Dotąd z takimi ludźmi jak chłop Ignacy Gałdek vel Gądek z podkrakowskiej wsi Zielonki spotykałem się w przepastnych głębinach baz danych, gdzie obliczałem procesy ludnościowe, a dane osobowe bohaterów poszczególnych historii były mi potrzebne zwłaszcza dla rekonstrukcji rodzin. Ale i zawsze czegoś brakowało, pozostawał niedosyt analizy. Jednocześnie rósł we mnie apetyt na uspołecznianie historii, zwłaszcza miałem na uwadze te składniki, które w antropologii określa się jako: „teoretyczna skromność, poczucie silnego zaplecza faktograficznego oraz ostrożność w wydawaniu sądów”[1]. Stąd często będziemy tu oddawać głos, chociażby zniekształcony przez urzędowy dukt, jednostkom i małym grupom społecznym, gdzie przeziera pragmatyzm i sprawczość oddolna. Dla mnie jest to zarazem ogromny potencjał możliwości strategii narracyjnych. To niczym w wielkim zderzaczu hadronów zderzenie się demografii historycznej, na którą poświęciłem wiele lat pracy zawodowej, i mikrohistorii, która mnie uwiodła[2]. Teraz pochylenie się nad drobinką ludzkiego istnienia pozwala widzieć ją w szerokiej panoramie procesów społecznych, której doświadczyłem w sposób przemożny.
I tu właśnie nasz pędzący po zaświatach wehikuł czasu napotyka niczego się nie spodziewającego Ignacego Gałdka. Jedno wydarzenie z życia zwykłego człowieka zmaterializowało się w postaci literek, zapisanych na papierze czerpanym w kilkunastu raptem zdaniach. Z tej gleby musimy odbudować jakoś naszego golema[3]. Skierujemy na niego nasz obiektyw jak kamerę filmową. Będzie to tylko jedno ujęcie, ale przecież taśma filmowa włożona do odtwarzacza właśnie w ten sposób ożywia obraz, że puszcza w szybkim tempie zdjęcie za zdjęciem, aż nasze oko traci przyczepność i zamiast wody zaczyna widzieć rzekę. Potrzebujemy więcej wycinanek, więcej pieśni. W operowaniu wycinankami archiwalnymi chodzi mi o to, by ujęcie kamery prowadzić tak, aby Miły Czytelnik był przekonany, że poza przedstawioną historią nie kryje się dykta scenografii filmowej, ale nieskończenie wiele historii. Na końcu miniopowieści musi mieć Odbiorca przeświadczenie, że zacznie się kolejna[4].
Ignacy Gałdek jest też moim osobistym wyzwaniem i refleksją nad warsztatem badawczym. Pierwszy raz poznałem go podczas studiów nad mobilnością chłopstwa, gdzie interesował mnie w zakresie krymigracji jako wyłaniająca się z zapomnienia jednostka ludzka pośród zestawionych w książce „Homo movens” 35 tabel i 8 wykresów[5]. Sześć lat później jego życie osobiste interesowało mnie, bo pokazywało, dlaczego nie każdy plebej miał możliwości i siłę na awans społeczny[6]. Teraz wdmuchuję weń tyle życia ile tylko umiem, zbierając w tym całe moje doświadczenie i potrzebę przełamania dystansu trzech stuleci. Za każdym razem była i jest to inna opowieść, bo źródło archiwalne nigdy nie wysycha. Albo inaczej – jakby źródła archiwalne były rozpisanymi dawno temu rolami w sztuce teatralnej Wiliama Shakespeare czy Stanisława Wyspiańskiego, gdzie tylko kolejni reżyserowie i aktorzy spektaklu przedstawiają dany utwór dla publiczności czasów swoich.
