Ludowa historia Polski – parergony, międzyprzestrzenie, perspektywy odkrywane

Portal ohistorie.eu zaprasza na relację wideo ze spotkania on-line z Przemysławem Wielgoszem, dziennikarzem, publicystą, redaktorem naczelnym polskiej edycji „Le Monde diplomatique”, inicjatorem projektu „Ludowa Historia Polski”, organizowane w ramach cyklu otwartych debat i seminariów humanistycznych.

Spotkanie odbyło się: 22 stycznia 2021 r, godz. 16:00.


Rozmowę poprowadziła dr hab. Ewa Solska (UMCS, ohistorie.eu)

Ludowa historia Polski – parergony, międzyprzestrzenie, perspektywy odkrywane

Historia ludowa jako nowa
orientacja w naukach humanistycznych i wieloaspektowe zjawisko w przestrzeni public history stanowi przesłankę pierwszego
z cyklu naszych spotkań poświęconych tematyce dość rozlegle już eksplorowanej. Przy
czym punktem wyjścia jest tu nowa seria warszawskiego Wydawnictwa RM
realizowana w ramach projektu „Ludowa Historia Polski”, który będzie przedmiotem
rozmowy z Przemysławem Wielgoszem – redaktorem merytorycznym serii. Otwiera ją książka Michała Rauszera Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopskich;
kolejnym tomem jest opracowanie Śladami Szeli czyli diabły polskie Piotra
Korczyńskiego.


Z noty wydawniczej:

„W
ostatnich latach coraz częściej badacze społeczni skupiają się na doświadczeniu
grup wcześniej nieobecnych w dominujących narracjach historycznych w Polsce.
Powstają studia nad pańszczyzną, poddaństwem i oporem wobec tych reżimów
podporządkowania, tematem analiz staje się chłopskość, zarówno jako
doświadczenie, forma tożsamości, temat literacki jak i przedmiot pamięci. Seria
Ludowa Historia Polski tworzy przestrzeń, w której autorzy dążą do odzyskania i
oddania sprawiedliwości podmiotowości swoich bohaterów w formule zbliżonej do
reportażu historycznego”.

Taka formuła wszakże zbliża nas do przestrzeni konsilienckiej, gdzie spotykamy dyskursy zaangażowane w odkrywanie historii pomijanych i odzyskiwanie przemilczanych głosów jej świadków. Wynajdywanie tej przestrzeni to jedno z pilnych społecznych zadań współczesnej humanistyki, zaś historia ludowa stanowi tu specyficzny, a zarazem nieodzowny trop, wart zatem wielostronnego rozpoznawania.  


Na
poczet rozmowy z Przemysławem Wielgoszem przedstawiam zarys „mapy zdarzeń” w
obecnej przestrzeni dyskursu Ludowej Historii Polski. Są to konsekwentnie okolice
parergonów, międzyprzestrzeni i odkrywanych perspektyw – bliżej peryferii niż
superwęzłów „sieci” rozmaitych nurtów i zwrotów w polskiej humanistyce. To na
peryferiach wszakże zaczyna się innowacyjny ferment.

Potraktujmy
ten diachroniczny wykaz jako zapowiedź tworzenia otwartego repozytorium, które
powinno być systematycznie dopełniane / uzupełniane w trybie crowdsourcingu (również z kontekstowym rozszerzeniem w
stronę historii ludowej w skali globalnej). Zapraszamy do działania – tytuły książek, projektów wydarzeń prosimy
zamieszczać na naszym facebooku i twitterze w komentarzach pod rozmową z
Przemysławem Wielgoszem oraz przesyłać na naszą skrzynkę mailową:  ohistorie@zoho.eu.

Ewa Solska

Od roku 2000 –

Rozruch w dyskursie nowej humanistyki w
Polsce: kurs z metahistory;
przecieranie tropów rewizjonizmu metodologicznego

Inna
nowoczesność
. Pytania o
współczesną formułę duchowości
(2000), Duch
powierzchni. Rewizja romantyczna i filozofia
(2004) i Romantyzm, niedokończony projekt. Eseje (2008) Agaty Bielik-Robson,

Sąsiedzi (2001) Jana Tomasza Grossa,

Barbarzyńska
Europa
(2004) Karola Modzelewskiego,

Chłopi i pieniądze na przełomie
średniowiecza i czasów nowożytnych
(2008) Piotra Guzowskiego,

Fantomowe ciało
króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą
(2011) Jana Sowy,

Prześniona
rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej
(2014)
Andrzeja Ledera.

& Zwrot ludowy – rozruch operacjonalizacyjny
w perspektywie mikrohistorycznej

Zarobić na duszne zbawienie. Religijność
chłopów małopolskich  od połowy XVI do
końca XVIII wieku
(2001);
Upodobanie. Małżeństwo i związki
nieformalne na wsi polskiej XVII – XVIII wieku
(2012) Tomasza Wiślicza

Od 2011  – formacyjne zdarzenia w sferze public humanities

Spektakl
W imię Jakuba S.  (2011) Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki
Strzępki,  

R.U.T.A.
(2011) – projekt muzyczny zespołu zainicjowany przez Macieja Szajkowskiego
(Kapela ze Wsi Warszawa) – pierwszy album: 
Gore – pieśni buntu i niedoli XVI
– XX wieku,

2015

Film
dokumentalny Niepamięć w reżyserii Piotr
Brożka,

Halka/Haiti
18°48’05″N 72°23’01″ W
– projekt C.T. Jaspera i Joanny Malinowskiej na Biennale
Sztuki w Wenecji (Pawilon Polski),

Pomnik chłopa Daniela
Rycharskiego,

Mit Galicji – wystawa w
Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie.

& Tropy literackie

Guguły (2014) Violetty Grzegorzewskiej,

Skoruń (2015) Macieja Płazy,

Podkrzywdzie (2015) Andrzeja
Muszyńskiego,

Galicyjanie (2016) Stanisława
A. Nowaka.

Od
2016 – wielopoziomowe / wielokontekstowe ruszenie w dyskursie historii ludowej
w Polsce

Polskie wydanie Ludowej
Historii Stanów Zjednoczonych. Od roku 1492 do dziś
Howarda Zinna (1980),

Wykluczeni Artura
Domosławskiego – rozszerzenie  rozprawy
Zinna o historie ludzi globalnego Południa,

Kobiety z marmuru. Robotnice w Polsce w
latach 1945-60

Natalii Jarskiej,

Bieżeństwo 1915 – zapomniani uchodźcy
Anety Prymaki-Oniszk

(rok wcześniej wychodzi w języku polskim księga-album Doroteusza Fionika Bieżeństwo. Droga i powroty. 1915-1922),

Rebelia i reakcja. Rewolucja 1905 roku i
plebejskie doświadczenie polityczne
Wiktora Marca,

Chory człowiek jest wtedy, jak coś go
boli. Społeczno-kulturowa historia zdrowia i choroby na wsi polskiej po 1945
roku
  Eweliny Szpak,

Odzyskać pracę /
Ludowa historia Polski
, „Czas kultury” 3/2016

2017

Chłopskość „Teksty Drugie”  6/2017,

„Ludowa
historia Polski – odzyskiwanie głosu”, debata w Centrum Sztuki Współczesnej na
Zamku Ujazdowskim w Warszawie

Seminaria
„Ludowa historia Polski” w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku  – trzy odsłony

Spektakl
Klątwa  Oliviera Frljića

Nie hańbi Olgi Gietkiewicz –
reportaż z polskiego rynku pracy po przełomie 1989

2018

Służące do wszystkiego Joanny
Kuciel-Frydryszak,

Anioł w domu, mrówka w fabryce Alicji
Urbanik-Kopeć,

Przemilczane: seksualna praca przymusowa w
czasie II wojny światowej
Joanny Ostrowskiej

Urobieni. Reportaże o pracy Marka Szymaniaka

Polskie
wydania

Rewolucja kulturalna. Historia narodu 1962-1976
Franka Diköttera  

Chiny w dziesięciu słowach Yu Hua

Ludowa Historia Francji Gérarda Noiriela [w] „Le Monde diplomatique”
– edycja polska 8/2018

XVIII Kongres Obywatelski, sesja: „Zrozumieć i
docenić polską chłopskość”

2018 – 2020 trzy sezony projektu „Ludowa Historia Polski”
zainicjowanego przez Przemysława Wielgosza („Le Monde diplomatique” – edycja
polska) z udziałem Strefy WolnoSłowej i Teatru Powszechnego. Projekt w kontynuacji

2019

Aleja Włókniarek Marty Madejskiej,

Baśń o wężowym sercu albo słowo wtóre o
Jakóbie Szeli

Radka Raka,

Śląsk zbuntowany Dariusza Zalegi

Homo movens. Mobilność chłopów w regionie
krakowskim XVI – XVIII wieku
Mateusza Wyżgi.

Początek
strukturyzacji nowego nurtu badań w polskiej humanistyce

29 listopada 2019 konferencja „Jak i po co pisać
dzieje tych, którym odmówiono przeszłości. Idee, strategie, praktyki badawcze”.

Organizatorzy:
Instytut Badań Literackich PAN, Le Monde Diplomatique – edycja polska, Strefa
WolnoSłowa.

 2020

Cięcia. Mówiona historia transformacji Aleksandry Leyk i
Joanny Wawrzyniak,

Początek
serii „Ludowa Historia Polski” Wydawnictwa RM, pod redakcją merytoryczną
Przemysława Wielgosza:

Bękarty pańszczyzny. Historia buntów
chłopskich
Michała Rauszera,

Śladami Szeli czyli diabłu polskie
Piotra Korczyńskiego,

„Wszyscy
jesteśmy ze wsi”  – podcast o kulturze i
historii Wsi Stowarzyszenia Folkowisko

Ludowa
Historia Polski. Historia wyzysku i oporu. Mitologia panowania
Adama Leszczyńskiego

Zapowiedzi książkowe na pierwszą połowę
roku 2021

Chamstwo. Ludowa Historia Polski Kacpra
Pobłockiego (w serii Wydawnictwa RM),

Siła podporządkowanych. Antropologia
chłopskiego oporu czasów pańszczyzny XVI – XIX wieku
Michała Rauszera (rozprawa
naukowa)

Przypominam
o Radiowym Centrum Kultury Ludowej w Polskim Radiu, działającym od 1994 roku,
zwłaszcza o cyklicznej audycji „Źródła – magazyn kultury ludowej w radiowej
„Dwójce”, cyklu płytowym „Muzyka Źródeł” i Festiwalu Folkowym Polskiego Radia
„Nowa Tradycja” (organizowanym przez RCKL od 1998 r.)  

Polecam
lekturę:

There There (Nigdzie indziej) Tommy’ego Orange’a,

Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki Colstona
Whiteheada,

Zbieranie kości Jesmyn Ward,

27 śmierci Toby’ego Obeda Joanny Gierak-Onoszko,

Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet Mony Chollet,

Nurt
slave narrative (w tym: Wyznania Nata Turnera Williama
Styrona) 




My, naród… i parę komentarzy

Grafika pochodzi z portalu na:Temat

MARCIN KULA

Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie

My, naród… i parę komentarzy

Kiedyś, podczas pobytu w Rio de Janeiro, poznałem już atmosferę, jaka się robi, gdy zaraza „opada na miasto”. Pojawiła się tam cholera. Bardzo to było nieprzyjemne. Różnica ówczesnej sytuacji w Rio i naszej obecnej była wszakże co najmniej jedna: tam nie stał problem, co będzie po epidemii. Wiadomo było, że każda przychodzi i odchodzi, a rozwiązania społeczne dla tych, którzy przeżyją, pozostają. W związku z obecnym prawie na całym świecie koronawirusem wiele osób stawia natomiast pytanie, co będzie po nim.

Zabierając głos w sejmie 27 marca 2020 r., w debacie o pakiecie antykryzysowym, premier Mateusz Morawiecki powiedział, że sytuacja, którą przeżywamy, potwierdziła wagę instytucji państwa narodowego – na niekorzyść Unii Europejskiej. Zostawmy na boku okoliczność, że mówca chyba nigdy nie lubił UE. Interesujące jest, jaki będzie rzeczywiście wpływ światowej epidemii na zjawisko narodowe. Otóż sądzę, że myślenie w kategoriach narodu ulegnie wzmocnieniu. Tak jak przy gaszeniu pożaru najważniejsze jest to, co dzieje się obok, a nie myśli się o tym, gdzie na świecie został wyprodukowany sprzęt gaśniczy, tak większość z nas patrzy na bliskie otoczenie i oczekuje skutecznych działań raczej lokalnych władz. Psychologicznie trudno jest też w takich sytuacjach myśleć o cierpiących daleko i dzielić się zasobami. W obliczu zagrożenia katastrofą na ogół nie kwestionuje się władzy kapitana – choć w takich sytuacjach nieraz u steru niekoniecznie stają najbardziej kompetentni, czasem wysuwają się właśnie inni. W niebezpieczeństwie ludzie gotowi są poddać się tendencjom autorytarnym. Wolą władzę skuteczną niż miłą i rozgadaną. Silna jest lepiej widoczna, a więc i z tego powodu ma przewagę. Taka władza na ogół też akcentuje swoje działanie w granicach narodowych. Co nie najmniej ważne, przebieg zagrożenia pokazuje, że lepiej mieć możliwości produkcyjne u siebie. Daleko posunięta autarkia dzisiaj byłaby już chyba niemożliwa do osiągnięcia, ale można się starać o jej zwiększenie. Nadto można dążyć do ograniczenia przepływów transgranicznych do niezbędnych dóbr i technologii, na niekorzyść dóbr kultury. Za wzrostem idei narodowej musi pójść nacisk na uprawianie i kultywowanie historii narodowej w miejsce problemowej. W obliczu niebezpieczeństwa ludzie często chwytają się idei znanych – a więc bardziej idei narodu i religii, niżby podtrzymywali szerokie horyzonty. Nieunikniony kryzys gospodarczy wywoła masowe bezrobocie, a społeczna frustracja już nieraz w historii wyładowywała się w nacjonalizmie. Ludzie zapamiętają, że zło przyszło z zewnątrz. W sytuacjach niebezpieczeństwa naturalne jest budowanie zapory. Niejeden z nas już przedtem chciał ją wznieść przeciw imigrantom, więc teraz będzie miał dodatkowy argument.

Od czasu „starożytnych Greków” nasze myślenie waha się pomiędzy tym, co swoje, a tym, co uniwersalne. Było tak i w starożytnym Rzymie, i w średniowieczu… i nie tylko w naszej cywilizacji. Instytucja ponadepokowa, jaką jest Kościół katolicki, myśli i działa zarazem w horyzoncie powszechnym, jak w bardzo lokalnym. U genezy współczesności rewolucja francuska 1789 r. uderzała zarówno w strunę narodu, jak – mówiąc w naszym języku – globalizacji. Rewolucjoniści tworzyli ujednolicony w miarę możliwości i w pewien sposób zdefiniowany naród zamiast zbiorowości poddanych króla. Zarazem chcieli rozpowszechniać rewolucyjne szczęście, gdzie tylko się da. Z późniejszych przykładów faszyzm akcentował, rzecz jasna, własny naród, ale docelowo miał na oku horyzont światowy. Z nurtów bliskich nam, choćby ze względu na konsekwencje, ruch robotniczy był nosicielem myślenia uniwersalnego, ale poniósł w tym myśleniu klęskę – gdy proletariusze wszystkich krajów, zamiast się połączyć, poszli do transzei I wojny światowej. Rewolucja rosyjska była w większym stopniu rewolucją narodów zdominowanych przez carat oraz mniejszości narodowych niż ruchem z modelu marksowskiego – choć głosiła hasła uniwersalne. No i była rewolucją narodu potężnie uderzonego przez wojnę. Przypuszczam, że w tym wstrząsie zadziałał mechanizm znany w bardziej modelowej formie z niejednego późniejszego ruchu, w tym z rewolucji chińskiej czy kubańskiej – a mianowicie dwukierunkowe sprzężenie motywów społecznych i narodowych. Trzeba było zmienić stosunki (ustrój), by naród odzyskał godne miejsce, a zarazem społeczne negatywne strony sytuacji „tubylców” dostarczały sił ruchowi rewolucyjnemu. Uniwersalny horyzont ambicji stawał się mniej ważny w porównaniu z lokalnym.

Gdy perspektywy bolszewickiej rewolucji światowej załamały się na linii Wisły, komunizm stał się tym bardziej narodowy. Jeszcze silniej zaakcentowano w nim ideę narodową podczas II wojny światowej i w jej konsekwencji. Ideologię można było ratować wagą trwania nowej Rosji dla przyszłej perspektywy światowej. Z czasem pojawiła się też idea stworzenia nowych narodów – radzieckiego, socjalistycznego narodu NRD, jugosłowiańskiego (to z niuansami) – ale przy całej nowości pomysłu jego podstawową ramą był naród. Potem to wszystko popruło się zresztą właśnie po szwach narodowych. Zanim to się stało, przy rozszerzaniu „obozu pokoju i socjalizmu” walkę ideologiczną trzeba było toczyć co najmniej w tym samym stopniu na płaszczyźnie ideologii narodowej, nieraz wręcz szowinistycznej, co na polu reform społecznych.

Innym wielkim zjawiskiem, które rozgrywało się w płaszczyźnie lokalnej, ale w perspektywie uniwersalnej, był proces dekolonizacji, a zwłaszcza stosunkowo zwarta w czasie dekolonizacja Afryki.

***

We wszystkich krajach rodzących się czy odradzających do niepodległego życia silne są akcenty nacjonalistyczne. „Młody nacjonalizm” często jest mocny i bojowy. Często staje też wtedy pytanie, kto jest narodem lub, co na jedno wychodzi, gdzie są granice „nas”. W Polsce ukształtowanie się myślenia narodowego w warunkach niewoli wzmocniło je, nastawiło ekskluzywistycznie oraz powiązało z religią. Piłsudski i Dmowski oczywiście różnili się wyobrażeniem stopnia wyłącznej polskości odrodzonego państwa narodowego, ale wątek państwa narodu polskiego był tu nieustająco silny – mimo 1/3 obywateli rekrutujących się z mniejszości narodowych. Piłsudski promował dominację instytucji państwa, chciał jego jedności. Propozycje autonomii kulturalnej Bundu nie miały szans, ale Marszałek przeciwstawiał się też rozrabianiu przeciw Żydom. Chyba zgodziłby się z konkluzją Henry’ego Morganthaua, sformułowaną po pogromach towarzyszących odzyskaniu przez Polskę niepodległości: „Naród polski winien zrozumieć, że jego najgorszymi wrogami są ci, którzy zachęcają do wewnętrznej walki. Nie ostoi się dom, którego mieszkańcy walczą ze sobą nawzajem. Musi istnieć jedna warstwa obywateli polskich, której wszyscy członkowie cieszą się równymi prawami i ponoszą takie same obowiązki”[1]. Było paradoksem, że człowiek, który walczył o niepodległość, który zwyciężył i stał się jej symbolem, faktycznie promował koncepcję państwa obywatelskiego – nawet jeśli bez tego słowa. Był to wszakże tylko jeden z nurtów myślenia. Charakterystyczne, że po śmierci Piłsudskiego sanacja zbliżyła się do endecji, co obejmowało również stosunek do kwestii żydowskiej.

Za swoich najczęściej byli w Polsce uważani rozsiani po świecie ludzie polskiego pochodzenia nawet w kolejnych pokoleniach i słabo związani z kulturą polską, nie zaś współmieszkający tu członkowie innych grup. Takie podejście nieraz występuje także dziś (jak, z grubsza biorąc, w Izraelu!). Jest się dumnym z „Rzeczypospolitej Obojga Narodów”, a mało pamięta się o partycypacji w niej Litwinów. O Konstytucji 3 maja mówi jako o konstytucji polskiej, podczas gdy była dziełem „obojga narodów”. Znikomo uwzględnia się w nauczaniu mniejszości narodowe, bez których trudno przecież rozwijać wewnętrzne zagadnienia dwudziestolecia. Bardzo rzadko omawia się zagadnienia mniejszości narodowych w tych samych opracowaniach, po prostu razem. Nawet w badaniach na ogół jedni z nas zajmują się polskimi chrześcijanami, a drudzy polskimi Żydami – co nie do końca tłumaczą uwarunkowania techniczne (źródła, język, brakująca wiedza). W potocznym języku (a ten dobrze odzwierciedla rzeczywistość!) funkcjonuje rozróżnienie „Polacy – Żydzi”, odnoszące się także do obywateli polskich. Mało kto myśli, że można być Polakiem i Żydem jednocześnie. O Polakach o żydowskich korzeniach często myśli się jako o Żydach. W kontekście rozmowy o Marcu niedawno pewien student zapytał mnie, czy Żydzi mieli wówczas rzeczywiście takie wpływy, jak głosiła propaganda marcowa. Nie przyszło mu do głowy skomplikowanie odpowiedzi, kto był wówczas i kto jest Żydem, ani myśl, że mówimy o obywatelach polskich niezależnie od wyznania bądź bezwyznaniowości czy to dziadków danych osób, czy nawet ich samych. Z tego punktu widzenia tytuł skądinąd jak najbardziej aprobowanej przeze mnie wystawy o Marcu w Muzeum Polin („Obcy w domu – wokół Marca ’68”) nie był szczęśliwy – jako dwuznaczny[2]. Bardziej mi się podobał tytuł wystawy zorganizowanej w Muzeum Narodowym w Krakowie w 1989 r. – „Żydzi – polscy” – w którym ów myślnik pomiędzy dwoma słowami był fundamentalnie ważny.

Już podkreślanie, że ktoś pochodzi ze zasymilowanej rodziny żydowskiej, czy że sam był (jest) zasymilowany, zdarzające się często i na ogół w dobrej intencji, zdradza potrzebę takiego podkreślenia – a potrzeba jest dlatego, że „się” rozróżnia. Do dziś zapamiętałem, jak to w 1993 r. usłyszałem wypowiedzianą publicznie, zresztą właśnie w dobrej intencji, informację, że w Muzeum Literatury w Warszawie jest sporo judaiców, np. rękopisy Tuwima czy Brzechwy. Moja reakcja: pamiętam oczywiście wielkie teksty Tuwima My, Żydzi polscy oraz Kwiaty polskie, w których wyraża on swoje poczucie przynależności zarówno do społeczności polskiej, jak żydowskiej[3]. Czy jednak dojdziemy do uznania Lokomotywy za ciekawe judaicum?

Drobnego, ale znaczącego w rozpatrywaniu sfery publicznej przykładu z niedawnych czasów dostarcza nagranie biznesowych rozmów Jarosława Kaczyńskiego w sprawie budowy wysokich budynków przy ul. Srebrnej w Warszawie. Nie warto podkreślać, że nagrywanie rozmów, które stało się prawie narodowym sportem, nie jest najlepszą rozrywką. Z punktu widzenia niniejszych rozważań ciekawa jest drobna, uboczna sprawa. Mianowicie poseł, a obecnie wicepremier Kaczyński, mówiąc do swego interlokutora o działaczu ruchów miejskich Janie Śpiewaku, który przeszkadza mu budować planowane wysokościowce, informował, że jest to syn „żydowskiego profesora” („Śpiewak to jest taki bardzo ostry żydowski profesor. Tak, to jest jego syn”[4]). Wyraził się tak o Pawle Śpiewaku, dyrektorze ŻIH, a zarazem profesorze Uniwersytetu Warszawskiego, obywatelu polskim. W kontekście rozmowy słowo „żydowski” w ogóle nie było potrzebne. Jednak padło.

Z kolei funkcjonująca w społeczeństwie liczba członków „Polonii” wciąż rośnie – nie tylko z powodu nowych fal emigracyjnych. Ludzi sytuujących się na pograniczach narodowościowych całkowicie ex post polonizuje się. Wielu Polaków nie jest dziś świadomych nie tylko tego, co można powiedzieć o Mickiewiczu jako o człowieku z pogranicza kultur, ale tego, że Kościuszko i Piłsudski określali siebie jako Litwinów; że Stanisław Narutowicz, który podpisał akt niepodległości Litwy, był bratem prezydenta RP; że z braci Szeptyckich jeden był szefem Sztabu Generalnego WP w 1919 r. oraz ministrem spraw wojskowych w 1923 r., drugi zaś greckokatolickim biskupem Lwowa[5]. O tym, że Żydzi byli obywatelami polskimi, chętnie przypomina się sobie, gdy mowa o ofiarach wojennych. Mówi się o 6 mln ofiar, nie wspominając, że połowa zginęła jako Żydzi. Z jednej strony brak rozróżnienia może cieszyć o tyle, że najstraszniejsze było, iż życie stracili ludzie, i to mogłoby wystarczyć. Może też cieszyć mówienie łączne o obywatelach RP, bez wytykania komukolwiek czegokolwiek. Może jednak też niepokoić jako ewentualna chęć zacierania zróżnicowania, chęć inkorporacji. Trzeba umieć mówić o wojnie i okupacji, o 6 mln jej ofiar – i nie wspomnieć o Holokauście, jak w Muzeum Ordynariatu Polowego WP (nawet jeśli, co oczywiste, jest to muzeum duszpasterstwa, a nie historyczne muzeum okupacji)[6].

***

W okresie międzywojennym część społeczeństwa faktycznie odmawiała mniejszościom narodowym pełnych praw obywatelskich. Na tym tle rodziło się wiele konfliktów, co dziś chętnie się pomniejsza. Występowały one głównie w związku z mniejszościami żydowską i ukraińską. Sprawa jednych i drugich była wszakże bardzo różna. W stosunku do Ukraińców pojawiała się idea polonizacji, niekiedy z przekonaniem, że prawosławni są zruszczonymi Polakami (analogiczne pomysły nieraz pojawiały się w dziejach najnowszych w różnych krajach w odniesieniu do mniejszości). Dążono do autokefalii Kościoła prawosławnego na ziemiach państwa polskiego, do konwersji ludzi na wiarę rzymskokatolicką. W 1938 r. podniosła się fala niszczenia cerkwi – na ogół przy milczeniu Kościoła katolickiego. Niektóre z ówczesnych konfliktów odbiły się pewnym echem. Po zbezczeszczeniu ołtarza katolickiego zbudowanego w związku ze świętem Korpusu Ochrony Pogranicza w miejscowości Hrynki doprowadzono tam do przymusowych konwersji. Maria Dąbrowska zapisała wtedy: „Biedny Wołyń. Zostaną po nim tylko Hrynki (o których już głośno w Europie) i wojsko w roli polskich Krzyżaków, nawracających postrachem i przekupstwem z prawosławia na katolicyzm. Moralnie – ohyda, politycznie – kliniczna głupota, obłęd, za który Polska ciężko płacić będzie”[7]. Jak wiadomo, podczas wojny to proroctwo się spełniło. Nie jest oczywiście powiedziane, że i bez takich akcji ono by się nie spełniło w ramach „czystki etnicznej”, mającej służyć odrodzeniu Ukrainy. Akcja polonizacyjna nie ograniczała się zresztą do płaszczyzny religijnej i niekoniecznie musiała mieć cechy drastyczne[8]. Pozostaje jednak faktem, że – jak zauważono – w Polsce nie pojawił się nawet odpowiednik brytyjskiego pojęcia „British”, nie mówiąc o „Zjednoczonym Królestwie”. Wielka Brytania i Anglicy też nie byli święci w swym odnoszeniu się do pozostałych narodów państwa[9]. W Polsce jednak realizowano przekonanie, że to ma być państwo polskie i kropka. W terminie „Rzeczpospolita Polska” drugie słowo było bardzo istotne.

W odróżnieniu od Ukraińców na polonizację Żydów nikt się nie nastawiał. Dominowała idea bogobójstwa. Mit brania chrześcijańskiej krwi na macę pojawiał się jeszcze w pogromach po II wojnie światowej. Rozproszenie Żydów zmieniało charakter niechęci w porównaniu do Ukraińców, ale czyniło tę grupę widoczną dla każdego, w tym dla środowisk znaczących w opinii. Kościół był jej niechętny, miłując bliźnich wyraźnie wybiórczo. Atmosfera wokół Żydów była często zła[10]. Pogromy u początków dwudziestolecia stanowiły marny horoskop[11], zamknięcie wojskowych żydowskiego pochodzenia jako rzekomo nielojalnych podczas wojny 1920 r. podobnie. Oczywiście grupie żydowskiej nie odmawiano różnych uprawnień. Prowadziła swoje życie społeczne i religijne, istniały żydowskie partie polityczne, szkolnictwo, wraz z innymi mniejszościami miała swoją reprezentację w sejmie[12]. Niejeden polski Żyd wspiął się wysoko w hierarchii społecznej. Najczęstszy stereotyp Żydów był jednak fatalny, nawet jeśli paradoksalny (postrzegani zarówno jako krwiopijcy, jak jako „żydokomuna”, a często jako niepotrzebna nikomu biedota i „chałaciarze”, których warto się pozbyć z kraju). Niejeden inteligent ze środowiska żydowskiego odczuwał „szklany sufit”. Z lat trzydziestych znane są zjawiska takie, jak numerus clausus na uczelniach, numerus nullus w różnych organizacjach, spór o dostęp do zwłok dla żydowskich studentów medycyny, spór o ubój rytualny, bójki na uczelniach[13]. ZHP, który jako organizacja formująca dzieci i młodzież mógł odgrywać dobrą rolą w zbliżeniu grup, nie tylko nie akceptował form skautowych tworzonych w środowisku żydowskim, ale często nie chciał przyjmować Żydów w swoje szeregi. Oczywiście istniały tu pewne autentyczne przeszkody formalne (chrześcijański charakter organizacji, zaznaczony nawet w podstawowych tekstach i symbolice) – ale chyba to nie było tylko to. Aleksander Kamiński, z czasem uznany za jednego ze Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, był jednym z nielicznych starających się o kontakt ZHP z młodzieżą niechrześcijańską[14]. Znany mi jest wypadek nieprzyjęcia jakiejś harcerki pochodzenia żydowskiego do harcerskiej służby we wrześniu 1939 r. w Warszawie – jako niepewnej. Jerzy Jedlicki na zawsze zapamiętał, jak go usunięto z podziemnego harcerstwa za okupacji[15].

Dystans między grupami miał być zachowany. W jakimś stopniu wynikało to z poglądów. Nieraz nie lubiano właśnie Żydów zasymilowanych; zauważano już przed wojną, że lepiej tolerowani byli Żydzi na Nalewkach niż w „Ziemiańskiej”[16]. Takie stanowisko mogło dotyczyć nie tylko mniejszości żydowskiej. Virgilia Sapieżyna, Amerykanka, która wyszła za mąż za księcia Sapiehę i mieszkała w ich majątku na wschodzie ówczesnej Polski, opowiada w pamiętniku, jak to lokalna elita została zaproszona na spotkanie w sprawach szkolnictwa podstawowego. „Zastępca burmistrza – pisze – wstał i wygłosił mowę o tym, jak polskie dzieci powinny się trzymać razem i odseparować od siebie element ruski i żydowski” (na to zresztą ciekawie zareagował inspektor szkolny: „To bardzo dobrze, że rozmawiamy o kulturze, ale w okolicach Rawy Ruskiej jest tysiąc pięćset dzieci, które nie chodzą do szkoły z powodu braku butów”)[17].

Niezależnie jednak od poglądów ludzi w wymienionych i rozlicznych innych sprawach, istotne było pewne socjologiczne podłoże współżycia grup: na ich styku występowało mnóstwo czynników znanych socjologii jako zwiększające dystans międzygrupowy (tworzenie skupisk, duża odmienność obyczajowa i religijna, wyraźne odróżnianie się rozlicznymi cechami, często zwartość grupy mniejszościowej, nieraz jej niechęć do integracji i tym bardziej asymilacji, zaznaczona odrębność językowa, koncentracja w określonych i to wzbudzających niechęć zawodach – choć nikt nie chciał pamiętać, że na przykład, jeśli Żyd rozpijał chłopów, to czynił to na rzecz dziedzica, od którego dzierżawił karczmę). Można bez końca dyskutować, które z tych cech były przyczyną dystansu między społecznościami, a które skutkiem. W końcu Żydzi zostali zepchnięci ku handlowi i obrotowi pieniężnemu jako „typowym” zajęciom. Tak nie musiało być. Konwertyci z Półwyspu Iberyjskiego („nowi chrześcijanie”) rozwijali plantacje trzciny cukrowej i jej przerób w Nowym Świecie[18]. W Palestynie syjoniści rozwijali kolektywne gospodarstwa rolne. Nawet w Polsce w okresie międzywojennym funkcjonowali też, choć relatywnie nieliczni, Żydzi rolnicy[19].

W kwestii dużej zamkniętości społeczności żydowskiej tworzył się klasyczny zaklęty krąg: im bardziej odczuwała niechęć, tym bardziej się zamykała; im bardziej się zamykała, z tym większą niechęcią na nią patrzano. Na dodatek sprawa miała bardzo odległe korzenie historyczno-religijne, co przesuwa sprawę uświadomionych i podświadomych niechęci wstecz, na równie odległe pokolenia. Podobnie zresztą trudno jest rozdzielić przyczyny i skutki nakładające się na bagaż historyczny w wypadku stosunków polsko-ukraińskich czy polsko-litewskich. Pozostaje faktem, że niezależnie od przyczyny często były to inne światy – w wypadku Żydów nawet gdy wchodziły w grę te same miasta i miasteczka. Juliusz Osterwa jak najbardziej współpracował z ludźmi teatru żydowskiego, a prywatnie, dla siebie samego, pisał z obrzydzeniem o żydowskich dzielnicach Warszawy i o „szwargocie”, także o tym, że obywatele polscy powinni mówić po polsku[20]. Maria Dąbrowska, zajmująca bardzo szlachetne stanowisko w sprawach żydowskich publicznie, w dzienniku i w prywatnej korespondencji dawała wyraz opiniom czasem trudnym do zaakceptowania[21]. Po pobycie w Szczebrzeszynie w 1925 r. zapamiętała i zanotowała ex post: „Były to jakieś żydowskie święta. W mieście panowała cisza, z synagogi rozlegały się na całe miasto ekstatyczne rozdzierające pienia religijne, a prócz tego Żydzi modlili się w różnych mniejszych domach modlitwy. A że było gorąco i okna były pootwierane, więc w jakiejś cichej pustej uliczce zobaczyłyśmy nagle w obszernym wnętrzu cały tłum Żydów, okrytych biało-czarnymi tałesami, rozmodlonych, kiwających się, zawodzących. Doznałam wrażenia, że jestem gdzieś w Arabii. Powiało na mnie obcością tak wielką, że aż przerażającą. Uciekłyśmy co prędzej z tej ponuro egzotycznej uliczki”[22]. Prawdę mówiąc, można Dąbrowską zrozumieć.

Odnotowując drogę powrotną pociągiem z Piotrkowa w 1928 r., diarystka zapisała: „W drodze powrotnej rozbolała mnie bardzo głowa. Jechaliśmy zwyczajnym pociągiem, trzecią klasą, cztery godziny śród Żydów”[23]. To zdanie oczywiście nie brzmi dobrze. Pomyślałem sobie jednak o nim, gdy w 1994 r. jechałem do Bydgoszczy (miejsce akurat tu nie ma znaczenia). Z kolei ja wtedy zapisałem:

Do mojego przedziału wsiedli Rosjanie ze znaczną liczbą najpewniej handlowych bagaży. Rozmieścili je zresztą także na półkach w sąsiednich przedziałach – wyraźnie dokładając starań, by nikomu przypadkiem nie zawadzały. Byli bardzo grzeczni, ustępowali z drogi, gdy ktoś z nas, dwóch Polaków obecnych w przedziale, chciał wyjść na korytarz. Wyraźnie chcieli pokazać, że uznają w nas naród panów, którego to faktu nie kwestionują. Jednocześnie przez cały czas podróży byli niespokojni. Ciągle przepakowywali coś w swoich bagażach, nawet siedząc, zachowywali czujność; takie przynajmniej sprawiali wrażenie.

