sytuacji gdy prawdopodobnie poza Zbigniewem Artem nikt nie podjął walki, jedyną osobą, której wytknięto tchórzostwo, został Tabęcki. Najwcześniejszym znanym źródłem informującym nas o tym zarzucie jest akt oskarżenia „Lassa” napisany po 15 kwietnia 1944 r. Być może więc cała historia została rozbudowana po czasie, aby wzmocnić przekonanie o zdradzie, jakiej miał dopuścić się „Lasso”.

Rybicki notował po latach, że rozmawiali z Lewińskim,
co zrobić. W końcu „»Chuchro« przyrzekł usuwać [Tabęckiego] stopniowo z akcji,
powoli zrywać z nim łączność oddziałową” (Rybicki 2003, s. 134). „Lassu”
powiedzieli, że z uwagi na jego stan zdrowia na jakiś czas muszą odsunąć go od
pracy. Czas jego rekonwalescencji chcieli wykorzystać, by uważniej mu się przyjrzeć.

Lewiński,
pieniądze i bandyci

Sytuacja zdawała się wyciszać, gdy w Kedywie OW nagle
doszło do wstrząsu. Na początku listopada 1943 r. aresztowany został „Chuchro”.
Według relacji Franciszki Parońskiej, której mąż znał się z Lewińskim z pracy w
Kedywie, wpadł, gdy szedł do mieszkania swojej narzeczonej na ul. Polnej 50.
Niemcy akurat urządzili w domu kocioł. Lewiński próbował uciekać, ale dopadli
go i pobili. Trafił na Szucha i zapewne na Pawiak.

Gdy tylko wiadomość o jego zniknięciu dotarła do
„Montera”, zaczęto szukać możliwości ratunku. Jako pierwszy do pomocy zgłosił
się Tabęcki. Jego plan był prosty. Korzystając ze swoich kontaktów i tego, że
Niemcy nie wiedzieli jeszcze, kim jest Lewiński, chciał wykupić go za 100 tys.
zł. „Monter” dał mu pieniądze. Dni mijały, a „Chuchro” ciągle pozostawał w
więzieniu. „Lasso” tłumaczył Chruścielowi i Rybickiemu, że potrzebuje czasu, że
to nie jest proste. Nie wiemy, czy Tabęcki podejmował jakiekolwiek próby. O
tym, że takie były, wiemy z relacji Parońskiej, która podkreśla, że gdy osoba
prowadząca z Niemcami negocjacje zgodziła się na podwyższenie ceny podanej
przez nich pierwotnie, ci zorientowali się, iż mają do czynienia z kimś
istotnym. Rozpoczęły się przesłuchania połączone z nieustannym biciem.
Lewińskiemu udało się wysłać gryps, w którym informował, że Gestapo nie
wyciągnęło z niego żadnych informacji. O tym, że do końca milczał, świadczy to,
iż Niemcy nie poznali nawet jego prawdziwej tożsamości. Rozstrzelali go w
ulicznej egzekucji 24 listopada, jako Jerzego Redę.

Zanim do tego doszło, Tabęcki szukał sposobu na
zmazanie swojej sierpniowej wpadki. Tak długo prosił „Andrzeja” o możliwość
rehabilitacji, że ten dał mu najpierw jeden wyrok do wykonania, a potem całą
ich listę. „Lasso” żadnego z nich nie mógł jednak wykonać. Rybicki rozumiał, że
nie zawsze akcję da się przeprowadzić z dnia na dzień. Nie winił go za to.
Jakby chcąc dać mu jeszcze jedną szansę, a może go sprawdzić, zlecił mu kolejną
akcję.

Chodziło o likwidację Mariana Szweda, funkcjonariusza
polskiego Kripo. W raporcie podziemia pisano, że „jego zbytnia »gorliwość« i
służalstwo w stosunku do Niemców przechodzi wszelkie granice. Jest on głośnym i
znanym już i w całym mieście znienawidzonym szantażystą”. Tabęcki zabrał się do
pracy. Po kilku dniach przyszedł jednak do Rybickiego i oznajmił, że nie
wykonał wyroku. Był blisko, czekał już na Szweda w restauracji wskazanej mu
przez Leona Millera, również funkcjonariusza polskiego Kripo. Szwed przyszedł,
ale zanim „Lasso” cokolwiek zrobił, tamten położył na stole przed nim dwa
pistolety i rozpoczął swoją „spowiedź”. Tabęcki mu uwierzył. Teraz domagał się
od Rybickiego rozmowy z Chruścielem. „Andrzej” odmówił, prosząc o raport na
piśmie.

Minęło kilka dni. Tabęcki pokazał się z raportem. Nie
jednym, a dwoma. W pierwszym, poświęconym Szwedowi, pisał m.in., że tamten
tłumaczył, iż „zło, które uczynił, było wynikiem złego wykorzystania jego sił i
energii na skutek braku kontaktu z czynnikami miarodajnymi” (Kedyw 2009, s. 196).
Dalej prosił o możliwość przedstawienia jego sprawy górze i danie mu szansy
udowodnienia, że jest „dobrym Polakiem”.

Drugi raport dotyczył niejakiego „Ryżego”, żołnierza
Kedywu OW, skazanego na śmierć przez podziemny sąd za bandytyzm. To była sprawa
sprzed kilku miesięcy. „Ryży” (N.N.) oraz Cezary Szemley-Ketling „Arpad” do
Kedywu OW trafili krótko przed akcją pod murami getta. Nie przyszli jednak do
„Chuchry” sami, ale z gotowym oddziałem dywersyjnym, który „Ryży” zaczął
formować jesienią 1942 r., a w którym główną siłę uderzeniową stanowił blisko
30-osobowy pluton „Arpada”. Bardzo szybko się okazało, że za ich działalnością organizacyjną
stoi nie tylko chęć walki z okupantem.

W sobotę 7 sierpnia 1943 r. do ppłk. Konstantego
Kułagowskiego „Reżysera”, komendanta Obwodu AK Śródmieście, wpłynęło
oświadczenie „Ryżego” w sprawie odsunięcia przez niego „Arpada” od pracy w
związku z jego bandycką działalnością, obejmującą m.in. zabicie czterech osób,
na których nie było wyroków wydanych przez władze podziemia. „Na zapytanie,
dlaczego te rzeczy robi, odpowiedział, że ma swoje plany, swoją ideologię, zaś
wyroki powyższe wykonał dla jego wiadomych przyczyn” (Kedyw 2010, s. 33).
„Ryży” zarzucał swemu podwładnemu dokonywanie napadów rabunkowych, odmowę
wykonania rozkazów oraz przywłaszczenie sobie siedmiu pistoletów należących do
oddziału. Wedle pisma „Ryżego” stał się on celem przynajmniej jednego zamachu dokonanego
przez grupę „Arpada”.

Wobec tak poważnych zarzutów rozpoczęto śledztwo, w
trakcie którego przesłuchano m.in. Lewińskiego. I to akurat 26 sierpnia 1943
r., w dniu akcji na Czackiego. W wersji, jaką przedstawił „Chuchro”, głównym
winnym był „Arpad”. Z protokołu przesłuchania dowiadujemy się, że Tabęcki
również znajdował się w kręgu zainteresowania komisji badającej sprawę.
Lewiński jednak zarówno jego, jak i „Ryżego” wziął w obronę. Sprawa toczyła się
później jeszcze kilka miesięcy, aż w końcu w akcie oskarżenia przeciwko
„Arpadowi” i „Ryżemu” z 9 grudnia 1943 r. prokurator w podsumowaniu napisał, że
„wina obydwu oskarżonych nie budzi wątpliwości […]. Zresztą sami w
wyjaśnieniach swych obciążają się wzajemnie. Zarówno »Ryżego«, jak i »Janusza«
[Arpada] z całym naciskiem scharakteryzować należy, że są to już, niestety,
zawodowi bandyci i mordercy. Szybka ich likwidacja jest wskazana” (Obwodowe 2010,
s. 42).

Przez następne miesiące obaj skutecznie uciekali przed
wyrokiem. Szemley-Ketling nawet przeżył wojnę. „Ryży” pod koniec marca 1944 r.
przekazał Tabęckiemu pismo do „Montera”. Tłumaczył w nim, że wszystko, o co go
obwiniano, to wina „Arpada”. Prosił jednocześnie o ponowne zbadanie sprawy, anulowanie
wyroku oraz przyjęcie do służby.

Rybicki, widząc Tabęckiego w takim towarzystwie, miał
coraz mniejsze wątpliwości co do niego. „Lasso” już nie tylko był zamieszany w
niewyjaśnioną akcję na Czackiego, lecz także otwarcie przyznawał się do
utrzymywania kontaktów z ludźmi, na których podziemie wydało wyroki. Sam miał
jeden z nich wykonać. „Monter” jednak ciągle nie był pewien, co zrobić. Być może
nie dostrzegał jeszcze niczego niepokojącego, a może nie potrafił dopuścić do
siebie myśli, że syn jego przyjaciela robi coś złego. Rozkazał tylko odsunąć go
od sprawy Szweda oraz zlikwidować „Ryżego”. Wtedy Niemcy aresztowali „Lasso”.

Finał

Informację o tym dostarczyła żona Tabęckiego,
wykorzystując – jak podawał „Andrzej” – swojego brata, który pracował w jednym
z oddziałów dywersji. O wątpliwej postawie szwagra podobno nic nie wiedział. Rybicki
po latach zanotował: „Dowiadujemy się via
wywiad »Montera«, że rzeczywiście »Lasso« aresztowany wraz z bronią. Cały mój
stosunek do niego ulega jakby jakiemuś wahaniu”. Nie rozumiał, czy to przypadek, czy może jakiś nowy jego pomysł.
A może faktycznie niesłusznie go podejrzewał? Jak zwrócił mi uwagę Dariusz
Libionka, do dzisiaj niejasne pozostaje, czy Tabęckiego aresztowało Gestapo,
czy polskie Kripo. Za tym drugim rozwiązaniem przemawia dalszy rozwój wypadków.

Od tego momentu historia nabrała szalonego tempa. Najpierw
„Ryży” i Szwed odnaleźli Rybickiego. Powiedzieli mu, że robią wszystko, co
tylko możliwe, aby uwolnić Tabęckiego. Sytuacja była absurdalna. Dwóch ludzi
skazanych przez AK na śmierć tłumaczy oficerowi AK, że lada moment wyciągną z
rąk Gestapo innego oficera AK. I to takiego, przy którym znaleziono broń i
listę gestapowców do likwidacji, co normalnie nie dawałoby żadnych szans na
ratunek. „Dziękuję krótko Szwedowi, a ten pyta, czy będę pamiętał o jego
sprawie, czy może się już swobodnie poruszać, bez obawy likwidacji. Odpowiadam krótko,
że nie mam jeszcze odpowiedzi mojej Komendy. Żegnam się z nimi”. Zaskoczeń ciąg
dalszy. Już następnego dnia „Andrzej” dostał wiadomość, że „Lasso” jest na
wolności. Chciał się spotkać. Rybicki przeczuwał, że to podstęp, ale nie miał
wyjścia. Musiał to doprowadzić do końca. Rozumiejąc, że historia może się różnie
zakończyć, nie chciał narażać swoich najbliższych współpracowników. Odciął się
więc od nich, skupiając całą swoją uwagę na tej jednej sprawie.

Spotkali się na rogu Al. Jerozolimskich i ul. Kruczej.
Tabęcki, razem ze Szwedem i „Ryżym”, podjechał samochodem – z numerami rejestracyjnymi
Kripo. Na głowie miał bandaż. Rzekomo ślad po pobiciu na Szucha. Zapytany, po
co mu takie towarzystwo, odparł, że się boi, iż AK go zlikwiduje. A jak
wyszedł? Wmówił Niemcom, że jest z NSZ. W trakcie rozmowy zaczął ciągnąć
swojego szefa w stronę samochodu. Mówił, że pojadą za miasto, tam spokojnie
wszystko omówią.

Odpowiedziałem, że niech mnie nie ciągnie, bo obawiając się zasadzki gestapo przy widzeniu się z nim, przyszedłem z obstawą i powiedziałem mu o wydanym rozkazie strzelania do nas jako całości. Podziałało natychmiast; „Lasso” zły puścił mnie i chodząc, zaczęliśmy rozmawiać o Szwedzie, który przyłączył się teraz do nas, a przedtem stał na uboczu z „Ryżym”. Szwed „błaga” wprost, bym go przyjął do organizacji. Odpowiadam, że jeszcze nie mam odpowiedzi na raport „Lasso”, lecz spodziewam się, że będę miał ją w najbliższych dniach i wówczas powiadomię (Rybicki 2003, s. 141).

W czasie rozmowy „Andrzej” wpadł na pomysł spotkania z
nimi raz jeszcze w pełnym gronie. Nie po to, żeby rozmawiać, ale złapać ich,
przesłuchać – i zabić. Zaproponował, że kiedy uzyska odpowiedź od góry, odezwie
się i ustalą szczegóły. „Lasso” podał mu numer telefonu do swojej matki i rozeszli
się. Rybicki od razu ruszył do „Montera”. Teraz nie mógł odpuścić, musiał
uzyskać zgodę na likwidację. Tabęcki z całą swoją wiedzą i podejrzanymi
kontaktami stał się zagrożeniem. Chruściel też to zrozumiał. Bez sądu – jako
komendant okręgu miał taką możliwość – wydał na „Lasso” wyrok śmierci.

„Andrzej” błyskawicznie zaczął szykować akcję. Plan
był prosty. Mieli zwabić Tabęckiego, Szweda i „Ryżego” na Żoliborz, w rejon pl.
Wilsona, do jednej z willi. Tam chcieli ich obezwładnić i przed wykonaniem
wyroku przesłuchać, aby dowiedzieć się, co stało za całą sprawą. Czy chodziło
jedynie o działalność bandycką, czy może o coś poważniejszego – współpracę z
Niemcami.

Nadszedł dzień akcji, 15 kwietnia 1944 r. Piękna
słoneczna pogoda, ciepło. Wszystko miało się zacząć o 17. Ludzie poinstruowani,
każdy znał swoje zadanie. Rybicki na miejsce przyjechał dwie godziny wcześniej.
Chciał sprawdzić, czy wszystko jest gotowe. Okazało się, że pojawił się poważny
problem. Jedna z grup biorących udział w akcji miała opanować dom należący do
volksdeutschów. To w nim zamierzano wykonać wyrok. Pech chciał, że odbywało się
tam przyjęcie. Wybrali więc inny lokal – szkołę. „Andrzej”, wściekły, nakazał
opuszczenie budynku. Nie chciał narażać Polaków na represje. Zamiast tego
wybrał rejon ulic Dziennikarskiej i Sułkowskiego. Mało uczęszczany, odsunięty
od pl. Wilsona, gwarantujący odrobinę spokoju.

Teraz już tylko sprawność wykonawców decydowała o wyniku
sprawy. O 17 Rybicki spotkał się na przystanku z Tabęckim, Szwedem, „Ryżym” i
Leonem Millerem. Ostatniego miało nie być, ale skoro już się pojawił, to nie
mógł wyjść z tego cało. Ruszyli. Krok za krokiem zbliżali się na miejsce. Zeszli
z pl. Wilsona. Byli już coraz bliżej. „Andrzej” niósł pod pachą gazetę. Sygnał
dla reszty, żeby do niego nie strzelali. W końcu mało który z szeregowych
żołnierzy AK wiedział, jak wygląda jego dowódca. Jeszcze kilka kroków. Naprzeciwko
Rybickiego szło dwóch mężczyzn. Jeden z nich, Stanisław Sosabowski, napisze po
latach:

Pierwsza para Andrzej razem z młodym blondynem, znałem go jako Lasso. Tuż za nimi trzech innych ludzi. Wysoki brunet bez kapelusza szedł tuż za Lassem. Z odległości jakichś 30 metrów Lasso i Andrzej poznali mnie, zaczęli machać do mnie przyjaźnie, witając się. Trójka idąca z tyłu nie wykazywała specjalnego zaniepokojenia. […] Było ciepło, byłem tylko w koszuli. Lekka wiatrówka była przerzucona przez moje prawe przedramię. Antek miał ręce z tyłu za sobą. To jego ulubiona pozycja. Na dwa metry przed Lassem strzepnąłem trochę wiatrówką, odsłaniając lufę pistoletu, i strzeliłem wprost w okolice serca (Sosabowski 8.08.1974, s. 2–3).

Pierwszy padł Tabęcki, po nim „Ryży” i Miller. Tylko
Szwed zerwał się do ucieczki. Ostrzeliwał się z dwóch rewolwerów. Huk strzałów
wypełnił ulicę. Prawie dobiegł do rogu. „Andrzej” krzyczał, żeby go zabili. Nie
mógł im uciec. W końcu i jego dosięgnęły kule jednego z wykonawców. Zapadła
cisza. W ciągu kilku minut ciała wrzucono na ciężarówkę, którą wywieziono je za
miasto. Gdzieś na polanie, w jakimś lesie, wszystkie cztery wrzucono do
nieoznakowanego dołu.

Pytania

Zanim jednak pochowano zabitych, podczas obdukcji
lekarskiej rana głowy Tabęckiego okazała się mistyfikacją. Nie były nią za to
znalezione przy nim pozwolenie na broń i papiery baltendeutscha (albo
volksdeutscha, tutaj pojawiają się różne wersje). Tomasz Strzembosz podawał
nawet, że według jednego z raportów wywiadu istniało zdjęcie, na którym „Lasso”
znajdował się w towarzystwie kilku niemieckich oficerów. Wydawałoby się więc,
że rzecz jest oczywista – zdrada. Z takimi dowodami trudno bowiem dyskutować. Dlaczego
jednak nikogo nie wydał? Nawet po jego śmierci w Kedywie OW nie doszło do
żadnego aresztowania. A przecież ze swoimi znajomościami i dojściami mógł
„Lasso” wydać Niemcom całe kierownictwo Kedywu OW, a może nawet i samego
„Montera”. Istnieje też możliwość, że chcąc być stale przydatnym dla Niemców,
nie powiedział im wszystkiego, co wiedział. Być może liczył na to, że jeśli sam
przyprowadzi szefa warszawskiej dywersji, nagroda będzie o wiele większa, niż
gdyby „tylko” podał adresy jego lokali.

Także w kilkustronicowym akcie oskarżenia „Lassa”,
sporządzonym już po jego śmierci, sprawa współpracy z Niemcami została
podsumowana informacją, że ten wątek rozpracowuje kontrwywiad (Kedyw 2009, s. 200).
W piśmie tym Tabęckiego oskarżano o: tchórzostwo i samowolne opuszczenie
miejsca akcji w dniu 26 sierpnia; wyjawienie „Ryżemu” i Szwedowi, że są na nich
wydane wyroki śmierci, i wciągnięcie ich do pracy organizacyjnej; zobowiązanie
się do pełnienia funkcji konfidencjonalnych w Gestapo; przyprowadzenie na
spotkanie z „Andrzejem” obcych, tj. „Ryżego” i Szweda; cały szereg kłamstw,
które miały stworzyć mu odpowiednią legendę w konspiracji.

Dwa z tych trzech oskarżeń, tj. o zobowiązanie się do
współpracy z Niemcami oraz tchórzostwo podczas akcji na Czackiego, wydają się
niepotwierdzone. Brakuje twardych dowodów na jego związki z Gestapo. Z kolei
wątek ucieczki rankiem 26 sierpnia z ul. Czackiego już opisałem, pokazując, że
wobec większości uczestników tamtej akcji można by użyć podobnego zarzutu.

O wiele bardziej obciążająca oprócz pozwolenia na broń
i sfingowanego aresztowania wydaje się sprawa uwalniania „Chuchry”. Jak
pamiętamy, otrzymał na to od „Montera” 100 tys. zł. Lewińskiego nie uratował,
ale pieniędzy też nie zwrócił. Tutaj na scenie pojawia się małżeństwo Maria i
Wincenty Kułakowscy, znani z tego, że za pieniądze obiecywali pomoc w uwolnieniu
z rąk Niemców różnych osób. Tabęcki również skorzystał z ich usług. Ponieważ od
niego już nie można było się niczego dowiedzieć, należało przesłuchać
Kułakowskich. W niedzielę 6 maja 1944 r. do ich mieszkania przy ul. Śniadeckich
wpadł oddział dowodzony przez Stanisława Sosabowskiego (Sosabowski 5.12.1974, s.
1–3). Opanowali lokal, do którego po chwili przyszedł oficer kontrwywiadu AK
Wincenty Kwieciński „Lotny”. Sosabowski, który pozostawił relację z tej akcji,
nie był obecny przy samym przesłuchaniu małżonków, przez co nie wiemy, co powiedzieli.
Po wszystkim oboje zostali zastrzeleni.

Po latach Rybicki, spisując swoje wspomnienia,
zanotował, że Kułakowska zeznała, iż od „Lassa” otrzymała 25 tys. zł. Co się
stało z resztą, nie wiadomo. Może Tabęcki rzeczywiście próbował wykupić
„Chuchrę”, a może większość pieniędzy zachował dla siebie. Możemy jedynie zgadywać.

Są w tej sytuacji dwie prawdopodobne wersje wydarzeń.
Pierwsza dotyczy działalności bandyckiej, w którą „Lasso” wciągnęli „Ryży” i
Szwed. Być może postanowili we trzech prowadzić trudną do rozszyfrowania
dzisiaj grę z AK i Niemcami. Nie wiemy, kiedy Tabęcki poznał Szweda. Znajomość
z „Ryżym” rozpoczęła się najpewniej podczas akcji pod murami getta. Być może
zachęcony możliwością łatwego zarobku, dał się namówić na współudział w
przestępczej działalności „Ryżego” i „Arpada”? Tylko dlaczego jego udział był
tak niewielki? W raportach komisji badającej sprawę jego pseudonim przewija się
sporadycznie.

Druga możliwość jest związana z działalnością Mariana
Szweda. Światło na nią rzuca Jan Grabowski, opisując działalność Sonderstreife
SS-Hauptsturmführera Georga Richtera, w ramach którego działał Szwed (Grabowski
2020, s. 307 i n.). Młodzi, entuzjastycznie podchodzący do swojej pracy dla
Niemców, polscy funkcjonariusze Kripo zajmowali się m.in. wykonywaniem wyroków
na Polakach oraz napadami rabunkowymi na wybrane osoby. Sam Szwed był
zamieszany w aresztowanie Adolfa Bermana, który zabrany na komisariat, wykupił
się kwotą 200 tys. zł (Libionka 2018, s. 155).

Według raportów wywiadu AK ludzie Richtera skupiali
się jednak przede wszystkim na wynajdywaniu dróg dotarcia do podziemia. Być
może więc Szwed, wykorzystując Tabęckiego, próbował dotrzeć jak najgłębiej do struktur
konspiracyjnych. Zastanawia jedynie, dlaczego nie wykorzystał okazji, gdy
spotkał się z Rybickim. I to aż dwukrotnie przed 15 kwietnia. Czy chodziło mu o
kogoś wyżej postawionego? Nie wiadomo. Nie jest również jasne, czy „Lasso” dał
się wciągnąć w tę historię świadomie. Być może mu za to zapłacono. Szwed, jak
widzieliśmy, dysponował dużymi pieniędzmi. „Ryży” po tym jak zakończył bandycką
działalność w duecie z „Arpadem”, mógł zostać zwerbowany przez Szweda, a ten z
kolei polecił mu wciągnąć „Lasso” do pracy. Wszystko to jednak są wyłącznie
gdybania.

Wątpliwości w sprawie Tabęckiego nie pozbył się sam
Rybicki. Jeszcze w latach siedemdziesiątych ukrywał przed jego matką
okoliczności śmierci syna, a nazwisko przed historykami. Skazani oni byli wtedy
na pisanie o Tabęckim N.N. – nazwisko nieznane. Dzisiaj, choć nazwisko już
znamy, ciągle wielu rzeczy nie wiemy.

Historia Jerzego Mieczysława Tabęckiego „Lassa”,
„Cerbera”, mimo niezwykle sensacyjnego jej przebiegu, a także tego, jakie
postaci były w nią zamieszane, do dzisiaj nie doczekała się poważniejszego
zainteresowania ze strony historyków. Tymczasem już nawet w tym niepełnym jej
zarysie, bogatym w dziury i pytania bez odpowiedzi, sprawia wrażenie idealnego
przyczynku do dyskusji nad tym, jak łatwo w podziemiu przejść od bohatera do
bandyty czy wręcz zdrajcy. Szczególnie w oddziałach bojowych. Stanisław Aronson
„Rysiek”, jeden z ostatnich żyjących żołnierzy Kedywu OW, opowiada, jak od
swoich dowódców słyszeli w oddziale, że to, co robią, czyli m.in. akcje bojowe,
ale też wykonywanie wyroków, od bandytyzmu dzieli cienka linia. Z kolei Tadeusz
Wiwatowski, jeden z najbliższych współpracowników Józefa R. Rybickiego,
rozumiejąc, jak łatwo w dywersji przekroczyć granicę, jak łatwo dywersja może
„wykoleić człowieka”, ratunku dla siebie szukał w powrocie do przedwojennych
zajęć, czyli w jego przypadku w pracy naukowej.

Czy Tabęcki przekroczył tę granicę? Tutaj nie ma
wątpliwości. Ale ciągle nie wiemy, jak daleko za nią się znalazł ani jak dokładnie
wyglądał ten proces. Trwał on niecały rok. 22 kwietnia 1943 r. pod murami getta
uratował życie Lewińskiemu i Lewandowskiemu. 15 kwietnia 1944 r. na warszawskim
Żoliborzu zginął z wyroku wydanego przez przyjaciela swojego ojca. Z bohatera
podziemia stał się dla niego zagrożeniem.

Być może istnieją źródła dokładniej opisujące losy
„Lassa” – kolejne relacje ludzi, którzy go znali, raport Kwiecińskiego z
przesłuchania Kułakowskich, materiały warszawskiego Gestapo. Być może jest
gdzieś jego zdjęcie. Ponieważ mam nadzieję, że to wszystko jednak istnieje,
czekając tylko na odkrycie i ułożenie w jeden spójny obraz, chciałbym, aby ten
tekst stanowił wstęp do wyjaśnienia tej historii.

Za pomoc w napisaniu artykułu, uwagi i korekty pragnę
podziękować prof. Dariuszowi Libionce.


Bibliografia:

Źródła archiwalne

Lewandowski
Z., 8.09.1974; AAN, ATS, sygn. 78, notatka Z. Lewandowskiego.

Lewandowski
Z., 9.09.1974; AAN, ATS, sygn. 78, notatka Z. Lewandowskiego.

Rybicki
J.R., Kummant L., Witkowski H., 05.1973; sygn. 409, relacja zbiorowa spisana
przez T. Strzembosza.

Rybicki
J.R., 22.05.1979; AAN, ATS, sygn. 45, relacja J.R. Rybickiego spisana przez T.
Strzembosza.

Sosabowski
S., 8.08.1974; GR BUW, AJR, nr inw. 5300, list S. Sosabowskiego do J.R.
Rybickiego.

Sosabowski
S., 5.12.1974; GR BUW, AJR, nr inw. 5300, list S. Sosabowskiego do J.R.
Rybickiego.

Sosabowski
S., 11.12.1974; GR BUW, AJR, nr inw. 5300, list S. Sosabowskiego do J.R.
Rybickiego.

Opracowania

Grabowski
J. (2020), Na posterunku. Udział polskiej
policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów
, Wołowiec.

Kedyw
Okręgu Warszawa Armii Krajowej. Dokumenty – rok 1943
(2006), oprac. H. Rybicka, Warszawa.

Kedyw Okręgu Warszawskiego
Armii Krajowej. Dokumenty – rok 1944
, (2009), oprac. H.
Rybicka, Warszawa.

Lewandowski
Z. (1985), Wierni przysiędze [w:] H. Nakielski, Biret i rogatywka,
Warszawa.

Libionka
D. (2018), Polska Podziemna wobec
szantażystów i szmalcowników w Warszawie. Korekta obrazu
, „Zagłada Żydów.
Studia i materiały”, nr 14.

Obwodowe
oddziały dywersji bojowej Okręgu AK Warszawa. Dokumenty warszawskiego Kedywu z
lat 1943
1945, (2010), oprac. H. Rybicka, Warszawa.

Oddział
Dyspozycyjny „A” warszawskiego Kedywu. Dokumenty z lat 1943
1944
(2007), oprac. H. Rybicka,
Warszawa.

Rybicki
J.R. (2003), Notatki szefa warszawskiego
Kedywu
, Warszawa.

Strzembosz
T. (1983), Oddziały szturmowe
konspiracyjnej Warszawy
, Warszawa.

Valcini
A. (1973), Golgota Warszawy 1939–1945.
Wspomnienia
, ttłum. S. Widłak, Kraków.

Witkowski
H. (1984), „Kedyw” Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej w latach 19431944,
Warszawa.


Korekta językowa: Beata Bińko




Długie trwanie i szybkie zmiany. Esej historyczno-socjologiczny pisany w czasach zarazy

Kolorowany miedzioryt Paula Fürsta, Der Doctor Schnabel von Rom, ok. 1656 r. (źródło: wikipedia)

MARCIN KULA

Akademia Teatralna im.
Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie

Długie trwanie i szybkie zmiany. Esej historyczno-socjologiczny pisany w czasach zarazy

Choć nie jestem historykiem medycyny, jestem historykiem i żyję wśród zarazy. Prowadząc obserwację uczestniczącą, myślę jak historyk. Mam pełną świadomość, że inni koledzy byli lepiej przygotowani zawodowo do myślenia o społecznym wymiarze chorób (Karpiński 2000; Mieszkowski 2020; Piskorski, 12 VI 2020; Węcowski, 28–29 III 2020). Chcę jednak podzielić się paroma myślami. Wszystko wskazuje na to, że z koronawirusem musimy się zakolegować – przynajmniej na jakiś czas. Zwrócę zatem uwagę, co mnie, historyka, zainteresowało w otaczającej rzeczywistości.

Obserwowane dyskusje wokół statystyki obecnych zachorowań prowadzą mnie do myśli, jak trudne są badania nad historią chorób. W ich dawnych opisach trudno je rozpoznać, ludzie często ukrywali początki epidemii, przez wieki z natury rzeczy nie zgłaszali się do żadnego lekarza, a jeśli taki funkcjonował, to przecież nie prowadził statystyk. Nawet obecnie statystyki bywają bez sensu, zwłaszcza w biednych krajach, nie mówiąc o tym, że istniejące akurat w nich statystyki uwzględniają jedynie wypadki o silnych objawach. Prawda, że dziś historycy medycyny dysponują metodami nieznanymi naszym poprzednikom – jak biochemiczne badanie mumii czy badanie DNA bakterii w szczątkach ludzkich znajdowanych podczas wykopalisk (podobno najlepiej zachowują się w zębach!). Bakterie hiszpanki zbadano dzięki odkopaniu ciał jej ofiar pod koniec XX w. z wiecznej zmarzliny na dalekiej Alasce. Wysoko w Andach i w topniejącym lodowcu alpejskim też znajdowano zwłoki dawno zmarłych tam ludzi, które następnie poddano badaniom.

Jako historyka interesuje mnie pytanie, co ludzie uznawali w swoich czasach za chorobę. Studia nad historią szaleństwa dobitnie pokazały, jak zmienne były opinie na ten temat. Prawda, psychiatrzy przyjmują pewne definicje. Nawet jednak w ich wypadku sprawa nie jest oczywista. Nadużywanie psychiatrii do celów politycznych w komunizmie oraz do zapewniania „jakości rasy” w hitlerowskich Niemczech było zbrodnią, ale jeśli zastanawiamy się nad definiowaniem choroby psychicznej w dziejach, to trzeba uwzględnić również takie casusy. Przecież to jacyś psychiatrzy podpisywali orzeczenia o chorobie – najpewniej z przekonaniem. Czy Hitler bądź, dajmy na to, Eichmann, byli szaleńcami? Gdyby pierwszy nie popełnił samobójstwa, zostałby skazany przez każdy sąd – czyli byłby uznany za zdrowego psychicznie. Drugi według Hannah Arendt był najzwyklejszym, pilnym urzędnikiem. Został skazany przez sąd, a zatem uznano go za w pełni poczytalnego. Czy jednak można być poczytalnym, jeśli popełnia się takie zbrodnie? O Stalina i jego ludzi też można tak zapytać. O masy ludzi uczestniczących w tych zbrodniach również. W wypadkach mniej drastycznych sprawa także nie jest oczywista. Choćby z potocznego doświadczenia wiadomo, że genialność nieraz nie jest daleka od dziwactwa. Można wskazać dużą liczbę wielkich nazwisk osób żyjących dawniej i dziś, które reprezentowały jedno i drugie. Niedawno zmarły wybitny genetyk francuski Piotr Słonimski wyraził się znacząco: „Czy koniecznie trzeba być wariatem, żeby dokonać odkrycia naukowego? Niekoniecznie, ale to pomaga!” (Mózgu nie sklonujemy, 23 XII 2000).

W odniesieniu do dawniejszych dziejów byłoby warto zapytać o zbiorowe szaleństwa, takie jak „taniec św. Wita” w wiekach XIV–XVII, gdy ludzie potrafili zbiorowo tańczyć do omdlenia. Czy jak tulipomania w latach trzydziestych XVII w. w Holandii, kiedy ceny cebulek oryginalnych odmian osiągały niebotyczne poziomy, a przegrani popełniali samobójstwa. Zbigniew Herbert pisał o tym epizodzie: „Dewiacje określane nazwą manii posiadają pewną wspólną cechę. Osobnicy dotknięci tą przypadłością mają tendencję do stworzenia urojonych autonomicznych światów, rządzonych własnymi prawami. W naszym przypadku była to jakby gigantyczna loteria kwiatowa i wszyscy grający oczekiwali głównej wygranej. Gra nie toczyła się jednak na wynajętej w tym celu wyspie, lecz w kraju, gdzie kardynalnymi cnotami były: rozwaga, umiarkowanie i wypłacalność. System oparty na mieszczańskiej kalkulacji nie mógł współżyć z systemem finansowych fantasmagorii. Kolizja świata pragnień z potoczną realnością była nieunikniona i, jak zwykle w takich przypadkach, bolesna”(Herbert 1993, s. 58).

W odniesieniu do dawniejszych i nieraz niestety współczesnych czasów można zapytać o pozostawanie w ramach norm psychicznych różnych ludzi zadających tortury czy śmierć na mękach. Dla historyka ciekawa (w tym wypadku smętnie ciekawa) jest widoczna ewolucja norm zjawisk uznawanych za normalne. Przecież kiedyś zarówno tortury, jak śmierć na mękach były czymś „normalnym”. Dziś, gdy czytamy o takich rzeczach, gdy czytamy o zachowaniach hitlerowców w sytuacjach wojennych i obozowych, gdy czytamy o niemieckich i japońskich lekarzach przeprowadzających eksperymenty na więźniach, zadajemy sobie pytanie czy byli normalni. Najtrudniejszym intelektualnie problemem jest to, że w zwykłym życiu jednak byli. Ba, czasami mieli nawet problemy. Hitlerowcy wymyślili przemysłowy sposób zabijania, gdyż ich ludzie miewali jednak trudności z poprzednimi, „rzemieślniczymi” sposobami. Frantz Fanon, lekarz psychiatra praktykujący w ogarniętym wojną wyzwoleńczą Algierze, a jednocześnie uczestnik algierskiej konspiracji, opowiada, jak to kiedyś zgłosił się do niego francuski policjant z prośbą o środki nasenne; po nocach śnili mu się ludzie, których za dnia sam torturował (zostawmy na boku dylemat Fanona, czy miał mu przypisać lekarstwo – by spokojniej torturował ofiary?).

Innym przykładem zmienności podejścia do definicji choroby jest kwestia alkoholizmu i narkomanii. Dziś nieraz mówi się w takich wypadkach o chorobach. Próbuje się jedno i drugie leczyć. Nie jesteśmy wszelako w tym konsekwentni. Spowodowanie wypadku pod wpływem alkoholu lub narkotyków ani trochę nie łagodzi wyroku – czego można by oczekiwać w niektórych sytuacjach przy zdiagnozowaniu choroby. Co jednak dla nas interesujące, narkotyki wcale nie zawsze były uważane za zjawisko negatywne, prowadzące do sui generis choroby. Bywały wręcz modne, nieraz traktowano je jako lekarstwo. Podczas I wojny światowej kokainę podawano milionom rannych (Mieszkowski 2020, s. 98–99). Nie wiem, czy w wielu wypadkach im pomogła, ale w nałóg wprowadzała z pewnością.

Homoseksualizm bywał traktowany jako zjawisko sytuujące się pomiędzy chorobą a przestępstwem. Hitlerowcy zamykali homoseksualistów do obozów koncentracyjnych. Potem najdłużej z ofiar obozowego świata czekali na oddanie sprawiedliwości. Prześladowano homoseksualistów również w wielu krajach demokratycznych. Z kolei Światowa Organizacja Zdrowia skreśliła homoseksualizm z listy chorób dopiero w 1991 r. W Polsce ciągle pojawia się wątek, że ludzi o takiej orientacji trzeba leczyć. Mało tego. W kontekście homoseksualizmu padło już słowo „zaraza”. Arcybiskup Marek Jędraszewski w bazylice Mariackiej (!) w 75. rocznicę Powstania Warszawskiego (!) mówił: „Czerwona zaraza już po naszej ziemi całe szczęście nie chodzi, co wcale nie znaczy, że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły. Nie marksistowska, bolszewicka, ale zrodzona z tego samego ducha, neomarksistowska. Nie czerwona, ale tęczowa” (Klauziński, Chrzczonowicz, 2 VIII 2019). Niedługo po tym kazaniu jeden z księży ze Szczecina rzucił pomysł „odkażenia” (tak powiedział) ulic, którymi przechodziła Parada Równości. Ksiądz wycofał się potem ze swoich słów i przeprosił, a zatem pomińmy jego nazwisko. Zwolennicy tezy o „zarazie” demonstracyjnie myli ulice wodą i szczotkami. O tym, jak fatalne skojarzenia z minioną historią rodzą takie sformułowania, nie warto już mówić.

W praktyce codziennej pojawiały się dyskusje, czy niepłodność jest chorobą. Rozgrywały się one niekoniecznie na płaszczyźnie medycznej. Taki problem ma przecież przełożenie na kwestię finansowania ewentualnego zapłodnienia pozaustrojowego. Dawniej depresja, dyslekcja, autyzm, ADHD… nie były uznawane za zjawiska zasługujące na leczenie. W wojsku nie mówiono o stresie pourazowym itp.

W sumie: były w dziejach i są sytuacje, w których uznanie zjawiska za chorobę jest oczywiste. Były i są jednak też takie, które wzbudzają dyskusje, a ich zdefiniowanie zmieniało się historycznie.

* * *

Użyteczne dla historyków byłoby zestawienie kalendarium występowania chorób, w tym epidemii. O ile pierwsze jest w ogóle niemożliwe, o tyle drugie jest bardzo trudne. Epidemie, a przynajmniej ich obawy „po prostu” towarzyszyły ludzkości w dziejach (Márquez 1994). Nieprzypadkowo przynajmniej jeszcze niedawno na krzyżach stawianych w Polsce u początku wsi wśród próśb do Boga pisano, by uchował od „moru” („morowego powietrza”, które to określenie podobno pojawiło się w czasie dżumy z XIV w.) (Jankowiak, 15–21 IV 2020). Ostatnie dziesięciolecia w Europie były z tego punktu widzenia litościwe. Przerażające wszystkich swego czasu choroby – dżuma, ospa prawdziwa, trąd, tyfus, cholera – przestały tu straszyć. Zapewne dlatego epidemia koronawirusa, którą obecnie (jesień 2020) przeżywamy, zrobiła na nas takie wrażenie. Na dodatek istnieje telewizja itd., zobaczyliśmy więc trumny licznie wiezione na cmentarze we Włoszech. Nikt nie oczekiwał tu epidemii, jak nie oczekuje się w Warszawie wybuchu wulkanu. W końcu w Polsce poprzednia epidemia wystąpiła w 1963 r. Była to epidemia ospy prawdziwej, szczęśliwie ograniczona do jednego miasta (Wrocław) i stosunkowo szybko opanowana. Można jeszcze mówić o AIDS jako o epidemii (pierwszy zarejestrowany w Polsce nosiciel – rok 1985, pierwszy chory 1986, pierwsza śmierć 1987). Jak każda nowa, nieznana wpierw choroba, ta też napawała niepokojem. W wielu krajach pojawiły się obawy, że można się nią zarazić przez kontakt wszelki, nie tylko seksualny. Ze względu na drogę przenoszenia ta choroba jednak mniej powszechnie straszyła, no i została raczej opanowana. Tymczasem w wypadku koronawirusa okazało się, że w Europie nie żyjemy w innym świecie niż świat biedny. Przyroda przypomniała nam także, iż w dzisiejszych warunkach komunikacyjnych nie jesteśmy tak daleko jak kiedyś od przeludnionych metropolii trzecioświatowych, a tam powstają coraz większe slumsy z ludności napływowej. Zresztą czy to tam, czy blisko nas liczne miasta są potencjalnie niebezpieczne przez wielkość skupisk ludzkich.

Największe szanse znalezienia się w takim spisie miałyby epidemie, które ludzie szczególnie zapamiętali – albo ze względu na wielkość nieszczęścia, albo drugorzędnye okoliczności. Wielu z nas wie o epidemii (niejasne czego), która wybuchła podczas wojny peloponeskiej – bowiem historia Sparty i Aten jest szeroko znana, a o wojnie, w tym o epidemii, pisał Tukidydes. Na dodatek jej ofiarą padł Perykles. Pamiętamy o „czarnej śmierci” z XIV w. z uwagi na jej rozmiary i konsekwencje, o których niżej. Pamiętamy o dżumie w Londynie w 1665 r., ponieważ opisał ją Daniel Defoe. O hiszpance przypomniał nam koronawirus – gdyż pamięć o niej została zagłuszona przez wspomnienie I wojny światowej. Epidemie nieraz towarzyszą wojnom – ale pamięta się wojnę. Tyfus towarzyszył potopowi szwedzkiemu, wyprawie Napoleona na Moskwę, wojnie krymskiej, I wojnie światowej i kilku krajom Europy Wschodniej w epoce tej wojny. Cholera była istotnym czynnikiem przebiegu Powstania Listopadowego. Nawiasem mówiąc, Mickiewicz zmarł na cholerę (w Stambule). Z rozważanego punktu widzenia wojny nie kończą się zresztą od razu. W Polsce epidemia syfilisu przyszła bezpośrednio po II wojnie światowej. Mogła być skutkiem wojny albo powojennego rozprzężenia, ale w tych rozmiarach była niewątpliwie z nią związana.

Pamiętamy gruźlicę – bowiem była to choroba bardzo powszechna, strasząca ludzi w miastach, które lepiej zachowują pamięć niż wieś. Gruźlica dotykała ludzi sławnych (Chopin, Słowacki, Norwid). Co ważne, była nieszczęściem jeszcze niedawno. Naznaczyła europejski XIX w., ale praktycznie jeszcze ludzie urodzeni w Polsce przed 1950 r. mogli z dużym prawdopodobieństwem mieć z nią kontakt. Z dzieciństwa pamiętam powszechnie rozmieszczone napisy „Nie pluć!” i spluwaczki w wielu miejscach. Przypuszczam, że pozostawały one w jakimś związku z obawą przed gruźlicą. W wielu krajach niestety obserwuje się zresztą nawroty jej fali.

Znacznie słabiej pamiętamy epidemie z krajów pozaeuropejskich – jak gigantyczna epidemia dżumy w Azji w drugiej połowie XIX w. Nawet dziś, mimo znacznie lepszego rozchodzenia się wiadomości, mało wiemy i mało myślimy o eboli w Afryce (pierwsze wypadki w Zairze w 1976 r.), o SARS (2002 na południu Chin), o ptasiej grypie (2003 w Azji).

* * *

Ciekawe dla historyków są drogi przenoszenia różnych chorób. Oczywiście nieraz nie są one łatwe do ustalenia, nieraz po prostu choroby nie muszą być aż przynoszone, będąc innej natury. Od dawna jednak ludzie wiedzieli, że mogły być przynoszone. Przeświadczenie o geograficznym pochodzeniu chorób mogło się nawet odzwierciedlać w funkcjonujących ich nazwach. We Francji syfilis nazywano swego czasu chorobą z Neapolu, Włosi, Anglicy, Niemcy nazywali go chorobą francuską, na terenie dzisiejszej Holandii nazywano go hiszpańską, w Portugalii kastylijską, w Rosji polską, w Polsce niemiecką, a potem francuską, w Japonii i dzisiejszych Indiach – portugalską (Barański 2012, s. 13). Nawiasem mówiąc, nazwa „hiszpanka” została nadana nie na skutek rozpowszechnienia się tej choroby z Hiszpanii, lecz raczej na skutek rozprzestrzeniania się stamtąd wiadomości o niej – co było konsekwencją hamowania wiadomości z innych źródeł przez cenzurę w krajach wojujących w I wojnie światowej. Tak czy inaczej, ludzie wcześnie zauważali, że choroby są przynoszone – czy to przez krzyżowców z Bliskiego Wschodu, czy choćby przez statki przypływające do Wenecji. Słowo „kwarantanna” podobno pochodzi od stosowanego czasu izolacji w portach włoskich w XIV w. (40 dni). Mało prawdopodobne, by Europejczycy zauważyli, że z kolei oni przenieśli różne zarazki (głównie ospy i odry) do Ameryki. Bardziej w ten sposób niż siłą militarną wykończyli masę Indian, niemających odporności na te choroby. Potem sami w podobny sposób oberwali właśnie w Ameryce – choć na mniejszą skalę i niezupełnie od rdzennych mieszkańców. Mianowicie ekspedycja, którą Napoleon wysłał przeciw zbuntowanym Haitańczykom, musiała się wycofać z powodu żółtej febry; byli niewolnicy okazali się na nią bardziej odporni (Rządy mikrobów, 25–31 III 2020).

Wspominana wyżej hiszpanka najpewniej rozprzestrzeniła się za sprawą robotników z Chin, ściąganych do USA z powodu wojennych braków rąk do pracy; potem żołnierze amerykańscy przenieśli ją do Europy. Wojny sprzyjają epidemiom – m.in. dlatego że wywołują ruchy mas ludzi. Sprzyja im też nasza obecna ruchliwość. Oczywiście nie jest tak, że epidemie muszą wywodzić się z Chin, ale ponieważ tam się na ogół lokalizuje wyjściowe ognisko naszych obecnych kłopotów, warto wspomnieć na przykład o przeogromnej liczbie turystów odwiedzających teraz ten kraj oraz o liczbie turystów chińskich odwiedzających Europę. To są dosłownie miliony ludzi co roku, wręcz najważniejsi klienci międzynarodowych biur podróży (Gadomski, 29 II – 1 III 2020). Jednocześnie prawda jest taka, że dawniej zarazy też się przenosiły nawet na bardzo wielkie dystanse, choć powolniej. Z perspektywy kultury i chęci akcentowania własnej tożsamości świat nie stał się globalną wioską – jak przewidywał Herbert Marshall McLuhan. Z perspektywy epidemii był nią jednak od dawna. Prawdą jest też, iż zarazę może przenieść chociażby jeden człowiek. Epidemię ospy prawdziwej przywlókł w 1963 r. do Wrocławia człowiek, który akurat przyjechał z Azji. Cała Polska patrzała wtedy z niepokojem na Wrocław. Nie zdecydowano się wówczas na zamknięcie tego miasta, tylko na izolowanie chorych, bardzo masowe szczepienia i pewne ograniczenia. W 1991 r. w Rio de Janeiro sam byłem świadkiem, gdy pojawiła się tam cholera. Przyniósł ją człowiek przybyły autobusem z północy Brazylii, który – co było dodatkowo niedobre – zamieszkał u swojej rodziny w jednej z dzielnic nędzy. Ponieważ epidemia cholery panowała wtedy w kilku krajach Ameryki Łacińskiej, obawy były duże zarówno w samym Rio, jak w ośrodkach, przez które ten człowiek jechał i gdzie wysiadali jadący z nim ludzie. Sam to doświadczenie wspominam, rzecz jasna, nieprzyjemnie. W ogóle nie było wiadomo co robić – poza częsty myciem rąk i w ogóle dbaniem o higienę.

Nawiasem mówiąc, ciekawe są często zdarzające się w naszych czasach migracje w jakimś sensie przeciwstawne chorobom, a mianowicie migracje personelu medycznego. Jest to jeden z punktów problematyki częstych we współczesnym świecie migracji wykwalifikowanej siły roboczej, nie miejsce tu na jego omawianie. Oczywiście owo zagadnienie może mieć zabarwienie szczególne – jak zorganizowana forma wysyłania przez Kubę lekarzy do różnych krajów.

* * *

Samo przeniesienie choroby nie musi jednak jeszcze wszystkiego tłumaczyć. W końcu otaczają nas różne zarazki, a konsekwencje są szczęśliwie zróżnicowane. Historyka chyba szczególnie interesują okoliczności społeczne sprzyjające ujawnieniu się i rozprzestrzenianiu się różnych chorób. Amerykanka, która wyszła za Polaka i w okresie międzywojennym żyła na wschodzie Polski, zanotowała na przykład: „W najbliższej wiosce znaleźliśmy tylko jedno dziecko bez powiększonych węzłów chłonnych i jedynie troje nie miało krzywicy. Żadne z nich nie nosiło bielizny”. Innym razem zapisała, że „we wszystkich trzech [odwiedzonych – M.K.] szkołach chłopcy wyglądają zdrowiej niż dziewczynki. W domu lepiej ich żywiono, ponieważ stanowili bezpieczniejszą inwestycję”. Gdy próbowała tłumaczyć chłopom potrzebę utrzymywania higieny, jakaś kobieta z tyłu sali odezwała się: „Chętnie bym się dowiedziała, jak mamy utrzymywać czystość, jeżeli krowy i świnie mieszkają razem z nami, nasi starzy rodzice plują na podłogę, a dzieci nie chcą chodzić do wygódki? – Tak, i trzeba nosić wodę ze wspólnej studni”(Sapieha 2019, s. 152, 152–153, 154).

Gdy czytałem takie notatki, przypomniała mi się wyżej wspomniana epidemia cholery z wielkich miast latynoamerykańskich z 1990 i 1991 r. Ona rozprzestrzeniała się przede wszystkim w dzielnicach nędzy. Jeden z tamtejszych lekarzy powiedział wówczas o ich mieszkańcach: „Jak mogę im wytłumaczyć, żeby gotowali wodę przez 20 minut, skoro litr nafty kosztuje dolara?”(„Gazeta Wyborcza”, 15 IV 1991). Dla takich dzielnic typowe są dwie okoliczności szczególnie ważne z rozważanego punktu widzenia: stłoczenie ludzi i brud. Przecież to były (i najczęściej są) skupiska ludzkie bez kanalizacji, z nieczystościami nieraz spływającymi do wody, w której się pierze ubranie, a dobrze jeśli nie bierze się jej do picia. One wystarczą do wybuchu różnych epidemii. Ich mieszkańców nie powstrzyma się zresztą przed rozniesieniem zarazy dalej. Praktycznie nie można zamknąć straganu biedakowi czy zabronić chłopakom „pilnować samochodów” w lepszych dzielnicach. Po pierwsze nie posłuchają, a po drugie muszą coś jeść.

