Postawy kobiet wobec wojny w dziennikach Polek z czasów I wojny światowej (2)

ZUZANNA SNOCH

Postawy kobiet wobec wojny w dziennikach Polek z czasów I wojny światowej.

(część II)

Wojenna rzeczywistość

Wybuch wojny

Z perspektywy autorek omawianych dzienników moment wybuchu wojny był rozciągnięty w czasie, ponieważ składało się na niego wiele wydarzeń. Znaczna część zapisków zaczynała się dopiero końcem lipca lub początkiem sierpnia 1914 r. (dziennik Dąbrowskiej rozpoczyna się najpóźniej, bo we wrześniu), co uniemożliwia dokładne rozpoznanie sytuacji od zamachu w Sarajewie do wypowiedzenia wojny przez poszczególne państwa.
Wiadomości dotyczące lipca można odnaleźć na przykład u Jałowieckiej-Belinowej (2014, s. 175), która w ostatnim tygodniu miesiąca informowała: „w gazetach wspominają o możliwym nieporozumieniu w Europie”. Potocka (2014, s. 17) podczas uroczystości rodzinnych dyskutowała o zabójstwie arcyksięcia Ferdynanda oraz o związanym z tym ryzykiem wybuchu wojny „prawdopodobnej od kilku lat”. Z kolei Nałkowska (1976, s. 337) zauważyła (co prawda dopiero na początku sierpnia), że „wreszcie »wojna«, której pełne są od czasu niejakiego pisma, stała się doskonale wyczuwaną rzeczywistością”.
W wielu przypadkach pierwszą wieścią nawiązującą do nowego konfliktu zbrojnego była dopiero informacja o mobilizacji rezerwistów. Wszystkie autorki pisały o tym, kto z ich otoczenia został powołany do wojska, i opisywały wzruszające sceny pożegnań. Romanowiczówna, Gajewska, Belinowa-Jałowiecka i Konarska wspominały o obawach dotyczących możliwej eskalacji konfliktu, początkowo ograniczonego do Austro-Węgier i Serbii. Druga z wymienionych kobiet pokładała pewne nadzieje w zabiegach dyplomatycznych, ale – jak zanotowała na początku sierpnia 1914 r. – „przez ten tydzień wypadki następowały po sobie z szybkością i gromem salw armatnich” (Gajewska 2014, s. 28).
Początkowo dominowało niedowierzanie i czytając omawiane dzienniki, można domyśleć się, że nie spodziewano się takiego rozwoju wydarzeń. Świadczą o tym pojawiające się w tekstach sformułowania: „o mobilizacji wieść niespodziewana” (Ostrowska 2014, s. 63), „gruchnęła wieść jak grom” (Potocka 2014, s. 22), „wrażenie niesłychane” (Kozicka 2015, s. 21). Do zaskoczenia szybko doszło pytanie o to, co będzie dalej. Autorki gorliwie odnotowywały państwa kolejno wypowiadające sobie wojnę. Gajewska (2014, s. 46) z charakterystyczną dla siebie ironią pisała: „Jak mamę kocham, historia powinna zapiać z radości, bo taka gratka jeszcze jej się nie zdarzyła. Bywały wojny siedmioletnie i trzydziestoletnie, wojny białych i czerwonych róż, bywały potopy szwedzkie i tatarskie, bywały wędrówki narodów, ale żeby naraz w ciągu trzech tygodni rozpoczęło się dziesięć wojen? Tego jeszcze chyba nigdy nie było!”.
Mobilizacja w połączeniu z szybkim tempem zmian wywoływały strach i obawy o najbliższych oraz o to, jak będzie wyglądał nadchodzący konflikt. Dość szybko pojawiały się plotki i pogłoski o pierwszych zniszczeniach oraz ruchach wojsk nieprzyjaciela, które tylko potęgowały negatywne emocje. Na tak niesprzyjającym tle wybijało się u kilku autorek nieśmiałe pytanie o to, co będzie dalej ze sprawą polską.

Działania wojenne

Żadna z kobiet spisujących analizowane dzienniki nie brała bezpośredniego udziału w walkach[1], co nie oznacza jednak, że temat ten nie został przez nie poruszony. We wszystkich badanych źródłach zawarte zostały informacje o działaniach wojennych – dominowały wieści z frontu wschodniego, ponieważ przebiegał on przez ziemie polskie, a więc był autorkom dużo „bliższy”. Można zauważyć, że najwięcej zapisków dotyczy wydarzeń w najbliższej okolicy, co jest zrozumiałe, ponieważ najistotniejsze były zjawiska, które mogły mieć bezpośredni wpływ na życie interesujących mnie kobiet. Przejawiały one też duże zainteresowanie losami najważniejszych polskich miast. W niemal każdym dzienniku pojawiły się notatki świadczące o obawie o Warszawę, Kraków i Lwów. Autorki niepokoiły się też o Częstochowę, mimo iż nie była to szczególnie duża miejscowość. Była ona jednak istotna ze względu na znajdujący się tam obiekt kultu maryjnego, szczególnie ważny dla katolików – sanktuarium na Jasnej Górze. Dzięki swojej historii był to też pewnego rodzaju symbol polskości i oporu przed nieprzyjacielem[2], więc nie może dziwić, że w sytuacji zagrożenia Polki wykazywały wyjątkowe zainteresowanie tym miastem.
W dziennikach nie brakowało również zapisków na temat sytuacji na froncie zachodnim, choć było ich wyraźnie mniej. Wpływ na to miały przede wszystkim dwa czynniki – duża odległość oraz bardzo częsty brak dostępu do rzetelnych informacji. Wieści czerpane z gazet i podczas kontaktu z wojskami poszczególnych armii miały często charakter propagandowy i trudno było je zweryfikować.
Autorki najwcześniej interesowały się losami Belgii[3], która była dla nich przykładem ofiary niemieckiego okrucieństwa. Sympatyzowały z mieszkańcami tego kraju i notowały możliwie najwięcej informacji na ten temat (Dąbrowska 1988, s. 43; Gajewska 2014, s. 36, 39, 53; Jałowiecka-Belinowa 2014, s. 178; Konarska 2019, s. 119). Zwracały uwagę również na sytuację we Francji, zwłaszcza na początku wojny. Obawiały się szybkich sukcesów państw centralnych, a przede wszystkim zdobycia i zniszczenia Paryża (Konarska 2019, s. 116; Jałowiecka-Belinowa 2014, s. 183; Jabłońska 2017, s. 105). W kolejnych latach konfliktu w dziennikach wątek ten zanika. Natomiast temat bitwy pod Verdun, mimo że dziś jest powszechnie znany, pojawił się tylko dwukrotnie (Kozicka 2015, s. 89; Konarska 2019, s. 279).
Jeśli chodzi o inne rejony konfliktu, to sporym zainteresowaniem cieszyła się sytuacja w Serbii, a zwłaszcza zdobycie Belgradu przez siły państw centralnych. W tym przypadku autorki ograniczały się do krótkich informacyjnych notatek bez zajmowania własnego stanowiska wobec tych wydarzeń. Być może podnoszenie tego właśnie tematu wynikało z postrzegania Serbii jako obszaru, na którym rozpoczęła się wojna.
Pozostałe tereny nie przykuwały uwagi autorek w większym stopniu. Wzmianki o innych miejscach, jeśli w ogóle się pojawiają, to są szczątkowe i często ograniczone do oszczędnego odnotowania jakiegoś epizodu, bez jego omawiania. Taki sposób informowania może świadczyć o tym, że były to dla tych kobiet sprawy mało istotne, zwłaszcza jeśli dotyczyły odległych miejsc i sytuacji, które nie mogły mieć bezpośredniego wpływu na ich życie.
Zanim działania wojenne docierały w okolice, gdzie żyły autorki analizowanych dzienników, najpierw następował swoisty czas oczekiwania na nadejście zagrożenia. W tym momencie rozstrzygała się chociażby kwestia ucieczki lub pozostania w miejscu zamieszkania. Ten wątek pojawia się w czterech dziennikach i – co znamienne – w każdym przypadku kobiety zdecydowały się zostać, lecz każda z innego powodu. Romanowiczówna (2005, s. 251) mimo namowy bliskich pozostała we Lwowie, ponieważ uważała, że może być przydatna dla społeczeństwa. Kozicka (2015, s. 22) nie chciała porzucać rozpoczętej na rzecz Strzelców pracy (była zaangażowana w zbieranie pieniędzy oraz szycie bielizny dla Polaków), a Ostaszewska (2016, s. 45) postanowiła czuwać przy chorym mężu, który nie byłby w stanie znieść dłuższej podróży. Z kolei Konarska (2019, s. 162) jako żona właściciela majątku Kluczewsko stała na stanowisku, że gospodarze powinni trwać na straży swoich dóbr i wspierać moralnie wieś. Podobne zdanie miała Gajewska (2014, s. 59), która zastanawiała się, kto ma zostać w polskich miastach, jeśli nie Polacy – „myślę, i wszyscy zresztą ludzie dobrej woli tak myślą, że dzisiaj każdy z nas powinien pozostać niewzruszenie na swojej placówce, bez względu na to, czy to jest wieś czy miasto i czy okolica bezpieczna czy niebezpieczna”. Jest to bardzo odważne stwierdzenie, ale trzeba pamiętać, że Gajewska była młodą, bezdzietną kobietą, której takie deklaracje mogły przychodzić dość łatwo, ponieważ nie była za nikogo odpowiedzialna i nie dotyczyło jej to wszystko, co mogło grozić ludziom mieszkającym chociażby na wsi w pobliżu linii frontu.
Interesujący jest przypadek Jabłońskiej, która na początku sierpnia 1914 r. zgodziła się przenieść razem z matką z Sanoka, gdzie mieszkały na stałe, do Przemyśla, aby opiekować się kamienicami kuzynki. Jabłońska zdawała sobie sprawę, że twierdza Przemyśl może stać się obiektem walk[4], ale mimo to zgodziła się pomóc krewnej w ochronie majątku przed szkodami, które mogła przynieść wojna. Dla autorki dziennika dodatkową motywację, aby pozostać w tym miejscu, stanowił fakt, że w mieście znajdował się grób jej męża. Jabłońska (2017, s. 93, 193) kilkukrotnie wspominała w swoich zapiskach, że nie boi się śmierci, jeśli tylko zostanie pochowana u boku ukochanego.
Pozostałe kobiety nie wspominały w swoich dziennikach o dylemacie związanym z ucieczką lub pozostaniem w miejscu zamieszkania. Czasem wyjeżdżały do bliższych lub dalszych miejscowości. Podróże te zwykle wywołane były wyższą koniecznością: wizytą u lekarza, uzupełnieniem zapasów, załatwieniem spraw urzędowych, albo miały charakter czysto rekreacyjny, jak np. wycieczki czy odwiedziny u znajomych. Nie były to więc zmiany lokalizacji na stałe.
Z oczekiwaniem na przejście frontu wiązały się przede wszystkim negatywne emocje. Kobiety obawiały się niewiadomego, a pogłoski o zniszczeniach różnych miejsc w kraju potęgowały strach. Brakowało rzetelnych informacji, ponieważ gazety nie docierały do wielu miejscowości. Jeśli natomiast prasa pojawiała się w okolicy, autorki zdawały sobie sprawę z tego, że niekoniecznie przynosi rzetelne, sprawdzone wieści. Bazowały więc głównie na wiadomościach przekazywanych drogą ustną, a więc wszelkiego rodzaju plotkach i domysłach, które tylko wzmacniały obawy. Romanowiczowa (2015, s. 252) w trakcie walk o Lwów w sierpniu 1914 r. skarżyła się: „dokładnie i na pewno nic się nie wie, bo dziennikom pisać o tym nie wolno, a w ustach ludzi krążą najsprzeczniejsze wersje”. W tym samym czasie Jałowiecka-Belinowa (2014, s. 178) pisała: „U nas jest takie zdenerwowanie ogólne, że wszyscy pragną, żeby Niemiec przeszedł”. Względne poczucie bezpieczeństwa dawało zapewnienie schronienia bliskim, zwłaszcza jeśli – tak jak w przypadku Jałowieckiej-Belinowej i Konarskiej – w rodzinie były dzieci.
Interesujące jest to, że Nałkowska i Gajewska, które podczas wojny większość czasu spędziły w Warszawie, nie czyniły podobnych przygotowań. Nałkowska (1976, s. 389) dużo bardziej od walk w pobliżu miasta obawiała się sytuacji, w której będzie musiała schronić się w jednym pomieszczeniu z nielubianymi sąsiadami. Pisała: „konieczność opuszczenia tego znowu mieszkania […] jest dla mnie gorsza niż poczucie niebezpieczeństwa. Boję się zwłaszcza zejścia do wspólnej jakiejś piwnicy, przebywania poufałego z okropnymi, natrętnymi tutejszymi sąsiadami”. Gajewska natomiast czas zdobywania Warszawy przez Niemców w 1915 r. spędziła na wsi u krewnych i okres ten w jej dzienniku nie obfituje w informacje na temat walk.
Bezpośrednie zetknięcie się z działaniami wojennymi następowało u poszczególnych autorek w różnych momentach. Duża część przeżyła to doświadczenie już w pierwszych miesiącach wojny. Odgłosy potyczek przerażały, powodowały ciągłe napięcie i gotowość do ucieczki. Normą było sypianie w ubraniu, aby w razie zagrożenia nie tracić czasu na zmianę garderoby. Jałowiecka-Belinowa (2014, s. 199) po całym dniu strzałów w bliskiej okolicy dworu zanotowała: „Wieczorem w niedzielę dosyć cicho. Spaliśmy jednak ubrani wszyscy, oprócz Tadka, który z flegmą angielską rozebrał się zupełnie i spał całą noc, nie budząc się”.
Romanowiczówna (2005, s. 252), przebywając w ogarniętym walkami Lwowie, tak opisywała nastroje mieszkańców: „Raz przez półtora dnia i całą noc słychać było nieustający huk armat i grzmot karabinów maszynowych. Obawiano się bombardowania miasta. Ciężko było oddychać – zdawało się, że jakiś kamień olbrzymi leży na piersiach, że nieustannie dusi nas zmora […]. Ciągła trwoga, ucisk, tępy a nieznośny ból”.
Trwanie w nieustannym napięciu spowodowanym oczekiwaniem na kolejne starcia bywało męczące. Nałkowska (1976, s. 354), mimo że – jak zadeklarowała we wrześniu 1914 r. – czuła się przygotowana na zetknięcie z rzeczywistością wojny (o potyczkach w okolicy pisała wszak: „zdarzenie to pada na grunt zbyt już starannie przygotowany, nie obudza dawnego przerażenia”), już miesiąc później opisywała słuchanie strzałów jako mękę (Nałkowska 1976, s. 359). Co ciekawe, w zapiskach większości autorek pojawiały się informacje o tym, że do odgłosów walki można, a często nawet trzeba było się z czasem przyzwyczaić. Atmosferę towarzyszącą takiej sytuacji dobrze opisywała Ostaszewska (2016, s. 39): „wojna nie znosi naprężenia ciągłego nerwów, są chwile, gdzie się obojętnie nawet słucha karabinów […]. Dzieci dzisiaj dużo obojętniej, bez trwogi słuchają wypadków dnia”.
Oczekiwanie i trwanie w napięciu niejednokrotnie działało stresująco, ponieważ zaburzało naturalny rytm i porządek, nie pozwalając na odnalezienie spokoju w rutynie dnia codziennego. Skarżyły się na to głównie ziemianki. Ostrowska (2014, s. 111–115) wymieniała wszystkie prace, które normalnie odbywałyby się we dworze, gdyby nie trwała wojna. Ostaszewska (2016, s. 50) pisała, że niemożliwość przewidzenia i zaplanowania czegokolwiek wzbudzała w niej lęk. Konarska (2019, s. 176) natomiast martwiła się, że brak zwykłej swobody działa negatywnie na nerwy wszystkich domowników: „Przechodzimy wrażenia straszne! Tułamy się po kątach, prawie nic nie jemy, bo ani nie ma co, ani nie ma gdzie”.
W zapiskach widać pewne zainteresowanie technologiami używanymi podczas wojny. Większość autorek starannie odnotowywała pojawienie się w okolicy sterowców (nazywanych w dziennikach z niemiecka „zeppelinami”) i samolotów („aeroplanów”) (Ostaszewska 2016, s. 84, 89, 123, 133; Ostrowska 2014, s. 100–101; Dąbrowska 1988, s. 33; Potocka 2014, s. 129; Gajewska 2014, s. 58, 63; Nałkowska 1976, s. 358, 360, 391). Maszyny te nie wzbudzały większego przerażenia. Były po prostu czymś niecodziennym, co zwracało dużą uwagę. Kolejną nowinką były pojazdy używane przez wojsko i np. Ostaszewska (2016, s. 42–44, 52, 96) poświęciła kilka stron na opisanie maszyn, które przejeżdżały przez wieś.
Gazy bojowe, mimo grozy, jaką wywoływały na polu bitwy, nie wzbudziły szczególnego zainteresowania autorek. Jedynie Konarska (2019, s. 352) uznała tę broń za „straszliwy wynalazek”, błędnie przypisując jego autorstwo Anglikom.

 

Wojska zaborcze

Wojna oznaczała dla wszystkich autorek badanych przeze mnie dzienników zetknięcie się z wojskiem. Chodziło przede wszystkim o żołnierzy z państw zaborczych, ponieważ o innych armiach wzmianek jest niewiele. Gajewska (2014, s. 227) pisała o Koalicji, wyrażając swoje rozczarowanie jej „niedołęstwem” w walce z Niemcami. Denerwowało ją, że wojna cały czas trwa i nic nie zapowiada szybkiego jej końca. Duża ilość zapisków na temat wojsk zaborczych wynika przede wszystkim z tego, że to właśnie z nimi bezpośrednio autorki miały styczność – najpierw, kiedy ze „swoich” zaborów wyruszały one na front (ewentualnie, gdy wracały ranne), później, gdy przemieszczały się w wyniku działań wojennych, i wreszcie, gdy na ziemiach polskich zapanowała okupacja austro-niemiecka.
Rosyjscy żołnierze, zwłaszcza szeregowi, w oczach kobiet piszących analizowane dzienniki prezentowali się w najbardziej negatywny sposób, co wyrażały emocjonalnym i pogardliwym językiem. W ich zapiskach nie brakowało określeń, takich jak: „to była despotyczna i szorstka, tatarska ręka” (Romanowiczówna 2005, s. 260), „wygląd niezmiernie gminny, fizjonomie nieinteligentne, ubrani są ogromnie niedbale, chodzą zgarbieni” (Kozicka 2015, s. 27), „robią wrażenie dzikiej hordy” (tamże, s. 29), „To horda, nie wojsko! […] śladu nawet organizacji nie ma w tym wojsku – ono pędzi jak jakiś żywioł nieokiełznany, który niszczy i burzy wszystko, co na drodze spotka” (Konarska 2019, s. 187).
Jabłońska (2017, s. 394) po trudnych doświadczeniach z wojskiem austro-węgierskim miała początkowo nadzieję, że „Gorzej niż nasi, Moskale nie będą postępować”. Pierwsze wrażenie było więc pozytywne – opisywała ich jako dobrze wyglądających, prawidłowo odżywionych i ubranych, ale jedyne porównanie, jakie miała na myśli, to wyczerpani obrońcy twierdzy. Szybko jednak zmieniła zdanie na temat Rosjan, kiedy okazało się, że – zupełnie tak samo jak inni – kradną i siłą zajmują mieszkania. Z kolei u Nałkowskiej (1976, s. 341) pod wpływem chwili, w której widziała wychodzące z Warszawy wojsko rosyjskie, obudziła się – jak sama napisała – „naiwna czułość” wynikająca ze świadomości, że właśnie ono będzie bronić Królestwa przed Niemcami. Szybko jednak zorientowała się, że były to emocje wobec tych samych ludzi, którzy niespełna 10 lat wcześniej tłumili wystąpienia Polaków podczas rewolucji 1905 r.
Autorki dzienników miały różne opinie na temat oficerów i choć wzmianek o nich było niewiele, to raczej dominowały uwagi negatywne. Kozicka (2015, s. 27) napisała, że zarówno szeregowe wojsko, jak i wyższe szarże sprawiały wrażenie zaniedbanych i „gdyby nie odznaki na ramionach, nie umiałabym oficera odróżnić od sołdata”. Nie tylko ona, ale też Potocka oraz Konarska przyjmowały w swoich domach oficerów. Czyniły to jednak bez entuzjazmu, uznając, że nie miały innego wyjścia, ponieważ takie są realia wojny. Konarska (2019, s. 181) przeżywała trudne chwile, kiedy nieproszeni goście nalegali, aby dotrzymywała im towarzystwa. Trudno było jej również cieszyć się z ogłaszanych przez nich sukcesów: „Na zakończenie Sokołow oznajmił nam »radosną wiadomość«, że Kraków wzięty bez bitwy – znów trzeba było wykrzywić twarz niby w uśmiechu, ale żadne wyrazy przez usta przejść nam nie mogły”. Z kolei Potocka (2019, s. 27) uważała, że „szczytem gościnności” było danie oficerom przyjeżdżającym do jej pałacu możliwości wykąpania się. Kozicka (2015, s. 68) zaś najpierw długo i zawzięcie broniła się przed przyjęciem pod swój dach generała (kazała się wynosić policjantowi, który przyszedł jej to oznajmić), ale ponieważ ostatecznie musiała się na to zgodzić, starała się później unikać rozmów z nim, zachowywała się po prostu grzecznie, ale bez żadnej poufałości. Pamiętać jednak musimy, że są to zapiski samych kobiet relacjonujących sytuacje, których nie można zweryfikować.
Wspomniana powyżej Kozicka zachwycała się natomiast oficerami czerkieskimi i tym, jak wyglądali. Opisywała szczegółowo ich „malownicze” stroje i pozy, przyznając, że kojarzyło się jej to z Bohdanem Chmielnickim i atamanami z dawnych czasów (Kozicka 2015, s. 29). Mimo iż jest to bez wątpienia pozytywna charakterystyka, to trudno oprzeć się wrażeniu, że dla Kozickiej była to po prostu pewna nowość; egzotyczne zjawisko, które widzi się niezmiernie rzadko. O Czerkiesach pisała też Ostaszewska (2016, s. 141), która – co ciekawe – określiła ich mianem „dzikiego prawie narodu”, podając zasłyszane informacje o szkodach, jakie wyrządzili w okolicy.
Szczególnie silne emocje – zarówno negatywne, jak i pozytywne – budzili kozacy[5]. Niemal dla wszystkich autorek, które miały z nimi styczność, wydawali się dzicy i trudni do okiełznania (Potocka 2014, s. 39; Konarska 2019, s. 142; Jałowiecka-Belinowa 2014, s. 193). Jabłońska (2017, s. 502) nie chciała zostawać sama z kozakami, którzy zostali zakwaterowani w jej kamienicy. Obawiała się rabunku i na wszelki wypadek wolała spać w ubraniu. Interesująca była postawa Ostaszewskiej (2016, s. 81), która mimo początkowego strachu uzasadnionego przykrymi doświadczeniami z kozakami[6], cieszyła się, kiedy jeden z oddziałów zamieszkał w jej majątku, ponieważ zachowywał się lepiej niż reszta wojska. Z czasem nawiązała się między nimi swoista współpraca – przybysze ochraniali dwór i dobytek rodziny, a w zamian dostawali wikt i opierunek (np. składniki do wielkanocnych potraw) (tamże, s. 83, 87).
Opisywane powyżej postrzeganie Niemców jako wroga polskości, Krzyżaka i najeźdźcę zdaje się kontrastować z tym, jak autorki oceniały zetknięcie się z ich armią. Przede wszystkim można zauważyć pozytywne wrażenia dotyczące organizacji, zaopatrzenia oraz panującego porządku. W dziennikach pojawiają się np. takie opinie: „w wojsku wielka karność” (Jałowiecka-Belinowa 2014, s. 191), „podziw wzbudza ta doskonałość organizacji” (Ostrowska 2014, s. 78), „Niemcy przynajmniej mieli wzorowe piekarnie i kuchnie polowe” (tamże, s. 90), „Trzeba przyznać, że żołnierz niemiecki zaprowiantowany jest znakomicie” (Konarska 2019, s. 178).
Niewiele jest natomiast negatywnych zapisów dotyczących niemieckiej armii. Potocka (2014, s. 138), która z tymi żołnierzami zetknęła się dopiero w 1918 r., zauważyła, że prezentowali się nędznie, w dodatku byli bardzo młodzi, a niektórzy wyglądali wręcz jak dzieci. Konarska (2019, s. 177) zaś skarżyła się na „żołdactwo – takie rozpuszczone, takie harde! Wszędzie go pełno – istne piekło w domu”[7].
Najobszerniejsze notatki dotyczące niemieckiej armii, a przede wszystkim oficerów, pojawiały się w dziennikach kobiet mieszkających na wsi. Wiązało się to z tym, że to właśnie tam zakwaterowani byli wojskowi podczas przemarszu bądź dłuższego lub krótszego sprawowania władzy na danym terenie. Mimo ogólnej niechęci do Niemca jako zaborcy w opisach takich sytuacji przeważały pozytywne spostrzeżenia na temat lokatorów, którzy zachowywali się grzecznie i uprzejmie wobec domowników, przysyłali prezenty i dało się z nimi prowadzić interesującą konwersację (Jałowiecka-Belinowa 2014, s. 190; Konarska 2019, s. 181). Na pozytywny obraz armii wpływały zatem osobiste kontakty z konkretnymi osobami i indywidualne doświadczenia autorek. Istotny był też zapewne fakt, że zwykle do ich posiadłości trafiali oficerowie lub ludzie niebiorący bezpośredniego udziału w walce (np. sanitariusze), a nie szeregowi żołnierze. Wyżsi stopniem wojskowi często pochodzili z tzw. „dobrych domów”, byli lepiej wykształceni i wykazywali się wysoką kulturą osobistą.
Na temat wojsk Austro-Węgier w dziennikach pojawia się najmniej informacji. Większość autorek nie wyraziła na ich temat żadnej opinii. Może to wynikać z braku bezpośredniej styczności z tą armią, a być może ci akurat żołnierze nie wywoływali tak silnych emocji jak inni. Warto zaznaczyć, że jeśli chodzi o siły zbrojne c.k. monarchii, to w analizowanych źródłach odznacza się rozróżnienie na poszczególne narodowości w ramach jednej armii, choć są to pojedyncze wzmianki. Kozicka (2015, s. 32) pisała np., że najbardziej było jej żal rannych Rumunów i Węgrów w rosyjskim szpitalu, ponieważ nikt nie mógł się z nimi porozumieć i to tylko potęgowało ich cierpienia. Ostaszewska (2016, s. 102) zaś zapisała, że 10 lutego 1915 r. przez jej wieś Rosjanie prowadzili jeńców austriackich – Czechów i podobno Bośniaków. Z kolei Konarska (2019, s. 221) zanotowała, że w gminie pojawili się żandarmi austriaccy i byli wśród nich Czesi, Polacy i Węgrzy.
O całym wojsku Austro-Węgier Ostaszewska (2016, s. 43) i Jabłońska (2017, s. 75) pisały per „nasi”. Obie pochodziły z zaboru austriackiego i mimo że druga z nich doświadczyła w późniejszym okresie dużo przykrości ze strony owej „swojej” armii, to nadal uważała ją za bliższą. Inne autorki – Jałowiecka-Belinowa i Konarska – gościły w swoich domostwach nie tylko Rosjan, ale też Austriaków. Obie podkreślały ich kulturalne zachowanie, dobre odnoszenie się do okolicznej ludności i płacenie za wszystko, co zabierali. Konarska (2019, s. 223) cieszyła się również z posterunku żandarmów w oficynie dworu – dawało to jej oraz jej rodzinie poczucie bezpieczeństwa.
Mniej pozytywne doświadczenia miała wspomniana wcześniej Jabłońska, która w czasie oblężenia twierdzy Przemyśl doznała wielu krzywd ze strony żołnierzy – bezprawnie zajmowali kamienice, którymi się opiekowała, niszczyli ich wyposażenie, kradli, a kiedy starała się walczyć o swoje, chociażby poprzez wnoszenie skarg do komendy garnizonu, spotykała się z wyzwiskami i fałszywymi oskarżeniami o kradzież złota (Jabłońska 2017, s. 79). Nie chciała dopuścić do degradacji powierzonego mienia, ale obawiała się zemsty. Poniekąd słusznie, ponieważ jeden z oficerów, z którym toczyła spory prawdopodobnie kazał zabić jej psa (tamże, s. 599). Mimo takich doświadczeń starała się być miła dla żołnierzy, którzy nie sprawiali kłopotów – od czasu do czasu rozdawała im wino i cygara, próbowała dożywiać tych, którzy z jakiegoś powodu dostawali zbyt małe racje żywnościowe, a kiedy jednemu z nich groziła surowa kara za niedopełnienie obowiązków, wstawiła się za nim u dowódcy (tamże, s. 129–131).
Jabłońska (2017, s. 105, 210–211) skarżyła się też na Węgrów, którzy mieli być szczególnie uciążliwymi towarzyszami podczas oblężenia. Pisała w dzienniku, że kradli, byli bardzo agresywni i z czystej złośliwości niszczyli dobytek mieszkańców. Próbowała nawet przekupić jednego z oficerów, lecz przyniosło to tylko chwilowe skutki, ponieważ ukarane wojsko stawało się jeszcze bardziej zawzięte w swoich działaniach (tamże, s. 417). Podobną perspektywę miała Ostaszewska (2016, s. 42), która zaczęła zamykać drzwi na klucz w obawie przed przybyciem „Madziarów”.
Niezależnie od tego, z którą stroną konfliktu autorki miały do czynienia, opisywały podobne problemy. Dla wszystkich przejście wojska oznaczało kradzieże, zniszczenia oraz przymusowe rekwizycje żywności i żywego inwentarza. Nawet jeśli wojskowi dawali w zamian dokumenty, dzięki którym można było później ubiegać się o zwrot pieniędzy, to kobiety były świadome małej szansy na zadośćuczynienie. Nie bez powodu więc Ostrowska (2014, s. 72) nazwała te dokumenty mianem „kwitek-świstek”.
W obliczu ryzyka utraty części majątku autorki starały się zabezpieczać swoje mienie, wynosząc cenne przedmioty do piwnic, oddając na przechowanie do zaufanych osób lub zakopując je w bezpiecznych miejscach. Ostaszewska (2016, s. 42) poczyniła nawet większe przygotowania – zebrała drobne monety i stare zegarki z myślą, że kiedy przyjdzie wojsko (kozacy), zostanie w ten sposób obdarowane. Dzięki spełnieniu żądań unikano w ten sposób utraty innych cennych rzeczy.
Przechodzenie wsi czy miasteczka z rąk do rąk oraz pojawianie się w domach autorek raz jednego wojska, raz drugiego było uciążliwe. Obawiano się oskarżeń o współpracę z wrogiem oraz wywiązania się potyczek w niewielkiej odległości. Jałowiecka-Belinowa (2014, s. 197) pisała z niedowierzaniem o sytuacji, w której rankiem jednego dnia we dworze stacjonowali kozacy, a wieczorem na ich miejscu byli już austriaccy żołnierze. Konarska (2019, s. 189) z kolei po dłuższym czasie „najazdów” wojsk z obu stron konfliktu zanotowała: „nauczona smutnym doświadczeniem żadnych porządków nie robiłam!”. Spodziewała się więc rychłego pojawienia się kolejnych nieproszonych gości.
Widok wojsk – „swoich” lub nieprzyjacielskich wywoływał też u części autorek współczucie i odruch niesienia pomocy. Jabłońska (2017, s. 168, 175) już od sierpnia 1914 r. pomagała opiekować się rannymi w szpitalu i za prywatne pieniądze przygotowywała dla nich kompot, herbatę i soki. Czasem zabierała z domu jedzenie i karmiła spotykane na ulicach osoby – zarówno żołnierzy austriackich, jak i rosyjskich jeńców. Włochom, którzy zakwaterowani byli w jednej z jej kamienic, rozdawała też zapasy ubrań, aby nieprzyzwyczajeni do polskich temperatur nie marzli zimą. Kozicka (2015, s. 42) ze smutkiem opisywała rozpacz szeregowego z carskiej armii, który poszukiwał octu, aby zaburzyć nim pracę serca i uniknąć w ten sposób ponownego wysłania na front. Kobieta, widząc niemożność porozumienia się austriackich i niemieckich jeńców z personelem szpitala, zdecydowała się być w tych kontaktach tłumaczką. Ostaszewska (2016, s. 115–116) zaś zanotowała, że gdy nadchodził większy mróz, zwiększała się liczba jeńców. Współczuła wszystkim walczącym i nie dziwiło jej, że poddawali się w tak trudnych warunkach. Kiedy w Krośnie spotkała wynędzniałych jeńców austriackich, zapisała: „Robi to wrażenie, że ludzie wygonieni z domu, na tułactwo, poniewierkę, tułają się nie wiedzą po co i za czem?” (Ostaszewska 2016, s. 119).