My zaś, dwóch nieznanych sobie nawzajem Polaków w przedziale, po pierwsze odczuliśmy nagle wspólnotę duchową. My to byliśmy my, ci lepsi. Niewątpliwie odczuwaliśmy też jakieś zagrożenie. Teczkę ustawiłem bardzo blisko siebie. Wychodząc z przedziału, mruknąłem do drugiego Polaka, by zwrócił uwagę na moje palto – a on kiwnął głową wyraźnie porozumiewawczo. Gdy któryś z Rosjan po raz kolejny grzebał w bagażach rozmieszczonych nad naszymi głowami, też wymieniliśmy porozumiewawcze, trochę zniecierpliwione, trochę ironiczne spojrzenia…

I dziwić się tu bodajże Marii Dąbrowskiej, która w swoich dziennikach zanotowała jakiegoś pięknego dnia, że zmęczyła ją jazda pociągiem w tłumie Żydów! Przecież ja zaczynałem mieć uczucia podobne, a nie byłem nawet w tłumie Rosjan…

Tak, wiem, spotkani przeze mnie Rosjanie byli przyjezdnymi, nieustabilizowanymi tu ludźmi, podczas gdy Żydzi byli tutejsi. Dystans nie musi być jednak sprawą geograficzną czy bezpośrednio związaną z migracjami. Bywa wręcz przeciwnie. Przykładem Jedwabne[24] – ale równie dobrze, dajmy na to, sąsiedztwa dzielnic nędzy oraz tzw. lepszych dzielnic w wielkich miastach latynoamerykańskich. Dystans w stosunku do Żydów był tym większy, im bardziej niechętny był do nich stosunek. Zdarzali się ludzie funkcjonujący na pograniczu, ale takich jak – powiedzmy – Julian Tuwim było mało. Akurat on też zresztą nie miał lekko.

Jako historyk zajmowałem się kiedyś pewną przykładowo dobraną rodziną żydowską z międzywojennej Warszawy. Nie było jej źle, młodzi ludzie z tej rodziny studiowali na Politechnice oraz na Uniwersytecie Warszawskim – ale kontaktów innych poza rutynowymi zawodowymi ze środowiskiem pozażydowskim nie mieli[25]. We wspomnieniach pojawiają się dwa parki warszawskie, w których Żydzi byli otwarcie niepożądani. Obecnie ciągle podkreśla się, że Żydzi zostali w Polsce przyjęci i dobrze żyli przez 500 lat, podczas gdy inni ich nie chcieli. Mówi się o „gościnie” (moje pytanie: po ilu setkach lat uznaje się prawo zasiedzenia, a gość staje się swoim?). Te grupy żyły jednak nie tyle razem, ile obok siebie – przynajmniej w okresie międzywojennym[26]. Mieszane małżeństwa (czuły wskaźnik!) zdarzały się jak na lekarstwo[27].

Dystans może powiększyć się dla jakichś przyczyn – jak stało się na przykład w byłej socjalistycznej Jugosławii[28]. Z dawniejszych przykładów warto wspomnieć Turków i Ormian bądź Turków i Greków, którzy mieszkali w dzisiejszej Turcji od czasów wielkiej kolonizacji greckiej, a których nagle wyrzucono (szczęśliwie ich akurat nie wymordowano). Na pograniczach (także pograniczach kulturowych) często miało i ma miejsce mocne akcentowanie kultury, tożsamości, narodowości – co łatwo prowadzi do konfliktów. Właśnie tam często chce się wyznaczyć wyraźną granicę. To nie usprawiedliwia Polski w rozważanych sprawach, ale pozwala realistyczniej je widzieć.

Dymitr Fiłosofow, rosyjski krytyk literacki, żyjący na emigracji w Warszawie w dwudziestoleciu, sformułował obserwację, że Żydzi i Polacy istnieją obok siebie jak masło i woda[29]. Sam pomyślałem o takich sytuacjach, gdy zobaczyłem kiedyś grupę Romów z Rumunii koczujących na dworcu w Krakowie. Między nimi a resztą podróżnych tworzyła się linia graniczna parometrowej szerokości, której nikt nie przekraczał. Pewien znajomy z USA (biały, co w tym kontekście istotne) napisał mi swego czasu, że gdy czyta o położeniu Żydów w Polsce międzywojennej, nasuwa mu się porównanie ze stosunkami białych z Afro-Amerykanami. Nawet gdy są razem, to są osobno. Dziś ta sytuacja nasuwa się na myśl w kontekście stosunku do imigrantów w Europie. No i czy to wtedy w odniesieniu do Żydów, czy dziś w wypadku imigrantów najbardziej by się chciało, ażeby się wynieśli. Często powołuję przykład pewnego, znalezionego w materiale archiwalnym, pytania policji z Brześcia nad Bugiem do władz warszawskich z 1939 r. Policja w Brześciu natrafiła na ślady organizowania nielegalnej emigracji Żydów do Palestyny i pytała, co z tym robić. Odpowiedź z Warszawy była jednoznaczna: nic nie robić (jeżeli chcą wyjechać, to tym lepiej!). Ta sprawa sama w sobie była tyleż drobna, ile charakterystyczna[30]. Kto wie, czy nawet nie bardziej charakterystyczna niż – dajmy na to – popieranie syjonizmu, do popierania terrorystycznej grupy Sterna w Palestynie włącznie (w latach 1938–1939 dostarczanie broni, szkolenie[31]), czy niż rozmowa Becka z Hitlerem w styczniu 1939 r. o wysiedleniu europejskich Żydów do jednego z krajów afrykańskich. Pół roku później ambasador Lipski powiedział Hitlerowi – jasne, Holokaust nie rysował się wtedy jeszcze nawet w perspektywie – iż Polacy wybudują mu pomnik, jeśli potrafi rozwiązać kwestię żydowską[32]. Warto dodać, że władze Rzeczypospolitej marzyły o wyjeździe także innych mniejszości narodowych. Jak we wczesnym okresie odrodzonej Polski myślano – skądinąd mało realistycznie – o emigracji jako narzędziu rozładowywania przeludnienia agrarnego, tak w późniejszym chciano je potraktować jako instrument zwiększania wagi Polaków na niekorzyść przedstawicieli mniejszości w powiatach, w których nie była ona oczywista.

***

Okupacja stała się w pewnym sensie sprawdzianem II Rzeczypospolitej, z którego ta formacja wyszła zresztą dobrze. Nie zakwestionowano instytucji państwa mimo kolejnego rozbioru – choć przecież dopiero tak niedawno odrodziło się. Rząd londyński i jego agendy w kraju były bardzo szeroko uznawane. Czy natomiast kategoria obywatelstwa przeważyła kategorię przynależności do narodu? Z pewnością nie. Takiej zmianie nie pomógł oczywisty fakt, że wojna toczyła się między narodami. Jej brak potwierdził się w odniesieniu do mniejszości narodowych. Zważywszy na specyficzne położenie mniejszości na Wschodzie z jednej strony, a mniejszości niemieckiej z drugiej, sprawdzianem stał się stosunek do mniejszości żydowskiej – zwłaszcza że jej położenie było inaczej szczególne. Czy sprawdziło się, że Żydzi byli traktowani jako obywatele (Piłsudski), czy opinia Dmowskiego, że to ludzie spoza narodu? Przedwojenny dystans obu społeczności najczęściej przesądzał wybór. Jedna z ocalałych, ukrywających się poza gettem, w swoich wspomnieniach opowiada, jak to, jadąc pociągiem, stała się świadkiem złapania innej Żydówki (akurat jeszcze nie jej). Zrobił na niej wrażenie fakt, że inni pasażerowie nie tylko nie jęknęli, ale komentowali wydarzenie inaczej, niż gdyby asystowali zabraniu kogoś z Polaków. Prawdę mówiąc, komentowali wręcz okropnie („Wśród tych wypowiedzi nie usłyszałam ani jednego głosu współczucia dla młodej, ładnej kobiety, która w ich obecności została skazana na śmierć”[33]). Ponieważ dystans i skorelowany z nim negatywny stereotyp Żyda przeszkadzały w uzyskaniu pomocy, dystans tym bardziej się zwiększał[34]. Warto też pamiętać, że jest złudzeniem, jakoby ludzie w „naturalny sposób” łączyli się z cierpiącymi. Jedni łączą się, a drudzy myślą: „jak dobrze, że to nie my”. Jeszcze inni mogą myśleć: „mają za swoje”, czy nawet: „niech ich diabli wezmą”. Bywają ludzie „po prostu” źli i głupi bądź źli, bowiem głupi. Mógł też działać mechanizm przeniesienia agresji. Niemców nie dawało się łatwo uderzyć; Żydów – tak.

Długo, pewno zawsze będą się toczyły dyskusje, ilu Żydów zostało uratowanych dzięki chrześcijańskiej pomocy, a ilu zostawionych samym sobie bądź zamordowanych przez polskich chrześcijan. Jasne, że ocalali mogli uzyskać swoją szansę tylko dzięki pomocy. Nawet w negatywnych w rozważanej kwestii wspomnieniach ocalałych najczęściej pojawia się ktoś, kto choćby okazjonalnie podał rękę w potrzebie. Bez pomocy nie przetrwałby po prostu nikt. Zaniechanie jej okazania najczęściej było jednak wyrokiem. Szacunki tych, którzy nie tylko zaniechali jej okazania, ale sami mordowali bądź świadomie wydawali Żydów w ręce Niemców, fatalnie rosną w świetle kolejnych badań[35]. Niestety było ich znacznie więcej, niż sądzono dotychczas. Nie byli wyjątkami, nie był to margines, a bohaterstwo mogło sytuować się blisko łajdactwa.

Prawda, że taki obraz nie musi wynikać ze stosunków chrześcijańsko-żydowskich. W końcu w ZSRR katami i nadzorcami obozów byli chłopcy pochodzący często z tego samego narodu co więźniowie, w końcu w Argentynie zrzucali żywych ludzi z samolotów do morza inni Argentyńczycy… ale bliżej nas złe zachowania ułatwiała, może nawet dyktowała granica społeczności. Z punktu widzenia rozpatrywanego zagadnienia równie ważne są jednak zachowania mniej drastyczne. Dyskusja sprawy jest trudna, jak zachowania były różne. Pamiętnikarze odnotowali sytuacje wręcz zaskakujące, gdy na przykład ktoś Żydów nie znosił, a w konkretnej sytuacji pomagał[36]. W szerokiej skali Żydzi nie byli jednak traktowani jako współobywatele. Jak pisała osoba, która najpierw pracowała w szpitalu w getcie warszawskim, a następnie była łączniczką ŻOB:

Nigdy nie odpłacimy największą nawet miłością i szacunkiem Marysi Sawickiej, która ukrywała w mieszkaniu dwóch ocalonych członków sztabu ŻOB.

Została naszym najbliższym przyjacielem. Nie zapomnimy jej nieżyjącej już siostry Anny Wąchalskiej. Nie zapomnimy nieżyjącego adwokata Henryka Wolińskiego, „Wacława”, przedstawiciela Delegatury Rządu, kierownika Referatu Żydowskiego, i nie odpłacimy już wdzięcznością za jego troskę i wielką przyjaźń, ani profesor Prokopowicz-Wierzbowskiej – za pomoc w ratowaniu dzieci, profesorowi Kacprzakowi – za ratowanie naukowców, i wielu, wielu innym.

Wielu ich było. Wielu zginęło i chyba każdy uratowany ma kogoś, kogo wspomina z szacunkiem i miłością.

Ale ulica miała twarz okrutną. Obcą. Obojętną, a nierzadko złośliwie uśmiechniętą[37].

Zjawisko nietraktowania Żydów po prostu jako swoich wystąpiło podczas okupacji powszechnie. Potwierdza je zarówno raport Karskiego, jak dokumenty AK, w których pojawia się wątek, że ludność nie sprzyja pomocy Żydom, że nawet w samej AK, stanowiącej przecież wytwór tejże ludności, pomoc dla Żydów nie jest popularna[38]. Ryzyko i techniczne trudności ukrywania Żydów wszystkiego nie tłumaczą. Wiele osób podejmowało ryzyko związane z konspiracją. Irena Sendlerowa, a więc osoba, która wiedziała, o czym mówi, jest autorką znanego zdania: „Pewne jest, że w okupowanej Warszawie dużo łatwiej było znaleźć miejsce w salonie, gdzie by pod dywanem został ukryty duży czołg, niżby się znalazło miejsce dla jednego małego dziecka żydowskiego”[39]. Pomińmy przenośne sformułowanie tego zdania oraz nawet pewną jego demagogię. „Czołg”, jak wiadomo, nie chce jeść i nie płacze (choć ukrywane dzieci błyskawicznie uczyły się potrzebnych zachowań).

Prawda, że z opisywanej próby nie wyszły dobrze nawet kraje, gdzie mocniej myślano kategoriami obywatelstwa, zaś społeczne oddalenie obywateli Żydów było mniejsze. Francja oddała Niemcom swoich obywateli Żydów, a USA internowały Nippo-Amerykanów, też własnych obywateli. Nawet tam okazało się, że „etniczność”, niezależnie od tego, co znaczy, jest ważniejsza, natomiast obywatelstwo de facto warunkowe.

***

Przemiana związana z końcem wojny umocniła w Polsce myślenie w kategoriach narodowych, a nie obywatelskich. Nowy ustrój przez cały okres swego istnienia akcentował wątek narodowy, nieraz wręcz szowinistyczny[40]. Niektórzy jego przedstawiciele postępowali tak z odczucia taktycznej potrzeby, inni z przekonania, jeszcze inni sądzili, że opowiadając się za nowym ustrojem, realizują swój patriotyzm, jeszcze inni w dążeniu do pozbycia się opinii „władzy żydowskiej” i etykietki „żydokomuny”. Czasem to wszystko mogło być przemieszane; przecież człowiek, a więc też komunista, nie jest automatem. Nowy ustrój sprzyjał emigracji Żydów – bowiem faktycznie jej chciał. W praktycznym wymiarze nieraz zalecał zmianę nazwiska swoim ludziom pochodzenia żydowskiego, ukrywał je w wypadku postaci historycznych, do których nawiązywał. Sama władza komunistyczna instrumentalnie posługiwała się antysemityzmem w potrzebie, a wraz z przemianą pokoleniową w aparacie partyjnym usiłowała zrzucić odpowiedzialność za wszelkie zło na Żydów z tegoż aparatu.

Dla umacniania myślenia narodowego ważniejszy był jednak mechanizm wprowadzania i realizacji nowego ustroju. Został on, jak wiadomo, wniesiony z Rosji (!). Rosja jako ZSRR była jego gwarantem i pomocnikiem. Mimo partycypacji społecznej znacznie większej, niż dziś chce się to przyznać, nigdy nie był legitymizowany w demokratyczny sposób przez społeczeństwo, a z punktu widzenia liczącej się części tegoż społeczeństwa w większym stopniu uzyskiwał partycypację niż legitymację. W takiej sytuacji myślenie w kategoriach narodowych było więc zapewne najbardziej stabilną kotwicą dla znaczącej części narodu. Uznawanie Żydów za obcych wynikało nie tylko z zadawnionych przekonań i nie tylko z widzenia pewnej liczby członków nowego establishmentu pochodzenia żydowskiego, ale występowało przynajmniej także dlatego, że system dzięki temu mógł być uznawany za tym bardziej obcy – nie mówiąc już o tym, że dla wielu zawsze wygodnie jest powiedzieć, że „co złe, to nie my”. Wrażenia Mordechaja Canina, żydowskiego dziennikarza z Palestyny, który przemierzał całą Polskę zaraz po wojnie, były straszne – gdy słyszał negatywne wspomnienia o Żydach i widział ówczesny stosunek do ofiar i ocalałych. Widział ludzi zachwyconych z zajęcia miejsca Żydów w sklepach i domach; przywłaszczających sobie ubrania, majątek, wyposażenie mieszkań. Widział niszczenie obiektów i przedmiotów kultu. Obserwował, że ocalałych nie chciano. Słyszał fatalnie brzmiące rozmowy o Żydach i opinie o władzy jako żydowskiej[41]. Czytelnik tego świadectwa odnosi wrażenie, że wśród ludzi działał mechanizm przeniesienia agresji skumulowanej przeciw Niemcom, także trudnej bądź wręcz niemożliwej do wyładowania agresji przeciw Sowietom, komunistom itd., może nawet kompensacji dziejowych klęsk, kosztem nielicznych ocalałych Żydów – nie mówiąc o uzyskiwanej kompensacji bardziej materialnej. Mówiąc o jakiejś ówczesnej zbrodni przeciw Żydom, Canin sugeruje poczucie winy sprawców jako motyw („Żydowskie twarze zanadto przypominały im o zbrodni, w której kiedyś wzięli udział razem z niemieckimi bandziorami i ukraińskimi bestiami. Dlatego nie są w stanie znieść widoku żydowskiej twarzy. Jak wszyscy przestępcy, nie znoszą tego, co przypomina im o ich zbrodni”[42]). Mogło i tak być[43].

Prawda, Canin był zainteresowany rozważaną tematyką i wyczulony na akcent antysemicki. Uogólniał, oskarżał praktycznie wszystkich Polaków. Nawet w małych ośrodkach większość mogła nie być przeciw – ale mniejszość mogła być silniejsza. Kraj nie był wówczas oazą spokoju, ani trochę[44], co rzutowało na krąg spraw, w którym Canin się obracał. Jednocześnie on tego wszystkiego przecież nie wymyślił. Prawda, w 1948 r. odsłonięto pomnik Bohaterów Getta – i to w sytuacji gdy pomnika Powstania Warszawskiego przecież nie było (i nie było go do 1989 r.!). Pomnik Getta zbudowano wszakże w Warszawie. Sytuacja Żydów we wszystkich dużych miastach była zresztą wtedy lepsza niż w małych ośrodkach[45]. Lokalna pamięć o Żydach, przynajmniej ta manifestująca się w widocznych przejawach, szybko zanikała – czasem zgodnie z intencjami pozostałych lub nowych mieszkańców, czasem przez zaniechanie jej kultywowania.

***

Problem żydowski zachował zdumiewającą rolę – zwłaszcza w obliczu radykalnego zmniejszenia liczby Żydów. Jest zdumiewające, jak ten sam obraz – Żydów, którzy nie są zwykłymi współobywatelami, którzy dziś są tu, jutro tam… – pojawia się zarówno we wspomnieniach Romana Fristera, człowieka w swoim czasie jak najbardziej tutejszego, w ustach księdza katolickiego w odniesieniu do wczesnego okresu Polski Ludowej, jak po latach w książce człowieka PZPR[46]. Ta druga książka, wydana wkrótce po Marcu, nosiła tytuł Głupia sprawa. Legenda głosi, że Janusz Zarzycki, który w PZPR/PRL pełnił różne funkcje, ale był przeciwny autorom Marca, gdy otrzymał tę książkę jako dar autorski, zebrał posiadane książki tegoż autora i odesłał mu ze słowami: „Zdarzyła się głupia sprawa: nie mam już miejsca na półce na twoje książki”.

Częsta jest pamięć o „witaniu” przez Żydów Armii Czerwonej na wschodnich granicach w 1939 r. – przy wyolbrzymianiu zjawiska, niebraniu pod uwagę specyficznej sytuacji tej mniejszości. Często z Żydami wiąże się zbrodnie UB. Nie negując żydowskiego pochodzenia najbardziej prominentnych postaci tej formacji, byłoby lepiej nie wiązać ich działań z etnicznością. Nie byłoby też źle także dostrzegać, że jej skład nie sprowadzał się do Żydów. W okresie pogromu kieleckiego w tamtejszym aparacie władzy, z miejscową milicją oraz UB włącznie, Żydzi stanowili małą część ludzi urzędników i funkcjonariuszy, podczas gdy wśród pozostałych było wielu szacownych mieszkańców miasta[47]. Podobnie, gdy wytyka się sprawstwo sądowych morderstw powojennych i stalinowskich, lepiej pamięta się sędziów pochodzenia żydowskiego niż pozostałych. Jest to rozumowanie przypominające myślenie niektórych Rosjan, wiążące ich nieszczęścia z „obcymi” (Stalin – Gruzin, Dzierżyński – Polak, Beria – Gruzin, Mikojan – Ormianin…). Nie byłoby źle też pamiętać, że komunizm chiński nie był szczególnie miły, a tam chyba Żydów nie było we władzach, nieprawdaż?

Inne mniejszości relatywnie szybko po wojnie – po zmianie granic, eksmisji Niemców oraz po akcji „Wisła” – prawie przestały być obecne w Polsce nie tylko fizycznie, ale na długo mentalnie. W okresie stalinowskim establishment aktywnie przeciwstawiał się zresztą kultywowaniu specyfiki kulturowej przez wszystkie, skądinąd już niewielkie liczbowo, mniejszości narodowe. Potem lepiej ją tolerował, ale przecież PRL uosobiła Dmowskiego ideał państwa narodu polskiego, a potem go podtrzymywała. Wielkie migracje, zarówno te powojenne, jak późniejsze, wywołane inwestycjami, sprzyjały homogenizacji społeczności jako stosunkowo jednolitego narodu. Podobnie działały mechanizmy socjalistycznej glajchszaltacji. Dopiero po 1989 r. mniejszości ponownie zaistniały, wróciło też myślenie o nich.

***

Z punktu widzenia problematyki narodowej bunt „Solidarności” był dwoisty. Z jednej strony jego dominującą ideą była budowa społeczeństwa obywatelskiego, a horyzont w jakichś momentach zdecydowanie obejmował przestrzeń ponadpolską. Z drugiej strony był to ruch bardzo mocno sytuujący się w polskiej tradycji niepodległościowej, nawiązujący do niej i akcentujący wątek narodu. Oba nurty występowały w symbiozie. Chciano nadrobienia zacofania, orientowania się ku Zachodowi, jednocześnie zaś podkreślano to, co własne. Akcentowanie katolicyzmu niosło jedno i drugie: wizję Polski związanej z Rzymem (no przecież nie z Bizancjum, nie mówiąc o Moskwie jako „trzecim Rzymie”!), a jednocześnie Polskę postrzeganą jako całkowicie katolicką. Otóż koncepcja, że Polak jest katolikiem, uwypukla to, co własne. W poparciu Jana Pawła II dla „Solidarności” i transformacji też tkwiła pewna dwoistość: papież popierał działanie w kierunku przyłączenia się Polski do UE („powrotu” do Europy), a jednocześnie popierał akcentowanie swoich, narodowych wartości. Wręcz widział istotną rolę Polski w rechrystianizacji Zachodu – co sprzyjało temu drugiemu. Bezpośrednio po transformacji akcent szerszego otwarcia był bardzo mocny. Na dzień dzisiejszy zwyciężył ten drugi – przynajmniej w dających się słyszeć hasłach.

Stefan Chwin o „micie jedności sierpniowej”: Byłem pod bramą stoczni i pamiętam dokładnie podziały, które już w pierwszych dniach negocjacji się zarysowały. Jak się tam ścierał np. ten nurt narodowo-konserwatywny z nurtem lewicowo-świecko-korowskim. I słyszałem też gwałtowne wypowiedzi antysemickie przeciwko ludziom, którzy doradzali „Solidarności”. Jak ktoś mi zaczyna bredzić o jedności sierpniowej, to ja widzę kolejnego, który zachorował na chorobę wspólnoty. Ten mit nie ma wiele wspólnego z tym, jak było[48].

Komunizm jako przeciwnik zjednoczył bardzo wielu ludzi różniących się między sobą. Był to jego osobliwy sukces, mało komu by się to udało. Oczywiście nie było tak, jak nam się zdawało, że „wszyscy” byli razem. Już chociażby sam aparat partii/państwa był wystarczająco liczny, by zaprzeczyć takiej opinii. Z tego też można było jednak wybrnąć w kierunku idei narodowej – sytuując przeciwników poza narodem, nieraz wręcz jako zdrajców. To już zostało przećwiczone w bardzo wielu rewolucjach, poczynając od francuskiej. Gdy komunizmu zabrakło, szybko okazało się jednak, jak jego przeciwnicy byli zróżnicowani. Sukces wyborczy Stanisława Tymińskiego w 1990 r. (w pierwszej turze 23% głosów, czyli więcej niż Tadeusz Mazowiecki) pokazał, jak to wszystko było słabo zdefiniowane. Przy całej okazywanej w ruchu lat osiemdziesiątych sympatii do Zachodu i niechęci do Wschodu referendum europejskie w 2003 r. nie poświadczało entuzjazmu dla wejścia do UE. Pozytywnie głosowało wprawdzie 77,45% głosujących, ale udział wzięło tylko 58,85% uprawnionych. Otóż podstawowym problemem tego referendum było to, czy zostanie ono uznane za ważne. Stąd wstrzymanie się od udziału trzeba w znaczącym stopniu traktować jako realny sprzeciw wobec wejścia[49]. Można sądzić, że gdyby nie wsparcie Jana Pawła II dla głosowania za UE, referendum zostałoby przegrane. Prawda, że w różnych krajach analogiczne referenda wykazywały co najmniej brak powszechnego entuzjazmu.

***

Dziś różne badania wskazują, że Polacy są silnie proeuropejscy. Jednocześnie obserwuje się wszakże mocny nurt akcentowania tego, co własne, suwerenności, podbijania niechęci do innych, potwierdzania własnej wspaniałości, bohaterstwa, wyjątkowości własnej historii, podnoszenia parokrotnej obrony Europy przez Polaków, zapewniania o prawie bezgrzeszności narodu. Ciągle mówi się o bohaterskiej Polsce i bohaterskich Polakach. „Bohaterstwo – czytamy – musi zostać mocno podkreślone, bo jesteśmy narodem bohaterskim. Naszej historii nie musimy się wstydzić. Mogą się natomiast wstydzić swojej historii Niemcy i Rosjanie. Oczywiście nie będziemy przemilczać ciemnych kart naszej wojennej przeszłości (np. problemu szmalcowników). Trzeba jednak znać proporcje”[50].

W historii każdego narodu można i należy wskazywać bohaterów, notabene w historii Rosji i Niemiec też. W szczególności trzeba jak najbardziej honorować Sprawiedliwych – i to zarówno moralnie, jak przez przyznanie wszystkich możliwych ułatwień życiowych tym spośród nich, którzy szczęśliwie są wciąż z nami. Trzeba pamiętać o tych księżach oraz zakonnicach i zakonnikach, którzy pomagali, a zwłaszcza przechowali żydowskie dzieci. Nie ma jednak sensu stać jako naród przed lustrem i powtarzać, „jaki jestem piękny”. W dyskusjach historycznych padło już określenie „historia narcystyczna” – w kontekście niepokoju „jaki jestem?” w oczach innych[51]. Otóż inni rzadko podzielają częstą opinię Polaków o sobie. Prawda, prezydent Donald Trump i wiceprezydent Mike Pence pogłaskali ostatnio miłość własną Polaków, ale ich ambasada dobrze wie, co sprawi przyjemność audytorium. Nadto, jeżeli przez bohaterstwo rozumieć waleczność, to podobno Albańczycy lub górale z Kaukazu wyprzedzają Polaków. Wiele narodów uważa siebie za bohaterskie, a pewno wszystkie mają w swojej historii karty piękne i niepiękne. Każdy naród reprezentuje osiągnięcia i klęski, pozytywny i negatywny wkład do ogólnoludzkiej składnicy doświadczeń.

Myśląc poważnie, warto pamiętać o negatywnych polskich zachowaniach w relacjach z Ukraińcami, a nie mówić tylko o ich postawie, nieraz zresztą prawdziwie złej. Nie ma co się dziwić obawom Litwy przed Polską po 1989 r. Gdy mówi się, że w Polsce nie było kolaboracji, trzeba dodać, że Niemcy jej nie szukali. Chcę wierzyć, że nawet gdyby jej pożądali, nie byłoby jej – ale nie ma sensu podawać prawdy niepełnej. Nadto, choć nie było kolaboracji na szczeblu państwa, to wypada pamiętać, jak wpadli kolejni dowódcy AK. Drobnej kolaboracji było więcej, niż dziś się przyznaje. Mówienie, jak premier w Markowej, w Muzeum im. Rodziny Ulmów, gdzie sprowadził dziennikarzy zagranicznych (luty 2018), że gdyby Polska chciała pójść z Niemcami, to ZSRR by padł – ale powinniśmy być dumni, że nie chciała – jest wątpliwe. Nie jestem pewien, czy Niemcy by chcieli stowarzyszenia się z Polską, w konkretnej sytuacji niezbyt pozostawili zresztą możliwość po temu. Nawet Ukraińcom, wbrew swoim doradcom, Hitler praktycznie nie poszedł na rękę. Nie jestem też pewien, czy ZSRR by padł, nawet gdyby padła Moskwa. Chyba nie padłby.

Przypominania własnych zachowań negatywnych bardzo się w Polsce nie lubi. Gdy w TVP ktoś nazwał bijatykę wywołaną przez przeciwników „Parady Równości” w 2019 r. w Białymstoku „pogromem”, ktoś inny wspomniał pogrom kielecki. Było to oczywiście porównanie grubo przesadzone – ale z perspektywy rozpatrywanego tematu ciekawsze jest, że natychmiast trzecia osoba „poprawiła” przedmówcę: „prowokacja w Kielcach”. Zbyteczne przypominać jak to minister edukacji Anna Zalewska miała trudności z uzmysłowieniem sobie, kto mordował w Jedwabnem. Były już głosy kwestionujące poprawność stosowania słowa „pogrom” do wydarzeń nawet tak odległych, jak te w Przytyku (1936). Zjawisko nie jest nowe. Po pogromie we Lwowie w 1918 r. też nie chciano używać tego słowa[52].

Niechęć do własnych zachowań negatywnych jest oczywiście szersza niż problematyka stosunków chrześcijańsko-żydowskich. Bardzo nie lubi się już nie tylko faktów nagannych, ale choćby z grubsza neutralnych. Rzadko poświęca się uwagę temu, że pod zaborami czy za niesamodzielnej i z różnych powodów złej PRL ogromna część ludzi po prostu żyła, funkcjonując w narzuconych jej ramach. Za Gierka do PZPR należało ponad 3 mln Polaków – prawda, że, jak można suponować, rzadko z motywów ideowych, ale też niekoniecznie jako Wallenrodzi. Codzienna historia nie sprowadzała się do cierpienia i walki. Nie da się jej opisać jedynie w kategoriach heroizmu i martyrologii.

W trakcie obchodów 50. rocznicy Marca premier Morawiecki utrzymywał linię „co złe, to nie my” (za Marzec odpowiedzialny był powiązany z Rosją komunizm, a nie Polacy – jak gdyby komuniści nie byli Polakami; jak gdyby wszyscy „marcowcy” poza aparatem władzy zajmowali postawę jedynie pod przymusem, wbrew sobie; jak gdyby nie ujawniła się wtedy fala widać istniejąca, choć prawda, że skatalizowana przez ówczesny establishment partyjno/państwowy).

Andrzej Seweryn: Daleki jestem od poparcia poglądu premiera Morawieckiego, który twierdził, że w 1968 roku nie było Polski, a więc Polacy nie odpowiadają za ówczesną antysemicką nagonkę. To bardzo niemądre słowa. Powiem więcej – pan premier nawołuje dzisiaj do powstrzymania się przed słowami nienawiści wobec Żydów, a nawet przed antysemickimi żartami, bo to źle służy krajowi. Sam słyszałem! Nie starajmy się hamować fali antysemityzmu, bo takie zachowania są podłe i niegodne człowieka; hamujmy te wypowiedzi, bo szkodzą tylko wizerunkowi Polski. Bój się Boga, człowieku! Masz nieustannie Matkę Boską – notabene Żydówkę – na ustach, a takie rzeczy wygadujesz bez mrugnięcia powieką? Nie wydaje ci się, że chodzi po prostu o to, aby nie nienawidzić bliźniego?![53]

Wylansowano hasło „wstawania z kolan”. Rzucono hasło „Warto być Polakiem” (a kto mówi, że nie warto?). Emitowano znaczek pocztowy, stylizowany na flagę narodową – co samo w sobie nie byłoby niczym nadzwyczajnym. W obrazek wkomponowano jednak napis „Polska moja Ojczyzna” – jak gdyby to wymagało podkreślenia, jak gdyby suponowano, że ktoś z zainteresowanych w to wątpi. Nawet w relatywnie drobnych – a więc czasem tym bardziej charakterystycznych – wypowiedziach przyjęło się akcentowanie dumy narodowej, zupełnie jak gdyby zaistniała po temu szczególna potrzeba, swego czasu związana na przykład z zaborami. 3 marca 2018 r. w TVN pojawiła się informacja bez większego znaczenia, że Narodowe Archiwum Cyfrowe przygotowuje wystawę ciekawych fotografii z dwudziestolecia – w związku z obchodami stulecia niepodległości. Pani z NAC, która o tym opowiadała, mówiła, że fotografie mają pokazać „potęgę II Rzeczypospolitej”. Moje pytanie: czy naprawdę była potężna? 2 sierpnia 2018 r. w Stalowej Woli przypadkowo upadł maszt z polską flagą, którą podciągnął w święto Flagi premier Morawiecki. Burmistrz miasta Lucjusz Nadbereżny powiedział w telewizji, że natychmiast pobiegł, by uratować polską flagę, że maszt odbudują i „biało-czerwona będzie dumnie powiewać…”. Chęć odbudowy masztu jest naturalna. Podkreślenie, że flaga będzie „dumnie” powiewać, zdaje mi się natomiast zdradzać trudną do zrozumienia potrzebę podkreślania dumy. Byłaby ona naturalna, gdyby ktoś bezpośrednio zagrażał narodowi, którego symbolem jest owa flaga. Skoro tak nie jest – a chyba nie jest – to pozostaje nietłumaczące się, przesadne podkreślanie dumy. Analityczne podejście do dziejów nazwano krytycznie „pedagogiką wstydu”. W wybuchłym w sierpniu 2018 r. sporze na temat tego, czy apel pamięci podczas zbliżających się wówczas dorocznych obchodów na Westerplatte mają czytać harcerze, czy wojskowi, minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak zarzucił prezydentowi Gdańska Pawłowi Adamowiczowi, którego dziś niestety już nie ma wśród nas, że „wpisuje się w retorykę tych, którzy na Polskę napadli”[54]. Obecnej prezydentce Gdańska Aleksandrze Dulkiewicz część opinii zarzuca sympatie proniemieckie. Gdy dziennik „Fakt” (co w tej sprawie istotne: wydawca Axel Springer) podniósł krytycznie sprawę planowanych kosztów remontu zabytkowej siedziby Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wicepremier i minister Piotr Gliński określił czasopismo jako niemiecką gazetę, na Twitterze zamieścił zaś fotografię budynku zniszczonego po wojnie – rzecz jasna przez Niemców (sprawa z lutego 2020 r.). Analogiczny schemat rozumowania można dostrzec na znacznie niższych szczeblach. Gdy na przykład atakowana pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf występowała na konferencji w Karlsruhe (lipiec 2018), jedna z niemieckich prawniczek powiedziała, że jej środowisko z troską śledzi to, co się dzieje w polityce w Polsce, w tym co się dzieje wokół sądownictwa. Ktoś komentujący ten epizod w telewizji natychmiast „zgrzytnął”, że Niemcy już raz wyrazili swoją troskę o nas – karabinami i komorami gazowymi. Wypowiadała się w ten sposób osoba z trzeciego pokolenia zrodzonego po inkryminowanych faktach, kierując swe słowa do osoby najpewniej też z trzeciego pokolenia Niemców. Uparcie powtarza się, że używanie w Niemczech w kontekście zbrodni niemieckich słowa „naziści” zamiast „Niemcy” ma służyć wybielaniu tych ostatnich, co ułatwia obciążanie również Polaków. W 74. rocznicę wyzwolenia Auschwitz premier Morawiecki stwierdził, że Zagłady nie dokonali żadni naziści, tylko hitlerowskie Niemcy[55]. W 2017 r. podniesiono, że napis o zabójstwie Polaków przez hitlerowców, pomieszczany na tablicach w miejscach rozstrzeliwań, należy zastąpić informacją o Niemcach jako sprawcach, a co najmniej dodać informację o narodowości zbrodniarzy. Nową tablicę w Al. Jerozolimskich w październiku 2018 r. odsłaniał wicepremier i minister KiDN Piotr Gliński. W podobnym kierunku szło kuriozalne wprowadzenie przez IPN słowa „Niemcy” do znanych słów Zofii Nałkowskiej „Ludzie ludziom zgotowali ten los” („Ludzie /Niemcy/ zgotowali ludziom ten los”) w filmie emitowanym w 2019 r., w przeddzień powstania w getcie warszawskim. Słowo „Niemcy” wpisano na czerwono.