Do stłoczenia ludzi i brudu nie trzeba robiących dziś wrażenie na przybyszu faweli w Rio de Janeiro. Gigantyczna epidemia tyfusu w Serbii w początkach I wojny światowej zaczęła się wśród jeńców austriackich. Również przeogromna – wśród wojskowych i cywilnych uchodźców po klęsce Rosjan pod Gorlicami w 1915 r. Ostatnia epidemia cholery w Polsce wybuchła w 1920 r., głównie w obozach jeńców rosyjskich. Za każdym razem wystarczyło właśnie nagromadzenie ludzi, złe warunki sanitarne, pewno złe wyżywienie. Rosjanie nieraz chcą zrównoważyć zbrodnię katyńską swoimi ofiarami w tych obozach. Niezależnie od tego, czy sami wierzą w sens takiego zestawienia, czy robią to taktycznie choćby z myślą o własnym społeczeństwie, taki zabieg jest pozbawiony logiki. Nawet jeśli, być może, śmierci z chorób w obozach obciążają polską administrację (prawda, że działającą wówczas w bardzo trudnych warunkach), to nie są one porównywalne z celowym mordowaniem jeńców. W ramach niniejszego wywodu owe obozy jeńców rosyjskich mieszczą się w kategorii nieszczęść porównywalnych ze wspomnianymi ofiarami warunków w Serbii albo pod Gorlicami czy z ofiarami stłoczenia i brudu w dzielnicach nędzy. Hiszpanka biła rekordy w USA w Bostonie i w pobliskiej bazie wojskowej – punkcie koncentracji wojsk wysyłanych do Europy w czasie I wojny światowej. Podczas okupacji hitlerowskiej getta, przez stłoczenie ludzi i wyjątkowy brak możliwości zachowania higieny, sprzyjały epidemiom nawet chorób już zapomnianych. Jeszcze przynajmniej w dobie I wojny światowej Niemcy ukuli stereotyp, w ramach którego Żydzi zostali powiązani z wszami i tyfusem plamistym. Ich specjaliści „dokładnie odróżniali brud żydowski od chrześcijańskiego, wszy żydowskie od polskich” – piszą ironicznie dzisiejsi historycy (Borodziej, Górny 2014, s. 415). „Urzędnicy niemieckich służb sanitarnych analizowali dane medyczne przez pryzmat rasy i realiów biologicznych, nie dostrzegając istotnych uwarunkowań społecznych. Kiedy zorientowali się, że tyfus powszechnie występuje w przeludnionych, ubogich żydowskich dzielnicach miast Europy Wschodniej, pomylili współzależność z przyczynowością i pomijając oczywiste czynniki środowiskowe, tłumaczyli rozprzestrzenianie się tej choroby rzekomym kulturowym i genetycznym upośledzeniem Żydów”(Browning 2012, s. 174). Efektywna walka z wszami poprzez częstą zmianę bielizny, mycie się i kąpanie, także rozrzedzenie zaludnienia mieszkań i utrzymanie ich w czystości, była zupełnie nierealna w ubogich dzielnicach, a cóż dopiero w gettach podczas okupacji. Zachowanie czystości w slumsach XIX-wiecznych rozrastających się miast – podobnie.

Społeczne uwarunkowanie występowania i przebiegu chorób znajdowało wyraz nie tylko w sytuacjach skrajnych. Na początku lat osiemdziesiątych XX w. naszą uwagę zwracała na przykład zwiększona liczba zatruć pokarmowych. Mogła się ona tłumaczyć trudnościami utrzymania czystości przy ówczesnym braku środków do tego służących. My jednak najczęściej tłumaczyliśmy sobie obserwowane zjawisko trudnościami z kupnem artykułów spożywczych, powodującymi częstsze jedzenie produktów przedawnionych z zapasów, jakie przy różnych okazjach udawało się zgromadzić.

Społeczne uwarunkowania chorób to także zjawiska innej natury. „Śmierć po pandemii dżumy ma na malowidłach szeroką kosę, która równo tnie. Prowadzi do grobu papieża, króla, kupca, rzemieślnika i biedaka. Wyobrażenie Śmierci sprawiedliwej odpowiadało może czasom Tukidydesa. Później szanse przeżycia biednych, a nawet, jak zauważa Boccaccio, umiarkowanie zamożnych maleją. Ludzie średniowiecza widzieli, że epidemie rzadko zabierają biskupów i magnatów, często natomiast zmuszonych do chodzenia po domach poborców podatkowych, stróżów prawa, obnośnych sprzedawców, niższy kler, wreszcie kobiety, które opiekowały się chorymi i siedząc w domu, bardziej były narażone na pchły”(Piskorski, 12 VI 2020). By dać świadectwo podobnej obserwacji z naszych czasów, zacytuję list otrzymany od koleżanki z Nowego Jorku w kwietniu 2020 r.: „W samym Nowym Jorku w ciągu ostatnich kilku tygodni zarejestrowało się prawie pół miliona bezrobotnych. Ludzie biedni, »Latino«, Afro-Amerykanie, którzy wykonują niezbędne prace fizyczne i w służbie zdrowia, muszą jeździć zatłoczonymi autobusami i metrem. Nikt nie pilnuje, żeby transport publiczny zapewnił elementarne środki bezpieczeństwa. Autobusami jeżdżą bezdomni, którzy nie mają się gdzie podziać, więc nie dziwne, że dziesiątki kierowców autobusów zmarło na COVID-19. To jest ta ciemna strona liberalizmu i rasowej segregacji, która w czasie pandemii stała się jeszcze bardziej widoczna. Biali ludzie, którzy mają jakieś pieniądze, nie chodzą po zakupy, zatrudniają »kolorowych«. Bywa, że w sklepie jestem jedyną białą osobą”.

Już nie warto wspominać, że trudności gospodarcze, zaistniałe w konsekwencji pandemii, też bardziej dotknęły środowiska słabsze ekonomicznie (zatrudnienie!). Nawet bez epidemii według badań z początku lat dziewięćdziesiątych XX w. we Francji bezrobocie wśród młodzieży poniżej 25. roku życia uderzało ich zdrowie, także zdrowie psychiczne, zwiększało skłonność do narkotyków i alkoholu (Lebaube, 13 VI 1992). By wrócić do historii, można przypomnieć, że swego czasu nawet trędowatych z wysokich grup społecznych nie wysyłano do leprozoriów.

Społeczne uwarunkowanie chorób to siła nacisku całych grup społecznych na zwalczanie danej choroby jako pewnego zjawiska. Kraje słabsze musiały toczyć ogromną walkę o obniżenie cen niektórych specyfików sprzedawanych im przez międzynarodowe koncerny farmaceutyczne. W Brazylii w jakimś momencie opinia znacznie bardziej przejmowała się AIDS niż gruźlicą, dotykającą niektóre regiony – bowiem AIDS stanowiło problem dla grup mających wpływ, a gruźlica jest dziś raczej chorobą biednych. Malarię i cholerę można dziś leczyć, ale ponieważ te choroby dotykają raczej kraje biedne, a w nich raczej ludzi biednych, więc nie widać wielkiego wysiłku w tym kierunku. Na początku XX w. uporządkowano zbiorniki wodne w Rio de Janeiro i okolicach i zniknęła żółta febra, nawiedzająca miasto w poprzednim półwieczu. Oczywiście ta choroba atakowała nie tylko ludzi wpływowych – ale ich też, no i stolicę. Okazało się, że można było ją wyeliminować. W Polsce malaria – tu zwana zimnicą – zniknęła na początku XX w. Nie wykluczałbym, że też się to udało na skutek modernizacji stosunków wodnych.

PRL miała pewne osiągnięcia w rozpowszechnieniu opieki lekarskiej, ale personel medyczny był grupą słabą społecznie jako nieprodukcyjny (według dogmatu dochód narodowy tworzyli jedynie wytwórcy dóbr materialnych – byle nie byli chłopami lub rzemieślnikami). Oczywiście zwłaszcza pielęgniarki znajdowały się w marnej sytuacji – jako „dodatek” do lekarzy i pewno jako kobiety (nawet nie pasowały do sloganu „kobiety na traktory”!). Wręcz zdarzało im się protestować przed Ministerstwem Zdrowia, co poza momentami paru znanych kryzysów ogólnospołecznych nie było w PRL częste. Jeżeli mimo całej propagandy o dbaniu o zdrowie w PRL i mimo pewnych realnych działań u schyłku tej formacji śmiertelność okołoporodowa dzieci pozostawała bardzo duża, to było to uwarunkowane nie jakąś wyjątkową słabością polskich niemowląt, ale całym splotem zjawisk społecznych, wśród których występowały rozliczne kwestie pomocy medycznej.

Następujące w dziejach przedłużanie się średniej długości naszego życia z jednej strony jest wynikiem poprawy stanu zdrowotności ludzi, ale z drugiej strony zwiększyło częstotliwość występowania chorób wieku starszego czy podatności na różne choroby. Istnieją choroby związane z naszą cywilizacją. Dawniej rzadko zdarzające się wypadki drogowe (konie poniosły!) dziś wywołują bardzo dużo konsekwencji medycznych. Zaistniały choroby popromienne, w wypadku których liczebność występowania jest zawsze bardzo dyskutowana (Hiroszima, Nagasaki, otoczenie poligonu atomowego w Semipałatyńsku, Czarnobyl…, czasem także sytuacje banalniejsze). Niezależnie od liczebności takie choroby jednak występują. Zjawisko chorowania było i jest uzależnione od palety wykonywanych przez ludzi zawodów, co też zalicza się do tła społecznego chorób. Pola pracy zmieniały się w dziejach. Niedaleko szukając, przez wieki nie było wielu chorób zawodowych, skoro nie było zawodów, którym towarzyszą.

Zjawisko, o którym mowa, nieraz jest też uzależnione od szerszego tła kulturowego. W Ameryce Łacińskiej mówiło się o kulcie męskości jako sprzyjającym AIDS. W Afryce rozprzestrzenianie się AIDS było ułatwione przez częstą prostytucję, duży procent ludzi w wieku aktywności seksualnej, częstotliwość chorób wenerycznych, ponoć ułatwiających zarażenie, także zdarzający się stały związek kobiet z kilkoma mężczyznami, wymożony sytuacją ekonomiczną. Kościół występował przeciw stosowaniu prezerwatyw nawet w wypadku chorych w związkach małżeńskich. Zezwolił na to dopiero Benedykt XVI (Leszczyński, 23–29 VIII 2017). Sprawę można oczywiście rozszerzyć na przykład na tryb życia. Hasło „W zdrowym ciele zdrowy duch” brzmiało zabawnie. Przeciwnicy pomysłów intensywnego wychowania fizycznego w okresie międzywojennym zmieniali je na „w zdrowym ciele zdrowe cielę”. Niemniej jednak nie trzeba długo dowodzić wpływu trybu życia – czyli czynnika podręcznikowo społecznego – na zdrowie. Poglądy na zagadnienie pomocy odzwierciedlają bardzo szeroki zakres poglądów na człowieka – nie tylko na jego pozycję społeczną, lecz także na to, kiedy jest dorosły, kiedy staje się stary, czego oczekuje się od dziecka, czego od starca, w jakim stopniu należy pomagać jednemu i drugiemu…

Społeczne tło chorób odzwierciedla się też w różnych formach ich przebiegu. Na przykład w zaburzeniach psychicznych ludzie miewają obsesje nieraz warunkowane szerszą sytuacją. Krzysztof Pomian zanotował swego czasu rzecz ciekawą dla historyka z różnych powodów: „Było dla mnie bardzo uderzające, gdy znajoma lekarka powiedziała w roku 1967, że coś się w tym kraju zaczyna dziać niedobrego, bo znowu, po raz pierwszy od bardzo wielu lat, ma pacjentów z urojeniem prześladowczym na tle prześladowania przez bezpiekę. Między ’57 rokiem a ’67 rokiem, jak twierdziła, tego rodzaju urojenia prześladowcze znikły”(Pomian 1991).

Społeczne tło chorób to także kwestie oświaty sanitarnej, rozbudowy szpitali, dostępu do lekarzy – co wszystko było zmienne przez wieki, a jest zróżnicowane dziś. „Według danych Banku Światowego z 2016 r. wydatki na ochronę zdrowia w Ugandzie to 6 dol. i 23 centy rocznie na głowę – na wszelkie terapie, lekarzy pierwszego kontaktu, onkologię, kardiologię i tak dalej. Na wszystko. W Kenii – 24 dol. W RPA, najbardziej rozwiniętym kraju kontynentu – 230 dol. Polska w 2016 r. wydawała na obywatela 580 dol. rocznie. Szwajcaria – 6174 dol.” (Leszczyński, 28–29 III 2020). W ramach poszczególnych krajów dostępność medycyny jest dobrym probierzem demokracji, czasem obejmując też stosunki interetniczne. Współczesne wyposażenie medycyny jest bardzo drogie, nieraz więc staje pytanie, kto ma dostęp do czego.

Społeczne tło chorób to ponadto historia ubezpieczeń oraz odpoczynku. W kontekście chorób warto się zastanawiać nad pozornie odległymi problemami, kto ma w ogóle pracę etatową w biednych krajach i kto jest ubezpieczony. Ta ostatnia sprawa może dotyczyć nie tylko obszarów ubogich – ale (drobiazg!) Stanów Zjednoczonych. Ciekawe, czy po epidemii koronawirusa system ubezpieczeń społecznych zostanie tam w końcu zreformowany. Nie wydaje mi się; obawiam się, że silniejsi wyjdą z tej próby jeszcze silniejsi i nie będą chcieli iść na rękę grupom słabszym.

* * *

Z punktu widzenia historyka ciekawy jest stosunek ludzi do chorób, zwłaszcza do epidemii. Zawsze wywoływały wielkie wrażenie. W sztuce XIV–XV w. pojawia się wątek „tańca śmierci”, zawierającego motywy równości ludzi wobec śmierci, jej nieuchronności. Występowali w nim wielcy i mali tego świata, także trupy w złym i odrażającym stanie. W XIV w. „popularnymi motywami w sztuce stały się Pietà i Ecce Homo. Wizerunki te stawiały akcent na cierpienie, wtórowały im mnożące się i lubiane przez bernardyńskich kaznodziejów apokryfy, zmyślające okrutne szczegóły Męki Pańskiej. Wyraźną rolę w dewocji zyskał kult Jezusowych ran. Znane są figury Chrystusa z umieszczanym pośrodku pęcherzem pełnym krwi – po naciśnięciu w odpowiednim miejscu wypływała ona z ran na rękach i nogach” (Müller, 3 V 2020). Choroby czy epidemie inspirowały wielkich malarzy (Pieter Bruegel starszy, Triumf śmierci, 1562). Stały się przedmiotem niejednego obrazu literackiego (Sofokles, Boccaccio, w bliższych nam czasach Tomasz Mann…). Bywały nawet obrazem – nazwijmy go tak – referencyjnym. Dla niektórych pisarzy obraz choroby stał się inspiracją bądź przenośnią do zarysowania innej sytuacji. Z relatywnie niedawnych pozycji chyba można w tym kontekście wymienić Miasto ślepców José Sarmago (1995) i Dżumę w Neapolu Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (1998). Mówi się, że Dziennik roku zarazy Daniela Defoe (1722 – o dżumie w Londynie w 1665 r.) zainspirował Herlinga-Grudzińskiego, gdy pisał Inny świat. Ugo Betti, pisząc Trąd w Pałacu Sprawiedliwości, nie myślał o rzeczywistej chorobie, raczej o tym, że zło jest udziałem wszystkich w Pałacu (1944, wielka rola Gustawa Holoubka w Teatrze Polskim w 1958 r. i w Teatrze TV w 1970 r.). Dżumę Alberta Camusa, która dziś przeżywa renesans w kontekście koronawirusa, swego czasu czytano z myślą o realiach za okupacji. Mszę za miasto Arras Andrzeja Szczypiorskiego (1971), gdzie po zarazie z 1458 r. przyszły prześladowania Żydów i czarownic (1461), czyta się trochę jak opis fali prześladowań jako zarazy. Całą tę sytuację znakomicie odegrał Janusz Gajos w Teatrze Narodowym w 2015 r. Od siebie muszę dodać, że podobieństwo fal nienawiści do epidemii nasuwa mi się, gdy czytam przemówienie Mariana Turskiego w 75. rocznicę wyzwolenia Auschwitz. Reakcje uderzonych na epidemie nieraz też bywały trochę porównywalne z reakcjami na wojny i ludobójstwa: jedni stawiali sobie pytanie „dlaczego, za co?”, inni reagowali wzmocnioną wiarą, jeszcze inni odstąpieniem od niej, jedni zastygali w przerażeniu, inni reagowali „użyjmy, póki się da”.

Nie tylko dla autorów i aktorów choroba stawała się symbolem. W życiu codziennym o niejednej sytuacji, instytucji czy stosunkach mówimy, że są „chore”. W rozmowach popularne są powiedzenia: „czy x jest normalny?”, „czy polityk x jest normalny?”, „czy coś ci odbiło?”, „masz po kolei?!”,„to wariat!”, „nie jestem wariatem!”, „jestem przytomny!”, „chory jesteś?”… Kogoś określamy jako „choleryka”, o kimś innym mówi się, że był traktowany jak „trędowaty” czy „zadżumiony”. Instytucję lub przyjęte rozwiązanie czasem określamy słowami „rak na zdrowym ciele”. W 1934 r. Goebbels nazwał Żydów „syfilisem wśród wszystkich narodów europejskich” (Larson 2014, s. 333). Kogoś uznajemy za „pasożyta”, co jest bliskie takim określeniom. Pamiętam z lat osiemdziesiątych gadanie władz o tworzeniu ośrodków pracy dla „pasożytów” na Żuławach. Odnosiło się to do niezatrudnionych, a o pozbawienie pracy można się było postarać, gdy władze komunistyczne decydowały o większości jej miejsc. Szczęśliwie nic z tego nie wyszło, ale zaskakuje, jak władze komunistyczne dziedziczyły teoretycznie obcą dla nich mentalność – nie tylko w tej zresztą sprawie.

W okresie międzywojennym nieraz postrzegano Żydów jako pasożyty żyjące kosztem społeczeństwa. Takie określenia można było spotkać nawet w podręcznikach szkolnych. Jedna ze studenckich ulotek na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie głosiła: „Ucząc się przyrody, poznaliśmy, że na świecie mamy bardzo dużo pasożytów, żyjących na cudzych łodygach i odżywiających się ich sokami. Tak samo i w narodzie polskim mamy strasznego pasożyta, ale już nie na poszczególnych jednostkach żyjących, lecz na całym społeczeństwie” (Bukowska-Marczak 2019, s. 113-114). Styl myślenia podobny do myślenia o chorobach odzwierciedla się w koncepcji ogłoszonych przez niektóre samorządy lokalne w dzisiejszej Polsce „stref wolnych od LGBT”. Przypomina to oznakowanie obszarów epidemii, wzywające do zachowania ostrożności po wejściu, tyle że odwrócone. Później treść zmieniano na „wolne od ideologii LGBT”. Miało to pokazywać, że ogłaszający taką strefę nie są przeciw ludziom. Nie warto pytać, co to jest „ideologia LGBT”[1].

Wobec chorób, a zwłaszcza epidemii, powszechnie odczuwano strach. Charakterystyczny jest język, jakim mówimy o epidemiach, pokazujący nasze ich traktowanie na podobieństwo pożaru – najczęściej nas przerażającego. Mówimy o zarzewiu, wybuchu, wygaszaniu, ognisku choroby. Najbardziej straszy nas niebezpieczeństwo, którego źródła nie sposób zidentyfikować i nie wiadomo, jak się zabezpieczyć. Dziś też strach przed koronawirusem jest, a przynajmniej na początku był większy niż wobec chorób niosących znaczniejszą umieralność. Burzy jednak niektórzy z nas też boją się bardziej od wyjścia na ulicę, choć statystyczne prawdopodobieństwo wypadku samochodowego jest większe od prawdopodobieństwa uderzenia piorunem. Może tak dzieje się dlatego, że w wypadku zarazy mamy wyjątkowo duże poczucie własnej bezsilności – a człowiek lubi mieć poczucie sprawczości. Po wybuchu w Czarnobylu również mieliśmy okropne poczucie, że od nas nic nie zależy. Nie wiem, czy rozdawany wtedy płyn Lugola komuś pomógł i czy mógł pomóc, ale psychologicznie był pomocny (daliśmy dzieciom płyn Lugola!). Wykupywanie produktów było już nie tylko protezą psychologiczną. Tu zresztą działała szkoła PRL – wykupywaliśmy papier toaletowy, jak później, w początkach koronawirusa. On ma zresztą tę przewagę nad produktami spożywczymi, że w praktyce może dowolnie długo leżeć.

Strach nie jest wszakże jedyną psychologiczną reakcją na epidemie. W opisie Defoe pojawiają się też inne reakcje – takie jak zmiana wyobrażenia czasu (ważna jest chwila, długie plany zostają unieważnione); obojętność na początkowe sygnały zarazy, potem zaś panika i chaos; szukanie kozła ofiarnego, rzekomo odpowiedzialnego za rozprzestrzenianie się choroby; rozpad więzi społecznych przez kwarantannę i strach, nieufność, napięcia; kursowanie fałszywych informacji; z czasem następujące przyzwyczajenie się do sytuacji, zanik instynktów samozachowawczych (Jankowicz, 24 V 2020). W późniejszych epidemiach występowały podobne reakcje. Prawda, że wiele z nich występuje niekoniecznie w wypadku epidemii. Wyżej już wspominałem o możliwości widzenia fal zbiorowej nienawiści jako podobnych do epidemii.

* * *

Niektóre choroby stygmatyzowały ludzi, jak zresztą przynależność do pewnych grup, powiedzmy, narodowościowych. Taką choroba był na przykład trąd, o czym niżej. Później gruźlica. „Kiedy Fryderyk Chopin w bardzo złym stanie zdrowia opuszczał Majorkę, właściciel jedynego powozu w okolicy, a był to miejscowy lekarz, odmówił przewiezienia go do portu. »Pan Chopin rzeczywiście potrzebuje pomocy, ale to gruźlik«. Zdesperowana George Sand przewiozła nieporuszającego się już wtedy o własnych siłach Fryderyka na taczce” („Spotkania”, 21 VIII 1981). Później w USA bardzo uważano, by nie wjeżdżali imigranci chorzy na gruźlicę, chorych psychicznie także się obawiano. Za naszych czasów w początkach epidemii mocno stygmatyzowało AIDS. Były agresje na schroniska dla chorych na tę chorobę, pojawiało się dążenie do usunięcia ich z okolicy. W Piastowie, gdzie zebrano 5 tys. podpisów za usunięciem i odnotowano akty agresji, ośrodek dla nosicieli wirusa HIV był pilnowany przez policję (1991). Podobnie w Józefowie w 1992 r. nie chciano dopuścić do utworzenia schroniska dla chorych na AIDS (dokładniej: dla dzieci chorych), również w Laskach pod Warszawą (1992). Kilka krajów wprowadziło wtedy zakaz przyjazdu z zagranicy dla chorych na AIDS. W Izraelu taki zakaz obowiązywał nawet w odniesieniu do imigrantów Żydów, co było niezwykłe z uwagi na legitymizującą ideologię tego kraju.

W wypadku AIDS stygmatyzację wzmacniał pojawiający się w dyskursie publicznym wątek seksualny i homoseksualny, także wątek narkomanii. Inna sprawa, że choroby weneryczne też są związane z seksualnością, a mimo to nie ma takiego odrzucenia chorych. Prawda, że sprawa stygmatyzacji może była i jest bardziej skomplikowana psychologicznie. Stygmatyzacja chorych mogła zaspokajać potrzebę kozła ofiarnego. Tego, że trąd nie jest tak zaraźliwy, jak sądzono, nie wiedziano (zaraźliwa jest wydzielina z chorych miejsc, a i to nie zawsze). Wystarczyło, że był straszny i choćby przez to wzbudzał strach, zaś dotkniętych nim można było poddać ostracyzmowi jako gorszych. Charakterystyczne było połączenie w 1321 r. Żydów i trędowatych w oskarżeniu o spisek – o zatruwanie studni we Francji w celu zawładnięcia ówczesnym światem (Geremek, 9–10 I 1993).

Rola chorób jako instrumentu stygmatyzującego ewoluowała. Choroby weneryczne dziś uważamy ze wstydliwe i nawet tak je nazywamy, a dawniej takimi nie były (XVIII w.!). Nie wstydzono się zewnętrznych śladów ich przejścia czy trwania. Kalectwo, niepełnosprawność, ułomności fizyczne swego czasu chyba stygmatyzowały bardziej niż dziś – choć dotknięci takimi dolegliwościami nieraz właśnie dzięki nim zdobywali środki do życia (różne takie osoby w roli błaznów, karły jako oryginalne zjawiska do pokazywania, ludzie o deformacjach ciała jako żebracy). Czasem usiłowano takich ludzi prostować, rozciągać na wyciągach, wsadzać w gorsety, trzymano w odosobnieniu. Dziś niektóre kalectwa czy amputacje ukrywamy, a niektóre protezy nam nie przeszkadzają. Protezę oczu nosimy otwarcie, nawet czynimy z niej przedmiot ozdobny, podlegający modzie – a protezę słuchu raczej ukrywamy czy to w długich włosach, czy nawet w protezie wzroku. Dziś, przynajmniej w teorii, dokłada się wysiłku, by chorych czy inwalidów utrzymać w aktywności, znajdując ułatwiające to rozwiązania techniczne oraz prawne. Bardzo mi się podobała ulotka zachęcająca do składania wniosków o granty w Uniwersytecie w Pittsburghu, którą miałem w ręku akurat w 1991 r.: „The University of Pittsburgh, as an educational institution and as an employer, does not discriminate on the basis of race, color, religion, ethnicity, national origin, age, sex, sexual orientation or marital, veteran, or handicapped status”. Podobało mi się ogłoszenie zapamiętane z jakiegoś sklepu: „No dogs are allowed but guard dogs are welcomed”. Podobnie podoba mi się przyjęta w niektórych muzeach zasada, że niewidomym wolno dotykać obiektów. W „Holandii w miniaturze”, jaką jest park modeli obiektów historycznych Madurodam w Hadze, przynajmniej jeszcze niedawno dla niewidomych zarezerwowano osobny czas w rozkładzie godzin zwiedzania. Na wystawie EXPO ’92 w Sewilli proponowano niewidomym wjazd na Wieżę Panoramiczną EXPO, by opowiedzieć im o rozciągającej się u ich stóp ekspozycji. Nawet leżących w szpitalu traktuje się dziś – w każdym razie teoretycznie – bardziej jako partnerów niż jako ciała do leczenia.

Mimo to w naszej epoce wręcz używa się wyobrażenia o chorobach do określania ludzi. Wyżej była mowa, jak to niektóre ich nazwy weszły do potocznego języka (trędowaty). Niektóre wyobrażenia o chorobach wyraźnie wiąże się z pewnymi ludźmi. Obecnie zdarza się wiązanie koronawirusa z Chińczykami jako takimi. Nastąpił wzrost niechęci do Chińczyków w Australii, w USA i Kanadzie, odnotowano go także w sondażach opinii w różnych krajach europejskich, choć akurat nie w Polsce. Sam prezydent Trump mówił źle o Chińczykach w kontekście epidemii, a najpewniej nie kierował się tylko realnym opóźnianiem przez nich wiadomości o epidemii.        

Takie działanie nie jest nowe. „Winą za pandemię cholery, która w latach 30. i 40. XIX w. szalała w Stanach Zjednoczonych, powszechnie obarczano imigrantów, przede wszystkim Irlandczyków. Do historii przeszła też przymusowa kwarantanna, jakiej poddano mieszkańców Chinatown w San Francisco podczas epidemii dżumy w 1900 r. Otoczona szczelnym kordonem policji chińska dzielnica i jej mieszkańcy uznani zostali za zagrożenie dla »zdrowia publicznego« (później okazało się, że winę za przywleczenie zarazy do Ameryki ponosiły szczury). Na fali antychińskich nastrojów senat Kalifornii zakazał wszystkim Azjatom opuszczania granic stanu, a chińscy imigranci otrzymali bezterminowy zakaz wjazdu do Stanów Zjednoczonych” (Targański, 8–14 IV 2020). Wyżej była już mowa o stworzeniu przez hitlerowców zbitki „Żydzi – wszy – tyfus plamisty”. W Stanach Zjednoczonych AIDS najpierw uznawano za chorobę homoseksualistów, potem uważano, że roznoszą ją Haitańczycy – bo akurat im się zdarzała. Współcześnie słyszeliśmy o pasożytach w kontekście migrantów (Jarosław Kaczyński: „Są już przecież objawy pojawienia się chorób bardzo niebezpiecznych i dawno niewidzianych w Europie: cholera na wyspach greckich, dyzenteria w Wiedniu, różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, mogą tutaj być groźne. To nie oznacza, żeby kogoś dyskryminować… Ale sprawdzić trzeba”) („Newsweek”, 13 X 2015). Użycie słowa „pasożyt” było tu bardzo mocne. „Wróg musi budzić równocześnie strach i pogardę – a to się da zrobić za pomocą języka. Przećwiczone w przeszłości. Czego prawie każdy człowiek boi się i brzydzi równocześnie? Robactwa. No więc obcy, czy to Żyd, czy muzułmanin z Syrii, bez znaczenia, przenosi pasożyty. Pasożyt, epitet namiętnie używany przez hitlerowców i stalinowców” (Tusk 2019, s. 97–98).

* * *

Dla historii mentalności bardzo ciekawe są wyobrażenia ludzi o przyczynach chorób. Święty Cezary, biskup Arles (VI w.), twierdził, że trąd pojawia się w małżeństwach, które nadużywały seksu (Le Goff, 14 IV 1993). W takim tłumaczeniu można widzieć refleks ambiwalentnego stosunku do seksu w katolicyzmie, ale można też widzieć chęć wytłumaczenia w najprostszy, zrozumiały z grubsza dla wszystkich sposób czegoś niewytłumaczalnego (zarazki trądu odkryto dopiero w 1871 r.). W odniesieniu do czasów późniejszych zauważono, że „usilne, niekiedy podążające wbrew ustaleniom nauki i zdrowego rozsądku, wiązanie hiszpanki z zanieczyszczonym kurzem, miazmatycznym powietrzem i fatalnymi warunkami higienicznymi było próbą wpisania choroby we właśnie taki, zrozumiały i potrzebny, kontekst” (Mieszkowski 2020, s. 187). Nie było to dalekie od współczesnych opinii, że koronawirus został stworzony w USA ,by zaszkodzić Chinom, lub że celowo wyprodukowano go w Chinach. Z kolei Ali Chamenei wskazał na Amerykanów jako tych, którzy rzucili koronawrusa na Iran po takim jego przystosowaniu, by atakował szczególnie Irańczyków (zaś Amerykanom jakoby pomogły jakieś mętne siły nieczyste) (Wójcik, 8–14 IV 2020). Wszystko to nie jest odległe od zanotowanej przez Tukidydesa opinii, że podczas wojny peloponeskiej Spartanie oblegający Ateny zatruli studnie portowe w Pireusie i w ten sposób rozprzestrzenili zarazę (Piskorski, 12 VI 2020). Nie jest też odległe od wspomnianego wyżej oskarżenia Żydów i trędowatych o zatrucie studni we Francji. Było wtedy również dużo podejrzeń i oskarżeń tego typu (idea zatruwania studni częsta!) wobec ludzi z jednych krain – zwłaszcza mniej lub bardziej skonfliktowanych – o rozprzestrzenianie zarazy w innych. Nawet więcej. „Podejrzenia zaczęły padać na ludzi, którym rzekomo miało zależeć na tym, aby epidemia trwała jak najdłużej. Mieli to być ci, którzy stykali się z zapowietrzonymi i nie umierali, a nawet zarabiali na zarazie: lekarze, cyrulicy, grabarze. Od XVI w. do pierwszej połowy XVIII w. przeszła przez Europę, także przez Rzeczpospolitą, fala procesów tzw. mazaczy […], ludzi, których podejrzewano o to, że wydzielinami z porzuconych trupów zadżumionych smarują klamki i drzwi” (Karpiński, 30 III 2020). Człowiek chce widzieć rzecz racjonalnie. Epidemia nie jest racjonalna, trzeba ją więc było racjonalizować – i nieraz chce się tego nadal. Po katastrofie smoleńskiej pojawiło się domniemanie zamachu, inne wersje bowiem wydają się zbyt nieracjonalne.

* * *

Pod względem stosunku do chorowania ciekawa jest nasza współczesna wiara w rozum. Mimo częstego obecnie krytycyzmu wobec Oświecenia postępy medycyny choćby w ciągu życia niedawnych pokoleń były tak duże, że często uważamy, iż właściwie lekarze powinni nas wyleczyć. Że opracowanie szczepionki przeciw epidemii jest tylko kwestią czasu (oby tak było!). Że rząd powinien tak zorganizować lecznictwo, byśmy mogli się efektywnie leczyć (no powinien, nieprawdaż?!). Epidemie – podobnie jak zmiany klimatu – dają nam lekcje skromności. Historyk zauważa: „Dla wyznawców nowoczesności musi być prawdziwym policzkiem, że zaawansowany technologicznie i organizacyjnie świat współczesny okazał się równie podatny na zaskoczenie epidemią co tamten sprzed tysięcy lat” (Piskorski, 12 VI 2020).

Prawda, że obecne rządy czują się zobowiązane do zapanowania nad chorobami i epidemiami. Nie jest tak, by, jak niejedne dwory kiedyś, wyjeżdżały z miasta ogarniętego epidemią – w oczekiwaniu, aż ona minie. Swoją politykę kształtują wszakże pod wpływem rozlicznych przesłanek. Instruktywny jest na przykład casus z czasu epidemii cholery w Peru w 1991 r. Jada się tam pewną potrawę z surowych ryb moczonych w zielonej cytrynie. Podobno te ryby przenoszą bakterie cholery. W każdym razie ich eksport i wewnętrzne spożycie dramatycznie wtedy spadły. Protestowali rybacy. Chcąc ożywić handel rybami, ówczesny prezydent Alberto Fujimori zjadł talerz owej potrawy przed kamerami telewizji. Po tygodniu zachorowalność wzrosła (Emerson, 27 V 1991). Nawet jeśli trudno było zapewne udowodnić taki związek przyczynowy, to wspomnienie tego epizodu nasuwało się, gdy premier Mateusz Morawiecki w jakimś momencie ogłosił, że pokonaliśmy koronawirusa. Można było domniemywać, że postąpił tak z przyczyn wyborczych. Z przyczyn politycznych lub ekonomicznych rząd nie chciał ogłosić stanu klęski żywiołowej, kolejnymi rozporządzeniami faktycznie go wprowadzając. W opinii publicznej nieraz pojawia się pytanie o nie tylko medyczną motywację liczby przeprowadzanych testów na obecność koronawirusa.

Co nie najmniej ważne, politykę widać w kwestii możliwości, jakimi dysponują poszczególne rządy. W dzisiejszym świecie mało który może bezapelacyjnie zamknąć wielkie miasto, będące ogniskiem zarazy – jak Chińczycy zamknęli na pewien czas Wuhan (8 mln mieszkańców!), czy, jak robiono na Kubie, izolować chorych na AIDS. I dobrze, że nie może. Nie jest zresztą tak, że efekty walki z epidemią w państwach o niedemokratycznej władzy są lepsze niż w innych krajach. Dążenie do silnej władzy, która w końcu nad wszystkim zapanuje, nieraz w historii pojawiało się w okresach różnorakich kryzysów, ale taka recepta byłaby zbyt prosta. W Iranie epidemia koronawirusa rozwinęła się fatalnie, bowiem teokratyczne państwo nie potrafiło i pewno nie potrafi z nią walczyć (Wójcik, 8–14 IV 2020).

Splot pandemii oraz bieżącej polityki występował oraz występuje w wielu krajach. Prezydenci Trump i Bolsonaro (Brazylia) lekko traktują wirusa najpewniej nie tylko z powodu własnych poglądów. Trump nawet mówił, że przeciwnicy sieją panikę, by pogrążyć gospodarkę i spowodować przegranie przezeń wyborów (Zalewski, 1–7 IV 2020). Bolsonaro też niewątpliwie rozgrywa jakąś swoją strategię (Domosławski, 2–8 IX 2020). Prawda, że wirus wziął odwet (sic!), jako że obaj prezydenci przechorowali się. Z kolei Chiny, skąd epidemia rozeszła się po świecie, w ogóle długo powstrzymywały wiadomości o niej. Trochę to przypominało wstrzymywanie swego czasu wiadomości o katastrofie w Czarnobylu przez ZSRR. W Chinach wczesne ostrzeżenia z Wuhan puszczano mimo uszu, obejmowano embargiem, nawet jakichś tamtejszych lekarzy zatrzymano jako rozsiewających panikarskie plotki. Potem walkę z epidemią potraktowano jako kampanię polityczną, jakich już wiele było. Nazwano ją „wojną ludową”, podkreślano zaangażowanie w nią członków partii komunistycznej (Stefanicki, 31 I 2020). W wielu krajach europejskich polityka interferuje w sprawy epidemii w taki sposób, że rządy robią wiele, by powstrzymać spadek liczby przyjazdów turystycznych, od których gospodarka jest zależna w wielkim stopniu.

* * *

Bardzo ciekawe są dla historyka obecne ruchy negujące epidemię koronawirusa, podobnie jak ciekawe są ruchy antyszczepionkowe. Podejście ich uczestników jest bliskie reprezentowanemu na przykład przez osoby negujące teorię Darwina, także zwolenników teorii spiskowych. Ich postawa pozwala im samym wytłumaczyć sobie różne zjawiska rzeczywiście trudno wytłumaczalne. Karierę w sporach o teorię Darwina zrobił argument (bp William Paley), że żaden człowiek o zdrowych zmysłach, który by znalazł zegarek na pustyni, nie twierdziłby, że jest on dziełem natury (I Bóg stworzył ewolucję”, 22 I 2005). Podobnie prezydent Łukaszenka mógł jeszcze niedawno mówić, że wirusa nie ma, skoro go nie widać. Domniemanie, że w tym wszystkim idzie o zniszczenie gospodarki w interesie jakichś niejasnych sił (w Polsce może po prostu ekonomicznych potęg Zachodu?) – co bywa podnoszone wśród przeciwników wprowadzanych ograniczeń – jest stosunkowo prostym wytłumaczeniem. Ciekawe, czy tak myślący podobnie by reagowali, gdyby widzieli na przykład skutki trądu na ciele chorych lub gdyby wróciły – co zdarza się – różne choroby, które zniknęły z naszego życia, w tym te praktycznie wyeliminowane właśnie dzięki szczepieniom. Ich znacząca eliminacja zmniejszyła czujność, pozwoliła też sądzić, że szczepienia są zbędne. Lepiej, żebyśmy jednak nie musieli dowiedzieć się, jak reagowaliby wtedy wątpiący. Elementem ogólnocywilizacyjnym ułatwiającym rozpowszechnianie się sygnalizowanych postaw jest łatwość zabierania dziś głosu przed szeroką publicznością praktycznie przez każdego i nowe formy kształtowania się dziś ruchów społecznych.

* * *

Bardzo ciekawe dla historyka są działania ludzi mające zapobiec chorobom lub od nich nas uwalniać. To jest historia myśli ludzkiej, a w tym historia myśli technicznej, nieograniczająca się do reakcji na choroby. Jeśli mówić jednak o nich, to warto wspomnieć, jak to w dziejach wiązano choroby z ruchem gwiazd czy choćby jakoś tam rozumianą równowagą płynów w organizmie. Krew i sperma były płynami niebezpiecznymi jako prowadzące do grzechu. Zwłaszcza mnichom upuszczanie krwi ułatwiało jego uniknięcie (Le Goff, 14 IV 1993). Choroby uważano za wynik działania mocy szatańskich, a niekiedy za karę za grzechy. Tym większe wrażenie robiło na przykład zawleczenie trądu z Ziemi Świętej przez krzyżowców. Wpierw istniał w Europie, ale był relatywnie rzadki i nie stanowił wielkiego problemu, a wtedy się rozpowszechnił. Oni poszli tam, w przekonaniu własnym i ówczesnego zachodniego świata, w szlachetnym celu. Tymczasem przynosili chorobę (Klimecka, 1993).

Podczas epidemii kościoły tradycyjnie były otwarte. Uważano, że Matka Boska osłania wiernych swoim płaszczem. Modlono się zwłaszcza do niektórych świętych – jak św. Sebastian czy św. Roch – jakoby chroniących przed zarazą. Wierzono w uzdrowicielską siłę dotknięcia królów Francji i Anglii. W Anglii wiara w tę moc przetrwała do XVII w., we Francji do XVIII w. – choć Ludwik XV uważał to za bzdurę (Chirot 1984, s. 36). Organizowano procesje przebłagalne. Szczególnie podczas „czarnej śmierci” urządzano procesje „biczowników” – ludzi, którzy uderzali swego rodzaju batami idących przed nimi. Palono ogniska, okadzano się, nawaniano pomieszczenia dla przegonienia zarazy, unikano wyziewów z licznych kiedyś bagnisk, czyniono znak krzyża przy ziewaniu (wyziewy z wnętrza człowieka!). W czasach nam bliższych niektóre dziwne pomysły pojawiały się nawet w USA podczas hiszpanki (wdychanie chloroformu, niektóre bezsensowne w konkretnym wypadku lekarstwa, czasem skądinąd przyjemna wiara w ozdrowieńczą moc whisky i szampana) (Rakowski-Kłos, 23 III 2020). W reklamach nawet pasta do zębów Colgate miała zapobiegać hiszpance. Gdy się śmiejemy bądź wzruszamy ramionami wobec takich pomysłów, warto pamiętać, że do dziś przetrwała wiara w różnych uzdrowicieli. Towarzyszyłem kiedyś człowiekowi bardzo choremu podczas takiego seansu. Odbywało się to w podziemiach jednego z kościołów. Przynajmniej ja, który przecież nie pamiętam wojny, nigdy nie widziałem nagromadzenia nieszczęść ludzkich zbliżonego do tamtego. Jeszcze niedawno (a może wciąż?) w Brazylii rzeźby, najczęściej w wosku, chorych części ciała ludzie nosili do sanktuarium w Aparecida (miejscowa Częstochowa) i tam składali. W bliższych nam czasach też stosowano lekarstwa dziś odrzucone (rtęć jako lekarstwo na syfilis!), również metody nie tylko nieskuteczne, ale dziś potępiane choćby w odniesieniu do aplikowania ich w terapiach takich jak dawniej – jak lobotomia, faradyzacja czy przymusowa sterylizacja ludzi uznawanych za niewłaściwych do przekazania życia (w tym „społecznie szkodliwych” i „niedostosowanych”). William E. Dodd, ambasador USA w Berlinie po dojściu Hitlera do władzy, skądinąd historyk, z przerażeniem pisał, że sterylizacja „osób dotkniętych dziedzicznym kretynizmem i innym podobnym upośledzeniem jest zgodna z zamiarem Hitlera podniesienia na wyższy poziom standardów tężyzny narodu niemieckiego”. „Według filozofii nazistowskiej – notował – tylko Niemcy sprawni fizycznie należą do Trzeciej Rzeszy, i to od nich oczekuje się, że będą wychowywać liczne potomstwo” (Larson 2014, s. 215). Nie tylko zbrodnicze ustroje, jak hitlerowski, stosowały jednak takie działania. Na przykład Szwecja musiała przez lata rozwiązywać problem żądań odszkodowania ze strony ofiar dziś nieakceptowanych zabiegów. Nawet najsensowniejsze rozwiązania miewały okropne aspekty. Trudno zanegować sens dążenia do czystości w warunkach zagrożenia epidemią. W niejednym obozie – nawet nie z tych najstraszniejszych, choćby w niemieckich obozach jenieckich – odwszenie było jednak związane z czekaniem nago na zimnie na odparowywane ubranie (Pawlina, Motyl. Ścibor-Rylski). Podczas I wojny światowej kilka armii zbudowało pociągi służące dezynfekcji ubrań i wszelkiej higienie, potem Wojsko Polskie je budowało. Był w nich wagon rozbieralni, wagon, w którym z pomocą pary odwszawiano mundury, wagon z prysznicami itd. Marnie to jednak działało. Historyk pisze: „Wobec chronicznych problemów z zaopatrzeniem użytkownicy pociągów musieli rozbierać się w chłodzie nieopalanych wagonów i – z braku mydła – płukać w zimnej wodzie. Zdezynfekowana zbyt pospiesznie i w zbyt niskiej temperaturze odzież i bielizna, którą dostawali z powrotem, była wciąż zawszona i brudna, za to cała mokra. Wszystko przez większość czasu odbywało się w surowych warunkach wschodnioeuropejskiej jesieni czy wiosny, nie mówiąc już o zimie. W rezultacie kąpiel nie chroniła przed tyfusem, za to poważnie zwiększała ryzyko złapania przeziębienia bądź hiszpanki. Dla zdrowia niefortunnych klientów pociągów byłoby nieraz lepiej, gdyby owe pociągi w ogóle nie wytoczyły się na tory” (Mieszkowski 2020, s. 195). Czy to w obozach, czy w wojsku te wszystkie działania higieniczne miały też aspekt upokorzenia, nieraz naruszenia zasad zinterioryzowanych przez poddanych im ludzi (obnażanie się), „szybko wyradzając się w akty przemocy zarówno fizycznej, jak symbolicznej” (Mieszkowski 2020, s. 196).

Skądinąd wśród dawnych pomysłów zdarzały się sensowne. Wietrzenia pomieszczeń nie uważa się dziś za absurdalne, zaś penicylina – pierwszy antybiotyk, 1928 – jest kontynuacją wykorzystywania pleśni w leczeniu. Używane dziś przez nas maseczki stosowane były podczas hiszpanki w USA (Mieszkowski 2020, s. 177). Podczas obu wojen światowych różne armie rozdawały żołnierzom prezerwatywy i organizowały domy publiczne – co było mniej lub bardziej realistycznym działaniem przeciwko chorobom wenerycznym. Co nie mniej ważne, od dawna stosowano izolowanie się od chorych (w praktyce: izolowanie chorych) – czyli to, co my dziś robimy przy różnych schorzeniach. W Warszawie w XVII w. izolatorium ulokowano na wyspie na Wiśle (ponoć na wysokości dzisiejszej Cytadeli). Technika była przez wieki podobna. W Grecji w latach 1903–1957 zsyłano trędowatych na wyspę Spinalonga (obok Krety). Czasem choremu kazano się izolować w domu. We Francji już w XVII w. wymyślono, że w ramach kontroli przestrzegania izolacji trzeba się pokazać w oknie (także w tym nie jesteśmy pionierami, nawet jeśli przy koronawirusie kontroluje się też telefonicznie). Prawda, że kiedyś izolowanie było procederem bardziej dolegliwym, po prostu okrutnym wobec chorych. Zwłaszcza postępowanie w wypadku trędowatych było straszne. III Sobór Laterański (1179) uznał trędowatych za rytualnie nieczystych. Ceremonialne mycie nóg trędowatym przez władców było, wbrew pozorom, oznaką największego społecznego odtrącenia cierpiących. Święta Jadwiga, żona Henryka Brodatego, na miniaturze z XV w. całuje nogi trędowatym (Klimecka, 1993). Taki obraz miał podkreślać jej szlachetność – jako dokonującej miłosiernego czynu bohaterskiego. W odróżnieniu od innych chorych trędowaci nie mieli nawet świętego-opiekuna. „Uznany za trędowatego tracił pozycję społeczną, majątek, pozbawiano go także praw rodzicielskich. Znajdowało to wyraz w specjalnej liturgii. Po mszy uznanemu za nieczystego posypywano głowę ziemią, czasami wprowadzano do otwartego grobu jako umarłego dla świata. Otrzymywał specjalne naczynie do osobistego użytku, rękawice, by niczego nie dotykać bezpośrednio, sakwę na kiju i drewnianą grzechotkę. Kapłan odprowadzający trędowatego do leprozorium pouczał go o obowiązujących zakazach” (Klimecka, 1993). Chyba ostatnie leprozorium w Europie mieściło się w Tuličesti w Rumunii; pokazano je w telewizji jeszcze w 1990 r. Nicolae Ceauşescu dobrze go pilnował, chorzy nie mogli uciec, współczesnych lekarstw z Zachodu nie dostawali.

Izolację chorych na groźne choroby stosowano nawet pośmiertnie – istniały bowiem odrębne cmentarze dla ofiar epidemii, jak cmentarze dla trędowatych lub cmentarze choleryczne. Od bardzo dawna wiedziano, że nawet ciała pogrzebanych chorych są niebezpieczne. Od dawna izolowano też miasta czy całe nawet obszary przed epidemią. W wypadku zagrożenia usuwano z miast żebraków, prostytutki, ludzi luźnych – jako ludzi nie wiadomo skąd. Nawet regularni mieszkańcy w obliczu epidemii nieraz uciekali z miast (jak przy koronawirusie z Lombardii). Inna sprawa, że takie migracje mogły sprzyjać rozprzestrzenianiu się epidemii.

Zamykano bramy miasta nawet przed dostawcami żywności, co nieraz wywoływało głód. „Gdy w 1770 r. na Kresach wybuchła kolejna zaraza, marszałek wielki koronny Stanisław Lubomirski zarządził otoczenie Warszawy i Pragi sanitarnym wałem z fosą, o łącznej długości 16 km” (Urzykowski, 7 II 2020). Obecnie nie budujemy w takim celu wałów, ale podczas obecnej epidemii zamykaliśmy granice i wciąż nieraz ograniczamy ruch transgraniczny. Dziś jest to znacznie trudniejsze niż kiedyś, a my przećwiczyliśmy to rozwiązanie jako szczególnie bolesne zwłaszcza w wypadku obszarów przygranicznych, no i w ogóle przepływów pracowników okresowych na przykład z Ukrainy do Polski. Ze strony rządów było to trochę działanie ratunkowe, trochę socjotechniczne; coś trzeba było robić, a niebezpieczeństwo zawsze jest wygodnie usytuować z zewnątrz. „Rządy, które zamykały granice, cieszyły się wzrostem poparcia w sondażach. Pokazały, że nie są bezradne, że »stanowczo walczą z wirusem« (niektóre ogłosiły nawet »wojnę« z wirusem). Krytyka zamilkła, w obliczu zagrożenia lud skupiał się wokół swoich przywódców, opozycja siedziała cicho. Mało kto wątpił w działanie tak stanowczych środków” (Bachmann, 17–23 VI 2020).

Generalnie epidemie w dziejach dzieliły ludzi bardziej niż różne inne nieszczęścia. „Gdy czyta się o starych epidemiach – dżumy czy hiszpanki – staje się jasne, że reakcje ludzi są powtarzalne, to znaczy na początku jest solidarność, a potem lęk i chęć izolacji. Nie tylko w wymiarze narodowym, ale także w wymiarze najbardziej intymnym. Zagrożeniem jest twój rodzic, brat, dziecko, wnuk, więc trzeba strzec się nie tylko przed obcym, ale też przed bliskim. To jest pewna nowość w stosunku do sytuacji konfliktu czy wojny” (Holland, 6–13 IV 2020). Podczas epidemii działało naturalne dążenie do zamknięcia się, odizolowania. Znamy to. Można nie znać nikogo z widzów w teatrze czy w kinie, ale jednak jest się wśród ludzi. Tymczasem na wiosnę 2020 r. zamknięto naturalne miejsca kontaktu, takie jak szkoły, uczelnie, galerie handlowe, kina, stadiony, restauracje, kawiarnie, bistra itd. Opustoszała Wenecja podczas karnawału, a w Rio de Janeiro przełożono karnawał zaplanowany – zgodnie z dorocznym zwyczajem – na luty 2021 r. Odwołano Olimpiadę w Tokio. Niby można żyć bez tego wszystkiego, ale zaczynało ogarniać wrażenie pustki – mimo Internetu i związanych z nim środków zaradczych. Zasłanianie twarzy przez część kobiet muzułmańskich nie zmniejsza zapewne ich osadzenia w społeczeństwie – takiego, jakie jest im w nim przypisane. U nas zasłonięcie twarzy pozbawia nas widoku najbardziej zindywidualizowanej części naszej osobowości, a więc widoku jej wyrazu w kontaktach wzajemnych.

Charakterystyczne były pewne działania symboliczne. Nie sądzę, żeby podawanie ręki w kościele w odpowiedzi na wezwanie księdza istotnie zwiększało braterstwo między wiernymi, ale zawieszenie tego zwyczaju było smętnym znakiem. Wymuszone przez epidemię zaniechanie wspólnych obchodów wielkanocnych w Kościele w 2020 r. było sprzeczne z istotą tego aspektu kultu. „Nienaturalna” pustka, spowodowana koronawirusem, pojawiła się w najbardziej nawiedzanych miejscach światowych religii: w Rzymie, Konstantynopolu, Jerozolimie, w Mekce, w Medinie czy w meczecie al-Aqsa w Jerozolimie. Obraz papieża modlącego się samotnie w pustej bazylice był sprzeczny z jego funkcją postaci integrującej oraz uosabiającej instytucję integrującą – choć masy ludzi oglądały zapewne to wydarzenie dzięki Internetowi i telewizji. Już dla Tukidydesa w opisie zarazy napięcie wynikało z „kontrastu pomiędzy najwyższym ideałem ateńskiej demokracji a wizją gwałtownego rozpadu społeczeństwa i upadku jego wartości” (Węcowski, 28–29 III 2020).

* * *

Bardzo ciekawa była nigdy niekończąca się historia poznawania ciała ludzkiego i historia techniki medycznej. Jedno i drugie było uwarunkowane zarówno dominującą mentalnością, jak szerszymi sprawami rozwoju techniki. Przyjmuje się, że pierwszą salę ze stołem do sekcji w środku (teatr anatomiczny) zbudowano na uniwersytecie w Padwie w 1594 r. Ponieważ nie akceptowano wówczas krojenia zwłok, te akurat krojone można tam było natychmiast schować dzięki konstrukcji stołu. Ta sprawa jest notabene ciekawa dla długiego trwania niektórych uwarunkowań procesów poznawczych. Jako że w religii mojżeszowej nie dopuszcza się krojenia zwłok, u schyłku okresu międzywojennego na wielu uczelniach Europy Środkowo-Wschodniej wybuchła tzw. afera trupia. W ogólnie niechętnej dla studentów żydowskich atmosferze nieraz żądano, by żydowscy studenci medycyny nie robili sekcji ciał zmarłych chrześcijan, lecz by gminy żydowskie jednak dostarczały zwłoki do krojenia przez nich (Bukowska-Marczak 2019, s. 129–133). O takich czy innych uwarunkowania poznania ludzkiego ciała nie tylko zresztą przez studentów, no i o samych dziejach poznania, historycy medycyny mogą długo mówić.

