ISSN 2545-3459

Mateusz Wyżga. Wycinanki staropolskie (4) Żyd księdzem

Mogli wiedzieć parafianie w Tenczynku i w Więcławicach (oddalone od siebie o odległość biegu maratońskiego), że ich wspólny pleban Krzysztof Świątecki urodził się jako Żyd. Mogli to wiedzieć chłopi Zofia i Stanisław Nogieć ze wsi Michałowice, których córkę Agnieszkę jako pierwsze dziecko w parafii Więcławice ochrzcił tam ów ksiądz dwunastego stycznia 1716 roku. Ojciec zapewne saniami wiózł rodzinę swą kilka kilometrów z rodzinnej wsi do kościoła parafialnego. Tam czekali nań rodzice chrzestni, miejscowy kantor Marcin Drużyński oraz chłopka Anna Kawulina[1]. Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z niezwykłym księdzem Świąteckim. Z jego imiennikiem, Profesorem Krzysztofem Zamorskim spotkałem się kilka lat wcześniej, podczas zajęć z metodologii historii w Uniwersytecie Jagiellońskim. Otwierał nam, braci studenckiej, z gracją i z pasją wrota ku ciemności czasu minionego, śmiało wtłaczając w nią wielką lampę refleksji historycznej.

I oto trzymam w ręku książkę o księdzu Świąteckim, studium mikrohistoryczne popełnione ręką Mistrza. Za wielkim oknem Biblioteki Jagiellońskiej, gdzie Profesor był dyrektorem i gdzie często w Pracowni Czytelników Nauki można go wciąż spotkać, a zawsze liczyć na życzliwość i inspirację, mija piątkowy dzień. Tam też zapewne, w separatce, którą mógłbym tu uznać za porodówkę ludzi umarłych, powracał do post-życia ksiądz Świątecki i jego świat. Tam rodził się Świątecki Zamorskiego. Dziś wieczorem, jak przed trzystu laty ksiądz Świątecki, udam się z Krakowa na spotkanie społeczności tenczyńskiej z Profesorem jako autorem książki o ich mikroświecie.

Wpisujące się w szerokie pasma historyczne badanie mikrohistoryczne przekracza jednak wszelkie granice stawiane studiom lokalnym, wiercąc w ludzkiej osobowości, motywach działania i w smaku życia. Nie może się to obyć bez czytelnego w dziele, bezpośredniego zaangażowania autora[2]. Taką znalazłem opowieść Profesora o księdzu Krzysztofie Michale Świąteckim, który rodził się Żydem, a zmarł jako utytułowany duchowny katolicki. Jako człowiek, który pozostawił po swym życiu najprawdziwszy „pomnik z papieru”, zachowany w całym mnóstwie drobnych na ogół zapisek.

Rozmach i kaliber ujęcia zdradza już sam Wstęp, odwagę i samoświadomość, gdzie Autor obnaża swoje narzędzia i tożsamość badawczą, posyłając list „w zaświaty”, do bohatera książki:

„Wielebny i Czcigodny Księże Proboszczu,

Przez ładnych kilka ostatnich lat zaczynałem dzień, pisząc w myślach list do Ciebie, czcigodny Księże. Im bardziej zanurzałem się w Twoje zapiski, noty, listy, tym bardziej w myślach układałem słowa, ba, układałem je instynktownie w staropolszczyźnie, mojej nieudolnej, pełnej błędów mowie dawnych Polaków. Chodził mi po głowie pomysł, by zacząć książkę w ten właśnie sposób”[3].