Komentując to wszystko, nie warto już przypominać, że faszyzm nie ograniczał się do Niemiec, lecz był zjawiskiem znacznie szerszym. Zbrodnie wojenne też popełnili nie tylko Niemcy, a sprzyjać im choćby dostawami materiałów mogły nawet kraje neutralne, i mogli popierać ich politycy, w Polsce cenieni przez niektóre kręgi opinii. Tak się zachowywał na przykład Salazar, który (jako neutralny!) jeszcze po samobójstwie Hitlera wysłał Niemcom telegram kondolencyjny.

Zupełnie nie chce się w Polsce wczuć w myślenie Rosjan. Prawda, że ich władze tego nie ułatwiają. Putin bezzasadnie oskarża Polskę o przyczynienie się do wybuchu II wojny światowej, a więc trudno nie reagować. Niezależnie od stanu stosunków w Moskwą, niezależnie od wszystkich pretensji, jakie można wysunąć pod jej adresem, niedostrzeżenie skłonienia się Putina w Katyniu, całkowite pominięcie udziału Rosji w zwycięstwie nad Hitlerem podczas obchodów rocznicy wybuchu wojny w 2019 r., niezaproszenie Putina na rocznicę wyzwolenia Auschwitz, sugerowanie, że katastrofę smoleńską wywołali Rosjanie (no bo niby kto inny, jeśli utrzymywać, że to był zamach?)… jest realizacją polityki przez kraj, który zdaje się postrzegać się sam jako broniący się, szlachetny wojownik. Trudniej jest nawet podjąć polemikę z tezami Putina na temat rzekomych win Polski w wybuchu II wojny światowej, gdy się „zapomina”, że ostatecznie to Armia Czerwona zdobyła Berlin (oraz wyzwoliła Auschwitz) – niezależnie od rosyjskiej polityki w latach 1939–1941 oraz od zbrodni stalinowskich popełnionych wobec własnego oraz innych narodów[56]. Nie wykluczałbym, że takie nastawienie Polski do historii najnowszej może być dla Putina wręcz wygodne w głębszej warstwie jego polityki. Z tej całej „polityki historycznej” przynajmniej w tym fragmencie wyszło tyle, że najważniejsze obchody 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz odbyły się w Jerozolimie (22–23 stycznia 2020) bez obecności prezydenta Dudy, za to w obecności prezydenta Putina[57].

***

Podnosi się, że Polska parę razy uratowała Europę (kilka innych narodów też aspiruje do tej zasługi). Mówi się, że pokonała komunizm (co jest dyskusyjne; warto pamiętać o Gorbaczowie oraz o implozji tego systemu). W jakimś wymiarze wraca idea „przedmurza”, także przewodnictwa przynajmniej w regionie. Po latach premier Morawiecki wręcz powiedział, że Polska ma „rechrystianizować Europę”. Pytanie, czy nadawcy takich i podobnych zdań rzeczywiście tak sądzą, czy stosują socjotechnikę. Jedno nie wyklucza zresztą drugiego.

Podniesiono już nawet okoliczność, że jakoby to Polacy nauczyli Francuzów używać widelca. Sekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej Bartosz Kownacki, komentując fakt, że polska delegacja straciła status oficjalnej na targach Euronaval w Paryżu (2016, po zerwaniu kontraktu na nabycie śmigłowców), deklarował: „To strona francuska zapraszała nas oficjalnie, teraz wypraszają. Można było znaleźć inną formę. Ale to są ludzie, którzy uczyli się jeść od nas widelcem parę wieków temu”[58]). Zapewne nie wiedział (ale to tylko domniemanie!), że w latach dziewięćdziesiątych XIX w. widelec stał się ważnym elementem serbskiej narracji tożsamościowej. Widelec jest mianowicie widoczny na freskach monastyru Sopoćani, co jakoby dowodziło wyższości serbskiej kultury nad Zachodem[59].

Ciągle odmienia się słowo „naród”, a zarzuca innym tendencjom, jakoby go nie lubiły (prawda, że można zacząć preferować słowo „społeczeństwo”, gdy termin „naród” skojarzy się tylko z jedną opcją polityczną oraz intelektualną!). Przymiotnik „narodowy” dodawany jest do możliwie jak największej liczby nazw instytucji, programów itd. Można oczywiście zauważyć, że jest on obecny w nazwach instytucji w różnych krajach, ale w polskim języku i tradycji jest on bardziej znaczący niż na Zachodzie (tam ma raczej sens: „obejmujący cały kraj”). Partyzantów, którzy kontynuowali walkę przeciw komunistom w początku okresu powojennego, nazwanych ze znakomitym wyczuciem psychologicznym „żołnierzami wyklętymi”, traktuje się jako patronów współczesnej Polski, organizuje ich kult (tworzy się muzeum, ustanawia „Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych”). Nie miejsce tu na dyskusję o nich oraz o tych, którzy wybrali inną drogę odbudowy Polski[60]. Z punktu widzenia niniejszego wywodu istotne jest, że ci ludzie są dobrym przykładem dla krzewienia wizji Polski nieugiętej, nieidącej na żadne układy (nawiasem: Polski monoetnicznej!) i, tym samym, wygodnym punktem odniesienia dla nurtu politycznego promującego dumę narodową i legitymizującego się m.in. argumentem przywracania narodowi należnej mu dumy z historii. W ramach rozważanego podejścia logicznie trzeba potępiać rokowania okrągłego stołu i pomniejszać znaczenie wyborów 4 czerwca 1989 r. Także przedstawianie obecnej sytuacji jako takiej, w której Polska wciąż dzieli się na „potomków zdrajców i potomków bohaterów” („Walczy więc trzecie pokolenie patriotów z trzecim pokoleniem UB”[61]). Różnica jest jednak taka, że ci powojenni partyzanci rzeczywiście byli atakowani – podczas gdy obecny establishment państwowy jeszcze nie musi iść do lasu.

Z działań w takim kierunku można wspomnieć zmiany przeprowadzone w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku – po sformułowaniu zarzutu, że nie pokazuje wielkości cierpień i skali bohaterstwa narodu polskiego. 8 maja 2018 r. premier mówił w sejmie, że zmiana ekspozycji w tym muzeum była konieczna, bowiem cierpienia ludności niemieckiej wybijały się na pierwszy plan, polski ruch oporu był zrównany z czeskim i francuskim, zaś fotografia Ireny Sendlerowej znalazła się za hydrantem. Wszystko w tym dyskursie bardziej służyło budowaniu i podbudowywaniu ego Polski niż czemukolwiek innemu. Mówiono już zresztą nawet, jakoby muzeum podporządkowało się niemieckiej polityce historycznej (inna sprawa, czy rozumiejąc ją adekwatnie do rzeczywistości[62]). Pojawił się głos, że w Auschwitz króluje obca, a nie polska narracja, a w związku z tym przewodnikami wycieczek tam idących winni być polscy przewodnicy, na dodatek licencjonowani przez IPN[63]. Wszystko to przypominało krytykę Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN w PRL („A gdzie jest o Polakach? A nasza martyrologia? Polska encyklopedia, wydana za polskie pieniądze, musi bronić polskiej racji stanu”[64]). Zastanawia, czy hagiograficzny zachwyt nad historią własnego kraju nie jest kompensacyjną postawą zakompleksionych? Przecież mówienie, że naród jest wspaniały, ma cechy wyraźnie kompensacyjne. Jakiś wpływ ma tu najpewniej wciąż postponowanie polskiego wysiłku zbrojnego na Zachodzie oraz w kraju przez większość okresu PRL. Czy jednak tylko?

Paradoksalnie hagiograficznemu podejściu do własnej historii nieraz towarzyszy budowanie pamięci nie na sukcesach, a na wielkości ofiary[65]. Nie lubię sformułowania „charakter narodowy” – ponieważ zarówno jako historyk, jak jako obserwator rzeczywistości nieraz mogłem zaobserwować, jak szybko narody potrafiły zmienić swój rzekomo ukształtowany charakter. Istnieją jednak w każdym społeczeństwie kody kulturowe ukształtowane w biegu historii i przekazywane w transmisji międzypokoleniowej. W Polsce od czasów zaborów i powstań narodowych ukształtowany jest kod (matryca) narodu-męczennika. W tym kontekście ciekawe jest notabene, że bardziej kultywuje się pamięć przegranych powstań antyrosyjskich – prawda, że większych – niż wielkopolskiego i śląskich. Rzeczony kod zbiega się z kanonem chrześcijańskim, a konkretnie z wyobrażeniem męczeństwa Chrystusa. Kod świecki nakłada się na kod religijny i wychodzi z tego obraz skrótowo określany powiedzeniem „Polska Chrystusem narodów”. W naszych czasach kult męczeństwa ks. Jerzego Popiełuszki bardzo mocno splótł się z obrazem męczeństwa Ojczyzny – co podkreślał nawet wystrój warszawskiego kościoła św. Stanisława Kostki.

Notatka własna o Wielkanocy 1986 r.: Do Grobu w kościele św. Stanisława Kostki ogromna kolejka. Widywałem już tam większe – ale ta, na deszczu, też robiła wrażenie (zwłaszcza gdy samemu się też mokło). Poza terenem kościelnym, na drzewie mijanym przez kolejkę, przyczepiona na maszynie lista więźniów politycznych w Polsce (zaznaczono, że niekompletna). Na końcu listy prośba o solidarność z więźniami, modlitwę za nich, pisanie do nich. Na terenie zbierane [są] składki na ruch w obronie każdego poczętego życia („Solidarnie miłujemy każde poczęte życie”; pierwsze słowo pisane solidarycą i z flagą[66]).

Wewnątrz kościoła flagi z datami powstań narodowych, tablice pamiątkowe (te wmurowane na stałe) tej drugiej, nie państwowej, AK-owskiej i solidarnościowej tradycji. Drewniany, duży krzyż, poświęcony ks. Popiełuszce, z orłem w koronie i podpisem »Solidarność Szczecin«.

Przy grobie ks. Popiełuszki (napis na marmurze: „Męczennik za wiarę i Ojczyznę”) nie ma już feerii napisów solidarnościowych. Mnóstwo kwiatów, światła,

ny”). Na każdym jakiś tekst pod kolejnymi datami, takimi jak 1830, 1863, 1918, 1920, 1980. Zapamiętałem koniec tekstu pod tą ostatnią datą: „Cokolwiek się stanie, Polska zmartwychwstanie”. A potem jeszcze jeden krzyż i tekst kończący się słowami: „Jezus zmartwychwstał i my zmartwychwstaniemy”.

Na tle takiej wizji ojczyzny i jej historii jest jeszcze trudniej słyszeć okropne zarzuty.

***

Elementem sprawy jest podobne jak w społeczności żydowskiej uwrażliwienie na kwestie wielkości własnych strat i cierpień. W Polsce nieraz źle się reaguje na mówienie ciągle o cierpieniu Żydów. Przypomina się, co jest oczywiście zgodne z prawdą, że do Auschwitz trafiali również polscy chrześcijanie (w potocznym języku: również Polacy). Jeszcze nie tak dawno, podczas obchodów 50. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, prezydent Lech Wałęsa nie wymienił Żydów w pierwszym przemówieniu. Potem tłumaczono, że chciał zaznaczyć, iż tam ginęli po pierwsze i nade wszystko ludzie, chciał uniknąć konfliktu… Może. Gdy świat zwrócił uwagę na owo pominięcie, to w kolejnym wystąpieniu włączył Żydów. Na obrzeżach obchodów pojawili się wtedy demonstranci z transparentami „Nie oddamy Oświęcimia Żydom”. Podobna demonstracja – w imię Auschwitz jako polskiego miejsca pamięci – odbyła się też w 2019 r. W kontekście 1968 r. poczyniono już swego czasu obserwację, że „W obliczu martyrologii Żydów propaganda polska (a i rosyjska) stawia sobie za szczytne zadanie dowodzenie, że i nas również wyrzynano – i to nie mniej niż Żydów. Dwie społeczności licytują się, która z nich dała wyrżnąć większą część swych współobywateli. Dawniej Żydom zazdrościło się pieniędzy, kwalifikacji, stanowisk, związków międzynarodowych – dziś zazdrości się im pieców…”[67]. Współcześnie taki charakter miało kultywowanie niepotwierdzanego przez historyków istnienia komory gazowej dla polskich chrześcijan pod torami Dworca Zachodniego w Warszawie. Sam odczuwałem to jako mówienie, że Polacy też mieli swoją komorę gazową.

Obserwuje się także chęć pokazania, że sami Żydzi nie byli tacy szlachetni, jak pojawiają się w funkcjonującym obrazie. Już dały się słyszeć opinie, że przecież Żydzi sami poszli do getta, a potem to żydowska policja zaganiała Żydów na Umschlagplatz. No cóż, mogę dodać zaczerpniętą z jednego ze wspomnień historię, jak to więzień obozu koncentracyjnego dla własnego przeżycia faktycznie doprowadził do śmierci innego więźnia (no więc przestępca, czyż nie tak?)[68]. Brakuje jeszcze tylko obserwacji, że komanda pracujące przy krematoriach tworzyli sami Żydzi…Nawiasem mówiąc, takiego dyskursu o Judenratach i żydowskiej policji jako zjawiskach, które stworzyli sami Żydzi przeciw sobie, sporo było w 1968 r. To, że wśród Żydów były negatywne postaci, nie ulega wątpliwości. Nie ma grupy, a tym bardziej grupy poddanej presji, wśród której takie by się nie znalazły. Ludzi poddanych ostatecznej presji trzeba jednak inaczej sądzić – nawet jeśli również wśród nich bywają bohaterowie i odwrotnie. Gdy się przypomina Judenraty jako rzekomo pozytywne posunięcie Niemców dla Żydów (w kontekście, że mogło równoważyć negatywne), to może nie należy też zapominać o elementach polskiej administracji niskiego szczebla, które Niemcy pozostawili, czy o policji granatowej[69]Witając strażaków wracających ze Szwecji, gdzie pomagali w gaszeniu lasów (sierpień 2018), premier Mateusz Morawiecki mówił, że solidarność z innymi jest naszą narodową specjalnością („Potwierdziliście naszą narodową specjalność, to jest solidarność z innymi”[70]). Przy pełnym szacunku dla strażaków, problem można jednak dyskutować. Może warto przypomnieć epizod haitański z czasów napoleońskich, stosunek do mniejszości narodowych w okresie międzywojennym, nastawianie niektórych grup emigrantów polskich w okresie międzywojennym w kierunku lojalności wobec Polski, nie zaś krajów-gospodarzy, stosunki z Litwą i Czechosłowacją w tym samym okresie, wejście na Zaolzie, nieraz dziś występującą ksenofobię… Oczywiście wszystko to można dyskutować, wręcz należy przyrównać do podobnych zjawisk występujących w innych krajach w danym czasie. Kłopot tylko w tym, że skoro stoi się na stanowisku, iż solidarność z innymi jest narodową specjalnością, to bardzo trudno jest przyjąć oskarżenia o brak solidarności. Jeżeli ma się opinię o sobie jako niewinnej ofierze innych, zaś o własnej historii jako wspaniałej, a tu ktoś mówi, że są plamy na honorze, to trudno patrzeć na te plamy. Przy takim nastawieniu, podzielanym, jak sądzę, przez bardzo wielu Polaków, zarzut negatywnego zachowania podczas okupacji burzy konstrukcję. Społeczność zaś w swojej historii dziedziczy wszystko – choć co prawda nie musi, a pewno nawet nie powinna, żyć tym dziedzictwem przez 24 godziny na dobę. Tymczasem w rozważanej sprawie podejście jest odmienne: co dobre, dziedziczy cały naród, a czyny złe były izolowane – więc nie obciążają. Jeśli nie można ich wywabić wobec oczywistych faktów, to trzeba te fakty pomniejszać choćby przez zestawienie z wielkością dobra. Nawet gdy nie neguje się istnienia szmalcowników, to podczas obchodów 50-lecia Marca powtarza się w kółko, ze podczas okupacji liczyli się nie szmalcownicy, ale Sprawiedliwi. Zresztą szmalcownicy – w tej narracji – swym działaniem sami usunęli się poza naród jako pomagający Niemcom, wbrew narodowi, który, poza takimi wyjątkami, pomagał Żydom.

Sprzyja temu działanie mechanizmu wyparcia. O niektórych sprawach łatwo się zapomina. Gdy wybuchła sprawa Jedwabnego, Andrzej Łapicki zanotował w swoim dzienniku, pisząc o ówczesnej PWST (dziś Akademia Teatralna w Warszawie): „Tematem nr 1 jest Jedwabne. Ogólne zdziwienie, jak to możliwe”[71].

***

Bardzo charakterystyczna dla omawianego kierunku działań była nowelizacja ustawy o IPN (2018). Została ona przeprowadzona przeciw osobom dyskredytującym naród polski. W moim przekonaniu miała zahamować wszystko, co miałoby pokazywać negatywy obecne w polskich dziejach, a w szczególności refleksję nad ewentualnymi negatywnymi zachowaniami polskich chrześcijan wobec polskich Żydów podczas wojny. Faktycznie kierowała się przeciw głosom miejscowym – autorzy zagraniczni byli przecież nieosiągalni. W moim przekonaniu jej twórcy realizowali swoje autentyczne ambicje narodowe, chcieli się też pokazać narodowi jako obrońcy jego chwały. Poszli drogą Turcji, karzącej za „oczernianie Tureckiego Narodu” i jego instytucji zarzutami w sprawie ormiańskiej[72]. Przedmiot sprawy jest w wielu aspektach odmienny, ale pomysł jej załatwienia podobny. Postawa Turcji jest wyraźniejsza zarówno od strony owego przedmiotu, jak od strony tureckich kompleksów na tle uznawania własnej wartości przez siebie samych i przez innych. Oba zagadnienia znajdą się jednak kiedyś blisko w wykładzie problematyki odnoszenia się do historii.

Z prawniczego punktu widzenia dokument nowelizujący ustawę o IPN-ie nadawał się tylko do wyrzucenia. Niezależnie od meritum, rzucało się w oczy, że nie określono, kto jest narodem, co jest jego dyfamacją, co jest twórczością artystyczną lub naukową, które to typy działalności wyłączono z zagrożeń przewidzianych przez ustawę. Niezależnie od ułomności formalnych, ważniejszy był jednak czynnik nieuzasadnionego hamowania refleksji. Pewien senator PiS-u 1 lutego 2018 r. mówił przed kamerami, że Jan Tomasz Gross i Olga Tokarczuk to polakożercy. Na pytanie dziennikarza, czy zostaną skazani, uspokoił, że prawo nie działa wstecz. No, całe szczęście!(sic!). Senator dodał jednak: „Ale mam nadzieję, że się powstrzymają”. Tymczasem wypowiadał się o najciekawszych autorach piszących o tych sprawach. Może myśleć o nich, co chce, jego prawo. Może polemizować. Nie powinien jednak hamować refleksji.

Ustawa miała skutki kontrproduktywne[73]. Jeśli celem byłoby, zgodnie z deklaracjami jej autorów, wyeliminowanie terminu „Polish Death Camps” z obiegu w świecie[74], to stało się odwrotnie. W ciągu paru tygodni miliony ludzi szukały tego terminu w Internecie. Powstało wrażenie, że Polska ma powody, żeby bać się refleksji nad okupacyjną przeszłością. Ustawa miała opłakane skutki międzynarodowe dla Polski. Pod wpływem nacisku USA oraz Izraela rządzący wycofali się z przewidzianej w niej penalizacji inkryminowanych czynów, pozostawiając wszakże istotę postanowień.

Mimo to wszystko wnioskodawcy ustawy uparcie przedstawiali ją (może zgodnie z własnymi uczuciami, kto wie?) jako sukces. Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz zadeklarował nawet, że nowelizacja ustawy o IPN sprzyja „umacnianiu miejsca Polski w świecie, wykazała, że Polska potrafi walczyć o swoje, a przede wszystkim, że prawda historyczna jest po naszej stronie”[75]. Twierdzono, że dopiero pod jej wpływem Niemcy uznały swoją winę. Podnoszono, że premier Netanjahu podpisał wraz z premierem Morawieckim deklarację, w której była mowa zarówno o antysemityzmie, jak o antypolonizmie. Wszystko to nie miało wiele sensu.

Dawid Warszawski: Tymczasem politycznie Warszawa i Jerozolima są w pełnej harmonii. Oba rządy usiłują właśnie zlikwidować niezależność swych Sądów Najwyższych, oba walczą z niepatriotycznymi festiwalami filmowymi, oba piętnują jako zdrajców te krajowe organizacje, które je krytykują za granicą. Gdyby zrobić dziś wspólne posiedzenie, odpowiedni ministrowie mogliby za siebie kończyć rozpoczęte zdania. Polska była jedynym bodaj państwem Unii, które nie skrytykowało izraelskiej ustawy zasadniczej o państwie, dającej w nim Żydom uprzywilejowaną pozycję. Izrael też pewnie nie skrytykowałby izraelskiej ustawy o IPN, gdyby nie to, że karała ona za dochodzenie prawdy akurat o polsko-żydowskich stosunkach. Wybuchła największa awantura we wznowionych w 1990 r. stosunkach dwustronnych. Zakończyła ją deklaracja obu premierów, groteskowa nie tylko ze względu na treść, ale i na pomysł, że to premierzy są od ustalania historii. Rzecz znacząca, nie poddano jej pod głosowanie gabinetów, o parlamentach nie wspominając – na rzeczonej harmonii grać mogą tylko niektórzy muzycy, i tylko wybrane melodie[76].

Etgar Keret, pisarz izraelski: Trudno o bardziej pusty dokument. Ale trzeba było jakoś przyklepać sprawę, na czym zależało Polakom, a Netanjahu miał to gdzieś. Niewiele go obchodziło, że w tej deklaracji znów podkreślany jest polski heroizm i pomniejszane polskie zbrodnie. Słowo „antysemityzm” pada tylko raz i w bardzo ogólnym kontekście. Poza tym to zbiór komunałów[77].

Prawica syjonistyczna nieraz w historii paradoksalnie nieźle rozumiała się z polską prawicą w różnych sprawach. Wyżej była już mowa o poparciu międzywojennej Polski dla syjonizmu. Premier Netanjahu miał swój własny interes polityczny w poparciu rządu polskiego. Wątpię, czy można go uważać za wielki autorytet moralny – o czym warto pamiętać, gdy się chwali sukcesem. Wkrótce podjął zresztą dawny wątek, nawet jeśli potem zamulano jego wypowiedź. W lutym 2019 r. na konferencji bliskowschodniej w Warszawie (!) powiedział mianowicie, że Polacy kolaborowali w Holokauście („Polacy współpracowali z nazistami i nie znam nikogo, kto byłby pociągnięty za takie stwierdzenie”)[78]. Niedługo po nim Israel Katz, pełniący obowiązki izraelskiego ministra spraw zagranicznych, podtrzymał dawniejsze, niedobre powiedzenie premiera Icchaka Szamira, jakoby „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki” (Szamir się z niego wycofał, ale Katz jednak powtórzył!). W konsekwencji premier Morawiecki musiał odwołać jazdę do Jerozolimy na szczyt Grupy Wyszehradzkiej… Wszystko to mało potwierdzało sukces, którego wyrazem była jakoby deklaracja Netanjahu–Morawiecki.

Skądinąd zrównywanie antypolonizmu z antysemityzmem jest bardziej niż wątpliwe. Nawet gdyby założyć, że ten pierwszy istnieje w znaczących formach, co pewna liczba autorów i polityków zakłada, to oba zjawiska nie są identyczne ani pod względem rozmiarów, ani charakteru. O ile wiem, nawet jeśli ktoś nie lubi Polaków, to nie mówi, że Polacy chcą zapanować/panują nad światem, nie mówi o „polonokomunie” ani o Polakach jako krwiopijcach itd. Podnoszenie, jakoby Niemcy dopiero dzięki ustawie uznały swoje winy, zupełnie nie jest prawdą. Warto pamiętać, jak to Willy Brandt ukląkł przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie (nie mówiąc o innych deklaracjach najważniejszych postaci w życiu niemieckim, odnoszących się do wywołania wojny i popełnionych zbrodni).

***

Można oczywiście postawić pytanie, jak liczna część narodu myśli podobnie do ideologów PiS-u. Czy ten obraz narodu ofiarnego i heroicznego, moim zdaniem pokrywający kompleksy, kompensacyjny, jest obrazem dominującym? Zapewne nie jest ogólnonarodowy[79]. Trudno wszakże założyć, ażeby rządząca partia i na ogół sprzyjający jej Kościół katolicki fundamentalnie nie wyczuwały, co ludzie chcą słyszeć. Sądzę, że po prostu same ich elity też reprezentują mentalność zbliżoną do większości. Po epizodzie nowelizacji ustawy o IPN-ie pojawiła się fala głosów w różnych formach, broniących rzekomo atakowanego narodu. Ich treść była zróżnicowana. Nie musiała być nawet najgorsza. Nieraz, pozornie niewinna, odgrzewała jednak stare stereotypy. Trzeba było, zgodnie ze stereotypami o zachłannych Żydach, twierdzić, że tak działają, gdyż chcą odzyskać utracone dobra materialne, majątki. Nawet prof. Grossa pomówiono o chęć zrobienia interesu na tym wszystkim. W marcu 2011 r., dwa dni po oficjalnym rozpoczęciu sprzedaży książki Grossa Złote żniwa[80], na ekranach krótkich informacji bieżących w warszawskim metrze pojawiła się notatka, że według księgarzy ludzie nie rzucili się na książkę; wielkość sprzedaży nie porażała. No cóż, informacja jak informacja; porażał natomiast jej tytuł: „Nie będzie złotych żniw, panie Gross”. Przecież to była sugestia, że Gross robi wszystko, co robi, z niskich motywów, że chce się wzbogacić na mówieniu o tępieniu Żydów w Polsce… no… że robi geszeft.

Z natury rzeczy trudno określić, jak częste były różnorodne głosy tej fali, a zwłaszcza jaki był ich udział w całej debacie publicznej. To, co głośne lub co zwraca uwagę, zawsze robi większe wrażenie. Gdy przed wejściem na Targi Książki Historycznej na warszawskim Podzamczu stoi samochód z bardzo mocnym głośnikiem, z którego płynie powtarzany w kółko tekst o żydowskich roszczeniach i żydowskiej wersji historii (2019), to nie myśli się o masie ludzi przepływającej obok; oni najpewniej w większości by woleli, żeby tego samochodu nie było. Takie głosy na pewno nie były wszakże jednostkowe. Zauważono je na świecie. Trudno zresztą, by było inaczej, skoro osoby przyznające sobie rolę obrońców narodu weszły nawet na konferencję w kwestii badań nad stosunkami chrześcijańsko-żydowskimi w Polsce, zorganizowaną w Paryżu w lutym 2019 r. w siedzibie École des Hautes Études en Sciences Sociales, czyli uczelni od czasów głębokiej PRL wyjątkowo pomocnej Polsce[81]. Spotkanie było zatytułowane „Nowa polska szkoła w historii Holokaustu / La nouvelle école polonaise d’histoire de la Shoah”. W dniach poprzedzających organizatorzy otrzymali list protestacyjny. Sygnatariusze, w imieniu kilku polskich organizacji, protestowali przeciw udziałowi osób, których standardy jakoby „nie odpowiadają podstawowym zasadom spolegliwości naukowej obowiązującym w EHESS i normom wypracowanym pod egidą Narodów Zjednoczonych, a ich działania cechują się ksenofobią i antypolskością”. Konkretnie wyrażono w liście zdziwienie zaproszeniem Jana Grabowskiego, Jana Tomasza Grossa, Barbary Engelking, Jacka Leociaka, Joanny Tokarskiej-Bakir, Agnieszki Haski i Anny Bikont, skoro „tym, co te osoby łączy, jest brak spolegliwości ich badań oraz antypolska aktywność popularyzatorska”. Wyrażono zdziwienie, że nie zostali zaproszeni „niezwykli badacze przedstawiający wyniki badań i oceny odmienne od prezentowanych przez badaczy wyżej wymienionych”. Dalej podniesiono zarzuty przeciwko konkretnym osobom o rzekome kłamstwa i szkalowanie Polski, przypomniano straty polskie i pomoc dla Żydów, również udział Polaków w wyzwoleniu Francji i francuskie grzechy z okresu okupacji, także wobec Żydów.

Osoby, które weszły z zewnątrz na samą konferencję, krzyczały: „zdrajcy”, „kłamcy”, „komuniści”, „Powinniście się wstydzić”. Różni świadkowie mówili, że słyszeli też inwektywy: „parchy”, „świnie, „żydowscy komuniści”[82].

Mało dałoby się wskazać działań tak psujących opinię Polski we Francji, jak ten epizod. W wydanym oświadczeniu protestowała uczelnia-gospodarz konferencji oraz francuska minister nauki Frédérique Vidal w liście do Jarosława Gowina. Jak wszystko wskazuje, ten nie przejął się nadmiernie jej protestem.

Niedługo później w Warszawie, w TVP (23 lutego 2019), Jan Pospieszalski mówił o naukowcach z Centrum Badań nad Zagładą Żydów: „To są ludzie, którzy wyszli z bolszewii, z Sowietów, i oni mentalnie ciągle tkwią w tej sytuacji”[83]. Na pasku „Wiadomości” głoszono: „Festiwal antypolskich kłamstw”, a prof. Mieczysław Ryba z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego mówił: „Czas skończyć z wydawaniem polskich pieniędzy na publikacje, które uderzają w dobre imię Polski”[84]. Prof. Jacek Bartyzel z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu napisał na Facebooku: „Nie mogę mieć innego uczucia niż bezbrzeżnej pogardy dla tych Polaków (z metryki), którzy kalają własne gniazdo, gorliwie przyłączając się do polakożerczej kampanii pomówień”. Potem jeszcze obrazowo mówił, że krytykowani przezeń naukowcy powinni być ukarani „chłostą” i „zamknięci w więzieniu”[85].

Krytyki czołowego dorobku Centrum, czyli wydawnictwa Dalej jest noc, nie przynoszą mocnych argumentów, raczej przypominają „dawanie odporu”, znane z czasów komunistycznych.

***

Prawda, że władze, także obozu obecnie rządzącego, nieraz podkreślają, że przedstawiciele mniejszości są obywatelami – ale sam fakt, że czują się w konieczności to podkreślać, skądinąd pozytywny, nie świadczy dobrze o dominującej sytuacji. Przemawiając na pierwszym posiedzeniu Sejmu RP IX kadencji (12 listopada 2019), prezydent Duda mówił, że Polska jest jedna i wspólna, że na polskich cmentarzach wojennych leżą żołnierze różnych wyznań, że oni byli Polakami, choć mieli różne pochodzenie. Takich wystąpień można oczywiście przypomnieć więcej. Prawda, że Muzeum Polin zostało zbudowane z walnym udziałem miasta Warszawy, a podstawowe decyzje zostały podjęte, gdy jej prezydentem był Lech Kaczyński; jest odwiedzane masowo, nie tylko przez wycieczki Żydów ze świata, ale przede wszystkim przez ludzi tutejszych. Różne miasta upamiętniły i nadal upamiętniają żydowską część swoich mieszkańców. W kontekście Katynia pamięta się także o żydowskich ofiarach, zaś Baruch Steinberg, Naczelny rabin WP, zamordowany w Katyniu, został pośmiertnie awansowany (2007) i w ramach obchodów stulecia niepodległości w 2018 r. odznaczony orderem Orła Białego. W kompozycji warszawskiego pomnika Poległym i Pomordowanym na Wschodzie uwzględniono symbole mniejszości religijnych (narodowych), w tym żydowskie. Podobnie uczyniono w kompozycji plastycznej poświęconej ofiarom Katynia w bazylice św. Brygidy w Gdańsku – co jest tym bardziej znaczące, że cały wystrój w tym kościele jest niemal podręcznikowo wyrazem katolicko-narodowo-martyrologiczno-heroicznej wizji historii Polski; jest też znaczące z uwagi na rolę tego kościoła w najnowszej historii oraz współczesnym życiu społecznym.

Zarówno w warszawskim pomniku, jak u św. Brygidy obecność symboli mniejszościowych jest nieproporcjonalna do rzeczywistej, większej obecności mniejszości w upamiętnianych tragediach. Pamięć o powstaniu w getcie warszawskim z trudem przebija się – i to dopiero od niedawna – do kanonu polskiej tradycji. Prawda, syreny w Warszawie zawyły w rocznicę tego powstania w 2018 r., ale nie bez dyskusji nad sprawą. Nie mówi się „pierwsze powstanie warszawskie”, tylko „powstanie w getcie” – jak gdyby obszar getta nie był częścią Warszawy. Minister Mariusz Błaszczak, wymieniając 12 sierpnia 2018 r. wszystkich wojowników z historii Polski, których miały przedstawiać grupy rekonstrukcyjne w ramach defilady podczas święta WP, wymienił, co jasne, powstańców warszawskich, ale już nie powstańców z getta warszawskiego. Mimo takich słabości ważne, że wątek pamięci o Żydach czy, szerzej, o różnych mniejszościach, stopniowo przebija się. Badaczom nieraz nie jest łatwo, ale badania trwają.

W rozważanym kontekście trzeba jeszcze uczynić zastrzeżenie, że myślenie o narodzie w kategoriach wyłączających „innych” i podobnie formujące pamięć historyczną może ustawiać poza granicą narodu ludzi także bez związku z ich „pochodzeniem”. W końcu nieraz w dziejach przeciwnicy bywali kwalifikowani jako ludzie spoza narodu, jako czujący i myślący inaczej niż „wszyscy”, wręcz jako zdrajcy. Współcześnie w Polsce zaistniały poważne opory przeciwko pochowaniu Miłosza w miejscu honorowym, część narodu podobnie podchodzi do pamięci Gombrowicza, jeszcze inni (a może ci sami) ani trochę nie widzą powodu do narodowej dumy z otrzymania Nagrody Nobla przez Olgę Tokarczuk – a można się domyślać, że widzieliby taki powód w wypadku innej osoby.

***

Zdumiewa siła, z jaką co pewien czas wśród spraw historycznych wybucha w Polsce sprawa żydowska, w końcu już dosyć dawna. Sprawia to wrażenie uczulenia. Zupełnie jak gdyby ta sprawa wciąż uwierała. Dyskusja o Jedwabnem była najżywszą dyskusją historyczną w Polsce – nieporównywalnie większą niż to, co rozbrzmiewało o komunizmie. Najnudniejsze zajęcia uczelniane ożywiają się, gdy dochodzi do rozważania zagadnień związanych z tą tematyką. „W Polsce publikacje na temat historii polsko-żydowskiej stają się zwykle wezwaniem do stoczenia kolejnej bitwy w nieustającej wojnie między tymi, którzy »oczerniają naród polski«, a ich przeciwnikami, którzy »wybielają polską historię«”[86]. Marszałek senatu (2015–2019) Stanisław Karczewski, na ogół wyjątkowo spokojny, występując w TVN24 w kwestii nowelizacji ustawy o IPN, dosłownie trząsł się. W 50-lecie (!) Marca namiętności były tak silne, jakby rzecz działa się wczoraj. Jakie trzeba mieć zbiorowe kompleksy, by tak ciągle bronić dumy narodowej i dobrego imienia kraju? Siła obrony plemiennej jest przecież reakcją niepewnych swego. Po otrzymaniu nagrody Nike w 2015 r. Olga Tokarczuk mówiła, że historia Polski jako kraju tolerancyjnego, otwartego, który nie splamił się złym stosunkiem do mniejszości, jest wymyśloną legendą. Odnosząc się do swoich Ksiąg Jakubowych, mówiła o ksenofobii XVIII-wiecznej Polski. Uznanie jej słów za odnoszące się do czasów dzisiejszych – nie mówiąc o fali nienawiści, jaka się wobec niej podniosła – tylko potwierdzało, jej zdaniem, że ocena jest aktualna. Niedługo potem Jarosław Kaczyński powiedział, że „[a]kcja obrażania Polaków ma ogromną, można powiedzieć globalną skalę”[87].

Etgar Keret, w kontekście nowelizacji ustawy o IPN: Weźmy na przykład pamięć o Holokauście. Każde prawo, które będzie próbowało zakazać mówienia o jakichś wydarzeniach, zadziała dokładnie odwrotnie. Dlaczego? Bo pokazuje, że jego twórca czuje się niepewnie.

