Wycinanki (52)

WOJCIECH WRZOSEK

Wycinanki (52)

Adeptka danej dyscypliny unika wypowiadania własnych zdań, ogranicza się do przytoczenia profesjonalnych interpretacji i ocen. Nie pozwala sobie na uwagi w rodzaju: Kant mylił się, bo ja…, czy, jestem innego zdania niż Freud[1].

Student powinien ze wstrzemięźliwością formułować tzw. własne sądy. Zgadzam się z opinią Josefa Mitterera:

na uniwersytecie, przede wszystkim na pierwszych semestrach, kompetencja przypisywania takich określeń jak „prawdziwy” i „fałszywy” pozostaje w przeważającej mierze po stronie nauczających, a nie uczących się. Mówi się, że na tym etapie studenci i studentki nie mają jeszcze wiedzy pozwalającej na kwestionowanie poglądów uczących i ocenianie ich jako prawdziwe lub fałszywe. Wiedzę niezbędną do podważenia i krytyki opinii nauczycieli muszą dopiero zdobyć – wiedzę tę można uzyskać, mówiąc w uproszczeniu, tylko przez taką czy inną doktrynę. A gdy doktryny te zostaną prze studentów zinternalizowane, trudno już raczej o krytykę[2].

Każde zapożyczenie myśli musi być zaznaczone. Nie należy podszywać się pod cudze poglądy. Zauważy to wielu odbiorców zwłaszcza wtedy, gdy odbiegają one swym poziomem od aktualnej kompetencji referentki. Fachowiec od razu rozpozna, że nie jest to jej myśl, że nie jest to jej język. Również koledzy i koleżanki odczują, że mówczyni udaje kogoś, kim nie jest, puszy się lub jeszcze gorzej – „podhacza” interesownie pod poglądy np. „swego profesora”, jego naukowe sympatie, „podlizuje się”, grając rolę mądrzejszej, niż w rzeczywistości jest[3].

Na studiach najprawdopodobniej nigdy nie zostaniesz intelektualnym „bliźnim” Platona ani Plotyna, Kanta ani Comte’a. Ani Gurvitcha czy Guriewicza. Przyjmij do wiadomości, że masz większą szansę nie doścignąć swej profesorki czy mentorki, niż że tak się stanie. Szanuj autorytety, respektuj mistrzów. Zorientuj się, jaki mają dorobek. Zawsze bądź gotowy powiedzieć o danym uczonym dziesięć sprawdzonych zdań[4].

Pamiętaj, to oni decydują o przebiegu dyskusji. Zabieraj głos – referentko i słuchaczko – tylko wtedy, gdy zezwoli na to prowadzący. Nie przerywaj dyskutantom. Jeśli uważasz za istotne odezwanie się właśnie w danej chwili, wówczas poproś prowadzącego o możliwość skorzystania z prawa do sprostowania, do repliki, wyjaśnienia… Zabieraj wtedy głos krótko, aby nie zakłócać dynamiki dyskusji. Przypomnę – nie przekraczaj czasu przewidzianego na daną wypowiedź. Unikaj argumentacji ad personam, nie licz na to, że powiedzie ci się reductio ad ignorantiam czy reductio ad absurdum, tudzież ad populum

Posłuchaj kilku dyskusji akademickich. Słuchaj krytycznie innych referatów i dyskusji nad nimi. Zastanawiaj się, dlaczego referat kolegi był zły. A koleżanki udany… Czytaj dużo, a lepiej – bardzo dużo. Jeśli nie umiesz, to naucz się pisać bez patrzenia na klawiaturę. Ćwicz kwerendy internetowe, co najmniej raz w tygodniu spędź pożyteczne pół dnia w bibliotece. Nie odkładaj zadań na później. Miej zawsze dużo więcej zrobione niż do zrobienia. Nie zaniedbuj okazji, by zostać poliglotką, przeciwnie – rozwijaj znajomość języka obcego, ucz się intensywnie kolejnego[5].


[1] W. Wrzosek, Zaradnik. Poradnik zaradnego czytelnika książek trudnych sporządzony przez Wojciecha Wrzoska na użytek studentów historii, wyd. 2 poprawione i rozszerzone, Poznań 2022, s. 16.

[2] J. Mitterer, Ucieczka z dowolności, tłum. A. Zejdler-Janiszewska, Warszawa 2004, s. 53.

[3] W. Wrzosek, Zaradnik…, s. 27. „Sprzeniewierzeniem się idei równości płci jest podlizywanie się prowadzącemu zajęcia na okoliczność i z użyciem tzw. własnej – sprawdzonej w bojach – atrakcyjności. Panie doktorze, to…, a Pani profesor tamto…, bo ja…, czytałam wczoraj… Czy można przyjść na konsultację? A przeczytał pan już tę pracę?, pytam. No nie, jeszcze nie, dopiero zacząłem wczoraj…

Zdarzyło się, że prowadzący zajęcia tak podsumował tego rodzaju nietrafione starania: – Dobrze już, dobrze. A o której pani dzisiaj kończy? – O piętnastej – odpowiedziała studentka bez szczególnego zaskoczenia. – Pozwoli się pani odprowadzić? – Tak, oczywiście – odrzekła. – W takim razie którego z panów mogę o to prosić? – zmobilizował kolegów studentki prowadzący seminarium”. Tamże, s. 27, przyp. 14.

[4] Tamże, s. 27.

[5] Tamże, s. 28–29.


Korekta językowa: Beata Bińko




Wycinanki (51)

WOJCIECH WRZOSEK

Wycinanki (51)

Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych miałem zamiar kupić daczę w Dolinie Ałazańskiej w Gruzji. Zainspirował mnie do tego kolega, który zadeklarował wtedy, że gdyby nasze płace, a raczej w przyszłości emerytury wynosiły, powiedzmy, 2 tysięcy euro – dobrze, niech tam, dorzucał – 1,5 tysięcy euro – wyprowadziłby się zaraz na Wyspy Kanaryjskie, tam gdzie cały rok jest około dwudziestu stopni powyżej zera. Przypomnę, że nasze płace, nie mówiąc o emeryturach, wynosiły wtedy grubo poniżej wspomnianych tu kwot.

Wówczas to przypomniałem sobie, że w Gruzji nie wszędzie potrzebne jest ogrzewanie domów i moje kilkukrotne pobyty zaowocowały przyjaciółmi i znajomymi, którzy pomogliby kupić domek w Kachetii, a i na początek wsparliby w przezwyciężaniu trudności adaptacyjnych.

Siedzimy na tarasie kamiennej daczy w Bakurcyche na zboczach Ałazanskiej doliny, najpiękniejszej na tym padole. Tu na zboczach wyrośnie wszystko, choć szpadel kruszeje od skalistej gleby. Ogórki rosną same, a pomidory, bakłażany i dziki czosnek imponują smakiem. Miejscowości rozsiane w dolinie, noszą nazwy win, a bywa, że i koniaków. W tle potężny, ośnieżony Kaukaz. W powrotnej drodze zatrzymujemy się co rusz, bo udało nam się zjeść dwa wiadra świeżo zebranych fig.

Nie wiem, czy wszyscy wiedzą, że w Ałazanskiej dolinie stoją wspaniałe katedry: na zielonym dywanie krzewów winogronowych wyrastają monumentalne budowle. Widać je z daleka i przybliżasz się do nich długo, jakbyś przemierzał wieczność. Nad granatowymi zboczami wyrastają potężne zaśnieżone szczyty Kaukazu. Teraz już wiadomo, dlaczego katedra Alaverdi jest śnieżnobiała[1].

Ustaliłem, jakie były wtedy okoliczności prawne i koszty. Niestety na przeszkodzie stanęły wówczas przenosiny do innego domu.