 

Udział Polaków w walkach

Nieobecność naszego kraju na mapie świata w momencie wybuchu konfliktu wcale nie oznaczała, że przymus udziału w wojnie ominął Polaków. Byli oni powoływani do armii zaborczych lub sami decydowali się wstępować w ich szeregi. Dołączali również do Strzelców, później do Legionów Polskich po stronie państw centralnych lub do tzw. Legionu Puławskiego podporządkowanego Rosji. Nie można zapomnieć też o Bajończykach, czyli polskim oddziale ochotników we francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Duża część z nich wstąpiła później do – utworzonej na zachodzie – Armii Polskiej we Francji.
W badanych przeze mnie dziennikach najwięcej uwagi poświęcono samej kwestii przymusu walki rodaków w wojskach państw zaborczych. Pisała o tym zdecydowana większość kobiet. Zgodnie określały to ogromną tragedią, która pochłonęła wiele istnień (często młodych) w imię ideałów obcych Polakom. Bardzo przygnębiająca była też dla autorek świadomość, że będą oni zmuszeni strzelać do pobratymców walczących po drugiej stronie barykady. Nałkowska (1976, s. 340) opisywała wzruszenie, jakie ogarniało warszawiaków żegnających polskich rezerwistów z armii rosyjskiej i które było zmącone przez świadomość, że w szeregach państw centralnych również szli na front ich rodacy. Dąbrowska (1988, s. 50) uświadomiła sobie grozę sytuacji, kiedy jeden z jej braci wstąpił do Legionów, a drugi do carskiej armii: „Cóż mi się bardziej wydawało okropnym, niż dwaj bracia (a zwłaszcza z własnej woli) przeciw sobie w tej wojnie walczący”. Kozicka (2015, s. 58) nazywała to „krwawym przymusem” i nie potrafiła zrozumieć, dlaczego którykolwiek z jej rodaków czuł się zobowiązany do przestrzegania przysięgi żołnierskiej, skoro oznaczało to walkę przeciw krajanom.
Poza tym w dziennikach nie pojawiły się żadne sygnały stygmatyzacji lub osądu Polaków, którzy w taki czy inny sposób znaleźli się wśród żołnierzy walczących po obu stronach konfliktu. Brak w relacjach oskarżeń o niebycie patriotą czy działanie na szkodę ruchu niepodległościowego. Sytuacja wydawała się zrozumiała, podobnie jak entuzjazm wspominany w niektórych zapiskach: „Rozumiałam pewien zapał naszych warszawskich rezerwistów, kiedy szli na wojnę. Oni szli bić Niemca, odwiecznego wroga […]. A tamci? Idą też na wroga, ale pod wodzą tego samego Niemca, którego postanowił zgładzić nieomylny głos ogółu” (Gajewska 2014, s. 51, 54).
Drugim, często podejmowanym w dziennikach wątkiem było zaangażowanie Polaków najpierw w ruch strzelecki, a później w Legiony Polskie. Autorki miały silnie zróżnicowane zdanie na ten temat – były wśród nich zarówno wielkie sympatyczki, jak i kobiety zdecydowanie przeciwne. W grupie najbardziej entuzjastycznie nastawionych kobiet możemy wymienić Romanowiczównę i Kozicką, które były zaangażowane w organizację pomocy materialnej i zbiórek pieniędzy dla ochotników. Romanowiczówna (2005, s. 262, 284) brała udział w świętowaniu ważnych rocznic związanych z tym ruchem, a Legiony nazywała „naszym polskim wojskiem” (Romanowiczówna 2005, s. 271). Kojarzyło się jej ono z formacjami z ubiegłego stulecia i była pod wielkim wrażeniem Józefa Piłsudskiego. Ponadto od 1915 r. stała na czele lwowskiego koła Ligi Kobiet Galicji i Śląska[8].
Kozicka natomiast uważała wybuch wojny za sytuację, którą społeczeństwo polskie winne było przyjąć z radością, ponieważ była to okazja do wywalczenia niepodległości poprzez zaangażowanie w ruch strzelecki. Dziwiła się, że ludzie woleli uciekać w przerażeniu, niż wziąć czynny udział w walce (Kozicka 2015, s. 21–22). Z tego powodu sama nie chciała opuszczać zagrożonego przez Rosjan Tarnopola. Pisała, że kobiety działały na rzecz Strzelców i żal jej było porzucać rozpoczęte prace. Odwiedzała rannych jeńców i rozdawała im ciepłą bieliznę, napoje i papierosy (tamże, s. 31, 42–43). Jabłońska również udzielała się w podobny sposób. W swoich zapiskach wspominała o zapasach odzieży zgromadzonej dla legionistów, ale być może z powodu innych bieżących spraw nie napisała na ten temat nic więcej.
Dąbrowska – jak wspominałam wcześniej – także była zwolenniczką ruchu strzeleckiego i późniejszych Legionów, w których walczyli jej mąż i jeden z braci. Popierała udział Polaków w walkach, pisząc: „Legiony – świadomy wysiłek, przyjmujący ofiarę nie jako dopust Boży, ale jako konsekwencję aktywnej postawy” (Dąbrowska 1988, s. 43). Mimo całej sympatii była zaniepokojona, gdy zobaczyła młodych ludzi w szeregach jednego z oddziałów: „Widok żołnierzy tego pułku był wzruszający. Nie wyobrażałam sobie, że to wszystko jest aż tak młode. Po prostu trudno uwierzyć, że na tych to barkach chłopięcych spoczywały tak długo te niesłychane zadania wojenne, jakie spełniali” (tamże, s. 60).
Zwolenniczek ruchu strzeleckiego, a później Legionów, było mniej więcej tyle samo, co przeciwniczek. Do tych drugich należały Jałowiecka-Belinowa, Nałkowska, Ostrowska, Konarska i Gajewska, które mieszkały w Królestwie Polskim, gdzie społeczeństwo było na ogół przychylnie nastawione do tych formacji[9]. Autorki uważały przede wszystkim, że służba w Strzelcach i Legionach, podobnie jak walka w armiach zaborczych, narażała na utratę życia wielu Polaków, zwłaszcza młodych, których łatwo było przekonać górnolotnymi hasłami i wielkimi ideami. Konarska (2019, s. 120) pisała: „To jest prawdziwa tragedia naszego położenia, nie dość, że mamy trzech wrogów zewnętrznych – jeszcze musiał czwarty przybyć, by już nas do reszty zgnębić”. Podobne zdanie miała Ostrowska (2014, s. 65–68): „I oprócz spotkania z konieczności, w trzech armiach walczących, jeszcze mają ochotnicy spotykać się na polach bitwy. Najokropniejszy z zamętów i bólów”. Na temat agitatorów, którzy zachęcali młodzież do wstępowania do Legionów, Jałowiecka-Belinowa (2014, s. 189) pisała wprost: „Oby ich powieszono!”. Konarska (2019, s. 122–123) zwróciła też uwagę na ryzyko związane z entuzjastycznym podchodzeniem do działalności ruchu. Obawiała się, że w pewnym momencie zniknie, a miejscowa ludność będzie zmuszona wziąć na siebie ewentualne kary i represje. Dopiero gdy poznała osobiście jednego z legionistów i ten wyjaśnił jej wiele kwestii związanych z ich działalnością, zaczęła wyrażać się o nim w bardziej wyrozumiały sposób (Konarska 2019, s. 240–242).
Nałkowska miała bardzo mieszane uczucia wobec omawianej sprawy. Z jednej strony dużo bliżej było jej do orientacji prorosyjskiej, z drugiej – współczuła żołnierzom, zdając sobie sprawę z niesprawiedliwości sytuacji, w której musieli się poświęcać. Rozważała przez jakiś czas dołączenie do grona sanitariuszek legionowych, ale – jak wyznała – uczyniłaby to wbrew swojej woli i tylko dlatego, że czuła się niepotrzebna (Nałkowska 1976, s. 394–395). Nie dała się również zwieść „legionowym reminiscencjom” i odwołaniom do XIX-wiecznej legendy Legionów Polskich we Włoszech. Pisała, że mundury strzelców były „szare, wcale nie zniszczone i bez tradycji” (tamże, s. 396). Na niekorzyść zadziałało też to, co usłyszała od przebywających w Warszawie żołnierzy. Opowiadali, czego dopuszczali się zarówno wobec przeciwnika, jak i wobec ludności cywilnej (zwłaszcza Żydów), a ona na tej podstawie konstatowała: „W duszy raz po raz odzywa się dziwny sentyment, że oto – po tylu latach – widzi się przecież swoich wojowników, a potem dreszcz odrazy, że są przecież tacy ostatecznie, jak inni” (tamże, s. 420).
Na temat Legionu Puławskiego w dziennikach pojawiła się tylko jedna wzmianka. Na wieść o projekcie jego utworzenia podekscytowana Gajewska zaczęła wyobrażać sobie powstające wojsko jako kontynuację tradycji z czasów wojen napoleońskich i Księstwa Warszawskiego. Jej nadzieje zostały szybko rozwiane, o czym pisała tymi słowy: „Legiony mają być rozwiązane po wojnie. Wobec tego nie warto się nimi zajmować” (Gajewska 2014, s. 78). Później w jej dzienniku poza jedną uwagą – że mundury legionistów rzekomo nawiązywały do historycznych modeli, ale jednak różniły się szczegółami i na guzikach były dwugłowe orły (tamże) – nie pojawiły się już żadne informacje na ten temat.
Nieco więcej miejsca w dziennikach poświęciły autorki na temat I Korpusu Polskiego w Rosji oraz jego dowódcy – gen. Józefa Dowbor-Muśnickiego. Romanowiczówna doceniała jego zasługi w walce z bolszewicką Rosją, ale nie była pewna, czy to dobrze, że próbował porozumieć się z Niemcami. Potocka (2014, s. 136) zaś, mimo niechęci do państw centralnych, pisała o tym porozumieniu w następujący sposób: „Ja go nie sądzę. Może nie mógł inaczej zrobić, może to nawet dobrze”. Z kolei Dąbrowska (1988, s. 99) dostrzegała w działaniach Korpusu szansę na samodzielne wytyczenie wschodniej granicy przyszłej Polski, ale obawiała się, że państwa zachodnie posłużą się wojskiem Dowbor-Muśnickiego, aby uspokoić sytuację w Rosji, i stracą nim zainteresowanie.

 

Codzienność

Problemy zaopatrzeniowe

Problemem, który zarówno w trakcie tej konkretnej wojny, jak i podczas wielu innych konfliktów zbrojnych dotknął większość społeczeństwa, były wszelkie niedostatki związane z zaopatrzeniem. W krajach dotkniętych działaniami zbrojnymi priorytetem stały się potrzeby wojska, co wymagało przestawienia gospodarki na tory wojenne. Szacuje się, że ok. 70% europejskich fabryk zostało nastawionych na produkcję militarną (Matera, Skodlarski 2003, s. 8). Pojawiły się problemy z żywnością – w niektórych miejscach wytwarzano jej nawet o 70% mniej w stosunku do stanu sprzed wybuchu wojny (Czekalski 2016, s. 450).
Już od pierwszych dni konfliktu ważną sprawą stały się pieniądze. Panika i brak rzetelnych informacji na początku sierpnia 1914 r. doprowadziły do sytuacji, w której obawiano się posiadania banknotów, ponieważ duże nominały utrudniały posługiwanie się nimi. Szybko pojawiły się również pogłoski, że może zabraknąć monet, co jeszcze bardziej zniechęciło ludzi do korzystania z papierowych pieniędzy. Poszukiwano więc możliwości rozmienienia ich na drobne. W niektórych miejscach, także wskutek tworzenia się plotek, niemożliwe było podjęcie gotówki w bankach (Borodziej, Górny 2014, s. 211). Na te problemy skarżyła się około połowa autorek – zarówno te mieszkające na terenie zaboru rosyjskiego, jak i osiedlone w zaborze austriackim. Część z nich ograniczyła się do zanotowania tego faktu, inne zaś opisywały sposoby radzenia sobie z takimi kłopotami. Konarska (2019, s. 119) pisała: „Najgorsza rzecz z tymi pieniędzmi – nic drobnych nie ma. W sobotę posłałam sporo jabłek na wieś do sprzedania. Dostałam za nie częściowo tylko monety, a reszta – jajka! Wraca więc handel wymienny”. Gajewska (2014, s. 34) natomiast skorzystała z możliwości rozmienienia banknotu sturublowego w biurze, w którym pracowała. Zauważyła też, że w Warszawie rozpoczął się proceder nieuczciwej zamiany pieniędzy. „Pomysłowi” mieszkańcy bogacili się, oddając zainteresowanym mniejszą kwotę, niż dostali. Z kolei Nałkowska (1976, s. 337) na początku podeszła do sprawy spokojnie. Pisała: „To, że w tym właśnie momencie paniki i ruiny zostałyśmy z trzema rublami, jest czymś dosyć normalnym i nie przeraża”. Kiedy jednak po kilku dniach jej matce udało się zdobyć w banku większy zapas gotówki, przyznała, że jej ulżyło, ponieważ nie trzeba było szukać pomocy wśród ludzi (Nałkowska 1976, s. 339–340).
Kolejnym problemem, z którym mierzyło się społeczeństwo i na który zwracały uwagę autorki dzienników, był znaczący wzrost cen. Prawie wszystkie kobiety pisały o drożyźnie, wielokrotnie wspominały o zmianach cen podstawowych produktów spożywczych oraz notowały informacje o tym, gdzie i u kogo można dokonać zakupów. Konarska (2019, s. 313) ostrzegała, że podczas podróży, zwłaszcza do miasta, należy mieć swoje zapasy żywności „zupełnie jak za dawnych czasów”. Unikało się bowiem dzięki temu zbędnych wydatków. Z kolei Dąbrowska, która w trakcie wojny przeniosła się do Warszawy, miewała gorsze miesiące, w których musiała korzystać z „taniej kuchni”. Radziła sobie jednak, o czym świadczy następujący fragment: „Mimo piętrzących się trudności i przykrości życiowych jestem w dziwnie pogodnym, ściszonym usposobieniu” (Dąbrowska 1988, s. 91).
Poza wysokimi cenami oraz utrudnieniami w posługiwaniu się pieniędzmi powszechnym problemem, który przywoływano na kartach dzienników, były braki podstawowych produktów – żywności, opału, nafty oraz odzieży. Mieszkająca w stolicy Gajewska (2014, s. 122), opisując nastrój mieszkańców, stwierdzała: „Starożytny Rzym wołał niegdyś: Panem et circenses, a współczesna Warszawa woła teraz: Chleba i nafty”.
Dokuczliwy był niedostatek mięsa, zwłaszcza tam, gdzie pojawiało się wojsko, które poprzez mniej lub bardziej sprawiedliwe rekwizycje odbierało ludności zarówno żywe zwierzęta, jak i mięsne wyroby. Radzono sobie różnie. Konarska (2019, s. 167) i Jałowiecka-Belinowa (2014, s. 196), żeby nie kupować drogiej wołowiny i wieprzowiny, starały się żywić rodzinę drobiem oraz drobną zwierzyną zdobytą podczas polowania (dominowały zające). Rodzina Nałkowskiej (1976, s. 435) hodowała króliki i sama pisarka przyznała, że w jej okolicy była to popularna praktyka. O zezwoleniu władz niemieckich w Warszawie na dopuszczenie do sprzedaży psiego mięsa Gajewska (2014, s. 164–165) pisała z oburzeniem, deklarując, że nie będzie go jeść. Z kolei ludność oblężonego Przemyśla, włącznie z Jabłońską (2017, s. 95 109-110), odkupywała mięsne ścinki i skrawki najpierw z rzeźni, a później z fabryki konserw. W kolejnych miesiącach dietę mieszkańców miasta zdominowała konina, ponieważ zaczęto masowo zabijać te zwierzęta z powodu trudności w ich wyżywieniu.
Brakom innych produktów spożywczych autorki dzienników nie poświęcały aż tyle miejsca, choć o nich wspominały. Problemy starano się rozwiązywać na różne sposoby. Część kobiet korzystała z zapasów wojska, z którym miała styczność. Nie wahały się tego robić, ponieważ zdawały sobie sprawę, że przetrwanie jest ważniejsze niż uprzedzenia. Jak pisała Ostrowska (2014, s. 99): „Tutaj gromadzą magazyny żywności, nawet mnie proponowali odstąpić kaszy, co ze skwapliwością przyjmuję”. Ponadto kobiety handlowały zarówno z wojskiem, jak i z ludnością cywilną, starając się dysponować zapasami swoich spiżarni tak, aby zdobyć nowe potrzebne produkty, ale jednocześnie nie stracić za dużo własnego zaopatrzenia. Gajewska jeździła latem do rodziny na wsi, gdzie nie tylko odpoczywała, ale też korzystała z zaproszeń na przyjęcia i kolacje. Pisała o nich, że wręcz raziły obfitością na tle wojennej rzeczywistości, ale dla „wygłodzonych warszawiaków” była to miła odmiana (Gajewska 2014, s. 198).
Potocka, której z niedostatkiem przyszło się zmierzyć dopiero w 1918 r., wspominała o zbieraniu żołędzi na kawę. Jest to jeden z zamienników, który upowszechnił się podczas wojny. W taki sposób starano się rozwiązywać problemy z niewystarczającą ilością żywności. Rozmaitymi składnikami zastępowano np. część mąki w chlebie, a w produkcji wędlin stosowano jako wypełniacz zmielone ścięgna (Borodziej, Górny 2014, s. 170).
O tym, jak istotną kwestią podczas wojny była żywność świadczy też fakt, że w zapiskach dotyczących obchodzenia świąt najwięcej jest informacji o potrawach (lub ich braku). Często autorki dzienników oceniały je, pisząc, jak by one wyglądały, gdyby nie istniejący konflikt. Gajewska (2014, s. 244) szczerze przyznawała: „W ogóle wszelkie sprawy ustępują teraz gastronomii. W pierwsze święto byłam na nudnym, ale dobrym obiedzie, a w drugie na nudnej, ale dobrej kolacji. Oto są ideały chwili obecnej”.
Ważnym problemem był też długotrwały brak opału oraz środków niezbędnych do oświetlania pomieszczeń. Na kartach dzienników pojawiały się informacje o braku węgla, nafty i spirytusu oraz o zakazie wyrębu drzew, przy czym autorki znów w dużej mierze ograniczyły się do krótkich notatek na temat stanu zaopatrzenia lub dostępności poszczególnych towarów. Więcej napisała np. Kozicka, która wspomniała o nierozsądnym nakazie władz rosyjskich w zdobytym Tarnopolu – zobligowano mieszkańców, aby z okazji różnych wydarzeń palić w oknach świece, których i tak brakowało. Używano więc najtańszych i najgorzej palących się świeczek wytworzonych z łoju (Kozicka 2015, s. 39). Konarska (2019, s. 167) natomiast, mimo świadomości, jak istotne jest oszczędzanie zapasów, pisała: „O naftę i spirytus do lamp bardzo trudno, oświetliliśmy jednak dom, żeby w tej jasności zapomnieć o troskach codziennych”. Ostrowska (2014, s. 99) bardziej niż o siebie i swoją rodzinę martwiła się o mieszkańców swojego majątku i często notowała, że ostra zima oznaczałaby wiele cierpienia. Dodawała jednak, że radzono sobie, wydobywając torf. Nałkowska również dostrzegała problemy, których przysparzał osobom uboższym brak opału. Na własne oczy widziała ludzi stojących przez wiele godzin na mrozie w kolejkach po chleb i im współczuła. Sama też doświadczała kłopotów w tej materii – zaznaczała w dzienniku, że jej dom został pozbawiony gazu i elektryczności i często musiała ogrzewać się futrami. Warto tutaj podkreślić, że brak oświetlenia dla osoby, która utrzymywała się z pisania musiał być szczególnie uciążliwy. Nałkowska (1976, s. 409) zmuszona była kupować drogie świece i oszczędnie nimi gospodarować. Jabłońska (2017, s. 282) natomiast zimą 1914/1915 r. zrezygnowała z rozpalania w kuchennym piecu i używała do gotowania oraz ogrzewania tylko tego, który znajdował się w sypialni.
Złe warunki potrafiły być jednak na swój sposób inspirujące. Gajewska (2014, s. 244), której trudno odmówić trzeźwego spojrzenia na świat, zanotowała bowiem w swoim dzienniku taką opowieść: „Niedawno, patrząc w biurze, jak szyby zamarzają, napisałam parę strofek, które wydrukowali w »Kurierze«, ale wyrzucili z nich słowo głód, zapewne w myśl zasady, że są rzeczy, o których się nie mówi”. Kobieta miała też swoje metody na przetrwanie godzin popołudniowych, w których dla oszczędności nie oświetlano pomieszczeń. Wykupiła abonament w bibliotece i spędzała tam ten czas, łącząc przyjemne z pożytecznym.
Część kobiet w swoich dziennikach zwracała uwagę na problemy związane z odzieżą oraz różnymi elementami ubioru (np. obuwiem, nakryciami głowy). W wojennej sytuacji zdecydowana większość autorek nie zwracała uwagi na aktualną modę, a jeśli już o niej pisały, to w sposób negatywny. Konarska (2019, s. 313) pod koniec 1916 r. pisała np., że jej znajoma jest „wystrojona jak z żurnalu, spódniczka prawie do kolan”. Z kolei na początku tego samego roku Kozicka krytykowała mieszkanki Tarnopola, ponieważ były pochłonięte studiowaniem pism o modzie i dostosowywaniem swoich ubiorów do ich wymagań[10], podczas gdy w trudnej sytuacji wojennej istniało wiele poważniejszych problemów. Nowe kreacje w takich warunkach były zresztą bardzo drogie. Kozicka (2015, s. 100) podsumowała tę sprawę następująco: „To tylko pewne, że ze wszystkich nieśmiertelnych rzeczy na świecie, najnieśmiertelniejszą jest moda”.
Dużo bardziej istotne było zapewnienie sobie i bliskim ubrań, zwłaszcza na zimowe miesiące. Ceny zarówno materiałów, jak i gotowych wyrobów były wysokie. Kobiety starały się więc radzić sobie, np. przerabiając stare ubrania. Gajewska (2014, s. 188) uszyła sobie letnią sukienkę ze znalezionego „starego szlafroka jedwabnego, po jakichś praciotkach”. Podobnie postępowała Jabłońska (2017, s. 205) – produkowała ciepłą bieliznę, wykorzystując płócienne worki po zbożu. Jako jedyna wspomniała też o naprawach odzieży (Jabłońska 2017, s. 138), aczkolwiek brak wzmianek na ten temat u innych autorek niekoniecznie musi oznaczać, że tego nie robiono. Przeciwnie – prawdopodobnie odnawianie ubrań było czymś zupełnie normalnym i oczywistym jeszcze przed wojną i dlatego nie poświęcano mu uwagi na kartach dzienników.
Czasem sytuacja zmuszała kobiety do kupowania gotowych wyrobów krawieckich. Nałkowska po dłuższym czasie unikania wychodzenia z domu za dnia z powodu posiadania wyłącznie starego futra z renifera zdecydowała się na odświeżenie garderoby. Kupiła nowy płaszcz i kapelusz, ale podczas zakupów była chora i nie udało się jej wytargować lepszej ceny (Nałkowska 1967, s. 277–378). Jabłońska (2017, s. 235) ze zgrozą pisała, że musiała kupić ciepłe buty na zimę i że był to dla niej duży wydatek. Gajewska natomiast, opowiadając o nabyciu nowego kostiumu, stwierdzała z satysfakcją, że znaczną część ceny zapłaciła dzięki sprzedaży starego ubrania. Z kolei dzięki zbyciu zachowanych „na czarną godzinę” złotych rubli kupiła „prześliczne buty, żółte, bardzo wysokie, najpiękniejsze buty, jakie kiedykolwiek w życiu miała[m]” (Gajewska 2014, s. 262). Stwierdziła przy tym, że takie transakcje są możliwe tylko podczas wojny europejskiej, ponieważ w normalnych warunkach uważałaby takie obuwie za wielki zbytek, ale że zapracowała na nie i zaoszczędziła, to czuje się usatysfakcjonowana.
Mimo wojennych trudności oraz konieczności dbania przede wszystkim o sobie część autorek – jak już wspominałam – starała się wspierać potrzebujących, dzieląc się swoimi zapasami. Konarska (2019, s. 182) pisała, że mieszkańcy wsi przychodzili do niej prosić o pomoc, którą często otrzymywali, chociaż kobieta musiała zarządzać spiżarnią tak, aby wyżywić rodzinę oraz służbę i jeszcze mieć coś na sprzedaż. Podobnie sytuacja wyglądała u Potockiej (2014, s. 168), która widząc nędzę chłopów z majątku, również starała się spełniać ich prośby o wsparcie materialne. Ostrowska (2014, s. 118) z okazji Wielkanocy rozdawała ubogim żywność i drobne podarki. Jabłońska (2017, s. 90, 131, 152, 168, 175, 188) mimo naprawdę trudnej sytuacji życiowej (była kobietą starszą, schorowaną i osiedloną w obleganej twierdzy Przemyśl) także nikomu nie odmawiała pomocy. Przychodzili do niej zarówno znajomi, jak i osoby obce przebywające w mieście. O wsparcie prosili też wojskowi, z którymi mieszkała. Na porządku dziennym było dożywianie żołnierzy w domu i na ulicach – zdarzało jej się wychodzić na spacer z dużym kawałkiem chleba w kieszeni, aby karmić po drodze tych, którzy prosili o jedzenie (Jabłońska 2017, s. 168, 175). Na uwagę zasługuje też to, że oddawała swoje porcje mięsa psu, by nie głodował.