[Pytanie:] Chodzi o awanturę wokół polskiej ustawy o IPN?

Oczywiście, ale nie tylko. Gdy Erdoğan wprowadził prawo zakazujące mówienia o tureckim ludobójstwie na Ormianach w czasie I wojny, z pewnością nikogo nie przekonał do swojej wersji historii. Co więcej, dopiero wtedy wiele osób na całym świecie po raz pierwszy usłyszało o tej tragedii.

W przypadku polskiej ustawy działa ten sam mechanizm. Relacje polsko-żydowskie w czasie II wojny były bardzo skomplikowane – to jedyna rzecz, jaką można z całą pewnością powiedzieć. Byli bohaterowie, którzy z narażeniem życia ratowali innych, byli też tacy, dla których była to wspaniała okazja, żeby dać upust antysemickim żądzom. Jak zawsze, nie ma jednej słusznej wersji historii. Każdy, kto uważa inaczej, robi to ze strachu[88].

Swego czasu wyodrębniłem następujące funkcje kultywowania wiedzy o historii, czy też promowania konkretnego obrazu historycznego: szukanie w historii argumentów za swoim stanowiskiem, szukanie w niej punktu odniesienia, doszukiwanie się korzeni własnych i grupy, doszukiwanie się znaku tożsamości, poszukiwanie nauk życiowych, czerpanie pewnych symboli dla formułowania wypowiedzi o współczesności, szukanie lepiszcza grupy, czasem schronienia, czasem dowartościowania, czasem narzędzia legitymizacji własnych działań lub delegitymizacji czyichś, traktowanie elementów historii jako instrumentu oporu wobec kogoś, także jako instrumentu oddania sprawiedliwości pokrzywdzonym oraz rozliczenia winnych, no i ostatecznie środka zaspokojenia ciekawości poznawczej i formy dla zabawy[89]. Odnoszę wrażenie, że nie od dziś historia jest w Polsce instrumentem kompensacji złego samopoczucia (z czego właściwie płynącego?) lub niezrealizowanych nadmiernych ambicji (wbrew pozorom kompleksy niższości i wyższości bywają bliskie).

Piotr Semka sformułował opinię: „To, co mnie szczególnie przeraziło w kontekście nowelizacji ustawy o IPN, to skala samonienawiści wśród polskiego społeczeństwa”[90]. Otóż mnie nie zaskakuje „samonienawiść”, której nie widzę, ale podejrzewam silne kompleksy. Jeśli nawiązać do podniesionej już sprawy celu wprowadzenia nowelizacji ustawy o IPN-ie, to sądzę, że przeprowadzona operacja historyczna miała za cel – niekoniecznie uświadomiony lub niekoniecznie w pełni uświadomiony – oddziałanie w kierunku dowartościowania społeczności oraz dostarczenia kleju, który ją zjednoczy jako taką, a zwłaszcza wokół tych, którzy w jej obronie zabrali głos. Elementem całej sprawy jest obraz stosunku świata do Polski przedstawiany przez obóz rządzący. Widać na nim liczne zagrożenia (jakiś czas temu byli to niezlustrowani komuniści, teraz LGBT, wrogowie rodziny, imigranci, liberalizm, obcy kapitał, sklepy wielkopowierzchniowe należące do obcych sieci…). Przejawia się w tym wszystkim jakaś dla mnie niezrozumiała potrzeba bycia tępionym. Zauważono, że „za sprawą prawicowych mediów odżyła wizja Polski – samotnej męczennicy otoczonej przez stada wrogów”[91]. Mówi się o „przemyśle pogardy” wobec prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W dyskursie na temat katastrofy smoleńskiej też jest taki akcent, poczynając od nacisku, jakoby była ona skutkiem zamachu. Pojawiał się on w „miesięcznicach” smoleńskich, gdy nawet białe róże kontrmanifestantów były jakoby ich groźnym instrumentem. Pojawia się w różnych deklaracjach wątek, że Polska jest ofiarą Brukseli i Berlina, ponieważ „wstaje z kolan”. W wypowiedziach łączono już nawet „hejt” wobec Polski w sprawie stosunku do Żydów z „hejtem”, jaki obserwuje się wobec „dobrej zmiany”. Czasem powstaje obraz, jakoby Polska była generalnie atakowana. Ponieważ trudno posądzać kogoś o manię prześladowczą, zastanawia, czy nie działa w takim kierunku świadomość, że elity często nie popierają obozu rządzącego, a one są jednak w jakimś stopniu punktem odniesienia? Może poczucie zagrożenia procesem globalizacji i ze strony instytucji UE, która jakoby zagraża „samej tkance narodotwórczej” narodu polskiego przez depolonizację i dechrystianizację – bo taka jest rzekomo istota liberalizmu[92]?

Przyjęcie przez Kongres USA ustawy nr 447, wzywającej Europejczyków do zwrotu Żydom zabranego majątku, dodatkowo ten obraz wzmacnia. Podczas konferencji bliskowschodniej w Warszawie na początku 2019 r. sekretarz stanu USA podniósł sprawę restytucji majątku ofiar Holokaustu – a wkrótce potem pojawiły się głosy, że Polska nie będzie płaciła za niemieckie zbrodnie, że Żydzi powinni adresować swoje roszczenia do Niemiec, zaś PiS jest gwarantem bezpieczeństwa przeciw roszczeniom żydowskim. Obawy przed nimi podskórnie chyba nurtowały już dawniej (przed ewentualnymi pretensjami niemieckimi na ziemiach zachodnich i północnych zresztą też). Usłyszeliśmy, że Polska nie pozwoli na kierowanie przeciw niej „antypolonizmu”. Deklaracja Netanjahu–Morawiecki, potępiająca antypolonizm na równi z antysemityzmem, mogła służyć jako dowód, że jest przed czym się bronić (a rząd broni skutecznie!). Na pytanie o przyczynę, dla której Beatę Szydło jako premiera zastąpił Mateusz Morawiecki, Jarosław Kaczyński odpowiedział: „Zmiana premiera podyktowana była przede wszystkim wiarygodnymi sygnałami o nowej, wielkiej ofensywie przeciwko Polsce, i to o skali międzynarodowej. Chodziło o próby przypisania nam już nawet nie tylko »faszyzmu«, lecz wprost »hitleryzmu«, co na pewno nie było przypadkiem. Potrzebowaliśmy osoby, która byłaby w tej sferze skuteczna. Jeśli wziąć pod uwagę deklarację polsko-izraelską, będącą naszym naprawdę ogromnym sukcesem, co niektórzy w końcu zaczynają doceniać, było to oczekiwanie dobrze ulokowane”[93].

Elementem postawy walki i obrony jest podniesienie postulatu uzyskania od Niemiec reparacji wojennych. Szans na to nie ma żadnych. Ryzyko jest duże, bowiem rozgrzanie postępowania otworzyłoby sprawę Ziem Zachodnich i majątku pozostawionego tam przez Niemców. Podniesienie zaspokaja jednak najpewniej poczucie niedowartościowania autorów propozycji oraz jest wygodne w polityce wewnętrznej, a przynajmniej w polityce wobec własnego elektoratu. Dla obserwatora stojącego z daleka od realizacji polityki zagranicznej wszystko to sprawia wrażenie działania bardziej na opinię wewnętrzną. Nie widać żadnych oznak przeciwdziałania dobrym stosunkom między państwami czy choćby tylko oziębiania kontaktów.

W niejednym ustroju i w niejednym nurcie politycznym występowała potrzeba walki. W Polsce – niedaleko szukając – odczuwali ją komuniści. Potrzebowali walki z imperializmem, z kułakami, z syjonizmem, walki o plan, walki zaostrzającej się w miarę zbliżania się do zwycięstwa (Stalin)… już nie mówiąc o roli walki klas w tej wizji historii. W Polsce jest to jednak raczej potrzeba obrony – i dopiero w tym sensie walki. Posłużenie się odwołaniami do historii jako komunikatem dla innych grup – co zdarza się często – jest bezpieczniejsze od walki poruszającej sprawy dzisiejsze, nawet ograniczonej do słów.

Szeroka fala dyskursu publicznego jest zorientowana w kierunku akcentowania żalu do świata. Słyszymy ciągle, że świat nie ceni Powstania Warszawskiego. Było się szczęśliwym, że prezydent Trump docenił je, w 2017 r. przemawiając – nieprzypadkowo – na tle pomnika na pl. Krasińskich. Nie mówi się przy tym, że świat przesadnie nie ceni bohaterstwa nieuwieńczonego sukcesem. Słyszymy ciągle żale, że świat lepiej widzi upadek muru w Berlinie niż strajk gdański i „Solidarność”. Nie chce się zauważyć, że Berlin jako miasto podzielone był symbolem podzielonego świata. Nie bierze się też pod uwagę, że – w ramach tej samej „polityki historycznej” – w Polsce dużo zrobiono, by zniszczyć legendę Sierpnia. Przecież – jeżeli w ogóle podchodzić do historii w kategoriach dumy – Polska mogłaby być dumna z pokojowej transformacji, ale część opinii woli mówić o „zdradzie z Magdalenki” itp. No i do tych frustracji dochodzi obraz świata źle mówiącego o Polsce. Przy okazji nowelizacji ustawy o IPN-ie przewijał się wątek: Polacy pomagali Żydom, a są pomawiani. To miał być jeszcze jeden sygnał dla współczesnej opinii w Polsce, że może cieszyć się z własnej wspaniałości, a PiS walczy o przywrócenie jej należnej znakomitej noty. Zamiast ograniczenia się do dyplomatycznych protestów w wypadku niedobrych opinii formułowanych na szczeblu państwowym – co byłoby normalne i co zresztą najpewniej jest robione – uczyniono sprawę słyszalną na szczeblu całego narodu, nadano jej wagę taką, jak gdyby izraelskie (żydowskie?) samoloty leciały na Polskę.

***

Na całym świecie i wobec zapewne wszystkich narodów istnieją różne, w tym negatywne stereotypy. Nie wszyscy ludzie wszystkich narodowości są wszędzie lubiani. Z pewnością istnieją także ludzie nielubiący Polaków. Takie dowcipy, jak swego czasu „Polish jokes” funkcjonują o niejednym narodzie, a w PRL były przetwarzane na dowcipy o milicjantach. O Francuzach nieraz mówi się „żabojady”, o Włochach „makaroniarze” itd. Uogólnione zarzuty rasizmu, wręcz antysemityzmu, pojawiły się w odniesieniu do niejednego kraju. Wręcz nazwy niektórych krajów/narodów stały się synonimami głupoty czy ograniczonej sprawności umysłowej tamtejszych obywateli. Sam unikam takiego mówienia jako głęboko niesmacznego, ale też nie wyobrażam sobie premierów tych krajów podnoszących larum z powodu pojawienia się złych czy głupich stereotypów i pomówień. Czy drogą do eliminacji ewentualnych uogólniających oskarżeń nie jest właśnie mówienie samemu otwarcie o negatywach? Łatwo zgodzić się z Władysławem Bartoszewskim, że „prawda nie leży pośrodku, prawda leży tam, gdzie leży”[94]. Pytanie jednak, co jest ową prawdą, a także czy rząd, za sprawą rządzącej partii, ma się zajmować jej ustalaniem i prowadzić „politykę historyczną”? Czy wszyscy powinni –się z nią zgadzać pod rygorem intelektualnego wykluczania ze wspólnoty narodowej albo – w świetle nowelizacji ustawy o IPN – potępienia nie tylko intelektualnego? Czy nie jest zwyczajne, że wizja historii jest wielokierunkowa? Czy we Francji lub w USA nie ma różnych wizji nawet w kwestii tak kanonicznych wydarzeń jak rewolucja 1789 r. bądź wojna secesyjna? Czy regiony lub grupy etniczne w Australii, Kanadzie, USA itd. nie mają nieraz innych wizji dziejów? Mimo to zainteresowane kraje nie rozsypują się. Prawda, w Hiszpanii jedność kraju i narodu są zagrożone przez tendencje separatystyczne – ale czy byłyby one naprawdę słabsze, gdyby bez reszty ujednolicić nauczanie historii i kultury w granicach państwa, choćby w szkołach?

Jeżeli nawet można dopatrzeć się pewnych długofalowych, niekorzystnych dla Polski zjawisk, takich jak uznawanie Polaków za antysemitów, to nie zmieni się ich żadnym dekretem. Takie rzeczy można zmienić jedynie długotrwałą pracą w kierunku uczciwej autorefleksji nad historią. Ma rację Jan Tomasz Gross, gdy mówi: „Trzeba sobie wreszcie przyswoić tę prawdę historyczną, że byli w czasie okupacji bohaterowie na barykadach, ale był też tłum współobywateli, których zamordowano z pomocą naszych przodków. Powiedzmy to wreszcie głośno. Wpiszmy do podręczników historii. I żaden sufit się nam z tego powodu na głowę nie zawali. Wszystko straszne, co się mogło wydarzyć w tej sprawie, już się wydarzyło; już nic na to nie poradzimy; niczego w tej koszmarnej przeszłości nie da się poprawić. I możemy teraz albo komplikować sobie życie bez końca i wystawiać na pośmiewisko, kłamiąc na temat własnej historii – vide reakcja na świecie na poprawki do ustawy o IPN-ie – albo otwarcie w przestrzeni publicznej mówić prawdę i się wreszcie, że tak powiem, uspokoić[95].

Do zmiany opinii na świecie trzeba nie dekretu, ale eliminacji antysemityzmu czy, szerzej, szowinizmu, obecnie. Dowolny epizod czy manifestacja szowinistyczna – a takie zdarzają się przecież – odbija się za granicą silniejszym echem niż przeciwna wypowiedź prezydenta. Niektóre działania samego prezydenta też zresztą osłabiają jego głos w rozważanej sprawie – jak wstrzymywanie nominacji profesorskiej Michała Bilewicza z UW, którego badania poświadczały niedobry poziom uprzedzeń wobec Żydów w społeczeństwie. Powtórzmy, że z tego punktu widzenia skutki nowelizacji ustawy o IPN były fatalne. Nie tylko za granicą, o czym była mowa, ale i w Polsce. Do ambasady Izraela, Muzeum Auschwitz, także do Muzeum Polin napłynęły nienawistne listy. Celem mniej czy bardziej publicznych krytyk stał się zespół wspomnianego prof. Michała Bilewicza z UW. Prawda, że jest to fragment szerszego wzmożenia nacjonalistycznego w społeczeństwie, manifestacji nacjonalistów w marszach niepodległości, domieszki treści nacjonalistycznych w manifestacjach przeciwnych paradom równości. No i taki trend pojawił się teraz szerzej na świecie.

Niestety dały się też słyszeć bardzo niedobre wypowiedzi osób liczących się w życiu publicznym. Zapomnijmy ich nazwiska. Przynajmniej z tego powodu nie są warte zapamiętania. Usłyszeliśmy lub przeczytaliśmy, że „V kolumna w Polsce, osobniki bez polskich genów, wspierane z zewnątrz, coraz bezczelniej atakują i upokarzają państwo swego pobytu. Wgramolili się do Sejmu, mediów, samorządów i za mordowanie polskości pobierają jeszcze od swojej »ofiary« wysokie pensje. Kiedy to się skończy?”. Dowiedzieliśmy się o „hucpiarskiej tradycji”, która jakoby teraz każe odrabiać Żydom bierność (!) wobec Holocaustu. Publicznie padło stwierdzenie o „głupich względnie chciwych parchach”. Wszystko to nie pociągało żadnych konsekwencji zawodowych wobec głoszących takie sformułowania na polach ich działalności. No i wrócił obraz Polski jako kraju antysemickiego, uformowany – nie bezzasadnie – przed wojną, umocniony przez doświadczenie wielu Żydów podczas wojny, wzmocniony po wojnie, potem w 1968 r., natomiast chyba zmniejszony wraz z falą sympatii dla Polski w dobie „Solidarności”, także dzięki odważnemu podejściu do sprawy Jedwabnego. Nowelizacja ustawy o IPN-ie „stanowi przykład tego, jak w kilka miesięcy można roztrwonić długoletnie osiągnięcia”[96].

***

Polityka historyczna ante verbum dawała o sobie znać oczywiście od bardzo dawna. W czasach nam bliższych ma znaczących poprzedników – Stalina, Hitlera… Ci oraz inni dyktatorzy byli bardzo sprawni w tym zakresie. W PRL też prowadzono politykę historyczną – prawda, że w różnych okresach z różnym natężeniem i czasem w zmiennych kierunkach. Instytut Historii PAN miał nawet stworzyć nową wykładnię dziejów Polski – co niezbyt wyszło. Nawet dalecy od leninizmu komuniści, jakim byli Gierek oraz jego otoczenie, bardzo interesowali się, co o historii mówi się na wykładach TKN. Potem gen. Jaruzelski znaczną część swojej batalii toczył wokół wizji historii. Nawet wątki były te same. Wbrew dzisiejszej wizji propaganda komunistyczna nie tylko i nie zawsze wychwalała internacjonalizm i cechy ustroju. Wątki o wspaniałym narodzie i o tym, że jesteśmy dziesiątą (?) gospodarką świata, a zbudujemy drugą Polskę, czy że inni nas atakują, też tam występowały. O „antypolonizmie” peerelowskie gazety pisały w latach sześćdziesiątych; w ogóle nieraz trudno odróżnić niektóre obecne wypowiedzi i wypowiedzi z Marca. Wtedy też miał miejsce zalew tekstów o Polakach ratujących Żydów i o niewdzięcznych Żydach, którzy nie dziękują. Też pojawił się wątek żydowskich kolaborantów, jakże interesująco rozwinięty przez Ryszarda Gontarza[97]. No i zarówno komunistyczny establishment, jak nawet bojówkarze z okresu schyłku ustroju byli przekonani, że ratują Polskę, wręcz są spadkobiercami rycerzy spod Grunwaldu. Obecnie, jak napisał Rafał Stobiecki, „powrót do polonocentrycznej, prowincjonalnej i z ducha nacjonalistycznej wizji przeszłości staje się faktem”[98]. Na dodatek to państwo chce przypilnować kultywowania takiej wizji[99]. Jan Żaryn, w latach 2015–2019 senator, autor bardzo liczący się w kształtowaniu myślenia obozu władzy o historii, sformułował zalecenie, kierujące się oczywiście do wszystkich, którzy zechcą go słuchać – ale w tym również do państwowych środków komunikacji masowej: „Bez wątpienia jesteśmy dziś na takim etapie, na którym jako naród wiemy już, jak wielkim naszym obowiązkiem jest dbanie o pamięć o polskiej historii. W taki sposób, by zostały mocno wyartykułowane, podniesione te wątki, z których mamy prawo być dumni i z których mamy prawo brać przykład, jak z pokładów węglowych najpiękniejsze diamenty. Po to, byśmy stawali się bogatsi także my, współcześni”[100]. Otóż ja powiem inaczej: należy mówić o zamordowanej za pomaganie Żydom rodzinie Ulmów, której stworzono muzeum, dokąd premier Morawiecki zawiózł zagranicznych korespondentów – ale należy też mówić o tym, w jaki sposób zginęła ta rodzina. Nie można mówić tylko o diamentach.           

Niezależnie od pewnych koniecznych funkcji państwa w zakresie kultywowania pamięci historycznej (obchody rocznic, dbanie o pomniki oraz cmentarze, koordynacja prac nad programem szkolnym, zapewnienie funkcjonowania muzeów…) to nie parlament, nie minister kultury i dziedzictwa narodowego, nie wyspecjalizowana agencja rządowa ani nie prokuratura powinny ustalać wizję przeszłości. Mnie samemu nie podoba się nawet występujące obecnie w wielu krajach zagrożenie karne tzw. kłamstwa oświęcimskiego, na który to przepis zresztą też powoływali się obrońcy nowelizacji ustawy o IPN. Sądzę, że „kłamstwo oświęcimskie” powinno być traktowane raczej jako wykroczenie przeciw etyce zawodowej przez środowiska akademickie. W analogicznej z perspektywy praktyki życia naukowego sprawie został zresztą swego czasu wygrany proces przed Sądem Najwyższym USA. W 1954 r. prokurator generalny stanu New Hampshire zażądał od Paula Sweezy’ego – jako „czerwonego”, wykładającego marksizm na Uniwersytecie New Hampshire – informacji o jego wykładach oraz wglądu w notatki. Ten odmówił i poszedł do aresztu. Wyszedł za kaucją, sprawa toczyła się do 1957 r., gdy Sąd Najwyższy stanął na stanowisku, że treść wykładów jest sprawą społeczności akademickiej, a nie państwa lub prokuratora[101]. Inna sprawa, że taki casus, o ile wiem raz rozważany w Polsce przez środowisko zawodowe, skończył się tragicznie – samobójstwem potępionego (Dariusz Ratajczak, 2010). Prawda, że sprawa toczyła się także przed sądem, który uznał winę oskarżonego.

Nie jest prawdą, że Zachód, a zwłaszcza Niemcy przemilczają momenty historii nieprzynoszące im chwały. Od lat w krajach zachodnich dokonuje się rewizja historii. Nawet historii dawniejszej. W 1968 r. Kortezy odwołały akt wyrzucenia Żydów. W 1992 r., czyli w pięćsetną rocznicę wyrzucenia, Juan Carlos w jarmułce, wraz z Chaimem Herzogiem, prezydentem Izraela, modlili się w głównej synagodze Madrytu. W 2015 r. Hiszpania i Portugalia przywróciły potomkom wygnanych prawo do powrotu i odzyskania praw obywatelskich. Koncepcja „powrotu” w dalekim, kolejnym pokoleniu była w istocie bliska izraelskiemu „prawu powrotu”. Sprawa, która w samej Ameryce Łacińskiej interesuje – jak się wydaje – już chyba tylko badaczy, w krajach sprawców okazała się żywa po ponad 500 latach.

Prawda, że przez pewien czas po wojnie w wielu krajach preferowano milczenie. To się jednak od dawna zmieniło – przede wszystkim wraz z przemianą pokoleniową. Jest faktem, że czy to we Francji, czy w Niemczech debata została rozniecona przez historyków z zewnątrz. Sprawiało wrażenie, że miejscowi czują się za słabi na podniesienie pewnych spraw lub podzielają zdanie dominujące. Nie słyszałem jednak, by prokuratura w którymkolwiek kraju zachodnioeuropejskim, w Ameryce Północnej i Południowej czy w Australii i Nowej Zelandii (bo wszędzie dokonuje się rewizja historii!) podjęła śledztwo przeciwko takiemu zagranicznemu badaczowi, jak w Polsce przeciwko Grossowi – i to długo nie pozwalając go umorzyć mimo stanowiska przynajmniej jednego z prokuratorów (prowadzono je w latach 2015–2019).

Co nie najmniej ważne, warto pamiętać, że niektóre sprawy są „po prostu” bardzo skomplikowane i wieloznaczne. Traugutt był oficerem carskiego wojska – co nie dziwne. Znam oczywiście mało chwalebną karierę von Stauffenberga, którego nazwisko padło w polskiej dyskusji jako przykład nieuzasadnionego rozdmuchiwania przez Niemców chwały własnej opozycji antyhitlerowskiej. Wiem, że konspirujący oficerowie zwrócili się przeciw Hitlerowi, gdy zobaczyli, czym to wszystko za chwilę zagrozi, a przygotowane przez nich do ogłoszenia teksty też nie były sympatyczne. Chyba jednak lepiej, że zwrócili się przeciw? Chyba ich śmierć coś jednak odkupiła, a w każdym razie zmniejszyła naszą legitymację do ich negatywnego osądu? Chyba lepiej, że Niemcy podnoszą pamięć opozycji antyhitlerowskiej, niżby czyniły odwrotnie? Nie wszystko w historii jest proste jak drut.

Oprócz wymienionych Francji i Niemiec duże dyskusje nad historią miały i mają miejsce w Hiszpanii (sprawy wojny domowej i frankizmu), w Szwajcarii (pewne aspekty neutralności podczas wojny oraz sprawa wkładów zamordowanych Żydów w tamtejszych bankach), w Szwecji (sprawa pewnych aspektów neutralności podczas wojny, polityki wobec Lapończyków, także stosowania swego czasu zabiegów niedozwolonych przez współczesną medycynę), w Finlandii (kwestie stosunku do hitlerowskich Niemiec i komunistycznej Rosji), w Norwegii (stosunek do kobiet, które związały się z Niemcami, oraz do ich dzieci), w Austrii (stosunek do Żydów po Anschlussie), w Belgii i w kilku krajach postkolonialnych (sprawy stosunku do ludności kolonii)…

Nie tylko w Europie następuje obecnie szeroka rewizja historii. W Australii i Nowej Zelandii stanęła sprawa stosunku osadników do ludności rodzimej. W Japonii wraca sprawa różnych zachowań z czasów II wojny światowej. W USA i Kanadzie wraca sprawa ludności indiańskiej, w USA ludności afroamerykańskiej dziejów Konfederacji oraz jeszcze parę innych, w kilku krajach Ameryki Łacińskiej wyraźnie wraca kwestia Indian. Bardzo ciekawa jest ewolucja historiografii i dokonywane na polu historii wybory w Afryce Południowej.

Istnieją też kraje, które takiej rewizji skutecznie opierają się, budują obraz własnej wspaniałości. Turcja najpewniej nie uzna szybko własnej odpowiedzialności w sprawie Ormian, w Chinach nie usłyszymy szybko o różnych kwestiach epoki komunistycznej. Czy Polska przemyśli własne dzieje, czy dominującym kierunkiem będzie budowanie obrazu własnej wspaniałości? Warto pamiętać, że przemyślenie nie oznacza apriorycznego bicia się w piersi. Nie musi prowadzić do bezpardonowego ataku ani do zaciętej obrony. Nie jest też nieustająco dziś dokonywanym ważeniem liczby ratujących i liczby „szmalcowników”. Poza wszystkim sprawa nie sprowadzała się do tych dwóch skrajnych grup. Sytuacje były bardzo różne i reakcje ludzkie również. Przemyślenie nie oznacza obciążania grup jako całości odpowiedzialnością z jednej strony za wojennych łajdaków, a z drugiej stalinowskich łajdaków o żydowskich korzeniach. Przemyślenie oznacza badanie i dyskusję – czyli przeciwieństwo podejmowania działań na podobieństwo nowelizacji ustawy o IPN-ie. Miło, że w obecnym establishmencie czasem przebija się jednak akcent rewizji. Podczas gdy w trakcie obchodów 50. rocznicy Mmarca premier Morawiecki utrzymywał linię „co złe to nie my”, to prezydent Duda na w wystąpieniu 8 marca 2018 r. przyjmował historię Polski jako całość. Marcowych emigrantów prosił o wybaczenie Rzeczypospolitej, Polakom i „ówczesnej Polsce”[102]).

Może jednak powstać sytuacja, która nie będzie sprzyjać nie tyle krytycznemu czy po prostu nowemu przemyśleniu narodowej historii, ile właśnie budowaniu z niej dumy. Nawiązując do początku niniejszego wywodu, powiem, że myślenie nacjonalistyczne może się zaostrzyć. W różnych krajach można obserwować takie zjawisko, epidemia koronawirusa może mu zaś sprzyjać. Może więc środowisko rządzące dziś w Polsce dobrze wyczuwa tendencję światową. Jeżeli jednak ewolucja sytuacji pójdzie w kierunku wzmocnienia nacjonalizmów, do czego Polska – przy zachowaniu wszelkich proporcji – przyczyni się, to ten nowy, wspaniały świat nie będzie przyjemny. Będzie ksenofobiczny, populistyczny, z krajami zapatrzonymi tylko w siebie i uprawiającymi własne poletka. Może się nawet zdarzyć, że wyćwiczona na strzelnicach młodzież będzie musiała strzelać nie tylko do tarcz (odpukać w niemalowane drewno!). Wtedy jednak jej strzały i nawet amerykańscy żołnierze na miejscu nie zapewnią bezpieczeństwa, o szczęściu nie mówiąc. W lepszym wypadku Polska będzie w takim świecie „biednym krewnym” – jako prowincjonalny kraj pocieszający się rojeniami o potędze i własnej „lepszości”.

Historia jako dyscyplina przeszła poważną ewolucję, zainteresowała się różnymi, dawniej zaniedbywanymi problemami. Także polscy historycy napisali dużo ciekawych prac. W polskiej humanistyce pojawiły się próby nowych, syntetycznych wykładni – choć szkoda, że mało ich powstało akurat wśród historyków[103]. Tymczasem środowisko bliskie obecnym władzom zdaje się wciąż uważać historiografię tworzoną w tradycyjnym, dziewiętnastowiecznym, narodowym stylu za pożądany model, a już na przykład historii kobiet boi się podobnie jak niejasnej dla mnie „ideologii gender”.

Nie jest oczywiście wykluczone, że nawrót do historii tradycyjnej będzie następował w różnych krajach. Wzmożone dziś zainteresowanie przeszłością na świecie może wynikać z chwiejności obecnych czasów, szybkości zmian, którą ludzie źle tolerują, a zatem chcą zakorzenić się mocniej w przeszłości[104]. Może wynikać także z globalizacji, na którą reakcją jest chęć zaznaczania własnej tożsamości, do czego historia dobrze służy. Szybkość komunikacji, przemieszczania się, wszelkich zmian, nawet rozprzestrzeniania epidemii, rozwój technologiczny, częste przesunięcia w zatrudnieniu, rozpętanie konsumpcji i doskwierające poczucie, że czegoś się nie ma, dominacja światowych centrów, przeświadczenie, że bardzo mało zależy od siebie samego, że działają jakieś nieodgadnione i odległe siły, obawy wobec klimatu… niosą ze sobą utratę poczucia stabilności. Jerzy Jedlicki rzucił kiedyś myśl, że narody reprezentują własne, w miarę przytulne mieszkania, których ludzie potrzebują. „Nowoczesny naród – pisał – powstaje dlatego, że ludziom potrzebny jest dom, w którym będą się czuli u siebie i w którym nie będą się czuli gorszymi od innych”[105]. Ani świat, ani nawet Europa nie mogą być takimi „mieszkaniami”, są bowiem za duże, zbyt nieznane, zbyt zróżnicowane.

W Polsce nie od dziś nurtowała potrzeba dowartościowania – i PiS to wyczuło, a może jego zasadniczy krąg sam ją odczuwał („Warto być Polakiem”). Świadomie lub nieświadomie posłużyło się m.in. historią. Wspólnota nie potrzebuje historycznego kleju, mogą być inne. Jeśli potrzebuje, to pytanie w jakich proporcjach. W warunkach zagrożenia zapotrzebowanie na taki klej rośnie. Po kryzysach i w ustrojach wyrosłych z kryzysu często następuje wzmocnione odwoływanie się do historii – towarzyszące odwoływaniu się do kategorii narodu. Jedno i drugie będzie sprzyjać raczej umacnianiu dawniejszego modelu uprawiania historii niż jego „przemeblowaniu”. Istnieją zresztą kraje bądź obszary, gdzie procesy państwowotwórcze trwają, niektóre kraje są autentycznie zagrożone, starają się odzyskać utracone terytoria lub odbudować imperialną potęgę, co wszystko chyba też sprzyja uprawianiu historii narodotwórczej i w tradycyjnym stylu. Reakcje na napływ imigrantów, zaistnienie skupisk imigranckich, które przecież nie znikną (a, miejmy nadzieję, nikt nie wymyśli nowej wersji „ostatecznego rozwiązania”!), nieraz prowadzą w tym samym kierunku. Bywa, że sprzyjają też pogłębianiu badań nad problematyką kolonialną, migracjami oraz kontaktem kultur – ale ten typ reakcji musi być zaledwie elitarny. Zmiany technologiczne z jednej strony występują wśród czynników globalizacji, ale z drugiej ułatwiają podtrzymanie odrębności grup, odrębnych języków, komunikacji w ramach grup. Przyszłością jest najprawdopodobniej połączenie globalnego i swojego – zwłaszcza że różnorodność, do której instytucja narodów przyczyniła się mimo wszystkich bojów między nimi, jest kulturotwórcza. Na razie owo łączenie jest jednak trudne – choć, wbrew pozorom, nie jest wykluczone.

***

Polityka historyczna milcząco zakłada, że istnieje jedna prawdziwa wersja historii. Jest w tym bliska pozytywizmowi. 27 lutego 2018 r., w kontekście sprawy nowelizacji ustawy o IPN-ie prezydent RP mówił, że serce mu pęka, gdy słyszy, że ktoś chce pisać historię na nowo, podczas gdy idzie tylko o prawdę historyczną i o to, żeby nie była obrażana. W moim przekonaniu nieraz właśnie prawda historyczna wymaga napisania historii na nowo. Prawda o dziejach też rzadko jest bezapelacyjnie oczywista. Znacznie łatwiej dogadamy się co do fałszu w historii niż co do prawdy w historii. Łatwiej można powiedzieć, co jest niewątpliwie zafałszowaniem obrazu dziejów, niż zgodzić się, co jest obrazem prawdziwym. Trudno, nie jesteśmy jedną z nauk przyrodniczych – choć i przyrodnicy podobno nie traktują wyników swoich badań jako tak jednoznacznych, jak byśmy podejrzewali. Już dawno zauważono, że nauka jest poszukiwaniem – a poszukiwanie zakłada konkurencję możliwych wizji. Oby tylko wszyscy mogli je przedstawiać. Oby państwo nie promowało jednej z nich, zgodnej z mentalnością obozu akurat rządzącego.

Nie akceptuję świadomie instrumentalnego wykorzystywania historii, użytkowania jej w kontekście dzisiejszych potrzeb politycznych bądź potrzeb mentalności zbiorowej. Dla mnie jako nauczyciela historii historia nie jest przedmiotem sądów, rozdzielania nagan i pochwał, lecz wiedzą o działaniach ludzkich. Sprawy mniejszości żydowskiej oraz stosunków chrześcijańsko-żydowskich w Polsce wydają mi się ważne jako casus ogólnoludzkiego zjawiska mniejszości narodowych i migracji. Kiedyś napisałem artykuł porównujący grupy migracyjne, także inny o Żydach jako rolnikach w Polsce[106]. Chciałbym, ażeby studia historyczne były skonstruowane wokół takiej osi. Byśmy zajmowali się wraz ze studentami wielkimi problemami ludzkości – ponadnarodowo, ponadepokowo, ponadstereotypowo i aż do dziś – a nie tylko w ramach jednego narodu/terenu, zwłaszcza dla wystawienia komukolwiek cenzurki. Chciałbym przyglądać się ze studentami, jak nasze problemy i różne typy naszych działań przejawiały się w dziejach. Historia jest, z mojego punktu widzenia, dopełnieniem wiedzy o problemach dzisiejszych; znajomość dowolnego problemu jest niepełna bez informacji o jego występowaniu w przeszłości. „Jeżeli nie pokażemy młodemu pokoleniu historii jako wiedzy o cywilizacjach, w sumie jeśli nie pokażemy ludziom historii jako wiedzy o nich samych, to przegramy”[107]. Takie niebezpieczeństwo jest realne, bowiem niezależnie od wszystkiego, co wyżej powiedziałem o następującej w różnych krajach rewizji obrazu historii, wraz z populizmem i skłonem nacjonalistycznym może szeroko przyjść faza narodowej historii megalomańskiej, faza „podbijania bębenka” w narodowej historiografii. Ona przyniosłaby raczej atrapę wiedzy o nas samych niż wiedzę.


Bibliografia

Obejmuje pozycje przywołane w przypisach

Aleksiun Natalia, Dokąd dalej? Ruch syjonistyczny w Polsce (1944–1950), Centrum Badania i Nauczania Dziejów i Kultury Żydów w Polsce im. Mordechaja Anielewicza, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2002.

Bartoszewski Władysław, Komar Michał, Prawda leży tam, gdzie leży, Wydawnictwo Naukowe PWN, we współpracy z Firmą Wydawniczą Sezamm Małgorzata Maruszkin, Warszawa 2016.

Bauman Zygmunt, Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018.

Bikont Anna, Sendlerowa. W ukryciu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.

Blady-Szwajgier Adina [później Irena/Inka Świdowska], I więcej nic nie pamiętam, Nisza, Warszawa 2019.

Budzyńska Celina, Strzępy rodzinnej sagi, ŻIH, Warszawa 1997.

Canin Mordechaj, Przez ruiny i zgliszcza. Podroż po stu zgładzonych gminach żydowskich w Polsce, tłum. Monika Adamczyk-Garbowska, Nisza we współpracy z ŻIH, Warszawa 2018.

