ISSN 2545-3459

Mateusz Wyżga Wycinanki staropolskie (2) Gawiedź i śmierć

Księgi kryminalne ujawniają wiele ponurych prawd o naturze ludzkiej. Spisano je, bo były podstawą procesu. Nie przedstawiają jednak w pełni świata, jaki minął[1]. Nie oddają łatwo śladów codzienności, która wije się jak pstrąg w rzece i wymyka schwyceniu jej gołą dłonią narracji historycznej, ot tak[2]. Świat był inny, dla nas okrutny tak, jak rzeczywistość doświadczana współcześnie okrutną będzie się widzieć naszym późnym wnukom po trzystu latach. Śledząc jednak zapiski przerażające, w ich smutnej poświacie dostrzeżemy powidok jaśniejszych plam. Wiele z opisanych w archiwaliach ludzkich nieszczęść, przemocy pozostało z nami już na zawsze dlatego, że ręka sprawiedliwości ujęła się za ofiarami.

Festiwal okrucieństwa toczy się przez zapiski sądowe jak piekący bicz[3].

W lutym, tuż przed końcem XVII wieku, we wsi Krzeszów Agnieszka Barankowicowa „męża swego, którego śpiącego i napitego drewnem w głowę uderzywszy […], a potem porąbawszy go siekierą, w piecu w nocy spaliła i kości zagrzebła i tłuszczem z niego w kaganku świeciła”. Karę poniosła okrutną, gdyż wpierw ucięto jej rękę, potem ścięto, a potem spalono[4].

Ręce, jakie kat odcina skazańcom na szafocie, na owym theatrum śmierci, grzeszne ręce, co odebrały innym życie, są przybijane „na sprawiedliwości” (czyli na szafocie) przed ratuszem, jak owemu Jędrzejowi Adamkowi ze wsi Smroków pod Miechowem, który pierwej z kompanem zabił kijem w stodole szlachcica, upominającego się u nich o dług za sól[5].

Podobnie jak Adamek kończy Ewa Cadarzonka z Łękawicy koło Żywca. Ewa miała seksualną relację ze swym krewniakiem, młodym Mateuszem Herodem. Jej to jest opinia, że ciotkę alkoholem „podpoiwszy […] namawiał […], iżeby męża swego zabiła, a z nim nieczystość popełniła”. Zostawmy na boku, które z nich było pomysłodawcą morderstwa, a które pierwsze zabiegało o seks. Ostatecznie oboje zniosła z tego świata ręka katowska, z tym że Mateusza dopadła kilka lat później niż Ewę. Został poćwiartowany tam, gdzie pozbawiono życia jego kochankę, na rynku w Żywcu. Ważnym elementem pozostaje konflikt pomiędzy małżonkami, skoro Ewa mówi zanim zginie na szubienicy:

Ja, chociaż nie zaraz ale przecie dałam się namówić, bom męża nierada widziała. W nocy w pościeli przyległam mu nogi, aby się ruszyć nie mógł, a on [tj. Mateusz] dławił za gardło i zadusił go, a potem wyniósł na gumno”. Kochankowie wierzyli, że przypadkowo znalezione ciało będzie uznane za ofiarę nieszczęśliwego wypadku, że ludzie pomyślą: „się zabił, spadłszy z piętra[6].

Zajmiemy się jeszcze innym odcieniem zła, kiedy szlachcica gryzie sumienie do tego stopnia, że sam zjawia się w sądzie grodzkim, by wyznać swą krwawą tajemnicę. Stało się to w wielkopolskiej wsi Słomczyce, a szczegóły opowiada sądowi, a zarazem zza grobu nam szlachetka Mikołaj Kamodziński. Było to wiosną. Jego pan Stanisław Słonecki z bliżej nieznanych nam przyczyn chciał pozbawić życia swoją służącą chłopkę, Zofię Marchewczankę.

Słonecki nie sam zamierzał dokonać zabójstwa, ale rękami służącego. Kamodziński posłuszny woli swego patrona dziewczynę „najpierw nożem zabić chciał i okrwawił”. Nie umiał jednak służący dopełnić mordu, a Zofia „mu z komory, w której to przy bytności pana swego uczynić miał, do izby uciekła”. Wtedy też dziedzic pozbył się przypadkowego świadka, jakim był woźny przybyły skądś. Jak tylko uporano się z nieproszonym gościem, „ta Zofia […] do izby wpadła”. Słonecki „drzwi u izby na wrzeciądz zawarł i samże tę to Zofię z rusznicy zabić chciał, ale mu rusznica nie skrzesała”.