 

Praca

W dziennikach temat pracy pojawiał się na tyle często, że warto zwrócić na niego uwagę. Należy jednak zaznaczyć, że w tym przypadku należy ją rozumieć szerzej, niż tylko jako działalność związaną z etatem i wynagradzaną określoną pensją. Dużo częściej aktywność kobiet była związana z prowadzeniem domu, organizacją lub współorganizacją funkcjonowania majątku ziemskiego, z dorywczymi zajęciami pozwalającymi uzupełnić domowy budżet lub z działalnością charytatywną. Wykonywanie takich zadań było w tamtym czasie normą (por. Rzepniewska 1995, s. 29–50; Kowecka 1997, s. 151–157; Molik 1997, s. 181–190; Hoff 2000, s. 245). Jedyną autorką aktywną zawodowo była Gajewska (2014, s. 11), która przez cały okres wojny była zatrudniona na etacie – do 1917 r. pracowała w biurze zajmującym się handlem winem, a później – w znanej firmie Braci Jabłkowskich. W międzyczasie wykonywała dodatkowe zlecenia, aby wesprzeć finansowo rodzinę. Przykładowo: w 1915 r. objęła obowiązki sekretarki w Towarzystwie Wyższego Wykształcenia Handlowego Kobiet, pisała też na zamówienie broszury handlowo-buchalteryjne i prowadziła pogadanki o historii Polski (Gajewska 2014, s. 145). Starała się dostrzegać pozytywne cechy zmian wywołanych wojną. Kiedy na samym początku konfliktu zmniejszono jej etat, napisała, że będzie to dla niej szansa na odpoczynek i samorozwój. Plan rzeczywiście udało się jej zrealizować, ponieważ w późniejszym czasie szkoliła się w językach obcych, doskonaliła umiejętność szycia i zapisała się na kurs stenografii, uważając, że może takie kompetencje mogą się przydać w przyszłości (tamże, s. 238).
Specyficzna była natomiast sytuacja pisarek – Dąbrowskiej i Nałkowskiej. Wolny zawód z jednej strony dawał swobodę decydowania o tym, co się tworzyło, ale z drugiej nie gwarantował stałego dopływu pieniędzy. Nałkowska zauważyła, że w trakcie konfliktu zbrojnego jest większy popyt na teksty o rzeczach aktualnych, co jej nie odpowiadało. Towarzystwo Literatów i Dziennikarzy podsumowała następująco: „Tam wojna działa dość prosto i płytko, piszą wiersze okolicznościowe, w miarę patriotyczne, wierzą w lepszą przyszłość” (Nałkowska 1976, s. 372). Obawiała się też poruszania tematu Legionów, ponieważ czuła się osamotniona w krytycznej postawie wobec tej formacji. Mimo tego uważała, że nie powinna rezygnować z tworzenia, ponieważ stwierdzała wprost: „jest to jedyna życiowa moja podpórka” (tamże, s. 406). Od czasu do czasu udawało jej się coś opublikować, np. na początku 1916 r. w dodatku do czasopisma „Świt” ukazała się część Charakterów wydanych jako całość w 1922 r. (tamże, s. 417–418). W tym samym czasie pracowała nad nowelą Tajemnice krwi (Kirchner 2011, s. 158). W 1917 r. dostała zlecenie na powieść. Ucieszyło ją to głównie ze względu na korzyści finansowe. Zdarzyło jej się bowiem przyznać, że największy wkład w budżet domowy miała praca jej matki. Pisarka miała więc świadomość, że w takich czasach część autorów sprzedaje się dobrze, a inni źle i ona należała do tej drugiej kategorii. Podkreślała jednak, że w trakcie wojny nie należy się zbytnio tym przejmować (Nałkowska 1976, s. 456). Jej również zdarzało się więc szukać prac dodatkowych, np. pod koniec 1915 r. została wykładowczynią w gimnazjum dla dziewcząt, ale szybko z tego zrezygnowała, ponieważ praca okazała się żmudna i mało interesująca (tamże, s. 413). Dąbrowska natomiast również zajmowała się podczas wojny pisaniem. W dzienniku wspominała o tworzeniu wydanego już po wojnie zbioru opowiadań pt. Dzieje naszej ojczyzny (Dąbrowska 1988, s. 59). Dąbrowska prowadziła swego rodzaju badania, przygotowując się merytorycznie do pracy nad wspomnianą książką. Poza pisarstwem, podobnie jak Nałkowska, wykonywała zajęcia dorywcze związane z jej zainteresowaniami i poglądami (zob. Drewnowski 2000). Była chociażby współredaktorką dwutygodnika „Polska Ludowa” i prowadziła działalność patriotyczno-propagandową w Częstochowie oraz w okolicznych wsiach. W 1918 r. podjęła pracę w Ministerstwie Rolnictwa i Dóbr Państwowych i – jak sama stwierdziła – była to „robota i ciekawa, i absorbująca” (Dąbrowska 1988, s. 110).
Drugą grupę stanowiły kobiety, które nie pracowały zawodowo, ale zajmowały się domem i najbliższymi, co łączyło się z pomaganiem w zarządzaniu rodzinnym majątkiem ziemskim. Wśród autorek dzienników były to: Konarska, Ostaszewska, Jałowiecka-Belinowa i Ostrowska. Do ich obowiązków należało m.in. troszczenie się o stan spiżarni. W warunkach wojny było to szczególnie istotne zajęcie, ponieważ od zarządzania zapasami zależało przetrwanie całej rodziny. Wszystkie wymienione kobiety były też świetnie zorientowane w planowaniu prac gospodarskich i polowych. Pisały chociażby o tym, kiedy kopie się kartofle, kiedy przypada czas zasiewów i żniw, a także troszczyły się o stan żywego inwentarza. Czuły się również odpowiedzialne za mieszkańców wsi. Czas wojny przysparzał im zmartwień, ale żadna z nich nie myślała o poddaniu się i biernym obserwowaniu wydarzeń. „Wierni jesteśmy zasadzie, że póki można, pchać trzeba swoją taczkę i starać się utrzymać życie w normalnej pracy” – uważała Ostrowska (2014, s. 80-81). Należy dodać, że trzy pierwsze spośród wspomnianych na początku akapitu kobiet były matkami i na nie spadał obowiązek opieki nad dziećmi. Temat ten istnieje w dziennikach tylko w postaci krótkich wzmianek, które najczęściej dotyczyły troski o potomstwo w trudnych warunkach wojennych.
Ostatnim rodzajem pracy, który można przypisać autorkom analizowanych dzienników, była aktywność charytatywna podejmowana w związku z potrzebami żyjącego w czasie konfliktu społeczeństwa. Kozicka (2015, s. 31, 42) opiekowała się rannymi żołnierzami z Legionów i armii austro-węgierskiej, którzy przebywali w szpitalu w Tarnopolu (byli jeńcami rosyjskimi po zdobyciu przez nich miasta). Z kolei Jabłońska (2018, s. 80, 121, 153, 167) w Przemyślu skupiała się głównie na dostarczaniu wojsku żywności i napojów. Romanowiczówna zaś w Lidze Kobiet, ale ze względu na wiek i stan zdrowia jej funkcja była raczej reprezentacyjna. Pisała nawet, że gdyby była młodsza o 20 lat, zaangażowałaby się bardziej (Romanowiczówna 2005, s. 262-263). Gajewska (2014, s. 62) zaś, mając dodatkowy czas wolny po obcięciu etatu, rozważała: „Namyślam się czas jakiś, w jaki sposób mam użyć tych paru godzin, które chcę ofiarować dla celów altruistycznych. Sanitariuszką nie będę, bo to się teraz stało nieomal modnym sportem. Rozlewanie zup i skubanie szarpi wydaje mi się zbyt błahym”. Ostatecznie zdecydowała się uczyć ubogie dzieci z okolicy i rzeczywiście jakiś czas później pisała, że zgodnie z zamiarem edukuje biednego chłopca (Gajewska 2014, s. 69). Warto zauważyć, że działalnością charytatywną zajmowały się wyłącznie kobiety, które miały odpowiednie warunki i czas. Wszystkie mieszkały w miastach, były bezdzietne, część z nich było pannami i nie musiały zajmować się prowadzeniem domu.
Specyficznym rodzajem pracy, którą można do pewnego stopnia określić z jednej strony jako charytatywną, a z drugiej – jako zarobkową (choć nie bardzo opłacalną), parała się Jabłońska (2018, s. 71). Na początku wojny na prośbę kuzynki przeniosła się bowiem do Przemyśla, by zarządzać tam nieruchomościami kuzynki, która była chora i potrzebowała odpoczynku, a jej mąż został powołany do wojska. Autorka dziennika przebywała w tym mieście do połowy 1915 r., a jej zapiski z tego czasu to w dużej mierze opis tego, z czym się zmagała, biorąc na siebie to odpowiedzialne zadanie. Odpowiadała za stan kamienic, musiała nadzorować pracę stróża i zbierać czynsz od osób, które w wojennych warunkach często nie miały pieniędzy. Dodatkowym utrudnieniem było to, że w części pomieszczeń kwaterowało wojsko nierzadko wyrządzające szkody, niszczące i dekompletujące wyposażenie.

 

Czas wolny

Analizowane dzienniki zawierają dużo interesujących opisów dotyczących czasu wolnego. Warto zaznaczyć, że autorki stanowiły grupę osób, które nawet w trakcie wojny miały możliwość odpoczynku i (zwykle) mogły pozwolić sobie na spędzanie chwil bez pracy zgodnie z własnymi upodobaniami. Należały wszak do warstwy bardziej zamożnej niż przeciętni obywatele.
Jak wynika z analizowanych źródeł, podstawową formą rekreacji było spędzanie czasu z innymi ludźmi. Świadczy o tym fakt, że wszystkie kobiety odnotowywały w swoich zapiskach, jakich gości przyjmowały oraz gdzie same udawały się z wizytą. Nie powinno to dziwić, ponieważ w sytuacji wojny drugi człowiek stawał się cennym źródłem informacji, a przynależność do większej grupy mogła dodatkowo zwiększać poczucie bezpieczeństwa. Konarska (2019, s. 128) już w sierpniu 1914 r. zauważyła: „Swoją drogą nigdy sąsiedzi nie byli tak skorzy do odwiedzania się jak w obecnych czasach”. Opisywała też sytuację, gdy w jej domu zebrali się znajomi z okolicy, by „biadać i radzić nad tym, co nas czeka” (Konarska 2019, s. 112). Obecność innych doceniała też Kozicka (2015, s. 61), której kontakty towarzyskie pomagały przetrwać pierwsze miesiące rosyjskiej okupacji Tarnopola. Pisała: „Samotnie spędzane wieczory w naprężeniu i nudzie, męczą ludzi. Jakże błogosławię los, że u nas są stale nasi goście, którzy zaraz po zajęciu Tarnopola zamieszkali z nami!”.
W domowym zaciszu spędzano czas na grach towarzyskich (grano np. w karty), wspólnym czytaniu oraz dyskusjach. Te ostatnie szczególnie ciekawie opisuje Gajewska, która jesienią 1915 r. razem z siostrą zaczęła organizować wieczory dyskusyjne, podczas których gromadzono się w większej grupie u różnych osób, wygłaszano referaty i rozmawiano o nich. Czasem dodatkiem były tańce, wspólne śpiewy i recytacje. Autorka zauważyła, że ten rodzaj rozrywki był bardzo popularny, ponieważ w trakcie wojny pożądano takich form spędzania czasu, które nie wymagały dużych nakładów finansowych i wielkich przygotowań: „Teraz jest wojna; życie towarzyskie obumarło, ludzie są zbiedzeni i przygnębieni, ale ostatecznie chcą jeszcze żyć” (Gajewska 2014, s. 134).
Niezwykłą rzadkością były bale, rauty i przyjęcia, a więc spotkania bardziej formalne i wymagające przygotowań. Na ten temat najwięcej do powiedzenia miała Konarska, która kilka razy w trakcie wojny opisywała takie wydarzenia – organizowane przez nią lub jej znajomych. Z jednej strony były to dla niej okazje do oderwania się od trudnych doświadczeń, z drugiej jednak strony miała pewne wątpliwości: „Co prawda… to nie powinno być – za poważne są czasy na takie fety, a niefrasobliwość ludzka, właściwie polska – doprawdy zbyt wielka. I to ze wszystkich stron słyszy się o przyjęciach, tańcach…” (Konarska 2019, s. 249). Dąbrowska (1988, s. 58) również, korzystając z zaproszenia od znajomych, brała udział w pewnym spotkaniu, o którym pisała z pewną krytyką: „I wina, owszem, dosyć się lało, choć Stella mówi, że to skromne było przyjęcie w porównaniu z tym, co po majątkach jest na porządku dziennym”. Z kolei Ostrowska (2014, s. 120) zanotowała tylko raz, że zdarzył się w jej domu „rodzaj rautu”, kiedy to na podwieczorku zjawiło się kilkoro znajomych.
W czasie wojny doceniano też kontakt z przyrodą – zarówno na wsi, jak i w mieście spacery były pożądaną formą odpoczynku, ponieważ wymagały tylko dobrych warunków pogodowych. Konarska (2019, s. 149) i Potocka (2014, s. 172-173) wybierały się też na polowania, które poza dostarczaniem rozrywki miały też walor praktyczny – pozwalały rozszerzyć dietę o nowe rodzaje mięs. Gajewska obcowanie z przyrodą traktowała jako aktywność niezbędną do zachowania równowagi psychicznej: „Człowiek umierający z pragnienia, i rzucony na brzeg wielkiej rzeki, byłby zapewne podobnym do mnie w tej chwili. Odczuwam teraz dopiero tę smutną prawdę, że całe dwa lata nie byłam na wsi i rozkoszuję się wprost istnieniem. […] Od tygodnia chodzę co dzień z rana na skraju ogrodu, do którego przytyka szumiący łan żyta i leżąc na wygrzanej słońcem trawie wchłaniam w siebie zapach kłosów. Jest to kuracja, jaką sobie przepisałam” (Gajewska 2014, s. 97–98).
Czas wolny wypełniano też kontaktem z kulturą i mimo wojny były ku temu warunki. Należy oczywiście pamiętać, że rozrywki takie, jak teatr czy opera, dostępne były tylko dla osób, które mieszkały w dużych miastach i które było stać na coś, co zazwyczaj nie jest podstawową potrzebą. Wśród autorek dzienników trzy były warszawiankami – Nałkowska, Dąbrowska[11] i Gajewska. Ta ostatnia w pewnym momencie zrezygnowała z dojeżdżania tramwajem do pracy, a zaoszczędzone pieniądze wydawała na teatr, ponieważ twierdziła: „mój wysuszony intelekt chciwie [tego] się domaga” (Gajewska 2014, s. 250). Warto zaznaczyć, że po zajęciu stolicy przez Niemców kobiety zyskały możliwość zobaczenia sztuk, które do tej pory były zakazane w zaborze rosyjskim, czyli np. Kordiana Juliusza Słowackiego. O tym właśnie spektaklu pisały zarówno Gajewska, jak i Dąbrowska. Z oferty kulturalnej Warszawy skorzystała też Jałowiecka-Belinowa (2014, s. 186), która w trakcie podróży zatrzymała się w tym mieście i wybrała się z mężem i znajomymi na przedstawienie W szponach pruskich. Z zapisków z dziennika wiemy, że nie była zadowolona z tego, co obejrzała – raziła ją skrajnie antyniemiecka reakcja publiczności, która jej zdaniem najwyraźniej zapomniała o krzywdach, jakich Polacy doznali również z rąk Rosjan.
Autorki mieszkające w majątkach na wsi raczej nie pisały o podobnych wydarzeniach i atrakcjach. Wyjątkiem była jednak Potocka, ponieważ jej pałac był ośrodkiem, w którym organizowano dla domowników oraz znajomych z okolicy amatorskie występy: przedstawienia, deklamacje i koncerty (Potocka 2014, s. 62, 68, 70).
Czas wojny Dąbrowska, Gajewska i Nałkowska potraktowały też jako okazję do aktywności, którą współcześnie można nazwać mianem „rozwój osobisty”. Dwie ostatnie uczyły się języków obcych, a autorka Nocy i dni rozwijała talenty plastyczne, malując, rysując i robiąc wycinanki. Wszystkie czytały dużo książek – Nałkowska w swoim dzienniku zamieszczała nawet krótkie recenzje z każdej lektury. Gajewska (2014, s. 75) starała się rozszerzać czytelniczy repertuar o pozycje z odległych krajów, np. z Chin. Stwierdzała jednak, że „nasze poznanie literatury powszechnej z odczytaniem nieznanych nam utworów wszechświatowych przeciągnie się zapewne dłużej niż wojna europejska”.
Formy spędzania czasu wolnego stanowił sposób na oderwanie się od rzeczywistości, codziennych trosk i niepokojów. „Pocieszamy się jak możemy” – wspominała Konarska (2019, s. 149). Podobnie interpretowała to Potocka (2014, s. 40): „Długi spacer po lasach […]. Uciekliśmy na chwilę z atmosfery niepokoju w jakiej żyjemy”, „Wszyscy gorączkowo staramy się rozerwać. Nie trzeba myśleć” (Potocka 2014, s. 63). Kozicka (2015, s. 61) z kolei opowiadała o tym, że w trudnym momencie oczekiwania na zmianę sytuacji politycznej i wyswobodzenie miasta przez państwa centralne nawet polowanie na mysz – odpowiednio „urządzone” – stało się dla niej i domowników rodzajem atrakcji i dobrze wpłynęło na nastroje. Gajewska (2014, s. 225) w chwili kryzysu zaczęła nawet uczęszczać z siostrą na lekcje tańca „z rozpaczy i żeby się trochę zagłuszyć”. Najwidoczniej był to dobry pomysł, ponieważ niedługo później pisała: „Taniec teraz, to zastrzykiwanie sobie morfiny” (Gajewska 2014, s. 225).