[Chwin Stefan], A co, jeśli nas, Polaków, nic nie łączy? Ze Stefanem Chwinem rozmawia Grzegorz Wysocki, „Gazeta Wyborcza”, 1–2 IX 2018.

Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, t. 1–2, red. Barbara Engelking, Jan Grabowski, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2018.

Davies Norman, Sam o sobie, z autorem rozmawiali Joanna Gromek-Illg, Maciej Gablankowski, fragmenty pisane przez autora po angielsku tłum. Bartłomiej Pietrzyk, Znak, Kraków 2019.

Dąbrowska Maria, Dzienniki, opr. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik, t. 1, Warszawa 1988.

Dąbrowska Maria, Dzienniki 1914–1965, red. Tadeusz Drewnowski, tom 4: 1937–1941, PAN. Wydział I Nauk Społecznych. Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009.

Dobrowolski Stanisław Ryszard, Głupia sprawa, Czytelnik, Warszawa 1969.

Flieger Estera, Historyczny populizm premiera, „Gazeta Wyborcza”, 29 I 2019.

Flieger Estera, Wyzywali naukowców w Paryżu, „Gazeta Wyborcza”, 25 II 2019.

Frister Roman, Autoportret z blizną, tłum. Elżbieta i Roman Frister, Oficyna Wydawnicza Przybylik&, Warszawa 2019.

Gauden Grzegorz, Lwów. Kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918, TAiWPN Universitas, Kraków 2019.

Gebert Konstanty vide Dawid Warszawski

[Grabowski Jan], Desant prawicy na Paryż, „Gazeta Wyborcza”, 27 II 2019 (wywiad udzielony Esterze Flieger przez prof. Jana Grabowskiego).

Grabowski Jan, Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

Grochowska Magdalena, W czasach szaleństwa. Hertz. Fiłosofow. Stempowski. Moltke, posłowie Anna Wolff-Powęska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019.

Gross Jan Tomasz, Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka, Pogranicze, Sejny 2000.

[Gross Jan Tomasz], Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, … bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, W.A.B., Warszawa 2018.

Gross Jan Tomasz (współpraca Irena Grudzińska-Gross), Złote żniwa. Rzecz o tym, co działo się na obrzeżach zagłady Żydów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.

Jedlicki Jerzy, O narodowości kultury, „Res Publica” 1987, nr 2, s. 46–55.

[Jedlicki Jerzy], Ty to chyba Żydek jesteś? (Z Jerzym Jedlickim w roku 2014 rozmawiała Anna Bikont), „Gazeta Wyborcza”, 3–4 II 2018.

Jie-Hyun Lim, Narody-ofiary i ich megalomanie, „Więź”, luty–marzec 2010, s. 22–34.

[Kaczyński Jarosław], Wszystko zgodnie z prawem, Jacek Karnowski rozmawia z Jarosławem Kaczyńskim, prezesem Prawa i Sprawiedliwości, „Sieci”, 11–17 II 2019.

[Keret Etgar], Mama byłaby naprawdę zła, Etgara Kereta wysłuchał Paweł Smoleński, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 I 2020.

[Keret Etgar], Niesłuszne historie, „Tygodnik Powszechny”, 1 VII 2018 (z Etgarem Keretem rozmawia Michał Sowiński).

Krajewski Andrzej, Świadectwo Morgenthaua, „Polityka”, 4–10 IX 2013.

Krzyżanowski Łukasz, Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.

Kula Marcin, Autoportret rodziny X. Fragment żydowskiej Warszawy lat międzywojennych, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007.

Kula Marcin, Historyczne treści w historycznym referendum, w: tegoż, O co chodzi w historii?, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2008, s. 167–178.

Kula Marcin, Impresje z „marcowej” wystawy, „Kultura Liberalna”, 3 IV 2018.

Kula Marcin, Kamyk moszczący drogę, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce” 1992, nr 2/3, s. 199–201.

Kula Marcin, Krótki raport o użytkowaniu historii, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004.

Kula Marcin, Obronią Polskę w paryskim audytorium!, „Kultura Liberalna”, 9 III 2019.

Kula Marcin, Polonia to najpierw ludzie, a dopiero potem Polonia, w: tegoż, Historia moja miłość (z zastrzeżeniami), Wydawnictwo UMCS, Lublin 2005, s. 242–250.

Kula Marcin, Żydzi – rolnicy (w okresie międzywojennym, poza Palestyną), w: tegoż, Uparta sprawa. Żydowska? Polska? Ludzka?, TAiWPN Universitas, Kraków [2004], s. 17–38.

Kula Witold, Rozdziałki, do druku podali Nina Assorodobraj-Kula i Marcin Kula, opracował oraz wstępem i przypisami opatrzył Marcin Kula, Wydawnictwo Trio, Warszawa 1996.

Linkiewicz Olga, Lokalność i nacjonalizm. Społeczności wiejskie w Galicji Wschodniej w dwudziestoleciu międzywojennym, TAiWPN Universitas, Kraków 2018.

Leder Andrzej, Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2014.

Łapicki Andrzej, Jutro będzie „Zemsta”. Dzienniki 1984–2005, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018.

[Machcewicz Paweł], Absolutne przerwanie ciągłości. Z Pawłem Machcewiczem rozmawia Karolina Wigura, „Kultura Liberalna”, 19 VI 2018.

Materski Wojciech, Od cara do „cara”. Studium rosyjskiej polityki historycznej, ISP PAN, Warszawa 2017 (rec.: Rafał Stobiecki, „Dzieje Najnowsze” 2018, nr 2).

Mazur Mariusz, Antykomunistycznego podziemia portret zbiorowy. 1945–1956. Aspekty mentalno-psychologiczne, Bellona, UMCS, Warszawa–Lublin 2019.

Nowak Magdalena, Dwa światy. Zagadnienie identyfikacji narodowej Andrzeja Szeptyckiego w latach 1865–1914, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2018.

Olszewski Michał, Kurator w pierwszym szeregu rewolucji, „Gazeta Wyborcza”, 26 II 2018.

Olszewski Michał, Polacy kochają czuć się urażeni, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 VIII 2018.

[Osęka Piotr], Administracja zbiorowej pamięci, „Newsweek” 19–25 III 2018 (z Piotrem Osęką rozmawiał Paweł Reszka).

Ossowski Stanisław, Dzienniki, t. 1: 1905–1939, opr. Róża Sułek, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2019.

Piskorski Jan M., Od kultu herosów do adoracji ofiar. Przemiany w kulturze pamięci, „Więź”, luty–marzec 2010, s. 5–21.

Piskorski Jan M., Przesiedlenie i uchodźcy, „Polityka. Pomocnik historyczny” 2013, nr 5: Trzecia Rzesza.

Römer Michał, Dzienniki, t. 1–6, Ośrodek Karta, Warszawa 2017–2019.

Rosiak Dariusz, Polska – Izrael: wyjście z obłędu, „Tygodnik Powszechny”, 3 III 2019.

Rudnicki Szymon, Żydzi w parlamencie II Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2004.

Sapieha Virgilia, Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk, tłum. Ewa Horodyska, Ośrodek Karta, Warszawa 2019.

[Semka Piotr], Piątka u Semki. Jan Hlebowicz rozmawia z Piotrem Semką, Zysk i S-ka, Poznań 2019.

Seweryn Andrzej, Ja prowadzę! Rozmawiają Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, W.A.B., Warszawa 2019.

Sikorski Radosław, PiS strzela nam samobója, „Polityka”, 15–21 I 2020.

Skibiński Cyryl, „Maria Dąbrowska wobec Żydów”, praca magisterska napisana pod kierunkiem Marcina Kuli w Instytucie Historycznym UW w r. akad. 2012/2013 (publikowane: Papierowa segregacja. Stosunek Marii Dąbrowskiej do Żydów, „Pamiętnik Literacki” 2015, nr 3, s. 19–36).

[Sułek Antoni], Wobec Żydów więcej było wolno. Z prof. Antonim Sułkiem rozmawia Maciej Stasiński, „Gazeta Wyborcza”, 2–3 VI 2018.

[Szlajfer Henryk], Kapitalizm wyzwolony. Z prof. Henrykiem Szlajferem rozmawia Grzegorz Konat, w: Realny kapitalizm. Wokół teorii kapitalizmu monopolistycznego, red. Grzegorz Konat, Przemysław Wielgosz, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, s. 219–254.

Szlajfer Henryk, Współtwórcy atlantyckiego świata. Nowi chrześcijanie i Żydzi w gospodarce kolonialnej Ameryki Łacińskiej XVI–XVII wieku. Zarys problematyki, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2018 (rec.: Marcin Kula, „Nowi chrześcijanie” zagospodarowują „Nowy Świat”, „Studia Migracyjne – Przegląd Polonijny” 2019, nr 2 (172), s. 335–339).

Szostak Natalia, Pisarka kochana przez wszystkich poza polską prawicą, „Gazeta Wyborcza”, 11 X 2019.

Świda-Ziemba Hanna, Krótkowzroczność „kulturalnych”, „Gazeta Wyborcza” 7–8 IV 2001; cyt. za: tejże, Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy. 1930–1989, wybór i opracowanie Dominik Czapigo, Ośrodek Karta, Warszawa 2018.

Tokarska-Bakir Joanna, Pod klątwą. Portret społeczny pogromu kieleckiego, t. 1–2, Wydawnictwo Czarna Owca,Warszawa 2018.

Tuwim Julian, My, Żydzi polscy. Kwiaty polskie (fragmenty), Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1988.

Warszawski Dawid (właśc. Konstanty Gebert), Jak Rydzyk z Danielsem, „Gazeta Wyborcza”, 26 IX 2018.

Warszawski Dawid (właśc. Konstanty Gebert), Obłęd, czyli transakcja wiązana, „Gazeta Wyborcza”, 23 II 2018.

Wieże „bliźniaki” prezesa PiS, „Gazeta Wyborcza”, 29 I 2019.

[Wolsza Tadeusz], Jesteśmy narodem bohaterskim. Z prof. Tadeuszem Wolszą, historykiem, członkiem rady przy Muzeum II Wojny Światowej, rozmawia Maciej Pieczyński, „Do Rzeczy”, 22 I 2019.

Wroński Paweł, MSZ: ustawa o IPN to sukces, „Gazeta Wyborcza”, 6 II 2018.

Wroński Paweł, Flieger Estera, Prezydent prosi o wybaczenie, „Gazeta Wyborcza” 9 III 2018.

Wroński Paweł, Kondzińska Agata, Netanjahu o kolaborujących Polakach, „Gazeta Wyborcza”, 26–17 II 2019.

Zalewski Krzysztof Marcin, Naród, religia, rasa. Muzułmańskie ideologie i ruchy narodowe pogranicza w Południowo-Wschodniej Europie. Przykład Sandżaka nowopazarskiego w XX wieku, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010.

Zaremba Marcin, Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce, ISP PAN, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2005.

Zaremba Marcin, Wielka trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzys, Znak, ISP PAN, Kraków 2012.

Zawadzka Halina, Ucieczka z getta, Ośrodek Karta, Warszawa 2001.

Zybertowiczowie Krystyna i Andrzej, w Polityce.pl (dostęp 22 IV 2018).

[Żaryn Jan], Nie ma zgody na akceptację kłamstwa. Michał Karnowski rozmawia z profesorem Janem Żarynem, historykiem, senatorem, redaktorem naczelnym „W Sieci Historii”, „Sieci”, 6–12 V 2019.

Żukowski Tomasz, Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów, Wielka Litera, Warszawa 2018.


Przypisy

[1] Andrzej Krajewski, Świadectwo Morgenthaua, „Polityka” 4–10 IX 2013.

[2] Marcin Kula, Impresje z „marcowej” wystawy, „Kultura Liberalna” 3 IV 2018.

[3] Na marginesie: ciekawe było połączenie tych utworów w bibliofilskiej publikacji wydanej na zamówienie Edmunda Neusteina z okazji trzydziestolecia istnienia Księgarni Polskiej A. i E. Neusteinów w Izraelu: Julian Tuwim, My, Żydzi polscy. Kwiaty polskie (fragmenty), Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1988.

[4] Wieże „bliźniaki” prezesa PiS, „Gazeta Wyborcza” 29 I 2019.

[5]Z najnowszych publikacji por. Magdalena Nowak, Dwa światy. Zagadnienie identyfikacji narodowej Andrzeja Szeptyckiego w latach 1865–1914, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2018. Z wydawnictw źródłowych: Michał Römer, Dzienniki, t. 1–6, Ośrodek Karta, Warszawa 2017–2019.

[6] Wrażenia ze zwiedzania w listopadzie 2018 r.

[7] Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914–1965, red. Tadeusz Drewnowski, t. 4: 1937–1941, PAN. Wydział I Nauk Społecznych. Komitet Nauk o Literaturze, Warszawa 2009, s. 74 (zapis pod datą 12 IV 1938).

[8] Por. Olga Linkiewicz, Lokalność i nacjonalizm. Społeczności wiejskie w Galicji Wschodniej w dwudziestoleciu międzywojennym, TAiWPN Universitas, Kraków 2018. Zaletą tej pracy jest przyjrzenie się sytuacji poza dużymi ośrodkami.

[9] Z najnowszych uwag na ten temat por. Norman Davies, Sam o sobie, z autorem rozmawiali Joanna Gromek-Illg, Maciej Gablankowski, fragmenty pisane przez autora po angielsku tłum. Bartłomiej Pietrzyk, Znak, Kraków 2019, s. 84.

[10] Por. niedawna wystawa „»Obcy i niemili«. Antysemickie rysunki z prasy polskiej 1919–1939” (ŻIH 2013).

[11] Z najnowszych pozycji: Grzegorz Gauden, Lwów. Kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918, TAiWPN Universitas, Krakow 2019.

[12] Szymon Rudnicki, Żydzi w parlamencie II Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2004.

[13] Ostatnio prof. Davies relatywizował znaczenie wprowadzenia numerus clasus („Jeżeli rozpatruje się to zagadnienie w kontekście amerykańskiej offensive action czy dzisiejszego parytetu płci, sprawa nie wydaje się już tak jednoznaczna”). Trudno mi się z tym zgodzić, nawet jeśli łatwo mogę się zgodzić z niechęcią autora zarówno wobec upraszczająco czarnej, jak upraszczająco wybielającej wizji historii wzajemnych stosunków (Norman Davies, Sam o sobie, s. 369, 429).

[14] Przez sentyment przytoczę zachowany list Aleksandra Kamińskiego do mego Ojca z czerwca 1937 r.: „Szanowny Druhu! Przed miesiącem zwróciłem się do Marysi Piskorskiej z prośbą, aby doradziła mi, kogo mógłbym zaprosić do zajęcia się zbadaniem kilku skautowych organizacyj sjonistycznych żydowskich. Jest to potrzebne dla władz harcerskich, które są w trakcie rozpatrywania swych stosunków do młodzieży skautowej żydowskiej. Do owej akcji »badawczej« z powodu wielości organizacyj skautowych żydowskich potrzeba sporo ludzi. Między innemi dhna Piskorska wskazała mi na osobę Druha jako tego, do którego mogę się z tem zwrócić. Byłbym Druhowi bardzo zobowiązany za odpowiedź, czy propozycja ta dogadzałaby Wam. W razie pozytywnej odpowiedzi – nadeślę szczegóły. Łączę serdeczne uściski dłoni i proszę o podanie swego adresu, gdyż list ten wysyłam okrężną drogą. Czuwaj! A. Kamiński”. List został napisany na maszynie, podpis jest odręczny. Nazwisko wspomnianej Marii Piskorskiej nic mi nie mówi. W sprawie kontaktów Aleksandra Kamińskiego ze środowiskami żydowskimi w kontekście ZHP por. Marcin Kula, Kamyk moszczący drogę, „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego w Polsce” 1992, nr 2/3, s. 199–201.

[15] [Jerzy Jedlicki], Ty to chyba Żydek jesteś? (Z Jerzym Jedlickim w roku 2014 rozmawiała Anna Bikont), „Gazeta Wyborcza”, 3–4 II 2018.

[16] „Z jednej strony młodzi, postępowi Żydzi z trudem wyłamywali się z rygorów religijnych i obyczajowych, które przez wieki zespalały w diasporze rozproszony naród żydowski. A jednocześnie natrafiali na opór i wrogość znacznej części polskiego społeczeństwa. Trudno było odejść od starego świata, ale może jeszcze trudniej– znaleźć miejsce pod słońcem w tym nowym świecie. Największy paradoks polegał na tym, że część społeczeństwa polskiego tolerowała żydowskie getto z jego zacofaniem, religianctwem, a ze szczególną niechęcią odnosiła się do Żydów oświeconych, negując ich patriotyzm, wkład w rozwój kultury” (Celina Budzyńska, Strzępy rodzinnej sagi, ŻIH, Warszawa 1997, s. 18).

[17] Virgilia Sapieha, Amerykańska księżna. Z Nowego Jorku do Siedlisk, tłum. Ewa Horodyska, Ośrodek Karta, Warszawa 2019, s. 184.

[18] Henryk Szlajfer, Współtwórcy atlantyckiego świata. Nowi chrześcijanie i Żydzi w gospodarce kolonialnej Ameryki Łacińskiej XVI–XVII wieku. Zarys problematyki, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2018. Por. rec.: Marcin Kula, „Nowi chrześcijanie” zagospodarowują „Nowy Świat”, „Studia Migracyjne – Przegląd Polonijny” 2019, nr 2 (172), s. 335–339.

[19] Marcin Kula, Żydzi – rolnicy (w okresie międzywojennym, poza Palestyną), w: tegoż, Uparta sprawa. Żydowska? Polska? Ludzka?, TAiWPN Universitas, Kraków [2004], s. 17–38.

[20] Rafał Węgrzyniak, „Ideologia polityczna Reduty”, referat podczas konferencji „Reduta. Nowe fragmenty” (Instytut Sztuki PAN, Warszawa 28–29 XI 2019).

[21] Cyryl Skibiński, „Maria Dąbrowska wobec Żydów”, praca magisterska napisana pod kierunkiem Marcina Kuli w Instytucie Historycznym UW w r. akad. 2012/2013 (publikowane: Papierowa segregacja. Stosunek Marii Dąbrowskiej do Żydów, „Pamiętnik Literacki” 2015, nr 3, s. 19–36).

[22] Maria Dąbrowska, Dzienniki, opr. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik, Warszawa 1988, t. 1, s. 395.

[23] Tamże, s. 237 (zapis pod datą 1 III 1928).

[24] Jan Tomasz Gross, Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka, Pogranicze, Sejny 2000.

[25] Marcin Kula, Autoportret rodziny X. Fragment żydowskiej Warszawy lat międzywojennych, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007.

[26] „Żeby zrozumieć relacje chłopów z Żydami, trzeba wiedzieć, że były to społeczności osobne, dwa światy: Żydów i chrześcijan, czy Żydów i polskich chłopów. Dzieliła ich nie tylko religia i kultura, ale też żyli w oddzielnych skupiskach. Mieszkali po sąsiedzku, ale nie byli sąsiadami. Nie odwiedzali się. Związki między nimi były głównie ekonomiczne. Chłopi kupowali u Żydów w sklepach, a Żydzi u chłopów wszystko, co wyprodukowali oni w gospodarstwach. W miasteczku dzieci chodziły razem do szkoły, ale we wsiach razem się nie bawiły. Nie pasały razem krów, a pastwisko było bardzo ważne dla socjalizacji na wsi. Młodzi ludzie nie chodzili razem »na kawalerkę«. Nie było małżeństw mieszanych. Wzajemna separacja” ([Antoni Sułek], Wobec Żydów więcej było wolno. Z prof. Antonim Sułkiem rozmawia Maciej Stasiński, „Gazeta Wyborcza”, 2–3 VI 2018).

[27] Robiło to widać wrażenie na Stanisławie Ossowskim, skoro w swoim dzienniku zapisał w odniesieniu do małżeństw chrześcijańsko-żydowskich: „Największy odsetek w Trieście – 50% ludności żydowskiej. W Hamburgu i Kopenhadze – 1/3; w Niemczech – 20%; na wschodzie Europy – 1–5%” (Stanisław Ossowski, Dzienniki, t. 1: 1905–1939, opr. Róża Sułek, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2019, s. 205, zapis pod datą 17 XII 1933).

[28] „Bo każde nienawistne uprzedzenie etniczne bez względu na formy nosi w sobie ładunek zbrodni. Pokazało to choćby doświadczenie Jugosławii. Studiujący dziś w Polsce studenci opowiadają, że dawniej może istniała jakaś niechęć między różnymi narodami czy wyznawcami różnych religii, lecz nie była ona jaskrawo manifestowana. Przeciwnie – ludzie różnych narodowości przyjaźnili się, były też małżeństwa mieszane. A jednak jugosłowiańska wojna ukazała, że te podskórne antagonizmy wybuchły (w pewnych właśnie warunkach) jak wulkan. Tak więc »łagodność« przejawów uprzedzeń etnicznych o niczym nie świadczy. Nie znamy przyszłości, a więc nie wiemy, czy i kiedy ten polski ładunek uprzedzeń etnicznych wobec Żydów może eksplodować” (Hanna Świda-Ziemba, Krótkowzroczność „kulturalnych”, „Gazeta Wyborcza”, 7–8 IV 2001; cyt. za: tejże, Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy. 1930–1989, wybór i opracowanie Dominik Czapigo, Ośrodek Karta, Warszawa 2018, s. 272).

[29] Magdalena Grochowska, W czasach szaleństwa. Hertz. Fiłosofow. Stempowski. Moltke, posłowie Anna Wolff-Powęska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019, s. 327.

[30] Archiwum Akt Nowych, zespół KGPPP, sygn. 258.

[31] Norman Davies, Sam o sobie, s. 538.

[32] Jan M. Piskorski, Przesiedlenie i uchodźcy, „Polityka. Pomocnik historyczny” 2013, nr 5: Trzecia Rzesza, s. 116.

[33] Halina Zawadzka, Ucieczka z getta, Ośrodek Karta, Warszawa 2001, s. 22.

[34] „Męczeństwo Żydów było dla chłopów czymś widocznym i bolesnym, ale jednak odległym. To nie była »ich sprawa«” ([Antoni Sułek], Wobec Żydów więcej było wolno).

[35] Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, t. 1–2, red. Barbara Engelking, Jan Grabowski, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2018.

[36] Z niedawno publikowanych świadectw: Roman Frister, Autoportret z blizną, tłum. Elżbieta i Roman Frister, Oficyna Wydawnicza Przybylik&, Warszawa 2019, s. 351–359.

[37] Adina Blady-Szwajgier [później Irena/Inka Świdowska], I więcej nic nie pamiętam, Nisza, Warszawa 2019, s. 183–184.

[38] Tomasz Żukowski, Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów, Wielka Litera, Warszawa 2018, s. 256–258.

[39] Anna Bikont, Sendlerowa. W ukryciu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 339.

[40] Marcin Zaremba, Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce, ISP PAN, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2005.

[41] Mordechaj Canin, Przez ruiny i zgliszcza. Podroż po stu zgładzonych gminach żydowskich w Polsce, tłum. Monika Adamczyk-Garbowska, Nisza we współpracy z ŻIH, Warszawa 2018, s. 229, 290, 315, 411 i in.

[42] Tamże, s. 242.

[43] Do tego wątku spraw wielką wagę przywiązuje prof. Gross (Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, … bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, W.A.B., Warszawa 2018, s. 170–171).

[44] Marcin Zaremba, Wielka trwoga. Polska 1944–1947. Ludowa reakcja na kryzys, Znak, ISP PAN, Kraków 2012.

[45] Natalia Aleksiun, Dokąd dalej? Ruch syjonistyczny w Polsce (1944–1950), Centrum Badania i Nauczania Dziejów i Kultury Żydów w Polsce im. Mordechaja Anielewicza, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2002; Łukasz Krzyżanowski, Dom, którego nie było. Powroty ocalałych do powojennego miasta, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.

[46] Roman Frister, autoportret z blizną, s. 382; Stanisław Ryszard Dobrowolski, Głupia sprawa, Czytelnik, Warszawa 1969.

[47] Joanna Tokarska-Bakir, Pod klątwą. Portret społeczny pogromu kieleckiego, t. 1–2, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2018.

[48] [Stefan Chwin], A co, jeśli nas, Polaków, nic nie łączy? Ze Stefanem Chwinem rozmawia Grzegorz Wysocki, „Gazeta Wyborcza”, 1–2 IX 2018.

[49] Marcin Kula, Historyczne treści w historycznym referendum, w: tegoż, O co chodzi w historii?, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2008, s. 167–178.

[50] [Tadeusz Wolsza], Jesteśmy narodem bohaterskim. Z prof. Tadeuszem Wolszą, historykiem, członkiem rady przy Muzeum II Wojny Światowej, rozmawia Maciej Pieczyński, „Do Rzeczy”, 22 I 2019.

[51] Dariusz Stola (za Michałem Bilewiczem) w dyskusji „Fałszywa historia jako mistrzyni fałszywej polityki” na uroczystości „Człowieka roku” i 29. urodzin „Gazety Wyborczej” 25 V 2018.

[52] Grzegorz Gauden, Lwów. Kres iluzji…, s. 147, 173 i in.

[53] Andrzej Seweryn, Ja prowadzę! Rozmawiają Arkadiusz Bartosiak, Łukasz Klinke, W.A.B., Warszawa 2019, s. 94.

[54] „Gazeta Wyborcza”, 10 VIII 2018.

[55] Estera Flieger, Historyczny populizm premiera, „Gazeta Wyborcza”, 29 I 2019.

[56] Profesro Davies ujął to jeszcze mocniej: „Uważam, że trzeba to powiedzieć wprost: drugą wojnę światową wygrał Stalin” (Norman Davies, Sam o sobie, s. 603).

[57] „Ale rządowi PiS udało się strzelić nam samobója i ze swoją tradycyjną mieszanką nadętości moralnej oraz krótkowzroczności Putina do Auschwitz nie zaprosił. Mimo, że to Armia Czerwona, a nie żołnierze wyklęci, zajęła obóz w Oświęcimiu i uwolniła pozostałych jeszcze więźniów. Rezultat jest jak koszmarny sen polskiego dyplomaty. Rocznica wyzwolenia obozu, który hitlerowcy zbudowali dla Polaków na terenie okupowanej Polski, będzie obchodzona zagranicą pod nieobecność prezydenta Polski. Nie wiem, jak można bardziej wymanewrować się na margines” (Radosław Sikorski, PiS strzela nam samobója, „Polityka”, 15–21 I 2020).

[58] Cyt. za TVN24.

[59] Krzysztof Marcin Zalewski, Naród, religia, rasa. Muzułmańskie ideologie i ruchy narodowe pogranicza w Południowo-Wschodniej Europie. Przykład Sandżaka nowopazarskiego w XX wieku, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010, s. 78.

[60] Z najnowszych prac por.: Mariusz Mazur, Antykomunistycznego podziemia portret zbiorowy. 1945–1956. Aspekty mentalno-psychologiczne, Bellona, UMCS, Warszawa–Lublin 2019.

[61] Cyt. za: [Piotr Osęka], Administracja zbiorowej pamięci, „Newsweek” 19–25 III 2018 (z Piotrem Osęką rozmawiał Paweł Reszka).

[62] [Paweł Machcewicz], Absolutne przerwanie ciągłości. Z Pawłem Machcewiczem rozmawia Karolina Wigura, „Kultura Liberalna”, 19 VI 2018 (przywołana, bez cytowania, wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego).

[63] Barbara Nowak, małopolska kurator oświaty (Michał Olszewski, Kurator w pierwszym szeregu rewolucji, „Gazeta Wyborcza”, 26 II 2018).

[64] Głos na jednej z konferencji partyjnych w 1968 r. ([Piotr Osęka], Administracja zbiorowej pamięci).

[65] Jie-Hyun Lim zaliczył Polskę do czołowych reprezentantów a victimhood nationalism – obok Izraela i Korei. Do tego grona można jednak zaliczyć więcej krajów i narodów (Jie-Hyun Lim, Narody-ofiary i ich megalomanie, „Więź”, luty–marzec 2010, s. 22–34; por. Jan M. Piskorski, Od kultu herosów do adoracji ofiar. Przemiany w kulturze pamięci, tamże, s. 5–21).

[66] Liternictwo logo NSZZ „Solidarność”, w które wkomponowana jest flaga narodowa.

[67] Witold Kula, Rozdziałki, do druku podali Nina Assorodobraj-Kula i Marcin Kula, opracował oraz wstępem i przypisami opatrzył Marcin Kula, Wydawnictwo Trio, Warszawa 1996, s. 213 (zapis z grudnia 1970 r.).

[68] Roman Frister, Autoportret z blizną, s. 291–292.

[69] Jan Grabowski, Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

[70] TOK FM, 6 VIII 2018.

[71] Andrzej Łapicki, Jutro będzie „Zemsta”. Dzienniki 1984–2005, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018, s. 468.

[72] Dawid Warszawski (właśc. Konstanty Gebert), Obłęd, czyli transakcja wiązana, „Gazeta Wyborcza”, 23 II 2018.

[73] „Uchwalenie tej ustawy, która miała służyć obronie dobrego imienia Polski, przejdzie do podręczników PR jako najbardziej kontrproduktywna akcja w historii. Nigdy nie byłoby czegoś, co przyniosłoby tak odwrotne skutki do rzekomych zamierzeń” (Dariusz Stola w rozmowie z Konradem Piaseckim, Radio Zet 18 IV 2018).

[74] Co podkreślał jeszcze później prezydent Andrzej Duda na XX Powszechnym Zjeździe Historyków Polskich w Lublinie (18–20 IX 2019). Powiedział do zebranych m.in.: „Dlatego że stało się wiele złego – można powiedzieć: wyrządzono nam wiele złego, jeśli chodzi o nieprawdę historyczną. Słynne określenie – dramatyczne z naszego punktu widzenia – »polskie obozy zagłady« czy »polskie obozy śmierci« przecież zostało gdzieś ukute, w jakiś sposób zostało przesączone do umysłów ludzi na zachodzie Europy i na różnych kontynentach. I tak się utrwaliło, że nawet ludzie światli pozwalają sobie go używać – ludzie, którzy powinni doskonale znać historię o II wojnie światowej i prawdę o tamtych wydarzeniach, cały czas powtarzają to określenie” (ttps://www.prezydent.pl/aktualnosci/wypowiedzi-prezydenta-rp/wystapienia/art,814,wystapienie-prezydenta-na-xx-powszechnym-zjezdzie-historykow-polskich.html).

[75] Paweł Wroński, MSZ: ustawa o IPN to sukces, „Gazeta Wyborcza”, 6 II 2018.

[76] Dawid Warszawski, Jak Rydzyk z Danielsem, „Gazeta Wyborcza” 26 IX 2018.

[77] [Etgar Keret], Mama byłaby naprawdę zła. Etgara Kereta wysłuchał Paweł Smoleński, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 I 2020.

[78] Według „The Jerusalem Post”. Cyt. za: Paweł Wroński, Agata Kondzińska, Netanjahu o kolaborujących Polakach, „Gazeta Wyborcza” 26–17 II 2019. Ambasador Izraela Anna Azari negowała, jakoby premier powiedział te słowa, kancelaria premiera Izraela twierdziła, jakoby został on źle zrozumiany, gdyż nie mówił o całym narodzie. Maciej Kozłowski, były ambasador RP w Izraelu, w rozmowie z Janem Wróblem w TOK FM 19 II 2019 sugerował, że Netanjahu był krytykowany w Izraelu za podpisanie deklaracji z Morawieckim, więc w Warszawie chciał podkreślić, że dzięki jego działaniu nikt nie został skazany za mówienie, iż Polacy byli przeciw Żydom – a redakcja „The Jerusalem Post” zrozumiała to inaczej.

[79] Krzysztof Malicki, „»Ja do dziś widzę tych ludzi«. Zagłada w pamięci polskich świadków”, referat na konferencji „Pamięć, tożsamość, Zagłada. Nowe badania i problemy metodologiczne”, Międzynarodowa konferencja jubileuszowa dla dr hab. Małgorzaty Melchior, IFiS PAN, ISNS UW, Muzeum Historii Żydów Polskich Polin, Warszawa, 20–21 IX 2018.

[80] Jan Tomasz Gross (współpraca Irena Grudzińska-Gross), Złote żniwa. Rzecz o tym, co działo się na obrzeżach zagłady Żydów, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.

[81] Marcin Kula, Obronią Polskę w paryskim audytorium!, „Kultura Liberalna”, 9 III 2019.

[82] [Jan Grabowski], Desant prawicy na Paryż, „Gazeta Wyborcza”, 27 II 2019 (wywiad udzielony Esterze Flieger przez prof. Jana Grabowskiego); Estera Flieger, Wyzywali naukowców w Paryżu, „Gazeta Wyborcza”, 25 II 2019.

[83] Estera Flieger, Wyzywali naukowców w Paryżu.

[84] Tamże.

[85] tamże.

[86]Dariusz Rosiak, Polska – Izrael: wyjście z obłędu, „Tygodnik Powszechny”, 3 III 2019.

[87] Natalia Szostak, Pisarka kochana przez wszystkich poza polską prawicą, „Gazeta Wyborcza”, 11 X 2019.

[88] [Etgar Keret], Niesłuszne historie, „Tygodnik Powszechny”, 1 VII 2018 (z Etgarem Keretem rozmawia Michał Sowiński).

[89] Marcin Kula, Krótki raport o użytkowaniu historii, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004.

[90] [Piotr Semka], Piątka u Semki. Jan Hlebowicz rozmawia z Piotrem Semką, Zysk i S-ka, Poznań 2019, s. 365.

[91] Michał Olszewski, Polacy kochają czuć się urażeni, „Gazeta Wyborcza”, 25–26 VIII 2018.

[92] Krystyna i Andrzej Zybertowiczowie, wPolityce.pl (dostęp 22 IV 2018).

[93] [Jarosław Kaczyński], Wszystko zgodnie z prawem. Jacek Karnowski rozmawia z Jarosławem Kaczyńskim, prezesem Prawa i Sprawiedliwości, „Sieci”, 11–17 II 2019.

[94] Władysław Bartoszewski, Michał Komar, Prawda leży tam, gdzie leży, Wydawnictwo Naukowe PWN, we współpracy z Firmą Wydawniczą Sezamm Małgorzata Maruszkin, Warszawa 2016.

[95] [Jan Tomasz Gross] Jan Tomasz Gross w rozmowie z Aleksandrą Pawlicką, … bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, s. 197–198.

[96] [Paweł Machcewicz], Absolutne przerwanie ciągłości. Machcewicz o kontrproduktywności podejmowanych posunięć także na przykładzie umieszczenia wielkoformatowego zdjęcia rodziny Ulmów, opatrzonego napisem „Polacy wobec Zagłady” w sali, poświęconej eksterminacji Żydów w Auschwitz w Muzeum II Wojny Światowej po zmianach w nim przeprowadzonych przez PiS: „To przecież ma w sobie czysto propagandowy charakter, jest postrzegane jako prymitywna manipulacja, opisywana zresztą w mediach zachodnich. Jeżeli celem jest zbudowanie pozytywnego wizerunku Polski za granicą, to takie działania są przeciwskuteczne” (tamże). Dodajmy od siebie, że szkoda rodziny Ulmów, godnej najwyższego szacunku, która staje się przedmiotem „polityki historycznej”.

[97] [Piotr Osęka], Administracja zbiorowej pamięci.

[98] W recenzji z: Wojciech Materski, Od cara do „cara”. Studium rosyjskiej polityki historycznej, ISP PAN, Warszawa 2017 („Dzieje Najnowsze” 2018, nr 2, s. 320).

[99] „Okazuje się jednak, że w sferze publicznej jest dziś miejsce tylko na jeden dyktat, konstruowany przez rządzących. To w istocie zabójcze dla świadomości historycznej. Obecnie prowadzona polityka historyczna jest tak jednostronna, że na dłuższą metę nie może być skuteczna” ([Paweł Machcewicz], Absolutne przerwanie ciągłości); „Od prawie trzech lat mamy do czynienia z głębokim upolitycznieniem historii, centralizacją przekazu i marginalizacją środowisk, które reprezentują inny pogląd niż partia rządząca. To pokazał atak na Muzeum II Wojny Światowej, w którym stworzyliśmy wystawę prezentującą zupełnie inną wizję i wrażliwość historyczną niż ta, która ma obowiązywać w Polsce Prawa i Sprawiedliwości. Innymi przykładami są szeroka krytyka wystawy »Obcy w domu«, która w Muzeum POLIN opowiada o wydarzeniach Marca ’68, czy nieprzyznanie dotacji kwartalnikowi »Zagłada Żydów Polskich«” (tamże).