Przez wiele lat nosiłem w sobie to marzenie, aby mieszkać w kamiennym domu wśród drzew figowych, dzikiego czosnku i winorośli. To przecież na śródziemnomorskiej szerokości geograficznej, braudelowskim pasie wiodącym od południowej Hiszpanii przez Włochy, Grecję po Kolchidę jest Kachetia i Dolina Alazańska.

Płace nasze w ciągu tych trzydziestu lat zbliżyły do owych pożądanych 2 tysięcy euro, ale i ceny w Gruzji wzrosły.

Tymczasem dokonałem porównania dostępności kamiennych daczy w Piemoncie i zwłaszcza w Toskanii:

Na moje zdziwienie, że w Toskanii, pomimo upałów i wielu dni bez opadów, nie usychają rośliny, tak mniej więcej tłumaczyła mi ten fenomen Stefania. Gdy nastają wysokie temperatury, gleba z wierzchu szybko twardnieje i tworzy się skorupa, które osłania głębsze, wilgotne jeszcze warstwy przed parowaniem. Korzenie roślin sięgają do nich po wodę i składniki odżywcze. Warstwa ta nasyca się głęboko wilgocią w czasie „pory deszczowej” czy raczej jesienno-zimowych opadów i magazynuje wodę niejako na cały okres wegetacji. Późną wiosną gleba – jak już była mowa – zasklepia się, „broni się” przed utratą wilgoci; wysusza się, twardnieje na słońcu jak „wypalana” na słońcu cegła, czy gliniana waza. Stefania sugeruje, że praktyka zakopywania glinianych naczyń w tak strukturalizowanej glebie to idea prachłodziarki, uwzględnia bowiem tę chłodzącą obecność wody, osłoniętej przed bezpośrednim działaniem słońca. Półwysep Apeniński jest górzysty, gleby i klimat sprzyjają bogactwu świata roślinnego. Zresztą, co im tam nie sprzyja? Ta niewyczerpana zdaje się urodzajność ciągnie się, jak ów pas równoleżnikowy opisywany przez Braudela w Méditerranée, aż do Indii, zagarniając po drodze legendarną Kołchidę, w tym moją ulubioną Alazanską dolinę[2].

Z kolei w Toskanii i w Piemoncie na koszt rządu włoskiego chodzę do bibliotek, a w dni wolne badam rynek starych daczy:

Jedziemy z Arbi do Turynu. Wracamy z letniego domu profesora do miasta. Będąc pod wrażeniem jego wiejskiej rezydencji, pytam, czy jest bogaty. Średnio, odpowiada. No dobrze, kontynuuję, na ile się tak sam wycenia, bez zbędnej skromności, w dolarach, powiadam, bo w lirach to każda suma wydaje się duża – dodaję. Następny kwadrans liczymy razem: ja przeliczam na dolary i przypominam mu: a jest przecież jeszcze dom w Firenzuoli… No tak, połowa moja przecież, odpowiada jakby zaskoczony. A mieszkanie w Turynie – dodaję pytająco. Tak, to będzie tyle a tyle. Przeliczam na dolary, wychodzi, że ok. quatro milioni di dolari USA. Całkiem sporo, dziwi się. Ja mu na to wywodzę, że jego córki są całkiem, całkiem… Mądre i ładne panny… Profesor trzęsie się ze śmiechu, zatrzymuje auto, biegnie do budki telefonicznej i dzwoni do żony, mówiąc jej, że ja twierdzę, że le nostre ragazze sono molto intelligenti e belle[3]

Z Arbi, w Piemoncie w dobrą pogodę widać w oddali potężny łańcuch Alp. Gdy rozdzielczość dobra, to zaczynam myśleć, czy to przypadkiem nie fototapeta. Nie, tapeta nie wzrusza…[4]

W ciągu tych kolejnych lat doświadczeń i zwlekania z realizacją planu osiedlenia się w Gruzji pojawiła się dodatkowa zachęta. Możliwość pracy online. Z Tbilisi i Kutaisi można dolecieć do Polski w dwie godziny. Tyle co z Włoch.

Ostatnio jednak – jak się dowiaduję – aby uzyskać status rezydenta w Gruzji, trzeba kupić dom lub zainwestować pół miliona dolarów. Można oczywiście mieszkać bez tego przywileju. Jak mi donoszą miejscowi, szykuje się najazd Rosjan. Ewakuują się z Rosji i uciekają z Ukrainy. Niektórzy z nich będą mieli wkupne na rezydenta.


[1] W. Wrzosek, Wycinanki, Poznań 2010, s. 16–17. Zabytkowy dom na sprzedaż w wiosce Anaga. Okolice Sighnaghi. Fot. Krzysztof Nodar Ciemnołoński, PolakoGruzin.pl; poniżej zespół klasztorny Szuampta; katedra Alawerdi, fot.: Wikipedia, Alaverdy Monastery

[2] Tamże, s. 13–14. Moje zdziwienie i pytanie, dlaczego nie schną rośliny, było pretekstem do zapoznania się ze Stefanią. Przyznaję, że już wcześniej byłem po drobiazgowych lekturach Braudela, ale z przyjemnością słuchałem popularyzowanej przez Stefanię znanej z literatury przedmiotu koncepcji zastosowań wielkich naczyń ceramicznych do przechowywania wina.

[3] Tamże, s. 7–8.

[4] W. Wrzosek, Wycinanki, s. 5.


Korekta językowa: Beata Bińko




Wycinanki (50)

WOJCIECH WRZOSEK

Wycinanki (50)

Referat nie powinien być obszerniejszy niż 10 stron znormalizowanego maszynopisu (czyli około 20 000 znaków ze spacjami, około 25–30 min wygłaszania). Jeśli referent ma małe doświadczenie, to powinien kilka razy wygłosić na próbę swoje wystąpienie. Da mu to co najmniej więcej pewności co do powodzenia przedsięwzięcia. Ujawni mankamenty referowania czy nawet braki merytoryczne. Referentka powinna także liczyć się z życzliwą interpretacją prowadzącego zajęcia czy sesję na konferencji i w większości przychylnym przyjęciem przez koleżeństwo w grupie. Nie należy przekraczać czasu danego referentowi przez prowadzącego zajęcia, seminarium, obrady konferencji. Znacznie lepsze wrażenie robi na słuchaczach zakończenie wystąpienia przed czasem niż przedłużanie wypowiedzi. Przeciąganie czasu referowania komunikuje zebranym, że nie panuje się nad własną wypowiedzią, nie jest się przygotowanym. Bynajmniej zaś nie to, że ma się tak wiele do powiedzenia lub jakoby dużo się wie. Nie należy zakładać, że tego, co się ma do powiedzenia ważnego, nie da się powiedzieć w wyznaczonym czasie. W ostateczności można zręcznie jakiś wątek uzupełnić w późniejszej dyskusji[1].

Praktyka napominania referenta przez prowadzącego obrady żenuje wszystkich. Podsuwanie „pod nos” kartki z napisem: czas minął lub 3 min itp. Przedłużanie wystąpienia to jednocześnie prowincjonalny sposób wymuszania dodatkowego czasu referowania w jego trakcie i wbrew uprzednim ustaleniom. Ponadto jest nielojalnym aktem wobec kolejnych referentów, dyskutantów czy wielbicieli przerw na kanapki, amatorów krytyk kuluarowych, obrońców prawa do toalety, nie mówiąc o obowiązku odbywania innych zajęć przez studentów.

Jedną ze znaczących umiejętności akademickich (studenckich, doktoranckich i profesorskich) stanowi zdolność do referowania ad hoc w krótszym czasie wskazanym przez prowadzacego obrady. Przemyślenie i przegrupowanie treści referowanych już w ferworze zdarzeń. Podobnie, jeśli otrzymuje się kwadrans na udzielenie odpowiedzi dyskutantom, to świadectwem dojrzałości i sprawności narracyjnej jest optymalizowane czasu będącego w dyspozycji. W tym i zarezerwowanie 15 sekund na zapowiedź odniesienia się do niektórych wskazanych w dyskusji kwestii w drodze elektronicznej.

