„[…] ta melodia Ci podpowie,
Co myśli zakochany chłopak” –
śpiewa discopolowy zespół Fanatic w swym przejmującym utworze, którego tytuł zaczerpnęliśmy do tej wycinanki. Potrzebuję tej melodii, tych nieustępliwych, zapętlonych jak pszczeli lot plam klawiszowych, by przenieść się z Wami w opowieść daleko poza cmentarne mogiły i kołtun zapomnienia. Poznamy kilkoro zwykłych ludzi, będzie i miłość, i nienawiść. Dla własnego i ich komfortu proszę Was – na Boga! – stąpajmy cicho po zaświecie i nie dajmy bohaterom tej historii poznać, że już nie żyją. Bo spłoszą się, zmartwieje puls w ich żyłach, nagle staną się osowiali, zastygną w zapisce źródłowej. A właściwie to my będziemy czytali o nich nie jak o żywych, ale jak o dawno umilkłej melodii. Tego nie chcę. Dalej, nie bądźmy jak te pszczoły z wiersza Bolesława Leśmiana, które wwierciły się do starego grobowca, zbudziły na chwilę umarłych i zanim ci na dobre pokojarzyli co i jak, wiekuista śmierć – mamuna, co chwyta nas z kołyski doczesności ku głuszy niebytu, podmieniając za każdym razem za inne, młode życie, „słyszy, i przynagla kroku”[1].
Biblioteka Narodowa, Callot, Jacques (1592-1635), [Le paysan assailli par les abeilles] [1621-1622]; on-line: https://polona.pl/item-view/ae3223cd-2cda-470c-84c9-6c69f5538565?page=0
O tym wszystkim, o sensie zachowania i wzmagania pamięci o umarłych, o problemie usuwania z notesu namiarów na nieżyjących już znajomych, mówi do nas Wiesław Myśliwski, sam od niedawna zmarły: „[…] gdybym zdecydował się go wyrzucić [tj. adres nieżyjącego znajomego z notesu, M.W.], musiałbym się zmierzyć z jego życiem, które przeszło przez śmierć, a więc o tyle jest bogatsze od mojego. Moje, mógłbym powiedzieć, jest wciąż na dorobku. Czasem nawet mam wrażenie, że ci wszyscy umarli z mojego notesu chcą dalej doświadczać tego, czego ja doświadczam, że radują się moimi radościami, smucą moimi smutkami, płaczą moimi łzami. Dzięki temu wciąż żyją”[2]. Rozciągnijmy myśl wybitnego pisarza z notesu na archiwa. Czyż nie jest to taki notes żywych ludzi?
Okładka książki Wiesław Myśliwski, Ostatnie rozdanie.
Posłuchajmy dalej Myśliwskiego: „Nie jest to takie nieprawdopodobne, gdyż jeśli chcemy czegoś od umarłych, a chcemy, to działa tu prawo wzajemności życia i śmierci. Czego my moglibyśmy od umarłych chcieć? O, to wystarczy wyobrazić sobie, że jesteśmy pozbawieni umarłych. Do kogo moglibyśmy się wówczas odwołać, gdy pobłądzimy w swoim życiu? Tak naprawdę umarli pracują na nas do końca naszych dni, a umierają dopiero wraz z nami. Potrzebujemy nieustannie ich obecności, aby nas dręczyli czy, lepiej, darzyli tym najtrudniejszym dla człowieka doświadczeniem, które jest dopiero przed nim, bliżej, dalej, lecz nie do uniknięcia, jako że poprzez ich śmierć uczymy się i własnego umierania”[3].
Dobrze więc. A teraz w naszym eksperymencie historycznym, w eksperymencie na umarłych, pora na odwiert archiwalny. Przed nami historia Julii i Romea znad Wisły, opowieść równie nieszczęśliwa, co u Williama Szekspira. Ale jakże prawdziwa…
Tadeusz Kraszyński jest rodem z Krakowa, a jego rodzice jeszcze żyją [pamiętajcie, Drodzy Czytelnicy, wciąż żyją, nie budźmy Kraszyńskiego z jego snu, M.W.]. Jego ojciec jest kucharzem w klasztorze Franciszkanów. Nie podaje jednak syn, czym trudni się matka: „Z młodości lat moich chodziłem do szkół, ale gdym się uczyć nie chciał matka moja oddała mnie do OO. Jezuitów do klasztoru Św. Macieja przed lat sześcią, abym się uczył krawiectwa”[4]. Czyli ojciec cały czas przebywa w pracy, a to właśnie matka zajmuje się chłopcem i to ona planuje jego karierę. Po wyzwoleniu Kraszyński „rabia”[5] u różnych majstrów.
