Rozmowa z historykiem

„Solidarność” między rewolucją a dialogiem. Rozmowa z prof. Andrzejem Friszke

Kryzys gospodarczy z drugiej połowy lat siedemdziesiątych mocno dotknął polską gospodarkę. Życie na kredyt zainicjowane przeze ekipę Edwarda Gierka zakończyło się ogromnym zadłużeniem, rosnącą inflacją i największym od czasów II wojny światowej spadkiem dochodu narodowego. Polacy zaczęli odczuwać braki na rynku towarów pierwszej potrzeby.

Duże znaczenie dla nastrojów polskiego społeczeństwa końca lat siedemdziesiątych miał wybór kardynała Karola Wojtyły na papieża. Postawienie Polaka na czele Kościoła katolickiego było dla rządzących Polską komunistów trudnym orzechem do zgryzienia, społeczeństwu zaś dodało odwagi i zmieniło jego świadomość.

Strajki w Lublinie w lipcu, a następnie na Wybrzeżu w sierpniu 1980 r. doprowadziły do powstania Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. 14 sierpnia 1980 r. zastrajkowała Stocznia Gdańska. Protest zorganizowali działacze Wolnych Związków Zawodowych w odpowiedzi na zwolnienie z pracy Anny Walentynowicz. Ponadto domagali się budowy pomnika upamiętniającego ofiary z grudnia 1970 r. oraz podwyżek płac. W następnych dniach do strajku przyłączyły się kolejne zakłady pracy. Wspólnie utworzyły Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, który do 18 sierpnia reprezentował 156 ośrodków pracy. Wśród 21 postulatów sformułowanych przez strajkujących jako pierwszy wysunięto utworzenie wolnych związków zawodowych.

W następstwie porozumienia podpisanego 31 sierpnia 1980 r. w każdym zakładzie pracy w Polsce mógł powstać związek zawodowy niezależny od partii i rządzący się samodzielnie. W całym kraju przystąpiono do organizowania związku. „Solidarność” była rewolucją społeczną, która zakwestionowała dotychczasowy model funkcjonowania państwa.

17 września 1980 r. w Gdańsku odbył się I Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność”. W jego trakcie uchwalono program, który nazwano „Samorządną Rzeczpospolitą”. Na przewodniczącego związku wybrano Lecha Wałęsę. Władze komunistyczne nie spodziewały się, że zamiast wielu drobnych związków zawodowych powstanie jeden, który w krótkim okresie będzie zrzeszał 9 mln pracujących.

Władze utrudniały rejestrację „Solidarności”. Domagały się, aby w statucie związku znalazł się zapis o kierowniczej roli PZPR. Ostatecznie wspomniano o tym, ale w aneksie. Był to kompromis, który wreszcie umożliwił 10 listopada 1980 r. zarejestrowanie NSZZ „Solidarność” przez Sąd Najwyższy PRL.

Zapraszamy na rozmowę z profesorem Andrzejem Friszke, historykiem z Polskiej Akademii Nauk, badaczem dziejów „Solidarności”.

Czasy „Solidarności” i Stanu Wojennego. Rozmowa z Panem Wojciechem Samolińskim

Strajki na Wybrzeżu w lecie 1980 r. były wydarzeniem przełomowym. Doprowadziły do powstania Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Rozmówca patrzył sceptycznie na ówczesne wystąpienia robotników. Nie myślał o nich w kategoriach doniosłego wydarzenia historycznego. Podobnie jak milionom ludzi niepodległość wydawała się mu wtedy marzeniem bardzo odległym.

Powstanie „Solidarności” otworzyło nowy etap funkcjonowania opozycji. Zaangażowały się w nią miliony Polaków. Zdobyte przez opozycję doświadczenie pomogło rodzącej się „Solidarności”. Działacze KOR, ROPCiO czy WZZ, zaangażowali się w tworzenie związku i odegrali w nim dużą rolę. Weszli w jego struktury jako doradcy albo rzecznicy prasowi. Wojciech Smoliński w 1981 r. został rzecznikiem prasowym Zarządu Regionu Środkowo-Wschodniego NSZZ „Solidarność”.  

Karnawał „Solidarności” zakończył się wraz z wprowadzeniem stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. Czołowych działaczy związku internowano w ośrodkach odosobnienia, a „Solidarność” zdelegalizowano. Działalność opozycyjna zeszła do podziemia. Wojciech Samoliński, podobnie jak kilka tysięcy innych osób, znalazł się w odosobnieniu. Opuścił miejsce internowania dopiero w grudniu 1982 r. Część opozycjonistów wyemigrowała z Polski. Władza przy pomocy Służby Bezpieczeństwa pozbywała się z kraju najbardziej niepokornych, nakłaniając ich do wyjazdu.

Stan wojenny zdławił entuzjazm społeczny. Rozmówca już wtedy  miał poczucie słabości „Solidarności” końca lat osiemdziesiątych. W środowisku opozycji coraz wyraźniej ujawniały się różnice i ścierały poglądy. Niektóre środowiska mocniej akcentowały postulaty dotyczące obalenia systemu i odzyskania przez Polskę niepodległości.  

Rozmowy Okrągłego Stołu i wybory czerwcowe 1989 r. przyniosły Polsce niepodległość. Wojciech Samoliński znowu nie przypuszczał, że rok 1989 tak diametralnie odwróci bieg historii. Nie podzielał przekonań części opozycji, że system można zmienić tylko poprzez negocjacje z władzami.