Świętowanie i religia

Celebrowanie różnego rodzaju świąt i ważnych dat świeckich i religijnych było mimo konfliktu zbrojnego obecne w życiu ludzi. Dawało pewne poczucie powrotu do czasów sprzed wybuchu wojny i jednocześnie stanowiło formę ucieczki od realiów dnia codziennego. Jest to zauważalne w badanych dziennikach. Jak już wspominałam, niezależnie od okazji autorki zapisków sygnalizowały, że obchody świąt były skromniejsze i bardziej stonowane niż przed wojną. Z całą pewnością wynikało to z konieczności dostosowania się do nowych warunków – brakowało niezbędnych towarów, z rozmaitych powodów cała rodzina i znajomi nie mieli możliwości zebrania się razem, czasem brakowało też odpowiedniego samopoczucia. W większości przypadków jednak autorki wraz z bliskimi starały się nie rezygnować ze świętowania.
Można jednak dostrzec pewne wyjątki związane z trzema kobietami – Nałkowska, Jabłońska, Kozicka i Jałowiecka-Belinowa. Pierwsza z nich po prostu nie wspominała w dzienniku o żadnych ważnych datach. Jedynie raz zdarzyło jej się zanotować informację, że danego dnia miała urodziny, przy czym nie poświęciła im większej uwagi (Nałkowska 1976, s. 363). Druga z kolei nie miała z kim celebrować istotnych wydarzeń, ponieważ była daleko od rodziny, a ponadto w okresie oblężenia Przemyśla stan jej zdrowia się pogorszył. Wolała skupić się więc na wspominaniu ostatniego Bożego Narodzenia, które spędziła z mężem, i „uciec” na cmentarz, gdzie był pochowany (Jabłońska 2018, s. 286-287). Pisała jednak o duchowym wymiarze różnych świąt (powrócę do tego wątku w dalszej części tekstu). Z kolei dziennik Jabłońskiej, chociaż jest obszerny, dotyczy krótkiego fragmentu wojny i notatki kończą się latem 1915 r. To sprawia, że nie sposób dowiedzieć się, jak wyglądała kwestia świętowania w kolejnych latach. Zapiski Kozickiej natomiast, choć dłuższe o rok, zawierają jeszcze mniej informacji o tej sferze życia. O Wielkanocy w 1915 r. napisała tylko tyle: „Święta przeszły cicho i ponuro, mimo ślicznej pogody. […] Bieda powszechna, wiktuałów brak i pieniędzy nie ma” (Kozicka 2015, s. 60–61). Można taki opis potraktować jako pewną wskazówkę, jeśli chodzi o milczenie autorki – być może brak dobrych warunków w połączeniu z rzadkimi okazjami na przestrzeni dwóch lat spowodowały lukę w jej opowieści. Jałowiecka-Belinowa zaś opisała tylko pięć pierwszych miesięcy wojny nie wspominając o żadnym bardziej uroczystym dniu[12].Świętowano przede wszystkim imieniny i zwykle w dziennikach przywoływano tę okazję wtedy, gdy dotyczyła ona samej autorki lub jej bliskich, aczkolwiek Konarska wspominała imieniny znajomej, w ramach których odbyła się zabawa ze strojami balowymi, muzyką i tańcami (Konarska 2019, s. 249). Najczęściej w zapiskach charakteryzowano osoby, które pojawiły się podczas wydarzenia, oraz sposób świętowania okazji. Autorki zgodnie zaznaczały przy tym, że celebrowano je skromniej niż przed wojną. Czasem dodatkowo wspominały o upominkach wręczanych bohaterowi/bohaterce dnia, które bywały raczej symboliczne lub praktyczne. Gajewska (2014, s. 261) w październiku 1917 r. pisała, że w ramach prezentu dostała dwie młode kury.
Znacznie rzadziej pojawiały się informacje o uroczystym witaniu Nowego Roku. Jeśli w ogóle zdarzały się na ten temat jakieś zapiski, to były to krótkie notatki. Kobiety bardziej niż na sposobach świętowania, skupiały się bowiem na zupełnie zrozumiałym w ich sytuacji pytaniu o to, co przyniesie nowy rok.
O innych okazjach praktycznie nie wspominano w analizowanych dziennikach. U Gajewskiej (2014, s. 143) tylko raz pojawiła się wzmianka o wróżbach andrzejkowych. Należy jednak zauważyć, że ta autorka przykładała wagę do dwóch ważnych dat z historii Polski – do wybuchu powstania listopadowego i uchwalenia Konstytucji 3 maja. Brała więc udział w obchodach związanych z tymi wydarzeniami, była też zaangażowana w przygotowanie stosownego spektaklu dla znajomych i rodziny z okazji 29 listopada. Inne kobiety nie wspominały w swoich dziennikach o podobnych praktykach.
Jeśli chodzi o święta religijne, to najwięcej zapisków pojawiło się w kontekście Bożego Narodzenia oraz Wielkanocy. Większość autorek starała się celebrować te okazje, nawet jeśli trzeba było zrezygnować z „przedwojennego” standardu. W grudniu 1915 r. Gajewska (2014, s. 148) pisała: „Wczoraj była taka Wigilia, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie pamiętam: bez ryb, bez siana i bez choinki. Szczególniej bez choinki!”. Warszawianka wspominała też o ciastach, które udało jej się upiec na Wielkanoc, a sukces był tym większy, że do ich zrobienia potrzebna była mała liczba jaj (tamże, s. 84). Z kolei Ostrowska (2014, s. 117–118) przygotowane na tę okazję wypieki określała jako „chude”, ale cieszyła się, że w ogóle jakieś były, ponieważ w okolicy obowiązywał wydany przez władze niemieckie zakaz pieczenia ciast.
Można zauważyć, że większość autorek pomijała aspekt religijny świąt. W zapiski zwykle skupiały się bowiem na kwestiach kulinarnych oraz „towarzyskich”, ponieważ odnotowywały, w jakim gronie spędzały czas. Ilość wzmianek o dwóch wymienionych powyżej świętach (nawet jeśli notatki są krótkie, z niewielką ilością informacji) dowodzi, jak ważne były dla kobiet te wydarzenia, skoro zawsze pamiętały, aby poświęcić im miejsce w dziennikach. Pozostałe ważne okazje, takie jak Zielone Świątki, Boże Ciało, Zaduszki, dni poświęcone poszczególnym świętym czy odpusty w parafii, nawet jeśli w rzeczywistości były celebrowane częściej, to w zapiskach pojawiały się bardzo rzadko.
Wypada zaznaczyć, że autorki były osobami wierzącymi, podobnie jak zdecydowana większość Polaków w tamtym czasie. Tylko Kozicka deklarowała się jako niewierząca, choć nie poruszyła tego tematu w dzienniku, lecz w spisanych pod koniec życia wspomnieniach (Kozicka 2015, s.72, 80).
W analizowanych dziennikach można odnaleźć fragmenty dotyczące wiary i praktyk religijnych. Przede wszystkim zauważalne jest to, że prawie wszystkie kobiety odnotowywały informacje o mszach i nabożeństwach, na które uczęszczały. Czasem opisywały wyjątkowo dobre kazania, chwaląc ich treść, zwłaszcza pod kątem użyteczności w wojennych czasach: „Ksiądz miał bardzo dobre, serdeczne kazanie. Prosił ludzi, żeby się spokojnie zachowywali, żeby zajęli się robotą, nie wpadali w przygnębienie, żeby wreszcie w razie nadejścia nieprzyjaciela, zachowali spokój zupełny” (Jałowiecka-Belinowa 2014, s. 177). W innym miejscu czytamy: „Często, kiedym najbardziej przybita klęskami spadającymi na nasz naród, spotykam słowa Boskie, które podnoszą upadający mój duch i rozbudzają zaufanie w Boga” (Potocka 2014, s. 135).
W części dzienników pojawiły się również informacje o korzystaniu z sakramentów (takich, jak komunia, spowiedź) postrzeganych przez niektóre autorki jako rodzaj wzmocnienia w trudnych czasach. Romanowiczówna (2005, s. 258) opisywała to następująco: „Mnie znowu łaska Boża dźwiga i trzyma. Dziś byłam u Komunii Św. więc czuję się silną i na wszystko gotową i obok wielkiego cierpienia, mam w duszy niebiańskie szczęście”. Podobne zdanie na temat „pełnego” udziału w mszy miała Ostaszewska (2016, s. 53): „Byłam dzisiaj z dziećmi do spowiedzi św. i komunii, by nabrać otuchy na dalsze walki z życiem, przykrościami”. Potocka (2014, s. 106) z kolei dostrzegała źródło wsparcia w rekolekcjach, które odbywały się u jej znajomej: „Ojciec Rostworowski, jezuita, miewa nauki bardzo piękne, bardzo głębokie. Wracam od nich uspokojona, wzmocniona”.
Poza murami kościoła praktykowano również indywidualną modlitwę. Intencjami najwcześniej wspominanymi w dziennikach były: szybki koniec wojny, szczęśliwy powrót z frontu i ochrona bliskich przed rozmaitymi skutkami konfliktu. W zapiskach odnaleźć można też wiele bezpośrednich zwrotów do Boga, które prawdopodobnie wynikały z silnych emocji, czasem przypominających egzaltację: „Boże, Boże! więc powstanie!” (Romanowiczówna 2005, s. 251), „Boże, Boże, zlituj się nad nami!” (tamże, s. 258), „Litości Boże, litości” (Potocka 2014, s. 75), „Boże mój, ratuj!” (Jabłońska 2017, s. 114). Inne sformułowania, takie jak: „prosimy tylko Boga” (Konarska 2019, s. 119), „Chwała Bogu” (Ostaszewska 2016, s. 44), „Bogu dzięki” (Jabłońska 2017, s. 90), mogą świadczyć o tym, jak ważna była w życiu interesujących mnie kobiet obecność siły wyższej.
Poza modlitwą, sakramentami i udziałem w nabożeństwach swoistą ochronę miały też zapewniać symboliczne gesty. Potocka (2014, s. 126), przebywając w ogarniętym walkami Kijowie[13], opisała, w jaki sposób koleżanka opuszczała jej dom : „Zrobiłam Muszce krzyżyk na czole, a ona mnie, i żegnałyśmy się jak przed długą i niebezpieczną drogą”. Jabłońska z kolei, żegnając szwagra wyruszającego na front, zaopatrzyła go w medalik (Jabłońska 2018, s. 74).
Konarska (2019, s. 329) wspominała w dzienniku o chrzcie swojego najmłodszego syna – Andrzeja. Zależało jej, aby sakrament odbył się, tak jak w przypadku dwójki jej starszych dzieci, 15 sierpnia, czyli w dniu ważnego dla katolików święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Był to jeden z przejawów szczególnie silnego wśród Polaków kultu maryjnego, który pojawił się również u kilku innych autorek. Wspomniałam już o powszechnym zainteresowaniu losami wojennymi Częstochowy oraz sanktuarium na Jasnej Górze. Ostrowska odwoływała się do roli, jaką kult maryjny odegrał w obronie Jasnej Góry przed Szwedami, i miała nadzieję na podobną sytuację podczas trwającej wojny. Ostaszewska (2016, s. 39, 53, 125) niejednokrotnie pisała o modlitwie do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, podkreślając, jak duże nadzieje pokłada w jej opiece. Ostrowska (2014, s. 101) z kolei o groźbie bombardowania okolicy przez niemieckie samoloty pisała następująco: „ta bomba wisząca nad nami nie jest niebezpieczniejsza od pioruna w czasie burzy i najczęściej nie trafi, zwłaszcza gdy się schronić pod płaszcz Matki Boskiej”. Konarska, jak już zasygnalizowałam, wiązała duże nadzieje z opieką, jaką miała nad jej dziećmi, zwłaszcza najmłodszym, roztoczyć Maryja. To jej ofiarowała nowo narodzonego syna i obiecała, że przez pierwsze 3 lata życia będzie nosić tylko ubrania w kolorze białym i niebieskim (czyli w barwach maryjnych).
Warto zwrócić uwagę na przypadek Gajewskiej (2014, s. 80), dla której wojna była momentem pewnego rodzaju odrodzenia religijnego i refleksji nad życiem doczesnym. W swoim dzienniku pisała: „Ponieważ jest wojna i aeroplany często latają, i bomby sypią się nierzadko, i marne życie ludzkie więcej niż kiedykolwiek wisi na włosku, podwoiłam więc moje zwykłe praktyki religijne, aby w razie czego być choć trochę w pogotowiu”. Wydaje się, że kobieta rzeczywiście wytrwała w swoim postanowieniu, o czym świadczy ilość wzmianek o udziale w mszach i nabożeństwach oraz wykładach na temat nauki Kościoła. Co ciekawe, Gajewska (2014, s. 170) starała się też za pomocą merytorycznych argumentów „nawracać” znajomego sceptyka i przekonać go do powrotu do wspólnoty chrześcijańskiej.

Relacje z bliskimi

Wspomniałam już, jak istotną rolę w czasie wojny odgrywały kontakty z innymi ludźmi. Co równie charakterystyczne, we wszystkich dziennikach pojawiła się stosunkowo duża ilość informacji na temat osób z otoczenia autorek. Były to często informacje ważne w kontekście wojny, a więc miejsce przebywania tych ludzi, ich podróże, doświadczenia związane z trwającym konfliktem czy aktualny stan zdrowia – szczególnie jeśli zmieniał się w nowych warunkach. Z jednej strony można to interpretować jako przejaw troski i zainteresowania wynikający z niecodziennej sytuacji, z drugiej zaś takie zapiski mogą oznaczać, że kobiety odczuwały potrzebę utrwalania informacji o losach swoich bliskich, stając się niejako kronikarkami życia swoich krewnych i znajomych.
Szczególną troską otaczano dzieci. Starano się im zapewnić bezpieczeństwo, choć np. Ostaszewska (2016, s. 45) nie chciała rozdzielać swoich rodzin i wysyłać potomstwo w miejsca oddalone od terenu wojny. Potocka musiała dodatkowo mierzyć się ze strachem związanym z tym, że jej synowie walczyli w armii rosyjskiej (Potocka 2014, s. 28, 41). Jej obawy były całkowicie uzasadnione, ponieważ jeden z mężczyzn zginął już w październiku 1914 r. Autorka zniosła to bardzo źle i później wielokrotnie wracała do tego wydarzenia w swoim dzienniku (tamże, s. 31, 35, 41, 53). Sytuacji nie poprawiła nawet świadomość, że stracił życie, broniąc Królestwa Polskiego, które i tak zostało później zdobyte przez Niemców. O dwóch pozostałych synów troszczyła się więc jeszcze bardziej. Kiedy dostała wiadomość, że jeden z nich zachorował na tyfus podczas walk na Bliskim Wschodzie, była zdecydowana jechać tam, aby się nim zaopiekować. Ze względu na trudności w zorganizowaniu takiej podróży musiała jednak zrezygnować z tej wyprawy (tamże, s. 80-81).
Kobiety zamężne dzieliły się na dwie kategorie. Pierwszą z nich stanowiły te, które martwiły się o małżonków, nie chciały się z nimi rozdzielać lub obawiały się, że będą zmuszeni walczyć. W tej grupie jest np. Kozicka, która odmówiła ucieczki z Tarnopola, ponieważ jej mąż planował tam zostać (Kozicka 2015, s. 22), a także Konarska, która – jak pisała – pierwszy raz w życiu straciła przytomność, kiedy myślała, że jej małżonek zostanie powołany do wojska (Konarska 2019, s. 110). Szczególnie ważnym przykładem jest w tym przypadku Ostaszewska, której mąż – jak już nadmieniłam – zmarł po długiej chorobie w 1915 r a zapiski autorki, zwłaszcza te późniejsze, stanowią w dużej mierze relację z walki jego o powrót do zdrowia oraz opis rozmaitych objawów i trudności, jakie z się z nimi wiązały. Kobieta pisała też o nieprzespanych nocach, które spędzała na opiekowaniu się chorym mężem (Ostaszewska 2016, s. 139).
Do drugiej kategorii należały Dąbrowska i Nałkowska. Pierwsza z nich na kartach dziennika nie zdradzała zbyt wielu obaw. Pisała wręcz: „Skończył się dla mnie okres, w którym małżeństwo było dla mnie najbardziej zasadniczą formą życia. […] Życie jest nad wszelki wyraz rozmaite i małżeństwo to jeno jego epizod” (Dąbrowska 1988, s. 50). Z kolei druga pisarka, formalnie pozostająca w związku małżeńskim, zastanawiała się tuż po ogłoszeniu mobilizacji w Królestwie: „Nie wiem, w jakim stopniu dobrze jest, że się nie ma zupełnie nikogo, z kim rozstanie grozi. Jesteśmy same” (Nałkowska 1976, s. 337). Lata wojny spędziła, nie wspominając praktycznie o mężu. Wiadomo natomiast, że tuż po wojnie uzyskała rozwód i już wtedy była zaangażowana w kolejny związek, który kilka lat później zakończył się ślubem[14].
Autorek piszących o rodzicach i dziadkach było niewiele. Mogło być to spowodowane tym, że ich przodkowie w momencie spisywania dzienników mogli już nie żyć. Swoją matkę otaczała dużą troską Jabłońska, która wielokrotnie pisała, że martwiła się o nią, że przez problemy z przenoszeniem listów nie miała o niej żadnych aktualnych informacji (Jabłońska 2018, s. 88, 344). Jednocześnie w dzienniku czytamy, że autorka cieszyła się z udanej ewakuacji kobiety z Przemyśla, ponieważ warunki panujące w mieście mogłyby być dla niej zbyt trudne. Na wieść o zniszczeniu ich domu w Sanoku Jabłońska nie skupiła się na sobie, ale właśnie na matce, zastanawiając się, jak po wojnie zapewni jej odpowiedni standard życia.
O obojgu rodziców pisała też Konarska, która cieszyła się z ich obecności we dworze, gdy wybuchła wojna (Konarska 2019, s. 110). Z czasem, kiedy sytuacja związana z kwaterunkiem wojsk w majątku stała się uciążliwa, dokładała starań, aby matka i ojciec pozostawali w jak najmniejszym stopniu dotknięci przez nowe warunki. Z tego względu zdecydowała się m.in. oddać im swoją sypialnię (tamże, s. 177).
Kilkukrotnie o swojej matce wspominała Nałkowska, choć w tym przypadku można odnieść wrażenie, że pisarka lepiej czuła się w roli dziecka, które wymaga opieki starszych, niż w roli osoby, które takie wsparcie dawała. Sugerują to następujące fragmenty: „Lubię taką pracę kobiecą przy domu, chociaż fizycznie bardzo mię męczy i muszę patrzyć, że matka robi daleko więcej” (Nałkowska 1976, s. 349), „Jest mi tym gorzej, że Hanka i matka pojechały o świcie do Warszawy – i jestem z moją udręką nerwową właściwie sama” (tamże, s. 353). W innych miejscach pisała: „Z tym zresztą mniejsza, chodzi o moje lenistwo socjalne w domowym życiu. Otóż tu w dziedzinie robót w pokoju mam znaczne zamiłowania, za to robót kuchennych i wymagających ruchu […], inicjatywy – unikam w sposób bierny i z zawstydzeniem, pozwalam jednak, że więcej tego spełnia matka” (Nałkowska 1980, s. 34), „Ja właśnie nie mam siły, aby to wziąć w ręce, aby odsunąć matkę i wyręczyć ją” (tamże, 37).
W przypadku dalszej rodziny i znajomych autorki ograniczały się zwykle do wzmianek na temat ich losów i samopoczucia. Sporadycznie zdarzały się komentarze dotyczące realiów życia podczas wojny, np. notatki o zmartwieniach związanych z przejściem frontu w bliskiej odległości od czyjegoś miejsca zamieszkania.

 

Pozostałe problemy

W dziennikach wspominano znacznie więcej utrudnień, z którymi borykano się podczas wojny. Wśród nich należy wymienić choroby i śmierć. Jak już zaznaczałam, ludzie ginęli nie tylko na froncie. Ludność cywilna podczas konfliktu również była narażona na różne czynniki zwiększające ryzyko zgonu: choroby spowodowane chociażby spadkiem poziomu higieny czy osłabieniem organizmu w trudnych warunkach, stres, niedożywienie i głód, wreszcie bombardowania, bliska odległość walk oraz związane z tym pożary. W trakcie wojny wzrosła śmiertelność, a przyrost naturalny uległ obniżeniu (Chwalba 2018, s. 383).
Jak podaje Katarzyna Sierakowska (2015, s. 73), doświadczenie śmierci podczas tego konfliktu zbrojnego stało się czymś powszechnym. Dzienniki zdają się potwierdzać tę tezę – w niemal każdym z nich znajdują się informacje o zgonach różnych osób. Zwykle nie byli to jednak bliscy autorek. Przeważnie śmierć dotykała ludzi z ich otoczenia – znajomych, mieszkańców tej samej wsi lub tego samego miasta. Czasem zapiski ograniczały się do danych, kto i na co zmarł, choć zdarzały też notatki, które były obszerniejsze i ujawniały uczucia związane z tym doświadczeniem. Nałkowska (1976, s. 461) z żalem wspominała o sąsiadce, dobrej starszej kobiecie, która nie miała szansy wyzdrowieć, mimo że pisarka do samego końca mocno wierzyła, że jednak się to uda. Z kolei Romanowiczówna ze smutkiem podawała wieści o zmarłych znajomych, ale często też zauważała, że był to koniec ich cierpienia (Romanowiczowa 2005, s. 264-266, 294-295).
U Ostrowskiej i Potockiej można dostrzec stan emocjonalny, który przypomina zazdrość wywołaną tym, że ktoś zmarł, podczas gdy one muszą jeszcze czekać na własny zgon. Pierwsza z kobiet pisała o swoich rozterkach: „Rocznica śmierci brata Augusta. Trochę się zazdrości tym, co nie dożyli tych czasów. To znów prosi się Boga, by dał przetrwać wszystko. To nielogiczne, ale naturalna mieszanina uczuć” (Ostrowska 2014, s. 120). Z kolei Potocka (2014, s. 81) straciła dwie bliskie znajome na przestrzeni kilku miesięcy i skarżyła się: „Jej już nie ma, a ja żyję i może żyć będę jeszcze długo. Życie jest ciężarem, ale dźwigać go trzeba, póki Bóg zechce”. W innym miejscu pisała: „Przedwczoraj dostałam depeszę z Mińska, że Iza Orłowska umarła. Jestem jak z kamienia. Ucieszyłam się dla niej i zazdrość uczułam – i tyle” (Potocka 2014, s. 116).
Co zaskakujące, w dziennikach brakuje informacji na temat obaw autorek o swoje życie. Dwie z nich – Ostrowska (2014, s. 104) i Konarska (2019, s. 161) – uważały jednak, że „starsze pokolenie” (czyli one same) może zginąć, byle tylko młodzież przetrwała wojnę. Jabłońska była chyba jeszcze bardziej pogodzona ze śmiercią. Chciała jedynie spocząć obok męża. Czasem tęsknota za nim i wynikająca z niej pewna rezygnacja skłaniała ją do stwierdzeń: „Gdybym miała pewność, że mnie tam pochowają, sama bym naprzeciw kuli leciała” (Jabłońska 2017, s. 93).
Wydaje się, że autorki mogły mówić o szczęściu wynikającym z faktu, że ich bliscy (przynajmniej w czasie spisywania dzienników) pozostawali przy życiu. Bezpośrednie zetknięcie się ze śmiercią członka rodziny dotyczyło tylko Potockiej, której syn – jak wspominałam – zginął na froncie już w październiku 1914 r. Wydarzenie to pozostawiło, jak się wydaje, trwały ślad w jej psychice, o stracie wspominała wielokrotnie, np. Tymi słowy: „koniec wszystkiego co piękne, co dobre, co pełne nadziei” (Potocka 2014, s. 54). Z treści zapisków wynika, że Potocka starała się nie okazywać uczuć związanych z tą tragedią: „Koło północy Franio przyjechał. Blady był, trząsł się jak liść i płakał jak dziecko. Ja zaś byłam już spokojna, skamieniała” (tamże, s. 33). W innych miejscach pisała: „pomyślałam o Tomciu, położyłam rękę na jego głowie i odeszłam, by przy nim nie zalać się łzami” (tamże, s. 35); „Ludzie prości płaczą, żalą się głośno, krzyczą. My zaś chowamy się z naszymi uczuciami, jakby było wstydliwe się im poddawać” (tamże, s. 63).
Omawiany zgon syna Potockiej jest jednocześnie jedynym odnotowanym w dziennikach przypadkiem śmierci na froncie żołnierza, którego znała osoba pisząca. O anonimowych mężczyznach z armii wszystkich krajów, którzy mogli zginąć i ginęli w walce, autorki wypowiadały się jednak ze współczuciem, podobnie jak o Polakach wcielonych w szeregi wojsk zaborczych.
O chorobach pisano sporo, choć w większości są to tylko krótkie wzmianki. Kobiety najczęściej zwracały uwagę w dziennikach na pogorszenie się zdrowia ich oraz ich bliskich oraz podejmowały temat chorób zakaźnych, które zwykle wiązały się z przebywaniem wojska w jakiejś okolicy, a później wynikały raczej z obniżenia odporności ludności cywilnej.
Zupełnie zrozumiałe jest to, że autorki odnotowywały właśnie te sprawy związane z chorowaniem. Samopoczucie najbliższych im osób oraz ich samych musiało być dla nich ważne, podobnie jak wiedza o zagrożeniach związanych z epidemią. Wymieniały tyfus plamisty, cholerę, dyzenterię, szkarlatynę, aczkolwiek ilość informacji o sposobach zapobiegania chorobom oraz sposobach leczenia jest w dziennikach znikoma. Część autorek wspominała o dezynfekcji pomieszczeń w domu po przebyciu przez kogoś choroby, a w wielu przypadkach pisały też o leżeniu i wypoczynku w trakcie problemów zdrowotnych. Ostaszewska (2016, s. 118) przywoływała ponadto zalecenia dotyczące picia wyłącznie przegotowanej wody, aby uniknąć tyfusu. Skalę zagrożenia dostrzegała z kolei Nałkowska (1976, s. 457), która jesienią 1917 r. skreśliła taki obraz: „Wojna i mór. Wszędzie naokoło umierają na dyzenterię. Na cmentarz w Kobyłce jedzie co dnia parę pogrzebów”.
Kolejnym problemem, szczególnie widocznym w pierwszych latach konfliktu, były utrudnienia w komunikacji i przemieszczaniu się ludności cywilnej. Chaos związany z wybuchem wojny, walki oraz zmiany władz zaborczych wpływały negatywnie zarówno na możliwość podróżowania, jak i na sposoby porozumiewania się.
Autorki skarżyły się na utrudnienia w przesyłaniu wiadomości lub niemożność skorzystania z telegrafu i poczty. Jałowiecka-Belinowa zanotowała, że urzędnik pocztowy palił zalegające papiery, a ona sama nie dostała przesyłki z pieniędzmi od rodziny (Jałowiecka-Belinowa 2014, s. 177). O zawodności tej formy dostarczania informacji pisała również Nałkowska, zauważając, że została przez to pozbawiona wiadomości o pierwszych dniach wojny (Nałkowska 1976, s. 338). Do jej miejscowości w tym czasie docierała jedynie gazeta przynoszona z Warszawy. Ostrowska z kolei wspominała o ucieczce urzędników z okolicy, także tych nadzorujących przesyłanie listów i telegramów (Ostrowska 2014, s. 63–64). W rezultacie ludzie stracili kontakt z resztą kraju.
O korzystaniu z telefonu, który był w tamtym czasie stosunkowo nowym urządzeniem, autorki nie wspominały prawie wcale. Można więc przypuszczać, że poczta była dla nich dużo bardziej dostępną, a przez to oczywistą formą przekazywania informacji.
Problemy z przemieszczaniem się to kolejna trudność wynikająca z trwania konfliktu zbrojnego. Ponownie można zauważyć, że dużo więcej informacji na ten temat odnajdziemy w dziennikach we wpisach z pierwszych lat wojny, zwłaszcza z pierwszych miesięcy. Autorki sygnalizowały, że duże grupy ludności starały się uciekać przed zagrożeniem, co prowadziło do oblegania kolei. Pociągi przeznaczone były jednak w pierwszej kolejności do transportu wojska, co czyniło sytuację cywili jeszcze trudniejszą. Mimo to kobiety decydowały się na podróże, nawet zdając sobie sprawę z utrudnień, jakie je czekały. Jałowiecka-Belinowa i Potocka na samym początku wojny starały się dostać do Warszawy. Pierwsza z nich napotkała na przeszkody w drodze powrotnej. Odwołano bowiem kurs, którym miała wrócić, ale nie zatrzymało jej to, ponieważ była gotowa „końmi czy automobilem dobrnąć do Piotrkowa” (Jałowiecka-Belinowa 2014, s. 187). Potocka z kolei szczegółowo opisała swoją podróż, stąd wiemy, że nie było żadnej gwarancji, że w pociągu znajdzie się dla niej miejsce. Całej wyprawie towarzyszyły nerwy i panika innych pasażerów. Potocka mimo wszystko starała się uspokoić sytuację i opanować nastroje współtowarzyszy, aczkolwiek w drodze powrotnej dała się ponieść pewnemu pesymizmowi: „Nie przyczepili wagonu Martynki do naszego. Nie zobaczymy się już więcej” (Potocka 2014, s. 45).
Nałkowska i Kozicka miały podobne spostrzeżenia na temat podróżowania w nowej rzeczywistości. Pisarka w taki sposób opisywała wrażenia z próby dostania się do stolicy: „Stosunki jak z hagiografii. Aby pojechać do Warszawy, wstałyśmy o piątej rano, bo tylko ten pociąg był pewny. Podróż sama przez się robiła wrażenie katastrofy, bo ludzie siedzieli na buforach i na stopniach” (Nałkowska 1976, s. 341). Druga z kobiet, przebywając w zajętym przez Rosjan Tarnopolu, również odwoływała się do minionych epok, komentując bieżącą sytuację: „Dzięki wojnie życie nasze ma wygląd zupełnie średniowieczny. Koleje wprawdzie są, ale z nich prawie korzystać nie można, więc ludzie mało się ruszają, chyba z konieczności i to końmi przeważnie. […] Na wiadomość, że ktoś jedzie np. do Lwowa, zbiegają się u niego znajomi, znoszą listy do swoich i pakunki, proszą o załatwienie sprawunków, itd.” (Kozicka 2015, s. 45).
Korzystanie ze zwierząt pociągowych, jeśli się je w ogóle posiadało, było utrudnione z powodu powszechnych rekwizycji na potrzeby wojska. Zabierano nie tylko żywy inwentarz, ale też wszelkiego rodzaju pasze. Praktykowano ponadto wymienianie zmęczonych wierzchowców na okazy pozostające w dobrym zdrowiu. Ostrowska (2014, s. 127), opisując wizytę siostry, wspominała o chorobie jednego z jej koni i o tym, że problemy z wyżywieniem reszty zwierząt wpływają negatywnie na ich kondycję: „Takie liche i licho żywione są nasze obecne chabety, że trudno wytrzymują dłuższe jazdy”.
Po zajęciu całości ziem polskich przez wojska niemieckie i austriackie w swobodnym podróżowaniu przeszkadzała również konieczność posiadania przepustki. Pisały o tym m.in. Dąbrowska (1988, s. 69, 71) wspominająca cały dzień załatwiania formalności związanych z przeprowadzką do Warszawy, oraz Gajewska (2014, s. 191), która nazwała trudności „komicznymi”. Każdego lata, przy okazji wakacji na wsi ostatnia wymieniona autorka skarżyła się na problemy z uzyskaniem pozwolenia na wyjazd. Mimo to co roku, nawet kiedy pojawiały się jakieś przeciwności, udawało się jej spędzić urlop tak, jak lubiła najbardziej, czyli z daleka od Warszawy.
Wojna wiązała się z ryzykiem napaści i kradzieży nie tylko ze strony wojska. Wyzwoliła bowiem podobne tendencje również wśród ludności cywilnej. Mateusz Rodak (2018, s. 15) w tekście dotyczącym bandytyzmu zwrócił uwagę na wzrost frekwencji takich zdarzeń od 1914 r. Wyniki jego kwerendy wskazują jednak, że opisywany problem nie był zbyt często poruszany w literaturze wspomnieniowej, co znajduje potwierdzenie w moich badaniach dotyczących dzienników. Autorki sygnalizowały jedynie istnienie tego zjawiska i – z rzadka – związane z nim własne obawy. Potocka (2014, s. 165) postanowiła zrezygnować ze spacerów po lesie wieczorami i po zachodzie słońca, ponieważ spotkała tam podejrzanie wyglądającego człowieka, a w tym samym czasie zaczęły do niej docierać pogłoski o różnych bandach ukrywających się w okolicy. Podobne informacje notowała w swoim dzienniku Dąbrowska (1988, s, 99). Z kolei Konarska (2019, s. 223) cieszyła się z nowo powstałego posterunku żandarmerii austriackiej w ich majątku, ponieważ „zawsze z nimi bezpieczniej. Zaczynają się napady bandyckie, ograbili już młynarza z Kłudzia”. Trzy lata później, w ostatnim roku wojny zauważyła pogorszenie się sytuacji, z każdej strony dochodziły wieści o kolejnych napadach. Na tle innych autorek wyróżniała się Jałowiecka-Belinowa, która nie pozostawała bierna wobec zagrożenia i już w pierwszych dniach wojny postanowiła o wystawieniu we wsi i w majątku straży dla ochrony całej okolicy.