[100] [Jan Żaryn], Nie ma zgody na akceptację kłamstwa. Michał Karnowski rozmawia z profesorem Janem Żarynem, historykiem, senatorem, redaktorem naczelnym „W Sieci Historii”, „Sieci”, 6–12 V 2019.

[101][Henryk Szlajfer], Kapitalizm wyzwolony. Z prof. Henrykiem Szlajferem rozmawia Grzegorz Konat, w: Realny kapitalizm. Wokół teorii kapitalizmu monopolistycznego, red. Grzegorz Konat, Przemysław Wielgosz, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, s. 219–220.

[102] Paweł Wroński, Estera Flieger, Prezydent prosi o wybaczenie, „Gazeta Wyborcza”, 9 III 2018.

[103] Z ostatnich na przykład: Andrzej Leder, Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2014.

[104] Zygmunt Bauman, Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018.

[105] Jerzy Jedlicki, O narodowości kultury, „Res Publica” 1987, nr 2, s. 46–55.

[106] Marcin Kula, Polonia to najpierw ludzie, a dopiero potem Polonia, w: tegoż, Historia moja miłość (z zastrzeżeniami), Wydawnictwo UMCS, Lublin 2005, s. 242–250; tenże, Żydzi – rolnicy…

[107] Z wypowiedzi Jerzego Jedlickiego podczas konferencji „Tożsamość narodowa i pamięć historii. Porównania między Polska a Włochami”, 16–18 VI 1994 r.


Korekta językowa: Beata Bińko




Kilka myśli na marginesie medialnego sporu o Józefa Franczaka „Lalka”

Dr Sławomir Poleszak, redaktor naczelny portalu ohistorie.eu

RAFAŁ WNUK

Kilka myśli na marginesie medialnego sporu o Józefa Franczaka „Lalka”

Dwaj portretów malarze słynęli przed laty: Piotr dobry, a ubogi, Jan zły, a bogaty.
Piotr malował wybornie, a głód go uciskał,
Jan mało i źle robił, więcej jednak zyskał. Dlaczegóż los tak różny mieli ci malarze?
Piotr malował podobne, Jan piękniejsze twarze

Ignacy Krasicki, Malarze

W grudniu 2020 w „Zagładzie Żydów. Studia i materiały” ukazał się artykuł naukowy autorstwa pracownika lubelskiego IPN dr. Sławomira Poleszaka pt. Czy okupacyjna przeszłość sierż. Józefa Franczaka „Lalusia” miała wpływ na powojenne losy „ostatniego zbrojnego”? Autor dotarł do źródeł, według których w 1943 r. Józef Franczak wraz z dwoma podkomendnymi obserwowali gospodarstwo, gdzie od czasu do czasu kwaterowała grupa żydowskich partyzantów. Gdy po raz drugi podeszli pod dom, doszło do wymiany ognia między polskimi i żydowskimi partyzantami, w wyniku której zginęło dwóch lub trzech Żydów. Inne przywołane przez Poleszaka zdarzenie opowiada o wydaniu Niemcom osiemnastoletniego Szmula Helfmana. Zgodnie z ustaleniami śledztwa prowadzonego w 1950 r. jednym z podejrzanych o przekazanie młodego Żyda był Franczak. W końcu autor pisze o obrabowaniu i ciężkim pobiciu przez grupę Franczaka rodziny ukrywającej Żydów. Artykuł Poleszaka został omówiony m.in. w OKO.press, „Gazecie Wyborczej”, „Dzienniku Wschodnim”, „Kurierze Lubelskim”, TVP Info, Radiu Maryja i Polskim Radiu. Rzadko zdarza się, by tekst naukowy, napisany hermetycznym językiem, opatrzony licznymi przypisami, z definicji adresowany do wąskiego grona specjalistów, wzbudził tak duże zainteresowanie mediów. Niektóre omówienia artykułu Poleszaka i wpisy na forach dyskusyjnych wykraczają poza ramy przyjęte dla krytyki hipotez naukowca i przybierają formę insynuacji lub pomówień.

Sławomir Poleszak od połowy lat dziewięćdziesiątych zajmuje się dziejami podziemia antykomunistycznego. Jest autorem wielu ważnych opracowań, jednym z najbardziej cenionych w Polsce badaczy tego problemu. W 2005 r. opublikował artykuł opisujący historię ukrywania się „Lalka” i działania UB/SB w celu jego schwytania lub zabicia[1].

Do dziś żaden historyk nie posunął naszej wiedzy o „ostatnim zbrojnym” ani o milimetr. Znane mi liczne biogramy Józefa Franczaka powtarzają ustalenia Sławomira Poleszaka. W 2006 r. w jednym z odcinków serii filmów historycznych „Z archiwum IPN” Poleszak opowiedział historię Józefa Franczaka w bardziej popularnej formie. Krótko mówiąc, to właśnie ten badacz wprowadził „Lalka” zarówno do literatury fachowej, jak i polskiej świadomości historycznej. Za badania nad podziemiem antykomunistycznym, w tym dziejami „Lalka”, w 2017 r. prezydent Andrzej Duda odznaczył Poleszaka Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Bez wątpienia Poleszak jest tym historykiem, który najwięcej czasu poświęcił studiowaniu źródeł związanych działalnością „Lalka”. Nie dziwi więc, że jak dotąd żaden z krytyków nie był w stanie podjąć z nim równorzędnej dyskusji co do faktów ani przytoczyć nowych dokumentów.

Osoby odrzucające stawiane w tekście hipotezy zmuszone są do poszukiwania innych metod dezawuowania ustaleń lubelskiego naukowca. Pierwsza to próba podważenia wiarygodności źródeł. Krytycy wychodzą z założenia, że skoro dokumenty, na których opierał się Poleszak, zostały wytworzone przez funkcjonariuszy komunistycznego państwa wrogo nastawionych do Franczaka, to służyły one jego oczernianiu, a nie przekazywaniu informacji. Z definicji więc zawierają informacje nieprawdziwe. Badacz posługujący się nimi siłą rzeczy powiela tezy komunistycznej propagandy. Wniosek – artykuł przygotowany na podstawie tego typu źródeł jest bezwartościowy. Konstrukcja prosta jak budowa cepa i równie wyrafinowana. By krytyka oparta na takim łańcuchu przyczynowo-skutkowym prowadziła do prawidłowych wniosków, musi być budowana na prawdziwych przesłankach.

Zweryfikujmy więc tę linię argumentacyjną. Prawdą jest, że funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa byli wrogo nastawieni do Franczaka (przesłanka prawdziwa). Akta UB/SB i milicji służyły funkcjonariuszom i urzędnikom do gromadzenia i przekazywania informacji przydatnych do walki z podziemiem. Choć niewolne od ideologicznej poetyki, są to jednak dokumenty wewnętrzne, które w założeniu miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego. W warstwie faktograficznej odzwierciedlają one najczęściej faktyczny stan wiedzy funkcjonariuszy bezpieczeństwa i milicjantów. To kampanie propagandowe lub operacje dezinformacyjne organizowano, by oczerniać ludzi, takich działań jednak wobec Franczaka nie podjęto (przesłanka fałszywa). I ostatnie założenie: opierając się na źródłach zawierających niepełne, częściowo nieprawdziwe lub celowo zniekształcone informacje, badacz musi sformułować błędne hipotezy. Tymczasem student historii na pierwszym roku studiów dowiaduje się, czym jest krytyka źródła, uczy się wyciągania wniosków na podstawie dokumentów celowo lub niezamierzenie zniekształcających obraz przeszłości. Historyk znający swój fach poradzi sobie zarówno z dokumentami typu policyjnego, jak i materiałami propagandowymi (kolejna przesłanka fałszywa). Podsumowując, dwa z trzech wyjściowych założeń tego rozumowania są fałszywe.

Gdybyśmy przyjęli proponowane przez krytyków Poleszaka rozumowanie, musielibyśmy uznać, że wszystkie artykuły i książki oparte na aktach UB, SB i NKWD są bezwartościowe, bo funkcjonariusze tych służb byli wrogami podziemia. Zapewne 90 proc. wydawnictw naukowych IPN – w tym wszystkie poświęcone podziemiu antykomunistycznemu – należałoby uznać za niewarte czytania czy wręcz szkodliwe. Musielibyśmy też odrzucić akta Gestapo, Ochrany itp.

Kolejny sposób „dekonstrukcji” artykułu Poleszaka nazywam „metodą na »Burego«”. Mariusz Mazur na podstawie analizy tekstów Kazimierza Krajewskiego, Grzegorza Wąsowskiego i Michała Ostapiuka pokazał, do jakich strategii uciekają się autorzy piszący o podziemiu z pozycji apologetycznych[2].

 Historycy stosujący metodę krytyczną interpretują źródła tak, by ustalić najbardziej prawdopodobny i możliwie obiektywny obraz zdarzeń. Apologeci interpretują źródła tak, by opisywane osoby czy organizacje ukazać w pozytywnym świetle. Podkomendni „Burego” zabili około 80 prawosławnych, nieuzbrojonych mieszkańców białoruskich wiosek. Krajewski, Wąsowski i Ostapiuk, nie mogąc podważyć samego faktu mordu, zabójstwa bezbronnych cywilów starają się przedstawiać jako działania uprawnione, normalny element prowadzonej przez partyzantów walki o niepodległość. W tym celu ofiary – dzieci, starcy, kobiety, religijnych, często niepiśmiennych chłopów – uznali oni za komunistów. Zabieg służy udowodnieniu z góry założonej tezy, iż „Bury” nie kierował się uprzedzeniami narodowymi czy religijnymi, a jedynie pobudkami patriotycznymi. Jego podkomendni zaś w istocie nie strzelali do Białorusinów, lecz do komunistycznych aktywistów. Na rzecz tej śmiałej tezy uciekli się do twierdzenia, że o braku antybiałoruskich uprzedzeń „Burego” świadczy to, iż „puścił z dymem” jedynie pięć białoruskich wiosek, a przecież gdyby chciał, mógłby spacyfikować ich zdecydowanie więcej.

Metodą „na Burego” posłużył się w rozmowie z Tomaszem Panfilem Tadeusz Płużański[3].

Słuchacz audycji musi dojść do wniosku, że Józef Franczak, jeśli śledził Żydów lub do nich strzelał, to z pewnością nie z powodu uprzedzeń narodowościowych, lecz dlatego że walczył z pospolitymi przestępcami. Dla Panfila i Płużańskiego ukrywający się, podlegający zagładzie Żydzi to po prostu zagrażające Polakom „żydowskie bandy”. Przy podejściu apologetycznym wszystkie fakty da się zinterpretować tak, by obraz przeszłości był pozbawiony niepokojących zarysowań. Historyk staje się „adwokatem”, którego zadaniem jest oddalenie od „klienta” wszelkich podejrzeń.

Odredakcyjny tekst umieszczony na stronach Radia Maryja i dołączona do niego „analiza prawna” Michała Skwarzyńskiego[4] oraz niektóre wpisy na forach internetowych uciekają się do szantażu patriotycznego. Strategia ta zakłada, że miarą klasy historyka nie jest rzetelność warsztatowa, umiejętność analizy i syntezy, odwaga w stawianiu pytań badawczych i uczciwość w próbach udzielania odpowiedzi czy talent literacki. Nic z tych rzeczy. Jego zadaniem jest tworzenie pozytywnego obrazu przeszłości własnej wspólnoty narodowej. Tak zdefiniowany „dobry historyk” ma się kierować osobliwie pojmowanym patriotyzmem polegającym na pielęgnowaniu kultu bohaterów narodowych. Rzecz zgrabnie ujął Michał Skwarzyński w „analizie prawnej” fragmentów tekstu podejmujących temat stosunku Józefa Franczaka do ludności żydowskiej. Według niego opisywanie tych wątków narusza „w sposób niezwykle ciężki dobra osobiste polskich patriotów, w postaci tożsamości narodowej, poprzez fałszywe zarzuty formułowane wobec Lalusia [tak w oryginale] jako polskiego patrioty”.

Zgodnie z logiką szantażu patriotycznego wyrażoną w powyższym zdaniu Poleszak, jeśli jest polskim patriotą, nie powinien pisać o wojennej przeszłości Franczaka, jeśli zaś za takiego się nie uważa, nie może podejmować tego tematu, ponieważ narusza „dobra osobiste polskich patriotów”, i to nie tak zwyczajnie je narusza, ale czyni to „w sposób niezwykle ciężki”. Co więc ma zrobić historyk, który natknie się podczas kwerendy na dokumenty ukazujące w nowym, niekoniecznie korzystnym świetle ważne postacie polskiej historii? Ma dokumenty ukryć i milczeć. Jeśli podzieli się swym odkryciem, to albo sam nie jest patriotą, albo obraża polskich patriotów. Patriotyczny szantaż nieuchronnie prowadzi nas do patriotycznej autocenzury lub równie patriotycznej cenzury sądowej. Gdyby zasady wynikające z szantażu patriotycznego zastosować w praktyce, to Sławomir Cenckiewicz byłby dziś skazany za odnalezienie i upublicznienie zobowiązania Lecha Wałęsy do współpracy z SB. Podobnie Igor Hałagida – za ustalenie, że Anna Walentynowicz pochodzi z ukraińskiej rodziny. Z tego samego paragrafu odpowiadałaby Anna Bikont, bo ogłosiła światu, iż Irena Sendlerowa była członkinią PPR, a później PZPR i pozostała w partii aż do jej rozwiązania w 1990 r. Wszak Wałęsa, Sendlerowa i Walentynowicz celowo wyparli te fakty ze swych biografii. Nie sądzę też, by ich rodziny były zadowolone z pojawienia się tych tematów w obiegu medialnym. Cała trójka pozostaje bohaterami naszej najnowszej historii, a niejeden mieszkaniec naszego państwa może uznać, że historycy podnoszący zatajane wątki życiorysów godzili/godzą w „dobre imię Narodu Polskiego”.

Także badacze epok wcześniejszych nie mogą spać spokojnie. Na baczności winni się mieć zarówno historycy przypominający, że Jan III Sobieski podczas potopu zdradził króla Jana Kazimierza i przeszedł na stronę Szwedów, jak i zwolennicy hipotezy o słusznym skazaniu biskupa krakowskiego św. Stanisława na śmierć przez Bolesława Szczodrego za organizowanie buntu przeciwko prawowitemu władcy. Nie mówiąc o wyznawcach polskiego wariantu teorii normańskiej, w myśl której Piastowie wywodzili się od wikingów. Wszystkie powyższe twierdzenia jakaś grupa „osób odczuwających związek z Narodem Polskim” może uznać za „naruszenie ich dóbr osobistych” i szkalowanie „dobrego imienia Narodu Polskiego”. Historycy jak historycy, ale co, jeśli badający obecnie DNA Bolesława Chrobrego poznańscy genetycy ustalą, że płynęła w nim germańska krew? Za zarzucanie Piastom przynależności do „opcji niemieckiej” należałaby się pewnie kara śmierci. Na szczęście została zniesiona. Obrońca godności Narodu Polskiego Michał Skwarzyński profesorów Tadeusza Wojciechowskiego i Karola Szajnochy już nie dopadnie. Żywi natomiast nie czujcie się bezpieczni.

Dygresja pierwsza

Historyk ulegający szantażowi patriotycznemu jest niczym zły malarz Jan z otwierającej niniejszy tekst bajki Ignacego Krasickiego. Nadaje on przeszłości twarz „piękniejszą” i opływa w dostatki. Poleszak jest „dobrym malarzem”, musi więc liczyć się z konsekwencjami. Za odmalowywanie przeszłości w kształtach i barwach „podobnych” do oryginału się płaci.

Dygresja druga

Na początku XIX w. Václav Hanka i Josef Linda sporządzili dwa rękopisy (tzw. królodworski i zielonogórski), które następnie zostały „cudownie odnalezione” w jednym z kościołów. Rzekomo oba pochodziły z XIII stulecia i zawierały pieśni wysławiające heroiczne zwycięstwa Czechów nad Niemcami, Polakami i Mongołami. Rękopisy te odegrały dużą rolę w przypadającym na wiek XIX procesie czeskiego odrodzenia narodowego. Przez wiele lat każdy historyk podważający prawdziwość falsyfikatów był w Czechach oskarżany o brak patriotyzmu, wysługiwanie się Niemcom, Żydom i szarganie narodowych świętości. Co ciekawe, lepiej wyedukowani obrońcy autentyczności dokumentów doskonale wiedzieli, że mają do czynienia z fałszywkami. Uznali jednak, że w imię budowy wspólnoty narodowej należy poświęcić prawdę. Najważniejszy działacz czeskiego odrodzenia narodowego, a później ojciec czechosłowackiej państwowości Tomasz Masaryk w końcu XIX w. jednoznacznie nazwał oba rękopisy falsyfikatami. Spadła na niego lawina krytyki z oskarżeniami o zdradę narodu włącznie. Oświadczył wówczas kategorycznie, że naród czeski nie może budować swojej tożsamości na kłamstwie[5]. Sławomir Poleszak zdaje się polskim patriotą masarykowskiego autoramentu. Jest więc szansa, że jak Masaryk nie ulegnie patriotycznemu szantażowi oponentów.

Ciekawy sposób odniesienia się do hipotez Poleszaka zaprezentował jego przełożony, dyrektor lubelskiego Oddziału IPN Marcin Krzysztofik. Przed kamerą publicznie podkreślił, że autor artykułu o Franczaku „nie reprezentuje oficjalnego stanowiska IPN”. Nie potrafię sobie wyobrazić dyrektora Instytutu Historii PAN ogłaszającego, że książka Andrzeja Nowaka Pierwsza zdrada Zachodu nie reprezentuje stanowiska PAN, podobnie jak nie jest możliwie, by rektor Uniwersytetu Humanistycznospołecznego w ten sposób odciął się od książki Adama Leszczyńskiego Ludowa historia Polski. Coś takiego jak oficjalne stanowisko instytucji w kwestii badań i interpretacji przeszłości w świecie akademickim nie istnieje i istnieć nie może. Badacz bierze pełną odpowiedzialność za swoje ustalenia i odpowiada za nie jedynie przed czytelnikami, w tym innymi historykami. Pomysł, by jakieś „ministerstwo prawdy” stwierdzało, że wyniki badań naukowca są zgodne lub nie z polityką historyczną państwa czy rządzącej partii, ma orwellowski charakter i świadczy o całkowitym niezrozumieniu reguł obowiązujących w szanujących się placówkach naukowych. Historyk, na którego proces badawczy i wnioski ma wpływ urzędnik, traci autonomię. Z intelektualnie suwerennego naukowca przemienia się w historyka resortowego. Taki „historyk” – cudzysłów został tu użyty celowo – bez wątpienia będzie „reprezentował stanowisko” IPN czy innego wynajmującego jego usługi urzędu. Przestaje być jednak historykiem i staje się „historykiem”.

W końcu ostatni zarzut: dlaczego Poleszak dopiero teraz napisał o wojennej przeszłości Franczaka? Dlaczego jego tekst został szeroko omówiony w mediach? Odpowiedź na pierwsze pytanie wydaje się prosta. Historia to nauka kumulatywna. By zrobić kolejny krok, trzeba dotrzeć do nowych źródeł, zweryfikować je, opracować, śledząc przy tym wciąż wychodzącą literaturę przedmiotu, napisać tekst, przejść procedurę recenzyjną i czekać na publikację. To wszystko trwa.

Odpowiedź na drugie pytanie sugeruje Michał Skwarzyński: „Korelacja czasowa publikacji tekstu naukowego przez pracownika IPN, następnie szybka publikacja w OKO.press, a potem szybka publikacja w sieci społecznościowej („Ohistorie”), pozwala na przypuszczenie, że była to zorganizowana akcja wykorzystania plotek UB w dyskredytacji tego bohatera”. Mamy tu genialnie proste wytłumaczenie. Poleszak, Oko.press, portal „Ohistorie” a być może też kilka innych gazet, telewizji i stacji radiowych zawarło tajne porozumienie w celu skompromitowania Józefa Franczaka i zniesławienia Narodu Polskiego. Kogoś, kto wierzy, że film pokazujący lądowanie na Księżycu to fotomontaż będący częścią międzynarodowego spisku elit pragnących ukryć fakt, że ziemia jest płaska, nie przekona ani rozmowa z Neilem Armstrongiem, ani podróż samolotem dookoła świata (wszak lecąc samolotem, nie widzi się, że leci się wokół kuli. Oszust pilot uczestniczy w spisku i tak naprawdę leci po okręgu). Zwolenników „teorii”, że wirus COVID-19 nie istnieje, a pandemia to wymysł koncernów farmaceutycznych i bankierów, nie przekona ani wykład najlepszych wirusologów, ani widok setek ciał ofiar wirusa. Holokaustowych negacjonistów nie przekona lektura Zagłady Żydów europejskich Raula Hilberga ani wizyta w Auschwitz czy na Majdanku. Dla nich będą to kolejne dowody na istnienie tajnej zmowy rządzącego światem żydostwa. Metoda naukowa wobec teorii spiskowych pozostaje bezradna.


[1] S. Poleszak, Kryptonim „Pożar”. Rozpracowanie i likwidacja ostatniego żołnierza polskiego podziemia niepodległościowego Józefa Franczaka „Lalka”, „Lalusia” (19561963), „Pamięć i Sprawiedliwość” 2005, nr 4/2 (8), s. 347–376.

[2] M. Mazur, Warsztat naukowy historyka w kontekście prób reinterpretacji postaci Romualda Rajsa „Burego”, http://ohistorie.eu/2020/02/27/mariusz-mazur-warsztat-naukowy-historyka-w-kontekscie-prob-reinterpretacji-postaci-romualda-rajsa-burego.

[3] Polskie Radio24. Audycja Temat dnia, prowadzący Tadeusz Płużański, gość Tomasz Panfil, data emisji: 19.12.2020. Ton rozmowy i interpretacje narzucił Tadeusz Płużański. Tomasz Panfil próbował się dystansować od niektórych twierdzeń. Zgodził się jednak z tezą główną, mówiącą o bandyckim charakterze grup żydowskich.

[4] Celowe szkalowanie pamięci bohatera J. Franczaka ps. „Laluś”. Analiza prawna, https://www.radiomaryja.pl/informacje/celowe-szkalowanie-pamieci-bohatera-j-franczaka-ps-lalus-analiza-prawna/?fbclid=IwAR2OuZMbiib2SUFxBNWap8fhQEI3P2SQuZ9-B42g4r_ivA2dwxIJn29W32A.

[5] J. Gruchała, Tomasz G. Masaryk, Wrocław 1996, s. 46–49.


Korekta językowa: Beata Bińko




O tym, co wolno, a czego nie wolno historykom

Dr Sławomir Poleszak, redaktor naczelny portalu ohistorie.eu

MIROSŁAW
FILIPOWICZ

O tym, co wolno, a czego nie wolno historykom

Obserwując polemiczny zgiełk wokół
tekstu Sławomira Poleszaka zamieszczonego w najnowszym numerze rocznika „Zagłada
Żydów. Studia i materiały”, można by z satysfakcją stwierdzić, że nie jest źle
z czytelnictwem w Polsce, skoro na łamach dzienników regionalnych i
ogólnopolskich, a nawet w jednej z telewizji rozpatruje się tezy sążnistego,
ponadczterdziestostronicowego artykułu opublikowanego w fachowym czasopiśmie
adresowanym do profesjonalnego odbiorcy. Doktor Poleszak ze swym tekstem trafił
pod przysłowiowe (a pewnie i nie tylko przysłowiowe) strzechy. Nie każdemu
historykowi się to dziś zdarza, wypada więc gratulować. Tu jednak żarty się
kończą, a zaczynają się kłopoty. Oto dyrektor lubelskiego Oddziału IPN
oświadcza przed kamerami, że tekst Poleszaka nie jest oficjalnym stanowiskiem
IPN, zaś w długiej analizie prawnej (czy raczej zaledwie częściowo prawnej)
adwokat i pracownik naukowy KUL stawia Poleszakowi, a także mediom, na których łamach
artykuł omawiano, szereg poważnych zarzutów. Doktor Sławomir Poleszak jest już
weteranem batalii sądowych, zapewne nie robi to na nim większego wrażenia, ale
sytuacja wymaga – jak sądzę – kilku słów komentarza.

Zacznijmy od wskazania pewnego
absurdu: teksty naukowe nie powstają po to, by oddawać oficjalne stanowisko
jakiejkolwiek instytucji. Od tego są uchwały czy innego typu dokumenty. Tekst
naukowy, w tym wypadku tekst z zakresu dziejów najnowszych, oddaje stanowisko
osoby go piszącej – autora. To, że autor gdzieś pracuje, a nawet że instytucja
go zatrudniająca umożliwia mu prowadzenie badań, nie może autora nijak wiązać w
zakresie wnioskowania, a już zwłaszcza nie powinno prowadzić do mechanizmu
autocenzury czy cenzury. Przeszłości nie da się zadekretować jakimś oficjalnym
stanowiskiem czy aktem prawnym. Szkodliwa próba absurdalnej nowelizacji Ustawy
o IPN dowiodła tego nawet tym, którzy wcześniej nie widzieli problemu. Mam
wrażenie, że niektórzy polemiści Poleszaka są w gorszej kondycji niż Bourboni
doby Restauracji: wszystko zapomnieli, a przy tym niczego się nie nauczyli. Państwowe
instytucje nie są od tego, by wprowadzać jakąś jedną, niekwestionowaną wizję
przeszłości. Historię stale pisze się od nowa, to odrobinę kłopotliwe, że
ludziom wykształconym trzeba o tym przypominać.

W każdym pokoleniu, czy raczej w
każdej epoce, pojawiają się narodowe lub nienarodowe świętości, które jedni
chcą hagiograficznie umacniać, inni zaś szarpią bądź po prostu poddają
krytycznej analizie. Warto pamiętać, że nie dotyczy to tylko historii
najnowszej. Chyba najgłośniejszym sporem historycznym w Polsce był ponad sto
lat temu spór o św. Stanisława, biskupa krakowskiego. Wtedy nie instytucje
państwowe, lecz ośrodki kościelne i zakonne próbowały utrudniać historykowi korzystanie
z wolności badań naukowych. Dziś Kościół rzadko angażuje się w tego typu spory,
za to do walki stają środowiska bardziej katolickie od papieża i bardziej
patriotyczne od… No właśnie – od kogo?

Nie jestem historykiem podziemia
zbrojnego. Nie ma sensu, bym wypowiadał się co do meritum sporu. Nie brakuje
fachowców. Moje uwagi mają raczej charakter generalnej refleksji, odnoszącej
się do reguł tego sporu. Pan dr Michał Skwarzyński twierdzi, że „zasady logiki
są tożsame w każdej z nauk”. Piękny kolokwializm. Najbardziej podstawowa zasada
koniunkcji każe przyjąć, że wszystkie elementy (zdania) owej koniunkcji muszą
być prawdziwe. Gdyby się tego sztywno trzymać, nie dałoby się obronić żadnej
książki historycznej, włącznie z tymi najwartościowszymi. I nie chodzi tu nawet
o problem prawdy. Po prostu historykom zdarzają się omyłki. Jeśli dotyczą spraw
trzeciorzędnych, nie wpływają zasadniczo na wartość dzieła. Sprawa nie jest
więc tak prosta, jak by się polemiście wydawało, i być może powinien on wykazać
odrobinę powściągliwości, nim zacznie ze swadą oskarżać.

Bardziej niepokoi mnie jednak jego
wejście na patriotyczne wysokie C. Doktor Skwarzyński pisze: „Jeśli jesteśmy w
stanie wykazać związek patriotyczny ze wspólnotą Narodu Polskiego, to jesteśmy
również w stanie wykazać związek z bohaterami tej wspólnoty. Wydaje się zatem,
że jeśli obraża się bohatera naszej wspólnoty narodowej, bez dowodów, dla
klikalności i sensacji, możemy realizować odpowiedzialność za naruszenie
naszego dobra w postaci czci naszego bohatera. Inaczej przyjmiemy, że można
uderzać w naród i uderzać w naszą tożsamość przez uderzanie w naszych
bohaterów. Albo tożsamość narodowa jest wartością chronioną, albo nie [autor
zechce mi w tym miejscu wybaczyć korektę interpunkcyjną – M.F.]. Skoro
tożsamość narodową budują i reprezentują patrioci, to także ich możemy czcić
jako bohaterów, więc musi być mechanizm, aby ich chronić”. Odpowiem tak:
najlepszym mechanizmem obronnym byłby w tym przypadku nieskrępowany rozwój
badań. One obronią się znacznie lepiej niż ufortyfikowana oficjalna „prawda”.
Historycy co chwila coś znajdują, niekiedy to nawet boli tych, którzy poznają
nowe ustalenia. To jednak normalne. Mamy prawo do poczucia łączności z jakąś
częścią przeszłości, wyimaginowaną lub mającą oparcie w źródłach. Historycy nie
są od tego, by nas w tej łączności utrzymywać, ale nie mają też wpływu na to,
co dzieje się w umysłach odbiorców ich prac.

W tekście dr. Skwarzyńskiego są
fragmenty, przy których przecierałem z niedowierzaniem oczy: czy naprawdę poważny
człowiek mógł coś takiego poważnie napisać? Jeden przykład: „Powstaje pytanie,
po co pracownicy IPN, więc instytucji publicznej, prowadzą portal, w którym
przedstawiają takie sensacyjne materiały. Skoro są naukowcami, powinni swoje
tezy postawić w tekście naukowym”. Historycy literatury, czytając wywody pana
doktora, mogą mieć podstawy, by się bać. Przecież zgodnie z tą logiką powinno
się im zakazać pisania wierszy. Pan dr Skwarzyński, niczym niegdyś Mikołaj I w
Rosji, chciałby wszystko regulować. Szczęśliwie te regulacyjne ciągoty nie
doprowadziły wtedy do zaniku kultury rosyjskiej, a z pewnością i nasza kultura
historyczna się ostanie.

I wreszcie rodzaj myślenia
spiskowego. Nie wpadłbym na to, a jednak: „Wartość tych twierdzeń o
morderstwach Żydów jest nie do obrony. Postanowiono zatem zrobić tekst naukowy,
który będzie stawiał pytania, będzie nie do końca przedstawiał wszelkie
dostępne dokumenty, będzie stawiał nieuprawnione tezy, ale w wyrazie będzie
tekstem miękkim. Następnie utwardzi się przekaz przez media, uwiarygodni go
tytułem naukowym autora i jego pracą w IPN. Następnie tekst prasowy się
złagodzi, ale obsmarowanie nieprawdą będzie rozprzestrzeniało się dalej, bo
inne media dokonają przedruku. Ważne jest przy tym, że powtarza się w ten
sposób legendę tworzoną przez UB”. Jaka szkoda, że p. dr Skwarzyński nie
ujawnił, kogo miał na myśli, pisząc „postanowiono”. W jakich to złowrogich
gremiach owe decyzje zapadły? Polemista nie lubi hipotez, daje temu kilkakrotnie
wyraz w tekście. Sugerując jakiś spisek wokół osoby sierżanta Franczaka, nie
może nic pewnego powiedzieć, bo niby jak? Ten spisek był, zdaje się, tak tajny,
że nawet jego domniemani uczestnicy o niczym nie wiedzieli. Zamiast hipotezy
pojawia się więc insynuacja. Autorzy „Protokołów Mędrców Syjonu”, wolno przypuszczać,
nie pogardziliby takim wywodem.

Nie rozumiem, jak to możliwe, że dr
Skwarzyński z jednej strony domaga się od dziennikarzy zasięgnięcia opinii „nie
związanych” z autorem fachowców, z drugiej zaś narzeka, że nie zwrócili się oni
o opinię do (fachowców z?) IPN. Akurat z IPN jest p. dr Poleszak całkiem mocno
związany: stosunkiem pracy. Nie bardzo też ufam dr. Skwarzyńskiemu, gdy
zapewnia o łatwej dla dziennikarzy możliwości sprawdzenia przechowywanych w IPN
źródeł. W dobie pandemii to chyba jednak nie jest takie łatwe? Choć być może
to, co dla jednych jest trudne, dla innych byłoby łatwiejsze. Skądinąd od kiedy
to od dziennikarzy oczekuje się weryfikacji ustaleń naukowych? Oni mogą je
popularyzować, ale nie tak często mają kompetencje, by je sprawdzać.

Rozumiem reakcję p. Marka
Franczaka, syna „Lalka”, i mu po ludzku współczuję. Tyle że historyk, gdy staje
wobec konfliktu dwóch racji (ludzkie emocje kontra to, co wynika ze źródeł),
bierze stronę źródeł i dokumentu. Pan dr Skwarzyński chciałby krytykę
narodowych bohaterów ograniczyć do sytuacji bezsprzecznie dowiedzionych na
podstawie źródeł. Obawiam się, że tym sposobem pozbawiłby historyków prawa do
stawiania hipotez. Nie mnie wypowiadać się w kwestii sierżanta Józefa
Franczaka. W tym sporze dotykamy jednak znacznie szerszego i wykraczającego
poza ten konkretny przypadek problemu. Spór dotyczy tego, czy historyk ma prawo
występować przeciwko jakiejś oficjalnie zadekretowanej większością sejmową czy
wprowadzonej instytucjonalnie wizji przeszłości, czy też powinien tę wizję
jedynie uzupełniać i wspierać. Czy może pisać niezgodnie z oficjalną, urzędową
wersją, czy też, będąc zatrudnionym w państwowej instytucji, jest jedynie
funkcjonariuszem służącym oficjalnej wersji „prawdy”? Wygląda na to, że dziś w
Polsce te retoryczne, zdawałoby się, pytania przestały mieć wymiar wyłącznie
retoryczny. Kiedyś Władysław Konopczyński przestrzegał kolegów po fachu przed
wysługiwaniem się „ludowi”. Po latach trzeba tę przestrogę nieco zmodyfikować:
historyk, gdy chce dobrze służyć własnej wspólnocie narodowej, nie powinien się
jej wysługiwać. Jedyna możliwa do obrony historia godna tego miana jest zawsze
historią krytyczną, hagiografia zaś dawno już przestała być domeną historii.


Korekta językowa: Beata Bińko




Zdrajca czy bandyta? Nieoczywisty przypadek por. Jerzego Tabęckiego „Lassa”

Ppłk/gen. Antoni Chruściel „Monter”, szef Okręgu Warszawa AK, dowódca Powstania Warszawskiego. Wydał wyrok na por. Jerzego Tabęckiego „Lasso” / Fot. T. Bór-Komorowski, Powstanie Warszawskie, Warszawa 2004

SEBASTIAN PAWLINA

Zdrajca
czy bandyta? Nieoczywisty przypadek por. Jerzego Tabęckiego „Lassa”

W sobotę 7 lutego 1931 r. w gmachu Włoskiego
Towarzystwa Ubezpieczeń Riunione Adriatica di Sicurtà przy ul. Moniuszki 10
otwarto prawdopodobnie najbardziej elegancki lokal ówczesnej Warszawy. Cafe
Adria od samego początku przyciągała elitę. Do środka wchodziło się przez drzwi
z kryształowego szkła. Idąc dalej, widziało się marmurowe ściany, salę
dancingową, cocktail-bar, obrotowy parkiet czy ogród zimowy. Po wkroczeniu do
Warszawy we wrześniu 1939 r. Niemcy zabronili Polakom wstępu do Adrii. Chcieli
ją mieć tylko dla siebie.

Z czasem restauracja, tak jak i inne lokale „Nur für
Deutsche”, stała się dla nich nie tylko centrum rozrywki, ale i jednym z tych
miejsc, gdzie mogli czuć się bezpiecznie. Do czasu. Późnym wieczorem w sobotę
22 maja 1943 r. do środka weszło dwóch mężczyzn. Mieli jedno zadanie – zabić
jak najwięcej Niemców. Głównym wykonawcą był Jan Kryst „Alan”, młody żołnierz
Armii Krajowej, który kilka tygodni wcześniej zgłosił się do wykonania
samobójczej akcji. Według legendy zrobił to po tym, jak lekarz przekazał mu, że
jest nieuleczalnie chory i zostało mu zaledwie kilka miesięcy życia. Prawda,
jak to zazwyczaj bywa, jest bardziej skomplikowana. W efekcie powody, dla
których Kryst zdecydował się wziąć udział w tym zadaniu, pozostają
niewyjaśnione. Drugim z mężczyzn był porucznik Jerzy Tabęcki „Lasso”. Jego rola
ograniczała się do wprowadzenia „Alana” do środka i ewentualnego umożliwienia
mu ucieczki.