Zapraszamy do wysłuchania kolejnej części rozmowy z Wojciechem Samolińskim, opozycjonistą, redaktorem i drukarzem „Spotkań”, który opowiada o atmosferze lat osiemdziesiątych, ówczesnych nastrojach w szeregach opozycji, własnych obawach, zwykłej ludzkiej życzliwości i solidarności.

Komitet Obrony Robotników i inne organizacje opozycyjne. Rozmowa z Panem Wojciechem Samolińskim

Komitet Obrony Robotników zapoczątkował oficjalną działalność jesienią 1976 r. Docierał z pomocą finansową, medyczną i prawną do represjonowanych przez władze PRL robotników z Ursusa, Radomia i Płocka. Gromadził również informacje na ten temat. Ludzie, którzy go stworzyli, należeli do różnych pokoleń i środowisk. Niektórzy, jak Antoni Pajdak czy Aniela Steinsbergowa, uczestniczyli w życiu politycznym II RP. Młodsze pokolenie, w tym Adam Michnik i Jacek Kuroń, angażowało się w wystąpienia z marca 1968 r. Obok socjalistów, piłsudczyków, byłych żołnierzy Armii Krajowej, a nawet dawnych komunistów w KOR zaangażowali się księża katoliccy (ks. Jan Zieja).

KOR działał jawnie. Wydawał własne pismo – „Komunikat” (od września 1976 do listopada 1980 r.). Publikowano w nim listy członków KOR, z imienia i nazwiska, wraz z adresami i numerami telefonów. W ten sposób wiadomo było, gdzie i u kogo szukać pomocy. Później ukazywały się pod auspicjami KOR także inne niezależne wydawnictwa. Drukowali je, podobnie jak „Komunikat”, studenci KUL (jednym z nich był Janusz Krupski), początkowo na powielaczu spirytusowym.

Potem przyszły kolejne inicjatywy, m.in. Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, drugie największe po KOR środowisko opozycyjne. A we wrześniu 1979 r. powołano Konfederację Polski Niepodległej – niezależną partię polityczną W drugiej połowie lat siedemdziesiątych opozycja stała się nieodłącznym elementem pejzażu politycznego PRL. Wraz z nią pojawił się niezależny ruch wydawniczy, który przełamywał monopol informacyjny władzy komunistycznej. Ważną rolę w tym odegrał Lublin. Studenci związani z KUL założyli pismo „Spotkania”, wydawane od jesieni 1977 r., które służyło wymianie poglądów między grupami opozycyjnymi.

Inicjatywy i działania opozycyjne kształtowały się głównie w środowiskach inteligenckich. Pod ich wpływem zaczęły się organizować również środowiska robotnicze. W 1978 r. w Katowicach i Gdańsku utworzono niezależne od władzy Wolne Związki Zawodowe. Jednym z ich liderów na Wybrzeżu był Bogdan Borusewicz, były student KUL.

Nasz rozmówca, Wojciech Samoliński, współpracownik KOR i ROPCiO, redaktor i drukarz kwartalnika „Spotkania”, przybliża meandry codziennego funkcjonowania opozycji demokratycznej, w tym jej niezależnej działalności wydawniczej.

Początki opozycji demokratycznej w Polsce w latach siedemdziesiątych

Krystalizowanie się środowisk opozycyjnych przypadło na połowę lat siedemdziesiątych. Ważnym elementem tego procesu były protesty przeciwko zmianom w Konstytucji PRL. Ekipa Edwarda Gierka zamierzała wprowadzić do konstytucji zapis o kierowniczej roli PZPR, przyjaźni z ZSRR, a także uzależnić prawa obywateli od wypełniania przez nich obowiązków wobec ojczyzny. Te działania wywołały głosy sprzeciwu środowisk niezależnych i opozycyjnych, z których najbardziej znany był List 59. Mimo to Sejm PRL 10 lutego 1976 r. uchwalił nowelizację konstytucji.

Kolejnym kamieniem milowym w procesie kształtowania się opozycji demokratycznej stały się wystąpienia robotników w czerwcu 1976 r. w Radomiu, Ursusie i Płocku. Sytuacja gospodarcza Polski w drugiej połowie lat siedemdziesiątych wciąż się pogarszała. W czerwcu 1976 r. władze PRL wprowadziły znaczące podwyżki cen na podstawowe artykuły. Uruchomiło to demonstracje robotników w trzech wymienionych miastach. Pod ich wpływem władze wycofały się z podwyżek, ale uczestnicy protestów zostali poddani represjom ze strony Służby Bezpieczeństwa. W celu niesienia pomocy materialnej prześladowanym i ich obrony przed sądami 23 września 1976 r. z inicjatywy lewicowych środowisk opozycyjnych powołano Komitet Obrony Robotników. Była to pierwsza jawnie działająca struktura opozycyjna.

Otwarte wystąpienia przeciwko władzy komunistycznej narażały na represje, choć nie tak drastyczne jak w okresie stalinizmu. Takie zaangażowanie groziło brakiem wydania paszportu, nękaniem rodzin opozycjonistów, zapowiedzią zwolnienia bądź zwolnieniem z pracy. Opozycjoniści mieli problemy ze znalezieniem zatrudnienia odpowiadającego ich kwalifikacjom, byli narażeni na rewizje, zatrzymania, inwigilowanie przez SB. Edward Gierek bardzo dbał o swój wizerunek na Zachodzie, dlatego tolerował istnienie w Polsce opozycji demokratycznej, zamiast rozprawić się z nią brutalnie.