A słowo stało się ciałem… z papieru. Trzymam właśnie gotową książkę. Trzymam ją wysoko nad głową, na tle starej, drewnianej dzwonnicy w Tenczynku. Z tego samego miejsca, co zdjęcie na okładce. Widzę, jak sam Autor książki skraca dystans czytelnika do siebie i skłania nas, by zaufać jego opowieści Z każdej stronicy daje się odczuć czytelnikowi symbioza i pakt, jaki zawarli, jeżeli możemy tu użyć takiej woltyżerki metaforycznej, obaj Krzysztofowie. Działa Zamorski na Świąteckiego filtrując jego życie w pejzażu historii życia. Ale zarazem Świątecki oddziałuje na Zamorskiego, pokonując każdym swoim zapisanym słowem czy działaniem dystans trzech stuleci, by współuczestniczyć kolejami swego życia w narracji, w jakiś sposób wyznaczając jej kierunek. W tej transakcji wiązanej obaj, z mojego punktu widzenia, bohaterzy ubogacają się. Autor prowadzi nas przez kalejdoskop życia w Tenczynku i na obszarze ziemi podkrakowskiej, zaglądając przy tym to do Więcławic, to do Krakowa. W tej biografii totalnej jest ksiądz Świątecki papierkiem lakmusowym społeczności lokalnej, ukazywanej z perspektywy dworu, gromady chłopskiej i wydarzenia ekstremalnego w postaci przebiegu uderzenia dżumy. To ostatnie działa na badanie jak kontrast, jak cień poddany światłu, wyłuskuje spójność człowieczą i zarazem okoliczności ludzkich motywów. Narracja idzie w poprzek stanów społecznych, odchodzi od ujęć podręcznikowych i encyklopedycznych. Mimo dystansu kilkuset lat bardziej społeczność tenczyńska przypomina  nas samych niż czytane i oglądane gdzie indziej, kanciaste i grubo ciosane z niewyzyskanych dogłębnie archiwaliów „kukły” dawnych ludzi. Człowiek u Zamorskiego, zwykły człowiek oddycha, jest pragmatyczny, logicznie kalkuluje i próbuje przenieść zawiniątko swego życia przez dole i niedole codzienności, przez osławiony system folwarczno-pańszczyźniany, przez wilcze hordy, zarazę i głód przednówkowy. Zwłaszcza, że Autor poświęca tyleż uwagi ciału, co i duszy ludzkiej. Sam fresk o społeczności lokalnej rozpina się na dwóch rozdziałach, traktujących o gromadzie i o życiu na wsi.  Bo to jest właśnie postulowana przez Profesora historia życia.

Po Liście w zaświaty Autor kieruje naszą uwagę na „planszę do gry w przeszłość”. Wychodzi z niej Świątecki jako żywy, a przecież posuwany jak figurka przez Autora po dobrze sobie znanych ścieżkach, widząc swoich znajomków, trzęsąc się w kolasce po wyboistej drodze, kiedy przemieszcza się między swoimi parafiami w Tenczynku i w Więcławicach.

W kolejnej części detalicznie ukazana jest głęboka relacja pomiędzy dobrodziejką plebana Elżbietą Sieniawską a księdzem naszym. Tak, naszym, bo w narracji idąc za Autorem, intelektualnie zawłaszczamy bohatera, staje się on na wskroś nasz, poznany i zaopiekowany. Relacja duchownego z magnatką przywodzi na myśl stosunki, jakie łączyły innego Żyda, Zelmana Wolfowicza z panią Dorotą Tarłową,posiadaczką dóbr drohobyckich, co opisał Tomasz Wiślicz[4]. A ja sobie myślę, że dziś taka Sieniawska czy Tarłowa z powodzeniem prowadziłaby koło gospodyń wiejskich. Na dzisiejszej konferencji o książce Mistrza w remizie Ochotniczej Straży Pożarnej w Tenczynku są reprezentantki aż dwóch okolicznych KGW. Rezolutne, chętnie zabierające głos, dumne ze swej tradycji lokalnej, w strojach regionalnych, przygotowały wonne ciasto wiśniowe do kawy.

Wracamy do książki. Oto w kolejnym rozdziale przez dwór wychodzimy na wieś, między chałupy, karczmę, w pola i w las. W ten sposób, zapoznając się z żywymi, rozmawiającymi między sobą i mówiącymi wprost do nas jak w mockumencie mieszkańcami ziemi tenczyńskiej docieramy aż do antyświata, jaki zgotowała tym ludziom koniunktura, przyroda i wichry wirusów. Oto nadciągnęła zaraza, której detaliczny opis księdza Świąteckiego czytelnik może samodzielnie celebrować w Aneksie książki. Uwagę zwraca, że zaraza nie imała się plebana, który „dla zdrowotności” co rano wychylał kubek gorzałki.

Wreszcie epilog, poruszający nami do żywego. Autor robi znów woltę do ciała ludzkiego. Zerkamy za nim na posadzkę kościoła tenczyńskiego jak na scenę teatru, gdzie przez wieki odgrywał się spektakl tysięcy ludzkich istnień. I tam jego aktor  Świątecki, wyzuty ze śmiertelnego całunu w życiodajną krew historiografii, powleczony słowem niby ciałem na tych kilkuset stronach książki, został pochowany. Tak przynajmniej wskazywał w testamencie.

Styl narracji krzepi, orzeźwia, nietuzinkowo prowadzone pióro za każdym razem każe nam myśleć inaczej, niż wzwyczajała nas dawniejsza historiografia. Osobiste, emocjonalne zaangażowanie Autora, głębokie poświęcenie, refleksja i pasja badawcza po mistrzowsku prowadzą nas przez drogi i pola tenczyńskie. Nawet, kiedy czytamy o zwierzętach, słychać autentyczne końskie rżenie. Kiedy zaglądamy do karczmy, skrzypi zawieszona na łańcuchu lampa. Tę emocjonalność i wyobraźnię Mistrza wszyscy też dostrzegliśmy dzisiaj w remizie, kiedy zapatrzony w przeszłość, niczym na sznurze ze studni przyciągał do nas wiadro z najciekawszymi opowieściami lokalnymi. Rolnicy, przedsiębiorcy, samorządowcy, młodzież, regionaliści, siostry zakonne – wszyscy słuchali.