Podobnie bardzo ciekawa jest historia leczenia i oprzyrządowania leczenia. Jak dla wielu spraw współczesnych, tak i dla tych ogromne znaczenie miał XIX w. Z elementarnych (nazwijmy je tak) instrumentów stetoskop pochodzi z początku tego wieku, strzykawka o mniej więcej dzisiejszej formie z jego połowy, aparat do nieinwazyjnego mierzenia ciśnienia krwi z końca wieku. Także Röntgen dokonał pierwszego zapamiętanego przez historię zdjęcia w 1895 r. Przez przypadek, albo i nie przez przypadek, było to zdjęcie dłoni jego żony. Instruktywna jest historia przeszczepów – ona tym bardziej musi wszak obejmować dzieje wiedzy medycznej, techniki, a także mentalności. Pierwszy przeszczep serca zrobił Cristiaan Bernard w 1967 r. w Kapsztadzie (pacjent żył 18 dni). W Polsce pierwszego udanego przeszczepu serca dokonał Zbigniew Religa w 1985. Trudno tu iść dalej w omawianiu tego nurtu dziejów.

Ciekawa jest historia szczepień. Fundamentalne odkrycia Pasteura i Kocha to schyłek XIX w. Jak wiele odkryć, tak i dzieje opracowania szczepionek obfitowały w spory i nawet dramatyczne momenty. „Max von Pettenkofer, by udowodnić Kochowi, jak bardzo się myli, publicznie wypił fiolkę wodnistego stolca od umierającego na cholerę, w płynie roiło się od setek milionów przecinkowców. Dostał intensywnej biegunki, ale przeżył, co uznał za potwierdzenie swoich racji” (Mieszkowski 2020, s. 129). Przyszłość pokazała, że nie miał racji. Koch dostał Nagrodę Nobla, a jego oponent zastrzelił się. Z kolei prof. Hilary Koprowski, twórca jednej ze szczepionek przeciwko chorobie Heinego-Mediny, w jakimś momencie prac zdecydował się zaszczepić własne dzieci. Uznał, że nie może przedstawić szczepionki światu, po II wojnie światowej przeżywającemu epidemię owej choroby, jeśli nie jest całkowicie pewien bezpieczeństwa jej stosowania. Niejeden badacz szczepił się sam na relatywnie wczesnym etapie dopuszczania lekarstwa do użytku.

Wyjątkowo dramatyczne okoliczności stworzyły warunki okupacyjne dla produkcji szczepionki przeciw tyfusowi. Do jej wytwarzania konieczne było wówczas hodowanie wszy, a zatem karmienie wszy. Twórca szczepionki dr Rudolf Weigl gromadził w okupowanym Lwowie karmicieli, a byli wśród nich Zbigniew Herbert, Stefan Banach, Stanisław Skrowaczewski, Mirosław Żuławski, Stanisław Kulczyński, Alfred Jahn i dalsi, już wówczas czy w przyszłości wybitni ludzie. Zajęcie było paskudne, ale dawało dobre papiery, bowiem Niemcom zależało na szczepionce. To, że Weigl ratował zatrudnionych u siebie, że dostarczał szczepionkę do gett i podziemia, że jego szczepionka uratowała nie do ustalenia liczbę Polaków, że odmówił podpisania Reichslisty (wejścia do Akademii Nauk ZSRR zresztą też), nie uchroniło go przed idiotycznymi zarzutami kolaboracji po wojnie. Na żywione przez niektórych proste wizje historii i spraw ludzkich szczepionki do dziś nie wymyślono. Nawiasem mówiąc, pośmiertnie prof. Weigl został zaliczony do grona Sprawiedliwych wśród Narodów Świata (2003) (Urbanek, 9–15 VIII 2017).

* * *

Wielkim tematem historycznym są konsekwencje epidemii. Zagadnienie konsekwencji poszczególnych zjawisk jest zawsze trudne dla historyka – nie wiadomo bowiem, jak wiele kolejnych uznać za ich bezpośredni lub pośredni skutek. Choćby naszą rzeczywistość możemy uznać za konsekwencję zjawisk zaszłych w starożytności, co byłoby zasadne, ale często trudne do udowodnienia i długie do referowania. Nie zawsze jest oczywiste, że obserwowana zmiana jest akurat skutkiem epidemii, mimo istnienia następstwa czasowego. Na dodatek, jak była mowa, epidemie nieraz towarzyszyły wojnom, a zatem trudno odróżnić skutki obu zjawisk. Zgony w gettach były w ogromnym procencie skutkami epidemii, ale trudno je odróżnić od innych przyczyn, po prostu od polityki hitlerowskiej w tych skupiskach ludzi. Nie sposób jednak nie zapytać o konsekwencje wielkich epidemii.

Najbardziej oczywiste – choć dla dawnych epok i dla krajów ubogich jedynie szacunkowe – są straty ludnościowe. Można mówić jednak także o mniej oczywistych. Istnieje na przykład domniemanie, że próba odbudowy Cesarstwa Rzymskiego z ośrodkiem w Bizancjum przez Justyniana została udaremniona przez epidemię dżumy. „Czarna śmierć” z XIV w. (dżuma) pewnym sensie zakończyła średniowiecze, może nawet stworzyła bodziec dla reformacji. Nie byłaby to przyczyna jedyna, ale warto przypomnieć, że Luter występował przeciwko handlowi relikwiami, a obrót nimi, w tym obrót fałszywkami, towarzyszył epidemii – co zresztą łatwo zrozumieć. Z kolei hiszpanka wzmocniła wyrosłe co najmniej z wojny światowej tendencje do zmiany systemu władzy w różnych państwach europejskich – a skądinąd nie da się też wykluczyć wzmocnienia niepodległościowych dążeń Indii, gdzie epidemia szalała, lub zapoczątkowania radykalnego oddzielenia białych od czarnych, postrzeganych jako nosiciele choroby, w Afryce Południowej (Mieszkowski 2020, s. 178, 180).

Ciekawe są dla historyka zmiany w funkcjonowaniu gospodarki, jakie zachodzą w wyniku epidemii i miewają wpływ na dalsze gospodarowanie. Na przykład gigantyczne wyludnienie Europy, jakie nastąpiło w wyniku „czarnej śmierci”, pociągnęło za sobą schyłek pańszczyzny na zachodzie Europy, rozwój gospodarki pieniężnej, przesunięcie prężnych gospodarczo ośrodków ku północy. Dla historyka ciekawa jest też zmiana charakteru i mechanizmu takich zmian. Kiedyś inna była liczba ludzi kontaktujących się bezpośrednio między sobą, częstotliwość i zakres kontaktów. Miasta były mniejsze. Kiedyś nie było tylu instytucji koniecznych do funkcjonowania społeczeństwa i dających pracę, także tylu szkół i uczelni (jednych i drugich często licznie obesłanych). Kiedyś praca najemna nie była tak powszechna. Kiedyś wynikiem epidemii nie było wygaszanie przedsiębiorstw i bezrobocie. Znikoma była skala branży hotelarskiej, gastronomicznej, zróżnicowanego sektora artystycznego oraz produkcji konfekcji i obuwia, która teraz też popadła w trudności. Branż motoryzacyjnej, lotniczej, nie przyrównując fitness lub ewentowej (jak się ją zabawnie nazywa), kiedyś nie było w ogóle. Giełdy od dawna istniały w różnych krajach, ale nie odgrywały takiej roli i nie reagowały tak szybko jak teraz. Podatki miały inny charakter, kredyty nie były tak powszechne, zwłaszcza te zaciągane na cele inwestycyjne i produkcyjne. Znacznie mniej produktów potrzebnych konsumentom było produkowanych zewnętrznie i dostarczanych poprzez mechanizm handlu. Import nawet z dużych odległości istniał, ale nie sprowadzano tak wielu produktów ani zwłaszcza półproduktów i komponentów z odległych krajów, i to w przeogromnej skali (elementy do produkcji samochodów, komputerów, lekarstw z krajów Azji). Nikt nie sprowadzał odzieży z Turcji czy z dalszej Azji. Nikt kiedyś nie stawał świadomie wobec pytania, czy ryzykować większą zachorowalność, czy klęskę gospodarki (a zatem i przeogromne konsekwencje dla ludzi, może zresztą też m.in. zdrowotne!).

Zobaczymy (jeśli to jeszcze my zobaczymy), jaki świat wyłoni się z epidemii koronawirusa. Niektóre przewidywania mówią o oczekujących nas bardzo wielkich zmianach – i to nie tylko w zakresie przyzwyczajenia do prowadzenia zajęć uczelnianych i różnych zebrań na dystans. Jeżeli USA oraz Europa wyjdą z epidemii jak przysłowiowe zbite psy, to centrum produkcji różnych artykułów może się jeszcze bardziej przesunąć do Chin. Jednocześnie jeżeli w różnych regionach silniejsi na swoich szczeblach lepiej dadzą sobie radę z epidemią, to wystąpi reakcja obronna – oczywiście bardziej przeciwko światowym firmom gigantom i centrom finansowym niż przeciw Chinom. Nie da się wykluczyć zamykania się państw we własnych granicach, nacjonalizmu gospodarczego, nacjonalizmu tout court, myślenia tylko o dobru własnym, pojmowanym w mniejszej lub większej skali, także nasilenia marzenia, żeby ktoś nad tym zapanował. Swoje, a przynajmniej podkreślane jako swoje wartości mogą zacząć zdecydowanie dominować. Idea śledzenia kontaktów międzyludzkich itp. może wejść w krew jeszcze większej liczbie ludzi niż dotychczas.

Świat, który wyszedł z konfliktu dwóch w miarę zwartych bloków, rozsypał się demokratycznie na wiele ośrodków. Teraz ma szanse zróżnicować się i fragmentaryzować jeszcze bardziej. „W świetle opisu Tukidydesa największym wyzwaniem staje się nie tyle leczenie ciał ludzi dotkniętych wirusem, ile obrona i odbudowa społeczeństwa, utrzymanie i odnowa systemu wartości, dzięki któremu ludzka wspólnota może w ogóle działać” (Węcowski, 28–29 III 2020). Może nie staniemy przed aż takim wyzwaniem.


Bibliografia:

Bachmann K., Granice rozumu, „Polityka”, 17–23 VI 2020.

Barański P., Walka z chorobami wenerycznymi w Polsce w latach 1948–1949 (2012) [w:] Kłopoty z seksem w PRL. Rodzenie nie całkiem po ludzku, aborcja, choroby, odmienności, red. M. Kula, Warszawa.

Bendyk E., „I Bóg stworzył ewolucję”, „Polityka”, 22 I 2005.

Bendyk E., Rządy mikrobów, „Polityka”, 25–31 III 2020.

Borodziej W., Górny M. (2014), Nasza wojna, t. 1: Imperia. 1912–1916, Warszawa.

Browning C. R (2012), Pamięć przetrwania. Nazistowski obóz pracy oczami więźniów, tłum. H. Pustuła-Lewicka, Wołowiec.

Bukowska-Marczak E. (2019), Przyjaciele, koledzy, wrogowie? Relacje pomiędzy polskimi, żydowskimi i ukraińskimi studentami Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie w okresie międzywojennym (1918–1939), Warszawa.

Chirot D., The Social and Historical Landscape of Marc Bloch (1984) [w:] Vision and Method in Historical Sociology, ed. T. Skocpol, Cambridge–New York.

Domosławski A., Wirus niewiary, „Polityka”, 2–8 IX 2020.

Emerson T., Cholera, „Gazeta Wyborcza”, 27 V 1991 (za „Newsweekiem”).

Gadomski W., Wirus w fabrykach, „Gazeta Wyborcza”, 29 II – 1 III 2020.

„Gazeta Wyborcza”, 15 IV 1991 (za Reuterem).

Geremek B., Historyk w świecie polityki, „Gazeta Wyborcza”, 9–10 I 1993 (wykład inauguracyjny w Collège de France).

Herbert Z. (1993), Martwa natura z wędzidłem, Wrocław.

[Holland A.,] Ludzie się zbuntują, rozmawiała Karolina Pasternak, „Newsweek”, 6–13 IV 2020.

[Jankowiak M.,] Chore Imperium Romanum, rozmawiała Agnieszka Krzemińska, „Polityka”, 15–21 IV 2020.

Jankowicz G., Między prawdą a fikcją, „Tygodnik Powszechny”, 24 V 2020.

[Karpiński A.,] Śmierć atakuje z powietrza, rozmawiał Igor Rakowski-Kłos, „Gazeta Wyborcza”, dodatek „Ale Historia”, 30 III 2020.

Karpiński A. (2000), W walce z niewidzialnym wrogiem. Epidemie chorób zakaźnych w Rzeczypospolitej w XVI–XVIII wieku i ich następstwa demograficzne, społeczno-ekonomiczne i polityczne, Warszawa.

Klauziński S., Chrzczonowicz M., Miłosierne kazania abp. Jędraszewskiego: „Tęczowa zaraza, „Ideologia LGBT zaprzecza godności człowieka”, OKO.Press, 2 VIII 2019, https://oko.press/kosciol-lgbt-marsz-bialystok/.

Klimecka G. (1993), Odtrąceni, „Mówią Wieki”, nr 4.

Larson E. (2014), W ogrodzie bestii. Miłość, terror i amerykańska rodzina w Berlinie czasów Hitlera, tłum. P. Hejmej, wyd. 2, Katowice.

Lebaube A., Beaucoup de jeunes au chômage sont en mauvais santé, „Le Monde”, 13 VI 1992.

Le Goff J., „L’Occident médiéval et le corps”, wykład w Instytucie Francuskim w Warszawie 14 IV 1993.

Leszczyński A., Apokalipsa odwołana, „Polityka”, 23–29 VIII 2017.

Leszczyński A., Jakoś to będzie, „Gazeta Wyborcza”, 28–29 III 2020.

Márquez G. G., (1994) Miłość w czasach zarazy, tłum. Carlos Marodán Casas, Warszawa.

Mieszkowski Ł. (2020), Największa. Pandemia hiszpanki u progu niepodległej Polski, Warszawa.

Mózgu nie sklonujemy. Rozmowa z prof. Piotrem Słonimskim, genetykiem, rozmawiała Ewa Nowakowska, „Polityka”, 23 XII 2000.

Müller M., Średniowieczny taniec ze śmiercią, „Tygodnik Powszechny” 3 V 2020.

„Newsweek”, 13 X 2015.

Pawlina S., Motyl. Ścibor-Rylski. Opowieść o Generale (w druku).

Piskorski J.M., Kryzysy poprawiają świat, ale nie prowadzą do Utopii, „Rzeczpospolita” 12 VI 2020.

[Pomian K.,] Spojrzeć w lustro i zastanowić się, rozmawiał Andrzej Garlicki, „Polityka”, 30 XI 1991.

Rakowski-Kłos I., Mandat za kichanie, „Gazeta Wyborcza”, dodatek „Ale Historia”, 23 III 2020.

Sapieha V. (2019), Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk, tłum. E. Horodyska, Warszawa.

„Spotkania”, 21 VIII 1981.

Stefanicki R., Chińska dyktatura wywołała epidemię i ją ugasi?, „Gazeta Wyborcza”, 31 I 2020.

Targański T., Śpiewać i wołać, aby się powietrze czyściło, „Polityka”, 8–14 IV 2020.

Tusk D. (2019), Szczerze, Warszawa.

Urbanek M., Profesor Weigl i karmiciele wszy, „Polityka”, 9–15 VIII 2017.

Urzykowski T., Jak nie dżuma, to cholera, „Gazeta Wyborcza”, 7 II 2020.

Węcowski M., Zaraza szaleje w Atenach, „Gazeta Wyborcza”, 28–29 III 2020.

Wójcik Ł., Dżinn z metanolem, „Polityka”, 8–14 IV 2020.

[Zalewski T.,] Słychać tylko wiewiórki, „Polityka”, 1–7 IV 2020.


Przypisy: 

[1] Tęczowa flaga wywieszona na budynku Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, gdzie pracuję, w reakcji na rozpoczętą w kraju wojnę z LGBT, została zerwana. Cieszę się, że Rektor wystosował wówczas (28 VIII 2020) list do społeczności akademickiej: „Wczoraj z budynku Akademii zerwana została tęczowa flaga. To zdarzenie budzi w nas wszystkich silne emocje. Zwracam się z prośbą do wszystkich członków naszej wspólnoty: nie pozwólmy prowokatorom osiągnąć celu, którym jest zburzenie naszego poczucia bezpieczeństwa i wciągnięcie nas w ich grę. Nie pozwólmy na to. W Akademii Teatralnej jesteś u siebie. Pamiętaj o tym. Wojciech Malajkat”.


Korekta językowa: Beata Bińko




450 lat unii lubelskiej – pamięć, narracje i zapomnienie

ROMAN ROMANTSOV

450 lat unii lubelskiej – pamięć, narracje i zapomnienie

 (Po kliknięciu w tytuł otworzy się tekst w języku rosyjskim) 

Unia lubelska 1569 i utworzenie nowego państwa w Europie Środkowo-Wschodniej

W
rezultacie unii między Koroną Królestwa Polskiego a Wielkim Księstwem Litewskim powstało
nowe państwo, Rzeczpospolita które
w ciągu kolejnych 200 lat stało się
największym, biorąc pod uwagę terytorium, krajem Europy Środkowo-Wschodniej.
Jedną z głównych przyczyn połączenia Wielkiego Księstwa Litewskiego i Królestwa Polskiego było poszukiwanie
sojusznika w konflikcie z Carstwem Moskiewskim. Wojny inflanckie 1558–1583, w
których
na różnych etapach uczestniczyły Polska, Litwa, Dania, Szwecja i Carstwo
Moskiewskie, dawały impuls do pogłębiania integracji Wielkiego Księstwa
Litewskiego z Królestwem
Polskim. Działania wojenne wojsk moskiewskich w Inflantach zmusiły Litwę do poszukiwania wsparcia w
sąsiedniej Polsce. W 1569 r. w Lublinie Wielkie Księstwo Litewskie i Królestwo Polskie połączyły się w nowy
podmiot państwowy. Na czele Rzeczypospolitej do 1795 r., stał król, ale ze względu na duże prerogatywy
szlachty system polityczny państwa określany jest mianem demokracji
szlacheckiej. Po śmierci Zygmunta II Augusta (1572) monarcha był wybierany
przez szlachtę. Państwo powstałe w wyniku unii lubelskiej nie zostało w pełni
zunifikowane – nie było wspólnego
polsko-litewskiego wojska, nie połączono
też skarbu. Na tle innych krajów
Europy Środkowo-Wschodniej wyróżniało się
ono dużą różnorodnością kulturalną,
religijną i etniczną. W elitach nowej państwowości trwał proces kształtowania
się różnych tożsamości –
regionalnej, miejscowej i społecznej (Sulima Kamiński 2000, s. 10–11; Snajder 2014, s. 17). W kolejnych stuleciach, wraz z
rozwojem idei narodowych, grupy społeczne zmieniały swe nazwy. W państwie
współistniało co najmniej sześć grup religijnych: prawosławni, katolicy, po
roku 1596 – unici (grekokatolicy), wyznawcy judaizmu, protestanci i niewielkie
grupy muzułmanów.
Wyznawcy katolicyzmu mówili
przede wszystkim po polsku. W północnych regionach kraju dominował język
litewski. Większość prawosławnych mówiła językiem ruskim (lingua Ruthenica antiqua), który później otrzymał dwie nazwy –
starobiałoruski i staroukraiński. W miastach – większych i mniejszych –
mieszkali Żydzi i Karaimi, którzy
w większości wyznawali judaizm. Niewielkie grupy Ormian i Niemców dopełniały mozaikę społeczną nowego
państwa.

W swoim eseju postaram się dać odpowiedź na dwa główne pytania. Jakie miejsce we współczesnej historii czterech krajów Polski, Litwy, Ukrainy i Białorusi – zajmuje pamięć o unii lubelskiej? Czy pamięć o unii roku 1569 stanie się projektem integrującym kraje Europy Środkowo-Wschodniej?

Pamięć o unii lubelskiej w Polsce – od projektu państwa narodowego do idei federalizmu

Głównym
miejscem pamięci o wydarzeniach roku 1569 jest Lublin. Pragnienie upamiętnienia
unii lubelskiej jako pierwszy wyraził król Zygmunt II August (1520–1572),
bezpośredni uczestnik jej zawarcia. Z jego inicjatywy w centrum Lublina w tym
samym roku wzniesiono obelisk o wysokości 12
łokci (około 7 m). Na dolnej części monumentu znalazły się emblematy Polski i
Litwy przedstawione w formie płaskorzeźbowych postaci królowej Jadwigi i króla Jagiełły, którzy symbolizują integrację dwóch podmiotów politycznych od momentu podpisania
unii w Krewie w 1385 r.

W
rezultacie trzeciego rozbioru w 1795 r. I Rzeczpospolita przestała istnieć.
Państwo podzielono między Austrię, Prusy i Rosję. Wtedy też Lublin znalazł się
w cesarstwie austriackim, stając się jednym z 12 centrów Nowej Galicji. W 1809 r. miasto wraz
z częścią sąsiadujących obszarów
włączono do Księstwa Warszawskiego podległego imperium francuskiemu Napoleona.
Po porażce Napoleona i zgodnie z ustaleniami kongresu wiedeńskiego w 1815 r.
Lublin stał się częścią Królestwa
Polskiego pod władaniem Cesarstwa Rosyjskiego.

W
1819 r. władze lokalne Lublina, dokonując zmian w przestrzeni miejskiej
związanych z utworzeniem placu do musztry wojskowej, zlikwidowały pomnik.
Dzięki staraniom znanego działacza społecznego i uczonego Stanisława Staszica
(Getka-Kenig 2017, s. 157–170) oraz za zgodą cara Aleksandra I w 1826 r. w tym
samym miejscu ustawiono nowy monument. Inicjując odbudowę pomnika Unii
Lubelskiej, Staszic stał się pionierem upamiętnienia
w przestrzeni publicznej w Cesarstwie Rosyjskim idei federacji krajów Europy Środkowo-Wschodniej.
Aleksander I jako realizator liberalnej polityki względem Polaków zaaprobował prośbę Staszica i
zgodził się na wzniesienie pomnika, starając się tym samym potwierdzić swój status króla Polski. Stanisław Staszic i
popierający projekt odnowienia pomnika Unii Lubelskiej namiestnik Królestwa Polskiego generał Józef Zajączek w symboliczny sposób wprowadzili tym samym do przestrzeni
publicznej pamięć o niezależnej państwowości polskiej.

Autorem
koncepcji lubelskiego pomnika był historyk literatury Feliks Bentkowski, a
architektem Paweł Maliński. Pomnik został wykonany w formie wysokiego obelisku,
w jego dolnej części planowano umieścić rzeźby Jadwigi i Jagiełły oraz obrazy
sejmów
w Horodle i Lublinie. Ostatecznie na obelisku umieszczono jedynie pozłacane
figury dwóch
kobiet, symbolizujące Polskę i Litwę.
Obrazy trzech podmiotów:
Rusi, Litwy i Polski, zostały wykorzystane w czasie powstania styczniowego,
toczącego się w latach 1863–1864 w Królestwie Polskim przeciwko imperium
rosyjskiemu. Na herbie powstańców
przedstawiono orła jako symbol Polski, Pogoń – godło Litwy, i archanioła Michała – patrona Rusi, przy czym wszystkie
symbole łączyła korona Polski.

W ten sposób przednowoczesny (przywołując periodyzację szkoły Annales) projekt państwowości polsko-litewskiej został upamiętniony w ramach rosyjskiego, ale już nowoczesnego projektu imperialnego. Warto przypomnieć, że pomnik Unii Lubelskiej w Lublinie zachował się również za panowania Mikołaja I, mimo że car ten nie zawsze tolerował polskie czy litewskie inicjatywy patriotyczne i upamiętnianie wydarzeń oraz bohaterów z historii Polski.

Pomnik Unii Lubelskiej w Lublinie (zbiory autora)

Płaskorzeźba na kolumnie (zbiory autora)

Pamięć o unii lubelskiej podtrzymywano
nie tylko w imperium rosyjskim, lecz także w austriackim. W stolicy prowincji
Królestwo Galicji i Lodomerii – swego rodzaju Piemontu
polskiego, ukraińskiego i żydowskiego odrodzenia narodowego – Lwowie w 1869 r.
w jednym z najpiękniejszych miejsc centrum miasta położono kamień węgielny i wysypano kopiec
upamiętniający 300-lecie podpisania unii lubelskiej. Inicjatorem stworzenia
tego miejsca pamięci był aktywny we Lwowie polski polityk i działacz społeczny
Franciszek Smolka. Kopiec Unii Lubelskiej został usypany z ziemi przywiezionej
z różnych ziem polskich. Na kamieniu, który posłużył za podstawę kopca,
wygrawerowano: „Wolni z wolnymi, równi z równymi – Polska, Litwa i Ruś,
zjednoczone Unią Lubelską 11 sierpnia 1569 roku”. Pomnik dzięki centralnemu usytuowaniu
i roztaczającemu się z tego miejsca widokowi na starą część Lwowa przyciągał
wielkie rzesze odpoczywających. Kopiec stał się miejscem pamięci symbolizującym
przednowoczesną ideę federacji narodów; umieszczony w społecznej
przestrzeni miasta, okazał się przeciwwagą dla imperialnych projektów
Austro-Węgier we Lwowie. Ten niezwykły pomnik unii lubelskiej we Lwowie został
wzniesiony z inicjatywy obywatelskiej, a nie z dekretu władz austriackich
(Prokopowicz, s. 9–18).

W tym samym roku (1869) w Krakowie Jan Matejko zakończył pracę nad płótnem upamiętniającym Unię Lubelską. Na monumentalnym malowidle artysta przedstawił moment przyjęcia aktu unii z udziałem ówczesnych głównych figur historycznych – przedstawicieli władzy i szlachty Królestwa Polskiego oraz Wielkiego Księstwa Litewskiego. Na podkreślenie zasługuje to fakt, że z inicjatywą zakupienia obrazu wystąpiły lokalne władze Lwowa, które umieściły płótno w budynku Galicyjskiego Sejmu Krajowego. Pod okupacją niemiecką w czasie II wojny światowej dzieło Matejki znajdowało się we Lwowie w Muzeum Lubomirskich (Zętar).

Kopiec Unii Lubelskiej we Lwowie. Fotografia z lat trzydziestych XX w.
(Stako, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2880427)

Obraz Jana Matejki z 1869 r.
(https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Lublin_Union_1569.PNG)

Wyjątkowymi miejscami pamięci o unii
lubelskiej są Kaplica Trójcy Świętej i klasztor Dominikanów
w Lublinie. Wewnętrzne freski i malowidła w kaplicy zostały wykonane w stylu
bizantyńskim przez XV-wiecznych mistrzów najprawdopodobniej z różnych regionów
Rusi – Tweru, Nowogrodu oraz jej zachodniej części – Galicji i Wołynia. Warto nadmienić,
że inicjatorem stworzenia kaplicy w tak unikatowym stylu był jeszcze król Władysław Jagiełło. Artyści i rzemieślnicy – twórcy malowideł – upamiętnili Jagiełłę w
kaplicy na dwóch malowidłach. Na pierwszym
przedstawiono króla w towarzystwie świętych, na drugim
zaś wierzchem na zwycięskim koniu. Należy przypomnieć, że nabożeństwo
dziękczynne po podpisaniu unii lubelskiej odbyło się właśnie w Kaplicy Trójcy
Świętej, czym symbolicznie podkreślono udział kultury Rusi w powstaniu nowego
państwa, Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Klasztor Dominikanów w Lublinie również wiąże się z podpisaniem unii. Kompozycja płaskorzeźb nad arką wiodącą na wirydarz klasztoru w osobliwy sposób chroni pamięć o unii. Obraz młodych bliźniaków trzymających się za wyciągnięte ku sobie ręce symbolizuje sojusz Polski i Litwy.

Płaskorzeźba w zaułku klasztoru Dominikanów w Lublinie (zbiory autora)

We współczesnej Polsce pamięć o unii
lubelskiej jest obecna w przestrzeni miejskiej przede wszystkim w nazwach ulic
i placów. Ulice Unii Lubelskiej znajdują się w kilku dużych
miastach i miasteczkach – Poznaniu, Rzeszowie, Łodzi, Bydgoszczy, Szczecinie i
Kołobrzegu (dwa ostatnie pozostawały poza granicami I Rzeczypospolitej) oraz
oczywiście w Lublinie. W stolicy Polski jeden z placów,
z 1919 r., także nosi nazwę Unii Lubelskiej. Ulic Unii Lubelskiej nie
znajdziemy na Białorusi, Ukrainie i Litwie. Nieobecność w miejskiej toponimice
pamięci o unii lubelskiej w wymienionych krajach związana jest z polityką
historyczną władz i interpretacją znaczenia
Rzeczypospolitej dla współczesnych narodów ukraińskiego, białoruskiego i
litewskiego dokonywaną przez naukowców.

Wydarzenia końca lat osiemdziesiątych
XX w. w Polsce oraz rozpad ZSRR w 1991 r. sprzyjały rozwinięciu idei włączenia
do narracji Unii Europejskiej krajów Europy Środkowo-Wschodniej – Litwy,
Białorusi i Ukrainy. Jeszcze w roku 1990 polski historyk Jerzy Kłoczowski przy
wsparciu papieża Jana Pawła II zorganizował w Rzymie seminarium, w którym
uczestniczyli uczeni z ówczesnych republik radzieckich –
Ukrainy, Białorusi i Litwy, a także innych światowych ośrodków
naukowych. W kolejnych latach podobne seminaria organizowano w innych miastach
Europy Środkowej (Gapski 1998,s. 80; Historia jest wspólna 2006, s. 12).

Jerzy Kłoczowski był profesorem
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Dzięki niemu to właśnie Lublin stał się
miejscem, gdzie w 1991 r. powołano do życia Towarzystwo Instytutu Europy
Środkowo-Wschodniej, a w 2001 r. otwarto Instytut o tej samej nazwie.
Społeczność naukowa skupiona wokół prof. Jerzego Kłoczowskiego, a później
pracownicy Instytutu rozszerzali współpracę i prowadzili debatę z elitami
intelektualnymi Polski, Ukrainy, Białorusi i Litwy. Celem Instytutu było
rozpowszechnianie europejskich praktyk w przestrzeni publicznej i dyskursie
naukowym w wymienionych krajach. Pamięć o unii lubelskiej oraz Rzeczypospolitej
Obojga Narodów stała się osnową określającą ramy
geograficzne współpracy uczonych. Jerzy Kłoczowski, tworząc swoją koncepcję
Europy Środkowo-Wschodniej, czerpał z idei polskiego historyka emigranta Oskara
Haleckiego i prac znanego przedstawiciela polskiej myśli politycznej na
emigracji Jerzego Giedroycia (Gapski 1998, s. 86).

W roku 2018 Instytut Europy
Środkowo-Wschodniej w kształcie, w jakim funkcjonował od momentu założenia,
zakończył swoje istnienie. W 2019 r. powstała nowa instytucja – Instytut Europy
Środkowej – która na podstawie ustaleń prawnych
przejęła bazę materialną i intelektualną Instytutu stworzonego przez
Kłoczowskiego. Wraz ze zmianą nazwy zmienił się również profil pracy jednostki; niedawno
powstały instytut stał się centrum analitycznym.

W Lublinie w 2019 r. zorganizowano uroczysty jubileusz 450-lecia podpisania unii. Inicjatorów uroczystości jednoczyło hasło „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”. Organizatorzy obchodów deklarowali chęć dalszej integracji krajów niegdyś wchodzących w skład Rzeczypospolitej, ale dziś na zasadach przyjętych w Unii Europejskiej. Wyzwaniem dla intelektualistów z Polski, Litwy, Białorusi i Ukrainy stało się zachowanie tradycji, celów i rezultatów pracy Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej. Ignorowanie zaś bezcennego spadku wspólnej pracy może przynieść zagrożenie dla efektywnej współpracy naukowej i dalszych badań naukowych, co przywiedzie ku symbolicznej utracie możliwości europeizacji krajów, które niegdyś wchodziły w skład Rzeczypospolitej.

Pamięć o unii lubelskiej i współczesna Ukraina – między zapomnieniem a konfliktem

Kopiec Unii Lubelskiej we Lwowie
istnieje do dziś i znajduje się obok Wysokiego Zamku. We współczesnej Ukrainie
to miejsce demonstrowania ukraińskiej narracji patriotycznej – tutaj w sposób
szczególnie uroczysty demonstrowana jest ukraińska flaga.
W niezależnej Ukrainie, oczywiście z wyjątkiem Lwowa, upamiętnianie tak
symbolicznego dla wieku XVI wydarzenia jak unia lubelska w postaci pomników
i rzeźb nie występowało. Pamięć o zawarciu unii ocalała w tekstach. Wydarzenia
związane z unią lubelską zgodnie z głównym kierunkiem ukraińskiej
historiografii odczytywane były jako nowy etap historii Ukrainy; ukraińskie
ziemie i jej mieszkańcy przechodzili pod władanie polskiego króla,
w rezultacie czego doszło do ograniczenia praw i swobód
chłopstwa
i prostych ludzi. Okres, gdy ziemie współczesnej Ukrainy wchodziły w skład
Wielkiego Księstwa Litewskiego, jest ukazywany jako bardziej przyjazny względem
prostych ludzi. Badaniom nad dziejami Wielkiego Księstwa Litewskiego i
Rzeczypospolitej poświęcili się zagraniczni historycy. Francuski profesor
Daniel Beauvois w swej książce przedstawił krytyczny obraz relacji
polsko-ukraińskich oraz poddał krytyce żywe zainteresowanie Polaków
dziedzictwem Rzeczypospolitej we współczesnej Ukrainie i Białorusi, uznając je
za przejaw polskiego kolonializmu i imperializmu (Beauvois 2016, s.
17).
Popularyzacja kozactwa przez ukraińskich uczonych jako fenomenu wyłącznie
ukraińskiego z akcentem na jego antypolski charakter nie służyła pozytywnej
narracji o Rzeczypospolitej. Historycy, działacze społeczni i państwowi
propagandziści, tworząc mity o Bohdanie Chmielnickim i jego
towarzyszach, weszli w konflikt z polską historiografią, w której to ukraińscy bohaterowie
historyczni XVI–XVII w. byli charakteryzowani w sposób
diametralnie odmienny.

Ostatnio w przestrzeni publicznej
można odnotować zmianę stosunku względem pamięci o unii lubelskiej. W
czerwcu–lipcu 2019 r. z inicjatywy Instytutu Polskiego w Kijowie została
zorganizowana wystawa zdjęć pt. „Równi wobec równych,
wolni wobec wolnych”. Pokazano wówczas fotografie obiektów
architektonicznych z Polski, Białorusi, Ukrainy i Litwy oraz mieszkańców
ówczesnej Rzeczypospolitej w strojach z epoki. Wystawę
usytuowano w jednym z najbardziej ruchliwych miejsc stolicy Ukrainy, przy
wejściu do stacji metra Złote Wrota (Zołoti worota).

W ostatnich dziesięcioleciach procesy integracyjne między Polską, Ukrainą a Litwą zachodzą w sferze wojskowej. Pamięć o niektórych bohaterach i wydarzeniach w XVI-wiecznej Europie Środkowo-Wschodniej została wykorzystana dla potwierdzenia wspólnej przeszłości trzech krajów. Wojna na Ukrainie, rozpoczęta w 2014 r., stała się elementem scalającym Kijów, Wilno i Warszawę na polu militarnym. W Lublinie utworzono Litewsko-Polsko-Ukraińską Brygadę, która obecnie pełni raczej symboliczną funkcję, demonstrując poparcie dla Ukrainy ze strony państw Europy Środkowo-Wschodniej. Na patrona brygady wybrano uroczyście hetmana wielkiego litewskiego Konstantego Ostrogskiego (1460–1530), przedstawiciela szlachty, wsławionego tym, że w 1514 r., dowodząc wojskami Korony i Litwy, rozgromił pod Orszą wojska moskiewskie. Dzięki utworzeniu brygady wojskowi z Ukrainy, Litwy i Polski mogą wymieniać się doświadczeniem, ucząc się i trenując wspólnie.

Obraz Bitwa pod Orszą, 1514 r. Autor nieznany

Tablica upamiętniająca hetmana Konstantego Ostrogskiego na budynku sztabu Litewsko-Polsko-Ukraińskiej Brygady w Lublinie (zbiory autora)

Wielkie Księstwo Litewskie, unia lubelska, Rzeczpospolita i współczesna Białoruś – poszukiwania nowej zapomnianej przeszłości

Pamięć o unii lubelskiej na Białorusi
została utrwalona zarówno w tekstach naukowych i
publicystycznych, jak i – w skromniejszej skali – w przestrzeni publicznej i
miejskiej. W niezależnej Białorusi historycy zaczęli aktywnie propagować mit o
źródłach białoruskiej tożsamości sięgających okresu istnienia Wielkiego
Księstwa Litewskiego i – w mniejszym stopniu – funkcjonowania I
Rzeczypospolitej. W historiografii białoruskiej zawarcie unii lubelskiej i
wydarzenia następujące po niej są traktowane niejednoznacznie. Analogicznie do
narracji ukraińskiej okres Wielkiego Księstwa Litewskiego opisywany jest jako
czas bardziej sprzyjający rozwojowi kultury białoruskiej. Uczeni uważają, że po
roku 1569 rozpoczął się proces likwidacji języka starobiałoruskiego i
jednocześnie popularyzacji języka polskiego (Sahanowicz 2001, s. 247).

W ostatnich latach pamięć o wiekach
XVI–XVII stała się bardziej zauważalna w
przestrzeni publicznej Białorusi. W 2001 r. rozpoczęto renowację zamku w
Nieświeżu. Zamek wzniesiono dla Krzysztofa Radziwiłła zwanego Sierotką w 1583
r. i pozostawał on rezydencją Radziwiłłów do roku 1939 i wkroczenia bolszewików.
W okresie powojennym zamek pełnił funkcję sanatorium i pozostawał we władaniu NKWD; korzystali z niego również
robotnicy wiejscy jako budynku należącego do pobliskiego kołchozu. Od 2015 r. z
kolei trwa rekonstrukcja Zamku Starego w Grodnie, niegdyś rezydencji króla
Stefana Batorego. Popularyzacji wydarzeń historycznych z czasów
Wielkiego Księstwa Litewskiego i Rzeczypospolitej sprzyjały przeprowadzone w
tym samym roku w Grodnie rekonstrukcje wojenno-historyczne. Ponadto pamięć o
Radziwiłłach, jednym z najbardziej wpływowych rodów Litwy, istnieje w miejskiej
przestrzeni państwa. Na Białorusi w 2003 r. powstała sieć supermarketów
(obecnie istnieje już 29 sklepów) o nazwie Radziwiłłowski, a także
działa restauracja o takiej samej nazwie.

Współcześnie na Białorusi pamięć o unii lubelskiej jest zastępowana pamięcią o Wielkim Księstwie Litewskim, ponieważ w białoruskiej narracji historycznej podkreśla się znaczenie tego państwa jako jednego z filarów kształtowania białoruskiej świadomości narodowej.

Unia lubelska i współczesna Litwa – krytyka, akceptacja, przewartościowanie

Pamięć o unii lubelskiej i
Rzeczypospolitej w oficjalnej narracji historycznej współczesnej Litwy zajmuje
specyficzne miejsce. Historiografia tego wydarzenia na Litwie znajduje wyraz w
różnych dyskursach, również w dyskursie patriotycznym, w którym powstanie Rzeczypospolitej Obojga
Narodów traktowane jest jako okres dominacji
kultury polskiej nad litewską. Uzyskanie przez Litwę niepodległości w 1991 r.
zakończyło okres wpływu ZSRR na kwestię pamięci o unii lubelskiej. Część
litewskich historyków przewartościowała miejsce Litwy w
składzie I Rzeczypospolitej. Zauważalna jest też tendencja, by wyrównać status Wielkiego Księstwa
Litewskiego i Królestwa Polskiego w obrębie
Rzeczypospolitej (The History of Lithuania 2015, s. 77–80).

Symbolicznego znaczenia dla Litwy
nabrał rok 2019, gdy sejm przyjął rezolucję, zgodnie z którą do oficjalnego dyskursu państwowego
włączono świętowanie 450-lecia unii lubelskiej. Gros uroczystości odbyło się
w Lublinie w Polsce, dokąd przybyły władze Litwy, Ukrainy i Białorusi. Warto zauważyć, że w
Wilnie 6 lipca – w dniu upamiętniającym koronację pierwszego króla litewskiego Mendoga (lit.
Mindaugas), a jest to dzień święta państwowego Litwy, w symbolicznym
miejscu, na Zamku Wielkich Książąt Litewskich, została zorganizowana wystawa
obrazów „Lublin – miasto Litwy i Polski”. W otwarciu
wystawy uczestniczyli marszałkowie sejmów Litwy – Viktoras Pranckietis, i
Polski – Marek Kuchciński. Przyjmując zaproszenie do udziału w uroczystościach
450-lecia unii Lubelskiej, Litwa poparła ideę projektów integracyjnych pośród krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Symbolem
pozytywnych zmian w relacjach Litwy i Polski stała się pierwsza wizyta
zagraniczna nowo wybranego prezydenta Gitanasa Nausėdy, z którą przybył do Warszawy.

Pamięć o unii lubelskiej jako skuteczny projekt integracyjny dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej

Wraz z rozwojem nacjonalizmów w omawianych państwach historia
stała się niezbędnym narzędziem kształtowania tożsamości narodowej. Poczynając
od drugiej połowy XIX w. pojęcie „narodowości” jest rzutowane na wydarzenia
z przeszłości, a teksty historyczne pisane są z myślą o tworzeniu ideologii
narodowych oraz na rzecz różnego rodzaju projektów politycznych. Narracja o
Rzeczypospolitej nie jest wyjątkiem. W polskiej narracji historycznej
uwidacznia się monopol na kulturę i dziedzictwo unii polsko-litewskiej.
Utworzenie Rzeczypospolitej Obojga Narodów jest interpretowane jako powstanie
przednowoczesnego narodu polskiego. Rozwój nacjonalizmów na Ukrainie i Litwie sprzyjał
kształtowaniu własnego postrzegania przeszłości. Odmienna interpretacja tych
samych wydarzeń stworzyła pole do polemiki i nie sprzyjała wykorzystaniu
pamięci o unii lubelskiej jako fundamentu późniejszych procesów integracyjnych w krajach Europy
Środkowo-Wschodniej. W rezultacie aneksji Krymu i wojny na Donbasie Ukraina,
Litwa i Polska potrzebowały wzajemnego wsparcia także w sferze symbolicznej.
Dzieląc negatywne doświadczenie historyczne współistnienia w sąsiedztwie z
Rosją i obserwując agresywną politykę zagraniczną współczesnej Moskwy względem Ukrainy,
Polska, Ukraina i Litwa zainteresowały się popularyzacją pamięci o unii
lubelskiej w ramach projektów integracyjnych. W polskiej
historiografii Rzeczpospolita zaczęła być postrzegana jako federacja narodów. Na Białorusi, w odróżnieniu od
Polski, Litwy i Ukrainy, Rzeczpospolita jest wykorzystywana do budowania nowej
białoruskiej tożsamości. Dla państw Europy Środkowo-Wschodniej niegdyś
wchodzących w skład Rzeczypospolitej Obojga Narodów duże wyzwanie w XXI w. stanowi
zachowanie pamięci o unii lubelskiej. Z tego względu duże znaczenie dla popularyzacji praktyk
europejskich w Polsce, na Litwie, Ukrainie, Białorusi i w Rosji mają
wykorzystanie wspólnego doświadczenia oraz aktywna współpraca
badaczy i przedstawicieli elit intelektualnych poszczególnych krajów.


Bibliografia

Beauvois D.
(2016), Trójkąt ukraiński. Szlachta, carat i lud na
Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1793–1914
, tłum. K. Rutkowski, Lublin.

Gapski H. (1998), Historyk wobec
siebie i przeszłości. Rozmowy z Jerzym Kłoczowskim
, w: Historiae
peritus. Księga jubileuszowa Profesora Jerzego Kłoczowskiego
,red.
H. Gapski, Lublin, cz. 2.

Getka-Kenig M.
(2017), Pomniki
publiczne i dyskurs zasługi w dobie „Wskrzeszonej” Polski
, Kraków.

Historia jest wspólna. Jan Paweł II Wielki a dziedzictwo
Rzeczypospolitej Wielu Narod
ów i Europy Środkowo-Wschodniej (2006), red. J. Kłoczowski i G. Głuch, Lublin.

The History of Lithuania (2015), red. A. Eidintas, A. Bumblauskas,
A. Kulakauskas, M. Tamošaitis, Vilnius.

Prokopowicz М.
(2008), Koniec Lublinskoj uniji: imperska politika ta nacionalne
swiatkuwannia u Habsburzkomu Lwowi,
seria 3, Lwiw.

Sahanowicz H. (2001), Historia Białorusi. Od czasów najdawniejszych końca XVIII wieku, tłum. H. Łaszkiewicz, Lublin.

Snajder Т. (2014), Rekanstrukcyja nacyj:
Polszcza, Ukraina, Litwa i Biełaruś 1569–1999
, tłum. M. Ramanawski, W.
Kałacka, Warszawa [wyd. polskie: Snyder T. (2006), Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina,
Litwa, Białoruś 1569–1999
, tłum. M.
Pietrzak-Merta, Sejny].

Sulima Kamiński А. (2000), Historia
Rzeczpospolitej Wielu Narod
ów 1505–1795. Obywatele, ich państwa,
społeczeństwo, kultura
, Lublin.

Zętar J., Unia Lubelska – przedstawienia Unii
Lubelskiej w sztuce
, Ośrodek Brama Grodzka Teatr NN, http://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/unia-lubelska-przedstawienia-unii-lubelskiej-w-sztuce/ (dostęp 3.03.2020).


Z języka rosyjskiego przełożyła Anna Jawdosiuk-Małek

Korekta językowa: Beata Bińko




Eseje o paradoksach niewolności. Kairos

KAROL KASPROWICZ

Eseje o paradoksach niewolności. Kairos

Dopóki z sobą grasz, to tylko
sprawa zręczności, błaha sprawa,
ale gdy nagle chwycić musisz piłkę,
którą odwieczna towarzyszka zabaw
ku tobie rzuci, owym łukiem
dokładnie znanym, niczym przęsło,
co z mostu Boga w górę wzlata,
wtedy to władzą jest ta zręczność –
nie twoją, ale świata.
R.M. Rilke (cyt. za: Gadamer 2013, s. 2)

***

Jednym słowem: człowiek czyni zawsze tylko to, co chce, a mimo tego czyni to koniecznie. A polega to na tym, że już jest tym, czym chce: gdyż z tego, czym jest, wynika z koniecznością wszystko, co każdym razem czyni.
A. Schopenhauer (Schopenhauer, online, s. 104)

Krakowskim Przedmieściem przechadza się łysawy jegomość. Z tłumu przechodniów wyróżnia się wyrastającą znad klifu jego twarzy grzywką. Podchodzi do każdego, a ten kto go spotka na swojej drodze, na moment może go uchwycić, dotknąć, złapać. Rzadki to widok. Na imię (a może to przydomek?) mu Kairos i jest znany wśród ludzi Śródmieścia. Od kilku lat po mieście rozniosła się legenda, że komu uda się choć na krótką chwilę go zatrzymać, temu los będzie sprzyjać. Anuszce udało się dotrzeć z oliwą do domu. Mario zwyciężył wygrał kilka tysięcy w kasynie. Janusz przestał uosabiać nosacza sundajskiego. Kilku osiedlowych ziomków poluje na niego, lecz Kairos po wyjściu ze sklepu nocnego zwykł natychmiast znikać. Ostatnio podobno zaginął.

Podobno zbieżność z greckim antycznym bożkiem nie jest przypadkowa. Kairos (gr. Καιρός Kairós, łac. Caerus) był uosobieniem szczęśliwego zbiegu okoliczności, właściwego momentu bądź niewykorzystanej szansy. Obok Chronosa uznawano go za personifikację czasu.

Kairos to „ten oto”, „ten właściwy” czy też odpowiedni czas. Kiedy minął, nikt już nie mógł go złapać (więcej o Kairosie jako dramacie Historii: Tischner 1992). Kairos mógłby zostać uznany także za symbol wolności. Fundamentalnym paradoksem wolności jest jej nieuchwytność, chwilowość, ulotność. Nie jest ani konieczna, ani niezbędna – wymaga stworzenia przestrzeni dla swego istnienia. Funkcjonujemy w koleinach losu, w sieciach tkanych przez Mojry. Wolność zaś egzystuje w ramach klątwy rzuconej na świat przez Parmenidesa z Elei, który stwierdził rzekomą oczywistość: „Istniejące istnieje, istniejące nie istnieje, o nieistniejącym nie da się ani mówić, ani myśleć”. Klątwa Parmenidesa (Bartoś 2020) narzuca żelazną klatkę na wolną wolę, która nie istnieje, istniejąc (bądź odwrotnie). Dlaczego jednak najbardziej pragniemy tego, co nie istnieje według Parmenidesa? Z jednej strony wolność i konieczność to tautologie – wciąż staramy się je wyjaśnić, próbując dotrzeć tam, gdzie już jesteśmy. Jak pisał Martin Heidegger: „Dwa razy mówić to samo: język jest językiem – jak ma to nas dalej prowadzić? My jednak nie chcemy iść dalej. Chcielibyśmy tylko naprawdę dotrzeć kiedyś tam, gdzie już przebywamy” (Heidegger 2007, s. 6). Jeśli świat nie daje się pomyśleć, jesteśmy skazani na ciągłe egzorcyzmowanie klątwy i kulturowe oswajanie rzeczywistości, którą poznajemy. Z drugiej strony staram się myśleć o wolnej woli jako tajemnicy, znajdującej się tuż poza zasięgiem naszego widzenia. Wolność woli jest w moim przekonaniu papierkiem lakmusowym sprawczości (przynajmniej w kulturze Zachodu), a gdy spojrzymy w przeszłość, jest swoistą archeologiczną pozostałością ludzkiej podmiotowości (o dziejach pojmowania duszy, umysłu i ducha od czasów homeryckich zob. MacDonald 2019a i b). Przyjmując taką postawę, wracamy tym samym do kosmologicznych rozważań o naturze człowieka (jego nous bądź starotestamentowego ruach) i świata z czasów Parmenidesa, Heraklita czy Anaksymandra. Jedynie w najstarszych warstwach dziejowych naszego uniwersum pojęciowego (Stary Testament, eposy homeryckie) nie obserwujemy kartezjańskiego podziału człowieka na res extensa i res cogitans. Już od presokratyków narasta w Europie przeświadczenie, że tkwi w nas tajemniczy, nieuchwytny i kluczowy pierwiastek. Dopiero w XXI w. osiągnięcia neuronauki i dziedzin pokrewnych zaczynają nam uświadamiać, iż egzystencja człowieka nie zależy ani od materii, ani od ducha/duszy/umysłu, lecz jest jakością niezależną od tego podziału.

Po co nam wolność woli i kiedy może się objawiać? Czy rację ma Hannah Arendt, stwierdzając, iż „wolność pojawia się tylko tam, gdzie »chcę« i »mogę« są zbieżne” (Arendt 1994, s. 195)? Co więcej: czy wolność wymaga istnienia wolnej woli? Wielki łańcuch (Lovejoy 2009) pojmowania wolności i wolnej woli – od św. Augustyna, Marcina Lutra, Arthura Schopenhauera po Fryderyka Nietschego i Hannah Arendt – doczekał się w ostatnich latach empirycznych uzasadnień. Spór o wolną wolę wkroczył na grunt naukowy. Jak stwierdził Daniel Dennett, badania empiryczne same w sobie nie są w stanie przeważyć szali w jedną ze stron sporu filozoficznego o wolną wolę. Jednak empiria pozwala je rozjaśnić, przeformułować i skorygować, przez co dogłębnie wpływają na proces refleksji filozoficznej. Wolna wola to jednak przypadek szczególny, być może podstawowy do zrozumienia, kim jest bądź nie jest człowiek – przez jednych uznana za „konieczne złudzenie” (Philippe Meyer) bądź „iluzję” (Sam Harris, Jerry Coyne, Daniel Wegner), dla innych przyczynek do poszukiwań nowych odpowiedzi na odwieczne pytanie (Patrick Haggard, Patricia Churchland, Michael Gazzaniga; Hohol 2015). Powtórzyć należy w tym kontekście pytanie Philippe’a Meyera: „Czy w głębinach ludzkiej osobowości zostało choć trochę miejsca wolnego od podwójnej ingerencji genów i środowiska; jakaś przestrzeń, w której człowiek dokonywałby wolnych wyborów?” (Meyer 2007, s. 7). Pojawia się zatem pytanie: Kto tu rządzi – ja czy mój mózg? (Gazzaniga 2020). Przyjrzyjmy się więc co ma do powiedzenia na ten temat neuroscience? Spójrzmy na pewien eksperyment, który ponownie otworzył tę puszkę Pandory.