Kocha się Tadeusz w niejakiej Elżbiecie: „z Elżbietą sługą, która mnie tu kazała w sądzie, poznałem się jeszcze przed półtora rokiem i u niej bywałem, bywając u niej miewaliśmy ze sobą społeczność i ona podupadła [tj. uprawiali seks i zaszła w ciążę, M.W.], natenczas jeszcze u jegomości Dzianottego. Podupadłszy, przyrzekła iść za mnie i zawsze deklarowała, zwodząc mnie i zwłócząc czas do czasu”[6]. Jako służąca wciąż zmieniała miejsce pracy, a kiedy nadszedł czas porodu „tak ze służby poszła do babki jednej na Szpitalną Ulicę i tam połóg leżała, ale jejmość Hallerowa [wdowa i jej pracodawczyni, M.W.] o tym nie wiedziała. Ta Elżbieta miała syna, którego trzymali do chrztu pan Szczepan Dzierzanowski szewc i pani Wiatrowiczowa szewcowa. Było chrzczone w kościele Panny Maryi w Krakowie, a potem go oddała do szpitala. Gdy ona połóg leżała, ja w Krakowie nie był, tylko w Proszowicach, bo tam starałem się o miejsce”[7] [pracy, M.W.].
Z pewnych powodów para poróżniła się. Co więcej, ich dziecko zostało oddane do przytułku, gdzie zapewne zmarło, bo nic już o nim nie wspomina się. Tadeusz jednak wciąż walczył o Elżbietę: „Ja blisko sześć kwartałów dla niej bałamuciłem się, chciałem się z nią żenić, ale mnie odwłóczy[ła]. Ja bywałem zawsze u niej i namawiałem ją, aby ze mną jak deklarowała, ślub wzięła. I poszła do Proszowic w tę niedzielę. Poszedłem z nią za Wisłę, piliśmy ze sobą wino, wyszedłszy stamtąd, gdyśmy szli przez Kazimierz, ona spotkawszy się ze stolarczykiem [uczeń zawodu stolarskiego, M.W.], wstąpiła na miód. Ja widząc, że już godzina siódma, poszedłem, mówiłem jej, aby szła do domu, a ona przy tym stolarczyku okrutnie mnie słowy nieuczciwymi zwołała, ale ja nic na to nie zważając, czekałem na nią aż pójdzie i odprowadziłem ją do kamienicy. Przyprowadziwszy, rozebrałem ją i mówiłem, aby poszła spać, a ona pijana będąc, wielkie hałasy czyniła, okrutnie na mnie wołała nieuczciwe słowa i mówiła, że nie pójdzie za mnie tylko za stolarczyka. Ja też widząc, że ona mnie tak zwłóczy i mitrężę się dla niej, rano wczoraj o godzinie czwartej z rana zabrawszy jej suknie, korale i pieniędzy i groszaków coś, ale nie wiem siła, z tą intencją, aby ona udobruchawszy się, poszła ze mną do Proszowic i więcej mnie nie bałamuciła”[8]. Z Krakowa do Proszowic będzie bez mała trzydzieści kilometrów. Jako biegacz długodystansowy planuję pokonać ten dystans biegiem – tam i z powrotem. Wyjdzie z tego ultramaraton, bo będzie w sumie powyżej pół setki kilometrów. Ale też odległość taka jest dla mnie punktem odniesienia między śmiercią a życiem, pamięcią a zapomnieniem, przez którą mozolnie przychodzi się przedzierać, by wahadło czasu mocniej jeszcze rozbujać. Podczas biegu będę myślał o owych kochankach to, co teraz: czy śpiewałby Tadeusz wraz z zespołem Fanatic, gdyby ta historia działa się w latach 90. XX wieku gdzieś w miasteczku?:
„Ty jesteś jak, melodia, którą śpiewam.
Ty jesteś jak, twe myśli, których nie znam”.