Podsumowanie

W analizowanych dziennikach utrwalony został obraz wojny widzianej z perspektywy zwykłych kobiet. W tych tekstach można odnaleźć skrajnie różne wątki. „Wielka” polityka, walka o sprawę polską i opisy przetaczającego się frontu znajdują się tuż obok spraw tak przyziemnych, jak problemy ze zdobyciem płótna na ubranie dla rodziny czy z racjonalnym rozporządzaniem zapasami umożliwiającym uniknięcie głodu. Z zapisków wyłania się obraz kobiet żywo zainteresowanych bieżącymi wydarzeniami. Kobiet, które mają swoje, niekoniecznie dobrze wyrobione zdanie na tematy polityczne dotyczące chociażby działalności zaborców czy Polaków dążących do odzyskania niepodległości kraju. Wojna oraz jej niszczące skutki nie były Polkom spisującym swoje doświadczenia obojętne. Potrafiły dostrzec skalę zniszczeń i współczuć zarówno „swoim” – bliskim, znajomym, jak i innym, w tym anonimowym osobom, którym przyszło wziąć udział w wielkim konflikcie. Jednocześnie daje się zauważyć, jak wielką wagę przykładały do codzienności – nawet (albo zwłaszcza) wtedy, kiedy dookoła rozgrywały się wielkie historyczne wydarzenia.
Autorki w swoich dziennikach zawarły dużo informacji pozwalających poznać ich stosunek do zjawisk z jakimi przyszło im się mierzyć. Wskazówki na temat przyjmowanych postaw czasem tylko wynikały wprost z tekstu i pozwalały precyzyjnie określić jakie były odczucia autorek. Pewną sugestią było używane słownictwo – na przykład na temat niezbyt pochlebnych określeń wobec zaborców, prawdopodobnie można napisać osobną pracę.
W niektórych przypadkach nie dało się przypisać postawom wartości „pozytywny”/„negatywny”, ponieważ byłoby to sprzeczne z logiką. Dotyczy to chociażby opisywanych w dziennikach problemów z brakiem żywności. Oczywiste jest bowiem, że nikt nie będzie reagował radością na takie utrudnienia. Dużo bardziej liczyło się to, czy można sobie poradzić z zastaną rzeczywistością i w jaki sposób to osiągnąć.
Z zapisków można wiele wyczytać na temat emocji autorek oraz autorefleksji w stosunku do przeżywania różnych stanów. Nie powinno to dziwić, biorąc pod uwagę, że prowadzenie dziennika wiązało się z posiadaniem bezpiecznej przestrzeni, w której można pozwolić sobie na szczerość, nieograniczoną przez oceny otoczenia.
Dzienniki pozwalają dostrzec, jak różne perspektywy można było przyjąć wobec konkretnego problemu. Doskonałym przykładem była kwestia Legionów Polskich, na temat których kobiety pisały, nie ograniczając się jedynie do słów uznania lub krytyki. Mimo niechęci znajdowały dla nich współczucie i na odwrót – mimo entuzjazmu potrafiły dostrzec negatywne strony ich działalności. Podejście autorek do niektórych zjawisk różniło się w zależności od miejsca zamieszkania, zamożności, stanu cywilnego i wykonywanego zawodu. Co innego przysparzało zmartwień matkom, a co innego młodym niezamężnym i bezdzietnym kobietom. Zdarzało się też, że kobiety mówiły na jakiś temat zgodnie, wręcz jednym głosem. Tak było chociażby ze stosunkiem do udziału Polaków w walkach w szeregach wojsk zaborczych czy z wykraczającą poza granice zaboru niechęcią wobec carskiej Rosji.
Warto zaznaczyć, że czasem sam fakt zanotowania czegoś już świadczy o przyjęciu wobec tego jakiejś postawy. Okazanie zainteresowania wiązało się bowiem z decyzją, że poświęci się czemuś czas na zapisanie oraz miejsce na kartce, która być może kiedyś stanie się ważną informacją dla potomnych.
Interesująca może być obserwacja dotycząca ewolucji pewnych postaw pod wpływem rozwoju wydarzeń czy napływu informacji. W tym miejscu należałoby zadać sobie pytanie, jakich nowych przykładów mogłyby dostarczyć te dzienniki, które urywają się przed końcem wojny.
Poczynione przeze mnie ustalenia oraz inne prace podobne do niniejszego artykułu mogą być pomocne w przypadku zestawiania jednostkowych poglądów z mentalnością większej bądź mniejszej grupy, ale już nie „całego narodu”. Interesującym zadaniem badawczym byłaby również próba porównania zapisków skreślonych przez osoby różnej płci. Czy mężczyźni i kobiety zwracali uwagę na to samo, czy w relacjach ujawniłyby się znaczące różnice? W przypadku takich analiz z pewnością przydatne byłyby metody używane na gruncie gender history. Pamiętać należy tylko, że do takiego badania odpowiednie byłyby dzienniki spisane przez osoby żyjące w warunkach zbliżonych do tych, jakie miały autorki analizowanych przeze mnie źródeł.


[1] W tamtym czasie kobiety na ogół nie brały bezpośredniego udziału w walkach, choć w trakcie pierwszej wojny światowej zdarzały się takie przypadki. Szerzej patrz: Zawacka 1992 (rozdział VII z biogramami działaczek ruchu); Nowakowska 2009; Janowski 2012; Piłsudska (red.) 2021.

[2] Skuteczna obrona klasztoru na Jasnej Górze podczas potopu szwedzkiego urosła do rangi symbolu i mitu.

[3] Kraj mimo ogłoszenia neutralności został zaatakowany przez armię niemiecką na początku sierpnia 1914 r.

[4] Twierdza Przemyśl podczas konfliktu była oblegana trzykrotnie (szerzej: Materniak 1994).

[5] W innych źródłach również podkreślano skalę tego zjawiska (szerzej: Florczak 2018, s. 75; Golak 2021, s. 9).

[6] Ostaszewska (2016, s. 55) opisywała np. sytuację, gdy pijany kozak straszył mieszkańców dworu, domagając się alkoholu oraz pieniędzy, a gdy ich nie uzyskał, ranił jednego z domowników.

[7] Autorki dzienników skarżyły się też na inne rzeczy, które pojawiały się niezależnie od tego, z jaką armią miały do czynienia, np. rekwizycje, konieczność żywienia żołnierzy, bałagan jaki po sobie pozostawiali.

[8] Liga Kobiet Galicji i Śląska (zabór austriacki) razem z siostrzaną Ligą Kobiet Polskich Pogotowia Wojennego (zabór rosyjski) była zaangażowana w niesienie pomocy materialnej żołnierzom walczącym o niepodległość Polski (zob. Dufrat 2002; Pająk 2014).

[9] Na temat postaw społeczeństwa polskiego, zwłaszcza w zaborze rosyjskim, wobec Legionów zob.: Snopko 2007; Borodziej, Górny 2014; Przeniosło 2014.

[10] W 1915 i 1916 r. w zachodnich czasopismach modowych zachęcano do skracania i rozszerzania spódnic. Argumentem za takim rozwiązaniem miała być wygoda i praktyczność, ale uniemożliwiało ono przeróbkę posiadanej już odzieży, ponieważ w momencie wybuchu wojny w świecie zachodnim dominowały wąskie i proste spódnice (por. Boucher 2004, s. 398).

[11] Dąbrowska w trakcie wojny mieszkała w kilku miejscach, a we wrześniu 1917 r. osiedliła się wraz z mężem w Warszawie.

[12] Dziennik kończy się kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia.

[13] Walki o Kijów w styczniu 1918 r. były częścią konfliktu między tworzącym się niezależnym państwem ukraińskim a Rosją (więcej: Hołubko, Lityński 2017, s. 83–129).

[14] Drugim mężem Nałkowskiej został Jan Jur-Gorzechowski, legionista, późniejszy generał Wojska Polskiego; zob. https://przystanekhistoria.pl/pa2/tematy/kultura/104619,Zofia-Nalkowska-Chcemy-calego-zycia.html; [dostęp: 07.04.2024].


Bibliografia

Źródła

Dąbrowska M. (1988), Dzienniki, t. 1: 1914–1932, oprac. T. Drewnowski, Warszawa.

Gajewska J. (2014), Ta wojna zmieni wszystko… Dziennik Janiny Gajewskiej, oprac. A. Wajs, Warszawa.

Jabłońska H. (2017), Dziennik z oblężonego Przemyśla (1914–1915), oprac. S. Stępień, Przemyśl.

Jałowiecka-Belinowa A. (2014), Notatki z I wojny światowej, w: I wojna światowa z perspektywy dworu. Źródła do dziejów wsi polskiej w XIX w., oprac. K. Studnicka-Mariańczyk, A. Zakrzewski, Radomsko.

Konarska J. (2019), Dwór na wulkanie. Dziennik ziemianki z przełomu epok 1895–1920, oprac. A. Chojnowski, A. Richter, Warszawa.

Kozicka H. (2015), Rosjanie w Tarnopolu. Dziennik 1914–1916, oprac. I. Florczak, J. Gołota, Ostrołęka.

Kozicka H. (2015), Wspomnienia z lat 1867-1914, oprac. K. Cybulska, Kielce.

Nałkowska Z. (1976), Dzienniki, t. 2: 1909–1917, oprac. H. Kirchner, Warszawa.

Nałkowska Z. (1980), Dzienniki III 1918–1929, oprac. H. Kirchner, Warszawa.

Ostaszewska A. (2016), Dziennik Klimkówka 2 VIII 1914 – 24 IV 1915. Dwór Ostaszewskich. Galicyjski epizod z wielkiej wojny, oprac. K. Sołtysik, Klimkówka.

Ostrowska L. (2014), Trochę się zazdrości tym, co nie dożyli do tych czasów… Dziennik Ludwiki Ostrowskiej z Maluszyna, oprac. J. Kita, P. Zawilski, Warszawa.

Potocka J.Z. (2014), Dziennik 1914–1919, red. M. Piłeczka, Łomianki.

Romanowiczówna Z. (2005), Dziennik lwowski 1842–1930, t. 2: 1888–1930, oprac. Z. Suchodolski, Warszawa.

 

Opracowania

Borodziej W., Górny M. (2014), Nasza wojna, t. 1: Imperia 1912–1916, Warszawa.

Boucher F. (2004), Historia mody. Dzieje ubiorów od czasów prehistorycznych do końca XX wieku, Warszawa.

Chwalba A. (2018), Wielka Wojna Polaków 1914–1918, Warszawa.

Czekalski T. (2016), Aprowizacja ludności cywilnej w czasie I wojny światowej. Wojna jako katalizator zmian kultury kulinarnej w Europie, „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prace Historyczne”, t. 143, z. 3.

Drewnowski T. (2000), Rzecz russowska. O pisarstwie Marii Dąbrowskiej, Kraków.

Dufrat J. (2002), Kobiety w kręgu lewicy niepodległościowej: od Ligi Kobiet Pogotowia Wojennego do Ochotniczej Legii Kobiet (1908–1918/1919), Toruń.

Dufrat J. (b.r.w.), Powstanie Ligi Kobiet i działalność w okresie I wojny światowej, https://ligakobietpolskich.pl/wp-content/uploads/2013/12/Powstanie-Ligi-Kobiet-i-działalność-w-okresie-I-wojny-światowej_dr_Dufrat.pdf (dostęp: 5.06.2023).

Florczak I. (2018), Obraz armii rosyjskiej w okupowanej Galicji w świetle dzienników i wspomnień (1914–1915), „Acta Universitatis Lodziensis. Folia Historica”, nr 102.

Golak A. (2021), Społeczeństwo polskie wobec armii rosyjskiej w pierwszych miesiącach I wojny światowej na podstawie literatury wspomnieniowej, „Uniwersyteckie Czasopismo Socjologiczne”, t. 27, nr 1.

Hoff J. (2000), Kobieta aktywna zawodowo w kodeksach savoir-vivre’u XIX i w pierwszej połowie XX wieku, w: Kobieta i praca: wiek XIX i XX, red. A. Żarnowska, A. Szwarc, Warszawa.

Hołubko W., Lityński A. (2017), Na gruzach imperium. Ukraina po upadku cesarstwa: od rewolucji lutowej 1917 do traktatu brzeskiego 1918, „Czasopismo prawno-historyczne”, t. 69, z. 1.

Janowski S.M. (2012), Dziewczęta w maciejówkach, Warszawa.

Kirchner H. (2011), Nałkowska albo życie pisane, Warszawa.

Kowecka E. (1997), Zmiana roli kobiety w prowadzeniu domu w XIX wieku, w: Kobieta i kultura życia codziennego: wiek XIX i XX: zbiór studiów, red. A. Żarnowska, A. Szwarc, Warszawa.

Matera R., Skodlarski J. (2003), Gospodarka światowa w latach 1914–1939, „Dzieje Najnowsze”, t. 35, nr 1.

Materniak I. (1994), Przemyśl 1914–1915, Warszawa.

Molik W. (1997), Ziemianki wielkopolskie w codziennych zajęciach gospodarczych i w pracy społecznej w drugiej połowie XIX i na początku XX wieku, w: Kobieta i kultura życia codziennego: wiek XIX i XX: zbiór studiów, red. A. Żarnowska, A. Szwarc, Warszawa.

Nowakowska A. (2009), Wanda Gertz: opowieść o kobiecie żołnierzu, Kraków.

Pająk J.Z. (2014), Działalność Ligi Kobiet Galicji i Śląska we Lwowie (1915–1918), w: Znani i nieznani dziewiętnastowiecznego Lwowa. Studia i materiały, red. L. Michalska-Bracha, M. Przeniosło, Kielce.

Piłsudska A. (red.). (2021), Wierna służba. Wspomnienia uczestniczek walk o niepodległość 1910–1915 / Służba ojczyźnie. Wspomnienia uczestniczek walk o niepodległość 1915–1918, Warszawa.

Przeniosło M. (2014), Akcja werbunkowa do Legionów Polskich w latach I wojny światowej, w: O wojnę powszechną za wolność ludów… I wojna światowa na ziemiach polskich – aspekty społeczne, polityczne i militarne, red. R. Kotowski, L. Michalska-Bracha, M. Przeniosło, Kielce.

Rodak M. (2018), Zjawisko bandytyzmu na ziemiach byłego Królestwa Polskiego w latach 1914–1918, w: Studia i materiały do dziejów społecznych Polski 1914–1918, red. K. Sierakowska, S. „Metamorfozy Społeczne” 20, Warszawa.

Rzepniewska D. (1995), Kobieta w rodzinie ziemiańskiej w XIX wieku. Królestwo Polskie, w: Kobieta i społeczeństwo na ziemiach polskich w XIX wieku, red. A. Żarnowska, A. Szwarc, Warszawa.

Sierakowska K. (2015), Śmierć – Wygnanie – Głód w dokumentach osobistych. Ziemie polskie w latach Wielkiej Wojny 1914–1918, Warszawa.

Snopko J. (2007), Społeczeństwo Królestwa wobec Legionów Polskich po akcie 5 listopada 1916 roku, w: Lata Wielkiej Wojny. Dojrzewanie do niepodległości 1914–1918, red. D. Grinberg, J. Snopko, G. Zackiewicz, Białystok.

Zawacka E. (1992), Czekając na rozkaz. Pogotowie Społeczne Organizacji Przysposobienia Wojskowego Kobiet w przededniu II wojny światowej, Lublin.




Postawy kobiet wobec wojny w dziennikach Polek z czasów I wojny światowej (1)

ZUZANNA SNOCH

Postawy kobiet wobec wojny w dziennikach Polek z czasów I wojny światowej

(część I)

Wstęp

Wielka Wojna była pierwszym nowoczesnym konfliktem zbrojnym na niespotykaną dotąd skalę, obejmującym głównie Europę, ale też kilka innych kontynentów. Zburzył on dotychczasowy porządek i nieodwracalnie wpłynął na życie milionów ludzi na świecie – zarówno żołnierzy, jak i ludności cywilnej. Naród polski, mimo że pozbawiony w tym czasie własnej państwowości, nie uniknął bezpośredniego doświadczenia wojny. Polacy walczyli w armiach zaborczych, a front wschodni objął swoim zasięgiem ziemie Królestwa Polskiego i Galicji. Nie można zapominać również o tym, że w latach 1914–1918 nie ustawały starania o odzyskanie niepodległości. Dla zwykłych ludzi przełomowe wydarzenia, które dziś poznajemy już na etapie edukacji szkolnej, stanowiły tło ich codziennego życia.

Tematem niniejszego artykułu są postawy Polek wobec wojny, utrwalone w dziennikach spisywanych przez nie w czasie I wojny światowej. Postawa to względnie stały stosunek do czegoś (np. obiektu, osoby, zdarzenia), który jest subiektywny, a przez to interesujący dla historyków, ponieważ pozwala w jakimś stopniu zrozumieć sposoby postrzegania zjawisk przez jednostki, a następnie wyciągać wnioski dotyczące zachowań ogólnoludzkich. Wybór I wojny światowej, a więc lat 1914–1918, jest nieprzypadkowy, ponieważ – jak zostało to wcześniej zasygnalizowane – czasy te pełne były wielkich wydarzeń zarówno dla świata, jak i polskiego społeczeństwa; dodatkowo konflikt w znaczny sposób wpływał na zwykłych ludzi, ich losy, codzienne problemy i zmagania. Porównując zainteresowanie badaczy obiema wojnami światowymi, można stwierdzić, że w Polsce to właśnie Wielka Wojna nadal pozostaje tą mniej zbadaną i opisaną, choć jej setna rocznica była wyraźnym impulsem do zwrócenia się ku temu tematowi. Różnica ta wynika z odmienności polskiej i zachodniej perspektywy oraz ze skali ówczesnego zaangażowania.

Zainteresowanie kobiecymi relacjami pamiętnikarskimi wynika nie tylko z chęci, ale też z potrzeby uwzględnienia perspektywy tej płci jako ważnej w poznawaniu specyfiki wojny, a więc wydarzenia dotykającego – jak zaznaczyłam – nie tylko żołnierzy na froncie, ale też ludności cywilnej, której duży procent stanowiły kobiety. Ważne jest przy tym, aby dostrzec w nich – jak domagała się tego Katarzyna Sierakowska (2014, s. 537) – nie tylko „matki i żony wysyłające synów i mężów na front […] lub też jako tzw. zaplecze frontowe”, ale też osoby niestanowiące „dopełnienia” dla owych synów i mężów, lecz mające własną podmiotowość, tożsamość i własne doświadczenia.

Głównym źródłem, które wykorzystałam do napisania niniejszego artykułu, były prawdopodobnie wszystkie wydane do tej pory dzienniki 11 Polek zamieszkujących tereny zaboru rosyjskiego i austriackiego, czyli Galicji i Królestwa Polskiego. W sześciu przypadkach zapiski odnosiły się do całego okresu I wojny światowej, w pięciu natomiast notatki rozpoczynają się w roku 1914, a kończą najpóźniej w 1916. Do zgromadzenia tych źródeł w pewnym stopniu posłużył mi = wydany w 2022 r. wybór tekstów źródłowych opracowany przez Anetę Niewęgłowską i Ilonę Zaleską. W gromadzeniu materiałów z jednej strony istotna była ich dostępność, a z drugiej – ograniczeniem był fakt, że do tej pory nie został wydany żaden dziennik napisany przez Polki z zaboru pruskiego. Pisząc o Polkach, mam na myśli te z nich, które w momencie wybuchu wojny mieszkały – podkreślę – na ziemiach polskich pod zaborami, nie zaś na emigracji i były świadome swojej tożsamości narodowej.

Artykuł został napisany w sposób klasyczny. Mniej interesuje mnie tu „wielka historia”, bardziej – jej wpływ na życie prywatne kobiet. Bliska mi jest historia społeczna, ale w połączeniu z czynnikami politycznymi, których nie da się przy takim temacie pominąć. Do pewnego stopnia jest to również historia kobiet, jednak bez odwoływania się do koncepcji gender. Niewielki dostępny zasób źródeł nie pozwala na wyciąganie wniosków ilościowych. Biorąc pod uwagę specyfikę dziennika, a więc przede wszystkim występujący w nim element autobiograficzny, przyjęłam, że autorki badanych przeze mnie zapisków zawarły w swoich tekstach informacje pozwalające określić ich postawy wobec różnych zjawisk związanych z wojną. Za problem badawczy przyjęłam ustalenie, jakie postawy można „wyczytać” ze wspomnianych tekstów źródłowych, czym się one cechowały i czego dotyczyły. Ważna jest również próba odpowiedzi na pytanie o determinanty tych postaw, o to, czy pochodzenie społeczne, zawód, miejsce zamieszkania lub inne czynniki miały wpływ na sposób myślenia autorek dzienników. Można założyć, że analizowane przeze mnie materiały są autentyczne, ponieważ nikt dotąd nie wykazał, aby powstały w późniejszym okresie po to, by wprowadzić odbiorców w błąd. W kontekście badania postaw, źródła te, także i dla mnie są wiarygodne, gdyż autorki z pewnością nie myślały o koloryzowaniu relacji i dezinformowaniu przyszłych czytelników, nie miały w tym żadnego celu.

Jednostkowe doświadczenia opisane w dziennikach nie pozwalają nakreślić obrazu wspólnego dla większej grupy ludzi. Ważne jest jednak uszanowanie prawa do opowiedzenia o osobistych przeżyciach, których nie powinno się w żaden sposób umniejszać, ponieważ stanowią one fragment historii. Wybór takiego tematu pracy pozwala spojrzeć na I wojnę światową z perspektywy innej niż zwykle.