Eksperyment Benjamina Libeta

Za sprawą Benjamina Libeta z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley wolna wola przestała być przedmiotem wiary, a stała się przedmiotem badań. W latach sześćdziesiątych dwaj neurologowie, Hans Kornhuber i Lüder Deecke, zauważyli, że już przed dokonaniem wyboru jest możliwa rejestracja tzw. symetrycznego potencjału gotowości za pomocą elektroencefalografu (EEG), który nazwali neuronalnym markerem woli (Kornhuber, Deecke, s. 1–17). Profesor Libet, idąc tym tropem wraz ze współpracownikami, postawił fundamentalne pytanie: czy przyczyną naszych zachowań są świadome akty woli, czy też uprzednie wobec nich procesy mózgowe? Zaprojektowano eksperyment, w którym osoby badane wykonywały proste ruchy ręką, jednocześnie skupiając wzrok na tarczy zegara w pomieszczeniu. Mogły wykonać ruch w dowolnym momencie, najważniejsze było zaś, aby osoby te zapamiętały, kiedy podjęły decyzję o poruszeniu ręką. Na ich głowach były umieszczone elektrody EEG, które pozwoliły na zmierzenie potencjału gotowości. Badanych proszono o naciśnięcie przycisku w dowolnym czasie oraz zapamiętanie momentu podjęcia decyzji, podczas gdy naukowcy mierzyli aktywność elektryczną ich mózgów. Wyniki eksperymentu okazały się sensacyjne. Potencjał gotowości zarejestrowano w pierwszorzędowej korze ruchowej (ang. primary motor cortex, MI) oraz dodatkowej korze ruchowej (ang. supplementary motor area, SMA; zob. Duch 2009) około 550 milisekund przed wykonaniem ruchu. Świadomy akt woli poprzedzał ruch tylko o 200 milisekund. Wedle dominującej interpretacji przyczyną ruchu nie jest więc świadomy wybór, lecz poprzedzająca go aktywność mózgowa. Libet wbrew komentatorom starał się znaleźć miejsce (a w praktyce czas) dla wolnej woli. Twierdził bowiem, iż mimo że nasze działania inicjowane są przed pojawieniem się intencji, możliwe jest świadome weto, które może wystąpić około 100 milisekund przed zainicjowanym wcześniej wykonaniem ruchu (Libet 1985, s. 529 i n.).

Krytycy koncepcji wolnej woli często odwołują się do wyników eksperymentu Libeta – potwierdzają (według nich), że podejmowanie decyzji jest tańcem wedle muzyki i choreografii mózgu. Naciskanie przycisku nie było wynikiem świadomej decyzji uczestników badania, byli oni raczej świadkami decyzji, którą już wcześniej podjął za nich ich mózg – odgrywali już gotowy scenariusz. Komentatorzy, przekonani o tym, że wolna wola jest tylko iluzją, twierdzą, iż świadome weto, o którym wspomina Libet (około 100 ms przed ruchem), jest typową hipotezą ad hoc. W kolejnych publikacjach Benjamin Libet podjął się jednak dalszej „obrony” wolnej woli. Przede wszystkim zwrócił uwagę na to, że uświadomienie sobie decyzji o podjęciu ruchu przez badanych następuje wprawdzie po zarejestrowaniu potencjału gotowości w mózgu, ale i tak około dwóch dziesiątych sekundy przed samym wykonaniem czynności. Dawało to wolnej woli, a być może świadomości czas oraz przestrzeń na reakcję – powstrzymanie się od wykonania czynności. Te stany świadomości uznano właśnie za akty woli. Zwolennicy istnienia wolnej woli do dziś krytykują dominującą filozoficzną (deterministyczną, materialistyczną czy też fatalistyczną) interpretację eksperymentu (por. Smith 2011).

Wolność woli postawiły pod znakiem zapytania także następne eksperymenty. Badania Jeffa Millera i Judy Traveny (Travena, Miller 2002, s. 162–190) zakwestionowały wyniki Benjamina Libeta. Aaron Schurger zaś całkowicie podważył znaczenie potencjału gotowości jako neuronalnego markera woli[1]. Pojawiły się z drugiej strony kolejne argumenty na rzecz świadomych aktów woli w postaci badań Marcela Brassa (Brass 2011) oraz Richarda Passinghama (Passingham 1995). Uczeń Passinghama Patrick Haggard dowiódł, że istnieją w mózgu obszary, które odpowiadają za wyobrażenia o podejmowanych czynnościach (Haggard 2009, s. 731–733; więcej o jego badaniach zob. Wykład Patricka Haggarda). Obszarami tymi są kora ruchowa w płacie czołowym oraz tylna kora ciemieniowa. Problemem z eksperymentami przeprowadzanymi od lat osiemdziesiątych XX w. było oparcie na raportach werbalnych. To deklaracje badanych miały potwierdzać, czy działanie było wynikiem dobrowolnej decyzji. Potrzebujemy raczej badań ujawniających to, co nie może być w taki sposób zaraportowane. W związku z tym polegają one obecnie przede wszystkim na analizie czasów reakcji (Bechara, Damasio, Tranel, Damasio 1997, s. 1293–1925).

W ostatnich latach zagadnienie aktów ludzkiej woli stało się przedmiotem badań zespołu pod przewodnictwem Johna-Dylana Haynesa (Soon, Brass, Heinze, Haynes 2008, s. 543–545), który twórczo rozwinął metody Libeta i realizuje w praktyce wskazania Haggarda. Głównym novum jest wykorzystanie niedostępnego jeszcze w latach osiemdziesiątych XX w. funkcjonalnego obrazowania mózgu rezonansem magnetycznym (fMRI – Functional Magnetic Resonance Imaging). Badani podobnie jak w eksperymencie Libeta stanęli przed decyzją, której konsekwencją jest podjęcie działania. Badany decyduje o naciśnięciu jednego z dwóch przycisków. Na początku był proszony o zapamiętanie, która litera z wyświetlanego ciągu pojawiła się na ekranie, gdy podjął decyzję o naciśnięciu przycisku. Analiza zebranych danych wykazała obecność dwóch obszarów mózgu, których aktywność zwiastowała wybór danego przycisków. Co ważne, aktywność ta następowała nawet około 7 do 10 sekund przed raportowanym momentem podjęcia świadomej decyzji. Decyzja zatem tkwiła w sferze nieświadomości (Mlodinow 2016). Przypomnijmy, że Libet dostrzegł aktywność mózgu warunkującą przyszłą czynność jedynie o 550 milisekund przed jej wykonaniem (zob. Wykład Johna-Dylana Haynesa). W kolejnych badaniach zespół Haynesa zajął się prognozowaniem bardziej skomplikowanych decyzji. Osoby badane wpatrywały się w ekran, na którym wyświetlono pięć liczb jedną literę. Każdy ekran pojawiał się na sekundę, po czym był zastępowany przez kolejny. Zadanie badanych polegało na abstrakcyjnym wyborze pomiędzy dodawaniem i odejmowaniem, po wykonaniu operacji matematycznej zgodnej z decyzją na dwóch kolejnych środkowych liczbach, wyświetlających się na kolejnych ekranach. W tym samym czasie uczestnicy mieli zapamiętać, która litera widoczna była na ekranie w momencie dokonania świadomego wyboru, co pozwoliło badaczom na zebranie danych o czasie decyzji. Wyniki potwierdziły wcześniejsze badania. W większości przypadków na podstawie obserwacji pomiarów rezonansu magnetycznego możliwe było przewidywanie około 4 sekund przed świadomym wyborem, jakie operacje matematyczne wybiorą osoby badane (Soon, Hanxi He, Bode, Haynes 2013, s. 6217–6222).

Okno pogodowe wolności

Zarówno eksperyment Libeta, ustalenia Schrugera, refleksje Haggarda, badania Haynesa – mimo doświadczalnego potwierdzenia, że można przewidzieć przyszły ruch na podstawie aktywności mózgowej – projektują pewnego rodzaju przestrzeń (a przynajmniej jej nie wykluczają) do zaistnienia świadomego aktu woli. Wydaje się, że jest to swoiste okno pogodowe wolności. To właśnie w tym miejscu pojawia się miejsce dla Kairosa. Kairos, synonim odpowiedniego momentu czy szczęśliwego zbiegu okoliczności, potrafi wedle ustaleń neuronaukowych dokonać wyłomu w absolutnym panowaniu Chronosa – świecie zdeterminowanym przez boga czasu. Wiara w moment/zbieg okoliczności, w którym możliwe staje się wyrwanie z objęć losu czy też fatum, akcentowała w greckiej kulturze przekonanie o możliwości decydowania o własnym życiu, czyli poczucie osobistej sprawczości (Hamilton 1973, s. 25). Kultura chińska wykształciła coś przeciwnego – poczucie sprawczości zbiorowej (por. Nisbett 2015, s. 19–23), opartej na dążeniu człowieka do harmonii, co Konfucjusz przedstawiał w Zuozhuan przy użyciu metafory kucharza. Wyśmienity kucharz łączy bowiem aromaty, tworząc pyszny posiłek pełen harmonii (Nakamura 2005, s. 179–291; por. Rogacz 2019, s. 41–45). Jednak żaden z tworzących go aromatów nie jest całkowicie wtopiony w całość, a wyjątkowy smak wynika z połączenia rozmaitych wyróżniających się aromatów. Kultury Wschodu (w szczególności Chin) i Zachodu odzwierciedlają inne praktyki społeczne kształtujące te cywilizacje[2]. Wzorce percepcji i sposobów myślenia często są zupełnie rozbieżne. Natomiast Kairos jest intrygującym przykładem bóstwa, które możemy sobie wyobrazić w obydwu przypadkach. Poczucie sprawczości osobistej i zbiorowej to jedynie dwie twarze Kairosa.

Spór o wolność woli pokazuje, jak istotna jest interpretacja (a często nadinterpretacja w sensie, jaki nadał jej Umberto Eco; Eco, Rorty, Culler, Brooke-Rose 1996, s. 45–65) badań neuronaukowych (Marzec-Remiszewski 2016, s. 475–492). Pozostaje otwarte pytanie, czy poszukiwanie fragmentów mózgu odpowiedzialnych za stany mentalne i zachowania czegokolwiek jednoznacznie dowodzi. Co więcej, eksperymenty Libeta bądź Haynesa dotyczą nie tyle wolności decyzji, ile wolności działania. Zasadnicze dla zrozumienia odmiennej terminologii neuroscience jest podejście kompatybilistyczne, polegające na tym, że teza o determinizmie nie jest sprzeczna z koncepcją wolnej woli. Bez wątpienia wiąże się to z odrzuceniem wywodzącego się już od Platona, a wzmocnionego przez Kartezjusza dualistycznego myślenia o relacji między umysłem a ciałem. Obecnie w mózgu (ciele) dostrzega się nośnik, na którym kodowane są doświadczenia, stany mentalne właściwe dla tego, co nazywamy umysłem. To, co naukowcy są w stanie powiedzieć, dotyczy świadomych intencji realizowanych przez procesy w mózgu. Ciekawym zagadnieniem są w tym kontekście konsekwencje przyjęcia tezy o determinizmie, która przy negacji wolnej woli znosi odpowiedzialność za czyny. Wina bez woli nie istnieje. Wystarczy jedynie zaznaczyć konsekwencje dla norm społecznych i regulacji prawnych będących skutkiem przyjęcia takiego punktu widzenia[3]. Ponadto czy wolna wola i wynikająca z niej sprawczość są w pryzmacie wyników badań kognitywnych cechami właściwymi ludziom, czy istnieją organizmy żywe zdolne do „świadomych” działań? (w pryzmacie problemów moralnych zob. de Waal 2013). Sprawstwo bytów nie-ludzkich jest bowiem silnie akcentowane w ramach posthumanistyki (Kipnis 2015, s. 59–74), performatyki (Domańska 2008, s. 9–21) czy też „futurologii historycznej” autorstwa Yuvala Noaha Harariego[4]. Wskazuje się jednak, że tym, co wyróżnia działania ludzkie, jest ich intencjonalność wynikająca z posługiwania się językiem (choć w świetle obserwacji zoologa Hansa Krumera nie jest to przesądzone; Kwiatek 2017).

W świetle tych refleksji Marian Golka podkreślał, że:

Problem wolnej woli i determinizmu (a także indeterminizmu, fatalizmu, czy fatalności) wydaje się nie do rozstrzygnięcia w rozważaniach filozoficznych, a także […] w badaniach naukowych. A jednocześnie gdybyśmy przyjęli, że wolnej woli nie mamy, to musielibyśmy usprawiedliwić całe zło w świecie, uznając, że złe czyny były albo konieczne, albo całkowicie przypadkowe. Co gorsza, uznanie, że nie ma wolnej woli, a więc i winy, byłoby zrujnowaniem całego systemu wymiaru sprawiedliwości, większości zasad moralnych i założeń etycznych, a zapewne i wszystkich form ładu społecznego. Wierzymy, iż dysponujemy wolnością woli, że ta wolność umożliwia wybieranie między dobrem i złem oraz, że jest fundamentem naszej odpowiedzialności, moralności, prawa, wręcz poczucia sensu życia własnego i społecznego. To jednak, co wydaje się potrzebne i tak oczywiste, jest skomplikowane, złożone i tak niejasne, że trudno się dziwić, iż przez wielu autorów odrzucane (Golka 2017, s. 191).

José Ortega y Gasset starał się pokazać, że „człowiek nie ma natury, ale ma… historię” (Ortega y Gasset 2019, s. 221). Zaproponował pojęcie „rozumu historycznego”, który jego zdaniem:

[…] nie przyjmuje niczego jako czystego faktu, lecz każdy fakt rozpuszcza w jego macierzystym żywiole stawania się [el fieri]: patrzy, jak ten fakt się dzieje. Nie sądzi, że potrafi wyjaśniać fenomeny ludzkie, redukując je do jakiejś wiązki instynktów czy „władz” – które w istocie byłyby surowymi faktami, jak zderzenie czy przyciąganie – lecz pokazuje, co człowiek robi z tymi instynktami czy władzami, a nawet oznajmia nam, jak zaistniały owe „fakty” – instynkty i władze – będące rzecz jasna tylko ideami, interpretacjami, skonstruowanymi przez człowieka w jakiejś szczególnej sytuacji życiowej [podkr. K.K.] (tamże, s. 236).

Odnoszę wrażenie, że Ortega y Gasset trafnie określił to, jak kreujemy, jako jednostki i zbiorowości, instytucje kulturalne takie jak wolność i sprawczość. Na poziomie filogenetycznym utożsamiamy się z innymi członkami naszego gatunku (co tłumaczy np. hipoteza dzielonej intencjonalności; Tomasello 2015, s. 13–22), na poziomie historycznym wytwarzamy kulturę, a w ramach ontogenezy przekazujemy ukształtowane w procesie historycznym wytwory oraz tradycje (tenże 2002, s. 267–286). Zdaje się, że wolność woli nie jest w tym pryzmacie złudzeniem bądź iluzją, lecz niezbędnym konstruktem/wytworem społecznym i kulturowym. Jak pisał Wolfgang Prinz, wolna wola jest czymś w rodzaju ważnej instytucji społeczno-kulturowej, podległej uwarunkowaniom historycznym, która na przestrzeni stuleci stała się niezbywalną wartością ludzkości (Prinz 2006). Luźną propozycją sposobu myślenia o sprawczości na gruncie humanistyki mogłoby być pojęcie „kompetencji kulturowej” (nie w sensie natywistycznym związanym z ideą kompetencji językowej Noama Chomsky’ego; Chomsky 1982)[5], które odnosiłoby się do nabywanej w procesie historycznym samoświadomości możliwości i ograniczeń wynikających z myślenia o wolności (a właściwie wolnej woli) i sprawczości. Byłoby to zbieżne z refleksją autorów zajmujących się socjologią praktyk – w szczególności Anthony’ego Giddensa, Theodore’a Schatzkiego, Pierre’a Bourdieu czy Margaret Archer – starających się znaleźć złoty środek pomiędzy jednostką a społeczeństwem (problem agency/structure)[6]. „Kompetencję kulturową” rozumiem zatem jako umiejętność bycia-w-świecie społeczno-kulturowym poprzez intencjonalne nadawanie sensu działaniom. Nie byłbym w stanie ująć tego lepiej niż Margaret Archer, która pisała:

Nieodłącznym elementem codziennego doświadczenia jest bowiem poczucie bycia jednocześnie wolnym i zniewolonym, zdolnym do kształtowania własnej przyszłości i poddanym przytłaczającym, na pozór bezosobowym ograniczeniom. Ci, którzy w toku refleksji odrzucają megalomańskie złudzenie, że pociągają za wszystkie sznurki, a jednocześnie nie godzą się z wnioskiem, że są jedynie biernymi marionetkami, stają więc przed tym samym zadaniem – muszą jakoś ze sobą pogodzić te przeciwstawne bieguny doświadczenia, jeśli nie chcą, żeby ich zmysł moralny się stępił, a podejmowane przez nich działania „polityczne” okazały się bezowocne (Archer 2019, s. 74).

Wolna wola jest niejako oknem pogodowym wolności, współczesnym Kairosem, leżącym u fundamentów kultury europejskiej. Kultura poszerza to okno. Daje możliwości, uchyla drzwi sprawczości i wspólnotowości. Sprawczość to świadome doświadczenie poczucia kontrolowania własnych działań oraz – co kluczowe – kontroli nad zdarzeniami zachodzącymi w świecie zewnętrznym, będącymi skutkiem podejmowanych działań. Nie jest istotne, czy jest iluzją bądź złudzeniem – jej podtrzymywanie jest niezbędnym warunkiem funkcjonowania wspólnot (Wojciszke 2010) i praktyk społecznych opartych na myśleniu historycznym.

Celem zasadniczym tych luźnych rozważań jest przede wszystkim wyjście poza tautologie refleksji humanistycznej i próba przyjrzenia się innym sposobom konceptualizacji problemu wolnej woli, a co za tym idzie sprawczości. Intuicje humanistów są nie tylko potrzebne, lecz niezbędne w debatach dotykających natury człowieka i jego świadomości. Warto w tym kontekście przytoczyć tu słowa Jerzego Topolskiego:

Okazuje się, że ani fatalizm, ani woluntaryzm, ani nawet stanowisko leżące między jednym i drugim, czyli będące kompromisowymi mieszankami jednego i drugiego, nie są przekonywające. Nie biorą bowiem one pod uwagę związku między warunkami ludzkiego działania a samym działaniem. Fatalizm bierze pod uwagę tylko niezależne od człowieka warunki działania ludzkiego i od nich uzależnia bieg dziejów, przy czym fatalizm biologiczny czy geograficzny warunkom, które wysuwa, nadaje bezprawnie życie społeczne, woluntaryzm zaś bierze pod uwagę tylko ludzkie działania. Ani jedno, ani drugie stanowisko, a także stanowiska kompromisowe nie są w stanie odtworzyć mechanizmów tego działania, a zwłaszcza tego, co w mechanizmach tych odgrywa centralną rolę, czyli tego, co stało się w toku ewolucji cechą wyróżniającą człowieka, mianowicie świadomości (Topolski 2004, s. 19).

Jest to świadomość prawa weta, czyli to, co nazywamy wolną wolą. Pytanie, czym ona jest, pozostanie otwarte, możemy jednak w coraz większym stopniu analizować adekwatność sposobów użycia pojęć wolnej woli i sprawczości w odniesieniu do wiedzy o rzeczywistości wynikającej z nauk o poznaniu.

Życie człowieka mieści się gdzieś pomiędzy – koniecznością, losem i światem utkanym z fatum a wolną wolą (zob. Wilson 2016). Czy ludzką historią rządzi konieczność podobna do tej, która wymusza na przyrodzie regularne działania? Ludzkie losy nie są ani regularne, ani przewidywalne. Dzieje się nie powtarzają, lecz rymują, jak mawiał Mark Twain – czasami się nawet jąkają, wracając jako farsa[7]. Mimo to często doszukujemy się w nich swoistego fatum. Starożytne Mojry przędą człowiecze dzieje, „snują wokół człowieka wszelkie zdarzenia jego życia, obracając nim, jakby był wrzecionem; a być może… już to wszystko wyprzędły od początku” (Kubiak 1997, s. 57). Tak czy inaczej, jak pisał Michał Heller, przędza jest delikatna, łatwo się plącze oraz rwie (Heller 2016, s. 71). Kairos zezwala wówczas ludziom na moment sprawczości – ucieczkę od niewolności (por. Hayek 2015; Snyder 2019; Fromm 2014). Wolność w ostatecznym rozrachunku to poczucie władzy nad samym sobą, czyli możliwość zmiany siebie i otaczającej rzeczywistości. Jak stwierdził Laozi: „Trzeba działać, zanim coś zaistnieje” (Laozi, s. LXIII). Rolą historiografii w pielęgnowaniu idei wolnej woli oraz sprawczości (a generalnie myślenia historycznego) może stać się ukazywanie horyzontów możliwości aktorów przeszłych zdarzeń poprzez opis i próbę wyjaśnienia Historii z perspektywy jej sprawców (Sahlins 2011, s. 123–190). Tak jakby dzieje były borgesowskim ogrodem o rozwidlających się ścieżkach. Albowiem co do jednego jestem przekonany – im bardziej wierzymy w fundamentalne dla ludzkiej kultury wartości, tym mocniej one „istnieją”. Tym samym ugruntowujemy naszą wspólnotową „epistemiczną wolność” (Velleman 1989; Hills 2019, s. 6). Inaczej XXI w. stanie się opowieścią o braku sprawczości i utraconej wspólnocie. Kairos zniknie, tak samo jak się pojawił.


Przypisy

[1] Badania Schurgera odcisnęły bardzo mocne piętno na badaniach nad wolą w neuronauce. Model klasyczny procesu decyzyjnego w postaci: intencja – decyzja – przygotowanie – akcja, został zakwestionowany; zamiast tego Schurger i współpracownicy zaproponowali model stochastyczny (czyli oparty na losowości), eliminujący decyzję z kognitywnej ontologii: kontekst – fluktuacje – akcja, przy czym nie wykluczyli krótkiego momentu decyzyjnego po etapie fluktuacji (Schurger, Sitta, Dehaene 2012).

[2] Ważnym zagadnieniem jest/powinna być refleksja nad innymi kulturami, które wymykają się temu dualistycznemu rozróżnieniu.

[3] Przykładem aktualności tego typu rozważań jest sprawa Stefanii Albertani, skazanej na dożywocie za uprowadzenie oraz próbę zamordowania swoich rodziców, a także zabójstwo siostry, którą przymusiła do przyjęcia śmiertelnej dawki leków, po czym spaliła jej zwłoki. W 2011 r. sędzia Luisa Lo Gatto zmieniła wyrok Albertani na 20 lat więzienia, przychylając się do argumentacji obrony, powołującej się na wyniki badań neuroobrazowych i genetycznych. Adwokaci twierdzili, iż jej mózg w porównaniu z grupą kontrolną wykazuje ubytki istoty szarej w przedniej korze zakrętu obręczy (ACC) – co łączy się wedle specjalistów ze zmniejszeniem zdolności do hamowania zachowań impulsywnych – a także w korze wyspy, co łączono ze zwiększonymi zachowaniami agresywnymi. Sędzia wzięła też pod uwagę niską aktywność związanego z funkcjonowaniem kilku neuroprzekaźników genu MAOA (nazywanego „genem wojownika”), co koreluje z antyspołecznymi zachowaniami. Ostatecznie sędzia Luisa Lo Gatto uznała Albertani za „częściowo niepoczytalną” (Kwiatek 2018; por. Baum 2016).

[4] W moim przekonaniu prace Harariego są wyjątkowe. Realizują to, o czym od lat pisze Edward Wilson, czyli są swoistą „konsiliencją” wiedzy. Gdy próbuję znaleźć odpowiednią nazwę dla jego refleksji, zdaje mi się, że „futurologia historyczna” (bynajmniej nie w pejoratywnym sensie) jest adekwatną etykietą, przede wszystkim ze względu na linię argumentacyjną przyjmowaną w ostatnich książkach dotyczących przyszłości ludzkości. Sam autor z pewnością by się odżegnywał od szufladkowania go, lecz niestety jak sam wielokrotnie o tym wspomina, nasze mózgi uwielbiają ekonomię poznawczą i szybkie ścieżki rozumowania (np. heurystyki Daniela Kahnemana). W tym miejscu warto także wspomnieć o poglądach Harariego na problem wolnej woli. Uważa on, w świetle badań neuronaukowych i genetycznych, iż wolna wola jest nie tyle konieczną, ile zbędną iluzją (Harari 2018). Podejście Harariego przypomina koncepcje Schopenhauera. (Bugla 2013).

[5] N. Chomsky, Zagadnienia teorii składni, Wrocław 1982; „Kompetencja językowa” leżąca u podstaw paradygmatu gramatyki generatywnej była rozwijana przez kolejnych badaczy, np. Raya Jackendoffa czy Jerry’ego Fodora. Skłaniam się jednak ku krytykom, ze względu na skrajnie mechanistyczne i uniwersalistyczne podejście do zjawisk językowych oraz kulturowych – moim zdaniem nieadekwatne w stosunku do badanych przedmiotów. Stąd pojęcie „kompetencji kulturowej”, któremu bliżej do idei „kompetencji komunikacyjnej” Della Hymesa z 1966 r., będącej odpowiedzią na tekst Chomsky’ego.

[6] Kompleksowo o teorii podmiotowego sprawstwa zob. Iwińska 2015. Inną perspektywę odnośnie do sprawczości proponuje się w ramach dyskursu postkolonialnego. Jest to jednak temat na zupełnie odrębną opowieść. Wystarczy w tym miejscu wspomnieć o trafnej pod wieloma względami analizie sprawczości autorstwa Homiego Bhabhy i tezie o jej przygodnym charakterze. Bez wątpienia w świetle badań z zakresu neuroscience (szczególnie hipotezy Schurger i in.). Zob. Bhabha 2010, s. 183–214.

[7] Por. aforyzm Stanisława Jerzego Leca „Historia się nie powtarza? Może. Ale się jąka”.


Bibliografia

Archer M. (2019), Kultura i sprawczość. Miejsce kultury w teorii społecznej, tłum P. Tomanek, Warszawa.

Arendt H., Co to jest wolność? [w:] tejże, Między czasem minionym a przyszłym. Osiem ćwiczeń z myśli politycznej, tłum. M. Godyń, W. Madej, Warszawa 1994.

Bartoś T., Klątwa Parmenidesa, Warszawa 2020.

Baum M.L., The Neuroethics of Biomarkers: What the Development of Bioprediction Means for Moral Responsibility, Justice, and the Nature of Mental Disorder, Oxford 2016.

Bechara A., Damasio H., Tranel D., Damasio A.R., Deciding Advantageously Before Knowing the Advantageous Strategy, „Science” 1997, t. 275 (5304).

Bhabha H., Miejsca kultury, tłum. T. Dobrogoszcz, Kraków 2010.

Bugla A., Schopenhauerowska krytyka pojęcia wolnej woli a perspektywa współczesnej neurobiologii, [w:] Współczesne i historyczne konteksty wolności, red. L. Kopciuch, Lublin 2013.

Chomsky N., Zagadnienia teorii składni, tłum. I. Jakubczak, Wrocław 1982.

Domańska E., Humanistyka nie-antropocentryczna a studia nad rzeczami, „Kultura Współczesna” 2008, nr 3.

Eco U., Rorty R., Culler J., Brooke-Rose Ch., Interpretacja i nadinterpretacja, tłum. T. Biedroń, red. S. Collini, Kraków 1996.

Fromm E., Ucieczka od wolności, tłum. O. i A. Ziemilscy, Warszawa 2014.

Gadamer H.G., Prawda i metoda. Zarys hermeneutyki filozoficznej, tłum. B. Baran, Warszawa 2013.

Gazzaniga M., Kto tu rządzi – ja czy mój mózg? Neuronauka a istnienie wolnej woli, tłum. A. Nowak, Sopot 2020.

Golka M., Paradoksy wolności, Warszawa 2017.

Haggard P., The Sources of Human Volition, „Science” 2009, t. 324.

Hamilton E., The Greek Way, New York 1973.

Harari Y.N., Bomba zegarowa w laboratorium [w:] tegoż, Homo deus. Krótka historia jutra, tłum. M. Romanek, Kraków 2018.

Harari Y.N., 21 lekcji na XXI wiek, tłum. M. Romanek, Kraków 2018.

Hayek F. von, Droga do zniewolenia, tłum. K Gurba i in., Kraków 2015.

Heidegger M., W drodze do języka, tłum. J. Mizera, Warszawa 2007.

Heller M., Bóg i geometria. Gdy przestrzeń była Bogiem, Kraków 2016.

Iwińska K., Być i działać w społeczeństwie. Dyskusje wokół teorii podmiotowego sprawstwa, Kraków 2015.

Kipnis A., Agency between humanism and posthumanism: Latour and his opponents, „Journal of Ethnographical Theory” 2015, t. 5 (2).

Kornhuber H., Deecke L., Changes in brain potentials with willful and passive movements in humans: The readiness potential and reafferent potentials, „Pflügers Archiv: European Journal of Physiology” 2016, t. 468 (7).

Kubiak Z., Mitologia Greków i Rzymian, Warszawa 1997.

Kwiatek Ł., Przemów, a cię ochrzczę. O małpach wychowanych na człowieka, Kraków 2017.

Laozi, Taoteking. Księga sensu i życia.

Libet B., Uncoscious Cerebral Imitative and Role of Conscious Will in Voluntary Action, „The Behavioral and Brain Sciences” 1985, t. 8.

Lovejoy A., Wielki łańcuch bytu. Studium historii pewnej idei, tłum. A. Przybysławski, Gdańsk 2009.

MacDonald P.S. (2019a), History of the Concept of Mind, t. 2: The Heterodox and Occult Tradition, Taylor&Francis Group 2019.

MacDonald P.S. (2019b), Psychē. Dzieje pojęcia. Dociekania o duszy, umyśle i duchu od Homera do Hume’a, tłum. I. Kania, Warszawa 2019.

Marzec-Remiszewski M., Czy wnioski z eksperymentów naukowych badających wolną wolę są uzasadnione? Przegląd i analiza krytyki eksperymentów Benjamina Libeta i Johna‑Dylana Haynesa, „Argument” 2016, t. 6 (2).

Meyer P., Złudzenie konieczne. Biofilozofia I, tłum. W. Jadacka, Warszawa 1998.

Mlodinow L., Nieświadomy mózg. Jak to, co dzieje się za progiem świadomości, wpływa na nasze życie, tłum. J. Szajkowska, Warszawa 2016.

Nakamura H., Systemy myślenia ludów Wschodu. Indie, Chiny, Tybet, Japonia, tłum. M. Kanert, W. Szkudlarczyk-Brkić, Kraków 2005.

Nisbett R., Geografia myślenia. Dlaczego ludzie Wschodu i Zachodu myślą inaczej?, tłum. E. Wojtych, Sopot 2015.

Ortega y Gasset J., Historia jako system [w:] tegoż, Idee, przeświadczenia, historia, tłum. I. Kania, Warszawa 2019.

Passingham R.E., The Frontal Lobes and Voluntary Action, Oxford 1995.

Prinz W., Free Will as a Social Institution [w:] Does Consciousness Cause Behavior, red. S. Pockett, W.P. Banks, Sh. Gallagher, Cambridge 2006.

Rogacz D., Chińska filozofia historii. Od początków do końca XVIII wieku, Poznań 2019.

Sahlins M., Kultura i sprawstwo w historii [w:] tegoż, Z przeprosinami dla Tukidydesa. Rozumienie historii jako kultury i odwrotnie, tłum. W. Usakiewicz, Kraków 2011.

Soon C.S., Brass M., Heinze H.J., Haynes J.-D., Unconscious Determinants of Free Decisions in the Human Brain, „Nature Neuroscience” 2008, t. 11 (5), s. 543-545.

Soon C.S., , Hanxi He A., Bode S., Haynes J.‑D., Predicting free choices for abstract intentions, „Proceedings of the National Academy of Science” 2013, t. 110(15).

Snyder T., Droga do niewolności. Rosja, Europa, Ameryka, tłum. B. Pietrzyk, Kraków 2019.

Tomasello M., Kulturowe źródła ludzkiego poznawania, tłum. J. Rączaszek, Warszawa 2002.

Tomasello M., Historia naturalna ludzkiego myślenia, tłum. B. Kucharczyk, R. Ociepa, Kraków 2015.

Topolski J., Wolność i przymus w tworzeniu historii, Poznań 2004.

Travena J., Miller J., Cortical Movement Preparation before and after a Conscious Decision to Move, „Consciousness and Cognition” 2002, t. 11(2).

Velleman J.D., Practical Reflection, Princeton 1989.

Waal F. de, Małpy i filozofowie. Skąd pochodzi moralność?, tłum. B. Brożek, M. Furman, Kraków 2013.

Wilson E., Znaczenie ludzkiego istnienia, tłum. B. Baran, Warszawa 2016.

Wojciszke B., Sprawczość i wspólnotowość. Podstawowe wymiary postrzegania społecznego, Gdańsk 2010.

Netografia

Duch Włodzisław (2009), Jak działa mózg, http://www.is.umk.pl/~duch/Wyklady/Mozg/09-3-ruch.htm, dostęp 31 V 2020.

Hills T.G. (2019), Neurocognitive free will, https://royalsocietypublishing.org/doi/10.1098/rspb.2019.0510, dostęp 5 VI 2020.

Hohol M. (2015), Iluzoryczny jak wolna wola, https://www.tygodnikpowszechny.pl/iluzoryczny-jak-wolna-wola-28813, dostęp 4 VI 2020.

Kwiatek Ł. (2018), Życie bez wolnej woli, https://www.granicenauki.pl/zycie-bez-wolnej-woli-151583, dostęp 4 VI 2020.

Schopenhauer A., O wolności ludzkiej woli, https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/schopenhauer-o-wolnosci-ludzkiej-woli.pdf, dostęp 4 VI 2020.

Schurger A., Sitta J.D., Dehaene S. (2012), An accumulator model for spontaneous neural activity prior to self-initiated movement, www.pnas.org/cgi/doi/10.1073/pnas.1210467109, dostęp 2 VI 2020.

Smith K., (2011) Neuroscience vs philosophy: Taking aim at free will, https://www.nature.com/articles/477023a dostęp 2 VI 2020.

Tischner J. (1992), Kairos. Rozmowy z ks. prof. Józefem Tischnerem, https://ninateka.pl/audio/kairos-rozmowy-z-ks-prof-jozefem-tischnerem, dostęp 29 V 2020.

Wykład Johna-Dylana Haynesa, O odczytywaniu myśli i wolnej woli, https://www.youtube.com/watch?v=MgLSagljezM, dostęp 2 VI 2020.

Wykład Patricka Haggarda https://www.copernicuscollege.pl/wyklady/wolna-wola-a-swiadomosc, dostęp 29 V 2020.

Wywiad z Marcelem Brassem (2011) The Neuroscience of Free Will, Zob. http://commonsenseatheism.com/?p=12153, dostęp 2 VI 2020.

Korekta językowa: Beata Bińko




Black Lives Matter, czyli ile warte jest ludzkie życie

Autor: Johnny Silvercloud
Zdjęcie zrobione: 10 listopada, 2015r.
Źródło: Flickr

MARTA CIEŚLAK, ANNA MÜLLER

Black Lives Matter, czyli ile warte jest ludzkie życie

Śmierć George’a Floyda, czarnego mieszkańca Minneapolis, który 25 maja tego roku został zamordowany przez białego policjanta na oczach przechodniów nagrywających to dramatyczne wydarzenie telefonami komórkowymi, sprowokowała kolejną falę walki o prawa obywatelskie czarnych Amerykanów. Setki tysięcy osób dołączyło do działaczy ruchu Black Lives Matter, który stał się siłą napędową protestów obejmujących niemal cały kraj. Tym razem, również po raz kolejny, głównym (choć nie jedynym) powodem jest przemoc policji, która według niepozostawiających wątpliwości danych jest rezultatem dyskryminacji na tle rasowym. Nie sposób zliczyć, ile razy na przestrzeni wieków czarni Amerykanie zmuszeni byli walczyć o swoje prawa i godne traktowanie przez instytucje reprezentujące państwo. Jednak protesty organizowane w wielkich i mniejszych miastach, miasteczkach i wioskach tym razem mają nieco inny oddźwięk. Po raz pierwszy odbywają się one we wszystkich stanach. Nie tylko dołączyły do nich znacznie większe niż w przeszłości liczby białych Amerykanów, ale odbiły się one echem daleko poza granicami USA, w tym także w Polsce. W Warszawie pod ambasadą amerykańską doszło do manifestacji solidarności z ruchem Black Lives Matter i protestów przeciwko rasizmowi. W mediach społecznościowych rozgorzała dyskusja, czy nazywanie czarnoskórych mieszkańców i obywateli Polski Murzynami jest formą rasizmu. Pojawiła się nawet petycja wzywająca do skreślenia z listy lektur W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza. Gdzieniegdzie w czasie manifestacji uczestnicy klękali, odwołując się do gestu piłkarza futbolu amerykańskiego Colina Kaepernicka, który w 2016 r. jako pierwszy ukląkł na jednym kolanie, gdy grano hymn narodowy, w geście protestu mającym zwrócić uwagę na przemoc i rasizm policji.

Tragiczna śmierć
Floyda nie jest niczym wyjątkowym w kronikach historii amerykańskiej. Komentatorzy
zwracają uwagę, że zmiana nastrojów społecznych i nasilenie aktywności
obywateli, których jesteśmy świadkami, wynika także, choć z pewnością niewyłącznie,
z rozwoju technologii. Nagranie z telefonu komórkowego, które obiegło świat i dzięki
któremu każdy może zobaczyć policjanta klęczącego na szyi Floyda przez około ośmiu
minut[1],
podczas gdy mężczyzna błaga o oddech i w końcu przywołuje swoją zmarłą matkę, sprowokowało
falę oburzenia na rasizm, brutalność policji i bestialskie morderstwo człowieka
również dlatego, że rozgrywa się ono niemalże na naszych oczach. Ale Floyd nie był
pierwszym czarnym Amerykaninem, którego śmierć z rąk policji dzięki najnowszym technologiom
stała się sprawą publiczną. W lipcu 2014 Eric Garner umierał z rąk nowojorskich
policjantów na oczach przechodniów nagrywających jego ostatnie słowa telefonami.
Podobnie jak George Floyd, ubezwłasnowolniony Garner błagał o oddech i tak samo
jak Floyd umierał, wołając, „Nie mogę oddychać” („I can’t breathe” stało się jednym
ze sloganów Black Lives Matter). W 2016 Diamond Reynolds, partnerka Philando’a Castile’a,
nagrała, jak policjant strzelił siedem razy prosto w ciało jej partnera w czasie
rutynowej kontroli drogowej po tym, jak Castile poinformował policjanta, że ma przy
sobie broń, której jest legalnym posiadaczem (w samochodzie była z nimi czteroletnia
córka Reynolds). W 2018 nagrania z kamer policyjnych zarejestrowały, jak dwóch policjantów
strzela dwadzieścia razy w kierunku Stephona Clarka, założywszy, że telefon trzymany
przez Clarka w ręku to broń. Przypadki śmierci Garnera, Castile’a i Clarka, podobnie
jak Floyda i wielu innych, stały się sprawą publiczną, ponieważ wszyscy, również
ci, którzy nie mają na co dzień z policją do czynienia, mogli naocznie przekonać
się o agresji, brutalności i rasizmie osób mających w teorii chronić obywateli i
stać na straży prawa. Przypomnijmy tutaj, że już w 1991 r. Amerykę obiegło nagranie
białych policjantów katujących Rodneya Kinga. Brutalne pobicie czarnego Amerykanina
wywołało protesty w Los Angeles po tym, jak policjanci, którzy znęcali się nad Kingiem,
zostali oczyszczeni z zarzutu użycia nieuzasadnionej przemocy, mimo że cały kraj
miał okazję zobaczyć atak na Kinga na własne oczy.

Przemoc dokumentowana
dzięki telefonom, kamerom w przestrzeni publicznej czy kamerom policyjnym i pokazywana
w mediach społecznościowych w końcu poruszyła białych Amerykanów, także tych, którzy
jeszcze kilka lat temu zarzucali Kaepernickowi brak szacunku dla flagi amerykańskiej
i hymnu narodowego. Oliwy do ognia dolał epizod zarejestrowany telefonem również
25 maja, który naświetlił problem tego, że biali Amerykanie są w pełni świadomi
rasizmu policji, choć myślą o nim w kontekście ochrony swoich przywilejów. Kilka
godzin przed śmiercią Floyda w Minneapolis Christian Cooper, czarny obserwator ptaków,
poprosił białą kobietę w Central Parku w Nowym Jorku, by ze względu na obecność
ptaków założyła swemu biegającemu bez ograniczeń psu smycz. Prośba Coopera była
zarówno apelem hobbysty, jak i przypomnieniem, że prawo prowadzenia psów na smyczy
obowiązuje w tej części parku właśnie dlatego, iż stanowi ona powszechnie znany
habitat różnorodnych gatunków ptaków. W odpowiedzi na prośbę Coopera wykształcona,
głosująca na demokratów i uważająca się za osobę progresywną biała Amerykanka zadzwoniła
na policję, twierdząc, że czarny mężczyzna stanowi zagrożenie dla niej i jej psa.
Na nagraniu z telefonu Coopera słyszymy jego spokojny głos i widzimy, że przez cały
czas znajduje się on w sporej odległości od kobiety, która nerwowo szarpie psa i
świadomie kłamie w rozmowie z osobą przyjmującą jej zgłoszenie. Jej decyzja jest
odzwierciedleniem głęboko zakorzenionego wizerunku policji, która chroni białych
Amerykanów, podczas gdy ich czarnych współobywateli uważa automatycznie za kryminalistów.
Nie bez znaczenia jest także to, że kłamstwo białej Amerykanki nawiązało do historycznego
rasistowskiego tropu przedstawiającego czarnych mężczyzn jako szczególne zagrożenie
bezpieczeństwa białych kobiet.

W odpowiedzi czarni
Amerykanie wyrażają własne poczucie frustracji, bo kiedy działacze, eksperci, pracownicy
socjalni, intelektualiści i wielu innych nawoływali białych Amerykanów do konfrontacji
z rasizmem w policji, zdecydowana większość pozostawała nieporuszona, jakby powtarzające
się z porażającą regularnością przypadki zabójstw czarnych kobiet i mężczyzn z rąk
policjantów były niewystarczającym dowodem uzasadniającym ich apele. Nagranie śmierci
Floyda obudziło nowe pokłady szoku i sprzeciwu w świadkach tej zbrodni, których
z minuty na minutę rosnąca liczba po raz kolejny musiała zmierzyć się z okrucieństwem
będącym codziennością czarnych Amerykanów. Nie dziwi zatem, że komentatorzy debatują,
dlaczego właśnie teraz i dlaczego właśnie śmierć Floyda, a także zastanawiają się,
jak długo potrwa to masowe oburzenie białych Amerykanów.

Według bazy danych
„Washington Post” 1304 czarnych Amerykanów zginęło w wyniku strzałów oddanych przez
policjantów pomiędzy 1 czerwca 2015 a 22 lipca 2020 r. („Washington Post” 2020)[2]. To statystyki zgonów wyłącznie w wyniku
użycia broni palnej przez policję, co oznacza, że nie obejmują one zgonów z innych
powodów, w tym śmierci Floyda, która nastąpiła w wyniku uduszenia. Nie obejmują
one również takich przypadków, jak śmierć Ahmauda Arbery’ego zamordowanego przez
dwóch białych Amerykanów podczas
joggingu na przedmieściach Brunswicku w stanie Georgia. Choć Arbery został zamordowany
23 lutego, sprawa ujrzała światło dzienne dopiero na początku maja, kiedy w Internecie
ukazało się nagranie morderstwa i wyszło na jaw, że mordercy, z których jeden jest
byłym oficerem śledczym, nie zostali nawet aresztowani. Pytanie, w jaki sposób biegacz
w szortach i koszulce mógł zagrażać mężczyznom, którzy śledzili go uzbrojeni w samochodzie
dostawczym typu pick-up, zostało początkowo
zignorowane przez lokalne organy śledcze. Dopóki świat nie zobaczył śmierci bezbronnego
mężczyzny na własne oczy, wystarczyło twierdzenie morderców, że ich atak był usprawiedliwiony,
ponieważ w ich przekonaniu Arbery był włamywaczem grasującym od jakiegoś czasu po
dzielnicy. Sprawa zabójstwa Arbery’ego, która dodatkowo po raz enty naświetliła
problem bezkarności białych samozwańczych stróżów porządku publicznego, poruszyła
USA kilkanaście dni przed morderstwem Floyda i również stała się jedną z bezpośrednich
sił napędowych obecnych protestów.

Mit a historia, czyli jak opowiadać o przeszłości

Podkreślmy, że
rasizm w Stanach Zjednoczonych to dziś zjawisko niezwykle złożone. Dyskryminacja
i uprzedzenia na tle rasowym to zjawiska wielowymiarowe, które w różnym stopniu
i na różne sposoby dotykają dziesiątki milionów Amerykanów należących do wielu grup
rasowo-etnicznych, a definiowanych jako persons of color[3]. Gdy
do dyskusji na temat rasizmu dodamy problemy związane z innymi formami dyskryminacji,
np. na tle ekonomicznym (klasowym), tożsamości płciowej (w rozumieniu zarówno płci
biologicznej [sex], jak i kulturowej [gender]) lub kulturowym (religia,
język etc.), otrzymujemy obraz społeczeństwa amerykańskiego, który nie sposób naświetlić
w krótkim eseju. Naszym celem nie jest wyczerpująca dyskusja o wielowymiarowości
rasizmu amerykańskiego, ale raczej refleksja na temat jego korzeni historycznych,
nieodzownie łączącymi się z historią relacji dwóch grup demograficznych, których
potomkowie są obecnie kategoryzowani jako biali i czarni Amerykanie. To właśnie
oś zależności pomiędzy tymi dwiema grupami, z których każda jest oczywiście niezwykle
złożona pod względem ekonomicznym, społecznym, politycznym i kulturowym, jest kluczem
do zrozumienia historii rasizmu w USA oraz protestów społecznych, które ogarnęły
Stany Zjednoczone w 2020 r.

Śmierć George’a
Floyda to zaledwie jedno z setek tysięcy wykroczeń amerykańskiej policji przeciwko
czarnym Amerykanom, kolejny rasistowski spektakl przemocy państwa. Jej źródeł –
a podkreślmy tutaj, że przemoc policji jest tylko jednym ogniwem sankcjonowanego
przez państwo rasizmu systemowego wpisanego w funkcjonowanie amerykańskiego społeczeństwa
– musimy szukać w historii. Jako nauczycielki akademickie i historyczki w Stanach
Zjednoczonych nie jesteśmy w stanie uciec od konfliktu, który jest w tę historię
wpisany. Z jednej strony jest to opowieść o bezgranicznych możliwościach otwartych
przed ambitnymi jednostkami, kraju odważnych imigrantów i kolebce nowoczesnej demokracji.
Z drugiej to zupełnie inna opowieść o systematycznym wykluczeniu, brutalnej przemocy
i dyskryminacji na tle rasowym. To czarni intelektualiści i działacze już dawno
temu jako pierwsi postawili tezę, że największym problemem Ameryki jest rasizm,
który precyzyjnie i konsekwentnie od samych początków był wbudowany w podstawy państwa
i narodu amerykańskiego. I nie chodzi tutaj wyłącznie o wciąż istniejący głośny
rasizm pod postacią białych kapturów Ku Klux Klanu, lecz o rasizm codzienny, często
podskórny i nie do końca uświadomiony, wyrażający się przekonaniem, że problemy
społeczne współczesnej Ameryki wynikają z naturalnych różnic w osiągnięciach różnych
grup etnicznych i rasowych; że jeśli pracujesz, to sobie poradzisz; że jednostka
jest panem swojego życia i zawsze ma szansę na sukces; że każdy jest równy i sprawiedliwie
traktowany, jeśli więc sobie nie radzi, to sam jest sobie winny.

W tym micie, bo
jest to tylko mit, nie ma miejsca na dyskusje o rasizmie systemowym, zakorzenionym
tak głęboko, że jest on podstawą wszystkich amerykańskich instytucji, poczynając
od szkolnictwa, mieszkalnictwa i opieki zdrowotnej, a kończąc na sądach, bankach
i rzecz jasna policji (Jones 2013, s. x). Nie ma w nim również miejsca na rasizm
indywidualny, wyrażający się niechęcią wobec czarnoskórego sąsiada, nieufnością
wobec czarnoskórego współpracownika czy chociażby brakiem empatii wobec traumy czarnoskórych
matek bez ustanku drżących o swoje dzieci. Wbrew temu, co czytamy w niektórych komentarzach
pojawiających się pod artykułami zdającymi relacje z USA na polskich stronach informacyjnych,
jedna wizyta w Nowym Jorku nie wyjaśni nam tego, co się dzieje obecnie w amerykańskich
miastach, miasteczkach i wioskach. Nie pomoże tam ani znajomy, który mieszkał w
Stanach dwadzieścia lat, ani wujek z Milwaukee. Ta historia zaczęła się 400 lat
temu wraz z przybyciem pierwszego statku, na którym w 1619 około dwudziestu kobiet
i mężczyzn z Afryki zostało przetransportowanych do angielskiej kolonii Virginia.
Dodajmy, że ten należący do Anglika statek, który dobił do wybrzeży Virginii pod
holenderską banderą, to nie pierwszy udokumentowany przypadek transportu Afrykanów
na terytorium późniejszych Stanów Zjednoczonych (Berlin 1998). Niemniej to właśnie
rok 1619 okazał się momentem przełomowym[4].

Wielu Amerykanów, w tym niektórzy historycy, wciąż ma problemy
z zaakceptowaniem faktu, że nie sposób zrekonstruować i napisać historii amerykańskiej
bez historii niewolnictwa i rasizmu. Tym najbardziej przywiązanym do mitu odważnych
europejskich odkrywców, pielgrzymów uciekających przed dyskryminacją ze skostniałej
Europy i rzecz jasna ojców założycieli piszących Deklarację Niepodległości trudno
pogodzić tę wersję historii USA ze zniewoleniem milionów, przemocą w świetle prawa
i segregacją. Anegdota Keitha Grifflera, amerykańskiego historyka specjalizującego
się w historii czarnych Amerykanów i diaspory afrykańskiej na świecie, dobitnie
ilustruje ten problem. We wczesnych latach kariery nauczyciela akademickiego Griffler
znalazł się w gronie wykładowców, którzy mieli poprowadzić ogólny kurs historii
amerykańskiej. Tego typu kursy są obowiązkowe na amerykańskich uniwersytetach dla
studentów wszystkich kierunków, co oznacza, że niemal wszyscy amerykaniści na wydziałach
historii w pewnym momencie swej kariery takie zajęcia prowadzą. Gdy Griffler postanowił,
że jego zajęcia przedstawią historię USA z perspektywy doświadczeń czarnych kobiet,
usłyszał, że nie może uczyć historii w sposób selektywny, gdyż nauczanie historii
z perspektywy doświadczeń jednej grupy demograficznej byłoby zbyt ograniczające.
Koncepcja zajęć zaproponowana przez Grifflera miała oczywiście ukazać, że historia
zawsze jest nauczana z pewnej perspektywy. Ale w przypadku historii amerykańskiej
dopóki jest to perspektywa białych mężczyzn, dopóty twierdzenia, że jest to obiektywna
i pełna wersja amerykańskiej historii, są usprawiedliwione. Tymczasem ta popularna
wersja historii USA, jaką znamy i powtarzamy do dziś, ta o wolności, możliwościach
i pierwszej nowoczesnej demokracji, to historia białych mężczyzn. To właśnie ona jest wciąż nauczana w większości
amerykańskich szkół oraz na niektórych amerykańskich (i nie tylko) uniwersytetach.