Myślał fanatycznie Tadeusz może, że jak pozbawi Elżbietę odzieży i pieniędzy, ta ulegnie. Tak się jednak nie stało: „Zabrawszy to, czekałem jej w mieście i posyłałem do niej, aby się ze mną widziała, ale jej nie zastano”[9]. Kolejnego poranka spotkał ją przed kościołem Mariackim „ale ona gadać nie chciała ze mną i ja też wziąłem rzeczy i przyszedłem tu na Kleparz i z apparensji począłem pić”[10]. Przepił kilka złotych, wlekąc się od gospody do gospody, aż w jednym z szynków na Kleparzu zastała go Elżbieta. Była ze swą znajomą, również służącą. Tadeusz rzewliwie opowiada: „i zaraz mnie kazała wziąć i tu oddały na ratusz”[11]. Nie stawiał kobietom oporu i deklarował, że nie stracił zabranych Elżbiecie rzeczy. Zastawił je u szynkarki i pił za pożyczone trzy złote.
Obnażony ze swej godności krakowianin, trzeźwiejący i zrozpaczony mówi w ratuszu sąsiedniego miasta Kleparza: „[…] żadnej krzywdy ani szkody nikomu nigdy nie uczyniłem. Z tą Elżbietą mam intencję żenić się i ona dopiero teraz mnie chce oddalić, a pierwiej mi zawsze przyrzekała, że pójdzie za mnie i dla tej tylko przyczyny rzeczy zabrałem […]”[12]. Gdzież Elżbiecie i Tadeuszowi do Julii i Romea, gdzie owe rody Capuletich i Montecchich, gdzie dramat i łzy? Ano są, tylko przykrawane przez historię do poziomu zwykłego człowieka. Osią dramatu była nędza, niemożność założenia rodziny i ten drugi, uczeń stolarstwa. Czy wyciął Elżbiecie serce z lipowej deski? A wy, Czytelnicy Drodzy, czy widzicie naszego Tadeusza? Widzicie – wyobraźmy sobie – owego drobnego chłopaka, z poczerniałymi kikutami przedwcześnie zniszczonych zębów? Ogorzała cera, lekko przygarbiony, włosy zaczesane i spięte w kucyk, spłowiałe, płócienne ubranie, dziurawy but. Nie udało mu się założyć rodziny, chociaż imał się sposobów w swoim imieniu najwłaściwszych. Czy żalił się albo sięgał po porady swej matki? Jaka potoczyła się jego przyszłość? On ją poznał. A czy my poznamy? Archiwa czekają na nas jak leśmianowski grobowiec na złocące się od istnienia pszczoły. To wszak my, historycy jesteśmy tymi robotnymi owadami, co za Leśmianem „wzdłuż śmierci i w poprzek żywcem się złotawią”. A co się dzieje, kiedy wybija godzina zamknięcia czytelni archiwalnej i już nas tam nie ma, pszczół żywych? Co wtedy dzieje się z cieniami niegdysiejszych ludzi? Leśmian widzi:
„Ale, drogę powrotną zwęszywszy w odmęcie,
Pszczoły lśnią się gromadą już co chwila rzadszą,
Już – w świat się przedostając, gasną na zakręcie,
Już ich – nie ma! – A oni wciąż patrzą i patrzą…”
I żegna nas Tadeusz Kraszyński, nieświadomy swego niebytu, słowami naszej piosenki Fanatica:
„Szukałem szczęścia w twej miłości,
Szukałem siebie w twoich myślach,
Lecz to był tylko cień radości,
Cień, którym zakrywałaś wszystko”.
[1] B. Leśmian, Pszczoły, on-line: https://poezja.net/pszczoly/ [dostęp: 26.06.2026 r.].
[2] W. Myśliwski, Ostatnie rozdanie, Kraków 2013, s. 22.
[3] Tamże, s. 22.
[4] Archiwum Narodowe w Krakowie, Archiwum miasta Kleparza, sygn. 29/36/0/2.1/70, Prothocollon criminalium officii consularis Clepardiensis, s. 12.
[5] Tamże, s. 12.
[6] Tamże, s. 12.
[7] Tamże, s. 12.
[8] Tamże, s. 12-13
[9] Tamże, s. 13.
[10] Tamże, s. 13.
[11] Tamże, s. 13.
[12] Tamże, s. 13.