Zadaniem referenta jest nawiązanie dialogu ze słuchaczami, najpierw zatem wprowadzenie słuchaczy w świat problemów stawianych przez referowaną autorkę, a następnie (równolegle/równocześnie) przełożenie go na świat kategorii słuchaczy.

      Niezwykle ważne jest ponadto wyraźne oddzielenie tego, co głosi autorka referowanej pracy, od tego, co myśli referent: a zatem odróżnienie myśli własnych od tych przedstawianych. Referat winien być sporządzony w mowie zależnej, w której bohaterem wywodu – przedmiotem namysłu referującego – jest koncepcja autorki, jej myśl, w drugim planie zaś rzeczywistość opisywana przez autorkę analizowanej pracy. Przedmiotem osądu referującego jest jego myśl o czymś, nie zaś to coś, o czym on myśli.

      Rozróżnienie narracji autora lektury od świata, o którym ona traktuje, stwarza prześwit krytyczny, który podlegać może zagospodarowaniu prze referentkę.

      Autor referatu powinien mieć cały czas kontrolę nad tym, co mówi. Czy mówi on o tym: (1) co głosi autor książki, (2) co sądzi on sam (3) czy jeszcze ktoś trzeci? Podstawowym błędem referującego jest mylenie tych poziomów. Słuchaczka powinna z łatwością podążać za tymi planami rozumowania referenta. Umożliwia jej to skupienie na tym, co referent ma myśli, a nie na domyślaniu się, kto (referent czy referowany autor) to głosi[2].

Kluczowe dla zrozumienia dyskursu akademickiego jest to, że nie należy traktować nieanonimowej narracji akademickiej jako własnej opowieści o tym jak to było – jako swojej relacji o minionym stanie rzeczy. Zanim zaczniesz poprzez tzw. źródła historyczne zaglądać przeszłości w oczy, musisz poznać, jak inni to robią i co z tego wynika. O co pytali i o co nie zdołali się zapytać. Nie o to chodzi, jaka była miniona rzeczywistość ludzka, lecz o to jakie mamy w zasobach tradycji myślowe jej obrazy.


[1] W. Wrzosek, Zaradnik. Poradnik zaradnego czytelnika książek trudnych sporządzony przez Wojciecha Wrzoska na użytek studentów historii, wyd. 2 poprawione i rozszerzone, Poznań 2022, s. 25–26.

[2] Tamże, s. 19–20.


Korekta językowa: Beata Bińko 




Wycinanki (49)

W. Wrzosek, Zaradnik. Poradnik zaradnego czytelnika książek trudnych sporządzony przez Wojciecha Wrzoska na użytek studentów historii, wyd. 2 poprawione i rozszerzone, Poznań 2022

WOJCIECH WRZOSEK

Wycinanki (49)

„Śnięta ryba” to alegoria pewnej skrajnej sytuacji, w której znajduje się sprawozdający/referujący czyjeś poglądy. Jeśliby nurt rzeki zestawić z narracją referowanej autorki, to skrajnie zniewolony (bierny) referent może być porównany do śniętej ryby niesionej przez nurt rzeki, czyli narrację autora. Optymalny punkt widzenia referenta można określić jako „satelitarny”. Nie dość, że rzeczony referent wie, skąd rzeka wypływa i dokąd wpływa, to jeszcze zna charakter jej biegu. Wie, czy to rzeka górska, dynamiczna, uregulowana, czy płynie leniwie, meandrując, jakie ma dopływy, przez jakie miasta przepływa…[1]

Ogląd satelitarny uzyskuje ktoś, kto i inne rzeki widzi, wie, że i one są z tego samego dorzecza lub z innego, ale bywa – przepływają obok. Widać, że osiągają to samo zlewisko i co dla historyka najważniejsze, generuje je ten sam lodowiec, jedna kieruje się na północ, druga zaś na wschód i znika w piaskach pustyni.

W przeciwieństwie do satelitarnego oglądu śnięta ryba bezwolnie płynie z prądem rzeki. Nie wie, skąd ani dokąd płynie. Referentka w roli śniętej ryby może być porównywana do historyka nożyczek i kleju ze słynnego określenia Robina Collingwooda. Według tego historyka, filozofa i archeologa angielskiego uczony taki ogranicza swą rolę do wycinania i wklejania relacji źródłowych[2].

Historię konstruowaną za pomocą redakcji i kombinacji świadectw różnych autorytetów nazywam historią nożyczek i kleju. Metoda nożyczek i kleju była jedyną metodą historyczną znaną w późnym antyku i wiekach średnich. Wówczas istniała ona w swej elementarnej postaci. Historyk zbierał świadectwa ustne i pisane i wychodząc ze swej oceny ich wiarygodności, łączył je w całość[3].

Analogicznie, „referentka nożyczek i kleju” nie wychodzi poza wybranie odpowiednich fragmentów narracji autora, które łączy, naśladując sprawozdawaną narrację. Powołując się na wierność autorowi referowanej pracy, płynie z nurtem od zanurzenia się w nim do wynurzenia. Bywa, że zanurza się w pierwszym rozdziale, a wynurza w ostatnim. Kopiuje oryginał.

      Referent, który postępuje zgodnie ze strategią historyka nożyczek i kleju, ma dzisiaj doskonałe narzędzia. Ma do dyspozycji funkcję kopiuj i funkcję wklej. Procedurę kopiuj/wklej jest trudniej wykonać, niż się pomysłodawcy wydaje. Nie sposób skopiować całego tekstu. Trzeba dokonać radykalnego skrócenia. Jak to zrobić? Jak wybrać, co najistotniejsze? Trzeba przeczytać i rozumieć całość. Czy nie lepiej wówczas opowiedzieć własnymi słowami, niż narażać się na referat w nie swoim języku?

      Między punktem widzenia „z satelity” a postawą „śniętej ryby” (wytnij/wklej) rozciąga się paleta stanowisk pośrednich, z którymi najczęściej mamy do czynienia[4].

Referat nie powinien być zbyt szczegółowy. Drobiazgowość prezentacji, zwłaszcza oparta na faktograficznych czy erudycyjnych wywodach autora omawianej pracy, jest zbędna. Słuchaczka, jeśli zechce, sama doczyta odpowiedni fragment. Także dlatego, że nadmiar przytoczeń jest prostym zastępowaniem, kopiowaniem narracji, którą zazwyczaj i tak lepiej prowadzi sam autor. Świadczy ponadto o tym, że referent wyręcza się autorem lektury. Sam prawdopodobnie nie dał rady opowiedzieć, co zrozumiał. Referent powinien zdawać sobie sprawę z tego, że prowadzący zajęcia i kompetentny słuchacz w mig zorientują się, że referent niewiele rozumie.

      Często takie postępowanie jest powodowane onieśmieleniem kompetencją (erudycją, elokwencją) autora i stąd mimowolnym wcieleniem się w jego rolę, niekontrolowanym utonięciem w narracji referowanej pracy. Łatwo spostrzec, że referentka ogranicza się wówczas do przytaczania fragmentów narracji poznanej lektury. Czyż jest coś prostszego do zrobienia? Referentka sprowadza swą rolę do kopiarki?[5]

Referent nie powinien popadać w dygresje i nadto „rozwinięte przypisy”, powinien kontrolować ich rozmiary, sygnalizując moment podjęcia dygresji, jak i moment powrotu do głównego tekstu. Użyteczne jest częste stosowanie akapitów, figur retorycznych oddzielających fragmenty referatu (jego główne składowe) w rodzaju: a teraz poddam analizie kwestię…, z kolei poświęcę nieco uwagi… itp. Jakkolwiek wiele z tych zwrotów brzmi konwencjonalnie (banalnie), to dla jasności i przejrzystości wywodu należy ich używać nawet wtedy, gdy nie stać nas na polot w tym zakresie[6].