Zastanówmy się
przez chwilę, jak wygląda historia amerykańska opowiedziana, jak zaproponował Griffler,
z perspektywy czarnych kobiet. To historia państwa, które zalegalizowało koncepcję
człowieka jako własności prywatnej; gdzie przemoc, w tym przemoc seksualna, była
w pełni legalna i służyła pomnażaniu siły roboczej; gdzie matkom wyrywało się z
ramion dzieci, by je sprzedać na aukcji publicznej (Jones 1985; Feinstein
2018). Dziś potomkinie tamtych kobiet
wciąż muszą się martwić, czy jutro zobaczą swoje dzieci, tak jak Tamika Palmer,
matka 26-letniej Breonny Taylor. Taylor, pracowniczka techniczna pogotowia ratunkowego,
została zastrzelona w marcu tego roku po tym, jak policja wtargnęła w środku nocy
do jej mieszkania w powiązaniu ze sprawą handlu narkotykami, z którą Taylor nie
miała nic wspólnego. Jej śmierć jest także jedną z bezpośrednich przyczyn obecnych
protestów.

Pisarka i aktywistka
Michelle Alexander, autorka książki The
New Jim Crow: Mass Incarceration in the Age of Colorblindness
, zawierającej
analizę związków rasizmu z masowym więziennictwem w USA, mówi wprost o potrzebie
zmiany historii, którą opowiadamy i której uczymy (Alexander 2012, s. 3–5). Historia,
której uczymy na każdym poziomie szkolnictwa i poprzez debaty publiczne, buduje
bowiem naszą świadomość i rozumienie rzeczywistości. Podobnie jak Griffler (Griffler
2004) i kohorty amerykańskich historyków
Alexander pyta, co by się stało, gdybyśmy opowiedzieli historię Stanów Zjednoczonych
z punktu widzenia poszczególnych grup, których doświadczenia w żaden sposób nie
wpisują się w amerykański mit równości, wolności i możliwości (Alexander
2012, s. 3)? Czym byłaby historia
amerykańska opowiedziana z perspektywy czarnych Amerykanów, rdzennych Amerykanów,
Latynosów czy Amerykanów, których przodkowie migrowali z Azji?[5] Historie tych grup etnicznych, społeczności
i jednostek je reprezentujących komplikują historię bohaterskiego podboju zachodnich
terytoriów kontynentu północnoamerykańskiego, triumfalnego budowania struktur kapitalizmu
czy tworzenia podwalin demokracji przypieczętowanych pierwszą konstytucją nowożytnego
świata i słowami We, the People. Tworzenie
narodowych mitów historycznych to oczywiście specjalizacja nie tylko amerykańska.
Problem ten dotyczy wszystkich narodowości i państw. W odpowiedzi na obalanie pomników
handlarzy niewolników, do czego na fali protestów doszło również w Wielkiej Brytanii,
angielska historyczka Charlotte Lydia Riley przypomina, że historia to nie tylko
wydarzenia, lecz także określone postrzeganie przeszłości i budowanie naszej z nią
relacji. Riley podkreśla, że musimy sobie uświadomić, jak bardzo nasza teraźniejszość
tkwi w przeszłości i jak bardzo nasze jej zrozumienie oraz przepisanie z uwzględnieniem
perspektyw do niedawna uważanych za nieważne, wstydliwe lub zbyt komplikujące narracje
starych bohaterów i zwycięstw jest ważne, jeśli chcemy uczestniczyć w budowaniu
sprawiedliwego społeczeństwa. Riley pisze: „Przeszłość może być martwa, ale historia
jest żywa i tworzona w teraźniejszości” (Riley 2020).

Niewolnictwo, czyli jak zbudować nowoczesną
demokrację

Wróćmy zatem do
statku, który przetransportował pierwszych Afrykanów do Virginii. Historycy nie
mają pewności co do ich statusu prawnego (Blackburn 1998, s. 228; Giddings 1984,
s. 33–34; Guasco 2014, s. 3). Nie wiemy, czy byli to niewolnicy, tzw. służący kontraktowi,
którzy uzyskiwali wolność po kilku latach służby ustalonych odgórnie w kontrakcie
(indentured servants), czy też inny typ
siły roboczej. To bardzo ważne rozgraniczenie, ponieważ nic nie wskazywało na to,
że europejscy kolonizatorzy uważali zniewolenie Afrykanów w swoich nowych amerykańskich
koloniach za nieuniknione. Wczesny wiek XVII (oraz, dodajmy, wiek XVI, kiedy angielskie
próby kolonizacji Ameryki Północnej zakończyły się fiaskiem) to dla kolonizatorów
terytoriów późniejszych Stanów Zjednoczonych czas eksperymentów z pozyskiwaniem
taniej i łatwej do eksploatacji siły roboczej (Berlin 1998; Morgan 1974). Stworzenie
systemu kontroli nad rdzennymi Amerykanami okazało się zbyt skomplikowane, szczególnie
że ci masowo umierali w wyniku chorób przywiezionych przez Europejczyków oraz wojen,
jakie toczyli w obronie własnych ziem. Biednych imigrantów z Europy było po prostu
zbyt mało, mimo że emigracja z Anglii do Virginii przybrała dość znaczącą skalę
(Blackburn 1998, s. 228–229). Dodatkowo już w XV i XVI w. kilku papieży w Watykanie
skomplikowało potencjalne plany zniewolenia ubogich Europejczyków, ponieważ ogłosili
oni, że chrześcijanie nie mogą być zniewoleni, co początkowo wiązało się z przyzwoleniem
na zniewolenie muzułmanów, a z czasem odegrało kluczową rolę w kolonizacji Ameryk
(Muldoon 1979, s. 133–150). Splot skomplikowanych czynników łączących historię Europy
(kolonizacja Ameryk, nawiązanie stosunków handlowych z Afryką), Afryki (nawiązanie
stosunków handlowych z Europą, agresywne próby Europejczyków założenia kolonii w
Afryce, wewnętrzny handel niewolnikami), Bliskiego Wschodu (dominacja Osmanów na
styku Azji i Europy) i obu Ameryk (ludobójstwo rdzennych Amerykanów) doprowadził
do tego, że kolonizatorzy europejscy przejmujący terytoria Ameryk, a zatem nie tylko
Anglicy w Ameryce Północnej, ostatecznie postanowili skupić swoje wysiłki na Afryce.
To właśnie stamtąd sprowadzali siłę roboczą na plantacje tytoniu, trzciny cukrowej,
ryżu czy bawełny, a także do pracy w kopalniach, na budowach i w domach zamożnych
Europejczyków (Blackburn 1998, 2013).

Wybór Afryki nie
miał podłoża rasowego (Blackburn 1998, 2013; Thornton 1998). Historycy wciąż szukają
odpowiedzi na pytanie, kiedy dokładnie i w jaki sposób rasizm stał się czynnikiem
wpisanym w systemy ekonomiczno-społeczne, które imperia europejskie stworzyły w
swych koloniach na obu kontynentach amerykańskich. Pewne jest, że nie były to jedno
wydarzenie lub jeden moment, które można by uznać za niekwestionowany początek rasizmu,
szczególnie że kolonizacja obu Ameryk to proces długi i skomplikowany, a do tego
kształtowany przez kilka imperiów, różniących się podejściem do swych nowych zdobyczy
terytorialnych (Blackburn 1998, s. 9). Większość badaczy tematu zgodna jest co do
jednego: Europejczycy, a później ich potomkowie na obu kontynentach amerykańskich
wymyślili rasizm (i z nim współczesną kategorię rasy jako czynnika identyfikującego
gatunek ludzki), by usprawiedliwić zniewolenie Afrykanów w swoich amerykańskich
koloniach oraz sam proces kolonizacji. Kolonizacja Ameryki Północnej przez Brytyjczyków,
którą konwencjonalnie uważa się za podwaliny państwa amerykańskiego, nie była tu
wyjątkiem. Brytyjczycy stanowili część paneuropejskiego zjawiska zapoczątkowanego
przez Hiszpanów i Portugalczyków w Ameryce Południowej i Środkowej. Rasizm
zrodził się w kontekście kolonizacji dwóch amerykańskich kontynentów jako ideologia,
która pozwoliła usprawiedliwić zniewolenie Afrykanów i ich potomków urodzonych już
w Amerykach oraz samą kolonizację, opartą na fundamentach ludobójstwa i zniewolenia
rdzennych Amerykanów, co jest tematem na inną opowieść z kronik historii USA (Berlin 1998; Blackburn 1998, 2013; Guasco
2014; Jones 2013; Morgan 1974). Bogobojni chrześcijanie wymyślili wytłumaczenie na swoją daleką od chrześcijańskiej
miłości bliźniego praktykę zniewolenia milionów kobiet, mężczyzn i dzieci w formie
ideologii rasizmu, zakładającej wyższość białych (Europejczyków i ich potomków)
nad całą resztą gatunku ludzkiego. Pseudonaukowo-biblijne argumenty wyjaśniające,
dlaczego zniewolenie osób o ciemniejszym odcieniu skóry jest prawem i obowiązkiem
tych, którzy samych siebie uznawali za białych, stały się z czasem coraz bardziej
wyrafinowane – od teorii klimatu, przez teorię klątwy (curse theory) i poligenezy do rasizmu naukowego,
który zdominował wiek XIX i zainspirował europejskie projekty kolonizacyjne w Afryce
i Azji trwające do drugiej połowy wieku XX (Kendi 2016).

Większość badaczy zgadza się zatem, że rasa jako kategoria identyfikacji
i rasizm jako ideologia podziału gatunku ludzkiego są sprzężonymi wynalazkami nowoczesności,
choć, jak twierdzi Ibram X. Kendi, autor jednej z najpopularniejszych obecnie syntez
na temat historii rasizmu w Stanach Zjednoczonych Stamped from the Beginning: The Definitive History of Racist Ideas, popularyzatorzy tego sposobu myślenia
w koloniach amerykańskich mogli szukać inspiracji już w starożytności (Kendi 2016,
s. 18). Wcześniejsze, w tym starożytne, podziały na ludy cywilizowane i barbarzyńców
miały jednak charakter kulturowy (w tym religijny i etniczny, choć sama kategoria
etniczności jest często w historiografii anachronizmem), polityczny czy też ekonomiczny,
ale nie rasowy. Innymi słowy, Arystoteles uznawał wyższość Greków nad Etiopczykami
nie dlatego, że Greków definiował jako białych, a Etiopczyków jako czarnych, lecz
dlatego że Greków uznawał za… Greków, a Etiopczyków za barbarzyńców. Dodajmy, że
barbarzyńcami byli według Arystotelesa wszyscy nie-Grecy. Nie powstrzymało to purytanów
w Nowej Anglii od interpretowania Arystotelesowskiej teorii hierarchii ludzkiej
w taki sposób, by argumenty starożytnego filozofa pasowały do kolonialnej rzeczywistości,
w której purytanie szukali usprawiedliwienia nie tylko niewolnictwa per se, ale konkretnie zniewolenia osób pochodzących
z kontynentu afrykańskiego. Kendi zauważa, że ci sami bogobojni i dobrze wykształceni
purytanie zignorowali np. pisma Herodota czy św. Augustyna, z których jeden zachwycał
się pięknem i wdziękiem Nubijczyków, a drugi pisał o równości wszystkich ludzi,
niezależnie od różnic w wyglądzie, która miała być rezultatem wspólnego pochodzenia
od tego samego stworzonego przez Boga pierwszego człowieka (Kendi 2016, s. 17–18).

Niewolnictwo i kobiety,
czyli rasizm i gender

Przykłady z książki Kendiego pokazują, w jaki sposób wcześni kolonizatorzy
tworzyli teorie intelektualno-religijne pozwalające im usprawiedliwić zniewolenie
osób pochodzenia afrykańskiego, w tym sam handel niewolnikami, który stał się jednym
z podstawowych źródeł bogactwa i władzy purytańskich elit Nowej Anglii. Ale śledzenie
ścieżek rozwoju intelektualnego decydentów i ich wpływów na system polityczno-ekonomiczny
we wczesnym okresie kolonialnym to tylko jedna strategia badawcza, jaką historycy
wykorzystują w swych poszukiwaniach początków rasizmu amerykańskiego. Historyczka
Paula Giddings postanowiła ich szukać w dokumentach prawno-sądowych. W wydanej w
1984 r. książce When and Where I Enter: The Impact of Black Women on Race
and Sex in America
Giddings
analizuje między innymi, jak kolonizatorzy opracowali system prawny, w którym krok
po kroku Europejczycy i ich potomkowie w koloniach byli traktowani inaczej niż Afrykanie
i ich potomkowie. Ta różnica nie była oczywista od początku, ale bardzo szybko to
właśnie system prawny okazał się wyjątkowo płodnym polem jej produkcji.

Powróćmy na chwilę
do kwestii statusu pierwszych Afrykanów w kolonii Virginia, której system prawny
stał się inspiracją systemów prawnych w innych koloniach i podwaliną systemu prawnego
późniejszych Stanów Zjednoczonych. Pytanie to jest niezwykle ważne również dlatego,
iż istnieją dowody na to, że w pierwszych latach kolonizacji biali i czarni pracowali
razem, nierzadko ramię w ramię z europejskim właścicielem własności, na której zatrudnieni
byli pracownicy pochodzący z innych kontynentów, ale o tym samym lub podobnym statusie
ekonomiczno-klasowym w hierarchii kolonialnej. Oznacza to, że w pierwszych latach
istnienia kolonii eksploatacja Afrykanów nie różniła się szczególnie od eksploatacji
biednych Europejczyków (Giddings 1984, s. 34). Potwierdza to zjawisko wspólnych
ucieczek wykorzystywanej siły roboczej, a także związków romantyczno-seksualnych
pomiędzy Afrykanami i Europejczykami oraz potomkami obu grup. Warto tu zauważyć,
że początkowo związki te trafiały do kronik sądowych nie z powodu różnic rasowych
między kochankami, lecz z powodu karalnego seksu pozamałżeńskiego, nieukrywanej
obsesji kolonizatorów (nie tylko purytanów). Ten stan rzeczy trwał jednak bardzo
krótko. Giddings zauważa, że już około roku 1640, kiedy liczbę mieszkańców Virginii
określanych jako Afrykanie szacowano na około 300 osób, nikt przetransportowany
z Afryki do Virginii nie miał szans na status służącego, którego kontrakt określałby
limitowany okres służby, a tym samym zapewniał przyszłą wolność. W tym samym roku
John Punch, czarny służący kontraktowy w Virginii, został oskarżony o próbę ucieczki
z dwoma białymi służącymi do kolonii Maryland. Dwóm białym służącym sąd dodał do
kontraktów cztery lata pracy. Punch został skazany na służbę dożywotnią, czyli de facto zniewolenie (Giddings 1984, s. 36).

Inne sprawy sądowe
oraz prawa analizowane przez Giddings potwierdzają, że już około roku 1640 plan
stworzenia systemu prawnego, który rozróżniałby osoby z Europy, nawet te najbiedniejsze
i najbardziej eksploatowane, od osób z Afryki miał solidne podstawy. W 1643 r. Virginia
wprowadziła nowe zasady płacenia podatku przeznaczonego na wsparcie działań rządu
kolonialnego. Osoby zobowiązane do jego płacenia były definiowane jako aktywna siła
robocza, czyli wszyscy mężczyźni w kolonii powyżej szesnastego roku życia oraz…
wszystkie czarne kobiety w tej samej grupie wiekowej. Tym samym prawo Virginii oficjalnie
uznało, że istnieje kategoryczna różnica między kobietami o pochodzeniu afrykańskim
i kobietami o pochodzeniu europejskim. Te ostatnie były zwolnione z podatku na rzecz
rządu kolonialnego, a tym samym, jak zauważa Giddings, znalazły się pod patriarchalną
ochroną rządu kolonialnego, który zasugerował, że powinny być chronione od ciężkiej
pracy (Giddings 1984, s. 36–38). Nie oznacza to, że białe kobiety w kolonii nie
pracowały, a ich oficjalne wykluczenie z kategorii produktywnej siły roboczej jest
tematem na kolejną wersję historii amerykańskiej, tym razem z kategoriami płci biologicznej
i kulturowej w rolach głównych. Warto tu dodać, że w imieniu osób zniewolonych oraz
służących kontraktowych podatki płaciły osoby sprawujące nad nimi kontrolę, czyli
właściciele niewolników i panowie służących. Oba systemy eksploatacji były tak lukratywne,
że zamożniejsi mieszkańcy kolonii uznali, iż warto było płacić dodatkowe podatki.

Giddings jest także
przedstawicielką pokolenia historyczek i historyków (ur. 1947), którzy zmusili Amerykanów
do refleksji nad szczególną rolą, jaką w historii USA odegrały czarne kobiety. To
właśnie ich los jest centralnym elementem konstrukcji systemu zniewolenia, którego
dziedzictwo wciąż kształtuje społeczeństwo amerykańskie. Jednym z kluczowych wydarzeń
potwierdzających tę tezę jest przypadek Elizabeth Key. Key, urodzona w Virginii
w 1630 córka niewolnicy oraz angielskiego plantatora, a tym samym dziecko z nieprawego
łoża, przez lata pracowała jako służąca, ale w 1655 r. została oficjalnie zniewolona.
Jednocześnie Key związała się z Anglikiem, który przypłynął do Virginii jako służący
kontraktowy, ale zdobył kwalifikacje prawnika. W wyniku tego związku Key urodziła
syna, który także został zniewolony. Key podała sprawę swego statusu prawnego do
sądu i zażądała wolności dla siebie i swojego syna. Opierając argumentację na prawie
i zwyczaju Anglii, Key twierdziła, że jako dzieci Anglików oraz chrześcijanie zarówno
ona, jak i jej syn byli zniewoleni bezprawnie. W 1656 r. władze kolonii Virginia
uznały, że zgodnie z prawem angielskim obowiązującym w kolonii Key oraz jej synowi
należy się wolność. Kendi, autor wspomnianej Stamped from the Beginning, podkreśla, że właściciele niewolników w północnoamerykańskich koloniach
Anglii śledzili sprawę Key z zapartym tchem. Decyzja władz kolonialnych zachwiała
systemem niewolnictwa, ponieważ dobitnie przypomniała o dwóch zasadach, które nagle
okazały się przeszkodą w jego dalszym rozwoju. Po pierwsze, według prawa angielskiego
inspirowanego prawem rzymskim status prawny dziecka był równy statusowi prawnemu
ojca. Po drugie, zwyczaj nakazywał, że chrześcijanie nie mogli być zniewoleni (Kendi
2016, 40). Kwestia zniewolenia chrześcijan była dość otwarta w koloniach amerykańskich
niemal od początku, szczególnie że Hiszpanie, pionierzy kolonizacji obu Ameryk,
kolonizowali z chrześcijańskim Bogiem na ustach i brutalnie nawracali na katolicyzm
zarówno rdzennych Amerykanów, jak i Afrykanów. Jednak zwyczaj to nie to samo co
prawo, zwłaszcza jeśli wiąże się on także z dawnymi bullami papieskimi, które w
wyniku reformacji stały się w Anglii martwą literą. Kwestia dziedziczności statusu
prawnego, zakorzeniona w niepodważalnie patriarchalnym porządku społecznym, wydawała
się nieco bardziej skomplikowana, choć szybko okazało się, że wcale skomplikowana
nie była. W 1662 r. Virginia wprowadziła nowe prawo, na podstawie którego status
prawny dziecka był równy statusowi prawnemu matki (partus sequitur ventrem). Pozostałe kolonie szybko zaadaptowały podobne
prawo. Z czasem zostało ono włączone do systemu prawnego USA i przetrwało do momentu
oficjalnego zniesienia niewolnictwa w 1865 r. (Morris 2004, s. 43–49).

Zastanówmy się, co ta zmiana oznaczała i dlaczego została wprowadzona
w momencie, gdy europejscy kolonizatorzy i ich potomkowie desperacko potrzebowali
siły roboczej? W jej centrum znajdują się czarne kobiety, a szczególnie kontrola
nad ich systemem reprodukcyjnym. Giddings uznaje decyzję z 1662 r. za ukoronowanie
procesu, którego celem było umniejszenie człowieczeństwa czarnych kobiet. W jej
wyniku niewolnica rodziła niewolników, nawet jeśli ojcem był biały, czyli wolny,
mężczyzna. Nowe prawo, będące bezpośrednim zaprzeczeniem prawa angielskiego, zapewniało
rozwój niewolnictwa przez reprodukcję naturalną (Giddings 1984, s. 37). Jednocześnie w pełni legalizowało
ono przemoc seksualną wobec czarnych kobiet. Gwałty, całkowicie legalne w świetle
prawa, ponieważ nigdy niekarane, były codziennością zniewolonych. Biali mężczyźni
dostali wolną rękę oraz ciche przyzwolenie swoich żon, które, choć poniżane zachowaniem
swoich mężów, rzadko reagowały i znacznie częściej zamiatały pod dywan wstydliwe
rodzinne sekrety. Sytuację uzupełniało rozprzestrzenianie wizerunku czarnych kobiet
jako rozerotyzowanych nierządnic, niemalże nastających na czystość i seksualną wstrzemięźliwość
swoich panów, którzy w ten sposób zostali zwolnieni z odpowiedzialności moralnej
za przemoc na tle seksualnym. Przypomnijmy raz jeszcze, że nie ponosili oni żadnej
odpowiedzialności prawnej za gwałty na czarnych kobietach, bo prawo chroniło ich,
a nie kobiety, które były ich własnością prywatną i nie posiadały podmiotowości
prawnej. W tym samym czasie białe kobiety były surowo karane za intymne stosunki
z czarnymi mężczyznami za skalanie własnej rasy (Block 2006; Feinstein 2018).

Podkreślmy za Giddings i wieloma innymi historykami, że historia
niewolnictwa i przemocy seksualnej, będącej nieodzowną częścią doświadczenia zniewolonych,
której ofiarą padały głównie czarne kobiety, to nie margines, lecz centralny punkt
historii amerykańskiej. Traktowanie niewolnictwa jako przypisu w triumfalnej historii
galopującej demokracji, rewolucji i ojców założycieli to mit do dziś zakorzeniony
w mitologii amerykańskiej, zbyt długo popularyzowany przez pokolenia białych historyków.
Nie da się napisać historii amerykańskiej demokracji bez historii niewolnictwa,
niezależnie od tego, jak komplikuje to nasze odczytanie i zrozumienie przeszłości.
Dobitną tego ilustracją jest przykład Thomasa Jeffersona, głównego autora Deklaracji
Niepodległości oraz właściciela kilkuset niewolników. Gdy jakiś czas temu historycy
zaczęli ponownie badać nienową tezę, że Jefferson miał prawdopodobnie sześcioro
dzieci z Sally Hemings, jedną ze swoich niewolnic, wielu Amerykanów nie było w stanie
zaakceptować implikacji tych podejrzeń. Wizja wielkiego adwokata wolności i demokracji
jako gwałciciela niespełna piętnastoletniej dziewczyny, która formalnie była jego
własnością oraz przyrodnią siostrą jego zmarłej żony (Hemings była córką niewolnicy
oraz teścia Jeffersona), wstrząsnęła światem akademickim i opinią publiczną. Plotki
na temat stosunków seksualnych pomiędzy trzecim prezydentem USA a jego niewolnicą
pojawiły się już za czasów Jeffersona. Historycy piszący hagiografię za hagiografią
długo uznawali je za kłamstwa szerzone przez wrogów prezydenta, ale nowe pokolenie
badaczy z Annette Gordon-Reed (Gordon-Reed 1998) na czele podjęło poważną analizę
dostępnych źródeł oraz wcześniejszej historiografii. Kiedy w 1998 r. badania DNA
potwierdziły, że Jefferson był najprawdopodobniej ojcem najmłodszego syna Hemings
(w badaniach użyto materiału genetycznego jego potomków), jedni rozpoczęli misję
szukania dowodów na to, iż w żadnym wypadku nie może być to prawda (The Scholars
Commission on the Jefferson-Hemings Issue), inni zaś znaleźli pocieszenie w micie
romantycznej miłości między Jeffersonem a Hemings. Skoro dowody na ojcostwo Jeffersona
były coraz trudniejsze do zakwestionowania, wielu zakłopotanych zachowaniem swego
wielkiego prezydenta Amerykanów chwyciło się ostatniej deski ratunku w postaci historii
o być może niekonwencjonalnej, ale kochającej się parze[6]. W
odpowiedzi nie po raz pierwszy rozgorzała dyskusja na temat roli zniewolonych kobiet
w stosunkach seksualnych z właścicielami niewolników. Historycy, przedstawiciele
innych dyscyplin naukowych, aktywiści oraz intelektualiści pytali, w jakiej
mierze możemy w ogóle mówić o związkach seksualnych, które pomiędzy zniewolonymi
i ich właścicielami miałyby się odbywać za obopólną zgodą (Block 2006; Feinstein
2018). Innymi słowy, czy kobiety w pozycji Sally Hemings miały możliwość odrzucenia
propozycji mężczyzn w pozycji Thomasa Jeffersona, który w sensie jak najbardziej
dosłownym był ich prawnym właścicielem (zakładając, że ten o zgodę pytał, co samo
w sobie jest założeniem problematycznym).

Koniec niewolnictwa, czyli
masowe więziennictwo jako alternatywna forma zniewolenia

Oficjalnie niewolnictwo zostało zniesione w Stanach Zjednoczonych
w 1865 r. Podkreślmy tutaj przysłówek „oficjalnie”, bo biali Amerykanie, i nie mamy
tutaj na myśli wyłącznie właścicieli niewolników, nie potrafili wyobrazić sobie
społeczeństwa i kraju opartego na równości rasowej. Delegalizacja niewolnictwa oznaczała,
że około 4 mln czarnych mężczyzn i kobiet znalazło się nagle na rynku pracy. Stworzyło
to również potrzebę dostosowania gospodarki do modelu, w którym teoretycznie wszyscy
pracownicy nie tylko mieli prawo do zapłaty za wykonaną pracę, lecz także mogli
z każdej pracy odejść. Historycy wykreślili prostą linię ciągłą od wojny secesyjnej
do dziś, by krok po kroku wyjaśnić, w jaki sposób biała większość dostosowywała
system dyskryminacji rasowej do tej nowej rzeczywistości, tym samym podważając zmiany
wywalczone przez czarnych Amerykanów. Gdy trzynasta poprawka do Konstytucji zniosła
niewolnictwo, stany południowe natychmiast wprowadziły tzw. czarne kody (black codes), czyli zbiory praw mających
na celu kontrolę niemal każdego ruchu i każdej decyzji wolnych czarnych Amerykanów.
Tym samym legalizowały one ograniczenia utożsamiane z niewolnictwem. Do najbardziej
efektywnych należały kryminalizacja oraz szeroka definicja włóczęgostwa. Czarni
Amerykanie mogli być aresztowani jako włóczędzy, gdy byli bezrobotni, gdy odmawiali
pracy na niekorzystnych dla siebie warunkach, a nawet gdy rozmawiali z białą osobą
w miejscu publicznym. Kiedy dwie kolejne poprawki, czternasta i piętnasta, przypieczętowały
prawa obywatelskie czarnych Amerykanów (w tym prawa wyborcze czarnych mężczyzn),
rządy stanowe zaczęły wprowadzać dodatkowe wymagania dla wyborców, np. test na umiejętność
czytania lub podatek wyborczy (większość byłych niewolników nie potrafiła czytać,
a podatek leżał poza ich możliwościami finansowymi). Zanim wiek XIX dobiegł końca,
niemal każdy stan zbudował system, który pozbawił czarnych Amerykanów praw obywatelskich.
Na południu system formalnej segregacji, znany jako Jim Crow, kształtował rzeczywistość do połowy XX stulecia. W stanach
północnych bardziej subtelna, ale równie miażdżąca segregacja w szkolnictwie, mieszkalnictwie
czy zatrudnieniu kreowała podobną rasistowską codzienność (Blackmon 2008; Foner
2019; Litwack 1979; Muhammad 2019; Vann Woodward 1974).

Kiedy wbrew tym ograniczeniom czarni Amerykanie konsekwentnie
egzekwowali swoje prawa, w tym stopniowo ograniczane prawa wyborcze, Ku Klux Klan
i inne organizacje terrorystyczne wzięły sprawy w swoje ręce, a lokalni stróże prawa
albo terror ignorowali, albo za nim stali, gdyż często należeli do tych organizacji.
To właśnie nowe formy przemocy, tej ze strony państwa, rasistowskich organizacji
terrorystycznych lub przeciętnych białych Amerykanów, którzy wcale nie musieli być
członkami lokalnych oddziałów Ku Klux Klanu, stały się nieodzowną częścią doświadczenia
czarnych Amerykanów po zniesieniu niewolnictwa. Leon Litwack podkreśla, że w stanach
południowych, gdzie przez kilka dekad po wojnie secesyjnej mieszkała zdecydowana
większość czarnych Amerykanów, biali należący do różnych klas społecznych, których
zwykle niewiele ze sobą łączyło, byli w stanie zjednoczyć się i zorganizować tylko
po to, by siać terror pośród swych czarnych sąsiadów. Zaczepki, pobicia, gwałty
i morderstwa miały przypomnieć czarnym Amerykanom, że ani w oczach ich białych współobywateli,
ani w świetle prawa wolność nie oznacza równości (Litwack 1979, s. 278–279). Według badań Equal Justice Initative, organizacji,
która walczy z rasizmem przez dokumentowanie historii przemocy wobec czarnych Amerykanów
oraz propagowanie reform społecznych, w tym więziennictwa, w dwunastu południowych
stanach na przestrzeni zaledwie 73 lat, od 1877 do 1950 r., doszło do 4084 linczów
na tle rasowym. Budziły one taki entuzjazm wśród białych Amerykanów, że wysyłali
oni pocztówki przedstawiające sceny z aktów linczowania ich czarnych współobywateli.
Na archiwalnych zdjęciach widzimy zafascynowane, często uśmiechnięte twarze uczestników
i publiczności tych spektakli przemocy, którzy patrzą prosto w obiektyw, bo wiedzą,
że są bezkarni.

W obu wojnach światowych czarni żołnierze umierali za kraj, który
odmawiał im podstawowych praw obywatelskich. Gdy czarni weterani I wojny światowej
wracali z Europy i dumnie prezentowali się w mundurach reprezentujących państwo
amerykańskie, byli obrażani, bici i mordowani (Williams 2010). Choć armia amerykańska
desperacko potrzebowała pielęgniarek w trakcie II wojny światowej, czarne pielęgniarki
były przydzielane do opieki nad niemieckimi więźniami wojennymi, gdyż rząd nie potrafił
sobie wyobrazić, by miały się one zaopiekować białymi Amerykanami (Brooks Tomblin
1996, s. 124). Nie dziwi zatem, że tuż po wojnie, czyli ponad osiem dekad po formalnym
zniesieniu niewolnictwa, czarni Amerykanie znaleźli się w środku kolejnej fali walki
o równość i sprawiedliwość. Lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte to okres dominacji
Civil Rights Movement (ruch praw obywatelskich), czyli czas najbardziej intensywnej
w XX w. i jednocześnie szczególnie owocnej walki o prawa obywatelskie (Morris 1986).
Warto tu przypomnieć, że choć Civil Rights Movement walczył o cały pakiet praw dla
czarnych (i nie tylko) Amerykanów, jednym z jego postulatów było także ograniczenie
brutalności policji, która jako instytucja sięga korzeniami do tzw. slave patrols, czyli patroli kontrolujących
zniewolonych (Lepore 2020). Wysiłki pokoleń czarnych Amerykanów zostały zwieńczone
podpisaniem kilku aktów prawnych chroniących prawa obywatelskie (tzw. civil rights
acts
), w tym tego kluczowego z roku 1964, który zabraniał szeroko definiowanej
dyskryminacji między innymi na tle rasowym i który prezydent Lyndon B. Johnson podpisał
w obecności uśmiechniętego lidera ruchu, Martina Luthera Kinga. Te historyczne osiągnięcia
nie oznaczały jednak końca walki. King, który stał się symbolem i twarzą zmagań
czarnych Amerykanów, został zamordowany w 1968 r. Innych czarnych liderów, w tym
Malcolma X, Medgara Eversa czy Freda Hamptona, spotkał taki sam los. Szybko okazało
się, że seria aktów prawnych nie zdołała wymazać stuleci rasizmu. Do tego jak grzyby
po deszczu pojawiały się mniej lub bardziej subtelne strategie wykluczenia i dyskryminacji.
Szkolnictwo, którego finansowanie powiązane jest z podatkami od nieruchomości, rynek
nieruchomości budowany według dosłownych granic segregacji rasowej, brak dostępu
do serwisów finansowych (konta bankowe, karty kredytowe, pożyczki) czy dysproporcjonalne
kary za drobne przewinienia to tylko kilka przykładów systemowego rasizmu, który
kwitnie do dziś.

Jedną z najbardziej tragicznych od czasów niewolnictwa form wykluczenia
rasowego pozostaje jednak system więziennictwa współczesnej Ameryki. Masowa inkarceracja,
bo z takim zjawiskiem mamy do czynienia w Stanach Zjednoczonych, jest przedmiotem
wielu studiów i analiz zarówno historycznych, jak i tych biorących pod uwagę jej
znaczenie dla kryminalistyki oraz funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego i
demokracji. Grubo ponad 2 mln mieszkańców dzisiejszych Stanów Zjednoczonych to więźniowie
przetrzymywani w stanowych i federalnych więzieniach i aresztach. Oznacza to, że
od 1972 r. populacja w więzieniach wzrosła o 500%, podczas gdy ludność Stanów wzrosła
o 37%. Stany Zjednoczone, pierwowzór i model współczesnej demokracji, to dzisiaj
największe więzienie świata (Mauer 2006, s. 1). Choć społeczeństwo amerykańskie
to 5% światowej populacji, niemal 25% wszystkich więźniów na świecie znajduje się
w Stanach Zjednoczonych. Przetrzymując w więzieniach ponad 600 osób na 100 tys.
mieszkańców, Ameryka prześcignęła Salwador, Rosję i Chiny. Podczas gdy Amerykanie
należący do grup określanych w kategoriach demograficznych jako persons of color, w tym czarni Amerykanie, to zaledwie
37% społeczeństwa, stanowią oni ponad 60% populacji więzień. Te ogólne statystyki
sugerują, że uwięziony jest jeden na 138 Amerykanów, jednak ta liczba obejmuje dzieci
i osoby starsze, natomiast dla osób pomiędzy dwudziestym a czterdziestym rokiem
życia wskaźniki są znacznie wyższe (Mauer 2006, s. 19). Jeśli chodzi o czarnoskórych
mężczyzn, są one katastrofalne. Aktualne prognozy przewidują, że jeden na trzech
młodych czarnych mężczyzn, ale jeden na siedemnastu młodych białych mężczyzn zostanie
uwięziony w pewnym momencie swojego życia w Stanach Zjednoczonych. Jak wytłumaczyć
te różnice? I jak je zrozumieć w kontekście polityczno-społecznym kraju z długą
historią rasizmu i eksploatacji swych czarnych obywateli?

Choć masowa inkarceracja w dużym stopniu definiuje współczesną
Amerykę, zjawisko to ma źródła w przeszłości. Jak pokazała Kelly Lytle Hernández na przykładzie
Los Angeles, notoryczne osadzanie ludzi w więzieniach już pod koniec XIX w. stanowiło
próbę eliminowania wielu grup, które biała większość uznała za niemile widziane:
rdzennych Amerykanów, bezrobotnych robotników sezonowych czy osób należących
do konkretnych grup rasowych lub etnicznych, np. Meksykanów. W 1910 r. Los Angeles
miało największy system więzień i aresztów w kraju. To wskutek przymusowej bezpłatnej
pracy więźniów zbudowano w mieście wiele dróg i innych typów infrastruktury publicznej,
w tym słynny Sunset Boulevard (Hernández
2017). Więziennictwo okazało się eksperymentem służącym eliminowaniu grup,
które biali Amerykanie definiowali/definiują jako zagrożenie porządku społecznego,
a których tania siła robocza mogła/może przysłużyć się państwu oraz firmom prywatnym.
Tym samym była/jest to forma wykluczenia, która oddawała/oddaje kontrolę nad strukturami
ekonomiczno-społecznymi Stanów Zjednoczonych w ręce białych.

Wspomniana przez nas Michelle Alexander, autorka jednej z najważniejszych
książek na temat znaczenia rozwoju więziennictwa w USA w drugiej połowie XX w.,
definiuje masową inkarcerację jako przedłużenie systemu segregacji Jim Crow, który oficjalnie został zniesiony
w połowie lat sześćdziesiątych, ale w rzeczywistości przybrał inny wymiar. Jak podkreśla
Alexander, współczesny system sprawiedliwości i więziennictwa udaje, że jest pozbawiony
elementów rasowych i zapewnia, że jest color
blind
, czyli „ślepy na kolory” (color blindness to po polsku dosłownie
daltonizm), a więc na kwestie rasowe (Alexander 2012, s. 204). Takie myślenie oparte
jest na założeniu, że rasizm stanowi problem przeszłości, a współczesne prawo amerykańskie
jest pozbawione elementów dyskryminacji rasowej. Jeśli trzy wprowadzone po wojnie
secesyjnej poprawki do Konstytucji (13., 14. i 15.) zrównały w prawach białych i
czarnych Amerykanów (a w kontekście praw wyborczych białych i czarnych mężczyzn),
to nieco problematyczne stałoby się bezpośrednie nawiązywanie do kategorii rasowych
w celu pozbawienia podstawowych praw obywatelskich i praw człowieka całych grup
demograficznych. Zmienił się więc język. Zamiast argumentów sugerujących hierarchię
rasową dominujący dyskurs publiczny skupił się na przestępczości, zagrożeniu narkotykami
czy nadmiernych wydatkach na opiekę społeczną. Stary system dyskryminacji rasowej
został zastąpiony serią praw, ideologii i praktyk oficjalnie sugerujących równość
wszystkich Amerykanów wobec prawa (czyli color
blind
), a w rzeczywistości opierających
się na dyskryminacyjnych praktykach przeszłości i wymierzonych głównie w czarnych
Amerykanów (oraz Amerykanów definiowanych przez amerykańską biurokrację jako Hispanic, czyli w sporym uproszczeniu Latynosów).
Kategoria rasy, a w rezultacie rasizm zostały ukryte pod szeroko definiowaną kategorią
zagrożenia społecznego.

Jak pokazuje Elizabeth Hinton w From the War on Poverty to the War on Crime, kluczowym momentem tego
nowego systemu kontroli i wykluczenia była tzw. wojna z przestępczością (war
on crime
) zainicjowana przez prezydenta Johnsona, tego samego, który podpisał
najważniejsze akty praw obywatelskich w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku
(Hinton 2016, s. 20–25). Johnson rozpoczął erę surowego egzekwowania drakońskich
praw, która nadeszła w reakcji na zmiany prawne wywalczone przez Civil Rights Movement.
Jednym z podstawowych elementów tego procesu było przesunięcie dużych sum z budżetu
federalnego na walkę z potencjalnymi zagrożeniami czyhającymi na Amerykanów. W 1968
r. powołano w Departamencie Sprawiedliwości nową agencję (Law Enforcement Assistance
Administration), by zarządzała funduszami przeznaczonymi na tworzenie nowych sądów,
rozbudowywanie i militaryzację sił policyjnych oraz budowanie nowych więzień w miastach,
miasteczkach i wioskach. Administracja Johnsona reagowała tak na rosnącą panikę
białego konserwatywnego elektoratu wobec tumultu wywołanego przez bunt społeczny
lat sześćdziesiątych (Hinton 2016, s. 27). Przypomnijmy, że to właśnie wtedy protesty
czarnych Amerykanów walczących o równość pociągnęły za sobą inne ruchy obywatelskie,
w tym ruchy walki o równouprawnienie kobiet, prawa społeczności LGBTQ, prawa niepełnosprawnych,
a także masowe protesty przeciwko militaryzacji Ameryki i wojnie w Wietnamie.

Lata sześćdziesiąte to zarazem okres niepokojących zmian w statystykach
przestępczości, choć opinie ekspertów na temat tego, co odzwierciedlały, są podzielone.
Brak danych nie pozwala jednoznacznie ustalić, w jakim stopniu doszło do rzeczywistego
wzrostu przestępczości, a w jakim rosnące upolitycznienie problemu przyczyniło się
do lepszego jej udokumentowania i poprawy wykrywalności. Niezależnie od czynników
stojących za danymi statystycznymi, jak twierdzi Marc Mauer, pracownik socjalny
i dyrektor Sentencing Project, jednej z największych amerykańskich organizacji nawołujących
do reformy systemu kryminalnego, lata sześćdziesiąte przyniosły rozmaite zmiany,
które mogły się przyczynić do wzrostu przestępczości. Dojrzało pokolenie powojennego
boomu demograficznego, czyli zwiększyła się liczba młodych mężczyzn w wieku, gdy
są oni szczególnie podatni na wpływ czynników prowadzących do konfliktu z prawem.
W tym samym czasie okres intensywnej urbanizacji doprowadził w miastach do nasilenia
się problemów społecznych, szczególnie tych związanych z szerzącą się biedą i brakiem
dostępu do edukacji, programów pozaszkolnych, przystępnych cenowo mieszkań czy miejsc
pracy, które zapewniałyby rodzinom solidne źródło utrzymania (Mauer 2006, s. 27).
Te przemiany demograficzne i społeczne niewątpliwie mogły skutkować wzrostem przestępczości,
ale badacze zgadzają się, że zamiast próby rozwiązania problemów przyczyniających
się do wzrostu przestępczości odpowiedzią na wyzwania o podłożu ekonomiczno-społecznym
były decyzje czysto polityczne (Alexander 2012; Mauer 2006; Sered 2019). Decydenci
bardziej niż losem biednych Amerykanów borykających się z narastającym kryzysem
martwili się nastrojami białej klasy średniej i konserwatywnych elit, zaniepokojonych
ulicznymi protestami społecznymi, polityzacją ich własnych dzieci, a nawet widoczną
agresją policji, która brutalnie odpowiadała na bunt nowych pokoleń.

Poczynając od lat siedemdziesiątych, liczby Amerykanów przetrzymywanych
w aresztach oraz federalnych i stanowych więzieniach rosły z dekady na dekadę. W
1973 r. uwięzionych było około 200 tys. osób. Dekadę później liczba ta wzrosła do
ponad pół miliona. W 2004 r. odnotowywano już prawie 1,5 mln ludzi w więzieniach
i ponad 700 tys. w aresztach, co oznaczało, że Stany Zjednoczone mogły „się poszczycić”
ponad 2 mln uwięzionych (2,2 mln). Według danych z 2017 r. 30% osadzonych w więzieniach
stanowych i federalnych to biali, 33% to czarnoskórzy (stanowiący około 13% ludności
amerykańskiej), a około 24% to Latynosi (Sentencing Project). Natomiast statystyki
wyroków za różne kategorie przestępstw sugerują przynajmniej do pewnego stopnia,
że powodem tego dramatycznego wzrostu jest nie tyle wzrost przestępczości, ile raczej
to, jak amerykański system prawny definiuje przewinienia i jaką tworzy wizję porządku
publicznego. Podczas gdy na przestrzeni 1985–2000 wyroki za przestępstwa z użyciem
przemocy wzrosły o 45%, wyroki za przestępstwa związane z narkotykami o 402% (w tym np. za posiadanie niewielkiej ilości
marihuany, która w 2020 r. jest legalnie dostępna w celach rekreacyjnych w 11 stanach),
a przestępstwa związane z łamaniem porządku publicznego o 233% (Mauer 2006,
s. 32–33). Innymi słowy, to zmiany w polityce karnej, a nie wzrost przestępczości
odpowiadają za dramatyczny przyrost liczby więźniów.

W drugiej połowie XX stulecia, a szczególnie w ostatnim ćwierćwieczu
misją amerykańskiego aparatu sprawiedliwości stała się kontrola tych grup społecznych,
które najbardziej zmagały się z ubóstwem i które od czasów Civil Rigths Movement
zwracały uwagę na ogromne problemy dyskryminacji w mieszkalnictwie, szkołach, zatrudnieniu,
służbie zdrowia, sądownictwie i wielu innych sferach życia codziennego. Dodajmy,
że właśnie z powodu zakorzenionego od czasów kolonialnych rasizmu amerykańska bieda
w znacznie bardziej drastycznym stopniu
dotyka Amerykanów kategoryzowanych jako persons of color niż białych
(co jest tematem na osobny esej). Następujące po sobie rządy reprezentujące
obie główne partie polityczne różniły się nieco w swych pomysłach na wprowadzanie
porządku społecznego, ale zwłaszcza od czasów Nixona wizje te były tak naprawdę
różnymi odsłonami tej samej agresywnej postawy. Choć już w latach sześćdziesiątych
politycy głośno mówili o tym, że bieda i brak inwestycji w szkolnictwo publiczne
przyczyniają się do wzrostu przestępczości, republikanie i demokraci kryminalizowali
problemy społeczne, zamiast walczyć z ubóstwem i wykluczeniem strukturalnym (Hinton
2016, s. 134–180). Cięto budżety na szkolnictwo, publiczne (dotowane) mieszkalnictwo
czy służbę zdrowia i przesuwano środki publiczne na policję oraz instytucje bezpieczeństwa
i porządku publicznego. Pomiędzy 1980 a 1993 r. federalne wydatki na programy wspomagające
zatrudnienie zostały zmniejszone o połowę, podczas gdy wydatki na więziennictwo
wzrosły o 521% (Mauer 2006, s. 68). Zmiany budżetowe znacznie zredukowały możliwości
tych instytucji państwowych, które zwykle są odpowiedzialne za politykę prewencyjną,
a wsparły strategie militaryzacji w odpowiedzi na problemy społeczne. To z kolei
spopularyzowało ideologię bezpieczeństwa społecznego, według której społeczeństwo
ma być chronione przez rozbudowę i uzbrojenie aparatu kontroli, a nie inwestycje
w szkoły, nowe miejsca pracy czy pozaszkolne programy dla młodzieży dostępne w biedniejszych
dzielnicach.

Życie społeczne Ameryki lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych
przesycone było walką z przestępczością (war on crime), walką z narkotykami
(war on drugs) oraz walką o prawo i porządek (law and order). Określenia
takie jak wojna, wróg, ofensywa, twarde państwo zostały wprowadzone do codziennego
języka polityki i mediów. Ten dyskurs publiczny i inspirowane nim rozwiązania polityczne
nieustannie sugerowały, że wzrost przestępczości wiąże się z czarnymi społecznościami,
szczególnie tymi w centrach miast. Nawet jeśli media czy język legislacji nie odwoływały
się bezpośrednio do kwestii rasowych, to o problemach miejskiej biedy dyskutowano
w kategoriach patologii czarnych społeczności i produktu indywidualnych decyzji
czarnych Amerykanów. Towarzyszyło temu rozpowszechnianie wizerunku czarnego mężczyzny
jako drapieżnika czyhającego na bezpieczeństwo bezbronnych (białych) Amerykanów.
Media przepełnione były obrazami czarnych mężczyzn i chłopców w kajdankach, pokazywanych
w charakterze wrogów publicznych, gwałcicieli, drapieżników (niejednokrotnie nazywanych
„superdrapieżnikami”) nastających
na spokojne domostwa, bezpieczeństwo rodzin i białe kobiety (Alexander 2012, s.
48–50). Po raz kolejny w długiej historii kreowania obrazu czarnych Amerykanów jako
zagrożenia społecznego czarny mężczyzna stał się symbolem zła i problemów społecznych.
Ten popularyzowany przez media wizerunek przyczynił się do rosnącego poczucia strachu
oraz przekonania, głównie, choć nie tylko pośród białych Amerykanów, że wzrastające
wydatki na policję i więziennictwo wzmagają bezpieczeństwo. Jednym z najbardziej
znanych przykładów skutecznej rasistowskiej nagonki mediów była sprawa gwałtu w
Central Parku z 1989 r., tzw. Central Park Five. W jej wyniku pięciu chłopców
(czterech czarnych i jeden Latynos) w wieku od czternastu do szesnastu lat zostało
skazanych na karę od sześciu do trzynastu lat więzienia za gwałt, mimo że badania
DNA wykazały brak związku między materiałem genetycznych sprawcy a oskarżonymi.
Donald Trump publicznie domagał się wtedy kary śmierci dla pięciu młodych Amerykanów.
W roku 2001 seryjny gwałciciel odsiadujący karę dożywocia w jednym z amerykańskich
więzień przyznał się do zbrodni z 1989. Badania DNA potwierdziły prawdziwość jego
zeznania.

Sztandarowym programem narodowej krucjaty na rzecz bezpieczeństwa
stała się walka z narkotykami. Rozpoczęta na dobre przez Nixona, zyskała ona nową
i szczególnie cyniczną twarz za Reagana, kiedy główną w niej rolę odegrał crack cocaine, czyli tzw. krak. Krak
to forma kokainy, uzyskiwana przez zmieszanie czystej kokainy w proszku z dodatkowymi
substancjami, np. sodą oczyszczoną lub proszkiem do pieczenia (proces ten pozwala
na zażywanie narkotyku poprzez wdychanie oparów). Krak znacznie silniej uzależnia
niż kokaina zażywana w czystej formie. Jest również tańszy, co spowodowało, że problem
uzależnienia od kraku dopadł głównie biedniejszych Amerykanów. Eksperci nie mają
wątpliwości, że walka z krakiem miała charakter rasowy. Doskonale obrazuje to decyzja
Kongresu, który w 1986 r. w ramach ustawy antynarkotykowej (Anti-Drug Abuse Act)
ustalił między innymi minimalną karę pięciu lat za posiadanie pięciu gramów kraka
lub pięciuset gramów kokainy (warto tu dodać, że w Anglii za podobną ilość kraka
można dostać do sześciu miesięcy więzienia). Różnica nie jest przypadkowa. O ile
krak był problemem biedniejszych dzielnic miast, o tyle kokaina stanowiła problem
elit oraz zamożnych i w większości białych przedmieść. Dane za okres 2001–2002 pokazują,
że 81% osób, które popadły w konflikt z prawem z powodu kraku, to czarni Amerykanie.
Oficjalnie reaganowskiej walce w narkotykami towarzyszyła kampania, w której sercu
miały się znaleźć programy rehabilitacyjne i kampania edukacyjna na temat szkodliwości
narkotyków Just Say No („Po prostu powiedz
nie”). Jej twarzą stała się pierwsza dama Nancy Reagan. Administracja Reagana przeznaczyła
na walkę z narkotykami, w tym na wspomniane kampanie rehabilitacyjne i edukacyjne,
900 mln dolarów. W praktyce większość tych pieniędzy wydano na helikoptery, samoloty
i placówki zbierające materiał wywiadowczy (Mauer 2006, s. 59–60, 171; Hinton 2016,
s. 316).

Bill Clinton nie tylko kontynuował politykę twardej ręki (get
tough
) administracji Reagana, ale wieloma decyzjami znacznie pogorszył sytuację.
Na przykład wprowadzenie za jego rządów kar minimalnych pozbawiło sędziów możliwości
rozważenia okoliczności przestępstw, w zasadzie oddając decyzje w ręce prokuratorów,
którzy w przeważającej liczbie byli biali, a jednocześnie nie myśleli o prewencji
czy rehabilitacji, lecz mieli za zadanie umieszczenie jak największej liczby oskarżonych
w więzieniach. Zresztą Clinton wysłał wyraźny i według wielu komentatorów politycznie
definiujący go sygnał, jakie stanowisko wobec przestępczości zajmie jako prezydent,
już w trakcie swej pierwszej kampanii prezydenckiej. W 1992 r., jeszcze jako gubernator
Arkansas, wrócił w środku kampanii do swego rodzinnego stanu, by uczestniczyć w
egzekucji Ricky’ego Raya Rectora. Rector, czarny mężczyzna skazany na śmierć za
morderstwo dwóch osób, cierpiał na uszkodzenie mózgu, którego doznał w wyniku nieudanej
próby samobójczej. Prawnicy Rectora, aktywiści i nawet współwięźniowie twierdzili,
że zgodnie z prawem amerykańskim chroniącym osoby z zaburzeniami psychicznymi nie
można było dokonać egzekucji Rectora, ponieważ nie miał on pełnej świadomości tego,
co go czeka. Tuż przed egzekucją potwierdził to sam Rector, poprosił bowiem, by
strażnicy więzienni zachowali deser z jego ostatniego posiłku „na później” (Mauer
2006, s. 69; Alexander 2012, s. 56). Po egzekucji Clinton powiedział: „Można o mnie
dużo powiedzieć, ale nie że jestem mięczakiem, jeśli chodzi o przestępców”. Karanie
winnych, a nie strategie zapobiegające przestępczości, stało się wyznacznikiem polityki
prowadzonej przez jego administrację. W 1994 r. Kongres uchwalił ustawę (Violent
Crime Control and Law Enforcement Act
), która przekazała największą w historii
sumę na walkę z przestępczością, z czego prawie 10 mld dolarów zamierzano wykorzystać
na budowanie więzień i zarządzanie nimi. W tym samym czasie ustawa wykluczyła więźniów
z tzw. Pell Grants, czyli systemu stypendialnego wspierającego amerykańskich studentów
(Mauer 2006, s. 200). Dodajmy, że badania potwierdzają, iż dostęp do edukacji w
więzieniach to jeden z najskuteczniejszych czynników rehabilitacji (Wilson i Reuss
2008; Vacca 2004).