To, co w ciągu następnych kilku minut się wydarzyło,
znamy z relacji włoskiego dziennikarza Alceo Valciniego, który akurat tego
wieczoru wybrał się do Adrii.

Znalazłem stolik w pobliżu drzwi wejściowych i nie wiem, czy nie był to życzliwy uśmiech przeznaczenia. W czasie, gdy piruety tancerki przyciągały uwagę publiczności, w środku sali, gdzie dawano program, usłyszałem strzał – najpierw jeden, potem drugi, trzeci, czwarty, piąty… O parę kroków ode mnie po prawej stronie zrobił się zgiełk. Przewracano stoły, naczynia, stoły, butelki. Wycie i krzyki. Po kilku minutach grupa żołnierzy poruszonych do ostatnich granic utorowała sobie przejście wśród tłumu, krzycząc: „Zamach!” i trzymając rewolwery w ręku. Wysoki młodzieniec z twarzą zbroczoną krwią padł na ziemię, gdy rzucono w niego kilkoma krzesłami. To polski zamachowiec, patriota; zabił on w ciągu paru sekund dwóch oficerów i dwóch żołnierzy, strzelając zza marmurowej kolumny w kierunku centralnie ustawionego stołu, przy którym zazwyczaj zajmowały miejsca osobistości niemieckie. […] Niemcy rzucili się na niego i zmasakrowali, bijąc flaszkami i stołkami. Przy mnie wyzionął ducha, w swym brązowym ubraniu, za obszernym jak na gruźlika. Zmarł, gdy agent gestapo usiłował wydobyć od niego jakąś tajemnicę (Valcini 1973, s. 282–283).

Kryst zginął, ale „Lasso” przeżył. Wiosną 1943 r. stał
u szczytu swojej konspiracyjnej kariery. Rok później zastrzelono go na jednej z
warszawskich ulic.

Początki

Jerzy Mieczysław Tabęcki urodził się w czwartek 14
grudnia 1916 r. w Ułanówce na Ukrainie. Według relacji Józefa R. Rybickiego,
późniejszego dowódcy „Lassa”, jego ojciec był przyjacielem Antoniego Chruściela,
w czasie wojny szefa Okręgu Warszawskiego AK (Rybicki 22.05.1979, s. 2). Kiedy
się zaczęła ta znajomość, czym się zajmował ojciec Jerzego – nie potrafimy
stwierdzić z całą pewnością. Możemy jedynie przypuszczać, że miał związki z
wojskiem. Idąc tym tropem, odnajdujemy majora Kazimierza Tabęckiego, syna
Antoniego i Marii ze Zbijewskich, urodzonego 13 czerwca 1887 r. w Leśnikach. W
Wojsku Polskim służył od 1918 r. Jako żołnierz I batalionu etapowego walczył w
wojnie polsko-bolszewickiej. W następnych latach służył w 52. Pułku Piechoty i
w Oddziale V Sztabu Generalnego. W 1932 r. został prokuratorem przy Wojskowym
Sądzie Okręgowym nr X, dwa lata później zaś kierownikiem Okręgowego Sądu
Wojskowego nr VI we Lwowie. Studia prawnicze ukończył na tamtejszym Uniwersytecie
im. Jana Kazimierza. Tym samym, gdzie prawo studiował także Antoni Chruściel. Ponownie
się spotkali krótko przed wojną. Gdy Chruściel w latach 1937–1938 pełnił
funkcję zastępcy dowódcy 40. Pułku Piechoty „Dzieci Lwowskich”, Kazimierz
Tabęcki kierował OSW nr VI we Lwowie. Zginął w 1940 r. w Charkowie, zastrzelony
przez Rosjan. Niestety niemal nic nie wiemy o matce Jerzego. Prawdopodobnie
miała niemieckie korzenie.

O przedwojennym życiu Tabęckich wiemy więc
dramatycznie mało. Nie potrafimy wskazać momentu, kiedy przenieśli się do
Warszawy, czym się zajmowali, jakie szkoły skończył Jerzy. Na pierwsze pewne
elementy układanki natrafimy w 1939 r., kiedy był podporucznikiem służby stałej
w Marynarce Wojennej (Lewandowski 9.09.1974, s. 22). Jednak jego wrześniowy
szlak bojowy nie ma nic wspólnego z morzem. Wiemy, że znalazł się w Grupie płk.
Mariana Ocetkiewicza. Brała ona udział m.in. w drugiej bitwie pod Tomaszowem
Lubelskim.

Poza ogólnym szlakiem bojowym nie potrafimy powiedzieć
nic więcej o tym etapie życia młodego Tabęckiego. Nie wiemy, kiedy się związał z
Grupą płk. Ocetkiewicza, jak długo się w niej znajdował, czy został ranny, w
końcu – jakie były jego późniejsze losy. Czy od razu trafił do Warszawy, a może
dostał się do niewoli? Jeśli tak, to czy uciekł z niej, czy wykorzystał
pochodzenie swoje i swojej matki? Jeśli zaś nie udał się do Warszawy, to gdzie?
Podobnych pytań moglibyśmy postawić jeszcze kilka, kilkanaście. Pewne jest
tylko to, że dopiero od maja 1940 r. możemy w miarę dokładnie śledzić jego
losy.

Wejście
do podziemia

Każda legenda ma swój początek. Nie inaczej jest z
takimi symbolami polskiej konspiracji zbrojnej, jak bataliony „Zośka” i
„Parasol”, których korzeni należałoby upatrywać w ostatnich miesiącach 1939 r.,
kiedy w Oddziale III Sztabu Komendy Głównej Służby Zwycięstwu Polski utworzono
Referat „C”. Jego „zadaniem była organizacja i kierowanie walką czynną” (Strzembosz
1983, s. 21). Na czele referatu stanął mjr Franciszek Niepokólczycki „Franek”, lepiej
znany jako „Teodor”. Zebrał wokół siebie grupę oficerów, wszyscy byli saperami,
i razem zaczęli tworzyć zręby warszawskiej, a zarazem krajowej dywersji. W
gronie tym znaleźli się m.in. kpt. Jan W. Kiwerski „Oliwa”, późniejszy dowódca
Oddziału Dyspozycyjnego Związku Odwetu „Motor” oraz 27. WDP AK, kpt. Jerzy
Lewiński „Jurek”, od przełomu 1943 r. już jako „Chuchro” pełniący funkcję szefa
Kedywu Okręgu Warszawskiego AK, por. Zbigniew Lewandowski „Zbyszek”, zastępca
Lewińskiego w Kedywie OW, czy też por. Jan K. Andrzejewski „Jan”, w trakcie
Powstania Warszawskiego dowodzący brygadą „Broda 53”.

Ich wysiłki zaowocowały sprawnym formowaniem
pierwszych oddziałów bojowych podziemnej Warszawy, choć te naprawdę duże
jednostki, jak „Motor” czy „Osa”, narodziły się dopiero w połowie 1942 r. Jerzy
Tabęcki nigdy jednak nie działał w tak dużej grupie. Wszystkie informacje o
jego organizacyjnej pracy, jakimi dysponujemy, wskazują na to, że od początku
swojej działalności był związany z niedużymi zespołami. Tak było z jego
oddziałem w Kedywie OW, liczącym około 20 ludzi. Józef R. Rybicki nazywał go
grupą „niemiecką” (Rybicki 2003, s. 131), w dokumentach Kedywu OW pojawia się
jako grupa „Lasso” (Kedyw 2009, s. 39, 49), według Henryka Witkowskiego (Witkowski
1984, s. 112) i Tomasza Strzembosza (Strzembosz 1983, s. 263) była to grupa ds.
likwidacji agentów Gestapo i Abwehry, albo referat dywersji osobowej, jak
określił ją w swoich zapiskach Zbigniew Lewandowski (Lewandowski 9.09.1974, s. 22).
Sam Jerzy Lewiński w sierpniu 1943 r. mówił o „Lassie” jako o referencie dywersji
osobowej (Oddziały 2010, s. 36).

Daty powstania grupy „Lassa” nie znamy. Na pewno istniała
jesienią 1942 r., kiedy Antoni Chruściel przekazał ją pod rozkazy Jerzego
Lewińskiego, konstruującego właśnie struktury Kedywu OW AK. Nie do końca jasna
pozostaje wcześniejsza rola Tabęckiego i jego ludzi. Według Tomasza Strzembosza
była ona tożsama z tą, jaką odgrywał w Kedywie. Zbigniew Lewandowski z kolei
stwierdzał, że „Lasso” znajdował się w grupie osłonowej „Montera”.

Pewne jest, że dużą część swojej konspiracyjnej
działalności Tabęcki związał z przyjacielem ojca. Czy było tak od samego
początku, trudno stwierdzić. W podziemiu znalazł się w maju 1940 r. Miesiąc
później w szeregi ZWZ wstąpił Chruściel. Kontakt z organizacją musiał jednak nawiązać
już wcześniej. Podjęcie decyzji, przygotowanie stanowiska, wprowadzenie w rolę z
pewnością zajęło trochę czasu. W związku z tym możemy podejrzewać, że Chruściel
przygotowując się do pracy w ZWZ, mógł zaproponować to również Tabęckiemu. To
oczywiście jedynie spekulacje. „Lasso” miał szansę na dziesiątki innych
sposobów przystąpić do podziemia. Wystarczyło spotkać kolegę z czasów szkolnych
albo znajomego z wojska, już działającego „dla sprawy”, i za jego namową
wstąpić do organizacji. Zastanawiać może moment, kiedy Tabęcki to zrobił, czy
może – dlaczego wcześniej tego nie zrobił. Może był ranny we wrześniu 1939 r.,
co uniemożliwiło mu podjęcie takiej decyzji? A może wolał poczekać na rozwój
wypadków? Albo też, co w początkowym okresie działalności organizacyjnej wielu
ludzi wydaje się dość częstym zjawiskiem – zaczął od zupełnie innej
organizacji, a z jakichś względów zniechęcony do niej, postanowił szukać dalej?
Po raz kolejny dostrzegamy, jak gigantycznych rozmiarów są białe plamy w
życiorysie Jerzego Tabęckiego.

W maju 1979 r. Rybicki przyznał Strzemboszowi, że
„Lasso” cieszył się pełnym zaufaniem Chruściela. Wiązało się to z jednej strony
z przyjacielskimi stosunkami łączącymi starego Tabęckiego i „Montera”, z
drugiej zaś z tym, że młody Tabęcki miał wyrobić późniejszemu komendantowi
Okręgu Warszawskiego AK fałszywą legitymację (Rybicki 22.05.1979, s. 2). Według
Rybickiego chodziło o kenkartę (Rybicki, Kummant, Witkowski 05.1973, s. 1).

Ta jedna informacja z relacji Rybickiego pozwala nam zgadywać,
że „Lasso” i „Monter” musieli wcześnie rozpocząć współpracę. Najpewniej
dotyczyła ona okresu przedorganizacyjnego późniejszego dowódcy Powstania
Warszawskiego. Chruściel po przegranej kampanii we wrześniu 1939 r., wbrew
zarządzeniom władz okupacyjnych, nie zarejestrował się jako oficer Wojska
Polskiego, w związku z czym musiał się ukrywać. Prawdopodobnie właśnie wtedy Tabęcki
przyszedł mu z pomocą. Po czerwcu 1940 r., kiedy „Monter” zajmował już
stanowisko szefa Wydziału III Komendy OW ZWZ, miał do dyspozycji aparat
legalizacyjny organizacji i trudno sobie wyobrazić, by musiał korzystać z usług
osoby prywatnej, choćby najbardziej zaufanej.

O szczególnie pozytywnym stosunku Chruściela do „Lassa”
przekonują nas znane nam relacje. Wspominałem już o tym, co mówił Rybicki.
Wersję tę potwierdzał również Lewandowski. Nie był jednak dowódca warszawskich
struktur ZWZ/AK jedynym, którego sympatię zdołał zaskarbić sobie Tabęcki.
Równie dobre zdanie, jeśli nie lepsze, miał o nim twórca i szef Kedywu OW AK
Jerzy Lewiński.

Urodzony 14 czerwca 1908 r. we wsi Mierzyce w powiecie
wieluńskim, syn Antoniego i Haliny z domu Dybek, już w 1926 r. związał swoją
przyszłość z wojskiem. Kolejno kończone kursy, sprawowane funkcje – był m.in.
kierownikiem WF w Centrum Wyszkolenia Saperów – a także udział w obronie
Warszawy we wrześniu 1939 r. – dostał się do niewoli, z której uciekł –
zaprowadziły go do wspominanego już Referatu „C” w Oddziale III Sztabu Komendy Głównej
SZP. Używając konspiracyjnego nazwiska Jerzy Reda w sierpniu 1940 r. objął
stanowisko dowódcy batalionu saperów m.st. Warszawy, a w czerwcu 1942 r. został
szefem Związku Odwetu OW AK.

To jego dziełem była m.in. akcja „Wieniec”,
przeprowadzona nocą 7/8 października 1942 r. Stanowiła ona jeden z ostatnich
akordów w historii warszawskiego ZO. W tym samym bowiem czasie Lewiński
konstruował już sztab Kedywu. Jedną z osób, które miały się w nim znaleźć,
prawdopodobnie z polecenia samego „Montera” (Lewandowski 9.09.1974, s. 22), był
„Lasso”.

Bohater

Przyglądając się opisom Tabęckiego, można odnieść
wrażenie, że był stereotypowym konspiratorem, pierwowzorem głównego bohatera
sensacyjnej opowieści o podziemiu. Przystojny, odważny, trochę bezczelny,
odrobinę beztroski, otoczony tajemnicą i pięknymi kobietami, a przy tym bogaty.

Zbigniew Lewandowski, który pozostawił nam
najdokładniejszy opis Tabęckiego, tym cenniejszy, że nie dysponujemy żadną jego
fotografią, wspominał, że „był [on] blondynem bardzo przystojnym, ubierał się w
tym czasie bardzo elegancko” (tamże). Co więcej, „był bezpośredni i dużo lubił
mówić o sobie”. Ludzie darzyli go sympatią, wystarczy wspomnieć „Montera” oraz
„Chuchrę”. „Szyna” pisał również, że widywał „go czasem na ulicy. Prawie zawsze
szedł w towarzystwie przystojnej i dobrze ubranej kobiety”, prawdopodobnie
żony.

Mieszkali w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 81. Na
jej zdjęciach wykonanych przed 1939 r. widzimy Warszawę w tym najpiękniejszym
wydaniu. Jest czysto, schludnie i elegancko. Rosną drzewa dające przyjemny cień
w słoneczne dni, po chodniku spacerują dobrze ubrani ludzie, na ulicy widać
samochody. Dzisiaj zachowała się jedynie część budynku. Najpierw spłonął w
czasie Powstania Warszawskiego, krótko po wojnie rozebrano do poziomu parteru
fasadę, a w połowie lat pięćdziesiątych w trakcie poszerzania ul.
Marszałkowskiej zburzono i tę jej pozostałość. Zachowała się dalsza część
kamienicy. Z zewnątrz smutna, w środku ze śladami dawnego luksusu, który przez
kilka lat otaczał Tabęckiego.

„Lasso” nie należał do osób mających problemy z gotówką,
z czego w podziemiu zdawano sobie sprawę. Z dokumentów organizacyjnych dowiadujemy
się, że posiadał zamożną rodzinę. Sam też podczas wojny dobrze zarabiał. W Kedywie
z racji swego stanowiska oraz zakresu obowiązków mógł liczyć na 1700 zł samej
podstawy, plus 600 zł dodatku rodzinnego (Kedyw 2006, s. 152). W okresie
jesienno-zimowym dodatkowo dostawał 1200 zł specjalnego dodatku węglowego (Kedyw
2009, s. 261). Łącznie otrzymywał więc nawet 3500 zł. Przy ówczesnych zarobkach
była to suma niebagatelna (pod koniec 1941 r. przeciętna pensja nauczycielska
wynosiła 300 zł, a w grudniu 1942 r. urzędnik mógł liczyć maksymalnie na 800 zł
miesięcznie – jeśli był mężczyzną i miał co najmniej 40 lat). Na tym jednak nie
kończył się jego dochód. W miejscu oficjalnego zatrudnienia zarabiał 700 zł. Według
Lewandowskiego była to bliżej nieokreślona „wyższa instytucja niemieckiej
administracji” (Lewandowski 9.09.1974, s. 22), co pasowałoby do rzekomego
posiadania przez niego papierów reichsdeutscha/baltendeutscha. Dzięki tej pracy
dysponował też przepustką umożliwiającą mu poruszanie się po ulicach miasta
nocą, a także korzystanie z lokali „Nur für Deutsche”, czym lubił się chwalić.

Cały ten zestaw, tj. znajomość języka, dobra sytuacja
finansowa, odpowiednie kontakty oraz papiery, sprawiał, że Tabęcki był wręcz
idealnym kandydatem na bohatera podziemia, co w pierwszych miesiącach
działalności Kedywu OW zdawało się regularnie znajdować potwierdzenie.

Już na początku 1943 r., w okresie kiedy Kedyw OW
jeszcze nie zdążył na dobre rozpocząć swojej działalności, Zbigniew
Lewandowski, zastępca „Chuchry”, pełniący jednocześnie funkcję szefa Biura
Badań Technicznych przy KG AK, wpadł na pomysł przesłania kilku wybranym
wysokim niemieckim urzędnikom małych bomb, wystarczających do tego, aby
definitywnie zakończyć ich pracę. Razem ze współpracownicami przygotował paczki
z bombami.

Żeby jednak trafiły bezpośrednio do adresatów, musiały
mieć odpowiednie urzędowe naklejki adresowe. „Lasso”, wykorzystując swoje
dojścia, zdobył odpowiednią ich liczbę (Lewandowski 9.09.1974, s. 16).
Wszystkie bomby, już zapakowane, odpowiednio oznaczył w mieszkaniu przy ul.
Zielnej, dokąd w zwyczajnej torbie, po wcześniejszej kontroli „Szyny”,
dostarczyła je Antonina Mijal „Tosia” z BBT. Kiedy wszystko było gotowe, razem
poszli na pobliski pl. Napoleona, gdzie w siedzibie Deutsche Post Osten nadali
przesyłki do urzędników w Warszawie i Krakowie. Choć bomby trafiły pod wskazane
adresy, to żaden z namierzonych oficjeli nie został nawet ranny. Po tym jak
trzy bomby eksplodowały w sekretariatach, zabijając kilku pracujących tam
Niemców, Gestapo, zaalarmowane tymi zajściami, namierzyło pozostałe paczki.

Kolejna istotna akcja z udziałem Tabęckiego jest
związana z Powstaniem w Getcie Warszawskim. Już 19 kwietnia, w dniu wybuchu
walk, oddział Kedywu OW próbował wysadzić mur getta w rejonie ul.
Świętojerskiej, Bonifraterskiej i Muranowskiej. Akcja zakończyła się
niepowodzeniem. „Monter” od razu wydał Lewińskiemu polecenie podjęcia kolejnej
próby wybicia dziury w murze. Rankiem 22 kwietnia, w Wielki Czwartek, w lokalu
przy al. 3 Maja zebrał się sztab Kedywu OW. Po krótkiej naradzie zdecydowano
się uderzyć na odcinku wzdłuż ul. Okopowej, pomiędzy ulicami Dzielną i Pawią.
Lewandowski wspominał: „Zniszczona miała być osadzona w murze, zamknięta już na
stałe, brama do getta. Stąd uciekinierzy mogli się ewakuować w kierunku
Cmentarza Żydowskiego, następnie Powązek i dalej za miasto do Puszczy
Kampinoskiej” (Lewandowski 1985, s. 77). Szybko jednak się okazało, że oddział
wyznaczony do zadania nie będzie w stanie go wykonać. Jak zwrócił mi uwagę
Dariusz Libionka, po nieudanym przebiegu akcji 19 kwietnia ludzie bali się udziału
w tej akcji.

Lewiński nie miał wyboru, musiał jeszcze przed godziną
policyjną w trybie awaryjnym zmontować nowy zespół. Nie mając dużego wyboru,
postanowił, że pójdzie razem z „Szyną”, a towarzyszyć im będzie Tabęcki oraz
sześciu ludzi z Oddziału Dywersji Bojowej „3” ze Śródmieścia, z „Ryżym” (N.N.)
i Cezarym Szemleyem-Ketlingiem „Cezarym” na czele. Wybór „Lassa” jest w pełni
zrozumiały. Zastanawia zaś udział „Ryżego” i „Cezarego”, znanego również jako
„Arpad”. Ten ostatni sprzedawał do getta broń służbową. I choć jego przełożeni
wtedy jeszcze nie wiedzieli o tym, prawdopodobnie orientowali się, że zna ten
teren i ma po drugiej stronie muru swoje kontakty.

23 kwietnia, w Wielki Piątek, o godzinie 11 uczestnicy
akcji spotkali się w ruinach przy popularnym Kercelaku.

Plan akcji przewidywał, że por. „Lasso” zlikwiduje posterunek na Okopowej, między Dzielną i Pawią. „Chuchro” z dwoma żołnierzami z ODB-Śródmieście, uzbrojonymi w steny miał ubezpieczać ul. Okopową w kierunku Cmentarza Żydowskiego oraz Pawią wzdłuż murów getta. Po strzale „Lasso” miałem, w towarzystwie minera i uzbrojonego w stena strzelca z ODB, ps. „Sęp” (NN), natrzeć na bramę od ul. Zegarmistrzowskiej, przez istniejącą od kilku miesięcy wyrwę w murach tzw. dużego getta (tamże).

Po zajęciu stanowisk „Lasso” zgodnie z założeniami
ruszył w stronę posterunku, gdzie miał napotkać zaledwie jednego strażnika. Podszedł
akurat w momencie, kiedy dokonywano zmiany warty. Nie zastanawiając się,
wyciągnął pistolet i zastrzelił obu Niemców. Dalej wypadki potoczyły się
błyskawicznie. Zaczęli się pojawiać kolejni strażnicy. Do akcji ruszyli „Szyna”
i „Chuchro” z resztą ludzi. Wtedy nadjechała „buda” z niemieckimi żandarmami.
Uczestnicy akcji nie mogli już myśleć o wykonaniu zadania – musieli się
ratować. Ruszyli biegiem wzdłuż ul. Okopowej w stronę Kercelaka. „Okopową cofał
się również »Lasso«, biegnąc tuż przede mną – pisał Lewandowski. – Wybiegając z
Zegarmistrzowskiej w Okopową, zobaczyłem, jak z bram domów po jej wschodniej
stronie wybiegają policjanci granatowi, próbując go zatrzymać. W pierwszego,
który zabiegł mu drogę, »Lasso« strzelił z pistoletu. Policjant upadł w tył, na
plecy. To powstrzymało nieco innych” (tamże, s. 78–79). Oddział wycofał się bez
strat.

Więcej szczegółów dotyczących postawy „Lasso” w akcji
znajdujemy w relacji spisanej przez „Szynę” w 1974 r.:

Wykazał wtedy wybitną odwagę, ogromny refleks i wielką zręczność w posługiwaniu się pistoletem. Zabił wtedy z najbliższej odległości dwóch niemców i „granatowego”. Ten ostatni zastąpił mu drogę z podniesionym pistoletem w ręku w chwili, gdy wycofywał się biegiem po załamaniu się zasadniczej akcji. „Lasso” trzymał w tym momencie prawą, uzbrojoną, rękę w kieszeni płaszcza. Zastrzelił „granatowego” w biegu, poprzez kieszeń własnego płaszcza, nie wyciągając z niej uzbrojonej ręki. Biegłem tuż za nim i mam tę scenę w swoich oczach jeszcze dzisiaj. Prawdopodobnie tym strzałem i mnie uratował życie.

Lewandowski nie był jedynym, który zawdzięczał tamtego
dnia życie Tabęckiemu. Drugą osobą był Lewiński. Józef R. Rybicki pisał po
wojnie, że to właśnie „w tym tkwiła słabość »Chuchry« do »Lasso«” (Rybicki 2003,
s. 134). Należy zauważyć, że opis akcji jest typowy dla powojennych relacji
żołnierzy dywersji. Dużo tu strzelania, ofiar po drugiej stronie – a żadnych po
własnej. I jest odpowiednia dramaturgia. Można mieć jednak wątpliwości, czy w
tak trudnej sytuacji oddział Lewińskiego wyszedłby z tego bez szwanku.

Przez pierwsze trzy miesiące działalności Kedywu OW
Jerzy Tabęcki mógł być uznawany przez zwierzchników za człowieka, bez którego
trudno wyobrazić sobie dalszą pracę. Odważny, z dużymi możliwościami, jakie
zapewniały mu praca, posiadane papiery i znakomita znajomość języka, zdobył
sobie zaufanie otoczenia. I wtedy pojawiła się pierwsza rysa na jego wizerunku.

Według raportów podziemia Hugo Dietz, kierownik
jednego z wydziałów Arbeitsamtu w Warszawie, odznaczał się zajadłą nienawiścią
wobec Polaków. Brał udział w likwidacji getta, organizował łapanki. Wydanie
rozkazu jego likwidacji było oczywiste. Przeprowadzenie akcji według Zbigniewa
Lewandowskiego zlecono ODB ze Śródmieścia, rozpoznanie zaś – Tabęckiemu. Po
latach „Szyna” wspominał: „13 kwietnia 1943 r. w godzinach popołudniowych »Lasso«
złożył nam w naszym lokalu konspiracyjnym przy ul. Zielnej meldunek:
zastrzeliłem dziś Dietza na ul. Rysiej. Meldunek ten natychmiast przekazano »Monterowi«”
(Lewandowski 9.09.1974, s. 23).

Po kilku dniach Chruściel wezwał „Chuchrę” i „Szynę”
do „lokalu konspiracyjnego przy ul. Filtrowej i zakomunikował” im, że w sprawie
likwidacji Dietza otrzymał dwa meldunki. Jeden od Tabęckiego i drugi, zgodnie z
którym akcję przeprowadził pięcioosobowy patrol Władysława Welweta „Misia” z
oddziału „Kosy” Kedywu KG AK. Doszło do konfrontacji, w której udział wzięli on
sam, Lewiński, Lewandowski, Welwet i Tabęcki. W trakcie spotkania „Miś” i
„Lasso” przedstawili swoje wersje wydarzeń. „Lasso” mówił, że w czasie sekcji
zwłok znaleziono w ciele sześć kul. Informację tę miał jakoby uzyskać od
Niemców, z którymi pracował w urzędzie.

Po wysłuchaniu relacji Chruściel uznał oba meldunki za
prawdziwe. W jego ocenie, jak wspominał Lewandowski, jeden Dietza postrzelił, a
drugi – dobił. Obaj otrzymali Krzyże Walecznych. „Szyna” jednak miał
wątpliwości co do opowieści Tabęckiego. Po wizji lokalnej uznał, że Tabęcki
stał zbyt daleko od Dietza, aby mógł go zabić z broni krótkiej. „Z takiej
odległości wyborowy strzelec mógł [go] tylko postrzelić”. A przecież „Lasso”
twierdził, że oddał aż sześć celnych strzałów. „Szyna” podzielił się swoimi
wątpliwościami m.in. z Lewińskim. Kilka dni później Tabęcki obydwu uratował
życie pod murami getta. Po tym Lewandowski już nie drążył tematu likwidacji
Dietza.

W całej sprawie zastanawia, dlaczego Chruściel
zdecydował się przyznać rację obu rzekomym wykonawcom wyroku. Wyjaśnienia są
dwa. Pierwsze – nie mając podstaw do podważenia którejkolwiek z wersji, nie
chciał ryzykować napięć. I drugie – „Monter” być może miał podejrzenia co do
Tabęckiego, ale prywatne sympatie, znajomość z jego ojcem, wdzięczność za pomoc
przy zdobyciu dokumentów przeważyły. W przypadku „Lassa” możemy jednak wskazać
jeszcze jedną historię, również opisaną przez Zbigniewa Lewandowskiego, w
której postawa Tabęckiego nie jest całkowicie jasna:

W jednym wypadku nie wykonał wyroku likwidacyjnego, zleconego przez odpowiednie władze AK, na pewnej parze konfidentów, mieszkającej w pobliżu Placu Zbawiciela. Wyjaśniał, że nie był w stanie tego zrobić, bowiem przed odczytaniem i wykonaniem wyroku zdążyli go przekonać (!), że są zupełnie niewinni. Konsekwencji z tego powodu w stosunku do „Lasso” nie wyciągnięto (tamże).

Nie wiemy, jaki był dokładny przebieg zdarzenia ani
kiedy dokładnie nastąpiło; na pewno stało się to przed wrześniem 1943 r., kiedy
to Lewandowski odszedł z pracy w Kedywie OW do Biura Badań Technicznych przy KG
AK, a więc jeszcze w momencie, kiedy Tabęcki cieszył się dużym zaufaniem góry,
z Lewińskim i Chruścielem na czele. Przez całą wiosnę i dużą część lata jego
pozycja zdawała się niezagrożona. Ale pod koniec sierpnia sytuacja znacząco się
zmieniła.

Akcja
na Czackiego

Latem 1943 r. warszawski Kedyw szykował się do jednej
z największych akcji w swojej historii – uderzenia na niemiecki Arbeitsamt przy
ul. Czackiego 14 w Warszawie. Jej celem było zniszczenie kopii wydawanych przez
urząd kart pracy. Ich istnienie sprawiało, że każdy posiadacz fałszywej arbeitskarty
mógł łatwo zostać zdemaskowany. A ponieważ w podziemiu często korzystano z
fałszywek, kopie oryginałów stwarzały zagrożenie dla całej organizacji.

Pierwszą próbę dostania się do budynku przy ul.
Czackiego podjęto w piątek 13 sierpnia, jednak ze względu na wizytę delegacji z
Berlina zespół wyznaczony do zadania nie zdołał dostać się do środka. W związku
z tym akcję przełożono na czwartek 26 sierpnia, zmieniając także jej plan:

Po ponownym przeprowadzeniu rozpoznania i obserwacji stwierdzono, że w obecnych warunkach najlepszą godziną do wykonania akcji będzie godzina ranna, tj. w tym czasie, kiedy dozorca otwiera bramę. Rozpoczęcie akcji ustalono na godzinę 6.20. Sytuacja na ulicy Czackiego w tym czasie: ruch uliczny znikomy, 2 policjantów granatowych pilnuje narożnego banku KKO, dozorca urzędu otwiera bramę, na wartowni Sonderdienstu czynności powinne i przygotowania do objęcia służby (Oddział 2007, s. 39).

Aby nie zwracać na siebie nadmiernej uwagi,
postanowiono, że uczestnicy nie będą podjeżdżali samochodami, lecz dotrą na
miejsce pieszo, po czym część z nich utworzy przed wejściem do Arbeitsamtu
kolejkę, w której znajdą się również kobiety. Reszta będzie rozstawiona po
okolicy, zabezpieczając kierunki, z których mogłyby nadejść ewentualnie
dodatkowe siły wroga. Po otwarciu bramy do siedziby Arbeitsamtu miała szybko
wkroczyć ekipa uderzeniowa, mająca sterroryzować ochronę, a następnie
przystąpić do niszczenia wskazanych dokumentów. Do tego celu przeznaczono 90 kg
szedytu w paczkach każda po 15 kg, 20 litrów smarów, 20 litrów benzyny, 12
butelek zapalających, cztery termity z zapalnikami czasowymi, trzy świece
gazowe i jedną minę z opóźnieniem dziesięciominutowym. To, co najważniejsze,
czyli szedyt, miał być dowieziony w ostatniej chwili samochodem, którym na
miejsce akcji miał przyjechać sam Jerzy Tabęcki.

Krótko po 6.00 zaczęli się ustawiać na swoich
pozycjach. W złożonym 28 sierpnia sprawozdaniu z przebiegu wydarzeń Zbigniew
Czajkowski „Olek” pisał:

Dn. 26 VIII 43 o godz. 6.15 dołączyłem do kolejki, utworzonej przy Dyr. Pol. Niem. na ul. Czackiego. Przy sąsiedniej bramie w kierunku Traugutta stało osobowe zielone auto policyjne. W kilka minut po moim przybyciu z bramy domu, przed którym stało auto, 4 gest[apowców] (3 umundurowanych, 1 w ubraniu cywilnym), wszyscy z pist[oletami] automat[ycznymi], wyprowadziło 2 kobiety. Po wsadzeniu ich do auta 2 gest[apowców] pojechało z nimi, a 2 pozostało przy bramie. W chwilę po ich odjeździe nadjechał nasz samochód ciężarowy z materiałem, zatrzymał się koło nas, wysiadł z niego szofer i spytał, od której są czynne biura. Następnie odjechał w kierunku Sto-Krzyskiej [Świętokrzyskiej] i wjechał w ślepą uliczkę na wprost B[an]ku Francusko-Polskiego. Około 6.30 przez ul. Czackiego w kierunku do Traugutta przejechał drugi mały samochód ciężarowy, który na znak dany ręką przez Leona nie zatrzymał się, lecz wjechał w ul. Traugutta. Ponieważ obaj gest[apowcy] stali ciągle przy bramie, Leon zdecydował, aby podeszło do nich 4 z nas i unieszkodliwiło ich. W momencie kiedy mieliśmy to wykonać, z ul. Sto-Krzyskiej [Świętokrzyskiej] wyjechało wspomniane wyżej auto pol[icyjne] i zabrało ich, odjeżdżając w kierunku Traugutta i Krak[owskiego] Przedm[ieścia]. Oczekiwaliśmy teraz na przybycie auta, które odjechało, nie zatrzymując się koło nas. W 3–4 min po odjeździe auta pol[icyjnego] usłyszałem u wylotu Czackiego i Sto-Krzyskiej [Świętokrzyskiej] kilka pojedynczych strzałów i zauważyłem auto pol[icyjne] stojące tam oraz człowieka leżącego na ziemi. Na rozkaz Leona „uciekać” pobiegliśmy z pistoletami w ręku do Traugutta, a następnie część w kierunku Krak[owskiego] Przedm[teścia], część zaś do Mazowieckiej (tamże, s. 43–44).

Akcja zakończyła się porażką. Jeszcze zanim na dobre
się zaczęła, stojący na ulicy kedywiacy zostali zaatakowani przez gestapowców.
W trakcie krótkiej strzelaniny zginęło dwóch żołnierzy, Jerzy Trószyński
„Onufry” oraz Zbigniew Art „Roman”. Ciała obu Niemcy przetransportowali do
prosektorium przy ul. Oczki, skąd zostały wykradzione przez kolegów i pochowane
na Cmentarzu Bródnowskim pod fałszywymi nazwiskami Zbigniew Kraft i Henryk
Montwił.

Jednocześnie z zabiegami o godne pożegnanie obu poległych
rozpoczęto jednocześnie śledztwo mające ustalić przebieg wypadków na ul.
Czackiego. W ciągu kilku dni zebrano co najmniej piętnaście raportów. Po dwa
złożyli dowódca akcji Leon Tarajkowicz „Gryf”, a także Stanisław Sosabowski
„Stasinek” i dwaj jego żołnierze z grupy żoliborskiej, Zbigniew Siennicki „Bor”
i Leon Zubrzycki „Lech”. Po jednym przygotowali: „Pyz” (N.N.), Włodzimierz
Denkowski „Kostek”, „Zygmunt” (N.N.), Antoni Wojciechowski „Antek II”, Zdzisław
Czajkowski oraz „wypożyczeni” z batalionu „Zośka” Edward Kuźmiński „Heniek” i
Wiesław Krajewski „Sem”.

Lektura tych zapisków pozwala na wskazanie kilku
elementów wspólnych. Pierwszy – wszyscy na swoich stanowiskach pojawili się
krótko po 6.00. Sosabowski, Czajkowski i Siennicki zgodnie wymieniają 6.15 jako
moment, kiedy zajęli pozycje. Denkowski pojawił się jeszcze wcześniej. Po kilku
minutach w okolicy znalazło się jeszcze więcej osób, wśród nich m.in. Zubrzycki
oraz Tarajkowicz.