Z relacji sądowej dowiadujemy się, że „potem tenże to Kamodziński za rozkazaniem tegoż to Stanisława Słoneckiego pana swego, bo nad z nim z rusznicą nakręconą stał, dał mu rusznicę w rękę, tę to Zofię z rusznicy postrzelił, od którego postrzału mało i tego pana swego nie zabił, która to Zofia jeszcze trochę żywa była, do wychodu sługom swym Jaśkowi i Piotrkowi tenże to Stanisław Słonecki pochować rozkazał, którą tamże pochowali, i dylami przyłożyli, i ziemią przysypali”.

Z opisu wynika, że służący był straszony bronią i ze stresu prawie postrzelił swego tyrana. Dającej jeszcze znaki życia Zofii nie dano żadnych szans i wrzucono do latryny, „przy którym pochowaniu tenże to Kamodziński był i na to patrzył. Potem z domu, jako słyszał, do Poznania i do ojczyma swego ten to Stanisław Słonecki odjechał. Tam mało pomieszkawszy do domu przyjechał”. Może wyznał ojcu okrutną zbrodnię i ten mu poradził dokumentnie zatrzeć ślady. Wiadomo, że tak zwane „gubienie zwłok” wpływało na obrót sprawy sądowej o morderstwo, bo nie mogła być procedowana, jeżeli nie było zwłok:

Przyjechawszy […] ranny i tamże w tym dworze leżał […] tego trupa z wychodu dobyć rozkazał, którego dobywszy […] rozgrzebać rozkazał. Potem psy, charty, wyżły […] zapuścił, którego trupa psi pożarli, tylko głowa, a nogi zostały. Którą głowę i nogi w piecu izdebnym u izby wielkiej pochować rozkazał i widział tenże to Kamodziński, kiedy te to głowa i nogi z komory przez izbę, gdy je [Słonecki], ranny będąc leżał, noszono i był świadomy, kiedy w piecu głowę i nogi tamże w piecu izdebnym pochowano. Potem […] chłopu temu, co pochowywał, pieniądze jakieś tenże Stanisław Słonecki dawał”.

Z opisu wynika, że postrzał dokonany omyłkowo przez szantażowanego sługę musiał być poważny (a może był celowy?)[7]. Nie wiemy, jak skończyła się ta historia. Ale z powyższych opisów widzimy, że śmierć była blisko człowieka dawnego, niemal na wyciągnięcie ręki. Wystarczy przeglądnąć ofertę filmową by przekonać się, że zapotrzebowanie współczesnej „gawiedzi” niewiele się zmieniło od czasów, kiedy tłumnie gromadziła się przy szubienicy, by patrzeć na kaźń złoczyńców. A kimże jesteśmy my, czytelnicy? Jaką gawiedzią?


Rys. Człowieka taniec ze śmiercią. Źródło: domena publiczna.


[1] J. Korczak-Siedlecka, Przemoc i honor w życiu społecznym wsi na Mierzei Wiślanej w XVI-XVII wieku, Toruń 2021, s. 7-19; M. Foucault, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, przeł. T. Komendant, Warszawa 2020.

[2] S. Roszak, Historia społeczna i historia kulturowa epoki nowożytnej. Doświadczenia oraz perspektywy ukrywania i odkrywania jednostki, „Historyka. Studia Metodologiczne” 47, 2017, s. 83-84.

[3] J. Tazbir, Okrucieństwo w nowożytnej Europie, Warszawa 1999.

[4] A. Komoniecki, Chronografia albo Dziejopis żywiecki, wyd. S. Grodziski, Żywiec 1987, s. 266 (1698 r.).

[5] Biblioteka Jagiellońska, „Liber maleficorum” seu Acta iudicii necessarii banniti Miechoviensis ab a. 1571–1741, Rkp. 86 III, s. 83-84 (1684 r.).

[6] Księga złoczyńców albo Akta sądu koniecznego gajonego żywieckiego z lat 1589-1782, wyd. R. Kosiński, Żywiec 2014, s. 46 (1601 r.); A. Komoniecki, Chronografia…, s. 110 (1601 r.).

[7] Archiwum Państwowe w Poznaniu, Księgi sądu i urzędu grodzkiego w Poznaniu, sygn. 53/20/0/-/Poznań Gr.156, k. 472v-473 (1590 r.). Opisana sprawa odnosi się do rozważań w książce: M. Wyżga, Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi, Kraków 2025, s. 202.