Zapraszamy na rozmowę o początkach opozycji w Polsce z byłym opozycjonistą związanym z Lublinem – Wojciechem Samolińskim, który jako student KUL pomagał robotnikom z Radomia represjonowanym przez władze PRL. To relacja świadka historii i uczestnika wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat.

Stosunek Polaków do Zagłady

Antysemityzm w Polsce nasilił się wraz z radykalizacją życia politycznego w drugiej połowie lat trzydziestych. Dochodziło do zajść antyżydowskich na uniwersytetach: napadano na studentów żydowskich, prześladowania przyjmowały postać tzw. getta ławkowego, w końcu szkoły wyższe zaczęły ograniczać liczbę Żydów przyjmowanych na studia. Wybuch II wojny światowej dodatkowo wzmocnił nastroje antyżydowskie. Do rozdźwięku między Polakami i Żydami przyczynił się pogląd o ich kolaboracji z władzą sowiecką. Stereotyp „żydokomuny”, rozpowszechniony w polskim społeczeństwie przed wojną, podsycała jeszcze niemiecka propaganda, co także przełożyło się na postrzeganie Żydów. W rzeczywistości komunizm nigdy nie cieszył się wśród Żydów dużą popularnością.

Wachlarz postaw Polaków, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych, w stosunku do Żydów był szeroki. Nasz rozmówca przekonuje, że pomoc Żydom nie była, jak nam się czasami wydaje, zjawiskiem powszechnym. Dominowała obojętność. Trudno było się zdobyć na odwagę i ukrywać Żydów, gdy groziły za to poważne konsekwencje, z karą śmierci włącznie. Pomagających Polaków często wydawali inni Polacy, sąsiedzi. Donosicielstwo kwitło. Ci, którzy pomagali, wywodzili się z różnych warstw społecznych. Ponad 7 tys. Polaków odznaczono medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Jeszcze do początku lat dwutysięcznych polskiemu społeczeństwu, w tym historykom, nie były bliżej znane wydarzenia z lata 1941 r., dotyczące pogromu w Jedwabnem. Żydowskich mieszkańców miasteczka położonego niedaleko Łomży zamordowali ich polscy sąsiedzi. Historycy spierają się i zapewne będą się dalej spierać o rolę, jaką w tej zbrodni odegrali Niemcy – niektórzy mówią o inspiracji, inni o przymusie. W pogromach dokonanych w Jedwabnem i kilkudziesięciu innych miejscowościach na Białostocczyźnie zginęło kilka tysięcy Żydów.

W pomaganie Żydom zaangażowały się struktury Polskiego Państwa Podziemnego (PPP). W grudniu 1942 r. w Delegaturze Rządu na Kraj utworzono organizację społeczną – Radę Pomocy Żydom „Żegota”. Była ona finansowana z budżetu PPP i funduszy zagranicznych organizacji żydowskich. Działaniem objęła głównie większe miasta, takie jak Warszawa, Lwów czy Kraków. W jej skład wchodzili zarówno Żydzi, jak i Polacy. Prezentowali całą paletę poglądów politycznych. Działalność członków Rady polegała m.in. na wyszukiwaniu kryjówek dla Żydów po aryjskiej stronie. Znajdowano je i w miastach, i we wsiach. Następnie przygotowywano fałszywe dokumenty niezbędne do przetrwania poza gettem. Ponadto wspierali ukrywających się finansowo. Na łamach prasy konspiracyjnej członkowie „Żegoty” piętnowali szmalcowników, którzy szantażowali Żydów wydaniem ich Niemcom, jeśli nie zapłacą okupu. Wśród pomagających byli także księża i duchowieństwo zakonne. W klasztorach ukrywano żydowskie dzieci. Jednak z braku dokumentów niewiele wiemy o stosunku hierarchii Kościoła rzymskokatolickiego do kwestii pomagania Żydom i do Zagłady.

O postawach Polaków wobec Zagłady Żydów w czasie II wojny światowej opowiada dr hab. Dariusz Libionka (prof. PAN).

Zagłada Żydów na ziemiach polskich cz. 2

Druga faza Holokaustu rozpoczęła się wraz z atakiem III Rzeszy na ZSRR 22 czerwca 1941 r. Działające na zapleczu frontu Einsatzgruppen na nieznaną wcześniej skalę przystąpiły do mordowania Żydów w egzekucjach. Na ich czele nie stali kryminaliści, ale ludzie, którzy czasami mogli się pochwalić stopniami naukowymi. Na kolejnych obszarach zajmowanych przez Wehrmacht znęcano się nad Żydami, poniżano ich, bito, a później rozstrzeliwano. Mordowano wszystkich bez względu na wiek czy płeć. Oszczędzano jedynie zdolnych do pracy – ich kierowano do obozów. Eksterminacja polskich Żydów zaczęła się w Wilnie, a rozstrzeliwań dokonywano w nieodległych Ponarach. W ciągu zaledwie kilku miesięcy uśmiercono 2/3 żydowskich mieszkańców Wilna.

Oprócz masowych egzekucji latem 1941 r. dochodziło do lokalnych pogromów, niekiedy inspirowanych przez Niemców. Rozgraniczenie tego, co było inspiracją, a co nie, nie zawsze jest łatwe. Ludność Polski, Litwy, Estonii, Łotwy czy Ukrainy stosowała na swoich żydowskich sąsiadach zbiorowy odwet za krzywdy doznane od przedstawicieli mniejszości żydowskiej w czasie okupacji sowieckiej. W przypadku Polski do najbardziej brutalnych pogromów doszło w lipcu 1941 r. w Jedwabnem i Radziłowie. Wybuchły one także w kilkudziesięciu innych miejscowościach na Białostocczyźnie.

