Zastanawiam się co Binet głosi jako wykładowca. On przecież serio musi wpisać się w akademickie dyscypliny i programy nauczania. Praca na uniwersytecie to nie autorskie wykłady w Collège de France. Bohaterowie jego opowieści, Foucault i Barthes, dostąpili tego zaszczytu. Pierwszy utrwalił swój sukces naukowy i medialny, słuchacze oblegali jego wykłady, drugi bynajmniej. Próbuję sobie wyobrazić, jakie akademickie zagadnienia mógłby systematycznie prezentować Binet. Być może wykład p.t. klasyczne i nieklasyczne wykładnie semiologii? Taki oto fragment powieści byłby możliwym wstępem do wykładu z semiologii:
„Semiologia to osobliwa sztuczka. Pierwszy wyczuł jej potrzebę Ferdinand de Saussure, twórca lingwistyki. W swoim Kursie językoznawstwa ogólnego proponuje stworzyć „naukę badającą życie znaków w obrębie życia społecznego”. Tylko tyle. Dodaje jeszcze wskazówkę dla tych, którzy zechcą wziąć się do tej pracy: stanowiłaby ona część psychologii społecznej, a co za tym idzie, psychologii ogólnej; nazwalibyśmy ją s e m i o l o g i ą (od greckiego sēmeîon „znak”). Nauczyłaby nas ona, na czym polegają znaki i jakie prawa nimi rządzą. Ponieważ nauka ta jeszcze nie istnieje, trudno powiedzieć czym będzie; ma jednak prawo do istnienia i z góry wyznaczone miejsce. Językoznawstwo jest jedynie częścią tej ogólnej nauki; prawa odkryte przez semiologię dadzą się zastosować do językoznauchwycić, w ten sposób zostanie ono z jasno określoną dziedziną w całości faktów społecznych”.[1] Chciałbym aby ten ustęp odczytał nam Fabrice Luchini, akcentując właściwe słowa, tak jak to znakomicie potrafi robić, by cały świat mógł uchwycić jeśli nie ich sens, to przynajmniej całe ich piękno.[2] To genialne przeczucie, niemal niezrozumiałe dla współczesnych de Saussure`a (wygłaszał te wykłady w 1906 roku), sto lat później nie straciło nic ani ze swej siły, ani tajemniczości. Wielu semiologów próbowało od tamtego czasu podać definicje jaśniejsze, a zarazem bardziej szczegółowe, ale przeczyli jedni drugim (niekiedy nie zdając sobie z tego sprawy), wszystko pomieszali i w końcu zdołali tylko wydłużyć (i to z trudem) listę systemów znaków niemieszczących się w systemie języka; do stopni wojskowych i języka migowego doszły kodeks drogowy, międzynarodowy kodeks morski, numery autobusów, numery pokoi hotelowych…i to prawie wszystko.
Efekt dość mizerny w porównaniu z początkowymi ambicjami.
Widziana w ten sposób semiologia wcale nie poszerza domeny lingwistyki, zdaje się jedynie sprowadzać do badań nad prymitywnymi protojęzykami, o wiele mniej złożonymi, a więc znacznie bardziej ograniczonymi niż jakikolwiek język.
Tak jednak w istocie nie jest.