Wprowadzenie teoretyczne

Wielka Wojna

Wojna, która wybuchła latem 1914 r., stanowiła efekt wielu lat napięć między mocarstwami europejskimi. Państwa Dwuprzymierza – Austro-Węgry i Niemcy – stanęły przeciwko Trójporozumieniu, w skład którego wchodziły Francja, Wielka Brytania i Rosja. Oznaczało to rozłam między zaborcami ziem polskich, a w konsekwencji mimowolne uwikłanie Polaków w konflikt. Przed sierpniem 1914 r. w szeregach sił zbrojnych Rosji służyło ok. 180 tys. Polaków, w wojsku niemieckim – ok. 40 tys., natomiast w przypadku c.k. armii mówi się o 51–52 tys., a jeśli liczyć rezerwę, to liczba ta wzrastała do 118 tys. Wybuch wojny oznaczał mobilizację we wszystkich trzech zaborach. Andrzej Chwalba (2018,s. 11–13, 19) podaje, że w pierwszym roku działań wojennych na ziemiach, które później weszły w skład niepodległego państwa polskiego, powołano 1,548 mln żołnierzy: najwięcej, bo 725 tys., Polaków w zaborze rosyjskim, drudzy w kolejności byli rekruci z Galicji w liczbie 571 tys., na końcu zaś – 252 tys. nowych żołnierzy z zaboru pruskiego.

Rozpoczęcie działań wojennych oznaczało dla mieszkańców zaboru rosyjskiego i Galicji bezpośrednie zetknięcie się z wojną i wszystkimi jej konsekwencjami. Już w pierwszym roku konfliktu, przez zamieszkiwane przez nich tereny, przetoczyły się sierpniowe ofensywy rosyjskie: północna znad Niemna i Narwi na Prusy Wschodnie oraz południowa z Wołynia i Podola na Galicję, a także wrześniowa kontrofensywa austro-niemiecka w kierunku Dęblina i Warszawy. Ludność zaboru austriackiego była świadkiem marszu Rosjan na Kraków i w kierunku Śląska. Pod koniec grudnia 1914 r. front o długości ok. 1200 km został ustalony na linii Augustów–Mława–Płock–Bzura–Rawka–Pilica–Nida (Pajewski 2004, s. 227). Na obszarze Królestwa Polskiego w pierwszych miesiącach kolejnego roku nastąpiło kilka prób przełamania frontu – luty i marzec to czas walk pod Przasnyszem, w maju doszło do starcia w okolicach Piotrkowa i Sochaczewa. Tamte rejony stały się też miejscem pierwszego skutecznego[1] użycia gazów bojowych na froncie wschodnim, co wydarzyło się 31 maja 1915 r. w okolicach Bolimowa i Woli Szydłowieckiej.

Wiosna roku 1915 dla ziem polskich oznaczała ofensywę galicyjską, której częścią była bitwa pod Gorlicami (2–12 maja) zwycięska dla wojsk sprzymierzonych. Kolejnym krokiem Niemców i Austriaków było odzyskanie zajętych przez Rosjan Przemyśla i Lwowa. Koniec lipca i początek sierpnia przyniosły zdobycie Lublina, Chełma i Dęblina przy jednoczesnym ataku niemieckiej 9 Armii na Warszawę w sierpniu 1915 r. Do końca września całość ziem polskich znalazła się pod kontrolą państw centralnych, a nowa linia frontu ustabilizowała się na granicy drugiego rozbioru: na południe od Rygi przez Dźwińsk i Tarnopol aż do Bukowiny.

Prowadzenie działań wojennych na terenie zaborów wymagało pozyskania przychylności Polaków, aczkolwiek w roku 1914 nie wydano żadnej wiążącej deklaracji. Pojawiały się jedynie manifesty, jak ten z 14 sierpnia podpisany przez wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza Romanowa, zapowiadający zjednoczenie ziem polskich pod berłem rosyjskiego cara po zwycięskim zakończeniu wojny. Odezwa była jednak dziełem zaledwie kilku dyplomatów. Większość Rady Ministrów nie zgadzała się z jej treścią, a już trzy dni po publikacji Ministerstwo Spraw Wewnętrznych poleciło carskim urzędnikom na ziemiach polskich prowadzenie dotychczasowej polityki, bez składania Polakom jakichkolwiek obietnic (Chwalba 2018, s. 189). Żaden z zaborców nie brał pod uwagę możliwości istnienia Polski jako niepodległego i samodzielnego państwa.

W pierwszych miesiącach wojny we wszystkich trzech zaborach dominowała tendencja lojalistyczna, aczkolwiek pojawiały się spory o orientację. W Królestwie postawie antyniemieckiej przewodziła Narodowa Demokracja, skupiając się na współpracy z Rosją i licząc, że przyniesie ona Polakom daleko idące swobody (choć nadal nie niepodległość). Dzięki tym zabiegom w listopadzie 1914 r. powołano Komitet Narodowy Polski i opublikowano odezwę, w której zadeklarowano gotowość do walki przeciwko państwom centralnym. Z inicjatywy Wiktora Jarońskiego i Zygmunta Balickiego oraz dzięki działaniom Witolda Ostoja-Gorczyńskiego zaczęto tworzyć polskie drużyny ochotnicze w ramach wojska rosyjskiego. Ostoja-Gorczyński 1 grudnia 1914 r. został naczelnikiem Legionów Ochotniczych Polskich nazwanych – od miejsca sformowania pierwszej kompanii – „Legionem Puławskim”. Drugi Legion miał swój początek w Lublinie. Rozwój formacji zatrzymała niechęć władz rosyjskich do nazwy, która uwypuklała polski charakter jednostki, dlatego I Legion przemianowano na 739 Drużynę Nowoaleksandryjską, a II Legion – na 740 Drużynę Lubelską (Chwalba 2018, s. 195–198).

W Galicji obóz lojalistyczny stał na stanowisku współpracy z rządem, licząc na odebranie Rosjanom ziem polskich. Miały one, w połączeniu z dotychczasowymi zdobyczami Austro-Węgier, stać się w przyszłości trzecim członem państwa formując Austro-Węgry-Polskę (Chwalba 2018, s. 150).

Drugim istotnym stronnictwem byli irredentyści, którzy po rewolucji 1905 r. przenieśli swoją działalność z Królestwa do Galicji. Uznawali konieczność współdziałania z Austro-Węgrami przeciwko Rosji, licząc na wywalczenie w konflikcie niepodległości. Zalążek przyszłej armii polskiej widzieli w stowarzyszeniach strzeleckich działających na terenie całego zaboru. Oni również, z Józefem Piłsudskim na czele, mieli wkroczyć za zgodą austriackiego dowództwa na teren Królestwa Polskiego i wywołać powstanie. Wydarzenia związane z wymarszem z krakowskich Oleandrów Pierwszej Kompanii Kadrowej są powszechnie znane, dlatego przedstawię je w sposób skrótowy. Po przekroczeniu granicy strzelcy zajęli Słomniki i Miechów, a następnie skierowali się na północ, zajmując Jędrzejów i Chęciny. Dwukrotnie[2] weszli do Kielc, gdzie od 22 sierpnia 1914 r. mieściło się swoiste centrum działalności niepodległościowej, werbowano też ochotników. Sytuacja zmieniła się w połowie września, kiedy to strzelcy razem z c.k. armią zmuszeni byli wycofać się do Galicji. Niepowodzenie sprawiło, że Austria zażądała rozwiązania oddziałów Piłsudskiego lub wcielenia ich do swojej armii. Dzięki współpracy prezesa Koła Polskiego – Juliusza Leo, a także Leona Bilińskiego, Zdzisława Morawskiego i Michała Bobrzyńskiego, udało się przedstawić szefowi sztabu – Franzowi Conradowi von Hötzendorfowi – plan utworzenia polskiego wojska pomocniczego z reprezentacją w postaci organizacji politycznej. Naczelny Komitet Narodowy powołano 16 sierpnia 1914 r. W jego skład weszli przedstawiciele wszystkich stronnictw politycznych, a prezesem został Juliusz Leo. Jednocześnie powstały Legiony: Zachodni, który złożył przysięgę według formuły austriackiej oraz Wschodni, który z różnych względów (w tym agitacji endeckiej) odmówił przysięgi i został rozwiązany. Warto zaznaczyć, że tym samym zmalało znaczenie Piłsudskiego, który jako pułkownik został dowódcą tylko jednego z pułków (Pajewski 1985, s. 78). Legiony przez następne dwa lata brały udział w wielu bitwach na froncie wschodnim u boku wojsk austro-węgierskich i niemieckich, zaś 20 września 1916 r. zostały przemianowane na Polski Korpus Posiłkowy (Pajewski 1985, s. 112).

Sukcesy Austro-Węgier i Niemiec na froncie wschodnim w 1915 r. sprawiły, że znakomita większość ziem polskich znalazła się pod ich kontrolą. Sojusznicy dokonali podziału Królestwa wzdłuż rzek – Pilicy i Wieprza – na dwa generał-gubernatorstwa: niemieckie z siedzibą w Warszawie oraz austriackie początkowo z siedzibą w Kielcach, a później w Lublinie. Na czele pierwszego stanął Hans Hartwig von Beseler, drugiego natomiast – Erich Diller (Pajewski 1985, s. 93). Na terenach objętych konfliktem już od sierpnia 1914 r. działały lokalne Komitety Obywatelskie założone z inicjatywy ks. Włodzimierza Czetwertyńskiego, które podlegały pod Centralny Komitet Obywatelski. Zajmowały się przede wszystkim organizacją pomocy sanitarnej i żywnościowej dla Polaków, z czasem zaczęły być postrzegane jako rodzaj reprezentacji narodu (Pajewski 1985, s. 94). Po wkroczeniu do Warszawy władze niemieckie na urząd prezydenta miasta mianowały ks. Zdzisława Lubomirskiego. Początkowo pozwolono CKO przy nim działać, ale podjęte przez organizację próby przejęcia szkolnictwa i sądownictwa sprawiły, że już we wrześniu 1915 r. Została ona rozwiązana. Obaj okupanci zastąpili dotychczasową milicję obywatelską i straż porządkową zawodowymi formacjami milicyjnymi i policyjnymi. Funkcje opiekuńcze komitetów obywatelskich zostały przejęte przez zarządy miejskie (Chwalba 2018, s. 240–241). Aby zyskać sympatię społeczeństwa, władze niemieckie utworzyły na zajętych przez siebie terenach samorządy miejskie, w których mieli pracować działacze, wybrani drogą nominacji.

Przymus dalszego prowadzenia wojny przez państwa centralne wiązał się z zapotrzebowaniem na robotników i rekrutów. Liczono, że obietnice ustępstw przekonają Polaków do walki w szeregach ich armii. Szybko jednak okazało się, że mieszkańcy ziem polskich są zniechęceni trudnymi warunkami życia i nieufni wobec okupantów. Sam Piłsudski również był rozczarowany działaniami państw centralnych i dlatego odmówił dalszego werbunku do Legionów, kierując swoje siły w rozbudowę niezależnej Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). W tej sytuacji generał-gubernatorzy zdecydowali się na gest, który miał pomóc im zyskać pewne oparcie w społeczeństwie polskim. Beselerowi udało się zainscenizować przybycie do Wiednia i Berlina delegacji polskiej z rektorem Uniwersytetu Warszawskiego Józefem Brudzińskim na czele. Delegaci mieli poprosić o pomoc w tworzeniu zrębów polskiej państwowości, administracji i wojska. Odpowiedzią był, wydany w imieniu dwóch cesarzy, manifest mówiący o utworzeniu państwa polskiego z ziem zabranych Rosji, z dziedziczną monarchią i ustrojem konstytucyjnym, ale z zastrzeżeniem, że będzie ono w ścisłym sojuszu z państwami centralnymi. Dokument ten przeszedł do historii pod nazwą „Akt 5 listopada 1916 r.”. Wbrew oczekiwaniom napływ ochotników do armii okupantów nie nastąpił. Opinia publiczna była bowiem świadoma prawdziwych zamiarów władz i zaczęła się domagać gestu dobrej woli, czegoś w zamian. Na fali nacisków i niezadowolenia społeczeństwa Beseler powołał do życia Tymczasową Radę Stanu z kompetencjami doradczymi i zgodził się na wejście Legionów do stolicy. Szybko jednak postawił ultimatum: w mowie wygłoszonej 15 grudnia 1916 r. na Zamku w Warszawie powiedział o konieczności współpracy polsko-niemieckiej, zaznaczając, że Polacy nie poradzą sobie bez „sojusznika” i w ich interesie leży budowa armii, która będzie kooperować z państwami centralnymi. Żądanie złożenia przysięgi na wierność cesarzowi niemieckiemu przez legionistów z Królestwa doprowadziło natomiast do podziału Legionów. Odmowa podporządkowania się sprawiła, że większość żołnierzy została osadzona w obozach jenieckich, a sam Piłsudski razem z Kazimierzem Sosnkowskim zostali uwięzieni w twierdzy w Magdeburgu. Wyjątkiem była II Brygada, która, nie będąc pod wpływem piłsudczyków, zdecydowała się postąpić zgodnie z oczekiwaniami okupanta i weszła w skład Polskiej Siły Zbrojnej formowanej pod niemieckim dowództwem.

Była to polityczna porażka, ponieważ nie udało się stworzyć spodziewanej 200-tysięcznej armii, a dodatkowo Tymczasowa Rada Stanu podała się do dymisji, widząc brak własnej siły sprawczej wobec władz niemieckich (Chwalba 2018, s. s. 295). Zamiast tego utworzono trzyosobową Radę Regencyjną, w skład której weszli: Aleksander Kakowski, Zdzisław Lubomirski i Józef Ostrowski. Rada miała sprawować najwyższą władzę w Królestwie aż do czasu wyboru monarchy lub regenta. Sądownictwo i oświatę oddano w ręce Polaków. Co do innych sektorów zastrzeżono, że ustawy i rozporządzenia będą musiały uzyskać aprobatę generał-gubernatora (Pajewski 1985, s. 202). Po wielu sporach udało się powołać na stanowisko premiera Jana Kucharzewskiego. Jego gabinet w pierwszej kolejności zajął się problemem utworzenia armii w oparciu o obowiązek służby wojskowej, co spotkało się z ogromnymi protestami społeczeństwa.

Należy zaznaczyć, że w tym czasie sprawę polską w Rosji poruszano kilkukrotnie. Wydanie aktu 5 listopada spotkało się z zapowiedzią utworzenia państwa polskiego z prawem do autonomii, ale pod panowaniem cara. Po rewolucji lutowej Rada Delegatów Robotniczych i Żołnierskich uznała prawo Polski do niepodległości, Rząd Tymczasowy natomiast poprzestał na przyznaniu prawa do decydowania o swoim państwie, ale z zastrzeżeniem, że oba kraje zwiąże sojusz wojskowy, będący w rzeczywistości próbą ograniczenia Polaków. Rewolucja październikowa przyniosła deklaracje Rady Komisarzy Ludowych o prawie narodów dawnego cesarstwa do samostanowienia i utworzenia własnych państw, a przecież – zgodnie z przekonaniami Karola Marksa – miała niebawem nastąpić ogólnoświatowa rewolucja. Dojście bolszewików do władzy tymczasowo wiązać się miało również z koniecznością zawarcia przez nich pokoju z państwami centralnymi, co miało stworzyć warunki do opanowania sytuacji wewnętrznej. W grudniu 1917 r. w Brześciu Litewskim rozpoczęły się rozmowy między stronami. W efekcie, poza zawarciem pokoju z Rosją, państwa centralne podpisały układ z Ukraińską Radą Centralną, uznając samodzielną państwowość ukraińską, oraz oddały jej Chełmszczyznę i Podlasie. Wywołało to ogromne oburzenie Polaków, pojawiały się głosy o czwartym rozbiorze Polski. Pogorszyły się też stosunki polsko-ukraińskie.

Sprawa polska w 1917 r. wzbudziła zainteresowanie na arenie międzynarodowej. Na początku roku prezydent Stanów Zjednoczonych Thomas Woodrow Wilson w orędziu do Senatu podniósł m.in. problem powstania niepodległej Polski (Chwalba 2018, s. 368), a rok później uwzględnił tę kwestię w swoim pokojowym programie (słynny 13. punkt Wilsona). Na Zachodzie na rzecz kraju intensywnie działali Roman Dmowski i Ignacy Jan Paderewski. Szeroko zakrojona aktywność charytatywna i niepodległościowa słynnego pianisty oraz jego żony Heleny jest zagadnieniem powszechnie znanym, dlatego pozwolę sobie tylko wspomnieć o przyjaźni artysty z prezydentem Wilsonem oraz związanymi z nią możliwościami, takimi jak zainteresowanie go sprawą polską w zbliżającym się końcowym etapie wojny i przyszłych rozmowach pokojowych.

Z Dmowskim w tamtym okresie wiąże się założenie Komitetu Narodowego Polskiego, który stał się reprezentacją polityczną Polski na Zachodzie. Komitet powstał 15 sierpnia 1917 r. i w kolejnych trzech miesiącach został uznany przez Francję, Wielką Brytanię, Włochy i Stany Zjednoczone (Pajewski 1985, s. 178–179). Jednocześnie we Francji tworzyła się armia złożona z Polaków z jednostek rosyjskich i kanadyjskich, a także z ochotników z USA i jeńców wojennych. Na podstawie umowy polsko-francuskiej, 22 lutego 1918 r. KNP objął kierownictwo polityczne nad tą formacją.

Niepowodzenia państw centralnych na froncie zachodnim i pogarszająca się sytuacja wewnętrzna doprowadziły do tego, że już w 1917 r. zaczęto szukać możliwości zawarcia pokoju. Reichstag 19 lipca 1917 r. uchwalił rezolucję wzywającą do zakończenia działań wojennych, ale w tamtym momencie zarówno cesarz, jak i dowództwo wojskowe wierzyli jeszcze w szansę na wygraną (Dobrzycki 1996, s. 190). W październiku 1918 r., kiedy stało się jasne, że Niemcy nie będą w stanie wyjść zwycięsko z konfliktu, Paul von Hindenburg i Erich Ludendorff zwrócili się do rządu o bezzwłoczne podjęcie starań o zakończenie wojny, ze zgodą na program Wilsona (Pajewski 2004, s. 738). Austro-Węgry jeszcze wcześniej, bo 14 września, zaproponowały zwołanie konferencji pokojowej z Ententą. Sytuacja międzynarodowa działała na korzyść sprawy polskiej, ponieważ uwaga zaborców zwrócona była w zupełnie inną stronę. Rada Regencyjna 7 października 1918 r. wydała odezwę do narodu, w której zapowiedziała rychły koniec wojny i akceptację zasad Wilsona jako podstawy utworzenia niepodległego państwa[3]. Aby zrealizować ten cel, rozwiązano Radę Stanu i zapowiedziano uformowanie rządu, złożonego z przedstawicieli najważniejszych stronnictw politycznych, który miał być odpowiedzialny za opracowanie demokratycznej ustawy regulującej wybory do Sejmu Ustawodawczego. Pięć dni później pozbawiono Beselera dowództwa nad wojskiem polskim. Wypada też dodać, że w tym samym czasie poza Warszawą zaczynały tworzyć się ośrodki władzy lokalnej, takie jak Polska Komisja Likwidacyjna w Krakowie czy Rada Narodowa Księstwa Cieszyńskiego.

W nocy z 6 na 7 listopada w Lublinie został powołany rząd Ignacego Daszyńskiego, który przeszedł do historii pod nazwą Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej. Jego program zawierał m.in. propozycje reform społecznych, zniesienia wielkiej i średniej własności ziemskiej, wprowadzenia demokratycznej ordynacji wyborczej do Sejmu Ustawodawczego w oparciu o pięcioprzymiotnikowe prawo wyborcze i przede wszystkim – powstanie państwa polskiego (aczkolwiek bez precyzyjnego określenia jego granic).

Rozejm na froncie zachodnim podpisano 11 listopada 1918 r. i tym samym zakończono pierwszą wojnę światową. Niedawno uwolniony z Magdeburga Józef Piłsudski, tego samego dnia uzyskał od Rady Regencyjnej władzę nad wojskiem polskim, a trzy dni później Rada rozwiązała się, przekazując mu całość władzy nad państwem oraz powierzając misję utworzenia rządu.

Literatura pamiętnikarska

Literatura pamiętnikarska (inne nazwy używane zamiennie to: „memuarystyka”, „literatura intymna”, „pisarstwo autobiograficzne”; zob. Podolska 1990, s. 205; Sierakowska 2018, s. 45; Czermińska 2020, s. 19) należy do kategorii określanej mianem „literatura dokumentu osobistego”. Ten ostatni termin został wprowadzony przez Romana Zimanda (1990, s. 6), a za Małgorzatą Czermińską można przywołać ogólny sposób rozumienia tej nazwy: „wszystkie teksty, które nacechowane są podmiotowością piszącego” (cyt. za: Kubis 2014, s. 551). Zimand (1990, s. 17–18) precyzuje, że literatura dokumentu osobistego „składa się z dwóch kosmosów: świata pisania o sobie wprost i świata naocznego świadectwa. Z tym, że co się pisze o sobie i jak się rozumie naoczności świadectwa, to właściwości wyznaczone zarówno przez osobowość autora, jak i przez kulturowe wzorce epoki”.

Nowy model historiografii, ukształtowany w połowie ubiegłego stulecia i skierowany w stronę życia codziennego oraz przeżyć osobistych, wymagał nowego typu narracji historycznej, a co za tym idzie – otwarcia się na nowe źródła, które dostarczą potrzebnych informacji. W ten sposób powstało miejsce dla literatury dokumentu osobistego wykorzystywanej do tej pory przez socjologów i literaturoznawców (Malanowski 1971, s. 63; Kubis 2014, s. 549). Jan Szczepański (1971, s. 26–27) wskazał, że literatura pamiętnikarska może być przydatna m.in. w rozpoznaniu postaw, aspiracji, dążeń oraz wzorów zachowań Polaków. Jan Malanowski (1971, s. 64) częściowo podziela to stanowisko, choć zwraca dodatkowo uwagę na możliwość obserwacji tego, jak kształtują się przekonania i poglądy określonych ludzi. Podkreśla też, że są to dokumenty dające pewien obraz epoki, w której powstały. Pochylając się nad tekstem, należy więc analizować nie tylko to, co autor pisze, ale również, jak pisze i co pomija. Pozwala to odkryć, że poza „jedyną słuszną” – dotyczącą konkretnych wydarzeń historycznych – narracją, istnieje jednocześnie wiele innych, opartych na indywidualnych doświadczeniach i wiedzy osób wywodzących się z różnych środowisk.

Oczywiście należy brać pod uwagę ograniczenia związane z zastosowaniem takich źródeł. W przypadku tekstu pisanego z perspektywy czasu, o wielu aspektach decydują chociażby słabości ludzkiej pamięci, ale również istotna jest chęć „wybielenia” siebie lub opisywanych postaci. Z czasem autor może też nabrać dystansu lub zmienić postawę wobec własnych doświadczeń i napisać o nich inaczej, niż gdyby spisywał notatki na bieżąco (Matus 1971, s. 75). Obecnie powszechna jest świadomość możliwości wykorzystania literatury dokumentu osobistego w badaniach historycznych przy zastosowaniu krytyki wewnętrznej i zewnętrznej oraz pamiętaniu o ograniczeniach tego typu źródeł (Kożuchowski 2005; Sierakowska 2014, s. 537–538; Kirchner 2013; Lis 2015; Pekaniec 2017).

Dzięki interdyscyplinarnym badaniom nad jednostką, prowadzonych na podstawie wytworzonych przez nią źródeł autobiograficznych, zaproponowano – w odniesieniu do tej kategorii piśmiennictwa – dość nowy termin – „egodokumenty”. Jacob Presser, holenderski historyk i filolog, wyjaśnia, że wartością tych wytworów jest nie tyle warstwa faktograficzna, ile możliwość spojrzenia „w głąb” osoby piszącej, która w jakiś sposób (zamierzony lub nie) ujawnia swoje przeżycia i emocje (Roszak 2013, s. 27). Waldemar Chorążyczewski i Agnieszka Rosa (2015, s. 14) wskazują, że żadne źródło nie jest egodokumentem, dopóki nie zostanie odpowiednio zbadane, tzn. dopóki badacz nie zechce skupić się na ego autora i tym, co mówi o sobie w tekście i poprzez tekst. Zalety podejścia egodokumentalnego w badaniach historycznych przedstawił także Piotr Bewicz (2015, s. 30–31), podkreślając szansę wyjścia poza standardowe pole badawcze oraz możliwość interpretacji zjawisk w miejsce trzymania się ściśle określonego kanonu. Wszystko przy zachowaniu niezbędnych wymogów badawczych.

Dziennik jako gatunek literacki nie ma długiej historii, pojawił się dopiero w czasach nowożytnych i rozpowszechnił na przełomie XVII i XVIII w. Oświecenie przyniosło, a romantyzm podchwycił, zainteresowanie formą „dziennika intymnego” nastawionego na wyrażanie siebie i opisywanie przeżyć wewnętrznych. Ten rodzaj zapisków początkowo nie był przeznaczony do druku. Z kolei druga połowa dziewiętnastego stulecia należała do dzienników tzw. drugiej generacji, których autorzy pisali z myślą o opublikowaniu notatek, dając tym samym asumpt do wyodrębnienia nowego gatunku literackiego (Podolska 1990, s. 199–200).

Kontynuując ten wątek, należy wyjaśnić, czym jest dziennik i co odróżnia go od innych form wypowiedzi. Według najkrótszej definicji ze Słownika języka polskiego jest to „pamiętnik pisany codziennie; diariusz” (https://sjp.pl/dziennik; dostęp: 25.11.2022). Magdalena Drab (2017, s. 19–20) przytacza wyjaśnienie ze Słownika terminów literackich: „Dziennik to forma pisarska przynależna literaturze dokumentu osobistego, stanowiąca zbiór regularnych, poczynionych osobiście przez autora notatek opatrzonych datą dzienną”. We wszystkich opisach dotyczących omawianego gatunku pojawia się informacja o regularnym prowadzeniu zapisków „na bieżąco” w stosunku do opisywanych wydarzeń. To właśnie odróżnia dziennik od innych form literatury pamiętnikarskiej. Niewątpliwą zaletą takiej aktualności jest to, czego może brakować w przypadku innych gatunków spisywanych z perspektywy czasu: chodzi o pewną dozę spontaniczności i pierwsze spojrzenie na to, co się stało. Z drugiej strony, jak uważa Barbara Kubis (2014, s. 550), osoba spisująca dziennik wcale nie musi robić tego rzetelnie i uczciwie, a w datacji mogą zdarzyć się pomyłki. Jest więc to ograniczenie, o którym powinien pamiętać każdy badacz chcący podejść krytycznie do materiału źródłowego.