Punkt drugi – Niemcy wychodzący z domu pod numerem 16,
wsiadający z dwiema kobietami i mężczyzną do samochodu i odjeżdżający – nie
licząc dwóch, którzy zostali na ulicy. Tuż obok kolejki, która ustawiła się
przed Arbeitsamtem. „Gryf” w swoim raporcie podawał: „godz. 6.25 Nadjeżdża
samochód polic[yjny] od ul. Świętokrz[yskiej] i zatrzymuje się pod [nr.] 16.
Dwóch gestap[owców] wsiada do samochodu. W tym samym czasie nadjeżdża nasz
samochód z gr[upy] terroryzującej, ale widząc nowo wytworzoną sytuację,
niepomyślną do rozpoczęcia akcji, przejeżdża dalej i skręca w Traugutta. Po chwili
gestapowcy odjeżdżają w kier[unku] Traug[utta] do Mazowieckiej” (tamże, s. 61).

Samochód z grupy terroryzującej to następny fragment
układanki. Jechał nim najprawdopodobniej „Lasso”. Opis, jak krąży powoli po
ulicy, pojawia się w czterech relacjach. Według nich miało w nim się znajdować
trzech ludzi. Zdaniem „Pyza” przejechał ul. Czackiego trzy razy: „Zorientowałem
się, że to auto patroluje czworobok zamknięty ulicami: Świętokrzyską,
Czackiego, Traugutta, Mazowiecką” (tamże, s. 53). W końcu pojawił się za nim opel-kapitan.
Po wyminięciu go zatrzymał się. Chwilę później padły pierwsze strzały.

Tutaj dochodzimy do punktu czwartego – oczekiwanie na
początek akcji. Pierwsi jej uczestnicy na swoich pozycjach pojawili się o 6.10–6.15.
Do starcia doszło około 6.30, 15–20 minut później. Zaledwie pięć minut od
momentu, kiedy opel-admirał zabrał dwóch gestapowców sprzed wejścia do domu nr
16. Ci przez blisko dziesięć minut obserwowali, jak na niedużej ulicy gromadzi
się tłum młodych ludzi. W tej sytuacji mogło dojść do zdekonspirowania akcji.
Potwierdzają to słowa Siennickiego: „Onufry był zaniepokojony i powiedział do
mnie, że akcja powinna być już rozpoczęta” (tamże, s. 47).

O tym, że zwracali na siebie uwagę, pisał też
Lewandowski, który choć był nieobecny na miejscu, zapoznał się z relacjami
uczestników wydarzeń: „Zachowanie się »Onufrego« z grupy »Andrzeja« było
wyjątkowo prowokacyjne i zwracające powszechną uwagę na pustej o tej wczesnej
godzinie ulicy Czackiego” (Lewandowski 8.09.1974, s. 20). Jednak w powojennych
opisach wydarzeń winny dramatu staje się jeden człowiek – „Lasso”.

Tego samego dnia Lewandowski oraz Lewiński w bezpośredniej
rozmowie zarzucili mu tchórzostwo. W odpowiedzi pokazał im świeżą ranę, mówiąc,
że został ranny pół godziny po akcji, kiedy wrócił na miejsce akcji i zaczął
strzelać do Niemców. Problem w tym, że do żadnej wymiany ognia nie doszło, co
potwierdzają zeznania Zubrzyckiego i Tarajkowicza. Ale „Lasso” rzeczywiście był
ranny. „Chuchro” i „Szyna” wysłali go do szpitala, gdzie miał zostać opatrzony
przez zaufanego lekarza. W tym miejscu relacje, jakimi dysponujemy, rozmijają
się. Sosabowski w latach siedemdziesiątych w liście do Rybickiego pisał, że to
on zajmował się Tabęckim. Przyjrzyjmy się jego wersji:

Przyjechał dorożką w towarzystwie drugiego kolegi. Portier wywołał mnie do holu na parterze. Dowiedziałem się, że Lasso jest ranny. Brali udział w akcji ulicznej. Akcja, której szczegółów nie znam, nie udała się, oddział poszedł w rozsypkę. Na szczęście poza Lassem, który dołączył na melinę, osobno [?] nie było żadnych ofiar (Sosabowski 11.12.1974, s. 1).

Fragment zastanawiający – Sosabowski, który brał
udział w akcji na ulicy Czackiego i doskonale wiedział, że „Lasso” również tam
był, nagle opisuje całość tak, jakby nie miał żadnej wiedzy na temat
okoliczności wydarzeń. Ale czytajmy dalej:

Po rozmowie z mym szefem dr. Piotrowskim zabrałem L. na górę, na salę opatrunkową. Czuł się dobrze, szedł bez pomocy, a poza tym, że był trochę blady, nie było żadnych innych objawów. Powiedział nam, że został ranny w bok z pistoletu maszynowego, [jednak] ani na marynarce, ani na koszuli nie było śladu krwi ani uszkodzenia przez pocisk. Tłumaczył się, że na melinie zmienił koszulę i marynarkę, co mi się wydawało możliwe. Sama rana to dość ciekawy wypadek. Rana styczna z wlotem i wylotem po lewej stronie pomiędzy kością biodrową a ostatnim żebrem. Krwawienia nie było żadnego. Kula przeszła tylko przez skórę i tkankę tłuszczową podskórną. Co więcej z przodu, gdzie był wlot (bo otwór był mniejszy), naokoło wlotu była czarna obwódka, czarny pierścień z niespalonego prochu. Tego rodzaju obwódka jest typowa, gdy lufa broni palnej jest przyłożona bardzo blisko gołej skóry. Gdybym nie znał Lasso, to bym wtedy powiedział, że dwoma palcami lewej ręki odciągnął skórę, przyłożył prawą ręką pistolet do fałdu i sam się przestrzelił. Gdy się później zastanawiałem nad tą sprawą i dyskutowałem ją z mym starszym kolegą dr. Piotrowskim, którego znałem jeszcze ze szpitala Ujazdowskiego, doszliśmy do wniosku, że była to jedyna możliwość. Nawet sam kanał kuli nie szedł prosto, tylko krzywą. To znaczy gdyby przeprowadzić linię prostą od wlotu do wylotu, to pocisk by przeszedł przez jamę brzuszną i jelito grube (tamże, s. 1–2).

W porównaniu z początkiem relacji, gdy „Stasinek”
wyraźnie miał problem z przypomnieniem sobie przebiegu wypadków, druga część
opisu jest zadziwiająco dokładna – i zapewne zgodna z prawdą. W akcie
oskarżenia Tabęckiego, przedłożonym Wojskowemu Sądowi Specjalnemu już po jego
śmierci, znajduje się informacja potwierdzająca wspomnienie Sosabowskiego.
Zgodnie z nią strzał, w którego wyniku „Lasso” został ranny, oddano z
odległości nie większej niż 50 centymetrów, podczas gdy sam ranny twierdził w
rozmowie z Lewińskim, że było to 6–7 metrów (Kedyw 2009, s. 198).

„Lasso” więc prawdopodobnie kłamał i sam do siebie strzelił. Nie wiadomo tylko po co. O ile więc jego zachowanie rzeczywiście należy uznać za dziwne, o tyle trudno zgodzić się z zarzutem tchórzostwa. W momencie kiedy gestapowcy otworzyli ogień do „Onufrego”, w ciągu kilku sekund z miejsca wydarzeń zaczęli uciekać wszyscy uczestnicy akcji, co zaznaczali w zeznaniach. Ich lektura skłania do stwierdzenia, że w sytuacji gdy prawdopodobnie poza Zbigniewem Artem nikt nie podjął walki, jedyną osobą, której wytknięto tchórzostwo, został Tabęcki. Najwcześniejszym znanym źródłem informującym nas o tym zarzucie jest akt oskarżenia „Lassa” napisany po 15 kwietnia 1944 r. Być może więc cała historia została rozbudowana po czasie, aby wzmocnić przekonanie o zdradzie, jakiej miał dopuścić się „Lasso”.

Rybicki notował po latach, że rozmawiali z Lewińskim,
co zrobić. W końcu „»Chuchro« przyrzekł usuwać [Tabęckiego] stopniowo z akcji,
powoli zrywać z nim łączność oddziałową” (Rybicki 2003, s. 134). „Lassu”
powiedzieli, że z uwagi na jego stan zdrowia na jakiś czas muszą odsunąć go od
pracy. Czas jego rekonwalescencji chcieli wykorzystać, by uważniej mu się przyjrzeć.

Lewiński,
pieniądze i bandyci

Sytuacja zdawała się wyciszać, gdy w Kedywie OW nagle
doszło do wstrząsu. Na początku listopada 1943 r. aresztowany został „Chuchro”.
Według relacji Franciszki Parońskiej, której mąż znał się z Lewińskim z pracy w
Kedywie, wpadł, gdy szedł do mieszkania swojej narzeczonej na ul. Polnej 50.
Niemcy akurat urządzili w domu kocioł. Lewiński próbował uciekać, ale dopadli
go i pobili. Trafił na Szucha i zapewne na Pawiak.

Gdy tylko wiadomość o jego zniknięciu dotarła do
„Montera”, zaczęto szukać możliwości ratunku. Jako pierwszy do pomocy zgłosił
się Tabęcki. Jego plan był prosty. Korzystając ze swoich kontaktów i tego, że
Niemcy nie wiedzieli jeszcze, kim jest Lewiński, chciał wykupić go za 100 tys.
zł. „Monter” dał mu pieniądze. Dni mijały, a „Chuchro” ciągle pozostawał w
więzieniu. „Lasso” tłumaczył Chruścielowi i Rybickiemu, że potrzebuje czasu, że
to nie jest proste. Nie wiemy, czy Tabęcki podejmował jakiekolwiek próby. O
tym, że takie były, wiemy z relacji Parońskiej, która podkreśla, że gdy osoba
prowadząca z Niemcami negocjacje zgodziła się na podwyższenie ceny podanej
przez nich pierwotnie, ci zorientowali się, iż mają do czynienia z kimś
istotnym. Rozpoczęły się przesłuchania połączone z nieustannym biciem.
Lewińskiemu udało się wysłać gryps, w którym informował, że Gestapo nie
wyciągnęło z niego żadnych informacji. O tym, że do końca milczał, świadczy to,
iż Niemcy nie poznali nawet jego prawdziwej tożsamości. Rozstrzelali go w
ulicznej egzekucji 24 listopada, jako Jerzego Redę.

Zanim do tego doszło, Tabęcki szukał sposobu na
zmazanie swojej sierpniowej wpadki. Tak długo prosił „Andrzeja” o możliwość
rehabilitacji, że ten dał mu najpierw jeden wyrok do wykonania, a potem całą
ich listę. „Lasso” żadnego z nich nie mógł jednak wykonać. Rybicki rozumiał, że
nie zawsze akcję da się przeprowadzić z dnia na dzień. Nie winił go za to.
Jakby chcąc dać mu jeszcze jedną szansę, a może go sprawdzić, zlecił mu kolejną
akcję.

Chodziło o likwidację Mariana Szweda, funkcjonariusza
polskiego Kripo. W raporcie podziemia pisano, że „jego zbytnia »gorliwość« i
służalstwo w stosunku do Niemców przechodzi wszelkie granice. Jest on głośnym i
znanym już i w całym mieście znienawidzonym szantażystą”. Tabęcki zabrał się do
pracy. Po kilku dniach przyszedł jednak do Rybickiego i oznajmił, że nie
wykonał wyroku. Był blisko, czekał już na Szweda w restauracji wskazanej mu
przez Leona Millera, również funkcjonariusza polskiego Kripo. Szwed przyszedł,
ale zanim „Lasso” cokolwiek zrobił, tamten położył na stole przed nim dwa
pistolety i rozpoczął swoją „spowiedź”. Tabęcki mu uwierzył. Teraz domagał się
od Rybickiego rozmowy z Chruścielem. „Andrzej” odmówił, prosząc o raport na
piśmie.

Minęło kilka dni. Tabęcki pokazał się z raportem. Nie
jednym, a dwoma. W pierwszym, poświęconym Szwedowi, pisał m.in., że tamten
tłumaczył, iż „zło, które uczynił, było wynikiem złego wykorzystania jego sił i
energii na skutek braku kontaktu z czynnikami miarodajnymi” (Kedyw 2009, s. 196).
Dalej prosił o możliwość przedstawienia jego sprawy górze i danie mu szansy
udowodnienia, że jest „dobrym Polakiem”.

Drugi raport dotyczył niejakiego „Ryżego”, żołnierza
Kedywu OW, skazanego na śmierć przez podziemny sąd za bandytyzm. To była sprawa
sprzed kilku miesięcy. „Ryży” (N.N.) oraz Cezary Szemley-Ketling „Arpad” do
Kedywu OW trafili krótko przed akcją pod murami getta. Nie przyszli jednak do
„Chuchry” sami, ale z gotowym oddziałem dywersyjnym, który „Ryży” zaczął
formować jesienią 1942 r., a w którym główną siłę uderzeniową stanowił blisko
30-osobowy pluton „Arpada”. Bardzo szybko się okazało, że za ich działalnością organizacyjną
stoi nie tylko chęć walki z okupantem.

W sobotę 7 sierpnia 1943 r. do ppłk. Konstantego
Kułagowskiego „Reżysera”, komendanta Obwodu AK Śródmieście, wpłynęło
oświadczenie „Ryżego” w sprawie odsunięcia przez niego „Arpada” od pracy w
związku z jego bandycką działalnością, obejmującą m.in. zabicie czterech osób,
na których nie było wyroków wydanych przez władze podziemia. „Na zapytanie,
dlaczego te rzeczy robi, odpowiedział, że ma swoje plany, swoją ideologię, zaś
wyroki powyższe wykonał dla jego wiadomych przyczyn” (Kedyw 2010, s. 33).
„Ryży” zarzucał swemu podwładnemu dokonywanie napadów rabunkowych, odmowę
wykonania rozkazów oraz przywłaszczenie sobie siedmiu pistoletów należących do
oddziału. Wedle pisma „Ryżego” stał się on celem przynajmniej jednego zamachu dokonanego
przez grupę „Arpada”.

Wobec tak poważnych zarzutów rozpoczęto śledztwo, w
trakcie którego przesłuchano m.in. Lewińskiego. I to akurat 26 sierpnia 1943
r., w dniu akcji na Czackiego. W wersji, jaką przedstawił „Chuchro”, głównym
winnym był „Arpad”. Z protokołu przesłuchania dowiadujemy się, że Tabęcki
również znajdował się w kręgu zainteresowania komisji badającej sprawę.
Lewiński jednak zarówno jego, jak i „Ryżego” wziął w obronę. Sprawa toczyła się
później jeszcze kilka miesięcy, aż w końcu w akcie oskarżenia przeciwko
„Arpadowi” i „Ryżemu” z 9 grudnia 1943 r. prokurator w podsumowaniu napisał, że
„wina obydwu oskarżonych nie budzi wątpliwości […]. Zresztą sami w
wyjaśnieniach swych obciążają się wzajemnie. Zarówno »Ryżego«, jak i »Janusza«
[Arpada] z całym naciskiem scharakteryzować należy, że są to już, niestety,
zawodowi bandyci i mordercy. Szybka ich likwidacja jest wskazana” (Obwodowe 2010,
s. 42).

Przez następne miesiące obaj skutecznie uciekali przed
wyrokiem. Szemley-Ketling nawet przeżył wojnę. „Ryży” pod koniec marca 1944 r.
przekazał Tabęckiemu pismo do „Montera”. Tłumaczył w nim, że wszystko, o co go
obwiniano, to wina „Arpada”. Prosił jednocześnie o ponowne zbadanie sprawy, anulowanie
wyroku oraz przyjęcie do służby.

Rybicki, widząc Tabęckiego w takim towarzystwie, miał
coraz mniejsze wątpliwości co do niego. „Lasso” już nie tylko był zamieszany w
niewyjaśnioną akcję na Czackiego, lecz także otwarcie przyznawał się do
utrzymywania kontaktów z ludźmi, na których podziemie wydało wyroki. Sam miał
jeden z nich wykonać. „Monter” jednak ciągle nie był pewien, co zrobić. Być może
nie dostrzegał jeszcze niczego niepokojącego, a może nie potrafił dopuścić do
siebie myśli, że syn jego przyjaciela robi coś złego. Rozkazał tylko odsunąć go
od sprawy Szweda oraz zlikwidować „Ryżego”. Wtedy Niemcy aresztowali „Lasso”.

Finał

Informację o tym dostarczyła żona Tabęckiego,
wykorzystując – jak podawał „Andrzej” – swojego brata, który pracował w jednym
z oddziałów dywersji. O wątpliwej postawie szwagra podobno nic nie wiedział. Rybicki
po latach zanotował: „Dowiadujemy się via
wywiad »Montera«, że rzeczywiście »Lasso« aresztowany wraz z bronią. Cały mój
stosunek do niego ulega jakby jakiemuś wahaniu”. Nie rozumiał, czy to przypadek, czy może jakiś nowy jego pomysł.
A może faktycznie niesłusznie go podejrzewał? Jak zwrócił mi uwagę Dariusz
Libionka, do dzisiaj niejasne pozostaje, czy Tabęckiego aresztowało Gestapo,
czy polskie Kripo. Za tym drugim rozwiązaniem przemawia dalszy rozwój wypadków.

Od tego momentu historia nabrała szalonego tempa. Najpierw
„Ryży” i Szwed odnaleźli Rybickiego. Powiedzieli mu, że robią wszystko, co
tylko możliwe, aby uwolnić Tabęckiego. Sytuacja była absurdalna. Dwóch ludzi
skazanych przez AK na śmierć tłumaczy oficerowi AK, że lada moment wyciągną z
rąk Gestapo innego oficera AK. I to takiego, przy którym znaleziono broń i
listę gestapowców do likwidacji, co normalnie nie dawałoby żadnych szans na
ratunek. „Dziękuję krótko Szwedowi, a ten pyta, czy będę pamiętał o jego
sprawie, czy może się już swobodnie poruszać, bez obawy likwidacji. Odpowiadam krótko,
że nie mam jeszcze odpowiedzi mojej Komendy. Żegnam się z nimi”. Zaskoczeń ciąg
dalszy. Już następnego dnia „Andrzej” dostał wiadomość, że „Lasso” jest na
wolności. Chciał się spotkać. Rybicki przeczuwał, że to podstęp, ale nie miał
wyjścia. Musiał to doprowadzić do końca. Rozumiejąc, że historia może się różnie
zakończyć, nie chciał narażać swoich najbliższych współpracowników. Odciął się
więc od nich, skupiając całą swoją uwagę na tej jednej sprawie.

Spotkali się na rogu Al. Jerozolimskich i ul. Kruczej.
Tabęcki, razem ze Szwedem i „Ryżym”, podjechał samochodem – z numerami rejestracyjnymi
Kripo. Na głowie miał bandaż. Rzekomo ślad po pobiciu na Szucha. Zapytany, po
co mu takie towarzystwo, odparł, że się boi, iż AK go zlikwiduje. A jak
wyszedł? Wmówił Niemcom, że jest z NSZ. W trakcie rozmowy zaczął ciągnąć
swojego szefa w stronę samochodu. Mówił, że pojadą za miasto, tam spokojnie
wszystko omówią.

Odpowiedziałem, że niech mnie nie ciągnie, bo obawiając się zasadzki gestapo przy widzeniu się z nim, przyszedłem z obstawą i powiedziałem mu o wydanym rozkazie strzelania do nas jako całości. Podziałało natychmiast; „Lasso” zły puścił mnie i chodząc, zaczęliśmy rozmawiać o Szwedzie, który przyłączył się teraz do nas, a przedtem stał na uboczu z „Ryżym”. Szwed „błaga” wprost, bym go przyjął do organizacji. Odpowiadam, że jeszcze nie mam odpowiedzi na raport „Lasso”, lecz spodziewam się, że będę miał ją w najbliższych dniach i wówczas powiadomię (Rybicki 2003, s. 141).

W czasie rozmowy „Andrzej” wpadł na pomysł spotkania z
nimi raz jeszcze w pełnym gronie. Nie po to, żeby rozmawiać, ale złapać ich,
przesłuchać – i zabić. Zaproponował, że kiedy uzyska odpowiedź od góry, odezwie
się i ustalą szczegóły. „Lasso” podał mu numer telefonu do swojej matki i rozeszli
się. Rybicki od razu ruszył do „Montera”. Teraz nie mógł odpuścić, musiał
uzyskać zgodę na likwidację. Tabęcki z całą swoją wiedzą i podejrzanymi
kontaktami stał się zagrożeniem. Chruściel też to zrozumiał. Bez sądu – jako
komendant okręgu miał taką możliwość – wydał na „Lasso” wyrok śmierci.

„Andrzej” błyskawicznie zaczął szykować akcję. Plan
był prosty. Mieli zwabić Tabęckiego, Szweda i „Ryżego” na Żoliborz, w rejon pl.
Wilsona, do jednej z willi. Tam chcieli ich obezwładnić i przed wykonaniem
wyroku przesłuchać, aby dowiedzieć się, co stało za całą sprawą. Czy chodziło
jedynie o działalność bandycką, czy może o coś poważniejszego – współpracę z
Niemcami.

Nadszedł dzień akcji, 15 kwietnia 1944 r. Piękna
słoneczna pogoda, ciepło. Wszystko miało się zacząć o 17. Ludzie poinstruowani,
każdy znał swoje zadanie. Rybicki na miejsce przyjechał dwie godziny wcześniej.
Chciał sprawdzić, czy wszystko jest gotowe. Okazało się, że pojawił się poważny
problem. Jedna z grup biorących udział w akcji miała opanować dom należący do
volksdeutschów. To w nim zamierzano wykonać wyrok. Pech chciał, że odbywało się
tam przyjęcie. Wybrali więc inny lokal – szkołę. „Andrzej”, wściekły, nakazał
opuszczenie budynku. Nie chciał narażać Polaków na represje. Zamiast tego
wybrał rejon ulic Dziennikarskiej i Sułkowskiego. Mało uczęszczany, odsunięty
od pl. Wilsona, gwarantujący odrobinę spokoju.

Teraz już tylko sprawność wykonawców decydowała o wyniku
sprawy. O 17 Rybicki spotkał się na przystanku z Tabęckim, Szwedem, „Ryżym” i
Leonem Millerem. Ostatniego miało nie być, ale skoro już się pojawił, to nie
mógł wyjść z tego cało. Ruszyli. Krok za krokiem zbliżali się na miejsce. Zeszli
z pl. Wilsona. Byli już coraz bliżej. „Andrzej” niósł pod pachą gazetę. Sygnał
dla reszty, żeby do niego nie strzelali. W końcu mało który z szeregowych
żołnierzy AK wiedział, jak wygląda jego dowódca. Jeszcze kilka kroków. Naprzeciwko
Rybickiego szło dwóch mężczyzn. Jeden z nich, Stanisław Sosabowski, napisze po
latach:

Pierwsza para Andrzej razem z młodym blondynem, znałem go jako Lasso. Tuż za nimi trzech innych ludzi. Wysoki brunet bez kapelusza szedł tuż za Lassem. Z odległości jakichś 30 metrów Lasso i Andrzej poznali mnie, zaczęli machać do mnie przyjaźnie, witając się. Trójka idąca z tyłu nie wykazywała specjalnego zaniepokojenia. […] Było ciepło, byłem tylko w koszuli. Lekka wiatrówka była przerzucona przez moje prawe przedramię. Antek miał ręce z tyłu za sobą. To jego ulubiona pozycja. Na dwa metry przed Lassem strzepnąłem trochę wiatrówką, odsłaniając lufę pistoletu, i strzeliłem wprost w okolice serca (Sosabowski 8.08.1974, s. 2–3).

Pierwszy padł Tabęcki, po nim „Ryży” i Miller. Tylko
Szwed zerwał się do ucieczki. Ostrzeliwał się z dwóch rewolwerów. Huk strzałów
wypełnił ulicę. Prawie dobiegł do rogu. „Andrzej” krzyczał, żeby go zabili. Nie
mógł im uciec. W końcu i jego dosięgnęły kule jednego z wykonawców. Zapadła
cisza. W ciągu kilku minut ciała wrzucono na ciężarówkę, którą wywieziono je za
miasto. Gdzieś na polanie, w jakimś lesie, wszystkie cztery wrzucono do
nieoznakowanego dołu.

Pytania

Zanim jednak pochowano zabitych, podczas obdukcji
lekarskiej rana głowy Tabęckiego okazała się mistyfikacją. Nie były nią za to
znalezione przy nim pozwolenie na broń i papiery baltendeutscha (albo
volksdeutscha, tutaj pojawiają się różne wersje). Tomasz Strzembosz podawał
nawet, że według jednego z raportów wywiadu istniało zdjęcie, na którym „Lasso”
znajdował się w towarzystwie kilku niemieckich oficerów. Wydawałoby się więc,
że rzecz jest oczywista – zdrada. Z takimi dowodami trudno bowiem dyskutować. Dlaczego
jednak nikogo nie wydał? Nawet po jego śmierci w Kedywie OW nie doszło do
żadnego aresztowania. A przecież ze swoimi znajomościami i dojściami mógł
„Lasso” wydać Niemcom całe kierownictwo Kedywu OW, a może nawet i samego
„Montera”. Istnieje też możliwość, że chcąc być stale przydatnym dla Niemców,
nie powiedział im wszystkiego, co wiedział. Być może liczył na to, że jeśli sam
przyprowadzi szefa warszawskiej dywersji, nagroda będzie o wiele większa, niż
gdyby „tylko” podał adresy jego lokali.

Także w kilkustronicowym akcie oskarżenia „Lassa”,
sporządzonym już po jego śmierci, sprawa współpracy z Niemcami została
podsumowana informacją, że ten wątek rozpracowuje kontrwywiad (Kedyw 2009, s. 200).
W piśmie tym Tabęckiego oskarżano o: tchórzostwo i samowolne opuszczenie
miejsca akcji w dniu 26 sierpnia; wyjawienie „Ryżemu” i Szwedowi, że są na nich
wydane wyroki śmierci, i wciągnięcie ich do pracy organizacyjnej; zobowiązanie
się do pełnienia funkcji konfidencjonalnych w Gestapo; przyprowadzenie na
spotkanie z „Andrzejem” obcych, tj. „Ryżego” i Szweda; cały szereg kłamstw,
które miały stworzyć mu odpowiednią legendę w konspiracji.

Dwa z tych trzech oskarżeń, tj. o zobowiązanie się do
współpracy z Niemcami oraz tchórzostwo podczas akcji na Czackiego, wydają się
niepotwierdzone. Brakuje twardych dowodów na jego związki z Gestapo. Z kolei
wątek ucieczki rankiem 26 sierpnia z ul. Czackiego już opisałem, pokazując, że
wobec większości uczestników tamtej akcji można by użyć podobnego zarzutu.

O wiele bardziej obciążająca oprócz pozwolenia na broń
i sfingowanego aresztowania wydaje się sprawa uwalniania „Chuchry”. Jak
pamiętamy, otrzymał na to od „Montera” 100 tys. zł. Lewińskiego nie uratował,
ale pieniędzy też nie zwrócił. Tutaj na scenie pojawia się małżeństwo Maria i
Wincenty Kułakowscy, znani z tego, że za pieniądze obiecywali pomoc w uwolnieniu
z rąk Niemców różnych osób. Tabęcki również skorzystał z ich usług. Ponieważ od
niego już nie można było się niczego dowiedzieć, należało przesłuchać
Kułakowskich. W niedzielę 6 maja 1944 r. do ich mieszkania przy ul. Śniadeckich
wpadł oddział dowodzony przez Stanisława Sosabowskiego (Sosabowski 5.12.1974, s.
1–3). Opanowali lokal, do którego po chwili przyszedł oficer kontrwywiadu AK
Wincenty Kwieciński „Lotny”. Sosabowski, który pozostawił relację z tej akcji,
nie był obecny przy samym przesłuchaniu małżonków, przez co nie wiemy, co powiedzieli.
Po wszystkim oboje zostali zastrzeleni.

Po latach Rybicki, spisując swoje wspomnienia,
zanotował, że Kułakowska zeznała, iż od „Lassa” otrzymała 25 tys. zł. Co się
stało z resztą, nie wiadomo. Może Tabęcki rzeczywiście próbował wykupić
„Chuchrę”, a może większość pieniędzy zachował dla siebie. Możemy jedynie zgadywać.

Są w tej sytuacji dwie prawdopodobne wersje wydarzeń.
Pierwsza dotyczy działalności bandyckiej, w którą „Lasso” wciągnęli „Ryży” i
Szwed. Być może postanowili we trzech prowadzić trudną do rozszyfrowania
dzisiaj grę z AK i Niemcami. Nie wiemy, kiedy Tabęcki poznał Szweda. Znajomość
z „Ryżym” rozpoczęła się najpewniej podczas akcji pod murami getta. Być może
zachęcony możliwością łatwego zarobku, dał się namówić na współudział w
przestępczej działalności „Ryżego” i „Arpada”? Tylko dlaczego jego udział był
tak niewielki? W raportach komisji badającej sprawę jego pseudonim przewija się
sporadycznie.

Druga możliwość jest związana z działalnością Mariana
Szweda. Światło na nią rzuca Jan Grabowski, opisując działalność Sonderstreife
SS-Hauptsturmführera Georga Richtera, w ramach którego działał Szwed (Grabowski
2020, s. 307 i n.). Młodzi, entuzjastycznie podchodzący do swojej pracy dla
Niemców, polscy funkcjonariusze Kripo zajmowali się m.in. wykonywaniem wyroków
na Polakach oraz napadami rabunkowymi na wybrane osoby. Sam Szwed był
zamieszany w aresztowanie Adolfa Bermana, który zabrany na komisariat, wykupił
się kwotą 200 tys. zł (Libionka 2018, s. 155).

Według raportów wywiadu AK ludzie Richtera skupiali
się jednak przede wszystkim na wynajdywaniu dróg dotarcia do podziemia. Być
może więc Szwed, wykorzystując Tabęckiego, próbował dotrzeć jak najgłębiej do struktur
konspiracyjnych. Zastanawia jedynie, dlaczego nie wykorzystał okazji, gdy
spotkał się z Rybickim. I to aż dwukrotnie przed 15 kwietnia. Czy chodziło mu o
kogoś wyżej postawionego? Nie wiadomo. Nie jest również jasne, czy „Lasso” dał
się wciągnąć w tę historię świadomie. Być może mu za to zapłacono. Szwed, jak
widzieliśmy, dysponował dużymi pieniędzmi. „Ryży” po tym jak zakończył bandycką
działalność w duecie z „Arpadem”, mógł zostać zwerbowany przez Szweda, a ten z
kolei polecił mu wciągnąć „Lasso” do pracy. Wszystko to jednak są wyłącznie
gdybania.

Wątpliwości w sprawie Tabęckiego nie pozbył się sam
Rybicki. Jeszcze w latach siedemdziesiątych ukrywał przed jego matką
okoliczności śmierci syna, a nazwisko przed historykami. Skazani oni byli wtedy
na pisanie o Tabęckim N.N. – nazwisko nieznane. Dzisiaj, choć nazwisko już
znamy, ciągle wielu rzeczy nie wiemy.

Historia Jerzego Mieczysława Tabęckiego „Lassa”,
„Cerbera”, mimo niezwykle sensacyjnego jej przebiegu, a także tego, jakie
postaci były w nią zamieszane, do dzisiaj nie doczekała się poważniejszego
zainteresowania ze strony historyków. Tymczasem już nawet w tym niepełnym jej
zarysie, bogatym w dziury i pytania bez odpowiedzi, sprawia wrażenie idealnego
przyczynku do dyskusji nad tym, jak łatwo w podziemiu przejść od bohatera do
bandyty czy wręcz zdrajcy. Szczególnie w oddziałach bojowych. Stanisław Aronson
„Rysiek”, jeden z ostatnich żyjących żołnierzy Kedywu OW, opowiada, jak od
swoich dowódców słyszeli w oddziale, że to, co robią, czyli m.in. akcje bojowe,
ale też wykonywanie wyroków, od bandytyzmu dzieli cienka linia. Z kolei Tadeusz
Wiwatowski, jeden z najbliższych współpracowników Józefa R. Rybickiego,
rozumiejąc, jak łatwo w dywersji przekroczyć granicę, jak łatwo dywersja może
„wykoleić człowieka”, ratunku dla siebie szukał w powrocie do przedwojennych
zajęć, czyli w jego przypadku w pracy naukowej.

Czy Tabęcki przekroczył tę granicę? Tutaj nie ma
wątpliwości. Ale ciągle nie wiemy, jak daleko za nią się znalazł ani jak dokładnie
wyglądał ten proces. Trwał on niecały rok. 22 kwietnia 1943 r. pod murami getta
uratował życie Lewińskiemu i Lewandowskiemu. 15 kwietnia 1944 r. na warszawskim
Żoliborzu zginął z wyroku wydanego przez przyjaciela swojego ojca. Z bohatera
podziemia stał się dla niego zagrożeniem.

Być może istnieją źródła dokładniej opisujące losy
„Lassa” – kolejne relacje ludzi, którzy go znali, raport Kwiecińskiego z
przesłuchania Kułakowskich, materiały warszawskiego Gestapo. Być może jest
gdzieś jego zdjęcie. Ponieważ mam nadzieję, że to wszystko jednak istnieje,
czekając tylko na odkrycie i ułożenie w jeden spójny obraz, chciałbym, aby ten
tekst stanowił wstęp do wyjaśnienia tej historii.

Za pomoc w napisaniu artykułu, uwagi i korekty pragnę
podziękować prof. Dariuszowi Libionce.


Bibliografia:

Źródła archiwalne

Lewandowski
Z., 8.09.1974; AAN, ATS, sygn. 78, notatka Z. Lewandowskiego.

Lewandowski
Z., 9.09.1974; AAN, ATS, sygn. 78, notatka Z. Lewandowskiego.

Rybicki
J.R., Kummant L., Witkowski H., 05.1973; sygn. 409, relacja zbiorowa spisana
przez T. Strzembosza.

Rybicki
J.R., 22.05.1979; AAN, ATS, sygn. 45, relacja J.R. Rybickiego spisana przez T.
Strzembosza.

Sosabowski
S., 8.08.1974; GR BUW, AJR, nr inw. 5300, list S. Sosabowskiego do J.R.
Rybickiego.

Sosabowski
S., 5.12.1974; GR BUW, AJR, nr inw. 5300, list S. Sosabowskiego do J.R.
Rybickiego.

Sosabowski
S., 11.12.1974; GR BUW, AJR, nr inw. 5300, list S. Sosabowskiego do J.R.
Rybickiego.

Opracowania

Grabowski
J. (2020), Na posterunku. Udział polskiej
policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów
, Wołowiec.

Kedyw
Okręgu Warszawa Armii Krajowej. Dokumenty – rok 1943
(2006), oprac. H. Rybicka, Warszawa.

Kedyw Okręgu Warszawskiego
Armii Krajowej. Dokumenty – rok 1944
, (2009), oprac. H.
Rybicka, Warszawa.

Lewandowski
Z. (1985), Wierni przysiędze [w:] H. Nakielski, Biret i rogatywka,
Warszawa.

Libionka
D. (2018), Polska Podziemna wobec
szantażystów i szmalcowników w Warszawie. Korekta obrazu
, „Zagłada Żydów.
Studia i materiały”, nr 14.

Obwodowe
oddziały dywersji bojowej Okręgu AK Warszawa. Dokumenty warszawskiego Kedywu z
lat 1943
1945, (2010), oprac. H. Rybicka, Warszawa.

Oddział
Dyspozycyjny „A” warszawskiego Kedywu. Dokumenty z lat 1943
1944
(2007), oprac. H. Rybicka,
Warszawa.

Rybicki
J.R. (2003), Notatki szefa warszawskiego
Kedywu
, Warszawa.

Strzembosz
T. (1983), Oddziały szturmowe
konspiracyjnej Warszawy
, Warszawa.

Valcini
A. (1973), Golgota Warszawy 1939–1945.
Wspomnienia
, ttłum. S. Widłak, Kraków.

Witkowski
H. (1984), „Kedyw” Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej w latach 19431944,
Warszawa.


Korekta językowa: Beata Bińko