Nie przypadkiem – kontynuuje Binet – Umberto Eco, mędrzec z Bolonii, jeden z ostatnich żyjących semiologów, odwołuje się tak często do wielkich wynalazków, które wywarły decydujący wpływ na dzieje ludzkości, koło, łyżka, książka…, narzędzia, jego zdaniem, doskonałe, o niezrównanej sprawności. Wszystko bowiem zdaje się wskazywać, że semiologia jest w istocie jednym z najdonioślejszych wynalazków w dziejach ludzkości i jednym z najpotężniejszych narzędzi kiedykolwiek wykutych przez człowieka, ale jest z nią jak z ogniem i atomem: z początku nie zawsze wiadomo, do czego to służy ani jak się tym posługiwać.”[3]
[1]Tu Binet nawiązuje nie tylko do de Saussure`a, ale i do Barthesa, który dzieli się podobnym nawiązaniem do szwajcarskiego językoznawcy. Wszyscy wspomniani tu autorzy podkreślają, że dyscyplinę tę tj. semiologię należy dopiero stworzyć. Barthes R., Podstawy semiologii, przekład Anna Turczyn, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, s. IX. De Saussure pisał w 1906 r., Barthes opinię tę sformułował jeszcze w Eléments de sémiologie z 1965 r. (Éléments de sémiologie, Denoël/Gonthier, Paris, 1965) a Binet w 2015.
[2] Uznany aktor francuski.
[3] Binet. L., Siódma funkcja języka, przełożył Wiktor Dłuski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, cz. pierwsza, Paryż, par. 2, s. 9-11; („La sémiologie est un truc très étrange. C’est Ferdinand de Saussure, le fondateur de la linguistique, qui, le premier, en a eu l’intuition. Dans son Cours de linguistique générale, il propose de « concevoir une science qui étudie la vie des signes au sein de la vie sociale ». Rien que ça. Il ajoute, en guise de piste pour ceux qui voudront bien s’atteler à la tâche : « Elle formerait une partie de la psychologie sociale, et par conséquent de la psychologie générale; nous la nommerons sémiologie (du grec. sēmeîon, “signe”). Elle nous apprendrait en quoi consistent les signes, quelles lois les régissent. Puisqu’elle n’existe pas encore, on ne peut pas dire ce qu’elle sera ; mais elle a droit à l’existence, sa place est déterminée d’avance. La linguistique n’est qu’une partie de cette science générale, les lois que découvrira la sémiologie seront applicables à la linguistique, et celle-ci se trouvera ainsi rattachée à un domaine bien défini dans l’ensemble des faits humains. » J’aimerais que Fabrice Luchini nous relise ce passage, en appuyant sur les mots comme il sait si bien le faire, pour que le monde entier puisse en percevoir, sinon le sens, du moins toute la beauté. Cette intuition géniale, quasi incompréhensible pour ses contemporains (le cours a lieu en 1906), n’a rien perdu, un siècle plus tard, ni de sa puissance ni de son obscurité. De nombreux sémiologues ont depuis essayé de fournir des définitions à la fois plus claires et plus détaillées, mais ils se sont contredits les uns les autres (parfois sans s’en rendre compte eux-mêmes), ont tout embrouillé et n’ont finalement réussi qu’à allonger (et encore, à peine) la liste des systèmes de signes échappant à la langue : le code de la route, le code maritime international, les numéros d’autobus, les numéros de chambres d’hôtel, sont venus compléter les grades militaires, l’alphabet des sourds-muets… et c’est à peu près tout.
Un peu maigre au regard de l’ambition initiale.
Vu comme ça, la sémiologie, loin d’être une extension du domaine de la linguistique, semble se réduire à l’étude de protolangages grossiers, bien moins complexes et donc bien plus limités que n’importe quelle langue. Mais en fait, non. Ce n’est pas un hasard si Umberto Eco, le sage de Bologne, l’un des derniers sémiologues encore vivants, se réfère aussi souvent aux grandes inventions décisives dans l’histoire de l’humanité : la roue, la cuillère, le livre…, outils parfaits, selon lui, à l’efficacité indépassable. Tout laisse supposer, en effet, que la sémiologie est en réalité l’une des inventions capitales de l’histoire de l’humanité et l’un des plus puissants outils jamais forgés par l’homme, mais c’est comme le feu ou l’atome: au début, on ne sait pas toujours à quoi ça sert, ni comment s’en servir. » Binet L., La septième fonction de langage. Roman, Bernard Grasset, Paris 2015, pp. 7-8.