Większość autorek badanych przeze mnie dzienników rozpoczęły swoje zapiski pod koniec lipca lub na początku sierpnia 1914 r. Wyjątek stanowią Zofia Nałkowska i Zofia Romanowiczówna, które spisywały notatki jeszcze przed wybuchem wojny – pierwsza z nich robiła to od 1899 r., druga zaś – od 1888 r. Sześć dzienników obejmuje cały okres I wojny światowej, natomiast zapiski w pięciu pozostałych urywają się w różnych momentach.

Dziennik z oblężonego Przemyśla (1914–1915) Heleny Jabłońskiej (2017) kończy się latem, po zdobyciu twierdzy przez siły państw centralnych, kiedy autorka wyjechała z miasta. Mimo że jej notatki obejmują tylko rok, są one pośród pozostałych dzienników najbardziej obszerne – zajmują ponad pięćset stron. Podobna sytuacja dotyczy Heleny Kozickiej (2015), która opisywała życie w okupowanym przez Rosjan Tarnopolu – jej zapiski nie kończą się jednak wraz z zajęciem miasta, lecz wcześniej, w połowie roku 1916. Nie jest jasne, dlaczego tak się właśnie stało. Nie da się tego wywnioskować z treści dziennika, ale też przytoczona na początku wydanych dzienników nota biograficzna autorki nie daje jasnej odpowiedzi.

Jasno określone ramy czasowe ma Dziennik Klimkówka 2 VIII 1914 – 24 IV 1915 Anieli Ostaszewskiej (2016). Początek stanowi wybuch wojny, a data końcowa prawdopodobnie jest związana z pogorszeniem się stanu zdrowia męża autorki – Stanisława Ostaszewskiego, który ostatecznie zmarł 31 maja 1915 r.[4] Można więc wysunąć wniosek, że kobieta porzuciła prowadzenie zapisków, aby zaopiekować się chorym mężem w jego ostatnich dniach życia i nie powróciła już do pisania dziennika.

Zbliżone do siebie geograficznie dzienniki Anieli Jałowieckiej-Belinowej (2014) i Ludwiki Ostrowskiej (2014) (obie autorki mieszkały w guberni Piotrowskiej, w okolicach dzisiejszego Radomska) kończą się – kolejno – w grudniu 1914 r. i w październiku 1915 r. Oba sprawiają wrażenie, jakby urywały się nagle, bez widocznej przyczyny. Noty biograficzne kobiet nie wskazują żadnych okoliczności mogących mieć wpływ na rezygnację ze spisywania swoich przemyśleń. Autorzy edycji źródeł zawierającej oba dzienniki zwrócili uwagę na – jednakowe dla autorek – doświadczenie działań wojennych w ich bezpośredniej okolicy od sierpnia do grudnia 1914 r. W przypadku Jałowieckiej-Belinowej ten przedział czasowy pokrywa się niemal równo z początkiem i zakończeniem jej zapisków. W przypadku Ostrowskiej zaprzestanie pisania dziennika mogło mieć związek z jej stanem zdrowia – wielokrotnie wspominała bowiem o złym samopoczuciu i chorobach, a była osobą starszą. Te czynniki mogły wpłynąć na jej chęć do pisania.

Warto też przyjrzeć się temu, skąd autorki czerpały informacje, które później notowały w dziennikach. Pierwszym źródłem wiadomości byli inni ludzie – to, co mówili, ale również to, co pojawiało się w korespondencji. W analizowanych zapiskach pojawia się stosunkowo dużo sformułowań typu: „słyszy się”, „wszyscy twierdzą”, „ktoś twierdzi”, „mówi się”, „opowiadają”. W sytuacji początkowego chaosu i braku rzetelnych informacji krążące wśród ludzi wieści, plotki, pogłoski oraz innego rodzaju przekazy ustne były pierwszą możliwością zdobycia wiedzy na temat tego, co działo się w okolicy oraz na świecie. Kobiety spisujące dzienniki były raczej świadome tego, jak niepewne były takie źródła, i starały się podchodzić do wszelkich rewelacji z ostrożnością. Ostrowska, notując np. pogłoski o ruchach wojsk, próbowała weryfikować to, co usłyszała, i zdarzyło jej się dopisywać uwagi na temat prawdziwości informacji. Z kolei Janina Potocka dystansowała się od opowieści ogrodnika o zniszczeniach okolicznych wsi. Kozicka (2015, s. 39) zaś, w odciętym od świata Tarnopolu, opisywała sytuację z nieufnością: „Wiadomości te bardzo często okazują się być mylnymi, ale pomimo to słuchają ich ludzie łakomie, byle łudzić się choć chwilę”. Podobne spostrzeżenia miała Janina Konarska (2019, s. 112–113), pisząc: „Okropne są te »zdaje się«, »podobno« – a pewności żadnej. […] Nie wiadomo teraz – co prawda. Ta niepewność po prostu zamęcza”.

Drugim istotnym źródłem wiadomości była prasa, która – jak pisano na początku wojny – początkowo była niedostępna. Nie docierała z różnych powodów, zwłaszcza na tereny wiejskie. W późniejszym okresie, jeśli już była dostępna, to nie zawierała zbyt rzetelnych informacji, ponieważ podlegała cenzurze. Zdarzało się, że celowo uwypuklano sukcesy państwa, które panowało na danym obszarze. Podobnie jak w odniesieniu do przekazów ustnych, także i w tym przypadku, autorki dzienników zdawały sobie sprawę z ograniczeń tego źródła wiadomości i zauważały tendencje władz do kontrolowania rozpowszechnianych informacji. Świadczą o tym choćby takie cytaty jak: „Gazety miewamy śląskie i łódzkie, pełne powodzeń niemieckiego oręża”(Ostrowska 2014, s. 81), „Mamy już gazety lwowskie z opisami wzięcia miasta, ale nie wyjaśniają nam one nic. Pisane są stylem telegraficznym, na żadne uwagi szersze pozwolić sobie nie mogą”(Kozicka 2015, s. 29), „dziennikom o tym pisać nie wolno, a w ustach ludzi krążą najserdeczniejsze wersje”(Romanowiczówna 2005, s. 252).

Na koniec warto wspomnieć, że źródłem wiadomości, o którym wspominały autorki dzienników, były też wszelkiego rodzaju obwieszczenia i rozporządzenia wydawane przez władze cywilne i wojskowe. Taki formalny, „urzędowy charakter” komunikatów wpływał na postrzeganie informacji jako bardziej godnych zaufania.

Postawa

Dla niniejszego artykułu istotnym terminem jest „postawa”. Pochodzi on z XIX wieku, kiedy to został użyty po raz pierwszy przez dwóch brytyjskich filozofów: Alexandra Baina i Herberta Spencera. W ich rozumieniu „postawa” to „psychiczny stan gotowości do słuchania, uczenia się czegoś, stan, który jest warunkiem przyswojenia sobie prawdziwej wiedzy”. Na przełomie XIX i XX wieku tego słowa używano w znaczeniu, jakie dziś psychologia przypisuje terminowi „nastawienie”, a współczesne rozumienie oraz powszechne zainteresowanie badaczy omawianą nazwą wiąże się z socjologami początku XX w., którzy zdefiniowali postawę jako „stan umysłu jednostki wobec pewnych wartości o społecznym charakterze” (Mika 1984, s. 111–112). Od tego momentu jest to zjawisko, którym zajmują się zarówno socjologowie, jak i psychologowie społeczni.

We współczesnej psychologii, jak podaje Jan Strelau (2005, s. 79), „postawą wobec dowolnego obiektu (przedmiotu, zdarzenia, idei, innej osoby) nazywamy względnie stałą skłonność do pozytywnego lub negatywnego ustosunkowywania się człowieka do tego obiektu”. Ten sposób definiowania nazwy pojawia się też u Bogdana Wojciszke (2011, s. 200), który zwrócił dodatkowo uwagę na istnienie takich właściwości postawy, jak „siła, ważność, wewnętrzna zgodność i stopień powiązania z innymi postawami”. Przywołaną powyżej uznają również Robin M. Akert, Elliot Aronson i Timothy D. Wilson, którzy przypominają jednak, że środowisko nie jest zgodne co do sposobu rozumienia tego terminu (Aronson, Wilson, Akert 1997, s. 288), czyli trzeba uświadamiać sobie odmienności definicyjne.

Zarówno Stanisław Mika (jeden z pierwszych polskich psychologów społecznych), jak i wymienieni wyżej autorzy podkreślają, że postawa składa się z trzech składników: uczuciowo-oceniającego, poznawczego i behawioralnego. Wojciszke zwraca jednak uwagę na ograniczenia związane z pomiarem tych elementów w różnych warunkach i wskazuje na tendencję do wartościowania obiektu. W dalszej części artykułu, używając słowa „postawa”, będę rozumieć je zgodnie z definicją Jana Strelaua.

Autorki analizowanych dzienników

Koniec XIX wieku to czas zmian i postępującej emancypacji, przy czym był to proces powolny, daleki od rewolucji. Na ziemiach polskich główną rolą kobiet w tym okresie była w dalszym ciągu opieka nad domem i potomstwem. Oczywiście w zależności od warstwy społecznej pojawiały się różnice, które warto w tym miejscu zaznaczyć. W warstwach uboższych praca fizyczna w gospodarstwie lub praca zarobkowa były koniecznością i kolejnym obowiązkiem spoczywającym na kobiecych barkach. Najczęściej zarabiały jako różnego rodzaju służba domowa lub robotnice fabryczne. Lepsze wykształcenie pozwalało im na znalezienie zatrudnienia w charakterze guwernantki lub nauczycielki – na pensji lub u osoby prywatnej. Wśród zamożniejszych warstw kobiety przeważnie nie pracowały zawodowo, jeśli nie wymagała tego sytuacja. Miały za to inną, bardzo ważną w tamtym momencie dziejowym rolę – rolę matki-Polki, która po okresie powstań narodowych w XIX w. miała zapewniać swoim dzieciom wychowanie, z naciskiem na zachowanie pamięci o tradycji i historii kraju oraz miłość do nieobecnej ojczyzny.

W zakresie edukacji już przed pierwszą wojną światową zauważalne były zmiany na lepsze. W dalszym ciągu dominowała nauka w domu lub na pensji, ale zarówno w Galicji, jak i w Królestwie Polskim zaczynało się rozwijać kształcenie zawodowe dla kobiet. Oferowano różnego rodzaju kursy i naukę umiejętności praktycznych (por. Żarnowska 2014; Sozańska 2022). Pod koniec XIX w. pierwsze europejskie uniwersytety, w tym również Uniwersytet Jagielloński, zaczynały otwierać się na przyjmowanie słuchaczek (zob. Sikora 2007). Dla Polek był to jednak początek długiej walki o możliwość zdobycia wyższego wykształcenia.

Autorki badanych przeze mnie dzienników stanowiły pod względem pochodzenia dość jednorodną grupę. Wywodziły się z rodzin ziemiańskich, inteligenckich lub z tak zwanej „zubożałej szlachty”. Brakuje więc reprezentantek innych warstw społecznych, w szczególności tych uboższych. Wpływ na to mogły mieć co najmniej trzy czynniki – pierwszy z nich to wysoki w tamtym okresie analfabetyzm. Według statystyk z początku XX w. w Galicji i Królestwie Polskim odsetek kobiet potrafiących czytać i pisać wynosił – odpowiednio – 30,23% (Pilat [red.] 1908, s. 5) i 26,8% (Grabski [oprac.] 1915, s. 263). Drugi powód wydaje się prozaiczny, choć jest równie istotny – należy brać pod uwagę brak czasu na regularne robienie zapisów, wynikający z trudności życia codziennego oraz wielości obowiązków spoczywających na barkach kobiet. Powód trzeci dotyczy warstw słabiej wykształconych. Można w nich zaobserwować mniejszą potrzebę utrwalania wiedzy o teraźniejszości i przeszłości oraz reflektowania nad nimi.

Należy też zaznaczyć, że wśród autorek przeważały mieszkanki terenów zaboru rosyjskiego, z zaboru austriackiego zaś pochodziły tylko cztery kobiety. Brakuje natomiast przedstawicielek z zaboru pruskiego, na co zwróciła uwagę również Katarzyna Sierakowska (2014, s. 538).

W ponad połowie przypadków mamy do czynienia z mężatkami, co nie powinno dziwić, ponieważ wszystkie autorki były dorosłe. Najmłodsza z nich w momencie wybuchu wojny miała 25 lat, a dominującą grupę wiekową stanowiło 8 kobiet między 25. a 50. rokiem życia. Dojrzalsze były Janina Potocka i Ludwika Ostrowska – obie po 60. roku życia, a o dekadę starsza była Zofia Romanowiczówna. Należy dodać, że Janina Gajewska, Ludwika Ostrowska i Zofia Romanowiczówna były pannami, natomiast Janina Potocka i Helena Jabłońska owdowiały jeszcze przed wojną.

Jeśli chodzi o miejsce zamieszkania, to autorki przeważnie pochodziły ze wsi. Na stałe w miastach mieszkały Gajewska, Jabłońska, Kozicka i Romanowiczówna. Nałkowska w latach 1914–1918 część czasu spędziła w podwarszawskich Górkach, część zaś w stolicy. Z kolei Maria Dąbrowska do ostatniego roku wojny nie miała stałego miejsca zamieszkania, przenosiła się kilkukrotnie, zatrzymując się w domach przyjaciół i rodziny.

Biorąc pod uwagę powyższe informacje, zwłaszcza pochodzenie autorek dzienników, przynależność do warstw społecznych oraz miejsce zamieszkania, należy przypomnieć, że te konkretne kobiety nie stanowią jednolitej i całościowej reprezentacji żeńskiej części społeczeństwa polskiego w tamtym okresie. Były to osoby pochodzące z na tyle zamożnych rodzin, że nie musiały zajmować się fizyczną pracą zarobkową, miały wystarczająco dużo czasu, chęci oraz przede wszystkim wykształcenia, żeby sięgnąć po pióro i spisywać swoje dzienniki.

Kwestie polityczne

Zaborcy i ich polityka

Naturalnym odruchem władz państw zaborczych była chęć zapewnienia sobie przychylności społeczeństwa polskiego, chociażby po to, aby uniknąć problemów związanych z nieposłuszeństwem ludności (pozyskiwanie rekruta, pomoc dla wojska i administracji) oraz z prowadzeniem działań wojennych na terenach zaborów austriackiego i rosyjskiego. Już w pierwszych miesiącach wojny wydano więc odezwy skierowane do Polaków, zawierające obietnice dotyczące ustępstw po wojnie. Reakcje ludności na owe deklaracje były różne. Część nie przejawiała żadnego zainteresowania polityką, innym było wszystko jedno, a jeszcze inni intensywnie poszukiwali informacji na ten temat. Odmienne było również nastawienie wobec poszczególnych zaborców (zob. Achmatowicz 2003; Szlanta 2013). Wraz z upływem kolejnych miesięcy sytuacja zmieniała się dynamicznie, działania wojenne na froncie wschodnim doprowadziły do zmiany władzy (tymczasowo lub trwale) na poszczególnych obszarach.

Na wybuch wojny część społeczeństwa Galicji zareagowała dużym entuzjazmem – w nadchodzącym konflikcie upatrywano szansy na odzyskanie niepodległości (szerzej: Szlanta 2013). Zabór rosyjski motywowany tym, że „na Niemca nienawiść okrutna” (cyt. za: tamże, s. 23), raczej opowiadał się za lojalnością wobec wschodniego zaborcy, choć pojawiały się także nieśmiałe nadzieje na niepodległość. Odezwę Wielkiego Księcia Mikołaja interpretowano w zróżnicowany sposób – dla jednych była obietnicą, która wzmacniała ich prorosyjskie postawy, dla innych – podstępem, w który nie warto wierzyć.

Z większości analizowanych dzienników wynika, że Rosja postrzegana była negatywnie. Dla przeważającej części tych źródeł wspólne jest nazywanie Rosjan „Moskalami” i porównywanie ich do Tatarów. Co ciekawe, taki sposób opisu pojawił się u autorek zarówno z zaboru rosyjskiego, jak i austriackiego. Kozicka, mieszkanka galicyjskiego Tarnopola, na odezwę Wielkiego Księcia Mikołaja zareagowała wręcz wściekłością – fragment tekstu temu poświęcony jest pełen emocji, wykrzykników oraz określeń typu „stek frazesów”(Kozicka 2015, s. 28). Samych Rosjan określiła mianem „znienawidzonego wroga” (tamże, s. 26). Nie wierzyła w ideę panslawizmu, ponieważ była świadoma nadmiernych aspiracji Rosji jako potencjalnej przywódczyni wszystkich Słowian (tamże, s. 35).

Innym przejawem antyrosyjskiej postawy było chociażby pisanie o wojsku austro-węgierskim jako o „naszych”, jak czyniły to Ostaszewska (2016, s. 43) i Jabłońska (2017, s. 75, 77–78). Jałowiecka-Belinowa (2014, s. 184) podzieliła się natomiast w dzienniku swoim negatywnym zdaniem o zdolnościach zaborcy do zaprowadzania porządku, ironizując: „Obecnie policja rosyjska wróciła już do swych obowiązków, co wszyscy odczuwają, gdyż z tą chwilą zaczęły się liczne kradzieże”.

Odmienną postawę prezentowały Nałkowska i Potocka. Nałkowska (1976, s. 342) opowiadała się od początku wojny za wspieraniem Ententy, a co za tym idzie – Rosji, ponieważ uważała to za „mniejsze zło” w porównaniu z państwami centralnymi (i miała na myśli głównie Niemcy). Taka postawa i motywacja pojawiły się w dziennikach kilkukrotnie, dlatego powrócę do tej kwestii w dalszej części tekstu. Warto też zaznaczyć, że obietnice cara wobec Polaków Nałkowska (1976, s. 342) przyjęła ze zdziwieniem, lecz nie negowała ich prawdziwości.

Potocka (2014, s. 73) uważała się natomiast za rosyjską poddaną, dlatego nie widziała nic dziwnego czy niewłaściwego w świętowaniu imienin Wielkiej Księżnej Tatiany Romanowej ani w tym, że jej bliscy wysyłali gratulacje do dowódców armii rosyjskiej po zwycięskich bitwach (Potocka 2014, s. 77). Bez ironii pisała o nich „nasi przyjaciele” (tamże, s. 52). Sama też zanotowała: „niemile mnie dotknęło było, że w ukazie o mobilizacji Królestwo zostało ominięte” (tamże, s. 22). Jednocześnie miała poczucie, że oparcie się na Rosji pomoże mieszkańcom ziem polskich uchronić się przed nadejściem Niemców. Nie można jednak powiedzieć, że jej postawa wobec Rosji była jednoznacznie pozytywna lub przychylna, ponieważ w innych zapiskach znajdziemy krytykę Moskwy za rabunki w sytuacji wycofywania się Rosjan z ziem zaboru rosyjskiego, co doprowadziło wielu Polaków do nędzy i ubóstwa (tamże, s. 52). Pisząc o rugowaniu polskości na terenie zaboru pruskiego, Potocka (2014, s. 53) przyznawała: „Nie przeczę, że i rząd rosyjski nie byłby od tego, jeśliby mu to możebne było, ale mu to możebne nie będzie, i wśród narodu rosyjskiego nie ma względem nas tej strasznej logicznej rasowej nienawiści, jaka u Niemców panuje”.

W stosunku do Rosji nowy kontekst ujawnia się w 1917 r. i – co z dzisiejszej perspektywy może zaskakiwać – temat zmiany władzy, czyli rewolucje: lutowa i październikowa, pojawił się w niewielkiej liczbie dzienników. Jeśli już jednak autorki pisały o tym zagadnieniu, to wyrażały radość z tego, że mieszkańcy tego kraju przestaną być uciskani przez carski reżim (Romanowiczówna 2005, s. 281–282) i że może to przyspieszyć zakończenie konfliktu (Konarska 2019, s. 337). Dojście do władzy bolszewików przyjmowano z kolei z obawą – dominował niepokój co do sposobu sprawowania władzy i losu wschodnich ziem polskich.

Postrzeganie Niemiec jako zaborcy jest bardziej zróżnicowane – autorki prezentują całą gamę postaw, które w niektórych przypadkach dodatkowo ulegały zmianie wraz z rozwojem sytuacji wojennej. Duży wpływ na to miały sukcesy Niemiec na froncie wschodnim oraz fakt bezpośredniego zetknięcia się z tym zaborcą i jego polityką na pewnym etapie konfliktu. 

Niemcy przeważnie nie są w dziennikach darzeni sympatią – jeśli już, to postrzegano ich jako „mniejsze zło” niż Rosja, najpierw carska, a później bolszewicka. Potocka, u której w pierwszych latach wojny dominowały uczucia zdecydowanie antyniemieckie (do tego stopnia, że początkowo cieszyła się z posłania synów do walki przeciwko „zdradliwemu i żelaznemu panowaniu”; zob. Potocka 2014, s. 25), musiała w pewnym momencie przyznać, że rozsądnym było zaakceptowanie rzeczywistości, w której nad całością ziem polskich panują Niemcy (i Austriacy, aczkolwiek autorka o nich nie wspominała), co stanowiło pewnego rodzaju zabezpieczenie i ochronę przed buntami chłopów oraz wpływami bolszewickiej agitacji. Było to dla niej szczególnie ważne, ponieważ jej majątek – Peczara – położony był na Podolu (dzisiejszy obwód winnicki w Ukrainie) i oba powyższe problemy były częstym zjawiskiem. Niemcy byli więc dla Potockiej gwarantem bezpiecznego starego porządku i praw ziemiaństwa.

Z kolei Dąbrowska i Kozicka w pierwszych latach wojny dostrzegały w Niemcach szansę na niepodległość dla Polski. Nie był to dla nich wybór idealny (Kozicka wprost napisała o nienawiści, jaką darzyła Niemców), ale obu bliska była idea legionowa[5], a więc naturalnie – również państwa centralne.

Obok postaw pozytywnych (ujawniających się nawet tylko w niewielkim stopniu) pojawiały się również postawy jednoznacznie negatywne. Gajewska (2014, s. 36, 42–43) sympatyzowała z każdym narodem, który ucierpiał z ręki tego zaborcy i zdawała sobie również sprawę z tego, że Polacy doznali od Niemców zbyt wiele krzywd, aby móc traktować ich jako dobre rozwiązanie w drodze do niepodległości. Jabłońska (2017, s. 569), mimo sympatii do Austro-Węgier, także była stanowczo przeciwna współpracy z Niemcami. Konarska, Nałkowska i Ostaszewska nie miały nic pozytywnego do powiedzenia na temat polityki niemieckiej i z ich zapisków wyłania się jednoznacznie negatywny obraz Niemca jako zaborcy[6]. Z kolei Jałowiecka-Belinowa (2014, s. 190), mimo wyraźnej niechęci wobec tej nacji, starała się nie ulegać nienawiści – nie rozumiała, dlaczego osoby w jej otoczeniu szybko przyjmowały pod wpływem propagandy oraz docierających do nich wiadomości postawy antyniemieckie i jednocześnie zwracały się w stronę Rosji. Uważała, że Polacy doznali krzywd od obu zaborców i nierozsądne było wybieranie stron oraz uleganie emocjom.

Okres okupacji austro-niemieckiej w Królestwie pojawia się w dziennikach stosunkowo rzadko – częściowo z tego powodu, że kilka z nich – jak zaznaczyłam – kończy się jeszcze przed nastaniem nowej władzy lub tuż po tym zdarzeniu. Uniemożliwia to poznanie perspektywy wszystkich autorek. Jeśli jednak ten temat pojawia się w zapiskach, to zwykle dotyczy początkowego okresu niemieckiego „panowania” lub aktu 5 listopada. Autorki na ogół nie przejawiają sympatii do okupantów – zachowują ostrożność wobec obietnic i zdają sobie sprawę, że zaborcy wiele są w stanie zadeklarować, aby osiągnąć swój cel (chociażby pozyskać rekrutów) (Gajewska 2014, s. 216; Romanowiczówna 2005, s. 285; Nałkowska 1976, s. 442). Dąbrowska (1988, s. 89) i Romanowiczówna (2005, s. 278) były początkowo najbardziej przyjaźnie nastawione, ale po jakimś czasie obie straciły entuzjazm, przekonując się, jak w praktyce wyglądała niemiecka polityka. Potocka z kolei, mimo dość często wyrażanej niechęci do Niemców, w pewnym momencie musiała przyznać, że są oni gwarantem trwałości określonego porządku na opanowanych ziemiach. Tak jak zaznaczyłam powyżej, motywacją do takiej oceny była u niej obawa o zagrożenie ze strony bolszewików i miejscowych chłopów.

Jeśli chodzi o nacechowane emocjonalnie sformułowania, jakie najczęściej pojawiają się w dziennikach w kontekście Niemców, to należy wymienić określenia „Prusacy/Prusaki” (Dąbrowska 1988, s. 89; Gajewska 2014, s. 43; Konarska 2019, s. 112–113) oraz „Krzyżacy” (Potocka 2014, s. 53; Gajewska 2014, s. 36, 42, 55, 64, 216, 256; Konarska 2019, s. 156). Obie nazwy wiążą się ze stereotypowym postrzeganiem tego zaborcy nie tylko jako sąsiada, ale również wroga, najeźdźcy, który od czasów zamierzchłych nękał nasz kraj na różne sposoby[7]; jak pisano: „odwiecznego wroga od czasów Wandy i Rytygiera” (Gajewska 2014, s. 54). Ten sposób myślenia o Niemcach wykształcił się w XIX w. na skutek sytuacji, w jakiej znalazły się ziemie polskie, i upowszechnił się wraz z zaostrzeniem polityki wobec Polaków po zjednoczeniu Niemiec pod przywództwem Prus. Właśnie Prusacy stali się wyobrażeniem wszystkich najgorszych cech (przeświadczenie o swojej wyższości nad innymi narodami, brutalność, nieustanna potrzeba ekspansji etc.). Z kolei określenie „Krzyżacy” miało nawiązywać do panującego wówczas przekonania, że Polska już w średniowieczu była nękana przez tego sąsiada i że od tego czasu nic się nie zmieniło. Jednocześnie mogło to wiązać się z pewną tendencją do przypominania o czasach grunwaldzkiego zwycięstwa jako momencie chwały narodu polskiego. W obliczu ucisku ze strony zaborcy zapewne pomagało to wierzyć, że skoro udało się kiedyś powstrzymać agresora, to być może uda się i teraz (szerzej: Radziwiłłowicz 2001).

