ISSN 2545-3459

Mateusz Wyżga Wycinanki staropolskie (1) HANDEL SZLACHTĄ

„Słyszałem o niejakim Załęskim, szlachcicu, że ludzie gadali, że go miał pan [s]przedać”. Dziwne w ustach Piotra Łobody, syna Łukasza ze wsi Moszczonne Połcie, plebeja z Mazowsza słowa powracają do mnie za każdym razem, kiedy myślę o niewolnictwie. Wiele o sprawie nie wiemy. Z historią to już jest tak, że przez niecodzienne poznajemy codzienne. Zwłaszcza jest tak z historią zwykłych ludzi, którzy pojawią się raptem na chwilę w zapisce archiwalnej, jak już coś trzeba było faktycznie zarejestrować, kiedy coś nabroili, skrzywdzono ich albo zarejestrowano fakt przeniesienia własności albo wydarzenie życiowe (urodziny, ślub, zgon). Pasma rzeczywistości podlegały bowiem ciągłemu użyciu, a już zużyte trafiały w nicość. Tylko ich powidok odbije się w tej czy owej ocalonej po rujnującej działalności czasu notce. Im głębiej w czas miniony, tym mniej inkaustu wylewano na sprawy, które można było załatwić werbalnie. Zwłaszcza, że stan ów przedstawia się odwrotnie proporcjonalnie do liczby osób władających pismem. Im bardziej wstecz wieków idziemy, tym większe jest „,milczenie źródeł”, by strawestować tu tytuł książki i filmu „Milczenie owiec”. I szlachta, i plebeje orbitowali po granicy kultury piśmienniczej i oralnej.
Zatrzymamy się teraz dokładnie w połowie historii Polski. Feudalizm okrzepł i nieznacznie ewoluuje. Ogromny kraj nizinny ma problemy z dostępem siły roboczej. Ludzi trzeba jakoś zatrzymać, polubownie albo przymusem, choćby ich przodkowie walczyli pod Grunwaldem jeszcze. I to jest intrygą naszej wycinanki.
W czasie zdominowania polskiej historiografii przez ducha marksizmu-leninizmu zebrano około siedmiuset „dowodów” na transakcje chłopami w Rzeczypospolitej przedrozbiorowej[1]. Miało to pokazać, jak przykra była pozycja zwykłego człowieka, poddanego całej masie wyzyskiwaczy (którym, notabene, odebrano większość majątków ziemskich niewiele wcześniej, w wyniku reformy rolnej). Po części w zbiorze tym ujęto jednak różnorodne zjawiska związane z mobilnością[2]. Im bliżej jednak zbliżamy się do świata społecznego dawnej Polski, tym ciekawsze (a zarazem normalniejsze) pasma codzienności wyłaniają się z mgły zapomnienia. Pośród rozmaitych spraw związanych z ograniczaniem swobody zwykłych ludzi, plebejów ze wsi i miasteczek, nie trzeba było długo czekać, aby nasz radar archiwalny znalazł i przykład handlu… szlachcicem.
Pozwól sobie, Czytelniku Miły, przedstawić człowieka, jak dotąd bez historii. W tym momencie już nie uniknie, chcąc nie chcąc, swego życia po życiu[3]. Wprowadzamy go na salony muzy Klio, bo zabrał się do rzeczy niecodziennej jak na feudalnego plebeja, a mianowicie wespół ze swym panem uprawiał handel szlachtą i ludźmi innych stanów społecznych, których podstępem lub siłą chwytali i sprzedawali za granicę. Oto do sądu grodzkiego w mazowieckim Ciechanowie przybywa kilkoro panów braci, a to Andrzej Obrębski, Franciszek Konarzewski, Aleksander Chmielewski oraz Szymon Kossowski, skarżąc się przeciw „urodzonemu” Szymonowi Dzierzgowskiemu i jego kompanom, Pawłowi Narzymskiemu, nieznanemu z imienia Kotyńskiemu oraz jego służbie, w tym chłopu ze wsi Moszczany Połcie (dziś zapewne Moszczonne), niejakiemu Piotrowi Łobodzie. W czasie zasadzki jedynie tego to chłopa schwytano w osadzie Brzozowo, snadź jako jedyny nie posiadał konia, by salwować się ucieczką.
Łoboda tłumaczy się, ale nie nam, szukających już w jego ustach odpowiedzi na wielkie pytania historiografii. Ale cierpliwość nasza będzie wynagrodzona. Bo to jest sens wycinanek, by zaludnić opowieść rojnym gwarem, jakby na targu w miasteczku wsadzić dyktafon w sam środek tłumu, jakby wielki teoretyk filmu Siegfried Krackauer podążał tam ze swą kamerą, wyłuskując z tłuszczy wciąż nowe twarze[4]. Wszystkie postaci są zajęte swym życiem, które w zapisce archiwalnej kręci się wokół swego rdzenia, nie starzeje się ni młodnieje. Zgwałcona córka młynarza ma wciąż nie wyschnięte od płaczu i zaczerwienione oczy, a pobity na festynie pleban rozmasowuje posiniały kark. Mają wciąż tyle lat jak w momencie, kiedy zakręciła ich szczelnie w słoiku bezczasu ręka pisarza kancelarii sądowej. Tylko ja – badacz sięgający ponownie po taką wiecznie „dzisiejszą” opowieść – odczuwam proces starzenia się. Dość! Na tym poprzestańmy, oszczędzając fruktów refleksji na kolejne wycinanki z mięsa czasu przeszłego, dokonanego.
Stoi teraz nasz bohater Piotr Łoboda przed sądem (a i przed nami w tym naszym mikrohistorycznym eksperymencie) zbity zapewne na kwaśne jabłko i spętany. Może wybito mu przednie zęby i nie będzie mu łatwo – o ile przeżyje proces – wygryzać aromatyczne mięso z wyłowionych w błękitnawej toni jeziora w Moszczonnem i upieczonych nad ogniskiem ryb. Chłop niewiele rozumie (albo zdatnie to udaje) z urzędniczego duktu, pojedyncze zlepki słów o nocnych inwazjach na szlacheckie domy, gwałtownych kradzieży, o morderstwach i porwaniach. Wreszcie otwiera usta i tłumaczy się jak tylko umie najlepiej, a jego zniekształcone korytarzem czasu minionego słowa docierają do nas jak studzienne echo:

„Ja, Piotr Łoboda, niegdy [tj. zmarłego] Łukasza syn, urodziłem się w Moszczonach Połciach. Jestem poddany pana Szymona Dzierzgowskiego, ożeniłem się był w Umieszczkach i dotychczas w tejże wsi Moszczonach mieszkam […]. Pan mój […] posłał na szpiegi Kotyńskiego sługę swego do wsi Wydrzywilka, aby przepatrzył człowieka jakiego, gdzie przepatrzył Popielarza. […] i mnie z sobą kazał jechać […]. Przyjechaliśmy do tejże wsi Wydrzywilka po tegoż Popielarza […] ale nam się sztuka nie udała, bośmy go nie zastali na tenczas w domu i powróciliśmy się do Krajewa próżno”.

Tym razem polowanie na ludzi nie powiodło się. Szukano postawnych, zdrowych i silnych mężczyzn, zapewne by zostali wcieleni do armii pruskiej. Bo dowiadujemy się, że mocodawca Łobody miał sztamę z pewnym oficerem brandenburskim nazwiskiem Berkan, który mieszkał już za polską granicą, we wsi Kiersztanów i stamtąd wyczekiwał na dostawy ludzi.
Dowiedzieli się następnie łowcy o pewnym malarzu z Zakroczymia, który akurat był „na robocie” w Pułtusku. Malarz był wzrostu, jak powiedział sędziom Łoboda, właściwego. Wyszpiegowawszy ofiarę, podjechali doń wozem,

„gdzie go namówili do malowania, którego namówionego malarza z Pułtuska zaraz prosto zawieźli do tegoż Berkana, ale ten malarz, słyszałem, że się im nie miał zdać, bo miał być na nogę kaleka. Miał go tenże Berkan odesłać do Warmii, ale wprzód kazał mu malować konterfekt swój i żony swojej”.

Tak więc Prusak nie zyskał żywego towaru, ale przynajmniej zwróciły mu się koszty operacji w postaci uwiecznienia na portretach, które może i gdzieś dotąd zalegają zakamarki muzeum.
I tu opowieść Łobody dochodzi do finału, którego siła rażenia godzi w struktury naszego pojmowania stanów społecznych. Oto nasz chłop, czy raczej chłop Dzierzgońskiego, nadmienia:

„Słyszałem o niejakim Załęskim, szlachcicu, że ludzie gadali, że go miał pan [mój] przedać, ale ja o tym nie wiem. Także Miecznikowskiego kilka razy z namowy tegoż pana mego wziąć chcieli, ale się dobrze chroni, bo go wziąć nie mogą. O więcej ludzi, żeby mój pan Brandenburczykom przedawał, nie wiem, anim też ja sam przedawał, anim dawał znać”