Nasze źródło archiwalne znajduje go w ratuszu miasta Kleparza przy Krakowie w grudniu roku 1777. I nie jest Gałdkowi do śmiechu. Z pozoru nasz bohater nadużył tylko alkoholu. Nadużył po raz kolejny, co doprowadziło go do nieszczęścia. Ale zapiski o takich jak Gałdek trzeba czytać detalicznie, a pulsu codzienności szukać między wierszami anormalnych wydarzeń. Tam, gdzie prześcieradło pokrywające kształty nagiego ciała historii rozpruło się i odsłoniło niechcący to, co chciało pozostać ukryte albo było nieuświadomioną.. świadomością[7]. Bo Gałdek w rzeczy samej, jak każdy na tym świecie, instynktownie walczył o byt, o to, by jutro mogło nadejść dla niego i dla jego rodziny. Gdyby nie wdepnął w aferę jak w świeże końskie odchody na targowisku, pozostałaby po nim jedynie data chrztu i anonimowa kostka gdzieś na trawniku przy kościele. Tam, gdzie był kiedyś cmentarz, a dziś zielona murawa. Jestem krajanem Gałdka i od urodzenia znany był mi ten teren, ten wiatr, zapach łąk i deszczu. Jedynie miasto Kraków przez dwa stulecia zbliżyło swe granice do Zielonek, którym poświęciłem już uprzednio ujęcie monograficzne[8].
To samo co nasze świeci Gałdkowi w oczy przez okno ratusza południowe słońce. Po samym mieście Kleparzu pozostał dziś głównie kościół Św. Floriana i rynek, przedzielony gmachem Akademii Sztuk Pięknych. Tam, jeżdżąc przed laty autobusem do liceum, nieopodal opisywanej tu historii widziałem wśród drobnych przekupniów moją babcię sprzedającą przy budynku LOTu jaja ze swego gospodarstwa. Stoję oto na Kleparzu, dziś już nie będącym osobnym miastem, ale częścią Krakowa, skąd do Sukiennic jest raptem kilka minut spaceru. Jest zimowy, sobotni poranek, a miasto wydaje się tak opustoszałe i nieme jak sama przeszłość. Opieram dłoń o chłodną ścianę budynku LOTu. Docierają do mej pamięci urywane słowa z przeszłości Ignacego Gałdka z Zielonek i zarazem słowa mojej babci. Nie ma już żadnej z tych osób po naszej stronie rzeczywistości, ale w jakiejś mierze są przecież we mnie, powracają, zaludniają wyobrażaną przestrzeń. Idźmy więc w głąb tej historii. Czas, już czas! Niebawem na wieżę kościoła Mariackiego w pobliskim Krakowie będzie się wspinał trębacz miejski.
Tak oto trzymamy w dłoni zapiskę o życiu Ignacego Gałdka jak szczątki owada zatopionego w bursztynie. Niewyraźnie dociera do nas opowieść o tym, że ma żonę i trójkę dzieci. Małżonkowie znali się zapewne od dzieciństwa, skoro Ignacy prawi: „z młodości lat moich byłem przy ojcu, lat jedenaście minęło jakem się ożenił z Reginą Ledzwioniowną, komornika tamże w Zielonkach córką. Po ożenieniu dali mi kawałek roli, z którego wyrabiałem jeden dzień pieszy w tydzień, z którego kawałka roli żonę i dzieci dotychczas żywię”[9]. Poddaństwo Gałdka dla miejscowego dworu pozostawało niemal iluzoryczne. Skoro pracował na pańskim polu tylko jeden dzień w tygodniu, to utrzymanie trójki dzieci wymagało wciąż szukania dodatkowej pracy. Dodajmy, że był poddanym w części wsi należącej do królewskich dóbr stołowych; druga i mniejsza część osady należała do krakowskiej kapituły katedralnej.