[1] Wycinam z: W. Wrzosek, Zaradnik. Poradnik zaradnego czytelnika książek trudnych sporządzony przez Wojciecha Wrzoska na użytek studentów historii, wyd. 2 poprawione i rozszerzone, Poznań 2022, s. 22.

[2] Tamże.

[3] R.G. Collingwood, The Idea of History, wyd. cyt. Oxford University Press, Amen House, London 1961, wyd. 1 Clarendon Press 1946. Zob. W. Wrzosek, Losy źródła historycznego (refleksje na marginesie idei R.G. Collingwooda, w: Świat historii. Prace z metodologii historii i historii historiografii dedykowane Jerzemu Topolskiemu z okazji siedemdziesięciolecia urodzin, red. W. Wrzosek, Poznań 1998, s. 411–417.

[4] W. Wrzosek, Zaradnik…, s. 21.

[5] Tamże.

[6] Tamże, s. 23.


Korekta językowa: Beata Bińko




Wycinanki (47)

WOJCIECH WRZOSEK

Wycinanki (47)

Po wybuchu rewolucji październikowej rodzina Nabokowów przeniosła się na Krym. Ojciec pisarza – działacz partii kadetów – był ministrem w rządzie krymskim. W 1919 r, rodzina ewakuowała się z Sewastopola, tuż przed ofensywą bolszewików. Władimir z ojcem siedzieli na pokładzie parowca Liberty, grając w szachy, kiedy jeszcze byli w zasięgu ognia czerwonych.

Nabokowowie opuścili ojczyznę na zawsze. Rodzina i on sam od tego czasu wynajmowali mieszkania. Władimir korzystał kilka lat ze stancji w Cambridge, gdzie studiował, z pokoi gościnnych Berlinie, od stosunkowo wygodnych, gdy żyli jeszcze z biżuterii matki, jeszcze za życia ojca, po nędzny pokoik w Paryżu, gdzie pisywał swoje utwory na walizce. Drugą ewakuację „w ostatniej chwili” przeżył w 1940 r. W Ameryce państwo Nabokowowie często zmieniali miejsca pobytu. Po opuszczeniu Rosji Nabokow nigdy nie miał już domu w rozumieniu stałej siedziby. Nawet gdy już po sukcesie Lolity stać go było na luksusową rezydencję gdziekolwiek, zamieszkał komfortowo, ale jednak w hotelu w Montreux[1].

Jego nostalgicznym domem pozostała kamienica przy Bolszoj morskoj ulice 47 (na zdjęciu, dzisiaj muzeum Nabokowa), wspominał też rodzinne „dacze”, tj. trzy letnie rezydencje wiejskie: Rożdiestwieno, Batowo i Wyra[2].

Lolita przyniosła rosyjsko-amerykańskiemu pisarzowi światowe uznanie i sukces finansowy. Już w 1961 r. zamieszkał wraz z żoną Verą w Montreux‐Palace et Cygne. Po roku przeniósł się z trzeciego piętra skrzydła Cygne na najwyższe, gdzie nie miał już sąsiadów z góry. Jak wyjawił w wywiadzie dla Bernarda Pivota, powodem wyboru Szwajcarii jako miejsca zamieszkania było zaufanie do poczty. Poczta francuska czy włoska nie budziły zaufania pisarza ze względu na nękające je strajki. Wybór Montreux był podyktowany walorami krajobrazowymi i zapewne środowiskiem języka francuskiego[3].

Ponadto syn Dmitrij miał plany współpracy z włoskimi placówkami muzycznymi, swą pasję – rajdy samochodowe… Niektórzy sugerują, że miał też na to wpływ fakt, iż Mikołaj Gogol, którego Nabokow cenił wysoko, tworzył właśnie w okolicach Genewy, a nawet pisywał tu niezbyt ceniony przez niego Dostojewski.

W 1999 r. w pałacu w Montreux obchodzono stulecie urodzin Władimira Nabokowa w obecności jego syna Dmitrija i rosyjskiej delegacji z Moskwy. Brązowy pomnik pisarza ofiarowali pałacowi artysta Aleksander Rukawisznikow i burmistrz Moskwy Jurij Łużkow. W okolicznościowym koncercie wystąpiła młoda petersburska pianistka Margarita Szabłowska; grała Czajkowskiego, Rachmaninowa i Wieniawskiego przy akompaniamencie skrzypka. Dmitri Nabokov odsłonił pomnik swojego ojca; wyglądał na całkiem usatysfakcjonowanego z pracy Aleksandra Rukawisznikowa[4].

Do Petersburga wracają dokumenty i przedmioty osobiste należące do Władimira Nabokowa i jego rodziny. Według rosyjskich organów celnych na początku ubiegłego miesiąca z Montreux w Szwajcarii do magazynu Wasileostrowskiego dotarła duża przesyłka. Unikatowy zbiór liczy blisko 10 000 pozycji i obejmuje rękopisy, fotografie, filmy i publikacje drukowane. Adresatem przesyłki jest Instytut Literatury Rosyjskiej (Dom Puszkina) Rosyjskiej Akademii Nauk. Według wicedyrektora instytucji Swietłany Nikołowej Międzynarodowe Towarzystwo Władimira Nabokowa podarowało Domowi Puszkina archiwum pisarza. Obecnie badacze Domu Puszkina przy pomocy celników badają nowo przybyłe dokumenty[5].


[1] Vladimir Nabokov: Why do you live in hotels?, https://www.youtube.com/watch?v=UYvbTGoTgUc. Nobokowowie zajmowali sześć pomieszczeń, tworzących apartament na ostatnim piętrze Palace.

[2] https://www.startravelco.com/en-US/Attracts/334/Vladimir-Nabokov-House-Museum-St.-Petersburg.

[3] Opowiada o tym, tj. o kulisach wywiadu z Nabokowem w Montreux w 1975 r. – widzom L’apostrophe – Bernard Pivot: Apostrophes, Vol. 3: Les Grands Entretiens – Extrait Vladimir Nabokov. I tenże wywiad: https://www.dailymotion.com/video/x20of3m, w szczególności minuty 20–24. Faktografia dotycząca pisarza i jego bliskich na stronie The Nabokovian – International Vladimir Nabokov Society: https://thenabokovian.org/life/chronology; nowe teksty na jego temat: https://www.nabokovonline.com; http://www.dezimmer.net/Nabokov%27sWhereabouts/whereabouts.htm. Niezliczone w sieci dane jemu poświęcone (np. na YouTube dyskusje, filmy, wykłady, wywiady, audiobooki…); https://en.chessbase.com/post/nabokov-poems-and-problems; zob. też prace Briana Boyda, autora respektowanej biografii Nabokowa Nabokov. Dwa oblicza, tłum. W. Sadkowski, Warszawa 2006.

[4] Niestety o nazwisku skrzypka plakat okolicznościowego recitalu nie donosił. Pamiętamy: matka Władimira Nabokowa, z domu Rukawisznikowa, pochodziła z żydowskiej rodziny kupców syberyjskich. Nie wiem, w jakich relacjach z rodziną matki pisarza pozostawali autor i fundatorzy pomnika.

[5] https://www.nabokovonline.com/news.html, zapis z 2 lipca 2021 r.