Danielle Allen, amerykańska profesor filologii klasycznej i politologii
na Uniwersytecie Harvarda, w poruszającej książce Cuz: The Life and Times of Michael A. opisuje dramatyczne losy swego
kuzyna, który jako czarny piętnastolatek w 1995 r. w stanie Kalifornia został skazany
na prawie trzynaście lat więzienia. W 1993 r. stan Waszyngton, a za nim stopniowo
niemal wszystkie inne stany zaczęły wprowadzać prawa „trzech uderzeń” (nazwa pochodzi
od zasady three strikes and you are out stosowanej w bejsbolu). W Kalifornii,
osławionej jedną z najsurowszych wersji prawa „trzech uderzeń”, oznaczało to, że
za trzecie przestępstwo można było otrzymać od 25 lat do dożywocia albo zgodzić
się na plea deal lub plea bargain, czyli umowę z prokuratorem, w której
wyniku oskarżony przyznaje się do winy w zamian za mniejszy wyrok. Przestępstwa
Michaela, kuzyna Allen, były dość poważne. Chłopak dwa razy ukradł coś ze sklepu,
a tydzień później próbował rabunku oraz kradzieży samochodu. Jednak przed tymi trzema
przypadkami złamania prawa, w których nastolatek naruszył mienie, ale fizycznie
nikogo nie skrzywdził, Michael nie miał przeszłości kryminalnej. Mimo to w wieku
piętnastu lat był sądzony jako osoba dorosła. Zaproponowano mu plea deal, czyli przyznanie się do winy w zamian
za obietnicę niższego wyroku. Szacuje się, że 95–97% wyroków w USA zapada na podstawie
plea deal (Toobin 2020). Podkreślmy, że
z obawy o wyrok na plea deal godzą się
również osoby niewinne, a strach przed sądem to jedna z traum, jakie dziedziczą
w pełni świadomi dyskryminacji wpisanej w historię amerykańskiego systemu prawnego
czarni Amerykanie. Podobny problem dotyka też Amerykanów należących do innych grup
demograficznych kategoryzowanych jako persons of color. Dla Michaela była to decyzja, czy stanąć przed
sądem, ryzykując, że otrzyma wyrok 25 lat więzienia, czy przyznać się do winy i
liczyć na niższy wyrok. Decyzję o przyjęciu plea deal pomogła mu podjąć
matka. Michael został skazany na trzynaście lat więzienia. Gdy skończył siedemnaście
lat, przeniesiono go do więzienia dla dorosłych. Reszta książki to opowieść o niemożności
powrotu do świata ludzi wolnych, o braku pracy i stygmacie społecznym, co ostatecznie
doprowadziło do śmierci Michaela (Allen 2017, s. 61).

Masowe więziennictwo w Stanach Zjednoczonych zostało oparte na
założeniu, że przetrzymywanie ludzi przez długie lata w więzieniach likwiduje zagrożenie,
a osadzona osoba nie popełni więcej zbrodni. Polityka masowej inkarceracji nie bierze
jednak pod uwagę tego, co dzieje się z osobami, które po odbyciu kary z więzień
wychodzą. Programy resocjalizacyjne zostały dramatycznie ograniczone. Wielkie ustawy
walki z przestępczością ignorują kwestię powrotu byłych więźniów do społeczeństwa.
Z czego będą żyć? Gdzie mieszkać? Jak znajdą pracę, kiedy w każdym formularzu
aplikacyjnym pojawia się pytanie o karalność? Jak uchronić napiętnowanych, wykluczonych
i zubożałych ludzi bez wsparcia ze strony państwa? Długie wyroki to krótkowzroczne
rozwiązanie, które tylko mnoży problemy społeczne. Jednym z nich jest spustoszenie
dokonujące się w rodzinach zatrzymanych. Truizmem byłoby stwierdzenie, że więzienia
nie zapewniają więźniom adekwatnego kontaktu z rodziną. Systemem komunikacji zarządzają
prywatne firmy, które z jednej strony cenzurują każdy e-mail i telefon do bliskich,
z drugiej zaś oznaczają znaczny wydatek w budżetach rodzin osób osadzonych. Rodziny
płacą duże sumy za każdą rozmowę telefoniczną i są zmuszane do wykupywania specjalnych
znaczków, dzięki którym więźniowie mogą się z nimi komunikować elektronicznie (przez
e-mail). Więźniowie nierzadko muszą dodatkowo płacić za mydło czy papier toaletowy,
gdyż państwo zapewnia je w ograniczonej ilości. Pozbawione pomocy partnera rodziny
uwięzionych muszą się utrzymać i zapewnić kontakt z osobą uwięzioną, mając do
dyspozycji tylko jedną pensję, co dalej spycha je w spiralę biedy. Problem ten dotyka
szczególnie kobiety i dzieci. Kolejnym wyzwaniem jest stygmat, naznaczający dzieci
uwięzionych rodziców czasem przez całe życie. Badania pokazują, że rodziny, a zwłaszcza
dzieci uwięzionych mają większy problem z zaakceptowaniem uwięzienia bliskiej osoby
niż z jej śmiercią. Podkreślmy tutaj, że na potrzeby tego tekstu znacznie upraszczamy
zagadnienie, skupiając się głównie na uwięzionych mężczyznach. Równie trudne
jest życie uwięzionych kobiet i ich rodzin. Innymi słowy, masowe uwięzienia nie
likwidują przestępczości, ale ją natężają przez tworzenie pokoleń dotkniętych problemami
rozbitych rodzin, poczuciem wykluczenia i stygmatyzacji społecznej.

Powróćmy raz jeszcze do Ibrama X. Kendiego, który otwiera Stamped from the Beginning stwierdzeniem,
że wbrew temu, czego uczono go, gdy dorastał, to nie ignorancja i nienawiść produkują
rasistowskie myślenie. Źródłem problemu jest rasistowska polityka, która służy stanowieniu
i utrzymywaniu systemu opartego na wyzysku całych grup społecznych kategoryzowanych
ze względu na kolor ich skóry. Kendi przypomina nam bolesną prawdę, że najwybitniejsi
myśliciele i najlepiej wykształceni ludzie swojej epoki byli (i nierzadko są do
dziś) rasistami. Według Kendiego to nie rasizm, lecz polityka rasistowska prowokuje
nienawiść i przekonanie, że niższy status społeczny osób mających ciemniejszy odcień
skóry jest wynikiem indywidualnych decyzji i wyborów, a nie systemu opresji, wykluczenia
i przemocy, który od wielu stuleci jasno określa ich miejsce w strukturze ekonomiczno-społecznej
Stanów Zjednoczonych (Kendi 2016, s. 9–10). To właśnie ta głęboko zakorzeniona i
wielowarstwowa struktura, budowana na podwalinach rasizmu od początku procesu kolonizacji
obu Ameryk, po raz kolejny wypchnęła czarnych Amerykanów na ulice, gdyż w XXI w.
wciąż muszą oni walczyć o to, by świat rozumiał, że czarne życie ma taką samą wartość
jak białe życie. Black lives matter.


Przypisy:

[1]
Krótko po śmierci Floyda śledczy, a za nimi media, podali informację, że
policjant klęczał na szyi Floyda przez osiem minut i czterdzieści sześć sekund.
„8:46” natychmiast stało się symbolem przemocy policji. Śledczy badający sprawę
śmierci Floyda uzgodnili w trakcie dochodzenia, że pierwsze obliczenia były
błędne i że policjant klęczał na szyi Floyda przez siedem minut i czterdzieści
sześć sekund. Istniejące nagranie podaje te obliczenia w wątpliwość (Bogel-Burroughs
2020).

[2] W trakcie pisania kolejnych wersji tego artykułu musiałyśmy
kilkakrotnie uaktualniać tę liczbę. Dodajmy, że w tym samym okresie liczba białych
Amerykanów zastrzelonych przez policję była niemal dwukrotnie większa, ale pamiętajmy,
że czarni Amerykanie stanowią tylko około 13% społeczeństwa amerykańskiego.

[3] Persons
of color
to w USA osoby, którzy według kategorii używanych w amerykańskiej biurokracji
nie są białe. Ponieważ w języku polskim nie istnieje odpowiednik persons of color,
zdecydowałyśmy się zachować angielski oryginał. Termin ten jest dziś używany również
w kontekście solidarności pomiędzy Amerykanami należącymi do różnych grup rasowo-etnicznych,
ale połączonych wspólnym doświadczeniem rasizmu.

[4] Choć
1619, rok przybycia do Virginii pierwszego statku z Afrykanami na pokładzie, jest
tradycyjnie uznawany za początek historii czarnych Amerykanów w USA, jest to wybór
oparty na uproszczonej i anglocentrycznej historii tego kraju. Pierwsi Afrykanie
zostali przetransportowani na kontynent północnoamerykański przez Hiszpanów już
w XVI w., kiedy ci kolonizowali tereny dzisiejszych Stanów Zjednoczonych niemal
sto lat przed tym, jak Anglicy stworzyli pierwszą trwałą kolonię na kontynencie
(Berlin 1998).

[5] Szczególnie
przedstawiciele tej ostatniej grupy
często podkreślają, że doświadczenia imigrantów z Azji i ich potomków trudno
uogólniać, gdyż historia migrantów z Chin, Japonii, Indii czy Wietnamu to tak naprawdę
inne historie i inne doświadczenia rasizmu i dyskryminacji.

[6]
Doskonałym tego przykładem jest serial telewizyjny z 2000 r., który obecnie
funkcjonuje pod dwoma znaczącymi tytułami. W popularnej bazie IMDB serial figuruje jako Sally Hemings: An
American Scandal
(Sally Hemings. Amerykański skandal, https://www.imdb.com/title/tt0206951/), natomiast wydanie DVD dostępne jest na
Amazon pod tytułem Sally Hemings: An American Love Story (Sally
Hemings.
Amerykańska historia miłosna, https://www.amazon.com/Sally-Hemings-American-Love-Story/dp/B0007LPS7W).
Z krótkiego opisu serialu w IMDB wynika, że Jefferson i Hemings łączył
romans/związek oparty na miłości (love affair).


BIBLIOGRAFIA

Książki i artykuły

Alexander
M. (2012), The New Jim Crow: Mass Incarceration in the Age of Colorblindness,
New York.

AllenD.S. (2017), Cuz: The Life and Times of Michael, New York.

Berlin
I. (1998), Many Thousands Gone: The First Two Centuries of Slavery in North America,
Cambridge (MA, USA).

Blackburn
R. (1998), The Making of New World Slavery: From the Baroque to the Modern, 1492–1800,
New York.

Blackburn
R. (2013), The American Crucible: Slavery, Emancipation and Human Rights,
New York.

Blackmon
D.A. (2008), Slavery by Another Name: The Re-Enslavement of Black Americans from
the Civil War to World War II
, New York.

Block
S. (2006), Rape and Sexual Power in Early America, Chapel Hill.

Brooks
Tomblin B. (1996), GI Nightingales: The Army Nurse Corps in World War II,
Lexington.

Feinstein
R.A. (2018), When Rape was Legal: The Untold History of Sexual Violence during
Slavery
, New York.

Foner
E. (2019), The Second Founding: How the Civil War and Reconstruction Remade the
Constitution
, New York.

Forman
J. (2018), Locking Up Our Own, New York.

Giddings
P.J. (1984), When and Where I Enter: The Impact of Black Women on Race and Sex
in America
, New York.

Gordon-Reed
A. (1999), Thomas Jefferson and Sally Hemings: An American Controversy, Charlottesville.

Griffler
K.P. (2004), Front Line of Freedom: African Americans and the Forging of the
Underground
, Lexington.

Guasco
M. (2014), Slaves and Englishmen: Human Bondage in the Early Modern Atlantic
World
, Philadelphia.

Hernández K.L. (2017), City of Inmates. Conquest,
Rebellion, and the Rise of Human Caging in Los Angeles, 1771
–1965, Chapel Hill.

Hinton
E. (2016), From the War on Poverty to the
War on Crime: The Making of Mass Incarceration in America
, Cambridge (MA, USA).

Jones
J. (1985), Labor of Love, Labor of Sorrow: Black Women, Work, and the Family,
New York.

Jones
J. (2013), A Dreadful Deceit: The Myth of Race from the Colonial Era to Obama’s
America
, New York.

Kendi
I.X. (2016), Stamped from the Beginning: The
Definitive History of Racist Ideas in America
, New York.

Muhammad
K.G. (2019, wyd. 2), The Condemnation of Blackness: Race, Crime, and the Making
of Modern Urban America
, Cambridge
(MA, USA).

Litwack
L. (1979), Been in the Storm So Long: The Aftermath of Slavery, New York.

Mauer
M. (2006), Race to Incarcerate, New York.

Morgan
E. (1975), American Slavery, American Freedom: The Ordeal of Colonial Virginia,
New York.

Morris
A.D. (1986), The Origins of the Civil Rights Movement, New York.

Morris
T.D. (1996), Southern Slavery and the Law, 1619–1860, Chapel Hill.

Muldoon
J. (1979), Popes, Lawyers, and Infidels: The Church and the Non-Christian
World, 1250–1550
, Philadelphia.

Sered
D. (2019), Until We Recon: Violence, Mass Incarceration, and a Road to Repair,
New York.

Thornton
J. (1998), Africa and Africans in the Making of the Atlantic World, 1400–1800,
Cambridge (UK).

Vacca
J.S. (2004), Educated prisoners are less likely
to return to prison
, „Journal of Correctional Education”, t.
55, nr 4.

Vann
Woodward C. (1974, wyd. 3), The Strange Career of Jim Crow, Oxford.

Williams
C.L. (2010), Torchbearers of Democracy: African American Soldiers in the World
War I Era
, Chapel Hill.

Wilson
D., Reuss A., red. (2008), Prison(Er) Education: Stories of Change and Transformation,
Winchester.

Netografia

Bogel-Burroughs N. (2020),
8 Minutes, 46 Seconds Became a Symbol in George Floyd’s Death. The Exact Time
Is Less Clear
, „New York
Times”, https://www.nytimes.com/2020/06/18/us/george-floyd-timing.html (dostęp 22 VII 2020).

Equal
Justice Initiative, Lynching in America: Confronting the Legacy of Racial Terror,
https://lynchinginamerica.eji.org/report/ (dostęp 20 VI 2020).

Lepore J. (2020), The Invention of the Police: Why Did American Policing Get so Big, so Fast?
The Answer, Mainly, Is Slavery
, „The New Yorker”, https://www.newyorker.com/magazine/2020/07/20/the-invention-of-the-police (dostęp 22 VII
2020).

Prison Policy Initative,
https://www.prisonpolicy.org (dostęp 25 VII 2020).

Riley C.L., Don’t Worry
about ‘Rewriting History’: It’s Literally What We Historians Do
, „The Guardian”, https://www.theguardian.com/commentisfree/2020/jun/10/rewriting-history-historians-statue-past
(dostęp 20 VI 2020).

Sentencing
Project, https://www.sentencingproject.org (dostęp 20 VI 2020).

The Scholars Commission on
the Jefferson-Hemings Issue, https://www.tjheritage.org/the-scholars-commission (dostęp 23 VII 2020).

Toobin J. (2020), The
Halted Progress of Criminal-Justice Reform
, „The New Yorker”, https://www.newyorker.com/magazine/2020/07/20/the-halted-progress-of-criminal-justice-reform (dostęp 25 VII 2020).

Washington Post (2020), Fatal
Force
, https://www.washingtonpost.com/graphics/investigations/police-shootings-database/(dostęp 22 VII 2020).


                                                                                                          Korekta językowa: Beata Bińko




Powstanie, którego nie było? O specyfice powojennego podziemia

BARTOSZ WÓJCIK

Powstanie, którego nie było? O specyfice powojennego podziemia

Dyskusja o tym, co właściwie wydarzyło się w Polsce w okresie zdobywania władzy przez komunistów, sięga jeszcze pism drugiego obiegu. Od kilku lat coraz większą popularność zyskuje teza, jakoby po wojnie doszło do antykomunistycznego powstania. Założenie efektowne, jednak w odniesieniu do skomplikowanych warunków pojałtańskich rodzące liczne wątpliwości.

W
listopadzie 1949 r. w Londynie dobiegły końca prace nad dokumentem Polska pod reżimem komunistycznym.
Sprawozdanie z sytuacji w kraju (1944
1949).
Była to obszerna analiza, przygotowana na użytek władz emigracyjnych przez
ekspertów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rządu RP na Uchodźstwie. Opracowanie
– jego stosunkowo niedawne wydanie po opatrzeniu przypisami liczy grubo ponad
300 stron – zostało podzielone na trzy części. Najdłuższą z nich poświęcono
problematyce politycznej – przedstawieniu różnych aspektów instalowania w
Polsce komunistycznej dyktatury.

Wśród
omawianych zagadnień – m.in. kwestii ludnościowych i terytorialnych, etapów
eliminowania opozycji, sowietyzacji wojska czy mechanizmów zastraszania
społeczeństwa – zjawisko ruchu podziemnego odnotowano zaskakująco pobieżnie,
zaledwie w kilku akapitach. Zwracano w nich uwagę na tragedię tysięcy żołnierzy
Armii Krajowej, którzy wiosną 1945 r., nie chcąc składać broni, znaleźli się w
potrzasku. Dostrzegano wymierzony w nich terror i towarzyszącą mu kampanię
propagandową. Pisano też o wyraźnym zmęczeniu wojną, przekładającym się na
utratę przez zwolenników dalszej walki zaplecza społecznego. Diagnozując
zjawisko zaniku antykomunistycznego oporu, za ostatni moment jego wyraźnych
przejawów – „żywej akcji partyzanckiej” i „bujnego życia konspiracyjnego” –
wskazywano rok 1946. Jedynym powstaniem, o którym wspominali autorzy
opracowania, był sierpniowy zryw Warszawy.

W kontekście
popularnej dziś tezy o mającym trwać w Polsce po wojnie powstaniu – mówią o nim
choćby prezes Instytutu Pamięci Narodowej Jarosław Szarek oraz szef Urzędu ds.
Kombatantów i Osób Represjonowanych Jan Józef Kasprzyk; pod takim hasłem
antykomunistyczne podziemie figuruje już na Wikipedii – trudno nie zadać
pytania: czy to możliwe, aby zorientowani w realiach krajowych emigracyjni
analitycy nie dostrzegli na czas, choćby nie nazywając go wprost, zjawiska tak
wielkiej wagi? Zjawiska – dodajmy – dla uchodźczych władz wyczekujących
konfrontacji świata zachodniego i ZSRR, od dłuższego zaś czasu coraz wyraźniej
marginalizowanych przez stronę amerykańską, niosącego niebagatelny potencjał
argumentacyjny. A może po prostu mimo zdecydowanej wrogości wobec
komunistycznego reżimu rzeczowo i bez emocji oceniali rzeczywistość?

„Zbrojne wystąpienie narodu lub jakiejś grupy w
obronie swojej wolności” – brzmi najprostsza definicja
powstania, pochodząca ze Słownika języka
polskiego
. Określenie takie, zwłaszcza mało precyzyjna kategoria „jakiejś
grupy”, daje wprawdzie szerokie pole interpretacji, nie powinno się jednak przy
nich abstrahować od charakterystycznej dla danego momentu świadomości
społecznej. W kontekście rozważań o powstańczym bądź nie obliczu
antykomunistycznego podziemia trudno uciec też od odniesienia cech zbrojnego
nurtu Drugiej Konspiracji – przebiegu działań, okoliczności politycznych czy skali zjawiska –
do wielkich zrywów
niepodległościowych kształtujących polską wyobraźnię.

Problem ram czasowych

Już próba
ustalenia, w którym momencie miało się zacząć i do kiedy trwać domniemane
antykomunistyczne powstanie, rodzi poważne wątpliwości. Dolną cezurę
najczęściej stanowi rok 1944, niekiedy 1943. Płynna pozostaje górna, wytyczana
na ogół gdzieś w latach 1953–1956. Czasem jednak – zupełnie poważnie – podciąga
się ją aż do roku 1963, kiedy zginął ostatni ukrywający się jeszcze członek
zbrojnego podziemia. W rzeczywistości – inaczej niż w wypadku kolejnych
wielkich polskich zrywów – w odniesieniu do „ostatniego powstania” nie sposób
wskazać ani konkretnego punktu jego otwarcia, ani uzasadnionego faktograficznie
momentu zakończenia.

Armia
Czerwona przekroczyła przedwojenną granicę RP z początkiem stycznia 1944 r. Stosunki
dyplomatyczne między Polską a ZSRR od wyjścia na jaw zbrodni katyńskiej
pozostawały wprawdzie nieuregulowane, niemniej w kolejnych miesiącach oddziały
AK znacznie częściej współdziałały z jednostkami sowieckimi w ramach akcji
„Burza” – wielokrotnie płacąc za to później wysoką cenę – niż z nimi walczyły.
Nic dziwnego, były częścią Polskich Sił Zbrojnych, stanowiących element
wielkiej koalicji antyniemieckiej. Jakiekolwiek zorganizowane wystąpienie
przeciw Sowietom, abstrahując od tego, że skazane na błyskawiczną klęskę,
przekreślałoby wieloletni wkład Polski w wysiłek wojenny aliantów i utrudniało
międzynarodowe położenie władz RP na uchodźstwie.

Dlatego też,
choć dowództwo AK rozumiało wagę nowego zagrożenia – na Kresach
Północno-Wschodnich II RP partyzantka sowiecka występowała przeciw oddziałom
polskim od połowy 1943 r. – wyraźnie zabiegało, aby nie dopuszczać do
konfrontacji z Sowietami. W rozkazie do wykonania akcji „Burza”, zastrzegając:
„w żadnym wypadku nie może dojść do działań zbrojnych przeciwko Rosjanom”, jako
wyjątek wskazywano wprawdzie „konieczne akty samoobrony” (Ney-Krwawicz 2008, s.
136), ale nawet jeśli na
Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie podziemie odpowiadało na sowiecki terror, nie
przybierały one charakteru zorganizowanych wystąpień zbliżonych skalą do
prowadzonej w ramach „Burzy” akcji antyniemieckiej. Stoczony 21 sierpnia pod
Surkontami bój pomiędzy zgrupowaniem AK a batalionem NKWD stanowił wymowny
symbol, lecz nie pociągnął za sobą kolejnych dużych starć. Wkrótce do Wilna
nadeszła depesza komendanta głównego AK, nadana z walczącej Warszawy:
„Kategorycznie jeszcze raz zabraniam prowadzenia walki z Sowietami. Oddziały
partyzanckie rozwiązać. Najbardziej zagrożonych ludzi wycofać do Centrum Kraju.
Wy pozostajecie na miejscu w konspiracji” (Motyka 2014, s. 147).

Ogrom
prześladowań NKWD – do lata 1945 r. na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie zginęło
około tysiąca akowców – sprawił, że w kolejnych miesiącach spontaniczna polska
samoobrona bynajmniej nie zanikła. Co do zasady jednak, z wyjątkiem zaplanowanej
z rozmachem dywersyjnej akcji w rocznicę sowieckiej agresji z 1939 r., polskie
oddziały unikały działań zaczepnych, broniąc się i licząc na dotrwanie do
spodziewanego wyklarowania sytuacji politycznej (Krajewski, Łabuszewski 2009,
s. 96; Niwiński 2001, s. 60). Podobne względy wykluczały podjęcie szerszej
akcji antykomunistycznej jesienią 1944 r. na terenach uwolnionej od Niemców
tzw. Polski lubelskiej. Abstrahując od kontekstu politycznego, nasycenie terenu
jednostkami sowieckimi i współdziałającego z nimi ludowego Wojska Polskiego
było zbyt duże, aby myśleć o jakichkolwiek – choćby sprzecznych z linią władz w
Londynie – poważniejszych wystąpieniach.

Sytuacja zmieniła
się w pierwszych miesiącach roku 1945, wraz z początkiem ofensywy. Nieokrzepłe
jeszcze struktury promoskiewskiej administracji zostały w dużej mierze
pozbawione dotychczasowej osłony sowieckiej, wyraźnie za to wzrosła – mimo
styczniowego rozwiązania AK przyczyniły się do tego liczne prześladowania –
liczba oddziałów leśnych. Zwłaszcza we wschodnich województwach pojałtańskiej
Polski, poza większymi miastami, skala wystąpień wykazała, że komuniści nie
panują nad terenem. „Powszechna wola oporu przeciw sowiecko-lubelskiej
rzeczywistości przeradza się wśród byłej AK i związanych z nią kół w opór
przeciw rozwiązaniu szeregów. Ma to charakter żywiołowo-społeczny, zwłaszcza na
wsi lubelskiej i białostockiej i przeradza się w szeroką samoobronę, którą
bierzemy pod wpływy i kierunek” – informowali legalne władze w Londynie dowódcy
konspiracji poakowskiej (WiN w
dokumentach
1997, s. 96).

W warunkach
chaosu, jaki zapanował po rozwiązaniu podziemnej armii, kontrola oraz
koordynacja antykomunistycznych działań okazały się jednak iluzoryczne. Lokalne
sukcesy nie były dyskontowane, gdyż najpoważniejsze ośrodki usiłujące opanować
sytuację – Delegatura Rządu na Kraj oraz powołana w miejsce AK Delegatura Sił
Zbrojnych – orientując się w sytuacji międzynarodowej, zgodnie z zaleceniami
legalnych władz dążyły do wygaszenia akcji zbrojnej. Oceniały ją jako
pogłębiającą straty i bezcelową, za wskazane uznając „przenikanie na posterunki
cywilne” i szukanie rozwiązania politycznego. „Powstają różne organizacje –
relacjonował po latach współtwórca podziemia poakowskiego, a w czasie wojny
dowódca warszawskiego Kierownictwa Dywersji AK, Józef Rybicki – powołują się na
nasze rozkazy. […] Część ludzi przeszła na bandytyzm. Nie ma na to rady. […]
Jak się jeździło po oddziałach leśnych, żeby je rozwiązywać i mówić, że trzeba
skończyć rozwiązanie AK, to oczywiście nie raz spotkałem się z zarzutem, że
jestem zdrajcą itd. Dopiero po wyjaśnieniach, kim jestem, to się zmieniało;
były takie chwile, że ludzie byli po prostu nie przybici, ale zdecydowani na
wszystko” (Rybicki 1987, s. 24).

Niewątpliwie
to właśnie wiosną ostatniego roku wojny antykomunistyczna akcja zbrojna osiągnęła
apogeum. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że w oddziałach leśnych
znalazło się wtedy jednocześnie ponad 10 tys. ludzi. Mimo głośnych lokalnie
sukcesów, będących demonstracją siły podziemia – ataku na obóz NKWD w
Rembertowie, wkroczenia do Grajewa czy Puław, gdzie rozbito więzienia UB;
zwycięskich starć z oddziałami sowieckimi w Lesie Stockim i pod Kuryłówką –
także wówczas trudno doszukiwać się momentu rozpoczęcia antykomunistycznego
powstania. Uderzano punktowo, bez choćby taktycznych założeń, doraźnie
odpowiadając na represje ze strony aparatu bezpieczeństwa. Momentem takim
mogłoby być powołanie 7 maja 1945 r., rozkazem p.o. naczelnego wodza gen. Władysława
Andersa, wspomnianej Delegatury Sił Zbrojnych. Mogło, gdyby nie to, że jej
celem miało być okiełznanie spontanicznej akcji zbrojnej (Chmielarz 1994, s. 15–16).
Tym trudniej początku wystąpienia szukać w miesiącach późniejszych. Latem,
wobec zmiany sytuacji politycznej – międzynarodowego uznania Tymczasowego Rządu
Jedności Narodowej w Warszawie; wyłonienia się działającej jawnie
antykomunistycznej opozycji, na której czele stanął przybyły do kraju Stanisław
Mikołajczyk; wreszcie zapoczątkowania akcji ujawnieniowych – natężenie
zbrojnego oporu zaczęło wyraźnie maleć.

Jeszcze
więcej problemów stwarza próba wskazania momentu zakończenia domniemanych
działań powstańczych. Umiejscawianie go w połowie lat pięćdziesiątych, nie
mówiąc już o roku 1963, trudno bowiem traktować inaczej niż w kategoriach
życzeniowo-symbolicznych. Ostatnia udana akcja na więzienie UB – w sytuacji
unikania otwartych starć z liczniejszymi i lepiej uzbrojonymi siłami aparatu
komunistycznego były one kluczowym przejawem zbrojnego oporu – została zorganizowana
w listopadzie 1946 r. (Krajewski 2010, s. 21). Wyraźne załamanie się podziemia
jako zjawiska o charakterze masowym nastąpiło z kolei wiosną roku 1947, kiedy
przeprowadzono tzw. drugą amnestię. Po jawnym sfałszowaniu wyborów
parlamentarnych i aresztowaniach, które rozbiły ośrodki kierownicze podziemia w
Polsce centralnej i wschodniej, ujawnienie wybrało ponad 50 tys. osób pozostających
jeszcze na stopie nielegalnej. Szacuje się, że w liczbie tej – obejmującej
zarówno leśnych, członków cywilnych siatek konspiracyjnych, a także
pozostających poza „robotą” antykomunistyczną ludzi podziemia z okresu wojny –
znalazło się ponad 90 proc. nierozbitych dotąd struktur głównej organizacji
poakowskiej i ponad połowa stanów słabszej konspiracji narodowej (Poleszak,
Wnuk2007, s. XXXII).

W efekcie
wiosną roku 1947 stałe struktury zbrojne podziemia stopniały do poziomu poniżej
2 tys. członków w skali całego kraju. Wobec zaniku ośrodków usiłujących
wcześniej koordynować akcję antykomunistyczną, poszczególne oddziały
funkcjonowały na ogół samodzielnie lub najwyżej w porozumieniu z lokalnymi
siatkami. Wskutek kolejnych obław także ich liczba malała. Te, które uniknęły
rozbicia lub rozpadu, stopniowo przeradzały się w grupy o charakterze
przetrwaniowym, niejednokrotnie tworzone przez ludzi ujawnionych, w poczuciu
zagrożenia ze strony UB decydujących się na powrót do lasu. Ich celem było już
nie sabotowanie posunięć narzuconej władzy, ale dotrwanie do wyczekiwanej „trzeciej
światowej”. „Czerpiąc wiadomości z różnych źródeł, radzilibyśmy się
przyszykować jak w trzydziestym dziewiątym. Kto wie, co może być jutro lub
pojutrze?” – usiłowało podtrzymywać na duchu jedno z nielicznych ukazujących
się lokalnie jeszcze w 1948 r. podziemnych pisemek („Głos o Wolność” 1948, brak
nr.). Docierające szerzej centralne tytuły niepodległościowej konspiracji, na
łamach których usiłowano analizować sytuację polityczną, wyciągać z niej
wnioski i publicystycznie – na wzór analogicznych działań podczas okupacji
niemieckiej – oddziaływać na społeczeństwo, nie ukazywały się już od wielu
miesięcy. Zostały rozbite lub zawieszone na przełomie 1946/1947 r.

Wprawdzie
jeszcze trzy lata później resort bezpieczeństwa odnotowywał rocznie ponad 800
przejawów aktywności zbrojnego podziemia (Makus 2017), jednak nie było już mowy
o akcjach choćby zbliżonych do tych z pierwszych miesięcy nowej rzeczywistości.
Dawne oddziały coraz rzadziej liczyły więcej niż kilku członków, a ich
działania ograniczały się do zabijania lub karania ludzi uznanych za
szkodliwych dla podziemia bądź lokalnej społeczności, wymykania się kolejnym
obławom, wreszcie – do niezbędnych dla przetrwania, ale często
niejednoznacznych i ułatwiających propagandowe dezawuowanie podziemia akcji
zaopatrzeniowych. „Polska tonie w czerwonej powodzi… Istnieje przysłowie, że
»tonący brzytwy się chwyta«, jakże ono obecnie pasuje do wielu Polaków! Toniemy
– a nadzieja, której się chwytamy – pozostaje niestety tylko przysłowiową
brzytwą” – notował w maju 1949 r., krótko przed śmiercią, Zdzisław Broński
„Uskok” (Broński 2015, s. 314). Dysproporcja sił była już ogromna, a osaczane,
topniejące grupki działały w poczuciu głębokiego osamotnienia. Zapewne wzrosło
ono jeszcze wiosną 1950 r. Aby ratować niezależność coraz wyraźniej atakowanego
Kościoła, episkopat podpisał wówczas porozumienie z rządem, na mocy którego
m.in. publicznie odciął się od „zbrodniczej działalności band podziemia”
(Noszczak 2020; Lubecka 2008, s. 495).

Ostatnie
kilkuosobowe patrole zostały rozbite lub rozproszone na przestrzeni lat 1952–53.
Szacuje się, że w schyłkowym okresie przewinęło się przez nie maksymalnie do
500 osób w skali całego kraju (Krajewski, Łabuszewski 2016, s. 11), liczącego
wówczas z górą 25 mln mieszkańców. Później w lesie pozostały już jedynie grupki
2, 3-osobowe lub pojedynczy ludzie zmuszeni ukrywać się przed aparatem
bezpieczeństwa. Nieliczni dotrwali do politycznego przełomu roku 1956 i
skorzystali z ogłoszonej wtedy amnestii, pojedynczy nie zaufali jej – zginęli
lub zostali schwytani w kolejnych latach. Tragedia „ostatnich leśnych” wzbudza
oczywiste emocje. Trudno jednak uznać za zasadne utożsamianie z nią schyłku
domniemanego antykomunistycznego powstania. Zakładając nawet, że doszłoby do
niego w pierwszym okresie nowej, znaczonej sowieckimi prześladowaniami
rzeczywistości, mówilibyśmy bowiem o zjawisku bez precedensu – powstaniu
trwającym kilka do kilkunastu miesięcy i dogasającym przez kolejną dekadę.

Problem przywództwa i koordynacji
działań

Wielkie
polskie powstania dysponowały ośrodkami władzy polityczno-wojskowej,
odpowiedzialnymi za koordynowanie działań i nadanie im określonych celów. W
powstańczej Warszawie jednostki AK i podporządkowanych jej na czas walk
formacji podlegały Komendzie Sił Zbrojnych w Kraju, a ich działania koordynował
dowódca stołecznego okręgu AK. Decyzje kierownictwa wojskowego oddziaływały nie
tylko na sytuację w mieście, lecz także na posunięcia jednostek zmobilizowanych
w innych częściach Polski. Działał ponadto delegat rządu na kraj w randze
wicepremiera, istniała też namiastka polskiego parlamentu – grupująca
przedstawicieli głównych sił politycznych Rada Jedności Narodowej. Wszystkie
wspomniane ośrodki podlegały uznawanym międzynarodowo władzom RP na uchodźstwie
i pozostawały z nimi w kontakcie. Rzeczywistość, w jakiej funkcjonowało
powojenne podziemie niepodległościowe, od początku rysowała się zgoła
odmiennie.

W przełomowy
rok 1945, o czym była już mowa, podziemie wkroczyło w stanie daleko posuniętej
erozji. Przetoczenie się przez ziemie polskie frontu, za którym szły jednostki
NKWD, porwało konspiracyjną łączność. Powstające spontanicznie oddziały leśne były
niekiedy podporządkowane lokalnym ośrodkom dowódczym, niekiedy – wobec zaniku
tychże lub samowolnych decyzji – podejmowały działalność na własną rękę.
Powołana do walki z Niemcami masowa AK znajdowała się w likwidacji, a
przygotowywana na ewentualność wkroczenia Sowietów kadrowa organizacja NIE
okazała się strukturą niezdolną do podjęcia szerszych działań. Również
posunięcia ośrodków politycznych sprawnego do niedawna podziemnego organizmu
cechowała wyraźna chwiejność. Potęgował ją brak jasnych wskazówek od
uchodźczych władz, skoncentrowanych w tym czasie na akcji protestu wobec
jałtańskich decyzji mocarstw. „Na
co Rząd liczy, odrzucając postanowienia? Jaki ma dalszy plan? […] Milczenie
Wasze jest zgubne” – alarmowała Londyn Delegatura Rządu na Kraj (Wójcik 2017). Niebawem
szesnastu przywódców podziemia, szukając wyjścia z powojennego impasu na drodze
negocjacji z Sowietami, zostało aresztowanych i uprowadzonych do Moskwy.

W takich
okolicznościach próbę przejęcia inicjatywy podjęli narodowcy. Już jesienią 1944
r. wycofali oni swoje siły z AK, powołując własną, podporządkowaną Stronnictwu
Narodowemu (SN) formację zbrojną – Narodowe Zjednoczenie Wojskowe (NZW). Teraz,
krytykując dotychczasowe władze podziemia, zwłaszcza zaś uznawane za
lewicowo-sanacyjne i odpowiedzialne za klęskę powstania w Warszawie
kierownictwo AK, usiłowali de facto
zająć ich miejsce. Wzywając do zjednoczenia antykomunistycznego wysiłku pod
własnymi sztandarami, przekonywali, że tylko przywództwo zdecydowanie
antymarksistowskiego, katolickiego ruchu narodowego zagwarantuje
bezkompromisowość w walce z narzucanym systemem. Wykorzystując niezrozumienie
części terenowych struktur AK dla prowadzonej przez jej dowódców akcji „rozładowywania lasów”, sięgali przy tym – choć
przeciwna była im część polityków podziemnego SN (Kersten 1993, s. 54) – po atrakcyjne zwłaszcza wśród
ludzi młodych hasła kontynuowania walki zbrojnej.

„Niechaj nikt nie śmie stawać w poprzek żołnierzowi
podziemnemu w jego historycznym pochodzie do unarodowienia życia Polski i
Europy. Niechaj nikt nie śmie podtrzymywać spróchniałej zapory dawnych
uprzedzeń. Dzieląca dotąd zapora to polityka rozbijania wewnętrznych sił Narodu
uprawiana przez koła sanacyjne i reakcyjno-komunistyczne [sic!] gwoli własnym interesom. Gdy razem tę zaporę kopniemy nogą,
rozleci się w strzępy, a społeczeństwo w zjednoczonym wysiłku odnajdzie swą
Wielkość i Radość. Być może, że znajdą się głupi i ślepi, bezwiedni najmici nie
mogący otrząsnąć się z brudów i letargu… Być może, że nie zrozumią nas, ale na
tych znajdzie się rada! Do nich przemówi Polska Podziemna innym głosem. Nikt
nie może bowiem przekładać interesów własnych nad narodowe! Nie może nikt i nic
hamować pochodu żołnierza podziemnego do Wielkości, bo kto przeciw Niemu, ten
przeciw Polsce, a kto przeciw Polsce, ten przeciw Europie!” – wzywał wiosną 1945 r. jeden z
lokalnych tytułów proweniencji narodowej („Walka: od Odry po Dniepr” 1945, nr 3).

Zarówno centralne, jak i terenowe struktury głównego
nurtu podziemia poakowskiego – początkowo zorganizowane w ramach
Delegatury Sił Zbrojnych, a od września 1945 r. w ramach Zrzeszenia „Wolność i
Niezawisłość” (WiN) –
nie zamierzały jednak oddawać pola narodowcom. Rywalizacji między
kierownictwami obu ośrodków sprzyjały różnice ideowe i odmienne koncepcje
polityczne. Prodemokratyczne podziemie poakowskie opowiadało się bowiem za
antykomunistyczną opozycją w postaci mikołajczykowskiego Polskiego Stronnictwa
Ludowego i, odchodząc od akcji zbrojnej – postulat ten udało się
zrealizować na południu i częściowo w centrum kraju; w mniejszym stopniu w
województwach wschodnich –
zamierzało wspierać je w walce o zagwarantowane w Jałcie wolne wybory. Liczący
na przejęcie samodzielnej władzy narodowcy trwali z kolei na stanowisku
bezkompromisowym. Potępiając działania Mikołajczyka i deklarując wierność
legalnym władzom RP w Londynie – po latach izolacji u schyłku wojny zaczęli odgrywać w
nich istotną rolę (Wnuk 2002, s. 84) – zapowiadali rychły wybuch konfliktu między ZSRR a
mocarstwami zachodnimi.

W tzw. dołach „wielka polityka” nie miała takiego
znaczenia. Tam górę brały względy prozaiczne, związane ze sporami o prymat
danej organizacji w terenie czy konsekwencje podejmowanych działań. Istotną
wagę miewały animozje i konflikty osobiste, niekiedy sięgające jeszcze okupacji
niemieckiej. Co charakterystyczne, rywalizacja między główną organizacją
poakowską i podziemiem narodowym największą temperaturę osiągała tam, gdzie oba
nurty wciąż dysponowały silnymi strukturami zbrojnymi. W sprawozdaniu II
Zarządu Głównego WiN z kwietnia 1946 r. stwierdzano: „Stosunek [podziemia
narodowego] do b[yłej] AK i WiN-u ogólnie jest nieprzychylny, a w niektórych
regionach wręcz wrogi. Szczególnie w województwach wschodnich, np. w
Rzeszowskiem, propaguje się, że AK jest po wpływami masonerii. Bardzo zaognione
stosunki występują na terenie Białegostoku i Wschodnio-Warszawskiego, gdzie na
działaczy AK wydano szereg wyroków śmierci. […] W wielu wypadkach propaganda
narodowa podszywa się w ulotkach pod szyld b[yłej] AK. To samo dotyczy
niektórych akcji zbrojnych, co powoduje represje ze strony władz
Bezp[ieczeństwa] w stosunku do członków b[yłej] AK. NSZ[-NZW; nazw tych używano
zamiennie – B.W.] uzurpuje sobie wyłączne prawo do
kierowania i prowadzenia pracy konspiracyjnej oraz akcji zbrojnej, rzekomo z
polecenia Rządu w Londynie” (WiN w dokumentach
1997, s. 416). Szczególnie gorąca atmosfera panowała na Białostocczyźnie i
północno-wschodnim Mazowszu, gdzie spór pomiędzy organizacjami pociągnął za sobą
co najmniej kilkanaście ofiar śmiertelnych tylko po stronie poakowskiej
(Łapiński 2018, s. 250). W żadnej innej części kraju nie zaszedł tak daleko, z
reguły koncentrując się na rywalizacji propagandowej.

Lepiej układały się stosunki między Zrzeszeniem WiN
a politycznymi strukturami podziemia narodowego spod znaku SN, raczej formalnie
niż faktycznie kontrolującymi własną organizację zbrojną. I tam jednak
dominowała wyraźna nieufność, a ważnym jej czynnikiem była rywalizacja o
wsparcie materialne ze strony uchodźczych władz. Próbą stworzenia platformy współpracy obu nurtów było
powołanie w styczniu 1946 r. Komitetu Porozumiewawczego Organizacji Polski
Podziemnej. Inicjatywa znanego piłsudczyka, płk. Wacława Lipińskiego, miała stanowić
odpowiednik działającej podczas okupacji niemieckiej Rady Jedności Narodowej.
Do komitetu weszli wprawdzie przedstawiciele WiN i SN, ale podjęta na jego
forum ograniczona współpraca nie zażegnała zasadniczych podziałów. Choć z czasem, wobec kolejnych
uderzeń komunistów, temperatura sporu słabła, aż do zasadniczego kryzysu
podziemia, jaki nastał z początkiem roku 1947, żadna ze stron nie zdecydowała
się ustąpić. W jednej z nadanych wówczas do Delegatury Zagranicznej WiN
korespondencji ostatni prezes poakowskiej organizacji, ppłk Łukasz Ciepliński
„Pług”, jednym tchem ostrzegał przed ewentualnymi machinacjami „agentów NKWD
lub SN” (sic!) (Kurtyka 2011, s.
267).

Podziemna mozaika nie ograniczała się bynajmniej do
dwóch głównych sił. Początkowo do przewodzenia antykomunistycznej konspiracji
aspirował także ośrodek oenerowski, dysponujący własną wojskówką – Narodowymi Siłami Zbrojnymi. Dość szybko jednak, jeszcze w
1945 r., został rozbity przez komunistyczne służby, a część jego sił wchłonęło silniejsze
i bliskie ideologicznie NZW (Bechta, Muszyński 2017, s. 136). Ponadto w
warunkach powojennego zamieszania wyłoniły się różne struktury lokalne,
działające samodzielnie. Największą z nich było operujące w Łódzkiem, a
częściowo także na Śląsku Konspiracyjne Wojsko Polskie, powołane przez kpt. Stanisława
Sojczyńskiego „Warszyca”. Ten przedwojenny lewicujący nauczyciel, a w czasie
okupacji niemieckiej zasłużony oficer AK, podważał winowską koncepcję
wygaszania walki zbrojnej, kierownictwo Zrzeszenia oskarżając o rodowód
sanacyjny i tendencje do politykowania. Współpracę z narodowcami wykluczał
natomiast ze względu na ich „duży stopień sfaszyzowania”, szkodliwy dla sprawy
polskiej antysemityzm i dążenia antydemokratyczne (Dziuba 2005, s. 449).
Niezależne struktury, głównie na Mazowszu, wytworzył ponadto eklektyczny Ruch
Oporu Armii Krajowej, a w Poznańskiem do końca roku 1945 pozostawała aktywna
Wielkopolska Samodzielna Grupa Ochotnicza „Warta”. Dla dopełnienia złożoności
obrazu – nie uwzględnia on oczywiście mniejszych oddziałów i grupek
działających na własną rękę – warto
dodać, że na Podhalu działało utworzone przez por. Józefa Kurasia „Ognia” i
postulujące dalszą akcję zbrojną samodzielne Zgrupowanie „Błyskawica”, a na
Pomorzu i Podlasiu operowały poakowskie, lecz nieuznające zwierzchnictwa WiN, 5 i 6 Brygada Wileńska.

Wysoki stopień rozdrobnienia pogłębiał chaos. W
warunkach daleko posuniętej decentralizacji nawet główne ośrodki
antykomunistycznego podziemia, WiN i SN/NZW, w ograniczonym stopniu kontrolowały
własne struktury. Problem dotykał zwłaszcza skuteczniej rozpracowywanej przez
bezpiekę konspiracji narodowej. Już w grudniu 1945 r., a więc w stosunkowo
wczesnym stadium rzekomego antykomunistycznego powstania, nieformalny przywódca
SN Tadeusz Maciński „Prus” składał sprawozdanie: „Niestety – działalności w
takim znaczeniu, jak to miało miejsce pod okupacją niemiecką – Stronnictwo nie
prowadzi. Działają pojedyncze komórki lub nawet pojedyncze osoby, przy czym
działalność ich jest przerywana, a poza tym – zupełnie nieskoordynowana. […]
Już okręgi nie mają systematycznego kontaktu z Zarządem Głównym, to znaczy nie
otrzymują rozkazów i poleceń, zadań do wypełnienia, ocen sytuacji ani
ostrzeżeń, nie mogą przesyłać swych meldunków, spostrzeżeń, zgłaszać swych
potrzeb. To samo ma miejsce z kontaktami między szczeblem okręgów a szczeblem
powiatów – i tak dalej” (Sprawozdanie
informacyjne Prezydium SN
…, 2010, s. 241). W podziemiu poakowskim sytuacja
wyglądała lepiej, ale i tam problem miał duże znaczenie. Gdy pod koniec 1945 r.
doszło do wsypy I Zarządu Głównego WiN, informacja o niej przez miesiąc nie
dotarła do lubelskich struktur organizacji. Skutkowało to rozszerzeniem
aresztowań i poważnym osłabieniem jednego z
najsilniejszych ośrodków podziemia (Poleszak 2018, s. 330–331).

W warunkach wojennych istotną rolę konsolidacyjną
odgrywał autorytet władz na uchodźstwie, których mandatem, a także – co nie bez znaczenia – istotnym wsparciem materialnym
dysponowały AK i Delegatura Rządu. Dla ludzi pozostających w podziemiu po
zakończeniu wojny legalne władze nadal stanowiły ważny punkt odniesienia. Był
to już jednak punkt czysto symboliczny – klarowna przeciwwaga dla narzuconego
reżimu komunistycznego. Wielu leśnych zapewne nawet nie wiedziało, że
zarówno polityczne, jak i wojskowe czynniki emigracyjne konsekwentnie
nawoływały do zakończenia walki zbrojnej i przystąpienia do pracy nad odbudową.
W kolportowanej w kraju rządowej odezwie z czerwca 1946 r., odwołując się do
rozporządzenia Prezydenta RP o rozwiązaniu krajowych organizacji wojskowych,
wzywano: „Należy
odrzucać zachęty do akcji bojowej, sabotażu i wszelkich innych działań
wojskowych, bez względu na to, od kogo pochodzą i z jakich pobudek płyną. Walka
o zachowanie samodzielnego bytu Narodu, jego oblicza kulturalnego, zdrowia
moralnego i sił gospodarczych toczyć się dziś musi w Kraju w innych, nie
wojskowych formach. […] Zadaniem Kraju jest przetrwanie i nieugięta obrona
podstaw bytu narodowego” (Do narodu
polskiego!
, 1946). W podobnym duchu utrzymany był majowy rozkaz szefa
Sztabu Naczelnego Wodza w Londynie gen. Stanisława Kopańskiego, który wskazując
na negatywne konsekwencje i bezcelowość prowadzenia działań zbrojnych w nowych
warunkach, wzywał wręcz do „zdecydowanego
odgrodzenia się ludności od środowisk celowo czy bezwiednie ściągających na
Kraj katastrofę” (Mazur 2019, s. 384). Optyka ludzi podziemia, zagrożonych, a
często doświadczonych terrorem wszechwładnego w polskich realiach resortu
bezpieczeństwa, była jednak odmienna. Wielu z nich próby „wyjścia z lasu” czy
szerzej rozumianej konspiracji miało już zresztą za sobą. Był to jeszcze jeden
element ich dramatu.

Na poziomie ogólnym konglomerat struktur składających
się na podziemny ruch antykomunistyczny łączyło niewątpliwie przywiązanie do
idei niepodległości oraz niezgoda na narzucony Polsce obcy system. Jednak
rozbieżności co do celów i metod walki, różnice polityczne i kryzys zaufania do
przywódców, obawy przed infiltracją, a niekiedy po prostu kwestie ambicjonalne
podtrzymywały stan rozproszenia. W efekcie powojenne podziemie nie zdołało
wyłonić realnej struktury przywódczej, a jedynymi – poza akcją „rozładowywania
lasów” – nieoddolnymi inicjatywami o zasięgu ponadregionalnym były
polityczno-propagandowe działania Zrzeszenia WiN, takie jak akcja „R” (agitacja
przed referendum ludowym z czerwca 1946 r.) czy akcja „O” (zastraszanie
komunistów odpowiadających za eskalację terroru). Poszczególne organizacje
funkcjonowały względem siebie równolegle, a przypadki współpracy, choć zdarzały
się, miały charakter doraźny. Kierownictwa głównych nurtów, z czasem nie tylko
poakowskiego, ale i narodowego, usiłowały „zwijać robotę wojskową”, co rodziło
sprzeciw niektórych struktur terenowych. Znamienne dla złożoności powojennej
sytuacji, że w wystosowanym przez wspomniany już Komitet Porozumiewawczy
Organizacji Polski Podziemnej Memoriale
do Rady Bezpieczeństwa ONZ
z 1946 r. nie tylko nie wspominano o mającym
trwać w Polsce powstaniu, lecz nawet – odwołując się do porozumienia polskich
organizacji niepodległościowych – odżegnywano się od działalności dywersyjnej.
Wskazywano, że poza nielicznymi wyjątkami ludzi zmuszonych trwać w lesie ze
względu na represje UB i NKWD jest to zjawisko w dużej mierze prowokowane, a
niekiedy wręcz kreowane przez komunistów w celu uwiarygodnienia reżimowej
narracji o panującej w Polsce anarchii i dyskredytowania swych przeciwników –
jawnej opozycji oraz podziemnego ruchu niepodległościowego (Memoriał…, 2015, s. 44).