Eksterminacja Żydów w Generalnym Gubernatorstwie, którego obszar w sierpniu 1941 r. rozszerzył się o nowy dystrykt Galicja, przebiegała inaczej niż na wschodzie. Zaczęła się ona w Lublinie wczesną wiosną 1942 r. Z 16 na 17 marca 1942 r. zaczęto wysiedlać żydowskich mieszkańców tego miasta. Ofiary nie wiedziały, jaki los je czeka. Wagonami kolejowymi wywożono ich do obozu zagłady w Bełżcu. W Lublinie znajdowała się centrala, która koordynowała akcję eksterminacyjną. Ten scenariusz powtarzał się potem w innych miejscach. W ten sposób w ciągu niespełna roku wymordowano 1,5 mln Żydów, a łącznie w okresie niemieckiej okupacji zginęło około 3 mln polskich Żydów.

Najmniej znana jest trzecia faza eksterminacji, gdy naziści i ich pomocnicy wyłapywali Żydów, którzy uniknęli wywózki do obozów zagłady. Zaczęła się, zanim zakończyła się faza druga. Strategie stosowane wtedy przez Żydów były wszędzie podobne. Ukrywano się na terenie gett, wyjeżdżano na tereny jeszcze nieobjęte akcją wysiedleńczą, wynajdywano kryjówki po aryjskiej stronie, w lasach lub w okolicznych wsiach. Historycy szacują, że na okupowanych terenach Polski przeżyło od 30 tys. do 100 tys. Żydów, ale ta górna liczba wydaje się zdecydowanie zawyżona. Jak podkreśla nasz rozmówca, trudno było Żydom ukrywać się w okupowanej Polsce i wcale nie było łatwo im pomagać.

Zapraszamy na rozmowę z dr. hab. Dariuszem Libionką (prof. PAN), w której omawia on drugą fazę Holokaustu, kiedy to w masowych egzekucjach i komorach gazowych zamordowano większość Żydów.

Zagłada Żydów na ziemiach polskich cz.1. Rozmowa z dr hab. Dariuszem Libionką

Historycy Zagłady w dwojaki sposób odpowiadają na pytanie o plany nazistów wobec Żydów europejskich przed wybuchem II wojny światowej. Pierwsza szkoła uważa, że od momentu zdobycia władzy w 1933 r. Adolf Hitler dążył do eksterminacji Żydów. Druga podkreśla, że plany Hitlera się zmieniały i w decydujący sposób wpłynęła na nie sytuacja wojenna.

Po przejęciu władzy w Niemczech naziści rozpoczęli działania represyjne wobec społeczności żydowskiej. Polegały one na wykluczeniu ich z niemieckiej wspólnoty narodowej, głównie za pomocą antyżydowskich regulacji prawnych. Żydów usuwano m.in. ze służby państwowej i szkolnictwa. Po wejściu w życie w 1935 r. tzw. ustaw norymberskich dyskryminacja przybrała na sile. Zdefiniowano wówczas kto jest Żydem, czyli osoba posiadająca trzech żydowskich dziadków. Zabroniono mieszanych małżeństw, służby w urzędach państwowych i wojsku. Zaczęto wypychać ich z kolejnych obszarów życia, a ich mienie przejmowało państwo. Jeszcze brutalniejszą formę przybrała polityka nazistów wobec Żydów po przyłączeniu do Rzeszy w 1938 r. Austrii.

W wyniku agresji niemieckiej we wrześniu 1939 r. Niemcy zajęli niemal połowę przedwojennej Polski. Część tego obszaru włączono do Rzeszy, a z pozostałych utworzono Generalne Gubernatorstwo. Zakładano, że Żydzi zostaną z tych ziem usunięci. Okazało się to jednak niemożliwe. Dlatego zaczęto ich izolować od reszty polskiego społeczeństwa. Byli zmuszeni chociażby do noszenia opasek z gwiazdą Dawida. Proces eksterminacji Żydów na ziemiach polskich składał się z kilku faz. Pierwszą z nich była gettoizacja. Pierwsze getto powstało jesienią 1939 r. w Piotrkowie Trybunalskim, a największe na terenach wcielonych do Rzeszy łódzkie w lutym 1940 r.

Naziści zarządzali gettami poprzez rady żydowskie (Judenraty) – całkowicie od nich zależne. Wokół ich funkcjonowania narosło wiele mitów. Jednoznaczna ocena działań rad nie jest możliwa. Ich członkowie, niekiedy wybierani pod przymusem, musieli wykonywać polecenia władz okupacyjnych. Judenraty znajdowały się między młotem a kowadłem. Musiały się stosować do zarządzeń władz okupacyjnych, a jednocześnie próbowały pomagać społeczności żydowskiej zamkniętej w gettach. Oprócz Judenratów jesienią 1940 r. Niemcy powołali do życia policję żydowską (Żydowską Służbę Porządkową). Patrolowała ona ulice, pełniła wartę przy bramach wejściowych, zwalczała nielegalny handel, a także przeprowadzała łapanki do obozów pracy, natomiast w okresie likwidacji gett wyłapywała ukrywające się osoby. Mimo że policjantów nie wynagradzano, z pracą w policji żydowskiej wiązały się rozmaite przywileje.

Zapraszamy na rozmowę z profesorem Polskiej Akademii Nauk Dariuszem Libionką, historykiem stosunków polsko-żydowskich i Zagłady.

