Przy ulicy Tynieckiej w Krakowie, kędy trakt wychodzi spod Wawelu ku staremu opactwu benedyktynów, co jak orle gniazdo rozsiadło się w swym średniowiecznym majestacie na jurajskiej skale, wędrowiec minie jeszcze dziś karczmę „Rzym”. Nazwa zajazdu nawiązuje do znanej legendy o miejscu, w którym Mefisto miał się pojawić panu Twardowskiemu. Musiał widzieć nieraz w życiu swym warcholskie pijaństwo wieszcz nasz Adam Mickiewicz, który w balladzie „Pani Twardowska” rymuje:
„Jedzą, piją, lulki palą,
Tańce, hulanka, swawola;
Ledwie karczmy nie rozwalą,
Cha cha, chi chi, hejza, hola!”
Imprezy, swawola… Była nawet kiedyś w dolinie urokliwej rzeki Prądnik koło Ojcowa osada (zapewne karczma) pod tym mianem[1]. W wąskim korycie rzeczki, co przez wieki napędzała młyny zbożowe, papiernicze i prochowe, zimna woda do dziś chlupie, wesoło gnając ku Wiśle. Unieśmy teraz wzrok znad jej nurtu i skierujmy go ku północy. Oto Warszawa końca XVIII wieku. Stutysięczny moloch rozsiadły nad królową polskich rzek ściąga ludzi ze wszech stron. Rok 1792 trwa w najlepsze. W Warszawie u cukiernika można kupić poncz. Jakiś jegomość zaprasza znajomków „do siebie w kilku na piwa szklankę”[2], gdzie indziej ktoś wyszedł przed „bilard”[3] z dwiema dziewczynami, a za nimi Kozak gadający niezrozumiale „po moskiewsku”[4] i już bójka. Szemranej konduity szlachcic od Krakowa Marek Stanecki zaprasza znajomków „na poncz”[5], piją wódkę z butelki, a potem go okradziono. Zorientował się, kiedy gospodyni zbudziła go przed godziną czwartą do dnia ze słomy, której mu wcześniej nasłała. Okradziony kompana już nie znalazł, ale że jeszcze w lokalu „Przed Krzyże” usłyszał granie: „wstąpiłem na piwo i bawiłem się”[6]. Oto drobny złodziej warszawski rodem z Biłgoraja: „nie mając nigdzie pewnej stancji, gdyż nie miałem wtenczas jeszcze żony, przechowywałem się w Ogrodzie Saskim, a w nocy sypiałem w różnych miejscach szynkownych”[7]. Łobuzuje podbuzowany napojami wyskokowymi, które zwykł pijać w następującym porządku: poncz, piwo, skądś przyniesiona butelka wódki – ot, „pobawiwszy się nieco” żyje w mieście[8]. Hulaj dusza, piekła nie ma. Przynajmniej do 1795 roku…
Bohater naszej dzisiejszej Wycinanki staropolskiej to imć Karol Beyma, co pił – przynajmniej tak nam opowiada, na umór, pił jakby w szklanicy dna miało nie być. A kiedy już się doń dopompował – czy zobaczył tam diabła? Posłuchajmy jego historii, a Mickiewicz wciąż jest z nami:
„Wtem gdy wódkę pił z kielicha,
Kielich zaświstał, zazgrzytał;
Patrzy na dno: Co u licha?
Po coś tu, kumie, zawitał?”