Korekta językowa: Beata Bińko




Wokół „Wycinanek”. Publicystyka prof. Wojciecha Wrzoska

Wokół „Wycinanek”. Publicystyka prof. Wojciecha Wrzoska

Prof. dr hab. Wojciech Wrzosek z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu jest metodologiem historii. Od kilkudziesięciu lat zajmuje się teoretyczną refleksją nad histografią. Równolegle do swojej pracy naukowej uprawia publicystykę. Jest stałym współpracownikiem portalu ohistorie.eu, gdzie od dłuższego czasu w serii „Wycinanki” publikuje felietony dotyczące nauki, historii, historiografii, filozofii, edukacji, polityki, tematów bieżących. Seria felietonów „Wycinanki” jest znakomitym pretekstem do tego, by porozmawiać nie tylko o podejmowanych w poszczególnych tekstach niezwykle ważnych zagadnieniach, ale także o wyzwaniach stojących przed historykiem, humanistą we współczesnym świecie – o roli historyka, humanisty, naukowca zaangażowanego.

W dyskusji udział biorą:

Prof. dr hab. Wojciech Wrzosek,

Prof. dr hab. Jan Pomorski,

Prof. dr hab. Rafał Stobiecki,

Prof. dr hab. Krzysztof Zamorski,

Prof. Wiktor Werner,

Prowadzenie: Prof. Ewa Solska,

Realizacja wideo i podcastu: Prof. Piotr Witek




Wycinanki (46)

Informacja z bloga „The Niew Antiquarian”: Phaedra. Hardcover. New York, August, 1967. The first edition in Russian of Nabokov’s masterpiece. This copy is from the library of Marina Ledkovsky, Nabokov’s niece. Nabokov translated the work himself

WOJCIECH WRZOSEK

Wycinanki (46)

Onegdaj, jeszcze w 1986 r., doktorantka psycholingwistyki podpowiedziała mi, abym sprawdził swój rosyjski na Nabokowie. Pożyczyła mi Lolitę, wyd. Phaedra, New York, z 1967 r.

I jak? – zapytała jakiś czas potem. Jak mi z rosyjskim poszło? Odpowiedziałem, że nie bardzo… Chyba że zechce mi pomóc… Tak myślałam, odrzekła, bo to prawdziwy język rosyjski; bogaty, uduchowiony, z arystokratycznego, inteligenckiego przedrewolucyjnego domu… Ponadto „emigracyjny”, oderwany już w 1919 r. od kolejnych lat jego przemian. To Lolita w autorskim tłumaczeniu z angielskiego, samego Władimira Nabokowa[1].

W 1965 r. w ciągu sześciu miesięcy – jak przyznaje Władimir Nabokow – przełożył swoje sławne już dzieło na rosyjski. W Postscriptum napisał:

Historia tego przekładu to historia rozczarowania. Niestety, ten „cudowny rosyjski język”, który, jak mi się wydawało, stale gdzieś na mnie czeka i kwitnie niezawodnie jak wiosna za szczelnie zamkniętymi wrotami, do których od tylu lat przechowywałem klucz, jak się okazało, nie pasuje już do nich, a za nimi nie ma nic poza zwęglonymi kikutami w beznadziejnej jesiennej dali; klucz zaś w dłoni przypomina już tylko wytrych[2].

W ojczyźnie Nabokowa pierwsze wydanie to dopiero bodaj w wydawnictwie Библиотека журнала « Иностранная литература” w 1989 r. (tu poniżej, z prawej, okładka mojego egzemplarza, „dotkniętego przez rydwan czasu” – jak mawiał o naszych koleżankach mój kolega). Z lewej strony kopia z lat 1976–1981, sporządzona na maszynie do pisania.

Eksponowana w muzeum petersburskiego uniwersytetu. Pamiętajmy, że już (dopiero) w 1986 r. opublikowano w Związku Sowieckim inne utwory Nabokowa.

Nabokow i języki to przykład geniusza w służbie literatury wypielęgnowanego przez kulturę rodziny, w jakiej socjalizował się do jedenastego roku życia[3].

Tak oto we wstępie do wykładów Nabokowa referuje John Updike:

W.D. Nabokow [Władimir Dmitrijewicz, ojciec pisarza – W.W.] był przyzwoitym anglomanem; dzieci uczył angielskiego i francuskiego. Jego syn w swojej wspomnieniowej książce „Pamięć, przemów”[4] upewnia: „Nauczyłem się czytać po angielsku wcześniej niż po rosyjsku”. […]

Przeżywszy w Berlinie ponad piętnaście lat, i tak nie nauczył się – wedle swoich wysokich standardów – języka niemieckiego. „Ja z trudem mówię i czytam po niemiecku” – powiedział on ryskiemu korespondentowi. Trzydzieści lat później, w pierwszym utrwalonym na taśmie wywiadzie dla bawarskiego radia, Nabokow rozwinął ten temat: „Po przyjeździe do Berlina bałem się panicznie, że gdy nauczę się mówić biegle po niemiecku, zepsuję tym moją drogocenną warstwę rosyjskiego. Zadanie separacji językowej stawało się tym łatwiejsze, że przebywałem w zamkniętym emigranckim kręgu rosyjskich przyjaciół i czytałem wyłącznie rosyjskie gazety, czasopisma i książki. Moje wypady w stronę tubylczej mowy ograniczały się do wymiany uprzejmości z kolejnymi właścicielami i właścicielkami domów i rutynowymi dialogami w sklepach: Ich möchte etwas Schinken […]. W 1969 roku w wywiadzie dla BBC sprecyzował: „nie znam niemieckiego i dlatego mogłem przeczytać Kafkę dopiero w latach trzydziestych, kiedy w „La Nouvelle Revue Française” pojawiła się jego La Métamorphose. Dwa lata później powiedział on korespondentowi radia bawarskiego: Czytałem Goethego i Kafkę en regard – tak jak Homera i Horacego[5].

Wychowywany w domu przez guwernantki, debiutował jako jedenastolatek, w szkole w 1910 r., do której uczęszczał w latach 1910–1917. W szkole naśmiewano się z Władimira angielskich i francuskich wtrętów[6].


[1] Czytaliśmy więc razem około miesiąca, po mniej więcej dziesięć stron dziennie. To była niezapomniana lekcja języka rosyjskiego.

[2] „История этого перевода – история разочарования. Увы, тот «дивный русский язык», который, сдавалось мне, все ждёт меня где-то, цветет, как верная весна за наглухо запертыми воротами, от которых столько лет хранился у меня ключ, оказался не существующим, и за воротами нет ничего, кроме обугленных пней и осенней безнадежной дали, а ключ в руке скорее похож на отмычку”. В. Набоков, Постскриптум к руссому изданию, w: В. Набоков, Лолита, Москва 1989, с. 358. W Postscriptum datowanym na 7 listopada 1965 w Palermo. Skądinąd wypadałoby zamieszczać w polskich wydaniach Lolity postscriptum tłumacza, skoro ono jest. Zwłaszcza takiego tłumacza, który jest jednocześnie autorem, dzieła tłumaczonego. Rosjanie w wielu nawet kieszonkowych wydaniach publikują te kilka stron. Moje tłumaczenie. Chciałoby się zamiast cudowny, raczej magiczny, ale jednak może wystarczy pomyśleć, że cud-owny, bierze się od miraculum, wtedy odcień znaczeniowy magiczności, jaki pobrzmiewa mi w дивный, byłby oddany. Zwęglonych – de facto – pni – niż jak się ośmieliłem – kikutów. Jeśliby chodziło o pnie jako fundamenty języka, to raczej pnie. Jeśli zaś resztki, rdzenie języka przetrwałe mimo dramatycznego życia – pożogi, to kikuty… Zawodowcy mi, ufam, odpuszczą. Co robić z długimi zdaniami? Tu od увы do отмычку. Dzielić je na wiele zdań czy zostawić, bo to przecież jakby rytm wiersza.? Tu i ówdzie powiada się o poetyckiej prozie autora Pnina. Jednak rytm „wiersza” po rosyjsku to jednak nie to samo co rytm polskiego wierszowania.

[3] Pisarz wielokrotnie wspominał swoje guwernantki, w szczególności Szwajcarkę francuskojęzyczną, które uczyły języków i czytały dzieciom klasykę literatury europejskiej.