Partyzanci czy kolaboranci? Brygada Świętokrzyska NSZ ZJ. Rozmowa z prof. Rafałem Wnukiem

Brygadę Świętokrzyską sformowano 11 sierpnia 1944 r. na Kielecczyźnie. W jej skład weszły oddziały Narodowych Sił Zbrojnych – Związku Jaszczurczego (NSZ-ZJ), które nie zaakceptowały umowy scaleniowej z Armią Krajową i nie podporządkowały się strukturom Polskiego Państwa Podziemnego. Była najliczniejszą jednostką partyzancką NSZ. Pierwotnie liczyła około 850 partyzantów.

Już w czasie okupacji Brygada nie cieszyła się dobrą opinią wśród innych organizacji konspiracyjnych. Na kontaktach z AK cieniem kładło się nieakceptowanie umowy scaleniowej z marca 1944 r. Między obu organizacjami dochodziło do wielu nieporozumień i spięć. Dowództwo Brygady nie popierało walki AK z Niemcami w obliczu wkraczającej Armii Czerwonej. Przedstawiciele AK zarzucali Brygadzie kolaborację z Niemcami. Od działalności jednostki NSZ-ZJ odcinała się nawet część NSZ scalona z AK. Nie mniej krytyczni wobec Brygady byli ludowcy, gdyż jej partyzanci rozbrajali oddziały Batalionów Chłopskich i dokonywali rekwizycji w wioskach sprzyjających partyzantce chłopskiej. Kontakty NSZ-ZJ z Niemcami nazywali zdradą. Nacjonalistyczni partyzanci atakowali oddziały Armii Ludowej, partyzantki sowieckiej i zabijali ukrywających się Żydów.

W styczniu 1945 r., gdy ruszyła ofensywa Armii Czerwonej, Brygada na mocy uzgodnień zawartych z Niemcami wycofała się na ziemie czeskie. Wcześniej, w 1944 r., dochodziło do sporadycznych walk partyzantów NSZ z Niemcami. Przy Brygadzie był afiliowany oficer łącznikowy – funkcjonariusz Gestapo. Po wymarszu do Czech Niemcy dozbroili Brygadę, zaopatrywali ją w żywność i szkolili na poligonie Wehrmachtu. Dowództwo niemieckie planowało wykorzystać jej partyzantów do działań dywersyjnych na tyłach Armii Czerwonej. Przeszkolono kilka grup, które między lutym a kwietniem 1945 r. przerzucono za linię frontu. Trzy dni przed kapitulacją III Rzeszy, 5 maja 1945 r., członkowie Brygady Świętokrzyskiej wyzwolili kobiecy obóz pod Holiszowem. Po wojnie Amerykanie skierowali ich do służby wartowniczej. Powodem była niezgoda dowództwa Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie na uznanie ich za żołnierzy Wojska Polskiego i włączenie w szeregi II Korpusu gen. Władysława Andersa. W końcu lat osiemdziesiątych prezydent Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie Kazimierz Sabbat oświadczył, że członkowie Brygady dobrze służyli polskiej sprawie, nie nadał im jednak uprawnień kombatanckich.

Temat Brygady Świętokrzyskiej mocno dzieli nie tylko opinię publiczną, ale i środowisko historyków. Jej apologeci nazywają ją jedną z największych jednostek partyzanckich i nie traktują współpracy z Niemcami w kategoriach kolaboracji. W tym samym duchu wypowiadają się o niej wysocy urzędnicy państwowi odpowiedzialni za politykę historyczną, a związani z obozem Zjednoczonej Prawicy. O kontrowersjach związanych z Brygadą Świętokrzyską opowiada profesor Rafał Wnuk, historyk wojennej i powojennej konspiracji.


W obliczu wspólnie nienawidzonego wroga…” Rozmowa z dr Mariuszem Zajączkowskim

Wrogość między Polakami i Ukraińcami była wypadkową kilku czynników. Przed wojną przyczyniły się do niej walki o Lwów i Galicję Wschodnią z lat 1918–1919, a potem niespójna polityka narodowościowa II Rzeczypospolitej. W czasie II wojny światowej Polacy i Ukraińcy stanęli po różnych stronach barykady. Działali w imię własnych interesów narodowych, które niekoniecznie były zbieżne. Początkowo Ukraińcy upatrywali sojusznika w III Rzeszy. Zakładali, że pomoże im ona zbudować własne państwo, podczas gdy Polacy widzieli w nazistowskich Niemczech agresora i głównego wroga. Z kolei Sowieci dla Polaków z najeźdźców poprzez koalicjantów przeistoczyli się w „sojusznika naszych sojuszników”, natomiast dla Ukraińców przez całą wojnę pozostawali głównym zagrożeniem. Koniec wojny sprawił, że zarówno dla Polaków, jak i Ukraińców Sowieci stali się wspólnym wrogiem. Dopiero taka perspektywa otworzyła drogę do porozumienia. Wcześniejsze próby z okresu wojny kończyły się fiaskiem.

21 maja 1945 r. w przysiółku Żar koło Lublińca Nowego w powiecie lubaczowskim spotkały się delegacje polska i ukraińska. Z jednej strony stawili się przedstawiciele Inspektoratu Zamość Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj (DSZ), z drugiej członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Stepana Bandery (OUB-B) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). W konsekwencji spotkania zaniechano wystąpień zbrojnych wobec ludności cywilnej, rozgraniczono strefy wpływów, postulowano wspólną walkę przeciwko Sowietom i polskim komunistom, rozpoczęto współpracę propagandową, wywiadowczą i wojskową. Najbardziej spektakularnym efektem tej ostatniej był wspólny atak na Hrubieszów z 27 na 28 maja 1946 r., gdy rozbito instytucje władzy komunistycznej. Zawarte porozumienie przetrwało do akcji „Wisła”, czyli do wiosny 1947 r.