Ten zwyczajny przechodzień historii, jak ujmuje takich jak on Jan Kracik[10], pośród doli i niedoli życia swojego pewnego razu popełnił duży błąd: „Dnia wczorajszego przyszedłszy tu na targ kupować pszenicę, której nie kupiłem, bom się z chłopami znajomymi od Proszowic, co pszenicę sprzedali, upił. Z którymi piłem w mieście na Floriańskiej ulicy […], ale u kogo? Nie wiem. Stamtąd wyszedłszy z nimi, szedłem w Kleparz. Oni poszli do swoich wozów, a ja wstąpiłem do domostwa, gdzie jegomość pan Trefler”. W tamtejszej stajni było akurat wielu przybyłych na targ chłopów. Jest zima, więc z braku robót polowych wielu takich zagląda do miasta. Musiało być i gwarno, i wesoło. Zamroczony alkoholem Gałdek próbował skraść kawał soli, ale służąca go przegoniła. Wtedy wziął od żłobu jednego z uwiązanych tam koni, wsiadł nań i jak gdyby nigdy nic ruszył przed siebie. Wtedy to mieszkający w pobliżu pan Teodor Trefler, ławnik miasta Kleparza „stojący w progu pytał mi się, com za jeden i czy to mój koń. Ja mu coś odpowiedziałem, ale nie pamiętam co, bom był bardzo pijany”. Gałdek zapiera się od razu na przesłuchaniu, że „do tego wczoraj konia pijaństwo zbytnie przyprowadziło mnie”. Może liczy, że ostra gorzałka będzie dla sądu okolicznością łagodzącą. Bo oto zwierzę jako swoje rozpoznał jakiś człowiek, pojący wtenczas drugiego swego konia. Więc Gałdek tłumaczy się bezładnie, że tylko ot „tak konia przejeżdżam” i „z konia zsiadłem i jeszcze upadłem na ziemię”[11].
Słońce przez okno ratuszowe świeci teraz już prosto w oczy Gałdka. Trwa przesłuchanie. Wyobrażamy sobie, że słychać cichy chrobot pióra po papierze czerpanym i nużące brzęczenie opasłej, czarnej muchy gdzieś u wybielonego wapnem sufitu. Może chłop patrzy tam na chwilę, widząc jak zewłok muchy zasechł w starej pajęczynie. I on podobnie się czuje. Wysuszone po bibie z proszowickimi chłopami gardło i brak porannego posiłku nadają jego głosowi brzmienie zgrzytającego łańcucha okręcającego się na korbie. Tej samej, która wystaje nad przyrynkową studnią w Kleparzu, koło jednej z wielu obskurnych gospód dla przybyłych na handel koński albo zbożowy plebejów. Studnią, do której w innym czasie wpadł podczas naciągania wody chłop Kacper Znaj (dzięki relacjom kilku świadków wiadomo, że był katolickiej wiary, dobrze się sprawował i że był u spowiedzi, a pochowano go na miejscowym cmentarzu)[12].
Wyostrzamy z powrotem nasz mikroskop na historię Gałdka. Zapewne to pan Trefler zatrzymuje koniokrada, który spada na ziemię. Bije go nie tylko ławnik, ale „także i pan jakiś po polsku [ubrany, tj. po szlachecku, M.W.], przyszedłszy do mnie szturchnął mnie laską w gębę, aż mnie krew oblała”. Musiało być to zatem szturchnięcie nie lada. Związany Gałdek został odprowadzony na ratusz. Tam zeznał, że rok wcześniej na Kleparzu ukradł wór jęczmienia góralowi z jego wozu, ale mu górale to odebrali. Latem, jak się uda, „wezmę kilka snopków zboża”[13]. Przed dwoma laty pewien chłop widział go, jak mu skradł kopę owsa z pola i poskarżył się we dworze, za co Gałdek był tam bity. Jak widzimy, ów niezamożny chłop stąpał na granicy prawa i bezprawia. Kiedy nie ma pracy, a w domu czeka rodzina na posiłek, chłop ów, pozbawiony dobrego gospodarstwa i zapewne siły woli, wystawiony na wahania rynku pracy najemnej, jak tylu mu podobnych, ima się kradzieży.
Zeznanie Gałdka rozmywa się w tysiącach innych, jemu podobnych. Sprawa się na chwilę urywa pośród codziennych i niecodziennych spraw zwykłych ludzi. Oni zapewne Gałdka znali przynajmniej z widzenia. Ale tworząc „protezę międzyźródłową” możemy dopowiedzieć, jak to zapewne obity w areszcie miejskim, z wielkimi sińcami na plecach i kończynach Gałdek opuszcza więzienie i wychodzi na przedmiejskie opłotki. Jest koniec XVIII wieku. Kary dla koniokradów nie są już tak ostre, eliminacyjne, jak dawniej[14]. Poza tym Gałdek wykpił się przed sądem zamroczeniem alkoholowym. Od zdarzenia minęło kilka dni. Uwolniony Ignacy, któremu na odchodnym pogrożono, że jak jeszcze co ukradnie, zostanie powieszony, mija swe sąsiadki z Zielonek, elegancko ubrane w czyste, kwieciste spódnice i lśniące od cekinów gorsety, okutane w grube, ciepłe chusty, mające lekką nadwagę gospodynie, które niosą w tobołkach na plecach ogromne chleby zwane prądnickimi, jakie wypiekły na handel wczoraj wieczorem. W Krakowie trzeba się pokazać, a nie robić z siebie dziadówy, jak mawiała moja babcia. Babcia, jak ją zapamiętałem podczas handlu na Kleparzu z późnych lat 90. XX wieku, nie nosiła się już na ludowo. Gdyby nie jaja, byłaby nie do odróżnienia od osób w podobnym jej wieku.