[4] В.В. Набоков, Другие берега, Москва 1989 (Память, говори); Vladimir Nabokov, A Bibliography of Criticism, oprac. D.E. Zimmer, uzup. J. Edmunds, https://www.libraries.psu.edu/nabokov/bib.htm.

[5] V. Nabokov, Lectures on Literature. Austen, Dickens, Flaubert, Joyce, Kafka, Proust, Stevenson, red. F. Bowers, przedmowa J. Updike, San Diego 1980; cyt. za: В. Набоков, Лекции по зарубежной литературе. Остен, Диккенс, Флобер, Джойс, Стивенсон, Москва 1988, Предисл. Апдайк Дж., s. 10, 14. Jest tłumaczenie polskie, ale go nie mam.

[6] Władimir chodził do bardzo dobrej szkoły (тенишевское училище), a raczej podwożono go bentleyem; dzisiaj na stronie szkoły widnieje jego nazwisko obok innych wybitnych absolwentów, m.in. Mandelsztama, Roma, Lepo-Danilewskiego), https://www.startravelco.com/en-US/Attracts/334/Vladimir-Nabokov-House-Museum-St.-Petersburg.


Korekta językowa: Beata Bińko




Wycinanki (45)

Monastero di Santa Marta, via Santa Marta 9

WOJCIECH WRZOSEK

Wycinanki (45)

Klasztor benedyktynek we Florencji. Pokoje gościnne, łazienki perfekcyjnie czyste bez choćby przyschniętej kropli wody na umywalce. Czuwają nad tym ekipy siostrzyczek, trzy razy dziennie czyszczą wszystko, co im wpadnie w ręce. Wieczorem nieludzką XIV-wieczną ciszę przerywa pisk 70-letniej istoty oddanej czystości: Professore polacco, telefono a te[1].

Wieczorami czytałem Ricoeura, White’a, Blacka i Lolitę po włosku[2]. A więc wieczorami w towarzystwie kiwi i flaszki od Bruna[3] – z pomocą English-Russian Dictionary of Nabokov’s „Lolita” z 1982 r. – czytałem tłumaczenie na włoski Bruna Oddera, wcześniejsze niż autorskie na rosyjski[4].

***

Nabokow, wykładowca literatury w Cornell University (znany w Stanford i na Harvardzie), nie zaryzykował pod swoim nazwiskiem publikować tej powieści w Stanach Zjednoczonych. Mało tego, wśród tamtejszych wydawców nie znalazł się chętny wydania jej pod pseudonimem. Jak donosił Umberto Eco:

w zabawnym zbiorku recenzji wewnętrznych i listów zawiadamiających o odrzuceniu, opublikowanym przez André Bernarda w Pushcart Press pod tytułem Rotten Rejections, można znaleźć między innymi taką opinię z 1955 r. o Lolicie Nabokova:

„Należałoby opowiedzieć to psychoanalitykowi, co zresztą zostało zapewne zrobione, by przerobić rzecz na powieść, w której jest parę pięknie napisanych fragmentów, ale która jest nadmiernie odrażająca, nawet dla najbardziej oświeconego z freudystów… Zalecałbym pogrzebanie jej na tysiąclecie”[5].

To nieodosobniona opinia z czasów, przymiarek do wydania i debiutu książki Nabokowa.

Lolita ukazała się po angielsku w Paryżu w 1955 r., w skandalizującej oficynie.

Dwutomówka, „w trawiastym kolorze okładka” (określenie Nabokowa z Postscriptum z 1965 r. do wydania rosyjskiego). To pierwsze wydanie Lolity w Olympia Press z 1955. Rekwirowali je przy odprawie granicznej – jako pornograficzny śmieć (порнографическую дрянь) – jak określał Nabokow, cytując bodaj angielskie służby celne. Na interwencję władz brytyjskich zakazana na krótko we Francji. Powieść Nabokowa stała się głośna dzięki pochlebnej recenzji Grahama Greena w „Sunday Times”, stanowczym proteście przeciwko niej Johna Gordona i przychylnym recenzjom amerykańskim[6].

Książka ta nigdy nie była zakazana w Stanach Zjednoczonych; m.in. Anaïs Nin przyznawała się do zarobkowania dzięki przewożeniu jej do USA. Oczywiście zanim ukazała się w G.P. Putnam’s Sons i odniosła sukces w Ameryce[7]. A stało się to w sierpniu 1958 r., kiedy sprzedano, w atmosferze skandalu obyczajowego, ale i literackiej sensacji, w ciągu trzech tygodni ponad 100 tys. egzemplarzy.

Tymczasem znalazł się i londyński wydawca, który zgodził się wydać Lolitę. Sprawa przypadła na czas procedowania nowego prawa o cenzurze (1958–1959), przy czym Lolita służyła za argument zarówno liberałom, jak i konserwatystom. Parlament sprowadził z Ameryki pewną liczbę egzemplarzy i zainteresowani posłowie zapoznali się z książką. Prawo o cenzurze zostało przyjęte i Lolita ukazała się w Londynie, w wydawnictwie Weidenfeld and Nicolson, w 1959 roku. Jednocześnie Gallimard przygotował pierwsze wydanie w języku francuskim[8].

Powieść pt. Lolita przeszła drogę od herezji literackiej i skandalu obyczajowego do statusu arcydzieła literatury XX w. W tym czasie lolitka, nimfetka w klasycznym ujęciu amerykańsko-rosyjskiego pisarza obrosła wariantami interpretacyjnymi i stała się klasycznym archetypem kultury współczesnej. Symbolem w kulturze wysokiej i emblematem popkultury[9].


[1] W. Wrzosek, Wycinanki, Poznań 2010, s. 11.

[2] P. Ricoeur. La metafora viva. Dalla retorica alla poetica: per un linguaggio di rivelazione, tłum. G. Grampa, Milano 1981; M. Black, Modelli archetipi metafore, tłum. A. Almansi, Parma 1983; H. White, Retorica e storia, t. 1–2, tłum. P. Vitulano, Napoli 1978;

[3] „Schodząc rano z klasztornego wzgórza, po drodze do biblioteki zostawiam – przed zamkniętym jeszcze sklepikiem Bruna – Magnum, półtoralitrową bottiglię. Wieczorem, gdy kupiwszy na straganie kiwi, wracam do siebie, zabieram bez zbędnych słów butlę pełną, aby w samotności przyćmić odgłosy sumienia i jakoś zasnąć. (Bottiglia Conica Magnum da 1,5 litri Tappo Corona diametro 29)”. W. Wrzosek, Wycinanki…, s. 11.

[4] V. Nabokov, Lolita, tłum. B. Oddera, przedmowa P. Citati, Milano 1966.

[5] U. Eco, Drugie zapiski na pudełku od zapałek, tłum. A. Szymanowski, Poznań 1994, s. 96–98. Autor felietonów do prasy i Imienia Róży donosił na początku lat dziewięćdziesiątych.

[6] Z J. Willard Marriott Library Blog Uniwersytetu Utah: „Originally published as a paperback by a relatively unknown publisher, the first printing of 5,000 copies sold out before year’s end. Graham Greene wrote in London’s Sunday Times that it was one of the three best books of the year. Other early reviews were hardly so generous. Many considered it pornographic. British Customs was ordered to seize copies coming into the British Isles. A year later, France’s Minister of the Interior also banned it” (https://blog.lib.utah.edu/banned-%D0%BB%D0%BE%D0%BB%D0%B8%D1%82%D0%B0/, dostęp 3.03.2022).

[7] S. Schiff, Véra Nabokova: portret małżeństwa, tłum. W.M. Próchniewicz, Warszawa 2005, s. 257.