Mimo że spotkanie odbyło się na terenie powiatu lubaczowskiego, czyli w województwie rzeszowskim, porozumienie dotyczyło przede wszystkim południowo-wschodnich obszarów Lubelszczyzny. Jesienią 1945 r. podobną umowę zawarto w odniesieniu do Podlasia. Dlaczego Lubelszczyzna stała się areną tych wydarzeń? Działało tam silne podziemie poakowskie, podczas gdy na sąsiedniej Rzeszowszczyźnie dominowało podziemie narodowe, wrogo ustosunkowane do Ukraińców. Ponadto południowo-wschodnia Lubelszczyzna oprócz Wołynia i Galicji Wschodniej najbardziej doświadczyła krwawego konfliktu polsko-ukraińskiego.

Dlaczego porozumienia ograniczyły się jedynie do lokalnego wymiaru? Odpowiedź znajdziecie w prezentowanym wywiadzie. Zapraszamy na rozmowę z dr. Mariuszem Zajączkowskim, pracownikiem Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, znawcą stosunków polsko-ukraińskich z lat 1939–1947.


Narodowe Siły Zbrojne a Polskie Państwo Podziemne – Rozmowa z prof. Rafałem Wnukiem

Narodowa Organizacja Wojskowa, Narodowe Siły Zbrojne, Bataliony Chłopskie, Gwardia Ludowa, Armia Ludowa. Co łączyło te tak różniące się od siebie organizacje od Armii Krajowej, polskiego wojska w konspiracji? Otóż powstały one jako bojówki zbrojne partii politycznych. Niektóre z nich scaliły się z Armią Krajową, inne nie. Diametralnie różne wizje przyszłej Polski, odmienne cele polityczne były nie do pogodzenia nawet w ramach jednej wspólnej organizacji konspiracyjnej (NOW, NSZ).

Armia Krajowa i jej poprzednik, Związek Walki Zbrojnej, były tworami czysto wojskowymi, z założenia apolitycznymi, podporządkowanymi rządowi polskiemu na uchodźstwie. Przekształcenie w lutym 1942 r. „związku” w „armię” miało znaczenie nie tylko symboliczne. Podnosiło rangę Polskich Sił Zbrojnych w okupowanym kraju.

Narodowe Siły Zbrojne powstały jesienią 1942 r. z inicjatywy dowódców Narodowej Organizacji Wojskowej – militarnej przybudówki Stronnictwa Narodowego – sprzeciwiających się scaleniu z Armią Krajową i członków Związku Jaszczurczego – organizacji wojskowej utworzonej przez działaczy Obozu Narodowo-Radykalnego ABC.

Narodowe Siły Zbrojne dysponowały kilkakrotnie mniejszym potencjałem kadrowym niż Armia Krajowa i nie zbudowały struktur we wschodnich województwach II RP. W konsekwencji wyznawania idei „dwóch wrogów” (ZSRR, III Rzesza) Narodowe Siły Zbrojne występowały również przeciwko działaczom lewicowym i komunistycznym. Szacuje się, że z ich rąk zginęło kilkuset aktywistów. Przejawiali niechęć do osób pochodzenia żydowskiego. Antysemityzm oraz stereotypowe traktowanie ich jako „żydokomuny” prowadziło do zabójstw Żydów. Dowództwo Armii Krajowej podjęło z kierownictwem politycznym NSZ rozmowy scaleniowe wkrótce po powstaniu tej organizacji. Były one burzliwe i kilkakrotnie przerywane. Same zaś NSZ trawiły wewnętrzne bratobójcze walki o przywództwo. Wreszcie w marcu 1944 r. także Narodowe Siły Zbrojne podpisały umowę scaleniową z Armią Krajową, ale proces wcielania oddziałów NSZ do AK przebiegał z dużym oporami. Część Narodowych Sił Zbrojnych wywodząca się ze Związku Jaszczurczego ostatecznie znalazła się poza strukturami Polskiego Państwa Podziemnego. Tak zwane NSZ-ZJ były więc w sytuacji podobnej jak Armia Ludowa, zbrojne ramię Polskiej Partii Robotniczej.

Narodowe Siły Zbrojne już w czasie okupacji rozgrywały propagandowo kwestię walki niepodległościowej. Jakbyśmy powiedzieli współczesnym językiem, „grały na siebie”. Kreowały się na najsilniejszą i jedyną organizację reprezentującą polskie interesy, a przy tym próbowały dyskredytować Armię Krajową. Ich historia pokazuje, że wojsko plus partia polityczna tworzy mieszankę wybuchową.

Temat Narodowych Sił Zbrojnych jest jednym z bardziej zmitologizowanych zagadnień czasów II wojny światowej. Czy rozmówcy udało się go odczarować? Posłuchajcie sami.

Zapraszamy do obejrzenia i wysłuchania rozmowy z profesorem Rafałem Wnukiem, historykiem wojennej i powojennej konspiracji w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej.


Kościół katolicki w PRL cz.1. Rozmowa z prof. Andrzejem Friszke

Powojenna Polska stała się krajem jednolitym wyznaniowo. Około 90 proc. społeczeństwa przyznawało się do religii rzymskokatolickiej, podczas gdy w II Rzeczypospolitej odsetek ten wynosił 65 proc. Pod tym względem nasz kraj wyróżniał się wśród państw bloku sowieckiego. Istota Kościoła katolickiego, jego nauka pozostawała w sprzeczności z ideologią komunistyczną, dlatego musiało dojść do konfrontacji. Była to tylko kwestia czasu.