Niebo przecina z ukosa kilka szarych gołębi. Pokryta teraz śniegiem ziemna droga ku Zielonkom rozdziela się na główny trakt ku Olkuszowi i w prawo, ku wsi Bibice. Na rozstaju rozkłada ramiona, jakby witał poturbowanego Gałdka, Chrystus ukrzyżowany. Z nosa Zbawiciela odrywa się kropla wody. Rano była odwilż.
Po Nowym Roku Gałdek znów trafia na przesłuchanie do ratusza, a my dowiadujemy się, jak mu się żyło po sprawie z Trefflerem: „poszedłem do Zielonek do żony i tam u niej przez cały czas siedziałem. Przed dwiema niedzielami żonie mojej przyniosłem cebuli na targ i gdy nazad szedłem do Zielonek, na Kleparzu spotkałem się z chłopami z Krowodrzy, którzy konia łapali”, wałęsającego się między sankami przed Bramą Sławkowską. Gałdek twierdzi, że pomógł im go złapać i odstawić do domu niejakiego Malarza, po czym zgubę zgłosił w ratuszu, a od krowodrzan żądał znaleźnego. Ale ci Gałdka „okrutnie zbili”, po czym znów spędził parę dni w ratuszu. Zapewne razem planowali kradzież, skoro wcześniej razem pili piwo u karczmarza Krawczyńskiego przy ulicy Sławkowskiej. Po aferze Gałdek jak zwykle wraca do najbliższej sobie osoby: „poszedłem do żony i przy niej siedziałem”. Nie wytrzymał jednak długo: „W dzień piątkowy poszedłem do karczmy w Zielonkach i podpiłem sobie”. Zobaczył, że furmani w stajni ładują sól na sanie, więc poszedł im „pomóc”, ale dziwnym trafem znalazł mieszek z pieniędzmi, który skrzętnie ukrył w śniegu koło budynku – jak gdyby nigdy nic. Furmani nie byli w ciemię bici i Gałdka zaprowadzili do podstarościego we dworze, gdzie przyznał się, a pieniądze znaleziono. We dworze przytrzymano go do poniedziałku, a potem kolejny raz dostarczono go do ratusza kleparskiego, gdzie „czasem mi żona jeść przynosi, bo jej pan przykazał”.
Nie miał szczęścia nasz bohater do kradzieży, bo co tylko ukradł, zaraz sprawa się wyjawiała i kończyło się biciem. Tak było i w przypadku próby zdobycia krowy, o czym sobie przypomniał podczas drugiego przesłuchania: „Pod Zielonkami z Węgrzec [wsi sąsiedniej, M.W.] krowę na polu złapałem i do Krakowa na przedaj prowadziłem, ale mnie chłop ten, co jego krowa była, na koniu pod Czerwonym Promnikiem [wieś Czerwony Prądnik, dziś część Krakowa, M.W.] dognał, krowę odebrał i mnie zbił”. Tu pojawia się dotąd nieznany wątek. Kradzieże mogły wynikać z niepełnosprawności Gałdka, który miał chromą („kaliką”) rękę, i to nie tylko od pobicia przez właściciela krowy: „jakmy młócili i pięć ćwiartek jęczmienia na mnie włożyli, tak mnie postrzykło”. Wór to musiał być nie lada ze zbożem zatem.