[8] В. Набоков, Постскриптум к руссому изданию, w: tegoż, Лолита, Москва 1989, s. 358. W Postscriptum datowanym na 7 listopada 1965 w Palermo.

[9] Osobnym wymiarem obecności Lolity Nabokowa w kulturze są adaptacje sceniczne, scenariusze filmowe (samego Nabokowa dla Stanleya Kubricka choćby), ikonografia (np. wielogatunkowość przedstawień plastycznych, np. okładki do światowych i kolejnych wydań powieści; zob. „Lolita okładki” w Google, Lolita Book Cover Project i wiele tym podobnych świadectw).


Korekta językowa: Beata Bińko




Wycinanki (44)

WOJCIECH WRZOSEK

Wycinanki (44)

Wycinam z referatu Ruggiera Romano wygłoszonego na Pierwszych Braudelowskich Dniach w Meksyku w październiku 1991 r.:

Zawsze utrzymywałem, że Morze Śródziemne i świat śródziemnomorski w epoce Filipa II (1949) jest jedną z najważniejszych książek wydanych w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. I to w podwójnym znaczeniu: a) co oczywiste w dziedzinie książki historycznej: nie widzę po 1949 ani jednej książki historycznej, którą można by z nią porównać, b) co więcej, autor tej pracy nie tylko był wielkim historykiem. Wychodząc od historii, opierając się na niej, stał się jednym z wielkich intelektualistów naszego stulecia. Wielkim do tego stopnia, że wiele jego idei wpłynęło na inne dziedziny wiedzy. Wielu socjologów, geografów i ekonomistów myśli na sposób braudelowski (czasem nawet nie zdając sobie z tego sprawy). Jestem przekonany, że te idee w dużej mierze mają swój początek właśnie w El Mediterraneo[1]

Tomasz Falkowski, autor solidnej monografii o użyciu zdarzenia i refleksji nad zdarzeniem we francuskiej historiografii, perswaduje:

Już nawet pobieżna znajomość francuskiej tradycji historiograficznej ubiegłego stulecia przekonuje, że zdarzenie historyczne stało się czymś problematycznym, dyskusyjnym, kwestionowalnym. Wystarczy chociażby podstawowa wiedza na temat szkoły Annales, by sobie to uświadomić. Najogólniejsze fakty dają już tutaj do myślenia, na przykład to, że Fernand Braudel – najwybitniejszy przedstawiciel szkoły – neguje wagę zdarzenia w historii, a jednocześnie poświęca zdarzeniom całą trzecią część swego dzieła o Morzu Śródziemnym[2].

Méditerranée można charakteryzować na wiele sposobów, i tak pozostaje ono jedyne w swoim rodzaju. Zawiera niepowtarzalny zbiór cech historiograficznych, historiozoficznych i metodologicznych. Dzieło bowiem jest niepowtarzalne. Dwie części epopei o Morzu Wewnętrznym napisane w stylu Braudelowskiego modernizmu umiarkowanego, a więc nie w duchu historii tradycyjnej i zdarzeniowej, jak część trzecia. We wszystkich zdarzenie odgrywa jednak podobną rolę[3]. Jest, jak twierdzę, egzemplifikacją prezentowanych struktur, procesów i tendencji rozwojowych świata Morza Ciepłego. W tym tej najważniejszej tendencji dziejowej – zejścia świata śródziemnomorskiego ze sceny, straty roli głównej wyznacznika biegu dziejów. W wydaniu pierwszym tym momentem zmierzchu świata Morza był początek wieku XVII (stąd może i zbieżność schyłkowania światowej roli „Morza Wewnętrznego” i daty śmierci Filipa II). A może to schyłek cywilizacyjnej roli świata Morza Śródziemnego (lata 1540–1610) został określony w tytule dzieła epoką panowania Filipa II (powiedzmy 1554–1598). A może Filip II w tytule pozostał jako pamiątka po pierwotnym zamyśle historyka?[4]

Dwie trzecie książki to narracja procesualno-strukturalna, zasadniczo prowadzona poza historią polityczną, dyplomatyczną, narodową czy państwową. Trudno było Braudelowi dotrzymywać kroku tradycyjnej historii politycznej[5]. Braudel mentalnie był już w świecie historii średniego i długiego trwania. Z tego punktu widzenia podmiotami polityki są quasi-personnage, a rzadko jedynie jednostkowe podmioty sprawcze. Zdarzenia ilustrują procesy, tendencje, w tym polityczne.

Notabene w skorowidzu nazwisk dominują, i to w przytłaczającej liczbie, podmioty sprawcze (Handlunseinheit Kosellecka), bohaterowie części trzeciej. Potwierdza się pobieżna obserwacja: w historiografii nie-zdarzeniowej obecność jednostkowych podmiotów sprawczych, nawet jeśli ich działania potwierdzają symptomatycznie zjawiska ponadindywidualne, masowe, seryjne, jest wyraźnie rzadka. Inaczej jednak w zdarzeniowej części dzieła francuskiego historyka. Mimo że i tam prezentowane są procesy polityczne, tendencje i struktury, ilustracja zdarzeniowa jest bardzo częsta.

Dlaczego więc w skorowidzu nazwisk Méditerranée brak imienia Filipa II? Dlatego, że musiałoby ono występować zbyt często? A może dlatego, że Filip II występuje w Braudelowskich dziejach epoki Filipa II zbyt rzadko? A ile to razy de facto Filip II jest skryty pod nazwą „Hiszpania” i odwrotnie? A Madryt to zawsze Madryt czy czasami jednak Filip II lub Hiszpania?[6]


[1] Romano R., 1949: Nacimiento de un gran Libro: El Mediterráneo… De Fernand Braudel, w: Primeras Jornadas Braudelianas, C.A. Aguirre Rojas, R. Romano, B. Echeverría, I. Wallerstein, P. Braudel, M. Aymard, México 1993, s. 35 („He sostenido siempre que El Mediterráneo y el mundo mediterráneo en la época de Filipe II (1949) es uno de los libros más importantes producios en los últimos cinquenta años. Y lo esenundoble sentido: a) Naturalmente, en su codición de libro de historia: yo no veo, después de 1949, un solo libro de historia, que pueda comparársele, b) Pero además, autor de esta obra no ha sido solamente un gran historiador. Partiendo de la historia, fundándose en ella, ha sido también uno de los grandes intelectuales de nuestro siglo. Un gran intelectual, en la medida en que varias de sus ideas han influenciado a otros campos disciplinarios. Es considerable el número de sociólogos, geógrafos, economistatas, quetrabajan de manera braudeliana (incluso a veces, sin serconscientes de ello). Y estoyconvencido de que esas ideas tienen en buena parte su origen, precisamente, en El Mediterráneo…”).

[2] T. Falkowski, Myśl i zdarzenie. Pojęcie zdarzenia historycznego w historiografii francuskiej XX wieku, Kraków 2013. Tam o Braudelu i zdarzeniu zwłaszcza s. 50–53 i 59–62. Wyróżnienie w oryginale.

[3] Tamże, s. 8.

[4] Tu wszystkim kultowa przypowieść o spotkaniu Luciena Febvre’a i Fernanda Braudela na statku płynącym z Brazylii. „Braudel wspominał kiedyś swe pierwsze spotkanie z Lucien Febvre’em, kiedy to Febvre, słysząc, jak brzmi tytuł zgłoszonej rozprawy doktorskiej, zawołał: „Filip II i Morze Śródziemne? A dlaczego nie Morze Śródziemne i Filip II?” B. Geremek, W. Kula, Fernand Braudel i „Morze Śródziemne”, w: F. Braudel, Morze Śródziemne i świat śródziemnomorski w epoce Filipa II, Gdańsk 1976, t. 1, s. 6. To zdarzenie w ciągu swoich konsekwencji jest jakoby odpowiedzialne za powstanie „un livre qui grandit”, jak recenzował wiele lat później dzieło swego towarzysza rejsu do Europy autor Philippe II et la Franche-Comté. Étude d’histoire politique, religieuse et sociale, Honoré Champion, Paris 1911, 808 s., reedycja Éditions Perrin, Paris 2009, 816 s. (z przedmową Emmanuela Le Roy Ladurie).