Po zniszczeniu legalnej opozycji (głównie Polskiego Stronnictwa Ludowego) i zdławieniu polskiego podziemia niepodległościowego Kościół katolicki został jedyną instytucją znajdującą się poza kontrolą PPR. Urósł wtedy do rangi wroga numer jeden dla władzy komunistycznej. Jak odnalazł się w owej rzeczywistości i jaką politykę prowadził? Hierarchowie Kościoła obawiali się zniszczenia instytucjonalnego i ateizacji społeczeństwa, tak jak tego dokonano w Związku Sowieckim. Dlatego prowadzili politykę ugodową. Oficjalnie nie popierali ani opozycji, ani podziemia, nie mieszali się w sprawy polityczne. W praktyce jednak część duchowieństwa angażowała się we wspieranie konspiracji i z ambony krytykowała terror uprawiany przez komunistów.

Komuniści neutralizowali Kościół katolicki małymi krokami. Otwierali kolejne pola konfliktów. Władze w 1945 r. zerwały konkordat, wprowadziły nowe cywilne przepisy prawa małżeńskiego (śluby cywilne i rozwody). Doprowadziły do wyłonienia się grupy księży przychylnych władzy, tzw. księży patriotów. Szacuje się, że ruch ten objął około 10 proc. kapłanów. Władze wyobrażały sobie, że kiedyś ci lojalni duchowni przejmą ważne stanowiska w hierarchii kościelnej. Dużym wyzwaniem było zaprowadzenie administracji kościelnej na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Władze żądały, aby prymas Stefan Wyszyński – z pominięciem papieża – zatwierdził na tym obszarze w charakterze stałych biskupów dotychczasowych administratorów apostolskich.

14 kwietnia 1950 r. władze podpisały z Kościołem katolickim w Polsce „porozumienie”. Co ono oznaczało? Jak mówi nasz rozmówca, profesor Andrzej Friszke, „Kościół zaakceptował PRL”. W zamian za to otrzymał swobodę prowadzenia własnej działalności. Zdawano sobie sprawę, że wiele zawartych tam gwarancji było deklaracjami bez pokrycia. Opóźniły ono jedynie nieco represje wobec Kościoła, a władza wykorzystała je propagandowo.

W 1953 r. władze państwowe posunęły się jeszcze dalej. Wydały dekret, w którym zażądały od duchowieństwa złożenia ślubowania na wierność PRL, a obsadzanie stanowisk kościelnych uzależniły od zgody władz państwowych. Odmowa ze strony prymasa Wyszyńskiego zakończyła się jego internowaniem, a Kościół katolicki znalazł się w sytuacji kryzysowej. Po uwięzieniu prymasa episkopat uległ presji władz i złożył ślubowanie. Dzięki temu państwo zyskało duży wpływ na politykę personalną polskiego Kościoła.

Zawiły i interesujący temat relacji między państwem a Kościołem katolickim przybliża profesor Andrzej Friszke z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, znakomity znawca historii Polski XX wieku.

 


Kościół katolicki w PRL cz. 2. Rozmowa z prof. Andrzejem Friszke

W wyniku odwilży politycznej 1956 r. w PRL odstąpiono od modelu państwa totalitarnego. Postępowanie władzy w stosunku do Kościoła katolickiego zmieniło się w tym sensie, że wraz z nastaniem rządów Władysława Gomułki odeszły w przeszłość praktyki epoki stalinowskiej (aresztowania i uwięzienia duchownych). Jednak konflikty pomiędzy obydwoma podmiotami wciąż były na porządku dziennym. Władza komunistyczna nie była zainteresowana odbudową wpływów Kościoła wśród polskiego społeczeństwa. Dążyła do ograniczania jego działalności i posługiwała się w tym celu policją polityczną. Przez następne lata trwała ostra rywalizacja między władzą komunistyczną a Kościołem katolickim o rząd dusz.

Działania zapoczątkowane w 1956 r. w związku z obchodami tysiąclecia chrztu Polski władza odbierała w charakterze konfrontacji i ofensywy Kościoła. W czasie swojego internowania prymas Stefan Wyszyński opracował program Wielkiej Nowenny, dziesięcioletni projekt duszpasterski, mający na celu pogłębienie wiary katolickiej w społeczeństwie. Zapoczątkowało to peregrynację kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, a także masowe pielgrzymki na Jasną Górę. Program Wielkiej Nowenny rozpoczął się 26 sierpnia 1956 r., jeszcze zanim prymas opuścił miejsce internowania w Komańczy. Początek stanowiło odnowienie Ślubów Narodu na Jasnej Górze. Kościół mimo lansowanego przez państwo modelu życia ateistycznego rozwijał się i propagował nowe formy duszpasterstwa, np. ruch oazowy, Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej. Wchodził w dialog z osobami niewierzącymi i poszukującymi.

Wraz z dojściem do władzy ekipy Edwarda Gierka w grudniu 1970 r. relacje państwo–Kościół weszły w fazę normalizacji. Władza szła na rękę w kwestii budownictwa sakralnego, które było blokowane za czasów Gomułki, a teraz zaczęło się rozwijać. Po podpisaniu w grudniu 1970 r. układu granicznego z Republiką Federalną Niemiec możliwe było ustanowienie administracji kościelnej na Ziemiach Zachodnich i Północnych. W 1972 r. Stolica Apostolska powołała nowe diecezje na wspomnianych terenach. W 1971 r. władze polskie uregulowały także sprawę własności mienia kościelnego na tym obszarze. Przez lata odmawiały Kościołowi prawa do niego i domagały się płacenia czynszów za jego użytkowanie.