Tu dochodzimy do punktu zwrotnego gałdkowej peregrynacji po codzienności. Okazuje się, że po przygodzie z koniem i panem Trefflerem chłop nasz poszedł do spowiedzi do kościoła Mariackiego: „Przed samymi świętami, gdym był do spowiedzi tu w Krakowie u Panny Maryi i spowiadałem się, że kradnę, to mi ksiądz powiadał, że kiedy kurę albo co małego ukradniesz do gospodarstwa, to niewielki grzech, ale gdy krowę albo co większego, to za to obwieszą”. Jak widać, Gałdek wolał nie spowiadać się w swym parafialnym kościele w Zielonkach, gdzie pewnie dobrze był już znany ze swego charakteru[15].
Nie zachowały się niestety rejestry ślubów z około 1761 roku, kiedy według Gałdka ożenił się on z Reginą Ledźwieniowną. Jeżeli uznamy, że jego nazwisko przekręcono i pochodził z Gądków, to jego krewniacy są dobrze umocowani w lokalnej społeczności. Niejaki Walenty Gądek nieraz jest proszony na świadka ślubu, na przykład do Jana Ledwańczyka i Reginy Biczownej (25.06.1759). Z kolei niejaki Sebastian Gądek jest ojcem chrzestnym wespół ze szlachcicem Stefanem Bielickim, Reginą Hacuską z Błonia i Agnieszką Dudziną z Toń u bliźniąt w chłopskiej rodzinie Hacusiów z Zielonek (16.02.1764 r.)[16]. Wreszcie ślad naszego bohatera pojawia się 16 stycznia 1780 roku, zatem przeżył sprawy o kradzież sprzed dwóch lat. Oto niejaki Ignacy Gondek wraz z miejscowym karczmarzem Wojciechem Gondkiem i Franciszkiem Kutem świadkują na ślubie chłopów zielonieckich Małgorzaty Chudzionki i Mikołaja Jeziorskiego[17]. Zatem mimo swych życiowych potknięć miał we wsi swoich stronników albo działał urok krewniaka – karczmarza. I to ostatni ślad po naszym Ignacym.
Bo oto w poszukiwaniu śladów naszego chłopa docieramy do spisu mieszkańców parafii z 1792 r. Od opisanych przez nas wydarzeń mija już czternaście lat. Nie ma już w Zielonkach Ignacego Gałdka. Może wyemigrował, ale może też stało mu się coś złego, może go powieszono, jak mu zagroził na spowiedzi ksiądz. We wspomnianym spisie jest za to jako jeden z pierwszych gospodarzy w Zielonkach znany już nam Wojciech Gądek, może krewniak Ignacego. W spisie dostrzegamy też Reginę, znaną już nam żonę Ignacego, do której tak zawsze chciał wracać po przygodach w mieście. Teraz jest czterdziestoczteroletnią komornicą, mieszkając wraz z sześcioletnim synem Janem u gospodarza Józefa Zrazińskiego w Zielonkach[18].
Pożywką dla naszych wycinanek archiwalnych jak baloników z helem wypuszczanych z przydrożnego kanału przez osławionego klauna Pennywise’a z książki „To” Stephena Kinga może być niemal każda drobina ludzkiego istnienia. Czy chce, czy nie chce, drobina ta mówi do nas własnymi słowami, chociaż zniekształconymi przez rejestratora w urzędzie. Mówi też poprzez swoje czyny, chociażby tak banalne jak przyniesienie wiadra z udojonym dopiero co mlekiem do piwniczki ziemnej. Opowieść w ujęciu oddolnym, mając świadomość szerszych procesów społecznych, można snuć z byle zapiski. Można pod warunkiem, że będzie nam dana wolność formy i metafory historycznej. Musimy jako historycy, przypominacze, tłumacze przeszłości, specjaliści od zarządzania nostalgią wciąż pogłębiać naszą refleksję wpatrując się tyleż w przeszłość, co we współczesność. Używać więcej wyobraźni niż narracji, hodować w sobie metaforę, bo materia naszej pracy to „przedsięwzięcie uwikłane w kulturę”[19].
A potem wzbiją się z samego namuliska czasu minionego roje opowieści, które jednak z oddali będą widoczne jako pewna całość. Wehikuły czasu krążą oto nad jeziorem przeszłości jak roje owadów, obijają się o siebie, tylko pozornie zastygłe w bursztynie. Archiwum to moja bursztynowa komnata.