Temat polityki Austro-Węgier pojawia się w dziennikach najrzadziej. Wywoływał najmniej kontrowersji, a autorki były do tego zaborcy nastawione najbardziej pozytywnie. Może to wynikać z najmniejszej ilości negatywnych doświadczeń w dziejach wzajemnych stosunkach między państwami (szerzej: Łazuga 2016; Szlanta 2013; Pająk 2012). Austro-Węgry były postrzegane jako „najbardziej »znośna« niewola” (cyt. za: Łazuga 2016, s. 55), w zaborze austriackim panowała największa swoboda, a Polacy mieli szansę stać się częścią aparatu władzy. W tekstach nie pojawiają się żadne nacechowane emocjonalnie określenia Austriaków[8] tak, jak czyniono w odniesieniu do Rosji i Niemiec.

Część autorek dzienników sympatyzowała z c.k. monarchią, ponieważ pochodziły z Galicji lub tam mieszkały i w naturalny sposób czuły się związane z tamtejszą władzą. W zapiskach zauważalne są określenia typu „nasi” (Ostaszewska 2016, s.43; Jabłońska 2017, s. 75, 77–78) oraz deklaracje modlenia się o zwycięstwo (Ostaszewska 2016, s. 43). Z drugiej strony występują też głosy krytyczne – zarówno Gajewska, jak i Konarska nie darzyły Austriaków sympatią, choć wynikało to z różnych powodów. Pierwsza z nich uważała, że skoro Austro-Węgry są po tej samej stronie, co znienawidzone Niemcy, to znaczy, że są tak samo złe. Dodatkowo obawiała się, że mieszkańcy Galicji zbyt mocno wierzyli w „swojego” zaborcę i jego obietnice (Gajewska 2014, s. 52). Druga wymieniona autorka miała natomiast za złe Austriakom, że popierali wysyłanie do walki polskiej młodzieży (odpowiednio „nakarmionej ideałami oraz hasłami o wywalczeniu niepodległej Polski”) dla własnej korzyści. Określiła ich wprost „zbrodniarzami” (Konarska 2019, s. 123).

Trzecią dającą się wyodrębnić grupą były autorki, które uważały współpracę z Austro-Węgrami za „najmniejsze zło”. Jeśli Niemcy mogli pomóc pokonać najwyraźniej najbardziej znienawidzoną Rosję, to drugi, „mniejszy” koalicjant był jeszcze lepszy, ponieważ nie był aż tak uwikłany historycznie w różne epizody nękania narodu polskiego (pomijając aktywny udział Austrii w rozbiorach). Stanowisko Kozickiej najlepiej oddaje ten sposób postrzegania Austrii: „wprawdzie pod słowem »my« rozumiem tylko Polaków i nikogo więcej, ale nie mogę uważać za »nieprzyjaciela« tego, kto z Rosją walczy” (Kozicka 2015, s. 29).

Co ciekawe, Austro-Węgry właściwie nie pojawiają się jako drugi okupant w każdym z analizowanych tu przypadków w kontekście polityki wobec ziem polskich po 1915 r.. Wygląda to tak, jakby cała uwaga autorek (a co za tym idzie – również sympatie i antypatie) skierowana była na Niemcy.

Polskie dążenia niepodległościowe

Wielka Wojna – jak wiadomo – przyniosła Polsce niepodległość. Było to możliwe dzięki sprzyjającej sytuacji międzynarodowej, ponieważ państwa zaborcze zwróciły się przeciwko sobie, a na skutek działań wojennych ziemie polskie znalazły się w całości pod wpływem Austro-Węgier i Niemiec. Jednak niepowodzenia na froncie zachodnim zmusiły te kraje do porzucenia planów ekspansji na wschód. Poszczególne polskie stronnictwa polityczne miały odmienne programy zwiększenia autonomii. Choć cały czas wojny charakteryzował się dużą zmiennością, to wśród zainteresowanych wyodrębnić można dwie grupy: zwróconą ku współpracy z państwami centralnymi oraz drugą, skłonną oprzeć się na Rosji. 

Wątek działalności niepodległościowej Polaków pojawił się w badanych przeze mnie dziennikach, przy czym podejmowano go stosunkowo rzadko. Nie powinno to dziwić, ponieważ w przeciwieństwie do tematu zaborców oraz ich polityki wizja wyswobodzenia kraju była przez długi czas tylko wizją. Dużo więcej uwagi autorki poświęcały temu, co „tu i teraz”, i zastanawiały się, pod czyim panowaniem i jak długo przyjdzie im żyć. Istotne jest również to, że część kobiet zrezygnowała z prowadzenia dzienników po dwóch pierwszych latach konfliktu, przez co nie dane nam jest poznać ich opinii i postaw wobec późniejszych wydarzeń przy zmieniających się warunkach.

W pierwszych latach po wybuchu wojny autorki przeważnie nie poruszały problemu odrodzenia Polski lub wyrażały tylko nieśmiałe nadzieje. W zapiskach Potockiej (2014, s. 90) ten wątek nie został wspomniany ani słowem aż do czerwca 1917 r., a u Romanowiczówny, Jabłońskiej i Konarskiej przebijały się pełne obaw pytania, czy cokolwiek się zmieni w najbliższych latach. Z kolei Dąbrowska i Gajewska martwiły się, że wojna raczej oznacza krzywdę dla ludzi niż zyski polityczne. Większe zainteresowanie tematem budziło się w związku ze zmianami, jakie przyniósł rozwój konfliktu – znalezienie się całości ziem polskich w strefie wpływów Austro-Węgier i Niemiec. Autorki były nieufne wobec nowej władzy, jednak nowa sytuacja stała się dla nich impulsem do przemyśleń.

Z mojej perspektywy interesująca (choć całkowicie zrozumiała) jest reakcja na ogłoszenie aktu 5 listopada. Autorki prawie wszystkich dzienników[9] (w których zapiski nie skończyły się wcześniej) opisały to wydarzenie jako moment odrodzenia się państwa polskiego, o czym świadczą teksty z tego dnia oraz kilku kolejnych. Notatki są bardzo podobne i konsekwentnie nazywa się to zdarzenie „odzyskaniem niepodległości” (Konarska 2019, s. 302; Romanowiczówna 2005, s. 276; Nałkowska 1976, s. 442; Gajewska 2014, s. 216).

Oceny tego wydarzenia były jednak zróżnicowane – w pierwszym momencie u części autorek dominowała euforia, a u innych niedowierzanie, obawy o to, co tak naprawdę zmotywowało okupantów do takiej decyzji, oraz rozczarowanie, że manifest cesarzy nie dotyczył Galicji i Księstwa Poznańskiego, a więc rodzące się państwo byłoby „wybrakowane” (Konarska 2019, s. 302–303).

Do powstania i działalności Rady Stanu oraz Rady Regencyjnej autorki na ogół odnosiły się z przyjazną neutralnością i zaciekawieniem, choć z czasem (zwłaszcza w stosunku do Rady Regencyjnej) pojawiały się głosy, że jest to marionetka, która za dużo mówi, a za mało robi i jest uzależniona od niemieckiej polityki (Konarska 2019, s. 333).

W dziennikach niewiele jest zapisków o polskich partiach i stronnictwach politycznych. W tematyce niepodległościowej dominuje życzenie, aby Polska wróciła na mapę Europy. Mogło to wynikać z obowiązującego podziału ról[10], według którego kobieta miała być przede wszystkim matką oraz gospodynią. Klęska powstań narodowych doprowadziła do pojawienia się kolejnej ważnej roli – Matki-Polki, która miała wpajać swoim dzieciom wartości patriotyczne oraz być „tarczą” broniącą polskości przed rusyfikacją i germanizacją. Od przełomu XIX i XX wieku postępowała aktywizacja kobiet w przestrzeni publicznej, przy czym do wybuchu wojny zjawisko to występowało w ograniczonym zakresie. Rzeczywistość wojenna sprawiła, że zainteresowanie polityką (jeśli występowało) zeszło na dalszy plan. Nie powinien więc dziwić patriotyczny wątek przewijający się w zapiskach oraz niewielki stopień zainteresowania działalnością polityczną poszczególnych stronnictw czy konkretnych osób.

Zgodnie z założeniami Danuty Dąbrowskiej (2012, s. 18) domeną kobiet na przestrzeni dziejów było tzw. „długie trwanie”, natomiast mężczyzn – „błysk historii”. Oznacza to, że gdy mężczyźni skupiali się na „wielkiej” historii – polityce, wojnach etc., kobiety zajmowały się prozaicznymi i „nieciekawymi” działaniami, aby całe „tło” tych wydarzeń mogło istnieć. Przyjmując tę teorię, można wyjaśnić, dlaczego w dziennikach Polek temat „wielkiej polityki” pojawia się stosunkowo rzadko.

W dziennikach (choć nie we wszystkich) pojawiły się zapisy dotyczące zarówno Narodowej Demokracji, jak i Naczelnego Komitetu Narodowego. Do endecji autorki odnosiły się na ogół niechętnie (tak jak do wszelkich tendencji „rusofilskich”), wyrażając swoje obawy co do programowej współpracy tego stronnictwa z Rosją. Potocka była dodatkowo negatywnie nastawiona, ponieważ – z jej punktu widzenia – Niemcy byli obecni na ziemiach polskich „tu i teraz”, a więc to z nimi należało prowadzić politykę. Próby porozumienia z państwami Ententy uważała za mniej istotne, gdyż nie było jasne, jak działania wojenne potoczą się na zachodzie (Potocka 2014, s. 137). Podobnie myślała Kozicka (2015, s. 51–52), jednak u niej takie stanowisko prawdopodobnie było efektem zaangażowania w ruch legionowy. O Dmowskim w dziennikach nie ma praktycznie nic. Jedynie Konarska (2019, s. 133) zaobserwowała z zaniepokojeniem zmianę nastawienia prasy do jego osoby: „Również okropnie piszą o Dmowskim, tym wielkim Dmowskim, który swojego czasu zajmował kolejno wszystkie wybitne miejsca w społeczeństwie naszym, a teraz zarzucają mu najgorsze występki i przepowiadają stryczek”.

Działalność NKN pojawiła się w większej liczbie dzienników i w wielu przypadkach wzbudziła ogromne emocje. Z jednej strony dostrzegamy entuzjastycznie relacje Dąbrowskiej, Kozickiej i Romanowiczówny, które sympatyzowały z tą organizacją, a z drugiej – pełne niepokoju spostrzeżenia Konarskiej (2019, s. 120) na temat „biednych szaleńców”, którzy prawdopodobnie kierują się górnolotnymi ideałami zagłuszającymi zdrowy rozsądek. Co więcej, ostatnia wymieniona autorka obawiała się, czy w przypadku niepowodzenia kara za sprzyjanie temu ruchowi nie spadnie na zwykłych ludzi. Mimo to, po pewnym czasie złagodziła swoje sądy i w miarę uzyskiwania nowych informacji o działalności NKN oraz „wybitnych i poważnych ludziach” kierujących Komitetem nabrała do nich pozytywnego stosunku (Konarska 2019, s. 130).

Postać Józefa Piłsudskiego nie cieszyła się w badanych przeze mnie dziennikach dużym zainteresowaniem. Autorki kojarzyły go z tworzeniem legionów, później z kryzysem przysięgowym (i jeśli wątek ten pojawia się w zapiskach, to towarzyszy mu opowiedzenie się po stronie legionistów, którzy odmówili złożenia przysięgi na wierność) i w końcu z powrotem do Warszawy w listopadzie 1918 r. Więcej informacji o Piłsudskim pojawiło się u Dąbrowskiej i Romanowiczówny, które były przychylnie nastawione do jego działalności, choć można dostrzec różnice w postrzeganiu tej postaci. Romanowiczówna (2005, s. 268–269, 274) darzyła go dużym szacunkiem, ponieważ pisząc o nim, zawsze używała wielkiej litery. Napisała też, że mimo swojego wieku i własnej pozycji[11] była nim onieśmielona (tamże, s. 268). Dąbrowska (1988, s. 117) z kolei potrafiła wypowiedzieć się o Piłsudskim krytycznie – obawiała się konsekwencji tworzącego się wokół niego kultu. Uważała też, że nie powinno się opierać odradzającego się wojska tylko na jego autorytecie.

Wobec rządu lubelskiego prawie wszystkie autorki zgodnie zachowały milczenie. Jedynym wyjątkiem jest w tym przypadku Dąbrowska (1988, s. 121–122), co nie powinno dziwić, ponieważ znała osoby stojące na czele tego organu. Mimo całej swojej sympatii do programu ludowego, który był jej bliski ideowo, wątpiła, że władza utrzyma się na tyle długo, aby go zrealizować. Pamiętać też należy o krótkim funkcjonowaniu rządu i szybkim tempie przemian w listopadzie 1918 r. Część autorek mogła nawet nie zauważyć tej inicjatywy.

Można również dostrzec wspólny pogląd, że rozdrobnienie i podział polskiej sceny politycznej na zwolenników poszczególnych zaborców nie były korzystne dla sprawy polskiej. W połowie badanych przeze mnie dzienników pojawiły się na ten temat odpowiednie zapiski. Nastąpiło to nawet u Ludwiki Ostrowskiej, u której tematy polityczne właściwie się nie pojawiały. Jak zauważyła: „Zetknęliśmy się z najboleśniejszą bolączką tego paroksyzmu, wstrząsającego naszym biednym krajem. Gdy w Petersburgu nasi posłowie deklarują braterstwo z Rosją, przeciwko wspólnemu wrogowi, w Krakowie nasi posłowie solidaryzują z ruchem strzelców-sokołów”(Ostrowska 2014, s. 65).


[1] Pierwsze w ogóle próby na froncie wschodnim to styczeń 1915 r. również w okolicach Bolimowa. Atak był nieskuteczny, ponieważ niska temperatura uniemożliwiła parowanie gazu.

[2] Pierwsze wejście miało miejsce 12 sierpnia, jednak strzelcy zostali wyparci przez wojsko rosyjskie i 22 sierpnia zdobyli Kielce po raz drugi.

[3] Z modyfikacją 13. punktu Wilsona w zakresie przebiegu granic Polski (por. Pajewski 1985, s. 274).

[4] Zob. https://wei.org.pl/2018/blogi/gospodarka/michal/stanislaw-ostaszewski-nafciarz-i-przemyslowiec-galicyjski/ (dostęp: 14.06.2023).

[5] Mąż Marii Dąbrowskiej, Marian, był działaczem PPS i w trakcie wojny wstąpił do Legionów. Z kolei siostra Heleny Kozickiej, Zofia Moraczewska, była działaczką socjalistyczną, związaną dzięki mężowi z ruchem legionowym.

[6] Inaczej sprawa przedstawia się, jeśli chodzi o kontakt z wojskami niemieckimi, i ten temat omawiam w dalszej części tekstu.

[7] Więcej o stereotypach i postrzeganiu Niemców w interesującym nas okresie: Walas [red.] 1995; Wrzesiński 2007.

[8] W kontekście politycznym to właśnie Austriacy są postrzegani jako reprezentacja monarchii. Węgrzy oraz inne narodowości wchodzące w skład Austro-Węgier pojawiają się w dziennikach dopiero wtedy, gdy chodzi o kontakt autorek z wojskiem.

[9] Brakuje relacji Janiny Zofii Potockiej, która w tym okresie nie poświęciła uwagi sprawom politycznym. Z kolei w dzienniku Marii Dąbrowskiej jest luka – brakuje zapisków z 1916 r.. Została ona później uzupełniona w krótkim wspomnieniu spisanym w latach 1942–1943, ale tekst ten nie ma cech dziennika.

[10] Więcej na ten temat: Jakubiak [red.] 2000; Wapiński 1996; Nietyksza 1994.

[11] Zofia Romanowiczówna była uczestniczką powstania styczniowego, była zaangażowana w działalność społeczną i oświatową. Założyła Bractwo Chrześcijańskich i Polskich Niewiast, po wybuchu wojny zaangażowała się w działalność Ligi Kobiet


Bibliografia

Źródła

Dąbrowska M. (1988), Dzienniki, t. 1: 1914–1932, oprac. T. Drewnowski, Warszawa.

Gajewska J. (2014), Ta wojna zmieni wszystko… Dziennik Janiny Gajewskiej, oprac. A. Wajs, Warszawa.

Grabski W. (oprac.). (1915), Rocznik statystyczny Królestwa Polskiego. Rok 1914, Warszawa.

Jabłońska H. (2017), Dziennik z oblężonego Przemyśla (1914–1915), oprac. S. Stępień, Przemyśl.

Jałowiecka-Belinowa A. (2014), Notatki z I wojny światowej,w: I wojna światowa z perspektywy dworu. Źródła do dziejów wsi polskiej w XIX w., oprac. K. Studnicka-Mariańczyk, A. Zakrzewski, Radomsko.

Konarska J. (2019), Dwór na wulkanie. Dziennik ziemianki z przełomu epok 1895–1920, oprac. A. Chojnowski, A. Richter, Warszawa.

Kozicka H. (2015), Rosjanie w Tarnopolu. Dziennik 1914–1916, oprac. I. Florczak, J. Gołota, Ostrołęka.

Nałkowska Z. (1976), Dzienniki, t. 2: 1909–1917, oprac. H. Kirchner, Warszawa.

Ostaszewska A. (2016), Dziennik Klimkówka 2 VIII 1914 – 24 IV 1915. Dwór Ostaszewskich. Galicyjski epizod z wielkiej wojny, oprac. K. Sołtysik, Klimkówka.

Ostrowska L. (2014), Trochę się zazdrości tym, co nie dożyli do tych czasów… Dziennik Ludwiki Ostrowskiej z Maluszyna, oprac. J. Kita, P. Zawilski, Warszawa.

Pilat T. (red.). (1908), Podręcznik Statystyki Galicyi, t.8, cz. 1, Lwów.

Potocka J.Z. (2014), Dziennik 1914–1919, red. M. Piłeczka, Łomianki.

Romanowiczówna Z. (2005), Dziennik lwowski 1842–1930, t. 2: 1888–1930, oprac. Z. Suchodolski, Warszawa.

Opracowania

Achmatowicz A. (2003), Polityka Rosji w kwestii polskiej w pierwszym roku Wielkiej Wojny 1914–1915, Warszawa.

Aronson E., Wilson T.D., Akert R.M. (1997) Psychologia społeczna, przeł. A. Bezwińska [et al.], Poznań.

Bewicz P. (2015) Historyk wobec egodokumentu – intymność i granica, w: Egodokumenty. Tradycje historiograficzne i perspektywy badawcze, red. W. Chorążyczewski, A. Pacevičius, S. Roszak, Toruń.

Chorążyczewski W., Rosa A. (2015), Egodokumenty – egodokumentalność – analiza egodokumentalna – spuścizna egodokumentalna, w: Egodokumenty. Tradycje historiograficzne i perspektywy badawcze, red. W. Chorążyczewski, A. Pacevičius, S. Roszak, Toruń.

Chwalba A. (2018), Wielka Wojna Polaków 1914–1918, Warszawa.

Czermińska M. (2020), Autobiograficzny trójkąt: świadectwo, wyznanie i wyzwanie, Kraków.

Dąbrowska D. (2012), Udomowiony świat. O kobiecym doświadczaniu historii, Szczecin.

Dobrzycki W. (1996), Historia stosunków międzynarodowych w czasach nowożytnych 1815–1945, Warszawa.

Drab M. (2017), Dziennik intymny jako forma pisarska i ślad egzystencji. Brzozowski – Koniński – Wat [rozprawa doktorska], Kraków.

Jakubiak K. (red.). (2000), Partnerka, matka, opiekunka. Status kobiety w dziejach nowożytnych od XVI do XX wieku, Bydgoszcz.

Kirchner H. (2013), Dziennik intymny jako źródło historyczne, „Polska 1944/45–1989. Studia i Materiały”, t. 11.

Kożuchowski A. (2005), Zmyślenia i prawda, czyli dzieło literackie jako źródło historyczne, „Pamiętnik Literacki”, t. 96, z. 1.

Kubis B. (2014), Refleksje nad literaturą dokumentu osobistego jako źródłem historycznym. Jej znaczenie w badaniach i edukacji historycznej, w: Człowiek, społeczeństwo, źródło: studia dedykowane profesor Jadwidze Hoff, red. Sz. Kozak, D. Opaliński, J. Polaczek, Sz. Wieczorek, W. Zawitkowska, Rzeszów, Rzeszów.

Lis T.J. (2015), Źródła narracyjne do dziejów Polonii w Bośni i Hercegowinie w okresie austro-węgierskim, „Balcanica Posnaniensia. Acta et Studia”, t. 22, nr 2.

Łazuga W. (2016), Austro-Polska w „jakiejkolwiek kształcie”. Z dziejów tak zwanego rozwiązania austro-polskiego, w: Sprawa polska podczas Wielkiej Wojny 1914–1919, red. W. Rojek, A. Kastory, Kraków.

Malanowski J. (1971), Ważny dokument historyczny, w: Pół wieku pamiętnikarstwa, wyb. i oprac. S. Adamczyk, S. Dyksiński, F. Jakubczak, Warszawa.

Matus B. (1971), Bez pamiętników nie ma historii, w: Pół wieku pamiętnikarstwa, wyb. i oprac. S. Adamczyk, S. Dyksiński, F. Jakubczak, Warszawa.

Mika S. (1984), Psychologia społeczna, Warszawa.

Nietyksza M. (1994), Tradycyjne i nowe formy aktywności publicznej kobiet w warunkach zaborów, w: Kobieta i świat polityki. Polska na tle porównawczym w XIX i w początkach XX wieku: zbiór studiów. [T. 3], red. A. Żarnowska, A. Szwarc, Warszawa.

Niewęgłowska A., Zaleska I. (oprac.). (2022), Ta wojna zmieni wszystko… Obraz I wojny światowej w literaturze wspomnieniowej kobiet. Wybór tekstów źródłowych, Toruń.

Pająk J.Z. (2012), Od autonomii do niepodległości. Kształtowanie się postaw politycznych i narodowych społeczeństwa Galicji w warunkach Wielkiej Wojny 1914–1918, Kielce.

Pajewski J. (1985), Odbudowa państwa polskiego 1914–1918, Warszawa.

Pajewski J. (2004), Pierwsza wojna światowa 1914–1918, Warszawa.

Pekaniec A. (2017), I wojna światowa w kobiecej literaturze dokumentu osobistego. O czym, jak, dlaczego (nie) pisano?, „Ruch Literacki”, t. 58, z. 1.

Podolska J. (1990), Refleksje nad kształtem dziennika literackiego, „Prace Polonistyczne”, t. 46.

Radziwiłłowicz D. (2001), Tradycja grunwaldzka w świadomości społeczeństwa polskiego przełomu XIX i XX wieku, w: Między irredentą a kolaboracją. Polscy w czas zaborów wobec obcych władz i systemów politycznych, red. S. Kalembka, N. Kasparek, Olsztyn.

Roszak S. (2013), Egodokumenty – kilka uwag o polskich i europejskich doświadczeniach historiograficznych oraz metodologicznych, „Biuletyn Polskiej Misji Historycznej. Bulletin der Polnischen Historischen Mission”, nr 8.

Sierakowska K. (2014), Kobiecy dokument osobisty z czasów I wojny światowej jako źródło historyczne, w: Człowiek, społeczeństwo, źródło: studia dedykowane profesor Jadwidze Hoff, red. Sz. Kozak, D. Opaliński, J. Polaczek, Sz. Wieczorek, W. Zawitkowska, Rzeszów.

Sierakowska K. (2018), Kobiety o wojnie i kobietach – ziemie polskie 1914–1918, w: Studia i materiały do dziejów społecznych Polski 1914–1918, red. K. Sierakowska, S. „Metamorfozy Społeczne” 20, Warszawa.

Sikora K. (2007), Pierwsze kobiety na Uniwersytecie Jagiellońskim, „Annales Academiae Paedagogicae Cracoviensis. Studia Politologica”, nr 3.

Sozańska D. (2022), Aktywność zawodowa kobiet na przełomie XIX i XX wieku w Galicji, „Homo et Societas. Wokół Pracy Socjalnej”, nr 7.

Strelau J. (2005), Psychologia. Podręcznik akademicki,t. 3: Jednostka w społeczeństwie i elementy psychologii stosowanej, Gdańsk.

Szczepański J. (1971), Pamiętniki a wiedza o polskim społeczeństwie, w: Pół wieku pamiętnikarstwa, wyb. i oprac. S. Adamczyk, S. Dyksiński, F. Jakubczak, Warszawa.

Szlanta P. (2013), Wiara w znajome dziś, wiara w niepewne jutro. Polacy wobec wybuchu Wielkiej Wojny,w: Wielka wojna poza linią frontu, red. D. Grinberg, J. Snopko, G. Zackiewicz, Białystok.

WalasT. (red.). (1995), Narody i stereotypy, Kraków.

Wapiński R. (1996), Kobiety i życie publiczne w Polsce niepodległej. Przemiany pokoleniowe, w: Kobieta i świat polityki w niepodległej Polsce 1918–1939. Zbiór studiów, red. A. Żarnowska, A. Szwarc, Warszawa.

Wojciszke B. (2011), Psychologia społeczna, Warszawa.

Wrzesiński W. (2007), Sąsiad czy wróg? Ze studiów nad kształtowaniem obrazu Niemca w Polsce w latach 1795–1939, Wrocław.

Zimand R. (1990), Diarysta Stefan Ż., Wrocław.

Żarnowska A. (2014), Czy przełom XIX i XX wieku otwierał kobietom przejścia ze sfery prywatnej do sfery publicznej? Rola barier obyczajowych, „Rocznik Antropologii Historii”, nr 2.

Netografia

https://sjp.pl/dziennik (dostęp: 25.11.2022).

https://wei.org.pl/2018/blogi/gospodarka/michal/stanislaw-ostaszewski-nafciarz-i-przemyslowiec-galicyjski/ (dostęp: 14.06.202).


Redakcja językowa i korekta

Dr Beata Jarosz