Po wszystkim niedoszła ofiara powiedziała, że mężczyzna spotkany na dnie studni był starcem z siwą brodą, a w ręku miał kostur. Do dziś możemy zobaczyć jego twarz. To zapewne wyobrażenie św. Józefa na obrazie w kościele parafialnym pod wezwaniem Narodzenia św. Jana Chrzciciela w Chełmie koło Bochni.[1]
Wiosna roku 1756 w okolicy Chełma nie zaczęła się dobrze. Opisujące ten czas pismo księdza w kronice parafialnej jest drapieżne, nerwowe, ostre: „W tym miesiącu częste bywały deszcze, wiatry niezwyczajne, nawałnice i słoty. Wiele dachów popsuły”[2]. Zniszczeń nie uniknęło otoczenie kościoła. Kiedy wiatry ucichły, cieśle reperowali zrujnowany parkan otaczający cmentarz przykościelny. Ważną było rzeczą takie ogrodzenie, by głodne psy czy dzika zwierzyna nie wykopywały zmarłych. Deski do jego budowy zwieziono z leżącego za Puszczą Niepołomicką Krakowa, a gonty, gwoździe i dębowe słupy nabywano w okolicy. Przykładowo drewniane łaty „od różnych chłopów kupowały się, którzy mieli kawałkami lasu”[3]. Poddani w ten oto sposób dorabiali sobie do domowych budżetów.
Jest czerwcowy dzień, piątek po Bożym Ciele, zapewne gorąc i duchota. Skończyło się nabożeństwo nieszporne. Pleban wyszedł z kościoła i rozmawiał z kończącymi swoją robotę cieślami, a „tymczasem dano znać do chorego” z odległej o kilka kilometrów wsi Gierczyce. Duchowny notuje w kronice: „Przyjechał chłop z folwarku gierczyckiego na koniu powiadając, że panna utopiła się w studni na folwarku. Do której ja przyjechawszy, zastałem jeszcze ledwo żywą”[4]. Nieszczęsną dziewczynę zdążono wyciągnąć z topieli żywą. Pleban wysłuchał jej spowiedzi. Dziewczyna na szczęście nie umarła i wracała z wolna do siebie. Duchowny zaczął więc rozpytywać ją o okoliczności wypadku. Najważniejsza kwestia to: „skąd było jej przyszło, że sama dobrowolnie wskoczyła do studni i utopić się chciała”. Ta zaś „odpowiedziała, że to jeszcze dnia wczorajszego taką miała napaść: iż idąc do kościoła na nabożeństwo coś jej przeszkadzało aby nie szła. I tak jej się zdawało przez całą drogę: aby spaliła folwark, a potem żeby się sama utopiła. Przyszedłszy na cmentarz przed kościół powiadała, że jej coś do kościoła wchodzić nie dało i wejścia broniło. Jednak się zwyciężywszy, weszła do kościoła, spowiadała się i komunię na mojej mszy przyjęła [na tym święcie Bożego Ciała in ipso festo] i poszła do domu”[5]– pisze pleban. Zastanawia nas, czy dziewczyna wyznała duchownemu całą prawdę, wszak powodowana szokiem studziennym i widokiem księdza, a przyczynę właściwą ukryła i dla niego, i dla świata całego. Motywem działania miało być bowiem to „coś”.
Słuchajmy dalej opowieści księdza: „Nazajutrz zaś w piątek cały dzień jakaś ją wielka wzięła melancholia, że zaraz z rana, pozbierawszy sobie sukienki swoje, te związała i zakopała w barłogu na oborze. Zawsze słowa owe niby słysząc do siebie: <<spal i utop się>>. Potem dalej w dzień ku południowi po polu biegała, a po południu upatrywała sobie czasu, kiedy by się mogła spuścić do studni. Tak tedy około godziny trzeciej stojąc nad cembrzyną i nieco myśląc, wpuściła się do studni głębokiej. Samej wody na łokci 20, oprócz cembrzyny, jako mi czynił relację pan Górski, administrator dóbr Gierczyc i jakom ja sam widział te studnię”.[6] Głębia miała około dziesięciu metrów. Dziewczyna nie była zamożna. Cały swój dobytek mogła zawinąć w jeden supełek. To „coś” co ją kusiło do podpalenia i do targnięcia się na swe życie dziewczyna określała „melancholią”. Dziś moglibyśmy wskazać pod tym słowem zaostrzony stan depresyjny. Zanim poznamy finał tej opowieści, przenieśmy się pod Wiślicę.