Oto więc szlachcic i żołnierz Karol Beyma, noszący zapewne nazwisko odetniczne oznaczające przybysza z Czech[9] i jego opowieść. Oto dzielny wojak, co za kołnierz nie wylewał, jako wielu przed nim i po nim: „Dnia 8. Listopada to jest we czwartek wyszedłem z rana na Pragę, wziąwszy z sobą pieniędzy zł 39 na kupno okowitki. Tejże nie kupiłem, ponieważ droga była i że kotłem trąciła”[10]. Było zapewne zimno, słotno i markotno. Jak nic okazja na rozgrzanie się „w tym wietrze z syfu z listopada” jak śpiewa zespół Kult. Beyma: „powróciłem około [godziny] dwunastej południowej do szynku pod koszarami Gwardii Pieszej Koronnej w kamieniczce, przedtem Bolniego, teraz przeze mnie trzymanego, wprzód pijąc na Pradze i tu w Warszawie z przyjaciółmi wódkę razy z siedm. Stamtąd poszedłem do Wilhelma Młynarza niedaleko mnie za rogatkami mieszkającego, gdzie lubo nie jadłem obiadu, wypiłem dwie kwarty piwa [zatem około dwóch litrów, M.W.]. Zabawiwszy nie najkrócej poszedłem do swej stancji, gdzie zastałem Iwana żołnierza u mnie kwaterę mającego i drugiego, mnie z imienia niewiadomego, naprzeciwko u Wilhelma kwaterę mającego, wybierających się pod noc na powinność swoją [czyli na wartę, M.W.]. Z tymi, ile że cokolwiek w głowie miałem, kazawszy dać piwa, piłem i bawiłem się”[11]. Z opisu wynika, że Beyma zadanym sobie trunkiem nie tyle się rozgrzał, co wręcz przegrzał. Czy jednak cała ta opowieść bliska jest prawdy, czy wojak szuka w otumanieniu alkoholowym usprawiedliwienia dla wypadku, który rychło miał się wydarzyć? Przeszłość nas słyszy i przynagla kroku…
Kufel cynowy; on-line: https://www.szukajwarchiwach.gov.pl/jednostka/-/jednostka/42285239
„Potem, gdy owi żołnierze już mieli odchodzić, z żartem rzekłem: <<Wy macie swoje bronie tak ciężkie>> – a sam poszedłszy do alkierza, wziąłem fuzję kuropatwim śrutem nabitą, jeszcze od polowania jakem chodził, mówiąc: <<oto moja broń, lżejsza jak wasze, widzicie>> – złożywszy od ręki, z nieszczęściem moim, na co się Iwan nawinął, a w tym jak patrontas kładł na siebie, wystrzeliła i zabiłem go – sam nie pamiętam czy odwiedzione pułkurcze było, czyli też z pierwszego spustu wypaliła, bo po wystrzeleniu ażem od siebie odszedł, gdym spostrzegł żołnierza wywracającego się. Ten żołnierz miał u mnie kwaterę od wtorku, to jest dnia [6 października], żadnej do niego nienawiści nie miałem. Potem dzieci moje i szynkarka zrobiły krzyk 8wybiegłszy do sieni, na co Walenty Wyrobnik w komornym u mnie mieszkający, przyszedł. Jego obligowałem, jak pamiętam, aby dał znać bratu memu Stefanowi, prosząc iżby przyszedł. Jakoż gdy przyszedł brat, żaliłem się, że z przypadku zabiłem Moskala […]”[12].
Jakoś tak ten śrut nieszczęśliwie pod ręką się człowiekowi pojawia. Mazowiecki szlachcic Walenty Kierzkowski, zarządzający wsią Kondrajec widząc pana Franciszka Ługowskiego: „zaraz do niego na przywitanie ze strzelby drobnym śrutem nabitej wystrzeliłem”[13]. Oto znowuż Samuel Raczkowski, dzierżawca części osady Stryje pod Szadkiem pije wesoło ze swymi gośćmi, ale na widok zbliżającej się, znienawidzonej sąsiadki, a żony szlachcica Jana Kwiatkowskiego „strzelił do niej z ptasiej rusznicy, której spódnicę przestrzelił”[14]. Powróćmy do niefortunnego strzelca Beymy z Warszawy, który poszedł o jeden kieliszek za daleko, co skończyło się tragicznie. Bo oto po fakcie trzeźwieje w zadziwiająco szybkim tempie: „Kazałem służącej mojej, aby oddała z workiem pieniądze, którem miał z sobą na kupno okowity, bratu memu. Brat wziął te pieniądze i rzekł: <<jakeś zrobił, tak odpowiesz>> i poszedł. Potem zaraz poszedłem i ja, gdyż nie wiedziałem, co czynić, do drugiego szynku mego w myśli dobrowolnego w areszt poddania się, skąd posłałem po Pana Petycha, mego przyjaciela, dając mu znać niby, żem bardzo chory, aby przyszedł do mnie. Któremu, gdy przyszedł, opowiedziałem cały mój nieszczęśliwy przypadek i chęć dobrowolnego aresztowania się oświadczałem”[15]. Przyjaciel doradził, by udać się do ich kwatermistrza. Którego jednak nie zastali, bo z nieznanym bliżej kapitanem rosyjskim szukali Beymy z wartą. Tak to czekał na wymiar sprawiedliwości w szynku, od którego wszystko się zaczęło: „tam na kapitana i kwatermistrza czekałem, oświadczając, że jestem ten sam, który przypadkiem zabiłem Moskala. W tym szynku dla żołnierzy moskiewskich dwie butelki piwa dać kazałem, aby mi na zdrowiu krzywdy nie czynili”[16]. Można mieć wrażenie, że Beyma ogień ogniem chciał ugasić, wciąż nie rozstając się z antałkiem.