Łoboda tłumaczył, że do wsi Brzozowo trafił tak, że pierwej pan wysłał go po ryby do Prus, które potem sprzedali w Ciechanowie, a potem „się pan obrócił według toru na Brzozowo i tam wstąpił do Żyda do karczmy na popas”. Następnie pan wysłał go do miejscowego folwarku po pewnego szlachcica „i tak mnie wzięto, a pan mój w tym punkcie uciekł”[5]. Ucieka nam też dalsza część tej historii. Nie znamy też sposobów, w jakie chwytano ludzi. Nie wyglądało to zapewne tak, jak po drugiej stronie globu, gdzie agresywne plebejki z Dahomeju czyniły jeszcze w połowie XIX wieku. Wspomina wyzwolony Afro-Amerykanin Oluale Kossola: „O świcie ludziska budzą się w hałasie […]. Widzę wielu żołnierzy […]. Są wśród nich kobiety, które biegają z wielkimi nożami i robią hałas. Łapią ludzi i tną im szyje, o tak, a potem odrywają głowy […]. Starzy próbują uciec […]. Żołnierki łapią młodych i wiążą ich za nadgarstki. Żaden mężczyzna nie jest tak silny jak te kobiety z Dahomeju […]. Król Dahomeju przybył, by polować na niewolników i ich sprzedać”[6]. Powracamy nad Wisłę.
Drobny kamyczek rzucony na bezwietrzną taflę jeziora czasu burzy jego ład. Kamyczkiem jest chłop Łoboda, chłop-łowca, który na posłudze własnego pana wyłapuje innych szlachciców albo mieszczan dla handlu ludźmi. Jeżeli przeszłość stanowi dla nas ogród oddzielony wysokim i grubym murem, za którym domyślamy się życia ludzkiego, to wycinanki pomyślałem jako odwierty w tym murze, by przynajmniej oko wściubić na czas przeszły. Stanowią oto głęboki, punktowy posmak czegoś, co minęło, zaspokajając potrzebę wiedzy i melancholii za minionym. Są zbyt krótkie, migawkowe, by rozświetlić nam pomrocze czasu. Drobinki zwykłych-niezwykłych zdarzeń kumulują w sobie energię, której silne wyładowanie wstrząsa gmachem czasu i na krótko zdradza jego kształt jak błysk pioruna, który za chwilę znów pokryje noc.
Schodząc z obserwacji najłatwiej uchwytnych, uprzywilejowanych grup społecznych, o których kolejne pokolenia kultywowały pamięć, schodzimy zarazem z poziomu bajki o księżniczce i smoku na poziom twardego, codziennego życia, w swych mechanizmach jakże podobnego nam. Ale badając zarazem stany uprzywilejowane i podporządkowane, jesteśmy w samym środku dramatycznego splotu życia społecznego, z którego wykluła się nasza codzienność i człowieczeństwo.

Fot. Podpisy szlachty, która schwytała chłopa-łowcę szlachty. Ślad życia ludzi, którzy widzieli naszego Łobodę. Źródło: AGAD, Księgi ziemskie i grodzkie ciechanowskie, sygn. 1/26/0/2/8, s. 256.

[1] Transakcje chłopami w Rzeczypospolitej szlacheckiej (w. XVI-XVIII), wyd. J. Deresiewicz, Warszawa 1959.

[2] M. Wyżga, Homo movens. Mobilność chłopów w mikroregionie krakowskim w XVI–XVIII wieku, Kraków 2019.

[3] Rozważania o etyce postępowania badawczego historyka pomiędzy prawem do zapomnienia a prawem do pamięci ludzi z przeszłości: T. Wiślicz, Smak archiwum i zapach krwi. Dwa poziomy badań terenowych historyka, [w:] Obserwacja uczestnicząca w badaniach historycznych : zbiór studiów, red. B. Wagner, T. Wiślicz, Zabrze 2008, s. 117-118.

[4] S. Kracauer, Teoria filmu: wyzwolenie materialnej rzeczywistości, przeł. W. Wertenstein, wstęp A. Helman, Gdańsk 2008.

[5] Archiwum Główne Akt Dawnych, Księgi ziemskie i grodzkie ciechanowskie, sygn. 1/26/0/2/8, s. 255-256 (1740 r.).

[6] J. Lucassen, Historia pracy: nowe dzieje ludzkości, przeł. T. Markiewka, Kraków 2023, s. 364-365.


***

Dr hab. Mateusz Wyżga (ur. 1981 w Krakowie), historyk i demograf historyczny jest profesorem Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Specjalizuje się w historii staropolskiej. Członek Komisji Historii Struktur Demograficznych i Społecznych PAN. Wiceprezes Stowarzyszenia Archiwistów Polskich – Oddział Kraków (2017–2022). Popularyzator nauki. Autor m.in. książek: Homo movens. Mobilność chłopów w mikroregionie krakowskim w XVI–XVIII wieku, Urzędnicy miejscy Bochni do 1772 roku oraz Chłopstwo. Historia bez krawata, kilkukrotnie nominowanej do prestiżowych nagród jak Mądra Książka Roku, Nagroda im. Pierwszego Rektora Uniwersytetu Łódzkiego Profesora Tadeusza Kotarbińskiego, Nagroda im. Jerzego Giedroycia (UMCS). Laureat Nagrody i Medalu Zygmunta Glogera. Wieloletni działacz społeczny, sołtys wsi Dziekanowice w gminie Zielonki w latach 2003–2011,  członek lokalnej grupy działania „Korona Północnego Krakowa” i orkiestry dętej „Wieniawa”, saksofonista, biegacz, rolnik. Interesuje się poezją, literaturą i malarstwem.
W 2025 roku ukazała się najnowsza książka Mateusza Wyżgi pt. Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi (wyd. Znak Horyzont). Do jej tematyki nawiązuje autorski cykl felietonowy „Wycinanek staropolskich”, którego publikację inicjujemy z dniem dzisiejszym na portalu „ohistorie.eu”.

Fot. autora: dr Bartosz Kałużny, Uniwersytet Łódzki.