W tej samej kronice parafialnej zostało przytoczone również opowiadanie o tym, jak inną młodą dziewczynę kuszą złe moce. Chodzi o szlachciankę Franciszkę Cieleszczyńską, pracującą na służbie u pani Celarowej we wsi Soboszów: „panna służebna będąc niesłusznie posądzona o kradzież, wzięła to sobie w apprehensyją [do serca, M.W.] i z owej aprehensji przyszła do tego, że jej coś ustawicznie mówiło: zapal tę babę”[7]. Chodziło zapewne o cukierki anyżkowe. Ponieważ Franciszka wyparła się kradzieży łakoci, karę chłosty poniosły służące we dworze chłopki. W bohaterce opowiadania złość na swą zwierzchniczkę „tak w niej przewalczyła, że nic nie mogła robić, tylko ustawicznie czuła pokusę do zapalenia. Czyli tedy jadła czyli piła czyli co robiła, zawsze [była tym poruszana]. [W końcu], kiedy pani Celarowa pojechała do kościoła, a pannę pomienioną w domu zostawiła, ona też że było święto, pacierz na książkach mówiła, ale kiedy ją dawna pokusa napadła, porzuciwszy książki, ognia z kuchni wzięła i zapaliła gumna pani Celarowej, w których było zboża na dwa tysiące kop”[8]. Uwagę naszą zwraca, że podpalaczka nie podjęła ucieczki. Sąd grodzki zajął się jej sprawą i została „osądzona na śmierć ściętą, ale potem darowana życiem”. Wybronili ją zakonnicy i jej pracodawczyni, która „nie chciała się na kata łożyć i inne [koszta śmierci]”[9]. Ewidentnie więc nasz ksiądz ciekaw był podobnych historii.
Powróćmy do opowieści o studni i dziewczynie: „Potem, po niejakim czasie, ludzie młócący na boisku uważali [tj. stwierdzili, M.W.], że panna stała nad studnią, a już jej nie widać. Mówili do siebie: <<jeżeli się do studni nie spuściła>>. Nie czekając skoczyli, aż wodę w studni zastali ruszającą się i zmąconą. Dali znać panu Górskiemu, który czym prędzej przyszedłszy do studni, kazał spuścić wiadro i tak taż sama uchwyciła się wiadra i z studni wyprowadzona”. Uwagę zwraca, że chłopi sami nie podjęli decyzji o działaniu, a pierwej ściągnęli przełożonego. W dalszej kolejności przybywa ksiądz. I ten pisze do nas z zaświatów: „Pytałem się tedy tej panny, czyli była już na dnie. Odpowiedziała, że była. Co by się jej też tam zdawało? Odpowiedziała, że jakiś staruszek stanął ze świecącą laską i stamtąd ją wyganiał, niejako ją ku górze podnosząc, ale że powtórnie wpadłszy na dno, znowu ją tenże powtórnie jeszcze wyżej podniósł, ale znowu na odwrót wpadła”.[10]
Poznajmy wreszcie naszych bohaterów. Ksiądz to zapewne pleban Józef Drozdowski, za którego czasów ukończono murowany kościół w Chełmie. Dziewczyna to panna Zuzanna Nartowska, która wpatrywała się od jakiegoś czasu w obraz św. Józefa w kościele chełmskim i to zapewne ten wyobrażony mężczyzna z dna ją wypychał na powrót ku życiu. Po paru dniach panna Zuzanna czuła się już lepiej. Czy zaglądała jeszcze do studni, kiedy czerpała zeń wodę?
Ilustracja: [Pocztówka] : [Zatruta studnia I], na podstawie obrazu Jacka Malczewskiego, domena publiczna, źródło: https://polona.pl/item-view/a6894df7-feb0-437c-94f1-1e33fa2107dd?page=0
[1] Dzieje parafii, on-line: https://chelm.diecezja.tarnow.pl/dzieje-parafii/ [dostęp: 13.02.2026 r.].
[2] Archiwum Parafii Chełm, Kronika chełmska [Liber memorabilium], t. 2, s. 172.
[3] Tamże, s. 172.
[4] Tamże, s. 172.
[5] Tamże, s. 172-173.
[6] Tamże, t. 2, s. 173.
[7] Archiwum Parafii Chełm, Kronika chełmska [Liber memorabilium], t. 1, s. 133.
[8] Tamże, t. 1, s. 134.
[9] M. Wyżga, Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi, Kraków 2025, s. 222-223.
[10] Archiwum Parafii Chełm, Kronika chełmska [Liber memorabilium], t. 2, s. 173.