Kiedy nadszedł pościg, Beyma wraz z bratem i nieszczęsnym komornikiem Walentym zostali odprowadzeni do aresztu miejskiego. Inny Czech i znany bohater literacki, dobry wojak Szwejk taką historię opowiadał swej służącej: „Jakby pani chciała zastrzelić arcyksięcia albo pana cesarza, toby się pani na pewno z kimś naradziła. Co głowa, to rozum. […] Niedawno temu mówił jeden pan w piwiarni, że nastanie taki czas, że cesarze będą padali jeden po drugim i że nawet sam pan prokurator nic im nie poradzi. A potem nie miał czym zapłacić i gospodarz musiał go kazać aresztować. A ten go trzask w pysk, a policjanta dwa razy. Odwieźli go potem w plecionce, żeby wytrzeźwiał. Tak, tak, pani Müllerowo, takie to czasy”[17].
Czy zatem Beyma faktycznie opił się jak cysterna i głowę stracił, czy raczej namnożył w swej wyobraźni tyle kieliszków, by starczyło dla osłabienia tenoru aktu oskarżenia w sądzie? Żył sam, mając do pomocy nad swym potomstwem zapewne wspomnianą szynkarkę. Ani widu ani słychu o pani Beymowej, co by diabelskie butelki od męża swego odganiała tak jak od naszego legendarnego czarownika pani Twardowska odegnała Mefista. Spoglądam na księżyc zawisły jak mickiewiczowska lampa Akermanu nad podkrakowską wsią i ten rym na koniec z ballady Mistrza:
„[…] Patrzaj, oto jest kobita,
Moja żoneczka Twardowska.
Ja na rok u Belzebuba
Przyjmę za ciebie mieszkanie,
Niech przez ten rok moja luba
Z tobą jak z mężem zostanie.
[…]
Gdy mu Twardowski dokucza,
Od drzwi, od okien odpycha,
Czmychnąwszy dziurką od klucza,
Dotąd jak czmycha, tak czmycha”.
Jan Styfi, [Twardowski w karczmie „Rzym”] [1862]; on-line: https://polona.pl/item-view/b4c389ea-cd2b-4f39-aafc-c549846ba72d?page=0
[1] M. Wyżga, Dolina Prądnika od XVI wieku do czasów współczesnych, [w:] Monografia Ojcowskiego Parku Narodowego: dziedzictwo kulturowe, red. J. Partyka, Ojców 2016, s. 108, 114.
[2] Archiwum Główne Akt Dawnych [dalej cyt. AGAD], Archiwum Królestwa Polskiego, sygn. 1/11/0/-/162, Książka dla Ur. Błażeja Marcinkowskiego instygatora publicznego bezpieczeństwa do zapisywania egzaminów Roku 1792, s. 3, 7.
[3] AGAD, sygn. 1/11/0/-/162, s. 1.
[4] AGAD, sygn. 1/11/0/-/162, s. 1.
[5] AGAD, sygn. 1/11/0/-/162, s. 10.
[6] Ten i wcześniejsze cytaty: AGAD, sygn. 1/11/0/-/162, s. 10.
[7] AGAD, sygn. 1/11/0/-/162, s. 14.
[8] AGAD, sygn. 1/11/0/-/162, s. 14.
[9] Bejm, Beheim, czyli Czech; Internetowy słownik nazwisk w Polsce; on-line: https://nazwiska.ijppan.pl/haslo/show/name/BEJMA [dostęp: 10.07.2026].
[10] AGAD, sygn. 1/11/0/-/162, s. 9.
[11] AGAD, sygn. 1/11/0/-/162, s. 9.
[12] AGAD, sygn. 1/11/0/-/162, s. 10.
[13] M. Wyżga, Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi, Kraków 2025, s. 89.
[14] Tamże, s. 47.
[15] AGAD, sygn. 1/11/0/-/162, s. 10.
[16] AGAD, sygn. 1/11/0/-/162, s. 10.
[17] J. Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej, tłum. P. Hulka-Laskowski, cz. 1, s. 4; on-line: https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/przygody-dobrego-wojaka-szwejka.pdf [dostęp: 10.07.2026 r.].


