Kilka już razy zastanawiałem się, cóż oto donosi nam motto z książki Wyżgi. A jest to fragment – jak to się u mnie w domu mówi – z Wisi:
Uśmiechnięci, współobjęci
Spróbujemy szukać zgody
Choć różnimy się od siebie
Jak dwie krople czystej wody[1]
Jeśli jestem w stanie coś wnosić z tego przesłania/motta/myśli przewodniej, to tylko tyle, że Wyżga słowami Szymborskiej głosi, że w twórczości historyka (w tym i popularyzatora, ale jednak wiedzy historycznej) kluczowe jest poszukiwanie tego, co z naszymi przodkami wspólne i co nas od nich różni. A więc Wyżga poetki słowy donosi nam, że zadaniem historyka jest poszukanie tożsamości i różnicy między historyka rozumieniem teraźniejszości a przeszłością przez niego badaną i narratywizowaną. Wprawdzie standardowa wymowa tej słynnej frazy Szymborskiej zasadniczo zapewne nie dotyczy sfery poznawczej, może ona jednak być rozumiana tak jak tu po mojemu.
Wówczas współbrzmiąco zabrzmiałoby – w moim jego zastosowaniu do książki Wyżgi – motto pierwsze[2]: poznasz samego siebie, gdy uchwycisz długotrwałe odruchy mentalne twoich przodków. Odnajdziesz ich stosunek do życia w swoim przeżywaniu świata i dostrzeżesz je u współczesnych. Lepiej wtedy poznasz siebie samego.
*
Dotrzemy na przodek jednego z tuneli w kopalni czasu, jakimi historycy nawiercają skamienielinę. Tam wespół ze mną będziesz trzymał wiertło, wydobywając cenny kruszec – ludzkie chwile, godziny i dni. Wstęp ów znajdzie rozwinięcie w eseju metodologicznym, albo raczej metafizycznym, który mieści się na końcu niniejszej książki. Będzie to zatem przypominać rozłupaną skorupkę jajka (s. 8).[3]
Dla pogłębienia wrażenia czytelnika, że jest od razu wrzucony niemal prosto między setki bohaterów pierwszoplanowych i wydarzenia tu opisywane, esej metodologiczny został przeniesiony do tyłu, za główną narrację. Jajko schowało się za kurę[4].
W ten sposób, poprzez modelowanie wielozmienne i wrzucanie ludzkich losów w rozmaite konteksty, raz w moim laboratorium czasu minionego używałem lunety, a raz mikroskopu, pulsując jak wahadło zegara od ujęcia masowego do mikrohistorii. Na to dodatkowo nałożyło się doświadczenie z pracy w regionalizmie i genealogii, tworząc wraz z demografią historyczną i mikrohistorią widzenie społeczeństwa staropolskiego od jednostki ludzkiej i tożsamości lokalnej do szerokich zjawisk społecznych nazwałem historią odśrodkową. Przy czym, przedstawione mikrohistorie są ukazane na tle pociągniętego delikatnym pędzlem „globalnego obrazu […], by czytelnik nie zagubił się w gąszczu dowodów i dyskusji”.[5]
„Opozycja” luneta i mikroskop nie jest dla mnie analogonem mikrohistorii i historii społecznej (ujęcie masowe). Pytam więc, co chce Wyżga widzieć przez lunetę (z oddali zjawisko z kontekstem), a co przez mikroskop (z bliska, struktura wewnętrzna zjawiska historycznego)? Cóż oto historycznie odmiennego dostrzegamy przez mikroskop? Jak dokonuje on przejścia od zjawisk jednostkowych do społecznych (szerokich zjawisk społecznych?)[6]
*
Skąd tu biorą się kłopoty? Tak je opisuje nasz autor:
„Od razu dodajmy, że za wszelką cenę jako autor pragnąłem być jak najbliższej szerokiej publiczności czytelniczej i współczesności.[7] Czując na sobie jako historyk wielką odpowiedzialność, jako reprezentant największej grupy społecznej na świecie – umarłych, mam świadomość, że jestem mostem między przeszłością i współczesnością.[8] Książka niniejsza jest więc hybrydą pomiędzy pracą naukową a popularną. Ale chce ciążyć, nawet bardziej niż na to wygląda, ku nauce.[9] Zamiarem autora jako badacza było bowiem zabrać czytelnika do jego laboratorium, między niewidzialne próbówki i alembiki, kopcące dymem reakcji historycznej i refleksji nad człowiekiem i człowieczeństwem.[10] W tej książce posmakujesz doli i niedoli badacza, jego wątpliwości i momentów, w których gmach czasu minionego przerasta go. W chwilach bezradności, kiedy wypuszcza z siebie masy drobinek źródłowych, by przynajmniej w ten sposób zapchać swoją frustrację.[11]
Morał z namysłu nad wstępem do Polski sarmackiej jest taki: czym prędzej po radę do Krzysztofa Zamorskiego: pisarzu historyczny – pisz książkę całkiem pozbawioną teorii, jeśli zaopatrzoną w metafizykę, to możliwie skromnie.