Wreszcie niebagatelną rolę odgrywa wykorzystany w omawianej książce szeroki arsenał źródeł, zarówno jakościowych jak ilościowych. Nie kłócą się one jednak, równo śpiewając na różne głosy w chórze przeszłości. Arsenał ów pozwolił Zamorskiemu nie tylko uplastycznić i ożywić postać tytułowego księdza. Autor co i rusz pozwala bohaterom książki mówić za siebie i o sobie, dopuszcza maluczkich do głosu tyleż samo, co i magnatkę Sieniawską. Odanonimizowuje zwykłych przechodniów historii, nadając ich życiu sens i autentyczność.

Uwagę zwraca ludzka podmiotowość. Ani pańszczyzna, ani poddaństwo nie odmawiają plebejom prawa do własnego zdania, wyborów i kierowania swoim życiem podług możliwych szans. Dzieje się tak, gdyż jest w tej książce narracja uleżała, gruntownie przemyślana i oparta na ogromnym doświadczeniu, przy jednoczesnej pokorze zarówno wobec cieni przeszłości, co historiografii.

Idąc za ręką Mistrza możemy inspirować się do odważniejszego wchodzenia w studia przypadku, w poszukiwanie podmiotowości ludzkiej bez względu na pochodzenie stanowe, cieszenie się z każdego zapisanego zdarzenia, tkanie opowieści z zaledwie okruchów świata, którego już nie ma. Nie ma przecież jednak tylko na pozór, bo cały czas pulsuje ów świat w nas. Nie mikrostudium, a multistudium o księdzu Świąteckim i jego świecie ludzkim umacnia nas w tym, dając piękne świadectwo humanizmu, wrażliwości badawczej, szacunku do ludzi przeszłości i do literackości w nauce. Ja przynajmniej niedogasłe szczątki świata znanego z książki o Świąteckim widziałem dzisiaj na spotkaniu promocyjnym w Tenczynku. Zgromadzeni słuchacze w dużej mierze byli tej samej krwi i nazwisk, co bohaterowie książki sprzed stuleci.

Wieczorem w Tenczynku, na tej samej planszy do gry, w jaką przesuwał pionka Świąteckiego Profesor w swej narracji, widziałem więc współczesnych mieszkańców okolicy. Byli dla mnie zwieńczeniem tamtej historii życia, dalekim pulsem poruszonej tafli jeziora czasu, efektem motyla wydarzeń z przeszłości. Byli nosicielami tamtych nazwisk, genów, kultury, a zapewne i rysów twarzy. Niejedna osoba przyznawała się do ożywionej przez Mistrza relacji do przodków. Teraz zaś i Profesora i społeczność mogłem obserwować jako dopełniony eksperyment historyczny. Akurat w same imieniny obu Krzysztofów. Kilkadziesiąt osób słuchało bez ruchu, bez rozmów głosu Profesora. Głosu w zaświaty. Z tyłu dochodziło gaworzenie dwójki małych dzieci, z jakimi przyszła jedna z kobiet. Zapowiedź nowej historii życia. I przypomnienie o potencjale demografii historycznej, która przywiodła wszak Krzysztofa Zamorskiego do Krzysztofa Świąteckiego. Z oddali patrzyło na nas gmaszysko zamku w Rudnie – serce hrabstwa tenczyńskiego.

Więcławice-Kraków-Tenczynek, 26 lipca 2025 r.


Fot. Książka Krzysztofa Zamorskiego w Tenczynku, na miejscu opowieści, w dniu premiery dzieła przed społecznością tenczyńską, w remizie strażackiej. Autor: M. Wyżga.


[1] Archiwum Parafii Więcławice, Księga chrztów 1710-1727, bez pag., s. 55.

[2] I. Szijártó, S. G. Magnússon, What is microhistory? Theory and practice, London-New York 2013, s. 4–5; J. L. Gaddis, The Landscape of History: How Historians Map the Past, New York 2002.

[3] K. Zamorski, Pleban i wieś. Historia życia proboszcza tenczyńskiego z początków XVIII wieku. Studium mikrohistoryczne, Kraków 2025, s. 13.

[4] T. Wiślicz, Zelman Wolfowicz i jego rządy w starostwie drohobyckim w połowie XVIII w., Warszawa 2020.