Problem skali i dynamiki rozwoju

Ze względu na wysoki stopień rozproszenia i
decentralizacji struktur powojennego podziemia także oszacowanie jego skali
pozostaje problematyczne. Twórcy Atlasu polskiego
podziemia niepodległościowego 1944
1956 łączną liczbę osób, które
przewinęły się przez struktury antykomunistycznego podziemia, obliczali
na 120–180 tys. Obecnie coraz częściej padają w tym kontekście liczby większe –
mówi się już o 200 tys. (Łabuszewski 2017, s. 122; Makus 2017), a nawet 300 tys.
jego uczestników (Łabuszewski 2019). Choć płynność zjawiska skazuje na wysoki
stopień umowności przyjmowanych w tym kontekście liczb, tak duże, sięgające
podwojenia wartości minimalnej, rozbieżności muszą zastanawiać. Nawet jednak
przyjmując, że przez powojenne struktury konspiracji antykomunistycznej
rzeczywiście przewinęło się łącznie około 200 tys. osób, skala zjawiska wciąż
dalece będzie odbiegać od ruchu podziemnego zorganizowanego pod okupacją
niemiecką. W kontekście podjętych rozważań to istotne – historiografia polska nie zna przecież
powstania antyniemieckiego trwającego w latach 1939–1945, czy choćby, zawężając
ramy do okresu intensyfikacji walki zbrojnej, w latach 1942–1944.

Specyfiką polskiego podziemia podczas wojny była
wyraźna dominacja liczebna struktur konspiracyjnych, zarówno wojskowych, jak i
politycznych, nad oddziałami czy komórkami prowadzącymi otwartą walkę. O ile
siły zbrojne Polskiego Państwa Podziemnego w szczytowym momencie sięgnęły około
350 tys. zaprzysiężonych członków, przeciw Niemcom, uwzględniając warszawski
korpus AK, na przestrzeni całego roku 1944 czynnie wystąpiło łącznie około 100
tys. żołnierzy (Mazur 1999, s. 495). Po wojnie tendencja ta nie uległa zmianie,
ale uwidoczniła się jeszcze wyraźniej. „Na terenie Polski w lasach przebywa ponad 300 000 ludzi,
niewątpliwie przynależnych do elity narodowej” – donosił wprawdzie w 1945 r. jeden z dokumentów
poakowskiej Delegatury Sił Zbrojnych (Także myśl była bronią…,
2019, s. 6). Jednak, choć dynamika antykomunistycznego oporu była w tym
okresie rzeczywiście duża i poważnie niepokoiła narzucone władze, więcej mówił
on o nastrojach i dezorientacji panującej w podziemiu niż o prawdziwych rozmiarach
akcji leśnej. W tę bowiem w rzeczywistości przez cały rok 1945 angażowało się
od 13 do 17 tys. osób na terenie Polski i około 2 tys. akowców pozostałych na
ziemiach włączonych do ZSRR. Rok później w oddziałach zbrojnych pozostawało już
od 6 do 9 tys. – niewiele
więcej niż w 1944 r. liczyła sama 27 Wołyńska Dywizja Piechoty AK, wprawdzie
największa, niemniej stanowiąca jedną z wielu tego typu jednostek
zmobilizowanych do realizacji akcji „Burza”. W połowie 1947 r., o czym była już
mowa, walkę zbrojną kontynuowało poniżej 2 tys. osób (Poleszak, Wnuk 2007, s.
33).

Proces słabnięcia powojennego podziemia przebiegał
etapami, a determinowały go – oprócz prozaicznego zmęczenia przedłużającą się
konspiracją i chęcią powrotu do normalnego życia – zmieniające się okoliczności
polityczne. O ile wiosną 1945 r. znacznej części Polaków sytuacja wydawała się
płynna, a pozbawiona społecznego zaplecza władza komunistów tymczasowa, o tyle po
kilku miesiącach postrzeganie rzeczywistości zaczęło się zmieniać. Wyraźnym
sygnałem, że dotychczasowe nadzieje –
budowane na poczuciu ofiary, jaką Polska poniosła w wojnie z Niemcami, i pokładane
we wstawiennictwie Anglii i Stanów Zjednoczonych – mogą się okazać złudne, było
wspominane już międzynarodowe uznanie warszawskiego rządu w lipcu 1945 r. Zarazem
jednak powrót do kraju i wejście do tegoż gabinetu Mikołajczyka, który z
miejsca stanął na czele akcji odbijania spod wpływu komunistycznych wtyczek
Stronnictwa Ludowego, zostały przyjęte z wielkim entuzjazmem i odebrane w
kategoriach „nowego otwarcia”.

„Kto chce zrozumieć ten stan rzeczy, jaki wytworzył
się po przybyciu Mikołajczyka do Polski i stworzeniu tzw. rządu jedności
narodowej –
stwierdzano w podziemnym sprawozdaniu analizującym kolejne miesiące „dziwnego roku 1945” – musi zdać sobie sprawę z ogromnego
wstrząsu, jakim […] był fakt uznania rządu jedności narodowej przez państwa
anglosaskie i cofnięcie tego uznania rządowi londyńskiemu. Mimo tego bowiem, że
teoretycznie z tym się liczono, to jednak zawsze na dnie każdej myśli czy
posunięcia tkwiła iskra nadziei, że przecież do tego nie dojdzie”. Zwracając
uwagę na brak wiary w wybuch nowego konfliktu i przestawienie się społeczeństwa
na koncepcję walki wyborczej z komunistami, nie bez pewnego sceptycyzmu
dodawano: „Podobnie jak podczas okupacji niemieckiej społeczeństwo żyło
»Londynem«, tak teraz zaczyna żyć legendą PSL. […] Mikołajczyk i PSL dyskontują
zaufanie, jakie miał naród polski przez pięć lat do rządu londyńskiego.
Mikołajczyk w oczach przeciętnego człowieka w Polsce – to Anglia i
Ameryka, to dolar i UNRRA, to uwolnienie Polski od preponderancji moskiewskiej”
(Polska w końcu 1945 roku…, 1990).

Symbolicznym
elementem przemian zachodzących latem 1945 r. było rozwiązanie
podporządkowanych władzom w Londynie Rady Jedności Narodowej i Delegatury Sił
Zbrojnych. Przywódcy tej ostatniej zamierzali wprawdzie kontynuować
konspirację, ale już nie wojskową, lecz polityczno-informacyjną, obliczoną – co
było już sygnalizowane – na wsparcie legalnej opozycji. „Jeśli tylko pozwala na to Wasze osobiste położenie,
jeśli bezmyślne prześladowanie przez tzw. »bezpieczeństwo« nie zamyka Wam drogi
– przystępujcie do jawnej pracy na wszystkich polach nad odbudową
Polski, pozostając wiernymi drogim każdemu żołnierzowi byłej AK demokratycznym
hasłom Wolności obywatela – Niezawisłości narodu. Walka polityczna o ich
realizację jest Waszym obowiązkiem i Waszym prawem […]” – wzywał w jednej z ostatnich odezw przed
rozwiązaniem Delegatury płk Jan Rzepecki „Prezes” (WiN w
dokumentach
1997, s. 102). Wkrótce powołano Zrzeszenie WiN, mające
pełnić funkcję „Ruchu
Oporu bez Wojny i Dywersji”.
Ogłoszona w takiej atmosferze tzw. pierwsza amnestia, podobnie jak akcja
ujawnieniowa firmowana m.in. przez znanego z powstania akowskiego płk. Jana
Mazurkiewicza „Radosława”,
nie przyniosły oczekiwanych przez władze rezultatów. Niemniej „pęd do lasu”, a zarazem
aktywność zbrojnego podziemia latem i jesienią 1945 r. wyraźnie osłabły.
Obrazował to choćby spadek liczby akcji na ubeckie więzienia – jeśli w
pierwszej połowie roku przeprowadzono na nie około 20 skutecznych uderzeń, to od
sierpnia do końca roku, działając z zewnątrz, rozbito 4 tego typu obiekty
(Krajewski 2010, s. 19–20). Choć dwa z nich, co zadawało władzom prestiżowy
cios, przeprowadzono w dużych miastach – Kielcach i Radomiu – tendencja była
wyraźna.

W efekcie o
ile jeszcze wiosną antykomunistyczny ruch oporu skutecznie sabotował
instalowanie „aparatu
lubelskiego” na terenach wiejskich województw wschodnich, a częściowo także
centralnych, o tyle z końcem roku jego możliwości zmalały. Wyjątkiem była
Białostocczyzna, gdzie, nie licząc miast, podziemie utrzymało swoją pozycję,
uniemożliwiając strukturom nowej władzy okrzepnięcie. „W danej chwili teren
województwa białostockiego jest kompletnie zanarchizowany. Urzędy gminne
pracują tylko w dwóch gminach. Posterunki MO są systematycznie rozbrajane.
Poruszanie się po drogach jest połączone z poważnym niebezpieczeństwem.
Świadczenia rzeczowe są ściągnięte w wysokości 12 proc. i to wyłącznie przy
pomocy wojska. […] Tereny w okolicach Goniądza, Suchowoli, Szczuczyna, Białej,
Wysokiego Mazowieckiego są jak gdyby autonomicznymi republikami bandyckimi” –
raportował jeszcze w styczniu 1946 r. oficer Głównego Zarządu Politycznego
ludowego WP (Pałka 2013, s. 144–145). Miesiąc później i tam – akcja objęła
ponadto część Lubelszczyzny oraz Mazowsza – władze przystąpiły do szeroko
zakrojonej pacyfikacji, w którą poza siłami Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego
zaangażowano regularne wojsko. Wprawdzie operacje te nie złamały podziemia, ale
znacznie naruszyły jego potencjał.

Momentem
ostatniej ogólnopolskiej aktywizacji antykomunistycznego oporu była wiosna roku
1946. W działania poakowskiego WiN miało się wówczas zaangażować równocześnie
do 30 tys. osób (Musiał 2008, s. 8), w większości członków siatek
konspiracyjnych prowadzących działania informacyjno-wywiadowcze przed
zarządzonym na 30 czerwca 1946 r. referendum ludowym. Przeprowadzono także 4
udane ataki na więzienia UB (Krajewski 2010 s. 20–21). Pobudzenie to okazało
się jednak krótkotrwałe. Wobec jawnego sfałszowania wyników referendum i braku
stanowczej reakcji państw zachodnich wiara w odwrócenie sytuacji, a zarazem
morale konspiracji niepodległościowej zaczęły wyraźnie słabnąć. Major Jan
Tabortowski „Bruzda”,
nadzorujący silne struktury WiN w Łomżyńskiem, raportował: „na całym terenie
inspektoratu po głosowaniu panuje śpiączka i spokój” (Poleszak 2012 s. 196).
„Na ogół brak ludzi – informował z kolei kpt. Jan Małek „Zawada”, dowodzący poakowskim podziemiem w
Krasnymstawie – na stanowiska kierownicze. W wielu wypadkach sprawa rozbija się
o brak środków materialnych. […] W sytuacji, jaka istnieje, trudno utrzymać
spokój w pracy konspiracyjnej. Ludzie na ogół wyczerpani nerwowo nie znoszą
należycie ciągłych prowokacji” (AP Lublin, 35/1099/0/3.2/89).

W ostatnich
miesiącach 1946 r. i tak niekorzystną sytuację pogorszyły jeszcze celne
uderzenia UB – najpierw schwytany został prezes II Zarządu WiN płk Franciszek
Niepokólczycki „Halny”,
a krótko potem rozpoczęły się aresztowania w kierownictwie nowego, III Zarządu
Zrzeszenia i w Komitecie Porozumiewawczym Organizacji Polski Podziemnej.
Przywódcze struktury konspiracji narodowej zostały sparaliżowane już wcześniej,
wiosną 1946 r. Mimo że podziemie wciąż się utrzymywało, usiłując wspierać
opozycyjne PSL w nierównej walce przedwyborczej, coraz wyraźniej odczuwalny był
jego kryzys. Choć jeszcze jesienią we Włodawie i w Pułtusku udało się uwolnić
więzionych przez UB ludzi, kontakty coraz częściej się zrywały, a w teren
przestawała dochodzić prasa. W styczniu 1947 r. stało się jasne, że podjęta z
końcem wojny walka o realizację postanowień jałtańskich została przegrana. „Aresztowania przedwyborcze
przechodzą wszelkie oczekiwania. Więzienia pełne. […] Czekamy z
niecierpliwością, aby ta komedia się skończyła” – pisał do Delegatury
Zagranicznej WiN dzień przed wyborczą
farsą ostatni prezes Zrzeszenia, ppłk Łukasz Ciepliński „Pług” (Kurtyka 2011,
s. 263–264). Pół roku
później kierowanemu przez niego IV Zarządowi głównej organizacji poakowskiej podlegać
miało już jedynie około 200 osób (Wnuk 2002, s. 74). W województwach wschodnich
w lesie pozostały topniejące, działające na własną rękę oddziały powinowskie, a
w Białostockiem i na północnym Mazowszu utrzymały się pozostałości lokalnych
struktur podziemia narodowego. Zasadniczo jednak ogłoszona w lutym 1947 r.
amnestia położyła kres podziemiu jako zjawisku o zasięgu ogólnopolskim.

Zwolennicy tezy o powstańczym charakterze
powojennego podziemia często wskazują na podobieństwa antykomunistycznego oporu
do powstania styczniowego (Łabuszewski 2017; Makus 2017). Niewątpliwie dają się
one odnaleźć w odniesieniu do rozkładu geograficznego, partyzanckiego
charakteru czy antyrosyjskiego oblicza oporu. Poniekąd także w silnych
konfliktach wewnętrznych. Zasadnicza różnica dotyczy jednak skali zjawiska. O ile
w latach 1863–64 przez powstańcze oddziały przewinęło się maksymalnie 200 tys.
osób (Wandycz 1980, s. 63), o tyle w odniesieniu do drugiej połowy lat czterdziestych
XX w. szacunek ten –
jeśli brać go za dobrą monetę – dotyczy ogółu podziemia, którego struktury zbrojne stanowiły około
dziesiątej części. Łącznie –
przy blisko dwukrotnie większej populacji i wielokrotnie wyższym niż w latach sześćdziesiątych
XIX w. stopniu uświadomienia narodowego – przewinęło się przez nie bowiem ponad 20 tys. leśnych
(Poleszak, Wnuk 2007, s. 34). Biorąc pod uwagę złożoność sytuacji politycznej i
poziom wyczerpania wieloletnią okupacją niemiecką, nie była to liczba mała. O
determinacji zbrojnego ruchu samoobrony świadczy około 1300 udanych ataków na
posterunki milicji, przeprowadzonych do wiosny 1947 r.. Trudno jednak mówić o
powstaniu, jeśli z bronią w ręku, spontanicznie i w sposób nieskoordynowany,
przeciw nowemu zniewoleniu wystąpił niecały promil społeczeństwa. Konspiracyjną
pracę niepodległościową podjęło z kolei mniej niż jego procent. Według pierwszego po wojnie
sumarycznego spisu powszechnego w 1946 r. Polskę zamieszkiwały bowiem blisko 24
mln obywateli.

* * *

Współczesna
kreacja antykomunistycznego powstania pomija jeszcze jeden problem, choć
wykraczający poza powyższe rozważania – istotny. Pierwsze lata rzeczywistości
pojałtańskiej redukuje do pojedynku „wyklętych” z „czerwonymi”, dość swobodnie przechodząc nad złożonością
dokonujących się wówczas w Polsce procesów i przyjmowanych wobec nich postaw.

Tymczasem warto zadać sobie pytanie, jak w jej kontekście oceniać okupiony licznymi ofiarami
wysiłek legalnej opozycji. Pytanie zasadne. O ile przez oddziały zbrojne
łącznie na przestrzeni kilku lat przewinęła się wspomniana liczba ponad 20 tys.
osób, o tyle odbite z rąk komunistów struktury ruchu ludowego po kilku
miesiącach zrzeszały przeszło 800 tys. członków, działających jawnie nie tylko
pod znanym szyldem Polskiego Stronnictwa Ludowego, lecz także w zapomnianym
dziś Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici” czy – szybko wprawdzie zdelegalizowanym – Ludowym Związku
Kobiet. Jak oceniać silny w powojennej Polsce młodzieżowy ruch katolicki,
chadeków zabiegających o utrzymanie niezależności Stronnictwa Pracy czy endeków
starających się o legalizację własnej partii? Co z tysiącami socjalistów,
którzy oddolnie próbowali odzyskać kontrolowaną przez komunistów koncesjonowaną
Polską Partię Socjalistyczną? To do nich w jednym ze swych ostatnich apeli
zwracał się wiosną 1947 r. dogasający WiN. Wszystkie wymienione środowiska,
licząc się z pojałtańską dominacją ZSRR w Europie Środkowo-Wschodniej, z
różnych pozycji usiłowały przeciwstawiać się komunistycznej dyktaturze. Zarazem
jednak w złożonych okolicznościach powojennych odrzucały akcję zbrojną,
liczebnością wielokrotnie przewyższając szeregi biorących w niej udział.

Podobne pytanie można odnieść do osób, które nie
widząc szans na diametralną zmianę uwarunkowań politycznych, postanowiły
włączyć się w nurt życia publicznego pomimo dominującej w nim pozycji
komunistów. W pierwszych latach po wojnie w obliczu skali zniszczeń i poczuciu
osamotnienia Polski był to wybór znacznie częstszy od „pójścia do lasu”, a
firmowały go nazwiska o dużym autorytecie, którym nie sposób zarzucać
orientacji prosowieckiej. Wracający z Zachodu – nie
tylko do kraju, lecz także do ludowego Wojska Polskiego – legionista, uczestnik wojny 1920
i kampanii 1939 r. gen. Mieczysław Boruta-Spiechowicz; polemizujący z
marksistami publicyści „Tygodnika Powszechnego”, tacy jak Jerzy Turowicz,
Stefan Kisielewski czy Hanna Malewska; nadzorujący – z ramienia
warszawskiego rządu – uruchamianie przemysłu na Wybrzeżu twórca sztandarowych
inwestycji II RP Eugeniusz Kwiatkowski; kierujący odbudową stołecznych zabytków
Jan Zachwatowicz; podejmujący studia inżynierskie bohater Szarych Szeregów Jan
Rodowicz „Anoda”;
odzyskujący dla Polski zrabowane dzieła sztuki Karol Estreicher… Można by tak
długo. Nie poszli do powstania? Zachowali się biernie? A może opowiedzieli się
przeciw zrywowi?

Zdecydowanie bliższa prawdy wydaje się jednak inna
interpretacja. W naznaczonej wojenną traumą Polsce pierwszych lat powojennych
świadomości społecznej antykomunistycznego powstania nie było. Jej śladów
próżno szukać także w materiałach samego podziemia – zarówno propagandowych, skierowanych na zewnątrz, jak i
wytworzonych na użytek organizacyjny. Analogicznie do przywołanej na początku
rozważań analizy Rządu RP na Uchodźstwie jedyne powracające w nich powstanie to
powstanie warszawskie. Typowy dla struktur konspiracji powojennej niemal
mistyczny charakter odwołań do zbrojnego wystąpienia stolicy doskonale zresztą
oddaje psychologiczną wyjątkowość momentu powstańczego. Momentu, który w
realiach powojennych po prostu nie zaistniał.

Istniało za
to, a do początku 1947 r. było dla obozu władzy poważnym problemem,
antykomunistyczne podziemie niepodległościowe, odwołujące się do tradycji
Polski Podziemnej. Jedną – choć nie główną – z form jego aktywności  była samoobrona zbrojna. Zróżnicowany zarówno
pod względem ideowo-politycznym, jak i metod działania ruch, stanowił
szczególnie wyrazisty element szerszego zjawiska niezgody na narzucone Polsce i
innym państwom Europy Środkowo-Wschodniej zniewolenie.


Bibliografia

Materiały
archiwalne

Zdigitalizowane zasoby Archiwum
Państwowego w Lublinie (zespół Zrzeszenie WiN Okręg Lubelski)

Wydawnictwa
źródłowe

Broński
Z. „Uskok” (2015), Pamiętnik (wrzesień 1939 – maj 1949), wstęp
i red. nauk. S. Poleszak, wydanie 2 rozszerzone i poprawione, Warszawa.

Memoriał do Rady Bezpieczeństwa ONZ (2015), oprac. W. Frazik, T.
Łabuszewski, Warszawa.

Polska pod reżimem komunistycznym.
Sprawozdanie z sytuacji w kraju (1944
1949) (2015), oprac.
J. Mysiakowska-Muszyńska, W.J. Muszyński, Warszawa.

Polska w końcu 1945 r. w ocenie
podziemia niepodległościowego
(1990),
oprac. T. Lenczewski, „Zeszyty
historyczne”, nr 3.

Sprawozdanie
informacyjne Prezydium SN w kraju
(2010), oprac. J. Mysiakowska-Muszyńska,
„Glaukopis”, nr 19/20.

Także
myśl była bronią… Antykomunistyczne podziemie poakowskie o sobie i innych

(2018), red. b.d., Warszawa.

Zrzeszenie WiN w dokumentach (1997), t. 1, red. M. Huchla,
Wrocław.

Prasa
i druki ulotne

„Głos
o wolność”; „Walka: od Odry po Dniepr”; ulotka Do Narodu Polskiego!

Wspomnienia

Rybicki J. (1987), Rok 1945, „Zeszyty Historyczne”, nr 82.

Opracowania

Bechta
M., Muszyński W.J. (2017), Przeciwko Pax
Sovietica. Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i struktury polityczne ruchu
narodowego wobec reżimu komunistycznego 1944
1956, Warszawa.

Dziuba
A. (2005), Podziemie poakowskie w
województwie śląsko-dąbrowskim w latach 1945
1947, Kraków.

Kersten
K. (1993), Między wyzwoleniem a
zniewoleniem. Polska 1944
1956,
Londyn.

Kurtyka
J. (2011), Z dziejów agonii i podboju.
Prace zebrane z zakresu najnowszej historii Polski
, Kraków.

Mazur
M. (2019), Antykomunistycznego podziemia
portret zbiorowy 1944
1956, Warszawa–Lublin.

Motyka
G. (2014), Na białych Polaków obława.
Wojska NKWD w walce z polskim podziemiem 1944
1953, Kraków.

Ney-Krwawicz
M. (2008), Powstanie przed powstaniem,
Warszawa.

Poleszak
S. (2012), Jan Tabortowski „Bruzda” 1906–1954, Warszawa.

Artykuły
i teksty w publikacjach zbiorowych

Chmielarz
A. (1994), Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj

Armia Krajowa. Dramatyczny epilog,
red. K. Komorowski, Warszawa.

Krajewski
K. (2010), Zadanie: uwolnić więźniów,
„Kombatant”, nr 2.

Krajewski
K., Łabuszewski T. (2009), Ostatni
obrońcy Kresów Północno-Wschodnich
, „Biuletyn IPN”, nr 1/2.

Krajewski
K., Łabuszewski T., Ostatni leśni
(2016) [w:] Ostatni komendanci, ostatni
żołnierze 1951
1963, red. M.
Biernat i in., wyd. 2, uzup., Warszawa.

Lubecka
B. (2008), Porozumienie państwo–Kościół i
jego reperkusje na przykładzie województwa ostrołęckiego
, „Seminare.
Poszukiwania naukowe”, t. 25.

Łabuszewski
T. (2017), Polskie powstanie
antykomunistyczne
, „Biuletyn IPN”, nr 11

Łapiński
P. (2018), Okręg Białostocki Zrzeszenia
WiN
[w:] Obszar Centralny Zrzeszenia
WiN 1945
1947, red. T.
Łabuszewski, Warszawa.

Poleszak
S. (2018), Okręg Lublin Zrzeszenia WiN
(wrzesień 1945 – kwiecień 1947)
[w:] Obszar
Centralny Zrzeszenia WiN 1945
1947,
red. T. Łabuszewski, Warszawa.

Mazur
G.(1999), Operacja „Burza” [w:] Armia Krajowa, red. K. Komorowski,
Warszawa.

Musiał
F. (2008), Wierni Testamentowi Polski
Niepodległej
, „Biuletyn IPN”, nr 1/2.

Poleszak
S., Wnuk R. (2007), Zarys dziejów
polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956
[w:] Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 19441956, red. R. Wnuk, S. Poleszak, A.
Jaczyńska, M. Śladecka, Warszawa–Lublin.

Pałka
J. (2013), Ludowe Wojsko Polskie w walce
z podziemiem niepodległościowym 1945
1947,
„Pamięć i Sprawiedliwość” nr 21(1).

Wandycz
P. (1980), Orientacja rosyjska w polskiej
walce niepodległościowej
, „Zeszyty Historyczne”, nr 51.

Wnuk
R. (2002), Dwie prowokacje Piąta Komenda WiN i Berg, „Zeszyty
Historyczne”, nr 141.

Publikacje
internetowe

(dostęp 15 czerwca 2020 r.)

Makus
G. (2017), Ostatnie polskie powstanie,
https://muzeumzolnierzywykletych.pl/ostatnie-polskie-powstanie/

Noszczak
B. (2020), Salto mortale Episkopatu, https://www.tygodnikpowszechny.pl/salto-mortale-episkopatu-163077.

Wójcik
B. (2017), Ludowy antykomunizm. PSL-u
spacer po linie
, https://klubjagiellonski.pl/2017/06/30/ludowy-antykomunizm-psl-u-spacer-po-linie/.

Inne

Wypowiedź dr. T. Łabuszewskiego dla PAP, https://dzieje.pl/aktualnosci/zolnierze-wykleci-bohaterowie-polskiego-podziemia-niepodleglosciowego-z-lat-1944-1963-0, dostęp 15 czerwca 2020 r.


Korekta językowa: Beata Bińko




Wokół dyskusji o międzywojennym Lwowie. O relacjach pomiędzy polskimi, ukraińskimi i żydowskimi studentami Uniwersytetu Jana Kazimierza

EWA BUKOWSKA-MARCZAK

Wokół dyskusji o międzywojennym Lwowie. O relacjach pomiędzy polskimi, ukraińskimi i żydowskimi studentami Uniwersytetu Jana Kazimierza

Lwów okresu międzywojennego kojarzy się przede wszystkim z baciarami, kawiarniami oraz ze Szczepkiem i Tońkiem. Z piosenkami Włady Majewskiej i Mariana Hemara. Z wielokulturowym tyglem, miastem szczęśliwych ludzi, którzy mimo różnic żyli obok siebie w idealnej zgodzie. I ze wspaniałymi instytucjami kultury, z monumentalnymi gmachami pamiętającymi czasy monarchii austro-węgierskiej, kiedy miasto nazywano „małym Wiedniem”.

Kreowanie wielokulturowej mitologii Lwowa rozpoczęło
się tuż po wojnie, kiedy w 1946 r. w Nowym Jorku ukazała się książeczka Józefa
Wittlina zatytułowana Mój Lwów (Kozyckyj
2012, s. 198). Wittlin przywołał w niej obrazy ze swojego dzieciństwa, do
którego wracał „z bijącym sercem, wyczekując niecierpliwie w oknie wagonu, aż
ukażą się wieże św. Jura, św. Elżbiety, Ratuszowa, Katedralna, Korniaktowska,
Bernardyńska” (Wittlin 1975, s. 13). Potem były książki Witolda Szolgini, z
nostalgią wspominającego miasto i jego mieszkańców, m.in. w kilkutomowym Tamtym Lwowie. W Ukrainie wzrost
zainteresowania wielokulturową spuścizną Lwowa odnotowano w latach dziewięćdziesiątych,
a bodźcem do takiego działania okazały się głównie względy biznesowe, związane
z zamiarem rozwoju branży turystycznej (Kozyckyj 2012, s. 199). Mimo to współczesna
ukraińska historiografia raczej sceptycznie ocenia koncepcje nawiązujące do
wielokulturowości Lwowa w XX w. Prace historyków ukraińskich zajmujących się
problematyką okresu międzywojennego krytycznie postrzegają polską politykę
narodowościową, skierowaną na wykorzenienie językowych, kulturowych i
religijnych osobliwości ludności ukraińskiej (Komosa 2019). Część badaczy uznaje
lata 1918–1939 za okres polskiej
okupacji Ukrainy Zachodniej (Hawryliw 2012, s. 73; Derewianyj 2017, s. 127).
Polska badaczka Katarzyna Kotyńska w książce Lwów. O odczytywaniu miasta na nowo zauważyła, że mitologizowanie
obrazu Lwowa zaczyna się, kiedy usiłujemy z tego obrazu stworzyć wielokulturową
idyllę. Autorka w swojej pracy poddaje krytyce mit Lwowa jako wielokulturowej
Arkadii, zauważając, że po zakończeniu I wojny światowej wydostały się na
zewnątrz tłumione wcześniej konflikty narodowościowe (Kotyńska 2012). Już w
listopadzie 1918 r. wybuchł konflikt polsko-ukraiński, a niedługo potem w
dzielnicach żydowskich doszło do pogromu.

W okresie międzywojennym zarówno Lwów, jak i teren
Galicji Wschodniej/Ukrainy Zachodniej stał się areną konfliktów na tle
etnicznym i narodowościowym. Wojna polsko-ukraińska z lat 1918–1920 przyczyniła się do pogłębienia
podziałów między Polakami i Ukraińcami. Napiętą sytuację podsycały uroczyste
obchody kolejnych rocznic „oswobodzenia Lwowa” z jednej strony, a listopadowe
manifestacje upamiętniające proklamowanie Zachodnioukraińskiej Republiki
Ludowej z drugiej. Polacy uzurpowali sobie wszelkie prawa do miasta oraz całej
Galicji Wschodniej, choć jej status jeszcze do 1923 r. nie był ostatecznie
zatwierdzony. W 1921 r. przeprowadzono na tym terenie powszechny spis ludności,
a następnie wybory parlamentarne i prezydenckie (1922). Równolegle ignorowano
wszelkie postulaty ukraińskie, propagując hasło „polskiej misji cywilizacyjnej
na Wschodzie”. Kontrolowano działalność ukraińskich instytucji kulturalnych i
oświatowych. W 1930 i 1938 r. doszło do akcji pacyfikacyjnych wsi ukraińskich,
w czasie których mordowano ukraińską ludność i palono jej zabudowania.

Napięcia pojawiały się również w relacjach z
żydowskimi mieszkańcami Lwowa. W okresie międzywojennym stanowili oni około 30
proc. ogółu mieszkańców miasta. Piętno w relacjach polsko-żydowskich odcisnął
wspomniany już pogrom z listopada 1918 r. W prasie pojawiały się rozbieżne dane
dotyczące tragicznych wydarzeń. W Wiedniu ukazały się artykuły informujące o 3–5
tys. zabitych; w krakowskim „Nowym Dzienniku” pisano o 956 przypadkach zgonu, natomiast
wedle danych lwowskiej „Chwili” zginęły 73 osoby („Chwila” 1919, nr 6, s. 1). Grzegorz
Gauden, który prowadził badania nad pogromem, zauważył, że minimalna liczba
ofiar według sędziego Zygmunta Rymowicza wynosiła 50 osób, ale Komisja
Ministerstwa Spraw Zagranicznych wykazała w grudniu 1918 r. 150 ofiar
śmiertelnych. Rannych było o wiele więcej. Do tego doszły liczne gwałty i
grabieże. Spłonęło 50 żydowskich kamienic, obrabowano ponad 500 sklepów (Gauden
2018). Rozwijający się nurt syjonistyczny stopniowo wypierał ideę asymilacji. W
społeczeństwie panowało przeświadczenie, że Żydzi bogacili się wtedy, kiedy
Polacy brali udział w wojnie. Ci ostatni obserwowali pomnażanie żydowskich
majątków. Oburzenie budziły przypadki wykupywania przez Żydów polskich
kamienic. Do tej rywalizacji przyłączyli się Ukraińcy, którzy w latach trzydziestych
podjęli walkę o „opanowanie miast”, mającą na celu stworzenie silnej
ukraińskiej konkurencji na polu gospodarczym. W mieście panowała straszliwa
bieda. W prasie pojawiały się ogłoszenia matek deklarujących chęć oddania
swoich dzieci w ręce zamożniejszych rodziców. „Podrzucanie dzieci zaczyna
przybierać we Lwowie charakter epidemii” – donosił „Ilustrowany Kurier
Codzienny” w kwietniu 1934 r. („Ilustrowany Kuryer Codzienny” 1934, nr 97, s.
14). Szerzyło się bezrobocie. Z dnia na dzień pracownicy dużych zakładów
przemysłowych, takich jak „Branka”, „Hazet” czy „Baczewski”, trafiali na bruk.

Zarazem jednak Lwów był miastem kultury i nauki. Jedną
z najważniejszych instytucji naukowych stanowił Uniwersytet Lwowski, któremu w
1919 r. nadano nazwę Uniwersytet Jana Kazimierza. Był wówczas jedną z trzech uczelni
wyższych w mieście (oprócz Politechniki Lwowskiej i Akademii Medycyny
Weterynaryjnej) i trzecim co do wielkości (po Warszawskim i Jagiellońskim)
uniwersytetem w kraju. W początkach lat dwudziestych młodzież żydowska
stanowiła tam 40 proc. ogółu słuchaczy (Wierzbieniec 2000, s. 242). Już wtedy polscy
studenci o poglądach nacjonalistycznych żądali wprowadzenia na uczelni zasady numerus clausus. Domagali się
ograniczenia liczby młodzieży żydowskiej na uniwersytecie do 11 proc. ogółu.
Studenci argumentowali, że sale wykładowe są przepełnione. Przestrzegali przed utratą
polskiego charakteru uczelni. Wkrótce dziekani wydziałów Lekarskiego i Filozoficznego
zażądali przy wpisach na rok akademicki 1922/1923 ograniczenia liczby
przyjmowanych Żydów, uzasadniając to możliwościami lokalowymi i laboratoryjnymi
(Żyndul 1992, s. 59; Rędziński 2016, s. 585). Pod koniec października 1922 r.
minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego Kazimierz Kumaniecki
zniósł te zarządzenia, co spowodowało wrzenie w kręgach młodzieży
nacjonalistycznej. Najpierw ogłoszono strajk akademicki, a potem pobito kilku
Żydów w czasie zorganizowanego przez nich wiecu (Biedrzycka 2012, s. 177).
Pomysł wprowadzenia numerus clausus
pojawił się niebawem na Wydziale Prawa, a popierał go sam dziekan. Twierdził,
że ograniczenie liczby młodzieży na wydziale umożliwi bardziej efektywną pracę.
Zwracał uwagę na znaczną liczbę młodzieży żydowskiej wśród słuchaczy prawa. Numerus clausus określił jako „klapę
bezpieczeństwa”, która w przyszłości mogłaby „uchronić Polskę od bardzo
poważnych niebezpieczeństw narodowych i państwowych” (DALO, fond 26, opis 6,
sprawa 974, k. 10v).

Kampania młodzieży nacjonalistycznej przyniosła wymierne
rezultaty. W latach trzydziestych dało się zauważyć na uczelni wyraźny spadek
liczby młodzieży żydowskiej. W roku akademickim 1931/1932 o uzyskanie indeksu
studenta medycyny starało się 230 studentów chrześcijan i 166 kandydatów
deklarujących w składanych dokumentach wyznanie mojżeszowe. Z pierwszej z tych grup
przyjęto 114 osób, z drugiej – zaledwie 17 (DALO, f. 110, op. 4, spr. 336, k.
3).

Młodzież polska, która zapisywała się na uniwersytet, od
samego początku była poddawana licznym akcjom propagandowym. Należała do nich
m.in. organizacja tzw. kursów żydoznawczych, przeznaczonych przede wszystkim
dla działaczy Młodzieży Wszechpolskiej i jej zwolenników. Szkolenia te odbywały
się w salach Czytelni Akademickiej, w budynku Domu Akademickiego im. Adama
Mickiewicza przy ul. Łozińskiego, a obejmowały problematykę sytuacji Żydów w
Polsce i na uczelniach wyższych. Prelegenci w ciągu tygodniowego kursu starali
się przekonać zebranych, że dla społeczności żydowskiej nie ma miejsca ani na
uczelniach wyższych, ani w ogóle w Polsce. Młodzież Wszechpolska wpływała na
emocje studentów poprzez kolportaż ulotek o treściach antysemickich.
Organizowała także wiece, marsze i demonstracje, w trakcie których próbowała
zjednać szerokie koła słuchaczy (Bukowska-Marczak 2019, s. 102–107, 128). Skutkiem tej działalności
propagandowej były tarcia z młodzieżą żydowską. W początkach lat dwudziestych
na Uniwersytecie Jana Kazimierza wybuchł konflikt o zwłoki na potrzeby sekcji,
preparowane przez słuchaczy medycyny. Część radykalnej polskiej młodzieży nie
zgadzała się z tym, aby wszystkim studentom przysługiwało jednakowe prawo do
udziału w zajęciach. Argumentowała, że zdecydowaną większość dostarczanych
zwłok stanowią ciała zmarłych chrześcijan i to właśnie im powinno przysługiwać
pierwszeństwo wstępu do prosektorium. Wkrótce podjęto pierwsze działania w celu
pozbycia się konkurencji, a do sal, w których dokonywano sekcji, nie wpuszczano
młodzieży żydowskiej. Podobne zajścia występowały również w innych polskich
ośrodkach akademickich, m.in. w Wilnie, Krakowie i Warszawie (Aleksiun 2012, s.
9).

Studenci polscy kierowali się zasadą, że to właśnie
Polakom w odrodzonej Polsce powinno przysługiwać najwięcej praw. Nie zgadzali
się, aby słuchacze żydowscy organizowali tak jak młodzież polska doroczne tygodnie
akademika, mające na celu zbiórkę funduszy dla ubogich studentów. Sprzeciwiali
się noszeniu przez nich odznak korporanckich podobnych do tych, jakie nosili
polscy studenci. Podjęli kampanię „zielonej wstążki”, podczas której promowali
bojkot żydowskiego handlu. Jednocześnie zachęcali do zakupu towarów w sklepach
polskich. Niektóre inicjatywy lwowskiej młodzieży popierali zwierzchnicy
kościelni. Tak było w przypadku ekscesów antysemickich zorganizowanych w
odpowiedzi na rzekome znieważenie przez młodzież żydowską z gimnazjum przy ul.
Zygmuntowskiej procesji Bożego Ciała w czerwcu 1929 r. Trzej biskupi: Franciszek
Lisowski, Bolesław Twardowski i Józef Teodorowicz (obrządku ormiańskiego), mimo
wezwania w liście do młodzieży, by zakończono ekscesy, podtrzymywali wersję o
znieważeniu procesji, a same rozruchy studenckie nazwali „szlachetnym
oburzeniem” (Bukowska-Marczak 2019, s. 127–146).

Pod koniec lat dwudziestych w Ministerstwie Wyznań
Religijnych i Oświecenia Publicznego pojawiły się głosy o konieczności reformy
szkolnictwa wyższego. Uważano, że dotychczasowy liberalny system pozwalał
towarzystwom akademickim na zbytnie swobody. Polska młodzież nacjonalistyczna
krytycznie odniosła się do projektów reformy i planów ograniczenia autonomii
uniwersyteckiej, które ostatecznie mimo protestów wiosną 1933 r. wprowadził w
życie resort Janusza Jędrzejewicza. Winą za wdrożenie nowych regulacji nacjonaliści
obarczyli środowiska żydowskie, które krytykowały obowiązującą ustawę. Niebawem
na UJK doszło do zamieszek o charakterze antysemickim. Młodzież demonstrująca w
obronie autonomii akademickiej nie wpuszczała studentów żydowskich do gmachu
uczelni, a na domu akademickim przy ul. Łozińskiego wywiesiła kukłę
przedstawiającą Janusza Jędrzejewicza ubranego w ortodoksyjny strój żydowski
(Bukowska-Marczak 2019, s. 155–164).

W połowie lat trzydziestych akcja antysemicka po raz
kolejny się nasiliła. Młodzież nacjonalistyczna w całym kraju rozpoczęła
kampanię w celu pozbycia się ze szkół wyższych studentów żydowskich. Pierwszym
etapem tej akcji miało być wprowadzenie na uczelniach getta ławkowego i odseparowanie
młodzieży żydowskiej od polskiej. Czesław Rojek w piśmie do rektora Stanisława Kulczyńskiego
w 1936 r. argumentował: „Młodzież akademicka nie może patrzeć ze spokojem, że
kształcą się tutaj przyszli nauczyciele języka polskiego i historii naszej
Ojczyzny, Żydzi – nieumiejący myśleć po polsku i ukryci wrogowie polskości […].
Zarządzenie zamykające dostęp Żydów na Uniwersytet Lwowski, a przydzielenie
osobnych miejsc już studiującym nie tylko nie wpłynęłoby szkodliwie na tok
pracy naukowej, lecz przeciwnie można stwierdzić z całą pewnością, że
odseparowanie dwu wrogich sobie sił przyczyniłoby się niewątpliwie do podniesienia
powagi uczelni wyższych” (CDIAUL, f. 424, op. 1, sp. 46, k. 106). Początkowo
wysiłki nacjonalistów nie przyniosły wyczekiwanych przez nich rezultatów, a
rektor Kulczyński nie godził się na wprowadzenie getta ławkowego. Pod koniec
1937 r. każdego dnia przed bramą uczelni gromadziły się tłumy młodzieży,
ogłaszające kolejne dni bez Żydów. Tych ostatnich nie wpuszczano do środka.
Wreszcie władze uległy i w styczniu 1938 r. wprowadziły getto. Rozdział ławek w
salach wykładowych stanowił znaczący krok w kierunku realizacji postulatu numerus nullus. Studenci żydowscy uczyli
się w strachu; z obawy przed pobiciem opuszczali zajęcia. Codziennie pod
gmachem uniwersyteckim krążyły patrole policji, przygotowanej na to, że lada
moment dojdzie do awantur. Na uniwersytecie zamordowano słuchacza farmacji
Karola Zellermayera, a na politechnice Samuela Prowellera i Markusa Landesberga
(Bukowska-Marczak 2019, s. 164–190).

Konflikty pomiędzy studentami wynikały z olbrzymich
wpływów młodzieży narodowej w środowisku lwowskim. Pod koniec lat trzydziestych
co szósty student Uniwersytetu Jana Kazimierza był członkiem Młodzieży
Wszechpolskiej. W strefie jej wpływów pozostawała większość towarzystw
akademickich. Lwowskie środowisko Młodzieży Wszechpolskiej uważano za
najprężniej działające w całym kraju; informację tę potwierdzały dane
Lwowskiego Starostwa Grodzkiego zebrane w 1934 r., które uznało organizacje
narodowe za „nadające ton życiu akademickiemu”. Organizacja osiągała swoje cele
dzięki skutecznym akcjom propagandowym i umiejętnemu werbunkowi do swoich
szeregów młodzieży z warstw chłopskich i robotniczych. Ponieważ sprawowała
rządy w większości lwowskich organizacji samopomocowych i naukowych, mogła
zaoferować młodzieży więcej niż inne towarzystwa. Pochodzący z prowincji
słuchacze wstępujący na Uniwersytet Jana Kazimierza w mniejszym lub większym
stopniu byli zdani na łaskę popularnego „Bratniaka”. Zapisując się do
organizacji, oczekiwali od niej konkretnej formy wsparcia. Dla niektórych
skorzystanie z tej pomocy stanowiło jedyną szansę ukończenia studiów
(Bukowska-Marczak 2019, s. 199–202).

Wpływ na postawy młodzieży nacjonalistycznej wywierały
środowiska krajowych liderów endecji oraz niektóre kręgi katolickie, forsujące
pogląd, że „albo Polska będzie katolicka, albo przestanie być Polską” (Modras
2000, s. 245). Ważną rolę odgrywała opinia prasy katolickiej. Krytykowała program
asymilacji, próbując udowodnić, że Żydzi opierają się procesom polonizacji. W
latach dwudziestych poglądy te utrwaliły się w świadomości szerokich elit
katolickich. Zarazem w międzywojennej Polsce podwójna tożsamość okazywała się
często czymś nie do zaakceptowania. Pod wpływem rozwijających się teorii
rasistowskich coraz większą wagę przywiązywano natomiast do „prawa krwi”,
zakładającego, że narodowość dziedziczy się po rodzicach (Landau-Czajka 2006, s.
125 i n.).

Należy zwrócić uwagę, że studenci jako ludzie młodzi byli
podatni na różnorodne wpływy. Część z nich, pochodząca z prowincji, wychowała
się w duchu tradycyjnego katolicyzmu ludowego i sympatyzowała z orientacją
narodową. Akcjom polskich nacjonalistów sprzeciwiała się młodzież
socjalistyczna, demokratyczna i ludowa, ale na uczelni stanowiła ona mniejszość.
Pomiędzy młodzieżą polską a żydowską nawiązywały się także relacje przyjaźni
czy współdziałania. Julian Stryjkowski wspominał, że podczas studiów przyjaźnił
się z późniejszymi znanymi pisarzami, Teodorem Parnickim i Marianem Promińskim.
Wielu studentów sprzeciwiało się hasłom getta ławkowego i zajmowało miejsca
razem ze słuchaczami żydowskimi. Przeciwko agresywnym akcjom antysemickim
występowali również niektórzy działacze Młodzieży Wszechpolskiej, m.in. Witold
Nowosad. W tych czasach każdy przejaw wsparcia dla prześladowanych Żydów
wymagał sporo odwagi, a próba udzielenia im pomocy mogła się skończyć tragicznie.
Sprzeciwiającą się agresywnym atakom socjalistkę Marię Fiderer zrzucono ze
schodów, natomiast na ul. Kopernika pobito studentkę polonistyki Teresę
Cisłównę, która stanęła w obronie swoich koleżanek Żydówek (Bukowska-Marczak
2019, s. 186).

O ile w latach dwudziestych do konfliktów polsko-żydowskich
dochodziło rzadziej, o tyle w latach trzydziestych obserwujemy znaczne ich nasilenie.
Bywały miesiące, gdy niemal codziennie dochodziło do pobić lub rozruchów o
charakterze antysemickim – nie tylko na samej uczelni, ale i na ulicach miasta.
W 1936 r. w parku Kilińskiego śmiertelnie pobito Żyda Salomona Rosenmana, a
jednym z głównych podejrzanych był późniejszy prezes zdominowanej przez
nacjonalistów Czytelni Akademickiej Czesław Rojek. Przeprowadzenie śledztwa w
sprawie ekscesów na uczelni nie należało do zadań łatwych. Często młodzież z
uniwersytetu uczestniczyła w zajściach na politechnice, a studenci z
politechniki brali udział w ekscesach na uniwersytecie. Wskutek tego ofiarom
bardzo trudno było zidentyfikować swoich oprawców, ponieważ ich nie znali.
Zdarzały się przypadki pobić kandydatów, którzy przyszli zapisać się na
uczelnię i złożyć dokumenty. Również w tym wypadku, co oczywiste, ciemięzcy
pozostawali dla pokrzywdzonych anonimowi. Bojówki, uzbrojone w żelazne, twarde
narzędzia, napadały najczęściej na pojedynczych, samotnych studentów. Brakowało
oporu ze strony młodzieży, która po przybyciu do Lwowa na studia chciała jak
najszybciej ukończyć naukę i na wszelki wypadek wolała nie zadzierać z
wszechpolakami. Na uczelni Polacy i Żydzi pozostawali dla siebie społecznością
obcą, żyli w pewnej separacji. Każda z tych grup powoływała własne towarzystwa
studenckie, organizowała niezależne tygodnie akademika i zwoływała osobne
wiece. Propaganda stosowana przez Młodzież Wszechpolską nie sprzyjała
zacieśnianiu więzi.

Relacje pomiędzy studentami polskimi i żydowskimi były
odbiciem stosunków panujących zarówno we Lwowie, jak i w całym kraju. We Lwowie
istotną rolę odegrała idea umacniania polskości na Kresach Wschodnich, którą
członkowie Młodzieży Wszechpolskiej podbudowywali tezami o konieczności
eliminowania „obcych” wpływów (w tym wypadku głównie żydowskich i ukraińskich).
Tuż przed wybuchem wojny w całej Polsce doszło do pogromów żydowskich m.in. w
Przytyku, Mińsku Mazowieckim, Myślenicach (Żyndul 1994, s. 21–27).

Stosunki polsko-ukraińskie na Uniwersytecie Jana
Kazimierza kształtowały w dużej mierze doświadczenia wojny polsko-ukraińskiej.
Polacy we Lwowie spoglądali na Ukraińców z wyraźną nieufnością i niechęcią. W
1921 r. Ukraińcy utworzyli nielegalny Ukraiński Tajny Uniwersytet (UTU). Wśród
młodzieży ukraińskiej wyłoniły się wówczas dwie frakcje: jedna zapisywała się
na UJK, druga go bojkotowała i zapisywała się na UTU. Pomiędzy tymi grupami
dochodziło do konfliktów. Młodzież polska rekrutująca się z kręgów
nacjonalistycznych niechętnie spoglądała na studentów ukraińskich uczęszczających
na UTU, donosząc policji o tajnych wykładach (Bukowska-Marczak 2019, s. 203–213).

Ukraińska młodzież studencka w okresie międzywojennym
była przekonana, że nie bierze udziału w walce o partykularne interesy
jednostek, lecz o sprawę całego narodu. Kreowała postaci bohaterów, które
mogłyby posłużyć za symbol oporu przeciwko Polakom. Znaleźli się wśród nich członkini
Związku Ukrainek Olga Basarab i student prawa Jarosław Lubowycz. Oboje ponieśli
śmierć w wyniku działań polskiej policji, a ich pogrzeby przerodziły się w olbrzymie
manifestacje narodowe, co pozostawiło trwały ślad w świadomości młodego
pokolenia. Cześć, jaką obdarzano powszechnie te osoby, budziła kontrowersje w
kręgach polskich. W manifestacjach zorganizowanych w związku z pogrzebami
Basarabowej i Lubowycza wzięła udział ukraińska młodzież akademicka. Studenci
byli przekonani, że muszą dawać swym postępowaniem przykład młodzieży gimnazjalnej,
sprawując funkcję jej ideowych wychowawców. Młodsze pokolenie miało w
przyszłości zasilać szeregi Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) czy Ukraińskiej
Organizacji Wojskowej (UWO), brać udział w akcjach sabotażowych i propagować
idee walki z polskimi władzami na łamach (nierzadko konfiskowanych) czasopism
studenckich wychodzących w latach trzydziestych (Bukowska-Marczak 2019, s. 213–217).

Do konfliktów pomiędzy młodzieżą polską i ukraińską
dochodziło rzadziej niż do konfliktów polsko-żydowskich. Występowały one
zazwyczaj w sytuacjach związanych z obchodami kolejnych rocznic listopada 1918
r. czy w związku z próbami utworzenia niezależnej ukraińskiej państwowości na
Zakarpaciu. W listopadzie 1928 r., chcąc uczcić 10. rocznicę wojny
polsko-ukraińskiej, Ukraińcy wywiesili żółto-niebieskie flagi na ważniejszych
instytucjach państwowych (m.in. na uniwersytecie) oraz oblali farbą pomnik
Orląt przy politechnice. W odpowiedzi polscy korporanci brutalnie zdemolowali
Ukraiński Dom Akademicki przy ul. Supińskiego. Konflikty pomiędzy młodzieżą
prowokowały zazwyczaj środowiska nacjonalistyczne tak z jednej, jak i z drugiej
strony. Pośrednio do ich powstawania przyczyniały się również władze
administracyjne, które oskarżały Ukraińców o działania prowokacyjne i stale ograniczały
ich swobody. Nawet lwowscy demokraci, liberałowie i socjaliści przymykali
nieraz oko na wystąpienia antyukraińskie w mieście. Kazimierz Żygulski w swoich
wspomnieniach podkreślał, że pamięć wojny z Ukraińcami powodowała, iż problemy
polityczne uwidaczniały się tu inaczej niż w Warszawie i Krakowie, a zabójstwo posła
Tadeusza Hołówki dla wielu oznaczało dowód bankructwa oficjalnej polityki ukraińskiej
(Żygulski 1994).

Polscy studenci impulsywnie reagowali na wszelkie
dążenia ukraińskie związane z organizacją niezależnych wieców i uroczystości.
Krytykowali możliwość wydawania przez nich własnej prasy i posługiwania się
językiem ukraińskim. Tłumaczyli swoją postawę tym, że mają za zadanie obronę
polskich interesów w Galicji Wschodniej. Dystans pomiędzy młodzieżą powodowało
nasilanie wśród Ukraińców przekonania, że są na uczelni traktowani jak
obywatele drugiej kategorii. Kandydaci tacy jak Mychajło Drahan mimo
predyspozycji do podjęcia studiów tuż po wojnie polsko-ukraińskiej z powodu
uczestnictwa w walkach po stronie ZURL nie mogli być przyjęci na uniwersytet.
Dopiero po dwóch latach od tragicznych wydarzeń doszło do normalizacji
stosunków, ale część młodzieży ukraińskiej zdecydowała się zapisać wówczas na
UTU. Nawet po ukończeniu studiów szanse młodzieży ukraińskiej na zatrudnienie
były znacznie niższe niż szanse absolwentów polskich. Te czynniki wpływały na
pogłębianie rezerwy w stosunkach młodzieży studenckiej polskiej z ukraińską. Mimo
tej napiętej sytuacji pomiędzy studentami nawiązywały się również relacje
przyjaźni, o czym wspominali studenci Wołodymyr Barahura i Myrosław Semczyszyn
(Bukowska-Marczak 2019, s. 217–239;
Semczyszyn 1998, s. 34, Barahura, b.d.w., s. 26, 46, 53–54).