[1] Chodzi o osławiony fragment z twórczości Wisławy Szymborskiej. Wyżga M., Polska sarmacka. Historia zwykłych ludzi. Znak- Horyzont, Kraków 2025, s. 2, tam, gdzie zwykle znajdują się motta.
[2] Gnōthi seauton (gr. poznaj samego siebie – napis nad wejściem do antycznej świątyni-wyroczni w Delfach), tamże, gdzie zwykle znajdują się motta.
[3] Wyżga M., Polska sarmacka…, s. 8.
[4] Por. podobne ujęcie: A. Leszczyński, Ludowa historia Polski. Historia wyzysku i oporu. Mitologia panowania, Warszawa 2020. Wyżga M., Polska sarmacka…, s. 7; Zdaniem moim, szkicuje Wyżga we wstępie a rozwija w końcowym rozdziale pt. „Spowiedź nekromanty: esej o metodzie” oraz w rozdziale: „Polska dusza”, swoje metodyczne, a może i metodologiczne oraz metafizyczne – w potocznym rozumieniu tego terminu – refleksje.
[5] F. Braudel, Morze Śródziemnie i świat śródziemnomorski w epoce Filipa II, przeł. G. Majcher, S. Meller, T. Mrówczyński, M. Ochab, t. 1, Warszawa 2020, s. 372-373; C. Kuklo, O historii społecznej z perspektywy demografa historycznego słów kilka, „Historyka. Studia Metodologiczne”, t. 49, 2019, s. 301–328; Wyżga M., Polska sarmacka…, s. 16; Z premedytacja mieszam donosi Wyżga – w języku narracji czas przeszły i teraźniejszy, by jeszcze bardziej zbliżyć tamtych ludzi do nas, aż ich poczujemy koło siebie albo my zaczniemy przeczuwać, że coś przeniosło nas tam, do nich. Tamże, s. 11.
[6] Są jeszcze widać wąskie (nie szerokie) zjawiska społeczne. Przejście od zjawisk indywidualnych do społecznych lub ich komplementarne ujęcie ma dokonać się po stronie czytelnika dzięki pociągniętemu delikatnym pędzlem- Wyżgi – globalnemu obrazowi? Ewentualną akceptację dla tej strategii narracyjnej zawdzięczać może nasz autor dzięki jej enigmatyczności?
[7] Czy to w gruncie rzeczy oznacza: że aby być najbliżej współczesnego czytelnika, należy modernizować świat przedstawiany? Czy to znaczy także, że książka ma trafić/przemawiać do największej możliwej liczby czytelników. Ma być czytana, p o p u l a r n a?
[8] Chwyt retoryczny, posiłkujący się magicznym domniemaniem, o jakiegoś rodzaju obecności naszych zmarłych przodków wśród nas. W naszej pamięci, myśleniu i mentalności? Zmarli, to raczej swego rodzaju i tylko populacja. Wyróżnia ją już tylko to, że wszyscy należący do niej to zmarli. To grupa społeczna? Czy tylko kohorta demograficzna? Zbiór dystynktywny? Czy jest zasadne szacować ich liczbę jako największą grupę społeczną na świecie? Ciekawy jestem, czy uzasadniają to badania nad populacjami. Populacja zmarłych (i to zapewne zasadniczo na ziemiach I Rzeczypospolitej, a nie na całym świecie) była liczniejsza niż liczebność odbiorców książki Wyżgi? Bardzo możliwe. Co jednak głosi ta piętrowo-dyskusyjna figura retoryczna? Jak dla mnie i być może tylko dla mnie to wielokrotnie odbity odgłos emocji historyka.
[9] Autor postuluje więc „trzecie wyjście”? Coś między pracą naukową a popularno-naukową? Boć jego praca popularna, to chyba jednak popularno-naukowa? Czy jest odrębny gatunek zwany praca popularna dotyczy czegokolwiek co jest czytane, popularne wśród czytelników? Mateuszowi Wyżdze chodzi zapewne o to, że jego książka nie jest ani całkiem naukowa, ani klasycznie popularno-naukowa. Znajduje się na kontinuum bliżej nauki niż jej popularyzacji. Czy to nie przypadkiem tylko intencja naszego autora?
[10] Zabrać do laboratorium może Wyżga tylko tych, co rozpoznają, że w nim znajdą się/znajdują się. Wiedzą co to cylindry, kolby i alembiki. Mają pojęcie wstępne jak się tymi artefaktami posługiwać? Do laboratorium historyka można zabrać tylko historyków i to reflektujących metodycznie czy – daj Boże – metodologicznie. Czytelników popularyzacji można zabrać jedynie do popularyzacji warsztatu historyka. Aby popularyzować wiedzę o poznaniu i badaniu historycznym trzeba uprawiać metodykę badania historycznego i co najmniej metodologię I-rzędu. To jedynie ich sens można, warto popularyzować. Nie wystarczy samo doświadczenie w badaniu historycznym. Nie wystarczą do tego relacje o dolach i niedolach historyka.
[11] Tamże, s. 18; Niedole historyka piszącego popularno-naukowa książkę da się uśmierzyć (zapchać frustracje – w ujęciu Wyżgi) bogactwem danych źródłowych. Znosić frustracje poznawcze i kłopoty badawcze bogactwem egzemplów.