Hierarchia kościelna zawsze z dystansem podchodziła do wydarzeń tzw. polskich miesięcy. Przede wszystkim dążyła do łagodzenia napięć politycznych i społecznych. Wobec marca 1968 r. nie zajęła stanowiska, traktując ówczesne zajścia raczej w kategoriach wewnętrznego konfliktu pomiędzy komunistami. Kościół zachował powściągliwość podczas wystąpień robotniczych na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. W takich chwilach duszpasterze nawoływali do zachowania spokoju, aby nie eskalować konfliktu i podobnie jak w czasie protestów robotniczych w czerwcu 1976 r. w Radomiu i Ursusie apelowali do władz o zaniechanie represji. W tym duchu działali również po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego. Można powiedzieć, że Kościół stąpał twardo po ziemi. Wspierał opozycję, ale równocześnie starał się chłodzić waleczne nastroje w szeregach przeciwników władzy.

Postępowanie władz w Polsce wobec Kościoła katolickiego nie podobało się decydentom na Kremlu, oceniającym je jako zbyt ugodowe. Kościół w Polsce pozostał w pewnym sensie autonomiczny, co stanowiło przypadek bezprecedensowy w całym bloku sowieckim.

Zapraszamy na drugą część rozmowy z profesorem Andrzejem Friszke.


Po co nam Unia Europejska. Rozmowa z prof. Sławomirem Łukasiewiczem

Ponad siedemdziesiąt lat temu powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali. Potem pojawiły się inne formy europejskiej integracji (m.in. Europejska Wspólnota Gospodarcza). One dały początek współcześnie istniejącej Unii Europejskiej, która zrzesza dwadzieścia siedem krajów. Zaczęło się od integracji ekonomicznej (wspólny rynek, waluta), obecnie zaś obserwujemy już elementy integracji politycznej (wspólna polityka zagraniczna). Polska dołączyła do wspólnoty w 2004 r. Od ponad osiemnastu lat jesteśmy jej częścią. Ze względu na długość okresu przynależności można rzec, że staliśmy się pełnoletnim obywatelem wspólnoty europejskiej. Czy przez ten czas nauczyliśmy się w niej funkcjonować i osiągnęliśmy dojrzałość?

II wojna światowa wpłynęła na zmianę myślenia o sposobie uprawiania polityki w Europie. Zastanawiano się, co zrobić, aby nie powtórzyła się już hekatomba wojny. Narodom okaleczonym po II wojnie światowej towarzyszyło przekonanie o potrzebie stworzenia czegoś na kształt federacji państw mogących się przeciwstawić ewentualnej agresji. Odpowiedzią na to była integracja europejska. Doniosłość projektu, jakim jest Unia Europejska, najbardziej chyba możemy docenić obecnie, w obliczu konfliktu zbrojnego toczącego się za naszą wschodnią granicą.

Myśl o jedności Europy towarzyszyła Polakom od pokoleń, choć często o tym nie pamiętamy. Marzenia o zjednoczonej Europie rodziły się w głowach polskich polityków, szczególnie tych na emigracji. Warto przypomnieć chociażby koncepcję konfederacji polsko-czechosłowackiej z czasów II wojny światowej promowaną przez polski rząd na uchodźstwie. Polska jednak przez lata jako część bloku sowieckiego nie mogła nawet myśleć o integracji. W latach czterdziestych stała się członkiem Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, projektu ekonomicznego stworzonego przez Związek Sowiecki.

Z racji obecności w Unii Europejskiej wynika wiele przywilejów, ale i zobowiązań. Dotychczasowy okres przynależności to czas przyspieszonej modernizacji kraju. To nie tylko wielkie inwestycje infrastrukturalne, lecz także wyraźna poprawa sytuacji materialnej większości obywateli. Nie bez powodu Polacy należą do największych entuzjastów procesu integracji europejskiej. Na obecnym etapie otrzymujemy z budżetu unijnego więcej pieniędzy, niż do niego wpłacany, ale przyjdzie czas, gdy będzie odwrotnie. W obliczu sytuacji kryzysowych winniśmy wspierać inne kraje. Nie zawsze jednak tak się dzieje. Kryzys migracyjny z 2015 r. jest najlepszym tego przykładem, gdyż został przez Polskę wykorzystany na potrzeby wewnętrznej polityki. Nie stanęliśmy na wysokości zadania, podobnie jak inne kraje. Tymczasem solidarność, wzajemność, kompromis to wartości, na których Unia opiera swoje funkcjonowanie.

Unia Europejska nie jest tworem doskonałym. Ale możemy mieć wpływ na jej działanie poprzez kształcenie i wysyłanie do unijnych instytucji polskich urzędników. W przestrzeni publicznej pojawia się z jednej strony wiele głosów krytykujących wspólnotę, a z drugiej traktujących ją w sposób afirmatywny. Jak się w tym wszystkim odnaleźć? Profesor Sławomir Łukasiewicz, historyk myśli politycznej, przekonuje, że Unii Europejskiej i funkcjonowania w niej musimy cały czas się uczyć. To ciągła praca zarówno nas obywateli, jak i rządzących. Jak myśleć o Unii Europejskiej, jak dbać o ten wspólny projekt, którego jesteśmy cząstką? Posłuchajcie sami. Zapraszamy.

Korekta językowa: Beata Bińko