[5] „Nawet w tych tradycyjnych dziedzinach trudno byłoby dziś naśladować Leopolda von Ranke”. F. Braudel, Morze Śródziemne…, t. 2, s. 268.

[6] Skorowidz nazw geograficznych i etnicznych w Méditerranée nie obejmuje hasła „Morze Śródziemne”. W skorowidzu rzeczowym trzy razy spotykamy piwo i tylko raz smalec. Natomiast oliwki i pochodne ponad sto razy, wino – 75, winorośl/winnice/winobranie podobnie; z kolei około 200 razy zboże. Czy to nas dziwi? Bynajmniej…


Korekta językowa: Beata Bińko




Wycinanki (43)

WOJCIECH WRZOSEK

Wycinanki (43)

W pracach historycznych Braudela znalazłem wiele argumentów na rzecz tego, aby uznać jego strategię narracyjną raczej za histoire non événementielle niż contre-événementiele[1]. Pisma zebrane w Écrits wskazywały mi onegdaj, że jego postawa badawcza to kontynuacja retoryki antyzdarzeniowej pierwszego pokolenia szkoły Annales. Z kolei formuła historii niezdarzeniowej dopuszcza i usprawiedliwia obecność trzeciej części w słynnym dziele o Morzu Śródziemnym. To niemal 350 stron historii zdarzeniowej (w wydaniu polskim z 1976/1977 to około jednej trzeciej objętości dzieła), pt. Zdarzenia, polityka i ludzie. Autor jeszcze w 1966 r. usprawiedliwiał się we wstępie:

Zastanawiałem się długo, czy opublikować tę trzecią część spod znaku wydarzeń. Należy ona do historii całkowicie tradycyjnej. Leopold von Ranke odnalazłby w niej swoje wskazówki, swój sposób pisania i myślenia. Prawdą jest jednak, iż historia globalna nie może się ograniczać do badania trwałych struktur czy powolnych ewolucji.

[…] Wydarzenia są pyłem: w historii stanowią tylko krótkie błyski. Ledwie powstały, już giną w mroku, a często i w zapomnieniu. A jednak każde [wydarzenie – W.W.] z nich – nawet najkrótsze – niesie świadectwo, oświetla jakiś punkt pejzażu, a czasem głębokie pokłady historii. I to nie tylko historii politycznej, wszystkie bowiem sektory – polityczny, ekonomiczny, społeczny, kulturowy, nawet geograficzny – są zapełnione znakami wydarzeń, owymi rozbłyskującymi światełkami. W poprzednich rozdziałach wiele stron zapełniliśmy tymi dosadnymi świadectwami, bez których często nie udałoby się nam uzyskać jasnego obrazu. Wcale nie jestem nieprzyjacielem wydarzeń[2].

Dwa aspekty istotnej roli zdarzenia/wydarzenia w globalnym ujęciu świata historycznego podkreślał Braudel tak oto:

Ważne jest wydarzenie, które ma konsekwencje, którego wpływ odnajdujemy daleko, które się odbija, jak mawiał Henri Pirenne. W tym sensie, jak powiadał niemiecki historyk R. Busch-Zantner, zdobycie Konstantynopola w 1453 roku nie jest nawet wydarzeniem, a wielkie zwycięstwo chrześcijańskie pod Lepanto (1571) nie ma żadnych konsekwencji; Voltaire sobie z niego żartował. […] Ważne wreszcie jest każde zdarzenie, które miało antecedencje i które ma następstwa, każde zdarzenie należące do łańcucha. Taka historia „serialna” jest jednak również rezultatem pewnego wyboru uczynionego przez historyka bądź narzuconego przez najważniejsze materiały źródłowe[3].

Braudel ma na myśli raczej zdarzenia/wydarzenia innego rodzaju, które zamykają, otwierają, zwiastują epoki, w rodzaju:

Podróż Vasco da Gama naokoło świata w roku 1498 to pierwsze pchnięcie zadane regionowi przez los. Przetrwa on jednak tę próbę. Upadek potwierdzi się dopiero w roku 1620, kiedy Anglicy i Holendrzy opanują odległe od siebie wyloty Morza Śródziemnego i wtargną na jego wody. Oznacza to długotrwałe pęknięcie. Czy ostateczne? Nawet znacznie później, po wiekach egzystencji na uboczu, przebicie kanału sueskiego (1869) […] nie odbuduje w pełni zamożności, a zwłaszcza dominującej pozycji regionu śródziemnomorskiego. Bo nad całym światem panuje wówczas niepodzielnie Anglia. Morze Śródziemne, zagarnięte w XVI wieku przez obcych, nie mogło być zwrócone ludom zamieszkującym jego wybrzeża[4].


[1] E. Beau de Loménie, L’histoire non événementielle, „Hommes et mondes”, styczeń 1955, nr 102, s. 187–202, udostępnione w „Revue des Deux Mondes”, https://www.jstor.org/stable/44206072; J. Rancière, Les mots de l`histoire. Essai de poétique du savoir, Paris 1992, s. 156; P. Ricoeur, Temps et récit, t. 1: L’intrigue et le récit historique, Paris 1983, s. 182–188; M. Bugajewski, Historiografia i czas. Paula Ricoeura teoria poznania historycznego, Poznań 2002. Tamże pogłębiona analiza problemu wydarzenia, quasi-personnage, quasi-intrigue w nowej historiografii, m.in. w ujęciu Ricoeura. Wszechobecność zdarzenia w myśleniu historycznym i historiografii francuskiej można znaleźć w: T. Falkowski, Myśl i zdarzenie. Pojęcie zdarzenia historycznego w historiografii francuskiej XX wieku, Kraków 2013. Tam o Braudelu i zdarzeniu zwłaszcza s. 50–53 i 59–62.

[2] F. Braudel, Morze Śródziemne i świat śródziemnomorski w epoce Filipa II, Gdańsk 1977, t. 2, s. 267. Ta trzecia część to, proszę wybaczyć śmiałość, popis fenomenalnej erudycji intelektualnej i faktograficznej. Jak przyznawał Paul Ricoeur: „Le véritable manifeste de l’école des Annales devait être le chef-d’œuvre entier de Fernand Braudel, La Méditerranée et le monde méditerranéen à l’épogue de Filippe II”. P. Ricoeur, Temps et recit, t. 1, s. 182.

Trzecia część jest pełna smaków archiwów. Archiwalia Morza, Raguza, a nawet Kraków, Biblioteka Czartoryskich, w czasie krótkiego pobytu w Polsce. Synchroniczne i diachroniczne opisanie dziejów politycznych w polichronostrukturalnym ich biegu. Sojusznikiem mojej interpretacji wydaje się Jacques Rancière, Les mots…, s. 155–158.

Potencjalny historyk powinien oglądać to dzieło przynajmniej dwie, trzy godziny, aby zorientować się, co w nim jest. To lektura na seminarium semestralne, z historiografii, w tym francuskiej, z historii Morza, z metodologii czy teorii historii, z dziejów Hiszpanii, Turcji, Włoch, Francji, Afryki Północnej…

[3] F. Braudel, Morze Śródziemne…, t. 2, s. 268.

[4] F. Braudel, R. Arnaldes, M. Aymard, F. Coarelli, G. Duby, J. Gaudemet, P. Solinas, Morze Śródziemne. Przestrzeń i historia. Ludzie i dziedzictwo, tłum. M. Boduszyńska-Borowikowa, B. Kuchta, A. Szymanowski, Warszawa 1994, s. 48–49.


Korekta językowa: Beata Bińko