Zagadnieniem dość skomplikowanym pozostaje problem
relacji ukraińsko-żydowskich na uniwersytecie. W okresie międzywojennym
nierzadko stosunki między jednymi a drugimi układały się pomyślnie. Ukraińcy na
łamach prasy przestrzegali przed włączaniem się w masowy ruch antysemicki, a
niekiedy drwili z działań podejmowanych przez polskich nacjonalistów. Mimo to
młodzież ukraińska upatrywała w społeczeństwie żydowskim zagrożenie dla swoich
interesów narodowych. Uważała, że Żydzi mogą stanowić konkurencję w walce o
opanowanie miejskiego handlu, a tym samym wypierać Ukraińców z dużych ośrodków
miejskich. Na uczelni Ukraińcy znacznie rzadziej niż Polacy uczestniczyli w
ekscesach antysemickich, co nie oznacza, że wcale nie brali w nich udziału
(Bukowska-Marczak 2019, s. 239–245). Krystyna Chiger podkreślała, że jej ojciec
– student historii i filozofii – z jednej strony przyjaźnił się z pewnym
Ukraińcem, z drugiej zaś musiał bronić się przed represjami ukraińskich
szowinistów (Chiger, Paisner 2011, s. 20–21).

Relacje między studentami ukraińskimi i żydowskimi na
uczelni odpowiadały nastrojom kształtującym się w społeczeństwie ukraińskim na
terenie Galicji Wschodniej na przestrzeni lat. Choć w początkach lat dwudziestych
wzajemne stosunki układały się na ogół poprawnie (m.in. wielu Żydów entuzjastycznie
odniosło się do powstania Ukraińskiej Rady Narodowej), w drugiej połowie dekady,
a przede wszystkim w latach trzydziestych nastąpiło ochłodzenie relacji. Kryzys
z lat 1930–1935 znacznie zaostrzył rywalizację ukraińsko-żydowską w sferze
gospodarczej. Ponadto z wielkim entuzjazmem przyjmowano zapowiedzi Hitlera,
który w przemówieniu wygłoszonym w kwietniu 1933 r. opowiadał się za rychłą
pomocą dla „sprawy ukraińskiej” (Hon 2004, s. 244–258).

Z pewnością jakiś wpływ na relacje pomiędzy studentami
trzech narodowości wywierała kadra akademicka. Władze uczelni nie miały pomysłu
na to, jak przekonać nacjonalistów, by zrezygnowali z brutalnej kampanii
antysemickiej. Nie potrafiąc znaleźć sposobu na rozwiązanie problemu,
ograniczały swe działania jedynie do zawieszania wykładów. Wielu profesorów było
uwikłanych w rozgrywki polityczne, a przez to tracili oni autorytet w oczach studentów.
Niektórzy uczeni (m.in. rektor Edward Porębowicz) publicznie deklarowali swoje
poglądy polityczne, np. przez studzenie aspiracji ukraińskich co do prawa do
posiadania własnego państwa. Wypowiadali się również krytycznie w kwestii
stworzenia niezależnego ukraińskiego uniwersytetu. Ci, którzy w sposób
zdecydowany przeciwstawiali się hasłom wysuwanym przez szowinistów, często byli
znieważani, obrzucani jajami, a pod ich mieszkaniami urządzano hałaśliwe
demonstracje. Większość profesorów starała się „nie narażać” studentom. Znikoma
grupa uczonych występowała w obronie atakowanej młodzieży żydowskiej; niewielu
z nich podpisało list otwarty przeciwko ekscesom antysemickim na uczelniach.
Wielu profesorów popierało postulat numerus
clausus
– podczas głosowania na posiedzeniu Rady Wydziału Filozoficznego 1
lutego 1922 r. 18 osób opowiadało się za numerus
clausus
, 6 było przeciwko (Chrostek 2019, s. 353). Podobnie jak w mieście,
tak i na uniwersytecie brakowało stanowczego sprzeciwu wobec kampanii
antysemickiej promowanej przez środowiska nacjonalistyczne. Niemniej w gronie
akademickim byli profesorowie (m.in. Ryszard Ganszyniec, Stanisław Kulczyński),
którzy swoją postawą w sposób otwarty wspierali prześladowaną młodzież żydowską
(Bukowska-Marczak 2019, s. 246–265).

W ostatnich latach wydano kilka ważnych publikacji ukazujących osiągnięcia uniwersytetu we Lwowie, sukcesy poszczególnych katedr i profesorów. Stosunkowo mało miejsca poświęcono środowiskom studenckim i zagadnieniom trudnych relacji polsko-żydowsko-ukraińskich na uczelni. Nie można pozostawać obojętnym wobec zagadnień numerus clausus czy getta ławkowego. Nie należy zapominać o losach mniejszości, które zamieszkiwały to samo państwo, a były na różne sposoby dyskryminowane, nie mając równych praw i szans. Trzeba zwrócić uwagę na rolę skrajnych ideologii, które prowadziły do wykluczania jednych studentów ze stowarzyszeń akademickich, z domów studenckich, a wreszcie pozbawiały ich możliwości podejmowania studiów akademickich. Bez pokazania tych problemów obraz Uniwersytetu Jana Kazimierza znany z dotychczasowej historiografii pozostaje niepełny.


Bibliografia

Źródła archiwalne

Archiwum Państwowe Obwodu Lwowskiego (Derżawnyj Archiw Lwiwskoj Obłasti, DALO) fond 26, opis 6, sprawa 974 fond 110, opis 4, sprawa 336

Centralne Państwowe Archiwum Historyczne Ukrainy we Lwowie (Centralnyj derżawnyj istorycznyj archiw Ukrajiny m. Lwiw, CDIAUL) fond 424, opis 1, sprawa 46

Prasa

Kronika
lwowska
,
„Ilustrowany Kuryer Codzienny” 1934, nr 97.

Prawda
o pogromach lwowskich
,
„Chwila” 1919, nr 16.

Literatura

Aleksiun N. (2012), Christian
Corpses for Christians! Dissecting the Anti-Semitism behind the Cadaver Affair
of the Second Polish Republic
, w: The
Holocaust in Occupied Poland:
New
Findings and New Interpretations
, red. J.T. Gross, Frankfurt am Main.

Barahura W. (b.d.w.), Jak ja staw żurnalistom. Spohady zi studentśkych rokiw 192834, Toronto.

Biedrzycka
A. (2012), Kalendarium Lwowa 19181939, Kraków.

Bukowska-Marczak
E. (2019), Przyjaciele, koledzy,
wrogowie? Relacje pomiędzy polskimi, żydowskimi i ukraińskimi studentami
Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie w okresie międzywojennym (1918–1939)
,
Warszawa.

Chiger K., Paisner D. (2011), Dziewczynka w zielonym sweterku, tłum.
B. Dżon, Warszawa.

Chrostek M. (2019), Polacy, Żydzi i antysemityzm w publicystyce Ryszarda Ganszyńca, „Tematy
i Konteksty”, nr 9 (14).

Derewianyj І. (2017),Polśka okupacija Zachidnoji
Ukrajiny w 1918
1939 rokach. Jak ce
buło
, w: Wijna
dwoch prawd. Polaky ta Ukrajinci u krywawomu XX stolitti
, Charkiw.

Hawryliw І. (2012), Zachidna Ukrajina u 19211941 rokach. Narys istoriji borot’by za derżawnist’, L’wiw.

Hon M. (2004), Konflikt ukraińsko-żydowski na ziemiach zachodnioukraińskich w latach
1935
1939, w: Świat niepożegnany. Żydzi
na dawnych ziemiach wschodnich Rzeczypospolitej w XVIII–XX wieku
, red. K.
Jasiewicz, Warszawa–Londyn.

Komosa
J. (2019), II Rzeczpospolita we współczesnej
historiografii ukraińskiej
, „Studia z Dziejów Rosji i Europy Środkowo-Wschodniej”,
t. LIV (I).

Kotyńska
K. (2015), Lwów. O odczytywaniu miasta na
nowo
, Kraków.

Kozyckij A. (2012), Mit wielokulturowości Lwowa na przełomie XX i XXI wieku, w: Kresowe dziedzictwo. Studia nad językiem,
historią i kulturą
, red. A. Burzyńska-Kamieniecka, M. Misiak, J.
Kamieniecki, Wrocław.

Landau-Czajka
A. (2006), Syn będzie Lech… Asymilacja
Żydów w Polsce międzywojennej
, Warszawa.

Modras
R. (2000), Polska katolicka albo
nie-Polska. Stosunki polsko-żydowskie w latach 1933
1939 w świetle prasy katolickiej tego okresu, „Studia Judaica”, t. 3,
nr 2 (6).

Rędziński
K. (2016), Studenci żydowscy we Lwowie w
latach 1918
1939, „Prace Naukowe
Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie. Pedagogika”, t. 25.

Semczyszyn М. (1998),Z knyhy Lewa: ukrajinśkyj Lwiw dwadciatychsorokowych rokiw. Spomyny,
Lwiw

Wierzbieniec W. (2000), The Processes of Jewish Emancipation and Assimilation in the
Multiethnic City of Lviv Turing the Nineteenth and Twentieth Centuries
,
„Harvard Ukrainian Studies”, nr 24.

Wittlin
J. (1975), Mój Lwów, Warszawa.

Żyndul
J. (1992), Cele akcji antysemickiej w
Polsce w latach 1935
1937,
„Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego”, nr 1.

Żyndul
J. (1994), Zajścia antyżydowskie w Polsce
w latach 1935
1937, Warszawa.

Netografia

Gauden G., Zrozumiałem,
co się stało – 22 listopada 1918 r. we Lwowie Pan Tadeusz zabił Jankiela
, https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,24206235,grzegorz-gauden-zrozumialem-co-sie-stalo-22-listopada-1918.html
(dostęp 13.05.2020).

Żygulski K., Jestem z lwowskiego etapu, https://lwow.home.pl/zygulski/zygulski2.html (dostęp 6.05.2020).

Korekta językowa: Beata Bińko




Zapomniany autorytaryzm

PIOTR M. MAJEWSKI

Zapomniany autorytaryzm

Jedna z prezentacji multimedialnych w Domu Historii Europejskiej w Brukseli pokazuje, jak w dwudziestoleciu międzywojennym załamywał się ład demokratyczny. Im bliżej roku 1939, tym większa część mapy kontynentu przybiera ponure odcienie autorytaryzmów i totalitaryzmów; na koniec jedynym jasnym polem w Europie Środkowo-Wschodniej pozostaje terytorium Czechosłowacji. Znamienne wydaje się to, że mało kto w Europie, nawet wśród zawodowych historyków, zdaje sobie sprawę, iż pomiędzy podpisaniem układu monachijskiego a niemiecką inwazją, która nastąpiła 15 marca 1939 r., nadwełtawska republika z modelowej demokracji niepostrzeżenie przedzierzgnęła się w państwo autorytarne.

I

Nic nie wpłynęło
na kondycję pomonachijskiej Republiki dotkliwiej niż fakt, że narodziła się ona
z klęski. Podporządkowując się 30 września 1938 r. dyktatowi mocarstw, Czechosłowacja
musiała odstąpić Rzeszy Niemieckiej wszystkie obszary, na których ludność niemiecka
stanowiła więcej niż połowę mieszkańców. Było to prawie 29 tys. km kw. zamieszkiwanych
przez ponad 3,4 mln osób, w tym 727 tys. Czechów. Wkrótce potem Polska wymusiła
cesję 900 km kw. Śląska Cieszyńskiego, a 2 listopada 1938 r., na mocy niemiecko-włoskiego
arbitrażu w Wiedniu, Węgry zagarnęły południową część Słowacji i Rusi Zakarpackiej
o łącznej powierzchni blisko 12 tys. km kw. W sumie dokonany przez sąsiadów rozbiór
kosztował Republikę Czechosłowacką 30% jej dawnego terytorium i niemal równo jedną
trzecią ludności.

Zmiany terytorialne
pociągnęły za sobą konsekwencje prowadzące do geopolitycznej degradacji czechosłowackiego
państwa. Jego stolicę dzieliło od granicy Rzeszy zaledwie 40 km. Większość pozostałych
ośrodków miejskich – Brno, Pilzno, Czeskie Budziejowice, Ołomuniec i Morawska Ostrawa,
na Słowacji zaś Bratysława – znalazła się bezpośrednio w strefie nadgranicznej.
W wyniku rozbioru Republika utraciła ponadto dużą część dotychczasowego potencjału
gospodarczego: jej sąsiedzi zagarnęli 40% czechosłowackich fabryk i 43% siły roboczej
zatrudnionej w przemyśle (Gebhart, Kuklík 2006, s. 18–20).

Już wcześniej
bardzo wydłużony, a przez to trudny do obrony korpus państwa czechosłowackiego uległ
wtedy karykaturalnemu zwężeniu. W okolicach Brna miał szerokość zaledwie 60 km,
podobnie było na większości obszaru Słowacji i na całej Rusi Zakarpackiej. Czesi
żartowali gorzko, że ich ojczyzna stała się drugim po Chile najwęższym państwem
świata. Na swoje nieszczęście nie mieli jednak z jednej strony oceanu, a z drugiej
łańcucha Andów – ich pomonachijskie granice były w większości pozbawione jakichkolwiek
przeszkód naturalnych (Rataj 1997, s. 12).

Niemcy zadbali
o to, aby przy wytyczaniu nowych granic przejąć większość fortyfikacji, które Czechosłowacja
wybudowała w latach trzydziestych ogromnym nakładem środków. Przecięciu uległy główne
arterie komunikacyjne kraju. Strategiczna linia kolejowa wschód–zachód, łącząca
Pragę z Rusią Zakarpacką, przebiegała po zmianach w pięciu miejscach przez terytoria
państw ościennych: trzykrotnie Niemiec, raz Polski i raz Węgier. Armia czechosłowacka
straciła w ten sposób nie tylko lwią część dotychczasowej infrastruktury militarnej,
lecz także możliwość swobodnej koncentracji sił i manewru. W wypadku agresji ze
strony Rzeszy, otaczającej z trzech stron ciasnym pierścieniem całą zachodnią część
Republiki, skuteczna obrona stała się w praktyce niemożliwa.

Nie było to
oczywiście dla nikogo zaskoczeniem. W tygodniach poprzedzających konferencję w Monachium
władze Czechosłowacji wielokrotnie ostrzegały państwa zachodnie, że utrata obszarów
pogranicznych wraz ze zlokalizowanymi tam umocnieniami uczyni Republikę bezbronną
i całkowicie zdaną na łaskę i niełaskę Rzeszy. Francja i Wielka Brytania pozostały
jednak głuche na ich argumenty. Jedynym, na co się zdobyły, było zobowiązanie, że
udzielą nowym granicom Czechosłowacji gwarancji. (Niemcy i Włochy obiecały to uczynić,
kiedy zostanie uregulowana kwestia mniejszości polskiej i węgierskiej). Ponieważ
równocześnie Republika została zmuszona do wypowiedzenia sojuszy z państwami trzecimi,
miało to zapewnić jej coś w rodzaju międzynarodowo uznanej neutralności (DBFB, dok.
1224, Depesza delegacji na konferencję monachijską z 30 IX 1938 r., s. 628–629).

W rzeczywistości
zachodnie zobowiązania pozostały jednak martwą literą. Francja i Wielka Brytania
nie udzieliły gwarancji ani nawet nie wysłały swoich przedstawicieli do międzynarodowej
komisji, która miała się zająć wytyczaniem nowej granicy między Czechosłowacją a
Niemcami. Mimo że zobowiązywał je do tego jeden z aneksów układu monachijskiego,
nie wzięły również udziału w arbitrażu dotyczącym granicy czechosłowacko-węgierskiej.
Zachód, przyłożywszy rękę do rozbioru Czechosłowacji, uznał to, co z niej pozostało,
za wyłączną strefę wpływów Rzeszy. Wszelkie wątpliwości w tej kwestii rozwiewało
odwołanie z Pragi w listopadzie 1938 r. Francuskiej Misji Wojskowej i wyzbycie się
przez Francuzów miesiąc później udziałów w wielkich zakładach zbrojeniowych Škody
w Pilźnie (Procházka 1981, s. 75–83).

Tym bardziej
za swoją strefę wpływów uważała Czechosłowację Rzesza. Od pierwszych dni po Monachium
Niemcy bezceremonialnie ingerowali w wewnętrzne sprawy Republiki. Już na wstępie,
grożąc Pradze niekorzystnym wytyczeniem nowych granic, wymusili ustąpienie z urzędu
prezydenta Edvarda Beneša. Nie zadowolili się przy tym dymisją, którą złożył 5 października,
lecz doprowadzili do jego emigracji. Ochoczo przyłożyli do niej rękę również czechosłowaccy
politycy oraz wojskowi (Majewski 2019, s. 530–538). Uratowało mu to zapewne życie,
bo gdyby niemiecka inwazja zaskoczyła Beneša w ojczyźnie, a nie na Uniwersytecie
Chicagowskim, gdzie gościnnie zaczął wykładać socjologię, w najlepszym razie trafiłby
natychmiast do obozu koncentracyjnego. Inaczej potoczyłyby się wtedy zapewne także
losy Czech. Były prezydent przedstawiał bowiem w gruncie rzeczy największy walor
w skromnym portfelu aktywów, jakimi dysponowali emigranci, dążący po 15 marca 1939
r. do odbudowy czechosłowackiej państwowości w jej przedmonachijskim kształcie.

Tymczasem Niemcy
dobitnie dawali do zrozumienia, że nie będą tolerować jakiejkolwiek niesubordynacji
ze strony słabszego sąsiada. Adolf Hitler i Joachim von Ribbentrop zakomunikowali
to zupełnie otwarcie nowemu szefowi czechosłowackiej dyplomacji Františkowi Chvalkovskiemu
podczas jego wizyt w Niemczech w październiku 1938 i styczniu 1939 r. Łajali go,
że Czesi nie dość gorliwie podporządkowują się niemieckiej kurateli. Zgodnie z planami
powstającymi w tym okresie w berlińskim Urzędzie Spraw Zagranicznych Czechosłowacja
miała zostać przekształcona w państewko satelickie, dysponujące szczątkową armią,
formalnie neutralne, a w praktyce całkowicie uzależnione politycznie, wojskowo i
gospodarczo od Rzeszy. Wyobrażenia dyplomatów nie odpowiadały jednak, jak się wkrótce
okazało, zamiarom Führera (Procházka 1981, s. 72–73, 91–98).

Pretensje, jakimi
Niemcy bombardowali Chvalkovskiego, były przy tym całkowicie wyssane z palca. Zarówno
on sam, jak i inni czechosłowaccy politycy, którzy doszli do władzy po Monachium,
pokornie godzili się na zależność od Rzeszy i zamierzali z nią lojalnie współpracować.
Próbowali nieśmiało bronić interesów własnego kraju, ale nigdy nie ośmielili się
zakwestionować porządku narzuconego przez Niemcy. Nowe władze czechosłowackie były
pogodzone z rolą wasala Rzeszy, ta zaś dysponowała wystarczającym repertuarem środków
nacisku, aby wyegzekwować od nich pożądany stopień uległości. Jeśli więc Hitler
i Ribbentrop zadręczali Chvalkovskiego wyrzutami, że Czechosłowacja nie jest wystarczająco
służalcza, były to działania czysto instrumentalne, przygotowujące grunt pod całkowite
unicestwienie Republiki, które nastąpiło 15 marca 1939 r.

II

Katastrofa monachijska
wywołała w Czechosłowacji polityczne trzęsienie ziemi. Jego pierwszą odsłonę stanowiło
polowanie na winnych porażki, które rozpoczęło się, jak to często bywa, gdy tylko
minął pierwszy szok po dyktacie mocarstw. Chociaż niemal do końca kryzysu sudeckiego
Republiką rządziła wielka koalicja, obejmująca wszystkie prodemokratyczne siły polityczne
od lewicy po prawicę, za rozbiór państwa powszechnie obwiniano, przynajmniej w pierwszym
odruchu, wyłącznie prezydenta Beneša. Było to zapewne nieuchronne: niezależnie od
tego, czy i w jakim stopniu Monachium zostało spowodowane obiektywnymi uwarunkowaniami
międzynarodowymi, przyniosło też klęskę prowadzonej przez niego od dwudziestu lat
polityki zagranicznej.

Dla niektórych
krytyka Beneša i jego polityki oznaczała jednak zaledwie preludium do frontalnego
ataku na całą przedmonachijską Republikę. Wraz z prozachodnią orientacją, którą
uosabiał były prezydent, potępiano mnogość partii, demokrację parlamentarną, liberalizm,
egalitaryzm i humanistyczne ideały. Prym w tej nagonce wiodła czeska prawica – i
to nie tylko skrajna, lecz także ta współrządząca wcześniej krajem. Pierwsze skrzypce
w owej kampanii nienawiści grał przewodniczący partii agrarnej Rudolf Beran, który
już trzeciego dnia po konferencji monachijskiej zapowiedział konieczność gruntownej
przebudowy czechosłowackiej sceny politycznej, tak aby pozostały na niej tylko dwie
duże partie: prawicowa i lewicowa. Miało to rzekomo służyć zjednoczeniu podzielonego
narodu i ratowaniu zagrożonego państwa, w praktyce zaś zapewniało agrariuszom i
ich przywódcy niczym nieograniczoną władzę (Ježek 2016, s. 267–268). Dla lewicowej
opozycji przewidziano w tym układzie rolę listka figowego, maskującego autorytarny
charakter państwa. Trudno było zresztą przypuszczać, by mogła ona stać się czymś
więcej, ponieważ Republika zamierzała unikać jakichkolwiek kontrowersji z Rzeszą.

Zgodnie z planem
przewodniczącego Berana 17 listopada 1938 r. została utworzona Narodowa Partia Jedności
(Strana národní jednoty), a 11 grudnia oficjalnie powstała Narodowa Partia Pracy
(Národní strana práce). Wchłonęły one większość istniejących wcześniej stronnictw
czeskich. Poza nawiasem owego duopolu pozostali jedynie komuniści, którym zakazano
działalności, oraz zazdrośnie broniąca się przed zjednoczeniem radykalna prawica.
(Odrębność zachowała także Słowacka Partia Ludowa, nieprzejawiająca jednak większego
zainteresowania sytuacją na ziemiach czeskich). Proces zjednoczeniowy przybrał charakter
odgórny i w dużej mierze wymuszony, odbywał się bez autentycznych konsultacji ze
strukturami partyjnymi i z wyborcami. Mimo to przeszedł bez większych protestów.
Czeskie społeczeństwo było zbyt zszokowane klęską i zbyt rozczarowane słabością
demokracji, aby płakać po starych partiach politycznych, powszechnie oskarżanych
o egoizm, różnego rodzaju afery i, może przede wszystkim, nieudolność (Gebhart,
Kuklík 2006, s. 50–69).

Potępianie w
czambuł całego dotychczasowego systemu politycznego nosiło jednak wszelkie znamiona
wylewania dziecka z kąpielą. Jakiekolwiek grzechy miałyby na swoim sumieniu czechosłowackie
partie, ich arbitralne glajszachtowanie równało się w praktyce demontażowi demokracji.
Nie wadziło to jednak Rudolfowi Beranowi, który 1 grudnia stanął na czele rządu,
ani urzędującemu od początku października nowemu szefowi czechosłowackiej dyplomacji
Františkowi Chvalkovskiemu, znanemu ze swoich sympatii dla faszyzmu i czołobitnego
respektu wobec Hitlera. Nawet jeśli ich celem nie było zaprowadzenie w kraju otwartej
dyktatury, Republika zaczęła coraz wyraźniej naśladować państwa autorytarne. Sami
zwolennicy nowego porządku nazywali ją zresztą nie bez dumy „autorytatywną demokracją”,
przechodząc do porządku dziennego nad zawierającym się w tym określeniu oczywistym
contradictio in adiecto.

Definitywny
kres czechosłowackiej demokracji położyła ustawa o pełnomocnictwach, przyjęta przez
parlament 15 grudnia 1938 r. Pozwalała ona rządowi i prezydentowi wydawać przez
dwa lata dekrety z mocą ustaw, nawet gdyby w grę wchodziła zmiana konstytucji. Poparła
ją zdecydowana większość posłów i senatorów, co wiele mówiło o nastrojach panujących
wśród czeskich elit politycznych i głębokim kryzysie czechosłowackiego parlamentaryzmu.
W imię narodowej solidarności, której hasłami szermowali zwolennicy przemian ustrojowych,
Republika, nazywana dla odróżnienia od przedmonachijskiej „drugą”, dobrowolnie wyrzekła
się podstawowego elementu demokracji, jaki stanowi rozdział władzy ustawodawczej
i wykonawczej. Niepotrzebnego odtąd parlamentu w ogóle już nie zwoływano (Małkiewicz
2013, s. 279–288).

Ustawa o pełnomocnictwach
była ostatecznym, lecz bynajmniej nie jedynym przypadkiem pogwałcenia zasad demokracji.
Już przed jej przyjęciem doszło w Czechosłowacji do naruszeń konstytucji. Niekonstytucyjny
charakter miały przyjęcie przez rząd dyktatu monachijskiego bez zgody parlamentu
i wszystkie późniejsze zmiany granic państwa. Nie inaczej rzecz się przedstawiała
z pozbawieniem mandatów tych posłów i senatorów, którzy w rezultacie rozbioru stali
się obywatelami innych państw, a także z kluczowymi ustawami nadającymi szeroką
autonomię Słowacji i Rusi Zakarpackiej, uchwalonymi 19 listopada 1938 r. (Na ich
mocy nazwę państwa zmieniono przy okazji na Czecho-Słowacja). I znów: jeżeli nawet
konstytucję łamano nie po to, aby ustanowić dyktaturę, lecz z braku lepszego sposobu
na rozwiązanie piętrzących się problemów, każdy taki krok podkopywał w Republice
rządy prawa (Małkiewicz 2013, s. 275–287).

Było w tych
okolicznościach gorzkim paradoksem, że w człowieku, którego 30 listopada parlament
wybrał na głowę państwa, chciano powszechnie widzieć gwaranta praworządności. Renomowany
prawnik Emil Hácha, powszechnie szanowany prezes Najwyższego Sądu Administracyjnego,
nadawał się do tej roli na pozór lepiej niż ktokolwiek inny. Brakowało mu wprawdzie
jakiegokolwiek doświadczenia politycznego, ale to akurat w oczach wielu jego rodaków
uchodziło za zaletę – w przeciwieństwie do zawodowych polityków miał zupełnie czyste
konto. W rzeczywistości nowy prezydent, niewyrobiony politycznie i pozbawiony własnego
zaplecza, pozostawał marionetką w rękach głównego architekta II Republiki, Rudolfa
Berana, z czego najpewniej nawet nie zdawał sobie sprawy. Swoją funkcję postrzegał
jako ofiarę na rzecz narodu, nie bez racji przewidując, że przyniesie mu ona osobiście
wyłącznie kłopoty. Sprawiał wrażenie pogodzonego z tym, co spotkało Czechosłowację
w Monachium, a być może wręcz uważał katastrofę demokratycznej republiki za konieczność
dziejową. Jak wielu starszych ludzi, na współczesny sobie świat patrzył oczami przeszłości,
która w jego wypadku miała czarno-żółte barwy monarchii habsburskiej. Rzesza nie
mogła wymarzyć sobie lepszego czechosłowackiego prezydenta niż słaby, niedoświadczony
i przekonany o nieuchronności niemieckiej dominacji Hácha (Drtina 1991, s. 303–305).

Na usprawiedliwienie
pomonachijskiej Republiki można oczywiście powiedzieć, że jej przywódcy nie odznaczali
się szczególną krwiożerczością. Zdemontowali wprawdzie demokrację, lecz z autorytarnych
instrumentów władzy korzystali w ograniczonym zakresie. Tolerowali, a zapewne nawet
inspirowali, nikczemną nagonkę na swoich przeciwników politycznych, ale nie dopuścili
do ich prześladowań. (Nawet komunistom pozwolili zlikwidować działalność i bezpiecznie
opuścić kraj). Wieszali psy na lewicy i demokracji parlamentarnej, po cichu pozostawali
jednak w stałym i, o dziwo, zupełnie przyjaznym kontakcie z działaczami opozycji.
W tej poniekąd schizofrenicznej postawie wyrażała się z pewnością konsensualna kultura
polityczna czeskich elit. Werbalna agresja wobec demokracji stanowiła z kolei rozpaczliwą
próbę przypodobania się hitlerowskim Niemcom w złudnej nadziei, że się tym zadowolą
i nie zażądają innych dowodów lojalności. „Był to rząd nieszczęśników, rząd pogromu
i hańby, ale nie zaprzedańców”, rozgrzeszał z najgorszego władze II Republiki pisarz
Václav Černý (Černý 1992, s. 67).

Zapewne miał
rację, „jesienna rewolucja” doprowadziła jednak przy okazji do erupcji niebezpiecznych
zjawisk, wcześniej zupełnie nieobecnych bądź marginalnych w czechosłowackim życiu
politycznym. Bodaj najbardziej wśród nich rzucała się w oczy bezprecedensowa aktywizacja
skrajnej prawicy. Ugrupowania faszystowskie działały wprawdzie w Republice od połowy
lat dwudziestych, ale cieszyły się dotąd znikomym poparciem i były solidarnie bojkotowane
przez główne siły polityczne. Po Monachium, uznawszy, że nadszedł ich czas, faszyści
rozpoczęli wielką ofensywę, której dalekosiężny cel stanowiło przejęcie pełni władzy
w państwie.

III

Największym,
najstarszym i najlepiej rozpoznawalnym wśród ugrupowań skrajnej prawicy była Narodowa
Gmina Faszystowska (Národní obec fašistická, NOF), skupiona wokół generała Radoli
Gajdy, bohatera czechosłowackich legionów z lat I wojny światowej i wojny domowej
w Rosji, który w 1926 r. został zdymisjonowany ze stanowiska szefa sztabu i wyrzucony
z armii pod zarzutem przygotowywania prawicowego puczu. Oskarżenia te nie znalazły
potwierdzenia w procesie sądowym, co nie zmieniało faktu, że ambitny generał natychmiast
stanął na czele skrajnie populistycznej partii o jawnie antysystemowym charakterze.
W połowie lat trzydziestych NOF liczyła około 40 tys. członków. Cztery razy więcej
obywateli głosowało na nią w ostatnich wyborach parlamentarnych w Czechosłowacji
w 1935 r. Zwolennicy Gajdy, podobnie zresztą jak inne odłamy czechosłowackiej skrajnej
prawicy, zawzięcie zwalczali demokrację parlamentarną, żądając wprowadzenia w kraju
rządów silnej ręki (oczywiście własnej). Piętnowali też kapitalizm, domagając się
różnych przywilejów socjalnych dla robotników, rzemieślników i zdeklasowanych inteligentów,
spośród których rekrutowała się większość ich zwolenników. Będąc zdeklarowanymi
nacjonalistami, czescy faszyści nienawidzili mniejszości narodowych, w tym zwłaszcza
Niemców i Żydów (Pejčoch 2011, s. 41–109).

Po Monachium
zauważalnie uaktywniła się również inna ze skrajnie prawicowych organizacji, nosząca
nazwę Flaga (Vlajka). W przeciwieństwie do NOF nie została ona zarejestrowana jako
partia polityczna, lecz od 1930 r. stanowiła rodzaj klubu, skupiającego głównie
faszyzujących studentów i różnego autoramentu życiowych wykolejeńców, przesiadujących
w kilku praskich piwiarniach. (Gospody i kawiarnie były w ogóle matecznikiem większości
odłamów czeskiej radykalnej prawicy, a w niejednym przypadku także wyłącznym forum
ich działalności). Flaga, która z czasem przekształciła się w ruch polityczny, nawet
na tle innych ugrupowań faszystowskich wyróżniała się wyjątkowo zajadłym antysemityzmem
oraz równie gwałtowną nienawiścią do masonerii. Ściślej rzecz biorąc, do żydomasonerii,
bo Żydzi i wolnomularze byli w jej optyce dwiema głowami tego samego potwora (Pejčoch
2011, s. 126–137).

W czasie kryzysu monachijskiego i później
w okresie II Republiki Flaga wyraźnie zdystansowała pod względem radykalizmu Narodową
Gminę Faszystowską. O ile Gajda w krytycznych dniach 1938 r., gdy Czechosłowacji
groziła wojna z hitlerowską Rzeszą, zadeklarował pełną lojalność wobec prezydenta
Beneša, a następnie posłusznie przystąpił wraz ze swoim stronnictwem do Partii Jedności
Narodowej, o tyle Flaga zajęła skrajnie antypaństwowe pozycje (AKPR,
mf. 47, t. 1858/38, Notatka z 31 VIII 1938 r.). Jej najbardziej zdeterminowani działacze niedługo po
Monachium zaczęli organizować się w tajne struktury paramilitarne, a wkrótce potem
rozpoczęli działalność terrorystyczną. Parła do tego grupa młodych radykałów na
czele z Josefem Rozsévačem, wiecznym studentem medycyny, występującym wśród swoich
zwolenników pod pseudonimem Jan Rys, który szybko wyrósł na rzeczywistego wodza
ruchu (Pejčoch 2011, s. 138–141).

W nocy z 25
na 26 lutego 1939 r. działacze Flagi dokonali zamachów bombowych na lokal dawnej
komunistycznej kooperatywy Včela oraz sklep firmy Singer w Pradze. Szczęśliwie w
obu miejscach skończyło się na rozbitych szybach i uszkodzonych wnętrzach. Dwaj
inni zamachowcy wysadzili się przypadkowo sami w powietrze, próbując 7 marca podłożyć
ładunek wybuchowy na cmentarzu żydowskim w Pilźnie. (Wypiwszy dla kurażu o kilka
piw za dużo, ustawili błędnie godzinę na zmajstrowanym z budzika zapalniku czasowym).
W odpowiedzi na akty terroru władze czechosłowackie aresztowały Rysa-Rozsévača i
kilku innych aktywistów ruchu. Zwolniono ich jednak po paru dniach z więzienia z
braku dowodów na współudział w organizacji zamachów (NA, PZÚ, kart.
915, t. 43, Pismo prezydenta Urzędu Krajowego z 2 III 1939 r., k. 9–39; tamże, kart.
1404, t. 2, Telefonogramy Dyrekcji Policji w Pilźnie z 7 III 1939 r. oraz jej raport
z 13 III 1939 r., k. 34–49).

Chociaż w znalezionych
u Rysa-Rozsévača dokumentach nie brakowało składu rządu, który faszyści zamierzali
utworzyć po planowanym przez siebie zamachu stanu, nawet w warunkach panującego
po Monachium zamętu ideowego i politycznego byli oni w rzeczywistości zbyt słabi,
aby sięgnąć po władzę w państwie. Skutecznie narzucali natomiast własną narrację
głównemu nurtowi czeskiej prawicy, niebezpiecznie wpływając tym samym na ogólny
kierunek „jesiennej rewolucji”. Faszystowskie hasła obficie przenikały na łamy prasy
głównego nurtu (pierwsze skrzypce grał na tym polu tygodnik agrarny „Brázda”), a
także do programów wyrastających niczym grzyby po deszczu prawicowych inicjatyw,
takich jak Akcja Odrodzenia Narodowego (Akce národní obrody, ANO), skupiająca nacjonalistyczną
profesurę, studentów, a także przemysłowców i wielkich właścicieli ziemskich. Ku
faszyzmowi skłaniały się również niektóre kręgi czeskich katolików (o słowackich
nawet nie wspominając), snujących marzenia o przebudowie Republiki w autorytarne,
zhierarchizowane państwo stanowe, podobne do Austrii za czasów kanclerza Engelberta
Dolfussa (Rataj 1997, s. 67–76).

Flirt czeskiej
prawicy z faszyzmem dał o sobie znać także w wypadku Młodej Jedności Narodowej (Mladá
národní jednota), młodzieżowej przybudówki partii rządzącej. Na jej czele mimo zdecydowanie
nie pierwszej już młodości (w grudniu 1938 r. stuknęło mu 51 lat) stanął osobiście
przewodniczący Rudolf Beran. W ciągu czterech miesięcy istnienia do organizacji
tej wstąpiło 350 tys. osób, co czyniło z niej potężną siłę polityczną; dużo potężniejszą
niż połączone siły NOF, Flagi i innych ugrupowań faszystowskich.

O sympatiach
panujących w Młodej Jedności Narodowej dobitnie mówiły jej estetyka i rytuały: pozdrawianie
się jej członków gromkim „Vlasti zdar!” (w wolnym tłumaczeniu: Czołem ojczyźnie!),
wzorowanym na hitlerowskim „Sieg heil!”, uniformy składające się z ciemnoszarych
bluz, granatowych spodni, czapki i obowiązkowych oficerek, a także godło w postaci
wiązki tzw. rózeg Świętopełka, zaczerpnięte wprawdzie ze starosłowiańskich legend,
lecz do złudzenia przypominające liktorskie fasces.

Ów ostatni symbol,
będący jednym ze znaków rozpoznawczych ruchów faszystowskich na całym świecie (w
Czechosłowacji posługiwały się nim zarówno NOF Gajdy, jak i Flaga), wyrażał ducha
antyindywidualizmu i subordynacji, którego krzewić miała Młoda Jedność Narodowa
zarówno we własnych szeregach, jak i w społeczeństwie. O tym, że nie chodziło wyłącznie
o dawanie dobrego przykładu, świadczyły plany wykorzystania członków organizacji
w charakterze paramilitarnych sił porządkowych zwalczających wrogów narodu, pomagających
policji na przykład oczyszczać kraj z niepożądanych uchodźców politycznych albo
„niearyjczyków”. Młoda Jedność Narodowa była bowiem przy tym programowo antysemicka.
Obowiązywał w niej tzw. paragraf aryjski, zakazujący przyjmowania w szeregi osób
pochodzenia żydowskiego; kto jest zaś Żydem, definiowano w kategoriach ściśle rasowych,
tak samo jak w hitlerowskiej Rzeszy (Rataj 1997, s. 89–91, 103).

Antysemityzm
panujący w Młodej Jedności Narodowej stanowił odbicie szerszych tendencji, które
dały o sobie znać po Monachium w czechosłowackim życiu publicznym. Chociaż wydawało
się, że w ciągu 20 lat niepodległości liberalnym elitom udało się wyplenić to niechlubne
zjawisko, jesienią 1938 r. odżyło ono z nowym wigorem i to nie tylko na Słowacji
i Rusi Zakarpackiej, gdzie znajdowały się największe skupiska Żydów, a tamtejsze
w dużej części zacofane, chłopskie społeczeństwa przesiąkały od wieków antyjudaistycznymi
uprzedzeniami, lecz także na dobrze rozwiniętych i, wydawałoby się, postępowych
ziemiach czeskich.

Osób pochodzenia
żydowskiego nie chciano przyjmować do Partii Jedności Narodowej (chociaż w jej przypadku
spierano się, kogo właściwie należy uważać za Żyda); korporacje zawodowe adwokatów,
lekarzy, prawników, notariuszy i inżynierów już wkrótce po Monachium zaczęły domagać
się wprowadzenia numerus clausus oraz
zakazu świadczenia przez Żydów usług nieżydowskim klientom. Wkrótce potem powołano
międzyresortowe komisje, które miały przygotować stosowne akty prawne, wzorowane
na obowiązujących w Rzeszy ustawach norymberskich, a 27 stycznia 1939 r. rząd wydał
rozporządzenie nakazujące zwolnienie z pracy wszystkich urzędników pochodzenia żydowskiego
zatrudnionych w instytucjach i urzędach państwowych. Tego samego dnia, na mocy innego
rozporządzenia, nakazano wydalenie z kraju osób nieposiadających czechosłowackiego
obywatelstwa oraz wprowadzono możliwość odebrania go tym, którzy mieszkali na obszarach
przejętych po Monachium przez Rzeszę, Polskę i Węgry; poufna dyrektywa precyzowała,
żeby stosować ten środek przede wszystkim wobec Żydów (NA, PZÚ, kart.
1405, t. 6, Rezolucja związku prawników czechosłowackich Všehrd z 8 III 1939 r.,
k. 21; Małkiewicz 2013, s. 452–455; Rothkirchnerová 1991, s. 25–27).

Dochodziły do
tego codzienne, oddolne szykany: wysyp antysemickich ulotek, oklejanie żydowskich
sklepów i zakładów usługowych denuncjacjami „Uwaga Żyd!” czy ostentacyjne fotografowanie
ich klientów. Nawet jeśli czynów takich dopuszczali się wyłącznie faszystowscy fanatycy,
antysemityzm niespodziewanie rozplenił się również wśród zwykłych Czechów. „Jest
nie do pomyślenia, żeby żydom zostało zaoferowane schronienie za ich dotychczasową
antypaństwową i germanizacyjną działalność. Tym mniej dopuszczalne jest, aby umożliwiono
tym pasożytom wysysać różnymi geszeftami nie tylko krew ludu, ale i Republiki”
– apelowała tydzień po Monachium jedna z grup Sokoła. Jawnie antysemickie stanowisko
zajęły także ogólnokrajowe władze tej zasłużonej, propaństwowej i demokratycznej
organizacji gimnastycznej (NA, PZÚ, kart. 1371, t. 7, Rezolucja okręgowej organizacji
Sokola w Lounach z 7 X 1938 r., k. 103; tamże, Raport policji z 3 XI 1938 r., k.
115; Rataj 1997, s. 107).

Trudno zapewne
mówić o masowych prześladowaniach, ale motywowana rasowo dyskryminacja stała się
faktem. Owa recydywa antysemityzmu wydawała się tym bardziej zaskakująca, że Żydzi
czescy i morawscy – w przeciwieństwie do słowackich czy polskich – należeli do najlepiej
zasymilowanych w całej Europie Środkowej i w ogromnej większości nie wyróżniali
się spośród reszty obywateli. W Czechach niemal co drugi z tamtejszych 76 tys. Żydów
mówił po czesku i uważał się za Czecha; większość nie uczestniczyła w jakichkolwiek
praktykach religijnych. Społeczności żydowskie na Morawach były na ogół bardziej
konserwatywne, ale i tam praktycznie nie występowali rzucający się z daleka w oczy
ortodoksi albo chasydzi). Żydzi stanowili zresztą w sumie zaledwie około 1% mieszkańców
ziem czeskich (117,5 tys. osób w 1930 r.). W Pradze na początku lat dwudziestych
żyło 30 tys. osób wyznania mojżeszowego, podczas gdy w Wiedniu mieszkało ich 200
tys., a w Warszawie 350 tys. (Čapková 2005, s. 19–25, 50–53; Kennan 1968, s. 42–43).

Nie da się wskazać
jednego powodu, dla którego po Monachium, mimo braku racjonalnych przyczyn, odrodził
się czeski antysemityzm; w grę wchodziło raczej kilka różnych czynników, mających
źródło w sytuacji wewnętrznej kraju lub w tym, co działo się poza jego granicami.

Najistotniejszą
przyczyną zewnętrzną było oczywiście infekcyjne oddziaływanie antysemityzmu, rozprzestrzeniającego
się w innych państwach, w tym zwłaszcza w hitlerowskich Niemczech. Demokratyczne
struktury Republiki długo tamowały jego napór, ale kiedy runęły po Monachium, Czechosłowację
ogarnęła powódź resentymentu wobec Żydów. Największe spustoszenie uczyniła ona na
Słowacji, gdzie antysemickie postawy znalazły najżyźniejsze podglebie (jesienią
1938 r. doszło tam nawet do kilku pogromów), nie ominęła jednak również ziem czeskich.
Mieli w tym udział zarówno Niemcy, domagający się od władz II Republiki całkowitego
wyrugowania Żydów z życia publicznego, jak i czeska skrajna prawica, która nagle
zwietrzyła korzystną dla siebie koniunkturę (Małkiewicz 2013, s. 446–452). Rozkwit
antysemityzmu stanowił nota bene jeszcze
jeden przykład skutecznego narzucania przez nią agendy toczących się po Monachium
dyskusji.

Istnienie ugrupowań
gotowych w każdej chwili rozpocząć zajadłą nagonkę na Żydów nie było oczywiście
w ówczesnej Europie niczym wyjątkowym, ani tym bardziej nie oznaczało, że ich poglądy
podzielała większość czeskiego społeczeństwa. Nieprzypadkowa wydaje się jednak łatwość,
z jaką radykałom udało się wskrzesić demona antysemityzmu. Być może zresztą wcale
nie był on martwy, lecz tylko przyczaił się gdzieś w zakamarkach świadomości
zbiorowej, cierpliwie przeczekał panowanie liberalnych elit i dziarsko wychynął
na powierzchnię, gdy tylko nadarzyła się okazja? Wszak jeszcze w pierwszych latach
niepodległości na ziemiach czeskich zdarzały się pogromy, a Żydów piętnowano za
sprzyjanie Niemcom (Čapková 2005, s. 111–115).

Możliwe więc,
że w przedmonachijskiej Republice nie tyle wypleniono antysemityzm, ile wyproszono
go z salonów politycznych, szerzył się zaś w zaciszu domostw, w gospodach albo kruchtach.
Do jesieni 1938 r. poprawność polityczna nie pozwalała wprawdzie źle mówić o Żydach
publicznie, ale zwykli ludzie nadal zapewne myśleli o nich swoje.

Antysemityzm
kanalizował też bezsprzecznie negatywne emocje, które nie mogły znaleźć innego ujścia.
Był on, jak trafnie ujął to polski badacz II Republiki, „jedyną dostępną formą rozładowania
narodowej frustracji” (Małkiewicz 2013, s. 452). Od przeszło stu lat czeski nacjonalizm
widział swego śmiertelnego wroga w Niemcach; kryzys, do którego doszło w 1938 r.,
rozgrzał antyniemieckie nastroje do białości. Tymczasem w pomonachijskiej Czechosłowacji,
usiłującej ułożyć sobie na nowo stosunki z potężnym sąsiadem, o Niemcach wolno było
mówić wyłącznie dobrze albo wcale. Z pewnością nadal ich nienawidzono, ale dawanie
temu publicznie wyrazu stało się niebezpieczne i spotykało się ze zdecydowanym odporem
ze strony władz państwowych. Nikt nikomu nie bronił natomiast opluwać Żydów; antysemityzm
niczym piorunochron kierunkował w bezpieczną stronę gwałtowne wyładowania czeskiego
nacjonalizmu.

Na skrajnej
prawicy oszalały antysemityzm służył jednak nie tylko rozładowaniu frustracji, ale
przede wszystkim miał odsunąć w niepamięć furię, z jaką dotychczas występowała ona
przeciwko wszystkiemu, co niemieckie. Po Monachium czescy faszyści, zwłaszcza ci
spod znaku Flagi, przechodzili bowiem przyspieszoną ewolucję światopoglądową: hitlerowscy
Niemcy przestali uchodzić w ich oczach za śmiertelnych wrogów, stali się za to ideowymi
sojusznikami i pożądanymi protektorami. Zwracając się ze wzmożoną wrogością przeciwko
Żydom, najbardziej radykalny nurt czeskiego nacjonalizmu chciał odkupić pierworodny
grzech swojej antyniemieckości i zaprezentować się nazistom jako wiarygodny
partner, chętny do bezwarunkowej współpracy. Przypochlebianie się Niemcom, a także
niezdrowa fascynacja ich potęgą występowały zresztą w znacznie szerszych kręgach
czeskiej prawicy, najwyżej postawionych osób nie wyjmując. Absolutnej lojalności
wobec potężnego sąsiada domagali się chociażby Hácha i Beran, wspierani przez zmasowaną
propagandę Partii Jedności Narodowej (Rataj 1997, s. 176–181).

Rozkwit antysemityzmu
w okresie II Republiki ściśle współgrał z innym ówczesnym zjawiskiem, jakim była
zajadła nagonka prawicy na liberalne elity, utożsamiane przede wszystkim z obydwoma
przedmonachijskimi prezydentami, Tomášem G. Masarykiem i Edvardem Benešem. W ich
otoczeniu znajdowało się wprawdzie stosunkowo niewiele osób pochodzenia żydowskiego,
chodziło jednak, jak zwykle takich przypadkach, nie o fakty, lecz o wulgarny stereotyp.
Wystarczyło, że na początku XX w., jeszcze za czasów Austro-Węgier, Masaryk aktywnie
angażował się w zwalczanie przesądów antysemickich, a Beneš należał do jednej z
lóż wolnomularskich, aby ich samych, a także sympatyzujących z nimi intelektualistów
piętnować w zmienionej sytuacji jako kosmopolitów wrogich narodowej kulturze i tradycji,
wysługujących się za to Żydom czy żydomasonerii, jak z lubością twierdzili czescy faszyści (Rataj 1997, s. 51, 58–64).

Także ta kampania
uderzała rykoszetem w osoby pochodzenia żydowskiego, które stawały się w jej efekcie
uosobieniem wszystkich grzechów przypisywanych przez prawicę intelektualnym elitom
przedmonachijskiej Republiki: liberalizmu, demokratyzmu, humanizmu, egalitaryzmu,
europejskości, tolerancji, sprzeciwu wobec nacjonalizmów, totalitaryzmów oraz fundamentalistycznego
katolicyzmu, sojuszu z Zachodem i Bóg jeden wie czego jeszcze. Zanim na ziemie czeskie
15 marca 1939 r. wkroczyli Niemcy, tamtejsi Żydzi już zostali obsadzeni przez rodzimych
nacjonalistów w roli kozła ofiarnego, mającego zdjąć z reszty społeczeństwa odium
winy za całe domniemane zło niepodległej czechosłowackiej państwowości.

Wiele wskazuje
na to, że gdyby nie niemiecka inwazja w marcu 1939 r., Czechosłowacja przekształciłaby
się w regularne państwo faszystowskie z całym haniebnym dobrodziejstwem inwentarza.
„Atmosfera życia narodowego błyskawicznie zgęstniała, przemieniając się w chmurę
trujących oparów, którymi wkrótce nie dało się w ogóle oddychać” – scharakteryzował
pomonachijskie intermezzo jeden z ówczesnych pisarzy, dodając: – „Straszliwe rozwiązanie
15 marca przyniosło bez mała ulgę i wyswobodzenie (w końcu znów wszystko było jasne
[…])” (Černý 1992, s.
72). W polityce i życiu społecznym, podobnie jak w przyrodzie, żadne zjawisko nie
pozostaje jednak bez następstw. Gorzkie owoce „jesiennej rewolucji” przesiąknięte
jej autorytaryzmem, antyindywidualizmem, antysemityzmem i fanatyzmem skrajnej prawicy
przyjdzie Czechom zbierać pod niemiecką okupacją jeszcze długo po upadku II Republiki.


Bibliografia

Archiv Kanceláře presidenta republiky (AKPR).

Národní archiv (NA), Presidium Zemského Úřadu (PZÚ).

Documents on British Foreign Policy 1919–1939 (DBFP), seria 3, t. 2: 1938, red. E.L. Woodward, R. Butler, London
1949.

Čapková K. (2005), Češi, Němci, Židé?
Národní identita Židů v Čechách 1918–1938
, Praha–Litomyšl.

Černý V. (1992), Křik koruny české. Paměti
II (1939–1945)
, Brno.

Drtina P. (1991), Československo
můj osud.
Kniha života českého demokrata 20. století, t. 1, ks. 1: es Mnichov do emigrace, Praha.

Gebhart J., Kuklík J. (2006), Velké dějiny
zemí Koruny české
, t. 15a: 1938–1945,
Praha–Litomyšl.

Ježek F. (2016), Mnichovská krize. Memoárové
poznámky na okraj tragických dnů utrpení a hanby
, Praha.

Kennan F.G. (1968), From Prague
after Munich.
Diplomatic Papers, 1938–1940, Princeton.

Małkiewicz A. (2013), Samobójstwo demokracji.
Czechosłowacja w okresie II Republiki 1938–1939
, Wrocław–Zielona Góra.

Pejčoch I. (2011), Fašismus v českých
zemích. Fašistické a nacionálněsocialistické strany a hnutí v Čechách a na Moravě
1922–1945,
Praha.

Procházka T. (1981), The Second Republic:
The Disintegration of Post-Munich Czechoslovakia (October 1938 – March 1939)
,
New York.

Rataj J. (1997), O autoritativní národní stát. Ideologická proměny české politiky v Druhé
republice 1938
–1939, Praha.

Rothkirchnerová L. (1991), Osud Židů v Čechách a na Moravě v letech 1938–1945, w: Osud Židů v Protektorátu 1939–1945, Praha.

Korekta językowa: Beata Bińko