Kończę ten szkic na dawnym, przykościelnym cmentarzu. To dobre miejsce, by w opowieściach stosować metaforę. Ona sama ciśnie się na usta. Nekropolia to bardzo inspirujące dla historyka miejsce, który jakby z zaświatów, z drugiego brzegu Styksu obserwuje toczące się opodal ludzkie życie. Jednocześnie cmentarz jest bardzo widocznym miejscem tego, jak rozpuszcza się w mijającym czasie pamięć. Czas, który rozmywa mogiły i kruszy kamień grobowców. Niepamięć, która jak rdza obleka wszystko. Cmentarz dla historyka to punkt obserwacyjny toczącego się gdzieś za jego sztachetami życia. Drogą podążają w sobie wiadomym kierunku przechodnie, suną pojazdy, czasem przejdzie ten czy ów współczesny Gałdek.
Ryc. J. P. Norblin, Wóz na targu
[1] M. Lubaś, Przedmowa redaktora naukowego, [w:] Ch. Hann, Antropologia społeczna, przeł. Sz. Szymański, Kraków 2008, s. XVI.
[2] C. Kuklo, O historii społecznej z perspektywy demografa historycznego słów kilka, „Historyka. Studia Metodologiczne”, t. 49, 2019, s. 301–328.
[3] Archiwum Narodowe w Krakowie [dalej cyt. ANK], Archiwum miasta Kazimierza, sygn. 29/36/0/2.1/70, Prothocollon criminalium officii consularis Clepardiensis 1777 – 1793, s. 1-2 (1777 r.).
[4] S. Kracauer, Teoria filmu: wyzwolenie materialnej rzeczywistości, przekł. W. Wertenstein, wstęp A. Helman Gdańsk 2008, s. 107-109.
[5] M. Wyżga, Homo movens. Mobilność chłopów w mikroregionie krakowskim w XVI–XVIII
wieku, Kraków 2019, s. 341.
[6] M. Wyżga, Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi, Kraków 2025, s. 447-448.
[7] C. Ginzburg, Czytać między wierszami. Lektury, szkice, noty, przeł. J. Ugniewska, Gdańsk 2023, s. 16.
[8] M. Wyżga, W tej pięknej ziemi: gmina Zielonki od średniowiecza do czasów współczesnych, Kraków 2009.
[9] ANK, sygn. 29/36/0/2.1/70, s. 1.
[10] J. Kracik, Ludzie z przedmieścia historii. Kleparzanie czasów staropolskich, Kraków 1993.
[11] ANK, sygn. 29/36/0/2.1/70, s. 1.
[12] M. Wyżga, Homo movens…,, s. 192.
[13] ANK, sygn. 29/36/0/2.1/70, s. 2.
[14] M. Foucault, Nadzorować i karać: narodziny więzienia, Warszawa 2020, s. 341-342.
[15] ANK, sygn. 29/36/0/2.1/70, s. 4-6; por. Z. Noga Osadnictwo i stosunki własnościowe w XVI-XVIII wieku, [w:] Osadnictwo i krajobraz. Od schyłku średniowiecza po współczesność, red. Z. Noga, Kraków 1997, s. 12.
[16] Archiwum Parafii Zielonki, Księga chrztów 1745–1762, bez pag; Tamże, Księga ślubów 1739–1740, 1745–1760, 1779-1782, bez pag.
[17] Tamże, bez pag.
[18] ANK, Akta Komisji Porządkowej Cywilno-Wojskowej Województwa Krakowskiego, sygn. 29/30/0/3/43, Spisy ludności województwa krakowskiego z lat 1790-1791: IV. Parafie powiatu krakowskiego na lit. R-Z, s. 1376.
[19] W. Wrzosek, Historia, kultura, metafora: powstanie nieklasycznej historiografii, Wrocław 2010, s. 5, 15. W tym miejscu pragnę serdecznie podziękować Panu Profesorowi Wojciechowi Wrzoskowi za życzliwość, inspirację oraz wiatr w skrzydła metafory historycznej.








